Opis

Pełna emocji opowieść o trudnym macierzyństwie.

 

To miało być najpiękniejsze lato w życiu Joasi. Sen o rodzinie, o jakiej zawsze marzyła właśnie się spełnił. Razem z Maćkiem doczekali się dziecka. Jednak Joasia nie potrafi cieszyć się macierzyństwem a zamiast spodziewanego szczęścia ogarnia ją coraz większy lęk...

 

Czy bliscy w porę zorientują się, że młoda matka cierpi na depresję poporodową? Czy Joasia pozwoli sobie pomóc, zanim będzie za późno?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Zu­zan­na Wie­rus

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak, Kin­ga Sze­lest

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: IMK

Zdję­cia na okład­ce: shut­ter­stock/Anna Bo­gush, Za­mu­ro­vic Pho­to­gra­phy, We­ro­ni­ka Smie­szek (zdję­cie au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­[email protected]­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-303-9

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Mo­jej Ma­mie w po­dzię­ko­wa­niu za trud wło­żo­ny w wy­cho­wa­nie

ROZ­DZIAŁ 1

Jo­asia nie była pew­na, czy naj­pierw ku­pi­ła test cią­żo­wy, czy może jed­nak po­rad­ni­ki dla ro­dzi­ców. Nie po­tra­fi­ła te­raz od­two­rzyć w pa­mię­ci, czy w pierw­szej ko­lej­no­ści wstą­pi­ła do ap­te­ki, czy do księ­gar­ni.

Do domu wró­ci­ła z te­sta­mi cią­żo­wy­mi od pię­ciu róż­nych pro­du­cen­tów, żeby mieć pew­ność, że wy­nik bę­dzie mia­ro­daj­ny, i sze­ścio­ma opa­sły­mi to­mi­ska­mi, na któ­rych grzbie­tach wy­pi­sa­no ty­tu­ły dość jed­no­znacz­nie su­ge­ru­ją­ce, ja­kiej te­ma­ty­ki do­ty­czą: Mą­drzy ro­dzi­ce, mą­dre dzie­cia­ki, Księ­ga wy­ma­ga­ją­ce­go dziec­ka, Księ­ga Ro­dzi­ciel­stwa Bli­sko­ści, Pierw­szy rok ży­cia dziec­ka, Wy­cho­wy­wa­nie chłop­ców, Se­kre­ty wy­cho­wy­wa­nia dziew­cząt. Bo prze­cież nie wie­dzia­ła, czy uro­dzi chłop­ca, czy dziew­czyn­kę. O ile w ogó­le jest w cią­ży, a nie na przy­kład wkra­cza we wcze­sną fazę me­no­pau­zy.

Wpraw­dzie nie prze­kro­czy­ła jesz­cze czter­dziest­ki, ale i tak mia­ła wra­że­nie, że jest za sta­ra na dziec­ko. W re­kla­mach i ko­lo­ro­wych pi­smach mat­ki za­wsze wy­glą­da­ły na co naj­wy­żej trzy­dzie­ści lat. Nie mia­ły ani jed­nej zmarszcz­ki, ich skó­ra była ide­al­nie gład­ka i na­prę­żo­na. Tym­cza­sem ona zde­cy­do­wa­ła się na dziec­ko w wie­ku trzy­dzie­stu ośmiu lat. Na pierw­sze dziec­ko!

I to wca­le nie dla­te­go, że ro­bi­ła ka­rie­rę i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­bra­kło jej cza­su na ma­cie­rzyń­stwo.

Bo o ja­kiej ka­rie­rze może być mowa w przy­pad­ku zwy­kłej eks­pe­dient­ki w mar­ke­cie? O awan­sie z ma­ga­zy­nu na kasę?

Ma­rze­nie o dziec­ku po­ja­wi­ło się, gdy mia­ła oko­ło dwu­dzie­stu pię­ciu lat. To wła­śnie wte­dy Asia po raz pierw­szy po­my­śla­ła, że chcia­ła­by zo­stać mamą, ale re­ali­za­cja tego pla­nu oka­za­ła się moc­no pro­ble­ma­tycz­na. No bo jak zajść w cią­żę, sko­ro kan­dy­da­ta na ojca brak? A może ina­czej: kan­dy­da­tów na ojca ni­g­dy nie bra­ko­wa­ło, bo prze­cież śred­nio raz na pół roku wi­kła­ła się w ko­lej­ną skom­pli­ko­wa­ną i moc­no tok­sycz­ną zna­jo­mość, ale żeby któ­ryś z tych męż­czyzn był od­po­wied­nim kan­dy­da­tem na ojca… cóż. Tego nie mo­gła po­wie­dzieć, cho­ciaż tak bar­dzo chcia­ła wi­dzieć w nich za­le­ty, któ­rych nie do­strze­ga­ła cała resz­ta świa­ta.

Jo­an­na była kla­sycz­nym przy­kła­dem ko­bie­ty, któ­ra ko­cha za bar­dzo. Od naj­młod­szych lat na­wy­kła do stre­sów i cier­pień, więc w do­ro­słym ży­ciu pod­świa­do­mie od­twa­rza­ła do­sko­na­le zna­ny z domu sche­mat. Do­ra­sta­ła w moc­no pa­to­lo­gicz­nej ro­dzi­nie, w któ­rej za­wsze naj­waż­niej­szy był al­ko­hol. Na mi­łość, czu­łość i bli­skość po pro­stu bra­ko­wa­ło w niej miej­sca.

Mała Asia za­wsze była za­nie­dby­wa­na. Jako doj­rza­ła ko­bie­ta wzo­ro­wa­ła swo­je re­la­cje na tych, któ­re zna­ła z ro­dzin­ne­go domu. Ro­dzi­ce byli nie­przy­stęp­ni emo­cjo­nal­nie i zbyt za­ję­ci pi­ciem, żeby zwra­cać uwa­gę na cór­kę. Oj­ciec to od­cho­dził, to znów wra­cał, a mat­ka za każ­dym ra­zem przyj­mo­wa­ła go z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi. Nie­waż­ne, że kie­dy po­szedł w dłu­gą, nie było go przez cią­gną­ce się w nie­skoń­czo­ność ty­go­dnie. W tym cza­sie Do­ro­ta jesz­cze czę­ściej za­glą­da­ła do kie­lisz­ka, za­pi­ja­jąc smut­ki. Asia była dla niej prze­zro­czy­sta. Dziew­czyn­ka cza­sem mia­ła wra­że­nie, że mat­ka nie pa­trzy na nią, a przez nią. Zu­peł­nie jak­by Asia była du­chem.

Po­tem oj­ciec wra­cał, a wraz z nim wszyst­ko po­wra­ca­ło do względ­nej nor­my. Do­ro­ta prze­sta­wa­ła pić ze smut­ku, co nie zna­czy­ło, że od­sta­wia­ła al­ko­hol w ogó­le. Zmie­niał się po pro­stu po­wód pi­cia: po­wrót mar­no­traw­ne­go męża był prze­cież do­sko­na­łą oka­zją do świę­to­wa­nia. Wie­czo­ra­mi Jo­asia nie mo­gła za­snąć przez trzesz­czą­cą w są­sied­nim po­ko­ju sta­rą wer­sal­kę. Ro­dzi­ce go­dzi­li się zde­cy­do­wa­nie zbyt gło­śno, ale kto by się tym przej­mo­wał? Nikt nie zwra­cał naj­mniej­szej uwa­gi na ku­lą­cą się ze stra­chu kil­ku­let­nią dziew­czyn­kę.

Po­tem oj­ciec prze­padł na do­bre. Ktoś wi­dział go w ja­kiejś me­li­nie, ale ślad szyb­ko po nim za­gi­nął. Do­ro­ta się wście­ka­ła i tłu­ma­czy­ła zdzi­wio­nej cór­ce, któ­ra na­gle prze­sta­wa­ła być dla niej nie­wi­dzial­na, co my­śli o męż­czy­znach. Asia była prze­cież na tyle do­ro­sła, że z bra­ku in­nych moż­li­wo­ści mo­gła stać się po­wier­nicz­ką jej pro­ble­mów.

– Oni wszy­scy są tacy sami. Wszy­scy, co do joty! Wspo­mnisz kie­dyś moje sło­wa, zo­ba­czysz… Są mili, ko­cha­ni, bo chcą do­stać dupy, a po­tem prze­sta­ją być przy­jem­ni! Już ja ich, kur­wa, znam – mam­ro­ta­ła, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa.

Do­ro­ta w po­je­dyn­kę jesz­cze go­rzej ra­dzi­ła so­bie z wy­cho­wy­wa­niem dziec­ka niż ra­zem z Ja­ro­sła­wem, dla­te­go po nie­dłu­gim cza­sie dziew­czyn­ka zo­sta­ła umiesz­czo­na w domu dziec­ka. Ni­g­dy jed­nak nie od­wró­ci­ła się od mat­ki.

Jo­asia ko­cha­ła mamę ca­łym swo­im dzie­cię­cym ser­cem i wie­rzy­ła, że jest w sta­nie oca­lić ją od zgu­by swo­ją go­rą­cą mi­ło­ścią. Nie­raz zda­rza­ło się, że za­miast do szko­ły, za­glą­da­ła do miesz­ka­nia mat­ki. Mia­ła za­le­d­wie je­de­na­ście lat, kie­dy za­czę­ła jej go­to­wać. Wie­dzia­ła, że je­śli nie przy­go­tu­je mat­ce po­sił­ku, Do­ro­ta nie zje ni­cze­go, bo każ­dy grosz wyda na al­ko­hol. Szko­da jej było pie­nię­dzy na je­dze­nie, dla­te­go każ­de­go dzie­sią­te­go dnia mie­sią­ca Asia cze­ka­ła przed blo­kiem na li­sto­no­sza i od­bie­ra­ła od nie­go ren­tę, za­nim do­rwa­ła się do niej Do­ro­ta. Dziew­czyn­ka szła do skle­pu, ku­po­wa­ła mię­so, wa­rzy­wa, pie­czy­wo i ja­kąś wę­dli­nę. Po­tem wszyst­ko por­cjo­wa­ła i wkła­da­ła do za­mra­żar­ki.

– Mamo, ugo­to­wa­łam ci zupę, po­win­na wy­star­czyć na trzy dni, ale po­tem roz­mroź so­bie mię­so i zrób coś na obiad, do­brze? – pro­si­ła przed wyj­ściem do domu dziec­ka. – Wpad­nę do cie­bie w przy­szłym ty­go­dniu, w tym już nie dam rady, bo mam trzy spraw­dzia­ny w szko­le i mu­szę się uczyć. Mamo, sły­szysz mnie? Zro­zu­mia­łaś, co po­wie­dzia­łam?

Do­ro­ta tyl­ko pa­trzy­ła na nią nie­przy­tom­nie i po­ta­ki­wa­ła, nie za­sta­na­wia­jąc się nad sło­wa­mi cór­ki. Nic do niej nie do­cie­ra­ło.

– Daj mi pie­nią­dze. – Wy­cią­ga­ła rękę, a Asia z bó­lem ser­ca od­da­wa­ła jej resz­tę go­tów­ki.

– Ale nie wy­daj wszyst­kie­go na al­ko­hol, do­brze? – bła­ga­ła dziew­czyn­ka.

Cza­sem mia­ła ocho­tę już ni­g­dy tam nie wra­cać, jak wte­dy, kie­dy zo­rien­to­wa­ła się, że po za­le­d­wie trzech dniach od więk­szych za­ku­pów znik­nę­ła cała za­war­tość lo­dów­ki i za­mra­żar­ki. Chcia­ła wie­rzyć, że Do­ro­ta wszyst­ko zja­dła, ale roz­są­dek pod­po­wia­dał jej coś zu­peł­nie in­ne­go.

– Mamo, gdzie jest mię­so? – za­py­ta­ła drżą­cym gło­sem, wcho­dząc do po­ko­ju, w któ­rym mat­ka le­ża­ła na ka­na­pie, za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem. Na sto­le le­ża­ły ma­szyn­ka, bi­buł­ki i ty­toń. Do­ro­ta sama skrę­ca­ła so­bie pa­pie­ro­sy, pró­bu­jąc za­osz­czę­dzić na al­ko­hol.

– Sprze­da­łam. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Asia mia­ła ocho­tę ją ude­rzyć, spra­wić jej ból. Chcia­ła rzu­cić się na mat­kę, wy­szar­pać ją za wło­sy, wbić jej pa­znok­cie w oczy, uszko­dzić i tak już moc­no znisz­czo­ną twarz. Nie zro­bi­ła tego jed­nak. W jej oczach wez­bra­ły łzy. Wy­szła bez sło­wa i po­myś­lała, że już ni­g­dy nie wró­ci do miesz­ka­nia, z któ­re­go nie wie­dzieć kie­dy mat­ka zdą­ży­ła zro­bić me­li­nę.

Ale wró­ci­ła.

Oczy­wi­ście, że wró­ci­ła. Po­wo­do­wał nią strach, że mat­ka sama so­bie nie po­ra­dzi, że do­pro­wa­dzi do ja­kiejś tra­ge­dii. Asia była co­raz star­sza, co­raz le­piej zda­wa­ła so­bie spra­wę z gro­żą­cych Do­ro­cie nie­bez­pie­czeństw. An­tek z domu dziec­ka stra­cił w po­ża­rze obo­je ro­dzi­ców, bo oj­ciec za­snął z pa­pie­ro­sem. Ktoś inny opo­wia­dał, że mat­ka Ka­mi­li zo­sta­ła za­trzy­ma­na przez po­li­cję w związ­ku z ja­kąś bój­ką, cho­ciaż sama Ka­mi­la utrzy­my­wa­ła, że to bzdu­ra, a jej mama jest po­rząd­ną ko­bie­tą. Nikt jed­nak nie da­wał wia­ry jej sło­wom.

– Gdy­by była taka po­rząd­na, na pew­no by cię tu nie było!

Dzie­ci z domu dziec­ka, przy­naj­mniej te, któ­re wciąż mia­ły ro­dzi­ców, wie­dzia­ły, że nikt poza nimi nie za­trosz­czy się o mat­kę i ojca. Asia była więc wście­kła na mat­kę, ale zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że musi do niej wró­cić, żeby jej przy­pil­no­wać. Czu­ła do niej obrzy­dze­nie, ale też przy­wią­za­nie. Może była wstręt­ną al­ko­ho­licz­ką, zbyt sku­pio­ną na so­bie, żeby do­strzec po­trze­by cór­ki, ale na­dal była jej mat­ką. Wy­da­ła ją na ten świat, a Asia, jak inne dzie­ci z domu dziec­ka, nie po­tra­fi­ła tak po pro­stu prze­stać jej ko­chać. Dla­te­go wra­ca­ła. Za każ­dym ra­zem wra­ca­ła. Po­ma­ga­ła Do­ro­cie się wy­ką­pać, sprzą­ta­ła i wie­trzy­ła miesz­ka­nie, włą­cza­ła pral­kę.

– Ubierz się, za­łóż na sie­bie coś czy­ste­go – wy­da­wa­ła mat­ce po­le­ce­nia, a Do­ro­ta je wy­ko­ny­wa­ła.

Nie po­tra­fi­ła speł­nić tyl­ko jed­ne­go żą­da­nia. Nie umia­ła prze­stać pić. Obie­cy­wa­ła, ale za każ­dym ra­zem koń­czy­ło się tak samo. Asia, na­ra­ża­jąc się dy­rek­cji i opie­ku­nom z domu dziec­ka, bo prze­cież znów była na wa­ga­rach, przy­cho­dzi­ła do miesz­ka­nia i z obrzy­dze­niem pa­trzy­ła na pi­ja­ną w sztok mat­kę.

– Mó­wi­łaś, że nie bę­dziesz pić. Przy­się­ga­łaś! Tyle są war­te two­je sło­wa! – wy­rzu­ca­ła Do­ro­cie ze łza­mi w oczach.

– Tyl­ko jed­no piwo, wy­pi­łam tyl­ko jed­no piwo – tłu­ma­czy­ła mat­ka, beł­ko­cząc.

Cza­sem na­wet nie si­li­ła się na tłu­ma­cze­nia. Ma­cha­ła tyl­ko ręką i od­wra­ca­ła się od cór­ki osten­ta­cyj­nie.

Kie­dy Do­ro­ta zmar­ła, ow­szem, było jej przy­kro, ale czu­ła przede wszyst­kim ulgę. Śmierć mat­ki już za­wsze mia­ła jej się ko­ja­rzyć nie tyl­ko ze stra­tą, lecz tak­że ze spo­ko­jem. Do­ro­ta nie mę­czy­ła się już z na­ło­giem, a ona nie mu­sia­ła mat­ko­wać do­ro­słej ko­bie­cie, któ­ra po­win­na za­pew­niać jej opie­kę i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Dłu­go nie przy­zna­wa­ła się sama przed sobą, że jako do­ro­sła ko­bie­ta na­śla­du­je za­cho­wa­nia swo­jej mat­ki. Uwa­ża­ła, że po­ra­dzi­ła so­bie cał­kiem nie­źle. Ba! Po­ra­dzi­ła so­bie wspa­nia­le jak na wa­run­ki, w któ­rych do­ra­sta­ła. Nie po­szła w śla­dy ro­dzi­ców: nie piła, nie sto­czy­ła się na dno. Mia­ła ja­kąś pra­cę, może nie była to pra­ca ma­rzeń, ale jed­nak. Pró­bo­wa­ła nor­mal­nie żyć.

Nie wi­dzia­ła, a ra­czej nie chcia­ła wi­dzieć pro­ble­mu. Była od­po­wie­dzial­na, opie­kuń­cza, am­bit­na, a po­moc dru­gie­mu czło­wie­ko­wi wy­da­wa­ła jej się na­tu­ral­na. Nie za­uwa­ży­ła, że po­świę­ca­jąc się dla in­nych, za­nie­dbu­je swo­je po­trze­by.

Jo­asia kon­se­kwent­nie wpa­da­ła w si­dła de­struk­cyj­nych związ­ków. My­li­ła mi­łość z nie­zdro­wym przy­wią­za­niem do ko­lej­nych part­ne­rów. Nie chcia­ła być sama, dla­te­go wy­ba­cza­ła im zde­cy­do­wa­nie zbyt wie­le. Wciąż pod­świa­do­mie ob­wi­nia­ła sie­bie za to, że jej mat­ce nie uda­ło się wy­grać z na­ło­giem, dla­te­go chcia­ła zba­wiać rze­sze aman­tów.

Za­wsze znaj­do­wa­ła wy­tłu­ma­cze­nie dla swo­ich part­ne­rów. Pije, bo ode­szła od nie­go żona. Ma dłu­gi, bo zo­sta­wi­li mu je w spad­ku ro­dzi­ce. Bie­rze nar­ko­ty­ki, bo chce za­po­mnieć o prze­mo­cy, któ­rej do­świad­czał w ro­dzin­nym domu. Krad­nie, bo pra­co­daw­ca go wy­ko­rzy­stu­je i nie pła­ci ter­mi­no­wo za wy­ko­na­ną pra­cę. Nie pła­ci ali­men­tów, bo sam nie ma na ży­cie.

Chcia­ła być ich te­ra­peut­ką. Wie­rzy­ła, że jej mi­łość ma ma­gicz­ną moc. Roz­grze­sza­ła z bra­ku sza­cun­ku, wy­bu­chów zło­ści, kłamstw i nie­do­trzy­ma­nych obiet­nic, skła­da­jąc je na karb trud­ne­go dzie­ciń­stwa. Jak ma­gnes przy­cią­ga­ła trud­nych męż­czyzn, któ­rzy mo­gli się po­chwa­lić nie mniej­szym ba­ga­żem ży­cio­wych do­świad­czeń niż ona. Nie za­uwa­ża­ła tyl­ko, że mimo wszyst­kie­go, co prze­ży­ła, z na­tu­ry była do­bra, i taka wła­śnie po­zo­sta­ła. Oni prze­cho­dzi­li na tę dru­gą stro­nę mocy.

Ko­lej­ne związ­ki za­bu­rza­ły jej rów­no­wa­gę emo­cjo­nal­ną, ale nie po­tra­fi­ła z nich zre­zy­gno­wać. Była uza­leż­nio­na od słow­nych prze­py­cha­nek, mie­rzy­ła swo­ją mi­łość mia­rą cier­pie­nia, któ­re za­da­wa­li jej ko­lej­ni part­ne­rzy. Sta­gna­cja wy­wo­ły­wa­ła w niej lęk, bo prze­cież czło­wiek boi się tego, co nie­zna­ne. Po­trze­bo­wa­ła in­ten­syw­nych do­znań. Przy­ja­cie­le i zna­jo­mi Asi za­ła­my­wa­li ręce; tłu­ma­czy­li, pro­si­li, ale ona sama mu­sia­ła to wszyst­ko zro­zu­mieć.

Ni­g­dy nie po­rzu­ci­ła ma­rzeń o szczę­śli­wej, ko­cha­ją­cej się ro­dzi­nie. Wie­rzy­ła, że taką stwo­rzy, ale naj­pierw… mu­sia­ła od­mie­nić ak­tu­al­ne­go part­ne­ra. Spra­wić, że bę­dzie lep­szy, a prze­cież na to po­trze­ba cza­su! Nie zmie­nia się czło­wie­ka ot tak. Mu­sia­ła wło­żyć w to mnó­stwo pra­cy, a jed­nak ko­lej­ni męż­czyź­ni od­cho­dzi­li, za­nim uda­ło jej się uzy­skać za­do­wa­la­ją­cy efekt, a ci na­stęp­ni tyl­ko po­cząt­ko­wo wy­da­wa­li się lep­si od po­przed­nich.

Do­pie­ro nie­daw­no coś się zmie­ni­ło. Asia, z nie­wiel­ką po­mo­cą swo­jej przy­ja­ciół­ki, sama za­czę­ła do­strze­gać, że z Jur­kiem jest coś nie tak. Po­wo­li ro­dził się w niej we­wnętrz­ny bunt. Ju­rek chciał, żeby wzię­ła kre­dyt i spła­ci­ła jego za­dłu­że­nie.

Trzy­dzie­ści ty­się­cy zło­tych. Na tyle wy­ce­nił swo­ją mi­łość. Jo­asia była już o krok od po­peł­nie­nia tego ży­cio­we­go błę­du, ale coś (a ra­czej ktoś) ją tknę­ło, żeby spraw­dzić Jur­ka, za­nim pod­pi­sze umo­wę kre­dy­to­wą. Je­rzy utrzy­my­wał, że jego miesz­ka­nie jest za­dłu­żo­ne przez mat­kę, któ­ra la­ta­mi nie pła­ci­ła czyn­szu. Po­tem zmar­ła, a Ju­rek zo­stał sam ze spła­tą dłu­gów.

Och, jak ona go ro­zu­mia­ła! Ro­dzi­ce po­tra­fią prze­cież wszyst­ko znisz­czyć, dla­te­go po­sta­no­wi­ła mu po­móc. Zresz­tą za­pro­po­no­wał jej, żeby z nim za­miesz­ka­ła, czy­li miał wo­bec niej po­waż­ne pla­ny. Dla­cze­go więc mia­ła ta­kie opo­ry przed wzię­ciem tego kre­dy­tu? Dla­cze­go nie po­tra­fi­ła po­zbyć się wra­że­nia, że jed­nak nie tak po­wi­nien wy­glą­dać zwią­zek? Czy nie po­win­ni obo­je da­wać od sie­bie po rów­no? Nie po­tra­fi­ła od­po­wie­dzieć so­bie na py­ta­nie, co od nie­go do­sta­ła, poza szcząt­ko­wym za­in­te­re­so­wa­niem oczy­wi­ście.

Otrzeź­wie­nie przy­cho­dzi­ło stop­nio­wo. Moż­na la­ta­mi okła­my­wać in­nych, uśmie­chać się, za­pew­nia­jąc, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, ale naj­trud­niej oszu­ki­wać sie­bie. A ona mimo tylu prób zbu­do­wa­nia związ­ku wciąż czu­ła się prze­raź­li­wie sa­mot­na. Po­wo­li do­cie­ra­ła do niej smut­na praw­da: nie ist­nia­ła w żad­nej z tych re­la­cji. Cały czas da­wa­ła, nie otrzy­mu­jąc ni­cze­go w za­mian. Po­sta­no­wi­ła, że ow­szem, zdo­bę­dzie te pie­nią­dze dla Jur­ka, ale nie za dar­mo. Na wszyst­kie spo­so­by sta­ra­ła się uci­szyć gło­sik z tyłu gło­wy, któ­ry pod­szep­ty­wał jej, że pró­bu­je ku­pić jego mi­łość i za­in­te­re­so­wa­nie. Chcia­ła po pro­stu być waż­na, do­ce­nia­na, ko­cha­na. Ale Ju­rek naj­wy­raź­niej nie prze­wi­dział, że spła­ta dłu­gów bę­dzie kosz­to­wać go tak wie­le. Wściekł się, kie­dy Jo­asia za­czę­ła drą­żyć, do­py­ty­wać o moż­li­wość roz­ło­że­nia za­dłu­że­nia na raty. Szyb­ko oka­za­ło się, że nie był wo­bec niej uczci­wy i wie­lo­krot­nie mie­wał spo­sob­ność spła­ty dłu­gu. Z żad­nej oka­zji nie sko­rzy­stał; wo­lał pro­wa­dzić roz­ryw­ko­we ży­cie. Żył chwi­lą, nie przej­mo­wał się kon­se­kwen­cja­mi. W grun­cie rze­czy wi­szą­ca nad nim groź­ba eks­mi­sji była tym, na co so­bie za­słu­żył.

Asia prze­sta­ła wie­rzyć w to, że w koń­cu uło­ży so­bie ży­cie. Mio­ta­ła się mię­dzy wła­sny­mi pra­gnie­nia­mi a po­trze­ba­mi in­nych, szu­ka­jąc miej­sca dla sie­bie. I wte­dy po­ja­wił się Ma­ciek. Może nie ide­al­ny, ale prze­cież ży­cie to nie baj­ka, a Jo­asi da­le­ko było do współ­cze­snej kró­lew­ny, jed­nak – w koń­cu, po wie­lu nie­uda­nych pró­bach – nor­mal­ny, a Asia ni­cze­go nie łak­nę­ła tak bar­dzo jak na­miast­ki nor­mal­no­ści, ży­cia, ja­kim każ­de­go dnia żyją ty­sią­ce lu­dzi. Zwią­zek z Mać­kiem był naj­lep­szym, co ją w ży­ciu spo­tka­ło, dla­te­go ku prze­ra­że­niu przy­szłej te­ścio­wej co­dzien­nie oka­zy­wa­ła uko­cha­ne­mu wdzięcz­ność za to, że wy­brał wła­śnie ją.

– Jo­asiu, to tak nie może wy­glą­dać! – bu­rzy­ła się Re­na­ta. – Ja wiem, że Ma­ciek to cał­kiem roz­sąd­ny męż­czy­zna, w koń­cu sama go wy­cho­wa­łam, nie mo­gło­by być ina­czej, ale… – prze­wró­ci­ła ocza­mi – ża­den fa­cet nie może żyć w prze­ko­na­niu, że jest praw­dzi­wym da­rem nie­bios! To nie­zdro­we i w koń­cu od­bi­je ci się czkaw­ką.

Ale co ona mo­gła wie­dzieć?

Ma­ciek był jej da­rem nie­bios, od­po­wie­dzią na jej mo­dli­twy. W koń­cu po­zna­ła męż­czy­znę, z któ­rym za­mie­rza­ła za­ło­żyć ro­dzi­nę, a co waż­niej­sze, on też za­mie­rzał za­ło­żyć ro­dzi­nę z nią. Bo wbrew po­zo­rom to wca­le nie jest ta­kie oczy­wi­ste. Nie za­wsze obie stro­ny chcą tego sa­me­go rów­nie moc­no.

Jako że była so­bo­ta, a Ma­ciek nie pra­co­wał w week­en­dy, po po­wro­cie do domu Asia za­sta­ła go w miesz­ka­niu, co w ty­go­dniu było nie­wy­ko­nal­ne. Pra­co­wał od bla­de­go świ­tu do póź­ne­go wie­czo­ra.

Kie­dy zo­ba­czył, co jego uko­cha­na tasz­czy pod pa­chą, wy­so­ko uniósł brwi ze zdzi­wie­nia. Wie­dział o sta­ra­niach o dziec­ko, w koń­cu sam ak­tyw­nie w nich uczest­ni­czył, a Jo­asia od kil­ku dni prze­bą­ki­wa­ła, że spóź­nia jej się okres, ale nie przy­po­mi­nał so­bie, żeby po­twier­dzi­ła cią­żę, a tym­cza­sem przy­tar­ga­ła do domu chy­ba wszyst­kie książ­ki o wy­cho­wy­wa­niu dzie­ci, ja­kie do­tych­czas wy­da­no. Nie­opatrz­nie po­dzie­lił się z nią swo­imi spo­strze­że­nia­mi.

– Ty chy­ba żar­tu­jesz! To tyl­ko część tego, co zna­la­złam w księ­gar­ni – po­spie­szy­ła z wy­ja­śnie­nia­mi. – Wy­bra­łam kil­ka ty­tu­łów, żeby się wgryźć w te­mat.

Ma­ciek po­wo­li po­ki­wał gło­wą. Był wy­kształ­co­ny i uwa­żał się za oso­bę in­te­li­gent­ną, a jed­nak na­dal miał ogrom­ne pro­ble­my ze zro­zu­mie­niem ko­biet. Spra­wy nie uła­twiał na­wet fakt, że mat­ka wy­cho­wy­wa­ła go sa­mot­nie, co po­win­no spra­wić, że ko­bie­cy świat bę­dzie dla nie­go bar­dziej przy­stęp­ny. Nie­ste­ty, to tak nie dzia­ła­ło.

– Zda­ję so­bie spra­wę, że pew­nie je­stem moc­no do tyłu w kwe­stiach zwią­za­nych z wy­cho­wa­niem dzie­ci, w koń­cu nie­któ­rzy moi ko­le­dzy mają w domu już na­sto­lat­ki, a ja wciąż nie je­stem oj­cem i moja wie­dza z pew­no­ścią jest ubo­ga, ale… – prze­łknął gło­śno śli­nę – na­praw­dę uwa­żasz, że po­trze­bu­jesz tych wszyst­kich po­rad­ni­ków? Nie ma jed­nej książ­ki, w któ­rej będą wszyst­kie in­for­ma­cje? A tak w ogó­le – zre­flek­to­wał się – zro­bi­łaś już test?

Jo­asia za­sty­gła w bez­ru­chu, bo wła­śnie do­tar­ło do niej, jak idio­tycz­nie się za­cho­wa­ła. A co, je­śli jed­nak nie jest w cią­ży? Szyb­ko prze­ana­li­zo­wa­ła w my­ślach za­war­tość to­reb­ki i mo­gła­by przy­siąc, że wrzu­ca­ła do niej pa­ra­gon z księ­gar­ni. Trud­no, naj­wy­żej zwró­ci ku­pio­ne w cią­żo­wym amo­ku książ­ki.

Pod­nio­sła wy­żej re­kla­mów­kę z logo sie­cio­wej ap­te­ki, któ­rą trzy­ma­ła w dru­giej ręce.

– Jesz­cze nie, ale mam tu­taj pięć róż­nych te­stów.

– Aż pięć? – zdzi­wił się.

No pro­szę. Cią­ża Jo­asi jesz­cze nie zo­sta­ła po­twier­dzo­na, ba!, nie zo­sta­ła na­wet stwier­dzo­na, a już za­wład­nę­ły nią cią­żo­we hor­mo­ny. Jed­nym sło­wem: zwa­rio­wa­ła. Pięć te­stów?

– Wolę mieć pew­ność – bąk­nę­ła, przy­gry­za­jąc dol­ną war­gę. – No, to zo­sta­wiam cię z po­rad­ni­ka­mi, mo­żesz je so­bie przej­rzeć, a ja tym­cza­sem idę siu­siać do ku­becz­ka… – oznaj­mi­ła, po czym znik­nę­ła w to­a­le­cie.

Ma­ciek sko­rzy­stał z pro­po­zy­cji i wziął do ręki pierw­szą z brze­gu książ­kę. Spoj­rzał na ty­tuł.

Se­kre­ty wy­cho­wy­wa­nia dziew­cząt.

Wzdry­gnął się od­ru­cho­wo. Już daw­no do­szedł do wnio­sku, że świat ko­biet dia­me­tral­nie róż­ni się od tego mę­skie­go. Po ci­chu li­czył na to, że bę­dzie mieć syna, o ile, oczy­wi­ście, Jo­asia w ogó­le jest w cią­ży.

To nie tak, że nie chciał mieć cór­ki. On się jej po pro­stu bał, jak każ­dej ko­bie­ty. Szlag go tra­fiał na myśl o po­ten­cjal­nych na­sto­let­nich ad­o­ra­to­rach śli­nią­cych się na wi­dok jego có­recz­ki. Mu­siał­by wy­tłuc po­ło­wę mę­skiej po­pu­la­cji osie­dla, a na dru­gą po­ło­wę na­słać po­li­cję. Poza tym… cóż, żyli w po­krę­co­nych cza­sach. Bał­by się do­tknąć cór­ki. Dzi­siaj na­wet nie moż­na spoj­rzeć na dziec­ko z uko­sa, bo od razu w spra­wę an­ga­żu­je się rzecz­nik praw dziec­ka, a ro­dzi­nie za­kła­da się Nie­bie­ską Kar­tę.

A gdy­by był ze swo­ją po­ten­cjal­ną cór­ką na za­ku­pach i dziew­czyn­ce na­gle za­chcia­ło­by się siku? Co niby miał­by zro­bić w ta­kiej sy­tu­acji? Wejść z cór­ką do dam­skiej to­a­le­ty, na­ra­ża­jąc się na obu­rze­nie ko­biet, czy do mę­skiej, ry­zy­ku­jąc, że dziec­ko zo­ba­czy przy pi­su­arze ja­kie­goś męż­czy­znę z in­te­re­sem w dło­ni. A co je­śli oskar­żą go o mo­le­sto­wa­nie cór­ki? W tych cza­sach czwar­ta wła­dza bły­ska­wicz­nie wy­da­je wy­ro­ki. Na­wet je­śli sąd oczy­ści go z za­rzu­tów, w opi­nii spo­łe­czeń­stwa już na za­wsze zo­sta­nie pe­do­fi­lem.

Prze­łknął gło­śno śli­nę. Uznał, że tro­chę się za­ga­lo­po­wał, dla­te­go odło­żył książ­kę i się­gnął po na­stęp­ną. Pierw­szy rok ży­cia dziec­ka. Prze­czy­tał opis na okład­ce i od­krył, że Jo­asia, za­pew­ne przez nie­uwa­gę, po­mi­nę­ła pierw­szą część pu­bli­ka­cji. Pierw­szy rok ży­cia dziec­ka był kon­ty­nu­acją be­st­sel­le­ro­we­go po­rad­ni­ka W ocze­ki­wa­niu na dziec­ko. Po­my­ślał, że je­śli cią­ża się po­twier­dzi, kupi jej tę książ­kę w pre­zen­cie. A co! Wpraw­dzie przy­pusz­czał, że męż­czyź­ni na wieść o cią­ży wrę­cza­ją swo­im uko­cha­nym bar­dziej wy­szu­ka­ne upo­min­ki, ale sko­ro Jo­asia chcia­ła się do­kształ­cać, nie za­mie­rzał jej tego utrud­niać. Praw­dę mó­wiąc, nie prze­wi­dy­wał lek­tu­ry żad­ne­go z tych po­rad­ni­ków, ale może Asia po­tem streś­ci mu naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje. Prze­cież obo­je mają po­tęż­ne bra­ki!

Tym­cza­sem Asia sie­dzia­ła na opusz­czo­nej de­sce se­de­so­wej i po omac­ku pró­bo­wa­ła tra­fić kciu­kiem do ust. Już daw­no ob­gry­zła wszyst­kie pa­znok­cie, ale prze­cież mia­ła jesz­cze skór­ki. Czu­ła strach przed otwo­rze­niem oczu. Jed­no­cze­śnie bar­dzo chcia­ła zo­ba­czyć dwie kre­ski i bar­dzo się ich bała.

Obo­je chcie­li mieć dziec­ko. Ty­ka­nie ze­ga­ra bio­lo­gicz­ne­go rze­czy­wi­ście za­czy­na­ło co­raz bar­dziej iry­to­wać Jo­asię, ale nie był to je­dy­ny po­wód ich de­cy­zji. Nie mie­li już po dwa­dzie­ścia lat, wie­dzie­li, że to ostat­ni dzwo­nek, je­śli chcą być ro­dzi­ca­mi. W po­rząd­ku, może nie wy­da­wa­ło się to zbyt ro­man­tycz­ne, ale oni na­praw­dę chcie­li mieć dziec­ko. Ze sobą. Ko­cha­li się i cho­ciaż zna­li się do­pie­ro od roku, mie­li pew­ność, że pra­gną stwo­rzyć ro­dzi­nę. To nie była de­cy­zja pod­ję­ta pod wpły­wem chwi­li. Wcze­śniej dużo roz­ma­wia­li, kon­fron­to­wa­li swo­je wi­zje ro­dzi­ciel­stwa, wy­ma­rzo­ne mo­de­le ro­dzi­ny. Nie mie­li ślu­bu, ale nie po­trze­bo­wa­li go do szczę­ścia. To zna­czy Ma­ciek nie po­trze­bo­wał, a Jo­asia mu wtó­ro­wa­ła. Jak we wszyst­kim.

Licz­ba zdol­nych do za­płod­nie­nia ko­mó­rek ja­jo­wych z roku na rok suk­ce­syw­nie ma­le­je. Jo­asia uwa­ża­ła za sza­le­nie nie­spra­wie­dli­we to, że znacz­nie więk­szą szan­sę na zo­sta­nie mat­ką ma nie­do­świad­czo­na, sama jesz­cze nie­wie­dzą­ca cze­go na­praw­dę chce od ży­cia dwu­dzie­sto­lat­ka niż sta­tecz­na ko­bie­ta w wie­ku lat trzy­dzie­stu pię­ciu, no, do­bra, trzy­dzie­stu ośmiu, ale ta­kie były fak­ty. Wprost pro­por­cjo­nal­nie do zmniej­sza­nia się licz­by ja­je­czek zwięk­sza się licz­ba cy­kli bez­owu­la­cyj­nych. Każ­da dziew­czyn­ka przy­cho­dzi na świat z okre­ślo­ną licz­bą ko­mó­rek ja­jo­wych, a ich pula zmniej­sza się z roku na rok; w wie­ku trzy­dzie­stu lat zo­sta­je­my z dwu­na­sto­ma pro­cen­ta­mi.

Z dwu­na­sto­ma pro­cen­ta­mi! Póź­niej jest już tyl­ko go­rzej. Kie­dy do­pły­wa­my, krau­lem czy też sty­lem do­wol­nym, do czter­dziest­ki, mamy już tyl­ko trzy pro­cent ja­je­czek. Dra­mat, co nie? Asia wpraw­dzie nie zna­ła szcze­gó­ło­wych da­nych i sta­ty­styk, ale wie­dzia­ła, że jej szan­se na ma­cie­rzyń­stwo dra­stycz­nie spa­dły po trzy­dzie­stym pią­tym roku ży­cia. Ten mi­stycz­ny trzy­dzie­sty pią­ty rok ży­cia prze­wi­jał się w wy­po­wie­dziach współ­pra­cu­ją­cych z te­le­wi­zją śnia­da­nio­wą eks­per­tów i w ar­ty­ku­łach pu­bli­ko­wa­nych przez pi­sma ko­bie­ce, to­też Jo­asia zda­wa­ła so­bie spra­wę, że upływ cza­su dzia­ła na jej nie­ko­rzyść. A Ma­ciek był od niej młod­szy. Niby tyl­ko o dwa lata, ale w przy­pad­ku ja­je­czek te dwa lata wy­da­wa­ły się całą wiecz­no­ścią. Cał­kiem moż­li­we, że taki czas to ich być albo nie być. A przy­naj­mniej tak się Jo­an­nie wy­da­wa­ło. Gdy­by więc Ma­ciek po­sta­no­wił za­ło­żyć ro­dzi­nę ze swo­ją ró­wie­śni­cą…

Nie. To idio­tycz­ne.

Naj­wyż­sza pora spraw­dzić wy­nik te­stu.

Otwo­rzy­ła oczy, ale na­dal nie po­tra­fi­ła się zmu­sić, żeby spoj­rzeć na pięć ka­wał­ków pla­sti­ku, któ­re uło­ży­ła na pral­ce w ide­al­nie rów­nym sze­re­gu. Szu­ka­ła po­mo­cy w nie­bio­sach, po­sy­ła­jąc tę­sk­ne spoj­rze­nia w stro­nę błę­kit­ne­go fir­ma­men­tu, ale naj­wy­raź­niej Ten Tam Na Gó­rze miał aku­rat cie­kaw­sze rze­czy do ro­bo­ty, albo po pro­stu nie był tak wszech­moc­ny, jak się wszyst­kim wy­da­wa­ło, i nie mógł do­strzec przez ko­lej­ne war­stwy szkła i be­to­nu jej bła­ga­ją­ce­go o ra­tu­nek spoj­rze­nia. Jo­asia i Ma­ciek miesz­ka­li na czwar­tym pię­trze dzie­się­cio­pię­tro­we­go blo­ku, stąd Ten W Nie­bio­sach mógł mieć utrud­nio­ne za­da­nie.

Ra­tu­nek nie nad­szedł, ale Ma­ciek za­czy­nał nie­śmia­ło do­bi­jać się do drzwi.

– Asiu, czy wszyst­ko w po­rząd­ku?

Wes­tchnę­ła gło­śno. Spoj­rza­ła na pięć uło­żo­nych w rów­nej li­nii ka­wał­ków pla­sti­ku. W su­mie do­li­czy­ła się dzie­się­ciu kre­sek.

Ze­mdla­ła.

ROZ­DZIAŁ 2

Cią­ża, na­wet ta pla­no­wa­na co do mo­men­tu, po­tra­fi za­dzi­wić. Czło­wiek po­trze­bu­je na­praw­dę dużo cza­su, żeby po­jąć, że z po­łą­cze­nia nie­wi­docz­ne­go go­łym okiem plem­ni­ka i ja­jecz­ka, bę­dą­ce­go wpraw­dzie naj­więk­szą w ludz­kim or­ga­ni­zmie, dwu­dzie­sto­krot­nie więk­szą od plem­ni­ka ko­mór­ką, ale wciąż roz­mia­rów ziarn­ka pia­sku, może po­wstać… ży­cie. Wpraw­dzie Jo­asia uczy­ła się o tym na bio­lo­gii już w szko­le pod­sta­wo­wej, ale na­dal nie po­tra­fi­ła ob­jąć tego ro­zu­mem.

Była w cią­ży.

Spo­dzie­wa­ła się dziec­ka.

Dziec­ka, za któ­re­go ży­cie bę­dzie cał­ko­wi­cie od­po­wie­dzial­na. A co, je­że­li się po­gu­bi? Je­śli po­dej­mie błęd­ną de­cy­zję, a w kon­se­kwen­cji znisz­czy mu ży­cie? Ro­dzi­ciel­stwo to cał­kiem faj­na spra­wa, pod wa­run­kiem że po­zo­sta­je w sfe­rze ma­rzeń. Pro­szę bar­dzo, weź­my na przy­kład na­szą Jo­asię. Jesz­cze wczo­raj ma­rzy­ła o dziec­ku. Wy­obra­ża­ła so­bie, jak cu­dow­nie bę­dzie bie­gać po mie­ście z cią­żo­wym brzu­chem, su­ge­styw­nie głasz­cząc wy­pu­kłość i tym sa­mym sy­gna­li­zu­jąc ca­łe­mu świa­tu: „Hej, będę mat­ką! Mo­że­cie mi być wdzięcz­ni, że za­dbam o wa­sze przy­szłe eme­ry­tu­ry, spro­wa­dza­jąc na ten świat ko­lej­ne­go oby­wa­te­la, któ­ry za osiem­naś­cie lat z ma­łym ha­kiem za­cznie spon­so­ro­wać wa­szą sta­rość!”. Wy­da­wa­ło jej się, że dziec­ko w fan­ta­stycz­ny spo­sób do­peł­ni jej zwią­zek z Mać­kiem, sca­li ro­dzi­nę bar­dziej niż ja­ki­kol­wiek pa­pie­rek z pod­pi­sem ich dwoj­ga i świad­ków.

Dla­cze­go więc była prze­ra­żo­na, a wi­dok po­zy­tyw­ne­go wy­ni­ku te­stów cią­żo­wych po­zba­wił ją na mo­ment kon­tak­tu z rze­czy­wi­sto­ścią?

Ma­ciek, bo­ha­ter swo­je­go domu i przy­szły oj­ciec, czym prę­dzej po­spie­szył do kuch­ni po nóż i spraw­nym ru­chem roz­pra­wił się z zam­kiem w drzwiach do ła­zien­ki, zu­peł­nie jak­by ro­bił to każ­de­go dnia. Ostroż­nie odło­żył nóż na kosz na pra­nie, żeby nie zra­nić Jo­asi, i na­chy­lił się nad nią. Sie­dzia­ła na pod­ło­dze i dra­pa­ła się po gło­wie, spra­wia­jąc wra­że­nie, jak­by nie do koń­ca ro­zu­mia­ła, co się dzie­je.

– Ale mnie wy­stra­szy­łaś! – wes­tchnął z ulgą. – Usły­sza­łem, jak coś huk­nę­ło. Na­wet nie wiesz, jak się prze­ra­zi­łem! My­śla­łem, że coś ci się sta­ło.

– Chy­ba ze­mdla­łam – oznaj­mi­ła Asia bez­na­mięt­nym to­nem, wpa­tru­jąc się w Mać­ka.

Miał dziw­ne wra­że­nie, że na­wet nie mru­gnę­ła.

– Jak to: ze­mdla­łaś? Źle się czu­jesz? Co się dzie­je? – spa­ni­ko­wał.

Uwa­żał się za opa­no­wa­ne­go czło­wie­ka, ale z na­tu­ry uni­kał tego, cze­go nie ro­zu­miał. Nie mógł jed­nak zo­sta­wić Jo­asi sa­mej, dla­te­go prze­ła­mał swo­ją wro­dzo­ną nie­chęć do no­wych sy­tu­acji, prze­łknął gło­śno śli­nę i oznaj­mił pew­nie:

– W po­rząd­ku, je­dzie­my do szpi­ta­la. To pew­nie nic ta­kie­go, ale my­ślę, że po­win­ni­śmy to spraw­dzić. Nie znam się na tym, ale wy­da­je mi się, że czło­wiek nie tra­ci przy­tom­no­ści ot tak, po pro­stu, dla­te­go le­piej, żeby zo­ba­czył cię le­karz.

Jo­asia za­chi­cho­ta­ła ner­wo­wo.

– Ty nic nie ro­zu­miesz! Ja je­stem w cią­ży – po­wie­dzia­ła, ale za­brzmia­ło to na tyle dziw­nie, że szyb­ko do­da­ła: – To zna­czy tak wy­ni­ka z tych ka­wał­ków pla­sti­ku. – Wska­za­ła na te­sty cią­żo­we, na­dal le­żą­ce na pral­ce w rów­nym rząd­ku.

Ma­ciek na zmia­nę to bladł, to od­zy­ski­wał ko­lo­ry. Gdy­by Asia sama nie była aż tak prze­ra­żo­na, z pew­no­ścią za­żar­to­wa­ła­by, że przy­bie­ra bar­wy na­ro­do­we, ale w tam­tej chwi­li dow­cip­ko­wa­nie było ostat­nim, na co mia­ła ocho­tę.

– Je­steś pew­na? – wy­du­kał w koń­cu Ma­ciek. – Uda­ło nam się? – za­py­tał ta­kim to­nem, że Jo­asia wraz ze swo­imi ja­jecz­ka­mi mia­ła ocho­tę się ob­ra­zić.

– No, na to wy­glą­da… – wy­mam­ro­ta­ła, po­pra­wia­jąc so­bie wło­sy.

Cią­ża cią­żą, ale mu­sia­ła ja­koś się pre­zen­to­wać!

Po­wo­li wra­ca­ła do peł­ni sił umy­sło­wych. Za­czę­ła się pod­no­sić z po­zy­cji sie­dzą­cej, pod­czas gdy Ma­ciek na­dal klę­czał na pod­ło­dze i wpa­try­wał się w nią z głup­ko­wa­tym wy­ra­zem twa­rzy. Nic dziw­ne­go, do­wie­dział się o cią­ży kil­ka mi­nut po niej, dla­te­go po­trze­bo­wał te­raz nie­co wię­cej cza­su na prze­two­rze­nie tej in­for­ma­cji.

– To… wspa­nia­le! – wy­dał zdu­szo­ny okrzyk. – Asiu, bę­dzie­my mie­li dziec­ko! Bę­dzie­my mie­li dziec­ko!

Po­rwał ją w ra­mio­na i za­czął ca­ło­wać, ści­skać, obej­mo­wać, i co tyl­ko było moż­li­we. Kie­dy tak tar­mo­sił Asię bez li­to­ści, wy­bu­chła gło­śnym pła­czem, któ­ry ci­snął się jej do ust, a może ra­czej do oczu, od mo­men­tu, kie­dy zer­k­nę­ła na te­sty. Ma­ciek po­my­ślał, że pła­cze ze wzru­sze­nia, ale moc­no się po­my­lił.

Jo­asia łka­ła z prze­ra­że­nia.

My­śla­ła o naj­dziw­niej­szych uczu­ciach, ja­kich do­świad­czy­ła. Ot, choć­by wte­dy, kie­dy zo­sta­ła za­bra­na do domu dziec­ka, albo póź­niej, gdy do­wie­dzia­ła się o śmier­ci mat­ki. Po­dob­nie czu­ła się też, kie­dy jej trzy­let­ni, bar­dzo mę­czą­cy emo­cjo­nal­nie zwią­zek za­koń­czył się zdra­dą part­ne­ra. I to z kim? Ze zna­jo­mą mat­ki, któ­ra aku­rat uczest­ni­czy­ła w po­pi­ja­wie. Tak, tak, pa­to­lo­gia. Jo­asia do­ra­sta­ła w moc­no tok­sycz­nym śro­do­wi­sku, więc ta­kie spra­wy jej nie dzi­wi­ły. Przy­naj­mniej nie aż tak bar­dzo.

Wszyst­ko, co prze­ży­ła, nie mo­gło się jed­nak rów­nać z oce­anem emo­cji, któ­re za­la­ły ją mo­men­cie, gdy oka­za­ło się, że jest w cią­ży. W ża­den spo­sób nie była na to przy­go­to­wa­na. Ow­szem, gdzieś na dnie tli­ło się szczę­ście, ale była zbyt przy­tło­czo­na nad­mia­rem ne­ga­tyw­nych uczuć, aby je w so­bie od­kryć.

– Bę­dziesz naj­lep­szą mat­ką na świe­cie – wy­szep­tał jej pro­sto do ucha wzru­szo­ny Ma­ciek.

Bar­dzo chcia­ła w to wie­rzyć. Ni­cze­go nie pra­gnę­ła tak moc­no, a jed­nak strach przed upad­kiem nie po­zwo­lił jej roz­wi­nąć skrzy­deł. Ma­rzy­ła o tym, że pew­ne­go dnia jej syn czy cór­ka w wy­pra­co­wa­niu na te­mat „Kto jest two­im naj­więk­szym au­to­ry­te­tem?” opi­sze wła­śnie ją, swo­ją mat­kę, ale wie­dzia­ła, jak ła­two moż­na się po­gu­bić w tej trud­nej roli. Od te­raz mu­sia­ła być od­po­wie­dzial­na za cu­dze ży­cie i wca­le nie po­do­ba­ła jej się ta myśl.

Ma­ciek po­dał jej rękę i obo­je wsta­li z pod­ło­gi. Póź­niej, kie­dy pierw­sze emo­cje już opa­dły, wcho­dząc do ła­zien­ki, Jo­asia przy­po­mi­na­ła so­bie te chwi­le. Mimo że po­czę­li dziec­ko dwa, może trzy ty­go­dnie wcze­śniej, w ich my­ślach za­czę­ło ono żyć wła­śnie tego dnia. Wcześ­niej było ono by­tem nie­oczy­wi­stym. Na­gle na­bra­ło kształ­tów, mimo że na tym eta­pie za­pew­ne przy­po­mi­na­ło bar­dziej ziar­no fa­so­li niż czło­wie­ka. Jed­nak było, ist­nia­ło i z dnia na dzień co­raz czę­ściej da­wa­ło o so­bie znać.

Jo­asia za­wsze trak­to­wa­ła ko­bie­ty w cią­ży jako nad­lu­dzi; jak ko­goś wię­cej niż ko­bie­tę, męż­czy­znę czy dziec­ko, i kie­dy sama już była w bło­go­sła­wio­nym sta­nie, utwier­dzi­ła się w prze­ko­na­niu, że nie my­li­ła się ani tro­chę. Po­wie­dzieć, że wszyst­ko się zmie­ni­ło, to jak nie po­wie­dzieć nic. Po­cząt­ko­wy szok wy­wo­ła­ny wia­do­mo­ścią o cią­ży jesz­cze nie mi­nął, kie­dy w ser­cu przy­szłej mat­ki zro­dzi­ła się pierw­sza po­tęż­na wąt­pli­wość. Na wi­zy­tę do gi­ne­ko­lo­ga szła więc z du­szą na ra­mie­niu.

Wia­do­mo. Wiek.

Po­sił­ku­jąc się po­rad­ni­ka­mi i in­for­ma­cja­mi z sie­ci, wie­dzia­ła prze­cież, że po trzy­dzie­stym pią­tym roku ży­cia dra­stycz­nie ma­le­je nie tyl­ko licz­ba ja­je­czek, ale też ich ja­kość. I zno­wu te sta­ty­sty­ki. Dla­cze­go, no dla­cze­go zde­cy­do­wa­nie bli­żej było jej do czter­dziest­ki niż do trzy­dziest­ki? Za­kli­na­ła ze­gar, ale jego wska­zów­ki w ża­den spo­sób nie chcia­ły zmie­nić bie­gu.

Ma­ciek nie­mal na­tych­miast po wy­ko­na­niu te­stu, a wła­ści­wie te­stów, chciał ob­wie­ścić świa­tu ra­do­sną no­wi­nę, ale Jo­asia ubła­ga­ła go, żeby tego nie ro­bił. Jesz­cze nie. Po­trze­bo­wa­ła tro­chę cza­su, żeby oswo­ić się z my­ślą, że zo­sta­nie mat­ką. Do­pie­ro wte­dy mo­gła po­in­for­mo­wać Re­na­tę i przy­ja­ciół. Ona żad­nej ro­dzi­ny nie mia­ła, on z ko­lei miał tyl­ko mamę. To zna­czą­co skra­ca­ło li­stę osób do po­wia­do­mie­nia, ale Asia i tak wo­la­ła po­cze­kać. Chcia­ła po­być sama z Mać­kiem. I z go­ni­twą my­śli. Do­szło do tego, że za­czę­ła uwa­żać się za ego­ist­kę. Za­cho­dzić w pierw­szą cią­żę w wie­ku trzy­dzie­stu ośmiu lat! Była sła­ba i bała się o zdro­wie dziec­ka. A nade wszyst­ko oba­wia­ła się tego, że zu­peł­nie nie­świa­do­mie je skrzyw­dzi.

Nie­ste­ty, nie tra­fi­ła na spe­cja­li­stę, któ­ry za­ra­żał­by spo­ko­jem i prze­ko­na­niem, że bę­dzie do­brze, nie za­ra­żał w za­sa­dzie żad­ny­mi emo­cja­mi, bo w ogó­le nie­wie­le mó­wił. Ko­le­żan­ka z pra­cy po­le­ci­ła jej wła­śnie tego po­łoż­ni­ka, su­ge­ru­jąc, że jest naj­lep­szy w swo­im fa­chu.

– Jest, hm, spe­cy­ficz­ny, ale zna się na rze­czy – pod­su­mo­wa­ła.

Asia już na pierw­szej wi­zy­cie zro­zu­mia­ła, co mia­ła na my­śli Mar­ta, mó­wiąc, że dok­tor To­ma­szew­ski jest „spe­cy­ficz­ny”. Kie­dy Jo­asia usia­dła na­prze­ciw le­ka­rza i ner­wo­wo za­ci­snę­ła pal­ce na to­reb­ce, na­wet się nie ode­zwał. Wbił w nią tyl­ko py­ta­ją­ce spoj­rze­nie i cze­kał, aż ona za­cznie mó­wić.

– Yyy, przy­szłam do pana, żeby po­twier­dził pan cią­żę i ewen­tu­al­nie ją po­pro­wa­dził. – Asia za­czę­ła z ner­wów dra­pać się po dło­ni. Ten nie­zno­śny na­wyk w prze­szłoś­ci do­pro­wa­dził do po­wsta­nia trud­no go­ją­cej się rany, a na­stęp­nie do jej za­ka­że­nia. Od tam­tej pory pró­bo­wa­ła tego uni­kać, ale daw­ne przy­zwy­cza­je­nie cza­sem bra­ło górę. – Ostat­nią mie­siącz­kę mia­łam dwu­dzie­ste­go trze­cie­go wrze­śnia, zro­bi­łam kil­ka te­stów cią­żo­wych, wszyst­kie po­zy­tyw­ne. In­nych ob­ja­wów brak – wy­re­cy­to­wa­ła, wpa­tru­jąc się w le­ka­rza z wy­cze­ki­wa­niem, ale on tyl­ko ski­nął gło­wą.

Za­pa­dła ci­sza. Dok­tor po­ru­szał mysz­ką od kom­pu­te­ra, aby uru­cho­mić sys­tem.

– Pani na­zwi­sko?

– Me­te­ra. Jo­an­na Me­te­ra. – Jo­asia za­ci­snę­ła dło­nie w pię­ści, żeby się nie dra­pać. – Re­cep­cjo­nist­ka wpro­wa­dzi­ła wszyst­kie moje dane.

Le­karz ode­rwał wzrok od kom­pu­te­ra i ge­stem wska­zał Asi fo­tel gi­ne­ko­lo­gicz­ny. Po ba­da­niu za­pro­sił ją na le­żan­kę, przy któ­rej stał apa­rat ul­tra­so­no­gra­ficz­ny. Ci­sza pa­nu­ją­ca w ga­bi­ne­cie była nie do znie­sie­nia, dla­te­go Jo­asia drżą­cym gło­sem za­py­ta­ła, czy wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

– Sko­ro nic nie mó­wię, to zna­czy, że nie mam za­strze­żeń. – Dok­tor wzru­szył ra­mio­na­mi. Już wcze­śniej Asia do­strze­gła na jego pal­cu ser­decz­nym ob­rącz­kę i po­myś­lała, że współ­czu­je jego żo­nie. Sama ra­czej nie wy­trzy­ma­ła­by z tak ma­ło­mów­nym czło­wie­kiem. A może był taki tyl­ko wo­bec pa­cjen­tek?

W koń­cu le­karz mruk­nął do Asi, że może się ubrać, i wró­cił do biur­ka. Po chwi­li Jo­asia usia­dła po dru­giej stro­nie. Tym ra­zem to ona wpa­try­wa­ła się w nie­go ze znie­cier­pli­wie­niem.

– Ma­ci­ca jest roz­pulch­nio­na, ale na USG jesz­cze nic nie wi­dać, za wcze­śnie. Zro­bi pani ba­da­nia i wró­ci do mnie za dwa ty­go­dnie. – Za­pi­sał nie­wiel­ką kart­kę drob­ny­mi li­te­ra­mi i po­dał ją Jo­an­nie.

– Ale… czy ja je­stem w cią­ży? – do­py­ty­wa­ła się Jo­asia. W koń­cu przy­szła tu po to, żeby po­twier­dzić swój od­mien­ny stan!

– No, tak – od­po­wie­dział le­karz. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by nie ro­zu­miał za­da­ne­go przez pa­cjent­kę py­ta­nia. – Od razu dam pani skie­ro­wa­nie na ba­da­nia pre­na­tal­ne, za­dzwo­ni so­bie pani i za­re­zer­wu­je ter­min w oko­li­cach… – zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na ka­len­darz – no, pod ko­niec roku.

Jo­an­na gło­śno prze­łknę­ła śli­nę.

– Ach, tak – mruk­nę­ła tyl­ko.

– Sama pani ro­zu­mie: wiek, ry­zy­ko. Stan­dar­do­wa pro­ce­du­ra. – To­ma­szew­ski po­ru­szył ręką w bli­żej nie­spre­cy­zo­wa­nym ge­ście i do­dał szyb­ko: – Pro­szę się nie za­mar­twiać. Mia­łem pa­cjent­ki star­sze od pani o co naj­mniej kil­ka lat i uro­dzi­ły zdro­we, sil­ne dzie­ci.

Jo­an­na wra­ca­ła do domu au­to­bu­sem i przez cały czas roz­pa­mię­ty­wa­ła sło­wa le­ka­rza. Mo­gła mieć tyl­ko na­dzie­ję, że dziec­ko bę­dzie zdro­we… Wiek. Ry­zy­ko. Stan­dar­do­wa pro­ce­du­ra. Tro­chę uspo­ko­ił ją tą ostat­nią uwa­gą, ale i tak się bała. Do­bry Boże, czy od te­raz jej ży­cie bę­dzie jed­nym wiel­kim lę­kiem i nie­wia­do­mą?

Wró­ci­ła do pu­ste­go miesz­ka­nia – Ma­ciek oczy­wi­ście był jesz­cze w pra­cy, cho­ciaż za okna­mi za­czy­na­ło już zmierz­chać. Po­trze­bo­wa­ła brat­niej du­szy, więc za­dzwo­ni­ła do przy­ja­ciół­ki.

Ha­nia była u niej po trzy­dzie­stu mi­nu­tach.

– Do­brze, że za­dzwo­ni­łaś – uśmiech­nę­ła się, ścią­ga­jąc kurt­kę. – Też sie­dzia­łam sama w domu. An­drzej dzwo­nił, że bę­dzie dziś póź­no, Da­ria wy­szła z ko­le­żan­ką, dla­te­go spa­dłaś mi z nie­ba!

Jo­asia wzię­ła od przy­ja­ciół­ki kurt­kę, po­wie­si­ła ją na wie­sza­ku i za­chę­ci­ła Ha­nię, aby się roz­go­ści­ła. Z grzecz­no­ści za­pro­po­no­wa­ła jej coś do pi­cia, ale ta tyl­ko mach­nę­ła ręką, su­ge­ru­jąc, że to nie­po­trzeb­ne.

– Mu­szę ci coś po­wie­dzieć – wy­pa­li­ła Jo­asia. – Ale jak po­wiesz Re­na­cie, to wła­sno­ręcz­nie cię udu­szę! Nie chcę, żeby do­wie­dzia­ła się od cie­bie przy­pad­kiem. Chce­my z Mać­kiem po­in­for­mo­wać ją oso­biś­cie…

Ką­ci­ki ust Hani nie­znacz­nie drgnę­ły. Chy­ba już wie­dzia­ła, co przy­ja­ciół­ka chce jej prze­ka­zać!

– Tak? – za­chę­ci­ła ją do zwie­rzeń.

– Je­stem w cią­ży – oznaj­mi­ła Asia i wy­pu­ści­ła z sie­bie gło­śno po­wie­trze.

– Tak my­śla­łam! – Ha­nia kla­snę­ła w dło­nie i po­de­rwa­ła się z fo­te­la, aby uści­skać Jo­asię. Była dla niej jak ro­dzo­na sio­stra, któ­rej ni­g­dy nie mia­ła, a przy­naj­mniej nic jej na ten te­mat nie było wia­do­mo.

Obie do­ra­sta­ły w domu dziec­ka, z tą róż­ni­cą, że mat­ka Hani po­rzu­ci­ła ją od razu po po­ro­dzie, więc nie zna­ła swo­jej ro­dzi­ny. Wpraw­dzie przed ro­kiem od­szu­ka­ła ko­bie­tę, któ­ra ją uro­dzi­ła, ale nie zde­cy­do­wa­ła się na pró­bę od­bu­do­wy re­la­cji. Nie po tym, co zo­ba­czy­ła.

– Na­wet nie wiesz, jak się cie­szę! – po­wie­dzia­ła, ści­ska­jąc przy­ja­ciół­kę. – Cza­sa­mi już się ba­łam, że ni­g­dy nie uło­żysz so­bie ży­cia, ale w koń­cu nad­szedł dzień, kie­dy mogę ode­tchnąć z ulgą i prze­stać się o cie­bie mar­twić. Mi­sja ukoń­czo­na!

– Dzię­ki – bąk­nę­ła Jo­asia, a Ha­nia, zbyt za­ofe­ro­wa­na cią­żą przy­ja­ciół­ki, nie za­uwa­ży­ła, że Asia jest dziw­nie mar­kot­na.

– A jak za­re­ago­wał Ma­ciek? Bar­dzo się cie­szy, praw­da? – kon­ty­nu­owa­ła Ha­nia. – Ale Re­na­ta bę­dzie szczę­śli­wa! Mu­si­cie jej jak naj­szyb­ciej po­wie­dzieć, bo oba­wiam się, że nie będę po­tra­fi­ła zbyt dłu­go utrzy­mać ję­zy­ka za zę­ba­mi.

Uwa­ga Hani nie była po­zba­wio­na sen­su. Mia­ła re­gu­lar­ny kon­takt z mat­ką Mać­ka, z któ­rą miesz­ka­ła po są­siedz­ku. Naj­dziw­niej­sze w tej re­la­cji było to, że ko­bie­ty miesz­ka­ły obok sie­bie przez wie­le lat, mi­ja­ły się obo­jęt­nie na uli­cy i rzu­ca­ły tyl­ko pod no­sem „dzień do­bry”, a przy­pa­dek spra­wił, że rok temu zbli­ży­ły się do sie­bie. Jo­asia spo­ty­ka­ła się wów­czas z Jur­kiem i wią­za­ła z nim jak naj­bar­dziej po­waż­ne pla­ny, cho­ciaż Ha­nia od po­cząt­ku wie­dzia­ła, co się świę­ci, i bły­ska­wicz­nie, na­wet go nie zna­jąc, wy­czu­wa­ła, że to ko­lej­na po­mył­ka przy­ja­ciół­ki. Nie mu­sia­ła go po­zna­wać. Wy­star­czy­ło, że Jo­asia przed­sta­wia­ła jej swo­ich po­przed­nich part­ne­rów. Ha­nia wie­lo­krot­nie pró­bo­wa­ła wpły­nąć na ko­le­żan­kę, ale Asia tłu­ma­czy­ła się, że ina­czej nie po­tra­fi. Że prze­cież nie robi tego spe­cjal­nie – nie wy­bie­ra­ła trud­nych męż­czyzn dla wła­snej przy­jem­no­ści, nie była prze­cież ma­so­chist­ką. A jed­nak Ha­nia wie­dzia­ła, że ko­lej­ne tok­sycz­ne związ­ki Jo­an­ny nie są dzie­łem przy­pad­ku. Asia mia­ła po pro­stu zbyt ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści, a ona sama coś na ten te­mat wie­dzia­ła… Mu­sia­ło mi­nąć wie­le lat, żeby w koń­cu od­wa­ży­ła się za­wal­czyć o sie­bie w mał­żeń­stwie.

Wy­da­rze­nia po­to­czy­ły się la­wi­no­wo. Ha­nia zbli­ży­ła się do Re­na­ty, w mię­dzy­cza­sie Jo­asia osta­tecz­nie roz­sta­ła się z Jur­kiem, a na­rze­czo­na Mać­ka, syna Re­na­ty, za­szła w cią­żę z in­nym męż­czy­zną. Przy­pa­dek zrzą­dził, że tych dwo­je zna­la­zło się w domu Hani w tym sa­mym cza­sie. Wpraw­dzie Asia była umó­wio­na z przy­ja­ciół­ką, a w tym sa­mym cza­sie Ha­nia za­pro­si­ła Re­na­tę, żeby dwie bli­skie jej ko­bie­ty mo­gły się w koń­cu po­znać, ale Mać­ka nikt się wów­czas nie spo­dzie­wał. Za­je­chał aku­rat do mat­ki, bo po­trze­bo­wał coś wziąć z piw­ni­cy, a że Re­na­ty nie było w domu, za­dzwo­nił do niej, żeby za­py­tać, gdzie jest. Przy­szedł do domu Hani, żeby wziąć od mat­ki klu­cze i… sta­ło się.

– Oczy­wi­ście, że nie­dłu­go jej o wszyst­kim po­wie­my, w koń­cu zo­sta­nie bab­cią – głos Asi ścią­gnął Ha­nię z po­wro­tem na zie­mię. – Mogę cię o coś za­py­tać?

Ha­nia wy­wró­ci­ła za­baw­nie ocza­mi.

– My­śla­łam, że po tylu la­tach przy­jaź­ni na­wet nie mu­sisz ro­bić ta­kich wstę­pów!

– Jak ty za­re­ago­wa­łaś, kie­dy do­wie­dzia­łaś się, że no wiesz… jak za­re­ago­wa­łaś, kie­dy zo­rien­to­wa­łaś się, że je­steś w cią­ży?

Ha­nia się za­wa­ha­ła.

– Wiesz, że nam jest trud­niej niż ko­bie­tom, któ­re wy­cho­wa­ły się w ko­cha­ją­cych ro­dzi­nach, mia­ły nor­mal­ne domy – przy­zna­ła ze smut­kiem. – Nie po­zwól, żeby te złe wspo­mnie­nia ze­psu­ły ci ra­dość z ma­cie­rzyń­stwa. Ja na przy­kład ba­łam się, że nie będę po­tra­fi­ła od­na­leźć w so­bie mi­ło­ści do dziec­ka. Po­ja­wia­ły się my­śli, że sko­ro moja mat­ka mnie nie chcia­ła, pew­nie je­stem taka sama jak ona.

Jo­asia drgnę­ła.

– Ja pa­nicz­nie boję się o zdro­wie dziec­ka – ode­zwa­ła się za­chryp­nię­tym gło­sem. – Nie mam już dwu­dzie­stu lat, w moim wie­ku cią­ża wią­że się z pew­nym ry­zy­kiem i na­cho­dzą mnie cza­sem ta­kie my­śli, że je­stem… ego­ist­ką – ostat­nie sło­wo wy­po­wie­dzia­ła szep­tem.

– Nic mą­dre­go ci nie do­ra­dzę, ale chy­ba zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że w cią­żę za­cho­dzą ko­bie­ty o wie­le star­sze od cie­bie? Trzy­dzie­ści osiem lat w dzi­siej­szych cza­sach to wca­le nie jest póź­ny wiek na ma­cie­rzyń­stwo, nie wiem, co ty w ogó­le so­bie ubz­du­ra­łaś – obu­rzy­ła się Ha­nia.

– Cóż, na­wet le­karz po­wie­dział, że po­win­nam zro­bić ba­da­nia pre­na­tal­ne, bo mam już swo­je lata – Jo­asia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Więc chy­ba coś w tym jest…

Ha­nia wy­wró­ci­ła nie­cier­pli­wie ocza­mi.

– Po­dejdź do tych ba­dań jak do for­mal­no­ści, nie za­drę­czaj się, bo w ten spo­sób mo­żesz za­szko­dzić dziec­ku. Po­dej­rze­wam, że stres może być dla nie­go bar­dziej ob­cią­ża­ją­cy niż twój wiek… – za­wa­ha­ła się, po czym uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko i aż pod­sko­czy­ła z ra­do­ści. – Aaa! Asia jest w cią­ży! Nie mogę w to uwie­rzyć!

Jo­asia nie po­tra­fi­ła się po­wstrzy­mać. Za­śmia­ła się pod no­sem.

– Wa­riat­ka!

Ha­nia może nie roz­wia­ła wszyst­kich jej wąt­pli­wo­ści, jed­nak szcze­ra roz­mo­wa po­mo­gła Jo­asi upo­rać się ze swo­imi my­śla­mi. Po­sta­no­wi­ła, że prze­sta­nie za­mę­czać się rze­cza­mi, na któ­re i tak nie ma wpły­wu, i po pro­stu za­cznie się cie­szyć od­mien­nym sta­nem.

ROZ­DZIAŁ 3

Re­na­ta po­dej­rze­wa­ła, co spro­wa­dza do niej Jo­asię i Mać­ka, i to wca­le nie dla­te­go, że była wróż­ką; mia­ła za­sa­dę, że nigdy nie sta­wia­ła ta­ro­ta swo­im naj­bliż­szym. Nie py­ta­ła też ni­g­dy kart o to, jak po­to­czy się jej ży­cie, co wzbu­dza­ło nie­zdro­wą cie­ka­wość zna­jo­mych. Dzi­wi­li się, że ni­g­dy nie ku­si­ło jej, aby spraw­dzić swo­ją przy­szłość, ale Re­na­ta upar­cie po­wta­rza­ła, że to, że z cze­goś żyje, nie ozna­cza, że od razu musi się z tym zga­dzać. Lu­bi­ła sta­wiać ta­ro­ta, ale nie po­chwa­la­ła pra­gnie­nia swo­ich klien­tów, aby po­znać przy­szłość. Uwa­ża­ła, że cza­sem może wy­nik­nąć z tego wię­cej szko­dy niż po­żyt­ku. Po co się za­mar­twiać czymś, co ma do­pie­ro na­stą­pić? Re­na­ta zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła brać spra­wy w swo­je ręce.

Nie mu­sia­ła sta­wiać ta­ro­ta, żeby wie­dzieć, że ta wi­zy­ta jest zu­peł­nie inna, jak­by bar­dziej ofi­cjal­na: mło­dzi tym ra­zem za­po­wie­dzie­li swo­je przyj­ście. Jo­asia czę­sto od­wie­dza­ła ją ra­zem z Ha­nią, a Ma­ciek za­zwy­czaj wpa­dał bez za­po­wie­dzi. Nie­ste­ty nie ro­bił tego zbyt czę­sto. Wpraw­dzie od­kąd zwią­zał się z Jo­asią, jego re­la­cje z mat­ką się po­lep­szy­ły, ale i tak były da­le­kie od ide­ału.

Mą­dra ko­bie­ta po­tra­fi po­kie­ro­wać męż­czy­zną – my­śla­ła Re­na­ta, wspo­mi­na­jąc cza­sy, kie­dy Ma­ciek miesz­kał z Aga­tą i na­wet nie pa­mię­tał o swo­jej mat­ce. Oczy­wi­ście to nie była wy­łącz­nie wina Aga­ty, bo kry­zys za­czął się o wie­le wcze­śniej, jesz­cze za­nim eks­na­rze­czo­na w ogó­le po­ja­wi­ła się w ży­ciu Mać­ka, nie­mniej jed­nak Re­na­ta twier­dzi­ła, że ko­bie­ta po­win­na sca­lać ro­dzi­nę, pod­sy­cać do­mo­we ogni­sko, a je­dy­nym, co po­tra­fi­ła pod­sy­cać Aga­ta, była nie­zgo­da.

Asia stop­nio­wo ocie­pla­ła re­la­cje pa­nu­ją­ce w ro­dzi­nie. Re­na­ta za­wsze ma­rzy­ła o ta­kiej part­ner­ce dla swo­je­go syna i wie­rzy­ła, że te­raz w koń­cu wszyst­ko zmie­rza we wła­ści­wym kie­run­ku.

Ob­sta­wia­ła albo ślub, albo cią­żę, ale ko­bie­ca in­tu­icja pod­po­wia­da­ła jej, że cho­dzi o to dru­gie. Kie­dy ostat­ni raz wi­dzia­ła Asię u Hani, przy­szła sy­no­wa pro­mie­nia­ła ta­kim bla­skiem, ja­kim może błysz­czeć tyl­ko ko­bie­ta spo­dzie­wa­ją­ca się dziec­ka. Za­wsze była roz­trze­pa­na, a te­raz jej ru­chy sta­ły się jak­by bar­dziej do­stoj­ne, a ona sama – ostroż­niej­sza i bar­dziej opa­no­wa­na. Róż­ni­cę było wi­dać go­łym okiem. Re­na­ta po­czu­ła ukłu­cie żalu, że syn jesz­cze nie prze­ka­zał jej tej istot­nej wie­ści, ale cze­ka­ła cier­pli­wie.

I chy­ba się w koń­cu do­cze­ka­ła!

W in­nych oko­licz­no­ściach ura­czy­ła­by go­ści do­mo­wej ro­bo­ty na­lew­ką, któ­rej sła­wa wy­kra­cza­ła już poza gra­ni­ce So­snow­ca, ale za­cho­wa­ła się sto­sow­nie do sy­tu­acji i za­pa­rzy­ła zie­lo­ną her­ba­tę z pie­przem i skór­ką po­ma­rań­czy. Jej ko­lek­cja her­bat była zresz­tą nie mniej zna­na niż wła­sno­ręcz­nie przy­go­to­wy­wa­na przez nią na­lew­ka.

Re­na­ta ni­g­dy nie za­pro­po­no­wa­ła­by cię­żar­nej al­ko­ho­lu, dla­te­go kie­dy już usa­dzi­ła go­ści przy sto­li­ku, nie­śmia­ło pod­su­nę­ła Jo­asi fi­li­żan­kę z aro­ma­tycz­nym na­po­jem.

Mimo że Ma­ciek wy­cho­wał się w tym domu, któ­ry jego mama odzie­dzi­czy­ła po swo­jej bab­ci, kie­dy miał osiem lat, czuł się tu­taj nie­swo­jo. Ni­g­dy nie po­chwa­lał za­ję­cia mat­ki. W pew­nym mo­men­cie Re­na­ta z bó­lem ser­ca zo­rien­to­wa­ła się, że syn naj­zwy­czaj­niej w świe­cie się jej wsty­dzi.

„Wa­riat­ka”, „na­wie­dzo­na”, „po­my­lo­na” – to tyl­ko naj­ła­god­niej­sze z okre­śleń, ja­ki­mi ko­le­dzy Mać­ka na­zy­wa­li jego mamę. Lu­dzie nie ro­zu­mie­li in­no­ści, a Re­na­ta wzbu­dza­ła nie tyl­ko nie­zdro­we za­cie­ka­wie­nie, ale też lęk. Eks­cen­trycz­na sa­mot­na ko­bie­ta pa­ra­ją­ca się wróż­biar­stwem – ta­kie oso­by za­wsze sta­ją się obiek­ta­mi kpin. Re­na­ta do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że nie­co, z na­ci­skiem na „nie­co”, od­bie­ga od ste­reo­ty­pu ty­po­wej mat­ki Po­lki. Ni­g­dy nie moż­na jej było okre­ślić jako prze­cięt­ną. A Ma­ciek, mimo że ni­g­dy nie po­znał swo­je­go ojca, z któ­rym Re­na­tę po­łą­czył dzie­się­cio­dnio­wy ro­mans w Helu, odzie­dzi­czył po nim prag­ma­tycz­ność i po­trze­bę nor­mal­no­ści.

Dwie tak skraj­nie róż­ne oso­bo­wo­ści nie mo­gły bez­ko­li­zyj­nie funk­cjo­no­wać pod jed­nym da­chem. W koń­cu na­stą­pił wy­buch.

Był w tej ro­dzi­nie taki czas, kie­dy wza­jem­nym pre­ten­sjom nie było koń­ca. Ma­ciek miał żal do mat­ki, że swo­im za­cho­wa­niem wy­sta­wia jego i sie­bie na po­śmie­wi­sko. Chciał, żeby była z nie­go dum­na.

W koń­cu miał do­sko­na­le płat­ną pra­cę i pew­ną po­zy­cję w fir­mie. I to nie byle ja­kiej, bo w mię­dzy­na­ro­do­wej kor­po­ra­cji! Re­na­ta po­wta­rza­ła jed­nak, że do­bro­wol­na od­siad­ka w szkla­nym wię­zie­niu to nie po­wód do dumy. Bała się, że w tym wy­ści­gu szczu­rów syn stra­ci swo­ją nie­za­leż­ność, wła­sne zda­nie. Nie pa­so­wa­ła do tych cza­sów. Dla niej nad­rzęd­nym do­brem była na­wet nie mi­łość czy przy­jaźń, a wol­ność. Po­strze­ga­ła pra­cę Mać­ka jako nie­bez­piecz­ną pu­łap­kę, oba­wia­ła się, że syn w pew­nym mo­men­cie po pro­stu nie wy­trzy­ma tego sza­lo­ne­go pędu. Wciąż mu­siał udo­wad­niać, że jest naj­lep­szy, że za­słu­gu­je na swo­je sta­no­wi­sko jak nikt inny. Re­na­ta do ni­cze­go nie mu­sia­ła prze­ko­ny­wać prze­ło­żo­nych, a świa­do­mość, że jej syn jest pro­duk­tem sys­te­mu, bar­dzo ją bo­la­ła. Tak bar­dzo chcia­ła, żeby był wol­ny, nie­za­leż­ny, żeby nie bał się mó­wić tego, co my­śli…

Może za bar­dzo? Może w tym pra­gnie­niu nie­za­wi­słoś­ci nie do­strze­ga­ła, że pra­ca w kor­po­ra­cji jest speł­nie­niem jego ma­rzeń? Re­na­ta chcia­ła żyć na swo­ich za­sa­dach, a cały pro­blem po­le­gał na tym, że nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć, iż Ma­ciek ma zu­peł­nie inne pla­ny. Na li­nii mat­ka–syn iskrzy­ło od lat. W pew­nym mo­men­cie Ma­ciek prak­tycz­nie ze­rwał kon­takt z mamą. A po­tem po­znał Jo­asię. Wy­słu­chał hi­sto­rii o jej mat­ce, któ­ra sprze­da­wa­ła za­ku­pio­ne przez Asię mię­so, żeby mieć pie­nią­dze na al­ko­hol, i… po­czuł wstyd.

Od­kąd do­wie­dział się, że sam zo­sta­nie oj­cem, to­wa­rzy­szy­ło mu prze­ko­na­nie, że nie żyje już tyl­ko dla sie­bie. Był czę­ścią wie­lo­po­ko­le­nio­wej ukła­dan­ki, i tyl­ko od nie­go sa­me­go, i od Jo­asi rzecz ja­sna, za­le­ża­ło, w ja­kiej ro­dzi­nie dziec­ko przyj­dzie na świat – skon­flik­to­wa­nej czy po­go­dzo­nej z prze­szło­ścią i uf­nie spo­glą­da­ją­cej w przy­szłość. Dziec­ko, któ­re no­si­ła pod ser­cem Jo­asia, było nie tyl­ko ich sy­nem czy cór­ką. Było wnu­kiem Re­na­ty. Mia­ło gdzieś w świe­cie dziad­ka, któ­ry za­pew­ne nie miał naj­mniej­sze­go po­ję­cia o tym, że wkrót­ce spo­tka go taki za­szczyt. Było rów­nież wnu­kiem Do­ro­ty i Ja­ro­sła­wa, któ­rych wpraw­dzie mia­ło nie po­znać, ale któ­rych de­cy­zje mia­ły od­ci­snąć pięt­no na jego ży­ciu. Po przod­kach dzie­dzi­czy­my prze­cież coś wię­cej niż tyl­ko gru­pę krwi czy ko­lor wło­sów.

Wła­śnie dla­te­go mu­siał, nie, nie mu­siał, chciał prze­ła­mać opór i za­cząć czer­pać przy­jem­ność z cza­su spę­dzo­ne­go z mat­ką. Tak po pro­stu. Nie za­mie­rzał już krzy­wić się z nie­sma­kiem na wi­dok lu­dzi cze­ka­ją­cych na po­dwó­rzu w ko­lej­ce po wróż­bę. Nie chciał bać się po­ru­szać po ro­dzin­nym domu z oba­wy, że na­tknie się na szkla­ną kulę czy za­plą­cze się w dłu­gą do sa­mej zie­mi ko­ta­rę. Zresz­tą jego mama ni­g­dy nie ko­rzy­sta­ła z ta­kich czar­no­księ­skich atry­bu­tów. Re­na­ta nie była cza­row­ni­cą. Była jego mat­ką, nor­mal­ną ko­bie­tą z pa­sją. Je­śli ktoś tego nie ro­zu­miał… cóż, jego pro­blem.

Ow­szem, kie­dyś Ma­ciek moc­no się tym przej­mo­wał. Nie mógł spać po no­cach. Bał się iść do szko­ły, bo wie­dział, że znów za­czną się kpi­ny, głu­pie żar­ty. Ale nie był już prze­cież tam­tym prysz­cza­tym, za­mknię­tym w so­bie pięt­na­sto­lat­kiem.

Był gło­wą ro­dzi­ny, do cho­le­ry, i mu­siał wziąć się w garść!

Re­na­ta z ta­jem­ni­czym uśmie­chem na ustach przy­glą­da­ła się to Mać­ko­wi, to znów Jo­asi. Cze­ka­ła, nie po­na­gla­jąc syna, kie­dy opo­wia­dał o no­wym pro­jek­cie w pra­cy. Nie ode­zwa­ła się też ani sło­wem, gdy Jo­asia za­sta­na­wia­ła się, co ku­pić cór­ce Hani na osiem­na­ste uro­dzi­ny. W koń­cu za­mil­kli, onie­śmie­le­ni dziw­nym za­cho­wa­niem go­spo­dy­ni. Za­zwy­czaj Re­na­cie nie za­my­ka­ły się usta, a tym­cza­sem tego dnia była dziw­nie mil­czą­ca. Ma­ciek zdą­żył się już prze­stra­szyć nie na żar­ty, że mat­ka jest cho­ra, ale prze­cież wte­dy nie uśmie­cha­ła­by się tak pod no­sem.

– Je­steś w cią­ży, Jo­asiu, praw­da?

Re­na­ta ni­g­dy nie owi­ja­ła w ba­weł­nę. W to­wa­rzy­stwie sły­nę­ła z bez­kom­pro­mi­so­wo­ści i otwar­to­ści. Po­łą­cze­nie tych dwóch cech spra­wia­ło, że czę­sto zda­rza­ło jej się wpra­wiać swo­ich roz­mów­ców w zdu­mie­nie.

Ma­ciek uniósł wy­so­ko brwi i rzu­cił Asi po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. Ta za­chi­cho­ta­ła ner­wo­wo.

– Nic się przed tobą nie ukry­je – za­uwa­ży­ła. – Aż tak to wi­dać?

Re­na­ta aż pod­sko­czy­ła z wra­że­nia.

– Oczy­wi­ście! Wy­star­czy na cie­bie spoj­rzeć. Już daw­no się zo­rien­to­wa­łam, tyl­ko cze­ka­łam, aż ze­chce­cie mnie po­in­for­mo­wać – nie pla­no­wa­ła tego, ale w jej gło­sie roz­brzmia­ła nuta pre­ten­sji, co spra­wi­ło, że Asia jak­by za­pa­dła się w so­bie.

Sku­li­ła się i de­li­kat­nie szturch­nę­ła Mać­ka, su­ge­ru­jąc, że to on po­wi­nien prze­jąć na sie­bie cię­żar tej od­po­wie­dzi.

Ma­ciek od­chrząk­nął zna­czą­co i wy­tarł spo­co­ne dło­nie o dżin­sy. Cóż, po­tra­fił z po­wo­dze­niem pro­wa­dzić ne­go­cja­cje biz­ne­so­we, ale po­in­for­mo­wa­nie wła­snej mat­ki, że wkrót­ce zo­sta­nie bab­cią, spra­wi­ło, że ob­lał go zim­ny pot, a prze­cież nie miał już szes­na­stu lat!

– Chcie­li­śmy naj­pierw sami się oswo­ić z tą my­ślą, no i upew­nić się, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku – bąk­nął nie­śmia­ło, ale Re­na­ta tyl­ko mach­nę­ła ręką.

– A co by mia­ło nie być? Oczy­wi­ście, że wszyst­ko jest i bę­dzie w po­rząd­ku, bo na­sta­wie­nie to już po­ło­wa suk­ce­su! A ja nie mam do was pre­ten­sji – oświad­czy­ła, cho­ciaż obo­je da­li­by so­bie rękę uciąć, że przed kil­ku­na­sto­ma se­kun­da­mi usły­sze­li w jej gło­sie żal. – Kie­dy Asia uro­dzi? Kie­dy zo­sta­nę bab­cią? – Po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie.

Była taka pod­eks­cy­to­wa­na!

– La­tem – ode­zwa­ła się Jo­asia. – Mam ter­min na ko­niec czerw­ca.

– Cu­dow­nie! – Re­na­ta kla­snę­ła w dło­nie. – To bę­dzie nie­zwy­kłe lato! Za­wsze po­wta­rzam, że le­piej, jak się dzie­ci ro­dzą la­tem niż zimą. Mło­dej ma­mie ła­twiej się zor­ga­ni­zo­wać, a i po­go­da bar­dziej sprzy­ja spa­ce­rom – za­uwa­ży­ła z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. – Już się nie mogę do­cze­kać… Będę bar­dzo wścib­ska, je­śli za­py­tam, czy już by­łaś u le­ka­rza? – zwró­ci­ła się do Asi.

Jo­asia się uśmiech­nę­ła. Re­na­ta mia­ła w so­bie tyle cie­pła, że nie spo­sób było jej nie lu­bić. Tym bar­dziej nie ro­zu­mia­ła dy­stan­su w re­la­cjach mię­dzy Mać­kiem a jego mamą. Gdy­by ona mia­ła taką mat­kę…

– Nie mam z tym pro­ble­mu, py­taj, o co tyl­ko chcesz. – Asia po­sła­ła Re­na­cie cie­płe spoj­rze­nie. – Prze­cież to twój wnuk!

– Mój wnuk – po­wtó­rzy­ła mat­ka Mać­ka i zro­bi­ła pau­zę, jak­by chcia­ła spraw­dzić, jak te sło­wa brzmią w jej ustach. – Mój wnuk. Albo wnucz­ka! No, przy­da­ła­by się dziew­czyn­ka, żeby była rów­no­wa­ga w ro­dzi­nie… – Mru­gnę­ła po­ro­zu­mie­waw­czo do Jo­asi. – Po mo­ich do­świad­cze­niach z tym an­cy­mo­nem chy­ba jed­nak wo­la­ła­bym wnucz­kę – ro­ze­śmia­ła się.

– Hej! – obu­rzył się Ma­ciek. – Przy­po­mi­nam ci, że ja na­dal tu je­stem…

Re­na­ta wy­ko­na­ła dło­nią gest, jak­by od­ga­nia­ła na­tręt­ne­go ko­ma­ra w let­ni wie­czór.

– Oczy­wi­ście żar­to­wa­łam. Nie chcę, że­byś czu­ła pre­sję ob­da­ro­wa­nia mnie wnucz­ką. Co ja mó­wię, dla mnie to bez zna­cze­nia, czy wnucz­ka, czy wnuk… Ktoś w koń­cu wy­słu­chał mo­ich próśb – wes­tchnę­ła osten­ta­cyj­nie.

– Prze­cież ni­g­dy nie by­łaś spe­cjal­nie wie­rzą­ca – wtrą­cił nie­śmia­ło Ma­ciek.

– Co nie zna­czy, że moje proś­by nie mo­gły być wy­słu­cha­ne! – Unio­sła wy­so­ko lewą brew i na­dę­ła usta. – Ale, Asiu, jak ty się w ogó­le, dziec­ko, czu­jesz?

Re­na­ta mia­ła ten­den­cje do ty­tu­ło­wa­nia dziec­kiem każ­de­go, kto uro­dził się choć kil­ka lat wcze­śniej niż ona. Dziec­kiem był więc nie tyl­ko jej syn, ale tak­że Ha­nia, Jo­asia, li­sto­nosz, eks­pe­dient­ka w osie­dlo­wym skle­pie, le­kar­ka w przy­chod­ni, a na­wet po­li­cjant na­kła­da­ją­cy na nią man­dat za prze­kro­cze­nie do­zwo­lo­nej pręd­ko­ści.

Tak. Re­na­ta mia­ła sta­now­czo zbyt cięż­ką nogę.

– Za­ska­ku­ją­co do­brze, dzię­ku­ję – przy­zna­ła Jo­asia. – Je­dy­na zmia­na, jaką za­uwa­ży­łam, to tyle, że cały czas chce mi się spać! Od cza­su do cza­su do­pa­da­ją mnie też mdło­ści, ale tyl­ko wte­dy, kie­dy je­stem głod­na, więc jem, żeby do nich nie do­pu­ścić, i… – Wzdry­gnę­ła się. – Na­wet nie chcę so­bie wy­obra­żać, jak będę wy­glą­dać przed sa­mym po­ro­dem, sko­ro to do­pie­ro po­czą­tek, a ja już za­czę­łam tyć!

– Nie ma się czym przej­mo­wać! Naj­waż­niej­sze, żeby dziec­ko zdro­wo ro­sło i bez­piecz­nie przy­szło na ten świat – stwier­dzi­ła Re­na­ta, de­li­kat­nie zwra­ca­jąc Jo­asi uwa­gę.

Asia ni­g­dy by się do tego nie przy­zna­ła, ale po­czu­ła ukłu­cie żalu. Wsty­dzi­ła się swo­ich uczuć, bała się, że zo­sta­nie uzna­na za ego­ist­kę, a jed­nak nie po­tra­fi­ła do koń­ca zgo­dzić się z Re­na­tą. Oczy­wi­ście, zdro­wie i bez­pie­czeń­stwo dziec­ka to spra­wy prio­ry­te­to­we, ale…

Prze­łknę­ła gło­śno śli­nę. Dla­cze­go czu­ła złość, sły­sząc ta­kie mą­dro­ści i rady? Wie­dzia­ła, że mat­ka Mać­ka nie mia­ła na my­śli nic złe­go, ale od­nio­sła wra­że­nie, jak­by spro­wa­dzo­no ją do roli in­ku­ba­to­ra. Jak­by je­dy­ne, do cze­go zo­sta­ła stwo­rzo­na, to za­pew­nie­nie dziec­ku wa­run­ków do roz­wo­ju i bez­piecz­ne prze­trans­por­to­wa­nie go na dru­gą stro­nę brzu­cha. Jak­by jej po­trze­ba by­cia do­ce­nia­ną, atrak­cyj­ną z dnia na dzień sta­ła się cał­ko­wi­cie nie­istot­na. Oczy­wi­ście, Jo­asia ni­g­dy nie twier­dzi­ła, że wy­gląd jest naj­waż­niej­szy. Nic się nie zmie­ni­ło. Uwa­ża­ła, że na tym świe­cie są istot­niej­sze spra­wy, ale… Po pro­stu chcia­ła czuć się do­brze we wła­snej skó­rze, czy to źle?

Tym­cza­sem mia­ła wra­że­nie, że jej cia­ło prze­sta­ło na­le­żeć do niej i sta­ło się pry­wat­ną wła­sno­ścią roz­wi­ja­ją­ce­go się w ma­ci­cy dziec­ka. Jej ko­bie­cość, sek­su­al­ność, fi­gu­ra, do­bre sa­mo­po­czu­cie – to wszyst­ko ze­szło na dal­szy plan.

Od­su­nę­ła od sie­bie te re­flek­sje. Prze­cież nie mo­gła tak my­śleć! Gor­sze od sa­mych my­śli były tyl­ko wy­wo­ły­wa­ne przez nie pa­lą­ce wy­rzu­ty su­mie­nia.

– Uhm, oczy­wi­ście – wy­mam­ro­ta­ła z za­że­no­wa­niem. Mia­ła wra­że­nie, że za­rów­no Re­na­ta, jak i Ma­ciek czy­ta­li z niej jak z otwar­tej księ­gi i bez tru­du zo­rien­to­wa­li się, o czym my­śli. – Tak, tak, masz ra­cję, te­raz naj­waż­niej­sze jest dziec­ko.

– No, to co po­wie­dział le­karz? – za­py­ta­ła Re­na­ta.

Chcia­ła wie­dzieć wciąż wię­cej i wię­cej, mia­ła wra­że­nie, że mło­dzi mó­wią jej sta­now­czo za mało. A prze­cież tu cho­dzi­ło o jej wnu­ka!

– Je­stem po dru­giej wi­zy­cie, przed­wczo­raj mia­łam USG – po­wie­dzia­ła Jo­asia.

Przy­po­mnia­ła so­bie o her­ba­cie, ale ta była już zim­na, dla­te­go skrzy­wi­ła się i od­sta­wi­ła fi­li­żan­kę na sto­lik. Kawa i her­ba­ta mu­sia­ły być go­rą­ce! Myśl o ka­wie spra­wi­ła, że Asia się roz­ma­rzy­ła. Ile ona by dała za ku­bek moc­nej czar­nej… Le­karz ka­zał się jej jed­nak ogra­ni­czać. Po­dob­no ko­fe­ina w du­żych ilo­ściach może być szko­dli­wa dla nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka.

Jo­asia zre­zy­gno­wa­ła z niej nie bez żalu, tak jak i z su­shi, do któ­re­go mi­ło­ścią za­ra­ził ją Ma­ciek. Wcze­śniej by­wa­li w Hana Su­shi w Ka­to­wi­cach co naj­mniej raz w mie­sią­cu.

Dla­cze­go ja w ogó­le o tym my­ślę? – zru­ga­ła się za to Jo­asia.

Ma­ciek zo­rien­to­wał się, że jego part­ner­ka jest dziw­nie roz­ko­ja­rzo­na, dla­te­go po­spie­szył jej z po­mo­cą.

– To było pierw­sze USG – prze­jął pa­łecz­kę. – Le­karz wy­ko­nał je, żeby po­twier­dzić cią­żę i jej pra­wi­dło­wą lo­ka­li­za­cję. Wy­glą­da na to, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku – roz­luź­nił się.

Re­na­ta po­wo­li ski­nę­ła gło­wą i prze­nio­sła wzrok na Asię.

– A co z two­ją pra­cą? Uwa­żam, że cią­ża to nie cho­ro­ba, ale… – urwa­ła zna­czą­co. – Prze­cież ty w pra­cy, dźwi­gasz cięż­kie to­wa­ry, schy­lasz się, je­steś w cią­głym ru­chu. Sama nie wiem, czy to do­brze dla dziec­ka.

– Asia do­sta­ła od le­ka­rza zwol­nie­nie – wtrą­cił Ma­ciek, a Re­na­ta ode­tchnę­ła z ulgą. Nie po­wie­dzia­ła­by tego na głos, nie chcia­ła ro­bić Asi przy­kro­ści, ale ta mia­ła prze­cież pra­wie czter­dzie­ści lat i była w pierw­szej cią­ży. Mu­sia­ła na sie­bie szcze­gól­nie uwa­żać.

– Sze­fo­wa sama mi to za­su­ge­ro­wa­ła – wtrą­ci­ła Jo­an­na. – W świe­tle pra­wa pra­co­daw­ca ma obo­wią­zek prze­nieść cię­żar­ną pra­cow­ni­cę na inne sta­no­wi­sko, ta­kie, któ­re nie sta­no­wi za­gro­że­nia dla zdro­wia ko­bie­ty i jej dziec­ka, ale w prak­ty­ce… – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Wia­do­mo, jak wy­glą­da pra­ca w skle­pie. U nas albo pra­cu­je się fi­zycz­nie, albo w ogó­le. Sze­fo­wa nie wie­dzia­ła­by, co ze mną zro­bić… Poza tym le­karz uznał, że w moim wie­ku roz­sąd­niej bę­dzie, je­śli będę się oszczę­dzać, i wy­słał mnie na zwol­nie­nie.

– Tym le­piej dla cie­bie! Po­tem so­bie na chwi­lę na­wet nie usią­dziesz, pa­mię­tam, jak to jest z ma­łym dziec­kiem. Te­raz so­bie od­pocz­niesz, na­bie­rzesz sił po­trzeb­nych na pierw­sze mie­sią­ce ma­cie­rzyń­stwa – za­su­ge­ro­wa­ła Re­na­ta.

Jo­asia przy­tak­nę­ła z grzecz­no­ści, cho­ciaż, praw­dę mó­wiąc, za­czy­na­ła się już nu­dzić w domu. Ma­ciek dużo pra­co­wał, a ona po pro­stu nie mia­ła co ro­bić.

Cała sy­tu­acja była dla niej zu­peł­nie nowa. Ni­g­dy nie sie­dzia­ła w domu, nie mo­gła so­bie na to po­zwo­lić. Cza­sem za­zdro­ści­ła swo­jej przy­ja­ciół­ce Hani, któ­ra była peł­no­eta­to­wą pa­nią domu, a je­dy­ne, czym się zaj­mo­wa­ła, to pro­wa­dze­nie blo­ga w wol­nych chwi­lach, ale te­raz zro­zu­mia­ła, że nie mo­gła­by tak żyć. Może pra­ca w cha­rak­te­rze eks­pe­dient­ki w mar­ke­cie nie była wiel­kim osią­gnię­ciem ani szczy­tem jej ma­rzeń, ale ce­ni­ła so­bie kon­takt z ludź­mi i, co tu dużo mó­wić, wpły­wa­ją­cą re­gu­lar­nie na kon­to pen­sję. Wpraw­dzie Ma­ciek w tej swo­jej kor­po­ra­cji za­ra­biał cał­kiem nie­źle i, co było dla niej to­tal­ną no­wo­ścią, nie mu­sia­ła się już tak mar­twić o pie­nią­dze, to jed­nak do­ce­nia­ła swo­ją nie­za­leż­ność fi­nan­so­wą. Wcze­śniej ni­g­dy nie mo­gła li­czyć na ni­czy­je wspar­cie, do wszyst­kie­go do­szła sama. Żyła skrom­nie, ni­g­dy po­nad stan, i cza­sem uda­wa­ło jej się na­wet odło­żyć z wy­pła­ty pięć­dzie­siąt czy sto zło­tych.

– Jo­asia dużo czy­ta – wtrą­cił Ma­ciek. – Głów­nie książ­ki i ma­ga­zy­ny o ro­dzi­ciel­stwie.

Re­na­ta w ża­den spo­sób tego nie sko­men­to­wa­ła, cho­ciaż na koń­cu ję­zy­ka mia­ła uwa­gę, że każ­da ko­bie­ta ma w so­bie ten mi­tycz­ny in­stynkt, któ­ry pod­po­wia­da jej, jak za­jąć się dziec­kiem, ale przy­po­mnia­ła jej się obiet­ni­ca, któ­rą zło­ży­ła so­bie uro­czy­ście przed laty.

Kie­dy Ma­ciek był ma­lut­ki, co oczy­wi­ste, był ca­łym jej świa­tem. Po­trze­bo­wał cią­głej obec­no­ści mat­ki, a Re­na­ta była dziw­nie pod­bu­do­wa­na świa­do­mo­ścią, że spo­czy­wa na niej od­po­wie­dzial­ność za ży­cie syna. Nie­któ­re ko­bie­ty czu­ją się przy­tło­czo­ne tą my­ślą, ale Re­na­ta zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ża­ła do tego gro­na. Chcia­ła czuć się po­trzeb­na.

Po­tem Ma­ciek za­czął do­ra­stać, co też prze­cież było oczy­wi­ste, i nie po­trze­bo­wał mat­ki już tak czę­sto jak na po­cząt­ku. Na­wet się nie spo­strze­gła, kie­dy chło­pak wkro­czył w wiek na­sto­let­ni i za­czął się in­te­re­so­wać dziew­czy­na­mi w zu­peł­nie inny niż do­tych­czas spo­sób. Już nie cią­gnął ich za war­ko­cze, nie do­ku­czał z po­wo­du za­ry­so­wu­ją­cych się do­pie­ro pod bluz­ką pier­si. Cho­ciaż Ma­ciek ni­g­dy nie był po­pu­lar­ny wśród ró­wie­śni­ków, to jed­nak uda­ło mu się za­pro­sić na rand­kę jed­ną z naj­ład­niej­szych dziew­cząt w szko­le i nie zo­stać od­rzu­co­nym. Edy­ta była nie tyl­ko pięk­ną, ale też bar­dzo in­te­li­gent­ną dziew­czy­ną. Re­na­cie za­im­po­no­wa­ło, że Ma­ciek wy­brał wła­śnie tak wy­jąt­ko­wą mło­dą ko­bie­tę, nie po­tra­fi­ła się jed­nak po­zbyć dziw­ne­go wra­że­nia, że bez­pow­rot­nie tra­ci swo­je dziec­ko. Nie chcia­ła dzie­lić się sy­nem z inną babą!

Dłu­go to­czy­ła ze sobą we­wnętrz­ny spór. Mat­ka kon­ku­ro­wa­ła w niej z dwu­dzie­sto­let­nią dziew­czy­ną, któ­rą Re­na­ta była jesz­cze dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej. Tam­ta mło­da ko­bie­ta mu­sia­ła zno­sić miaż­dżą­ce spoj­rze­nia i nie­za­do­wo­le­nie po­ten­cjal­nej te­ścio­wej. Wpraw­dzie z tam­te­go związ­ku nic nie wy­szło, bo jej ów­cze­sne­go na­rze­czo­ne­go za­bra­li do woj­ska do Su­wałk, gdzie się za­ko­chał i zo­stał na sta­łe, ale Re­na­ta na­dal wzdry­ga­ła się z nie­sma­kiem na myśl o kry­tycz­nym wzro­ku jego mat­ki, i w koń­cu tam­ta dziew­czy­na wy­gra­ła z mat­ką, któ­rą sta­ła się póź­niej. A może wła­śnie dla­te­go, że nic nie wy­szło z tam­tej zna­jo­mo­ści, dwu­dzie­sto­let­nia wer­sja Re­na­ty mia­ła w niej wię­cej do po­wie­dze­nia? Ży­cie nie zdą­ży­ło po­de­ptać jej wy­obraź­ni.

W każ­dym ra­zie wte­dy Re­na­ta zło­ży­ła so­bie uro­czy­stą obiet­ni­cę, że nie bę­dzie się wtrą­cać. I mia­ła za­miar do­trzy­mać tego przy­rze­cze­nia.

– My­śle­li­ście już nad imie­niem dla dziec­ka? – za­py­ta­ła, aby prze­rwać prze­dłu­ża­ją­cą się ci­szę.

– Praw­dę mó­wiąc, jesz­cze nie – przy­znał Ma­ciek. – Mamy dużo cza­su! Pew­nie za­cznie­my się za­sta­na­wiać, jak po­zna­my płeć.

– Czy­li chce­cie wie­dzieć?

– No, a czy w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku moż­na nie wie­dzieć? – zdzi­wił się.

Jo­asia bły­ska­wicz­nie po­spie­szy­ła z wy­ja­śnie­nia­mi.

– Two­jej ma­mie na pew­no cho­dzi­ło o to, że nie­któ­rzy nie za­mie­rza­ją po­zna­wać płci dziec­ka, wolą, żeby to była nie­spo­dzian­ka, ale my chce­my wie­dzieć – oświad­czy­ła z peł­nym prze­ko­na­niem. – Wpraw­dzie nie pla­nu­ję ku­po­wać tyl­ko ró­żo­wych ubra­nek dla dziew­czyn­ki i tyl­ko nie­bie­skich dla chłop­ca, ale jed­nak przy kom­ple­to­wa­niu wy­praw­ki do­brze jest wie­dzieć, dla kogo się ją przy­go­to­wu­je. No, i chcie­li­by­śmy przy­szy­ko­wać po­ko­ik dla dziec­ka, cho­ciaż my­ślę, że na po­cząt­ku wsta­wi­my łó­żecz­ko do na­szej sy­pial­ni. – Zmarsz­czy­ła brwi i spoj­rza­ła na Mać­ka. – Jak my­ślisz?

– Mamy dużo cza­su – od­po­wie­dział wy­mi­ja­ją­co. – W każ­dym ra­zie chce­my wie­dzieć i się przy­go­to­wać, rów­nież psy­chicz­nie.

Nie za­jąk­nął się ani sło­wem o swo­ich oba­wach zwią­za­nych z po­sia­da­niem cór­ki. Wciąż miał na­dzie­ję, że to jed­nak bę­dzie chło­pak…

– Oczy­wi­ście ja też wo­la­ła­bym wie­dzieć, cho­ciaż w mo­ich cza­sach USG nie było tak po­pu­lar­ne, a płeć dziec­ka po­zna­łam do­pie­ro na po­ro­dów­ce – Uśmiech­nę­ła się do swo­ich wspo­mnień Re­na­ta. – Ale wte­dy na pół­kach w skle­pie było mniej to­wa­rów, dla­te­go czło­wiek nie za­sta­na­wiał się, czy to dla chłop­czy­ka, czy dla dziew­czyn­ki, tyl­ko brał, jak leci… Dużo ubra­nek dla Mać­ka szy­łam też sama, no bo jako sa­mot­na mat­ka mu­sia­łam li­czyć się z każ­dym gro­szem. Co nie zmie­nia fak­tu, że uwa­żam tam­ten okres za naj­pięk­niej­szy w moim ży­ciu i dziś tak so­bie my­ślę, że ni­cze­go bym nie zmie­ni­ła… – Z łez­ką w oku spoj­rza­ła na syna.

Ma­ciek po­czuł się nie­swo­jo. Był za­mknię­ty w so­bie, nie­wie­le mó­wił o swo­ich uczu­ciach, bo wpę­dza­ło go to w za­kło­po­ta­nie. Nie mniej­sze zmie­sza­nie od­czu­wał, kie­dy ktoś opo­wia­dał w jego obec­no­ści o swo­ich emo­cjach. Wciąż uczył się roz­ma­wiać z ludź­mi.

– Ni­cze­go nie ża­łu­ję – kon­ty­nu­owa­ła tym­cza­sem Re­na­ta. – Non, rien de rien. Non, je ne re­gret­te rien…* – za­nu­ci­ła pod no­sem, a wi­dząc skon­ster­no­wa­ne miny Jo­asi i Mać­ka, sap­nę­ła z obu­rze­niem. – Nie mów­cie, że nie zna­cie Edith Piaf? – Po­krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. – To cze­go wy słu­cha­cie? A zresz­tą, nie­waż­ne! Chy­ba nie chcę wie­dzieć. Za­raz, za­raz… – po­dra­pa­ła się po gło­wie – o czym to ja mó­wi­łam?

* Frag­ment pio­sen­ki Edith Piaf Non, je ne re­gret­te rien.

– O tym, że okres, kie­dy Ma­ciek był mały, był naj­pięk­niej­szy w two­im ży­ciu – pod­su­nę­ła jej Jo­asia.

Wpraw­dzie dziw­nie się czu­ła, zwra­ca­jąc się po imie­niu do ko­bie­ty star­szej nie­mal o trzy de­ka­dy, ale Re­na­ta upar­ła się, żeby Jo­asia wła­śnie tak do niej mó­wi­ła, jesz­cze za­nim po­zna­ła Mać­ka i sta­ła się naj­po­waż­niej­szą kan­dy­dat­ką na jej sy­no­wą. A sko­ro je­ste­śmy już przy tym te­ma­cie…

– Tak, rze­czy­wi­ście – mruk­nę­ła Re­na­ta, ale nie kon­ty­nu­owa­ła te­ma­tu. – W każ­dym ra­zie te­raz chy­ba weź­mie­cie ślub, praw­da? – wy­pa­li­ła, a Ma­ciek aż za­krztu­sił się zim­ną her­ba­tą.

– Praw­dę mó­wiąc, my­śla­łem, że bę­dziesz ostat­nią oso­bą, któ­ra wpad­nie na taki po­mysł! Ni­g­dy nie po­chwa­la­łaś mał­żeństw za­wie­ra­nych ze wzglę­du na cią­żę, praw­da? – zwró­cił mat­ce uwa­gę.

– Non­sens! – znie­cier­pli­wi­ła się Re­na­ta. – Ow­szem, nie po­chwa­la­łam mał­żeństw bez przy­szło­ści, za­wie­ra­nych tyl­ko ze wzglę­du na cią­żę, ale prze­cież u was sy­tu­acja wy­glą­da ina­czej. Wy po pro­stu chce­cie ze sobą być, więc cze­go tu się bać?

Ma­ciek, bla­dy jak ścia­na, uciekł wzro­kiem, a Jo­asia po­czu­ła nie­mi­łe ukłu­cie w ser­cu. Re­na­ta tra­fi­ła bar­dzo cel­nie.

– Nie czu­je­my ta­kiej po­trze­by – bąk­nął Ma­ciek, uzna­jąc te­mat za za­koń­czo­ny, a z Asi uszło całe po­wie­trze.

ROZ­DZIAŁ 4

Wy­nik ba­dań pre­na­tal­nych nie­co uspo­ko­ił Asię, ale i tak mia­ła wra­że­nie, że po­win­na bar­dziej cie­szyć się z cią­ży, a tym­cza­sem jej ra­dość pod­szy­ta była spo­rą daw­ką lęku i nie­pew­no­ści.

Jaką będę mat­ką? Czy będę po­tra­fi­ła wła­ści­wie za­jąć się dziec­kiem?

Te i wie­le in­nych py­tań krą­ży­ło po gło­wie Jo­asi, zo­sta­wia­jąc na ide­al­nym ob­raz­ku nie­ład­ne rysy. Czę­sto już pra­wie ini­cjo­wa­ła roz­mo­wę na ten te­mat z Mać­kiem, ale w ostat­niej chwi­li się wy­co­fy­wa­ła. Nie chcia­ła, żeby po­my­ślał, że jest nie­czu­ła czy że do­świad­cze­nia z dzie­ciń­stwa od­bi­ły się na jej psy­chi­ce do tego stop­nia, że nie po­tra­fi cie­szyć się z nad­cho­dzą­ce­go ma­cie­rzyń­stwa. Czu­ła się roz­bi­ta, a na do­da­tek mia­ła sta­now­czo zbyt dużo wol­ne­go cza­su.

Go­dzi­na­mi le­ża­ła na łóż­ku i wpa­try­wa­ła się w su­fit, nie mo­gąc się do­cze­kać, aż Ma­ciek wró­ci do domu. Jej hu­mor po­pra­wiał się wie­czo­ra­mi i w week­en­dy, któ­re uko­cha­ny spę­dzał ra­zem z nią. Wte­dy na mo­ment za­po­mi­na­ła o roz­ter­kach i po pro­stu cie­szy­ła się bli­sko­ścią swo­je­go męż­czy­zny. Wie­dzia­ła, że musi pra­co­wać, żeby za­pew­nić jej i dziec­ku god­ne wa­run­ki ży­cia, ale naj­chęt­niej za­mknę­ła­by go w miesz­ka­niu i nie wy­pusz­cza­ła na­wet na krok.

Prze­ra­zi­ła się, bo przez jej gło­wę ni­g­dy nie prze­ta­cza­ły się tego ro­dza­ju my­śli. Ow­szem, w prze­szło­ści mia­ła spo­re pro­ble­my z bu­do­wa­niem z męż­czy­zna­mi zdro­wych re­la­cji, ale nie za­cho­wy­wa­ła się jak ko­bie­ta bluszcz. Mia­ła swo­je ży­cie, swo­ją pra­cę, swo­je za­ję­cia. Tym­cza­sem wy­da­wa­ło jej się, że od­kąd za­szła w cią­żę, prze­sta­ła być sobą.