Wydawca: Pascal Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 354 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystkie pory uczuć. Jesień - Magdalena Majcher

Życie Hani to z pozoru bajka. Niepewna siebie dziewczyna z domu dziecka wychodzi za zamożnego i atrakcyjnego wdowca, dostając to, czego nigdy nie miała - dom i rodzinę. 

 

Dwadzieścia lat po ślubie wie już jednak, że po napisach "żyli długo i szczęśliwie" nie zawsze jest różowo. Hania czuje się niekochana przez męża, który idealizuje swoją zmarłą pierwszą żonę. Dodatkowo ich nastoletnia córka zaczyna wagarować i oszukiwać rodziców, co zwiastuje problemy. Jakby tego było mało, Hania zaczyna odczuwać dojmująca pustkę, jako pełnoetatowa pani domu. 

 

To z pozoru szczęśliwe życie zaczyna ją uwierać. Tej jesieni jednak wszystko ma się zmienić? Czy Hani wystarczy odwagi aby zawalczyć o siebie i córkę? Jak zmieni się jej życie, kiedy będzie musiała zmierzyć się z bolesną przeszłością? Czy odnajdzie siebie i uchroni swoje małżeństwo przed rozpadem? 

 

Ta opowieść otula jak ciepły koc, pachnie aromatyczną herbatą i ogrzewa jak ogień w kominku. 

 

Opis cyklu: Cztery pory roku - cztery wciągające historie. "Wszystkie pory uczuć" Magdaleny Majcher to cykl powieści obyczajowych, podejmujących ważne życiowe tematy. Miłość i zdrada, trudne życiowe wybory, przeciwności losu i w końcu upragnione szczęście i spokój ? z tym wszystkim spotkają się bohaterowie czterech powieści. A to wszystko w rytmie czterech pór roku. 

Opinie o ebooku Wszystkie pory uczuć. Jesień - Magdalena Majcher

Fragment ebooka Wszystkie pory uczuć. Jesień - Magdalena Majcher

Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Ewa Ko­si­ba

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Ty­kar­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: Mar­ta Krze­mień-Ojak

Zdję­cia na okład­ce: shut­ter­stock/He­ather M Clark, Zamurovic Photography, Weronika Smieszek (zdjęcie autorki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Bar­ba­ra Wa­lus

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-149-3

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ja­ro­sław Ja­błoń­ski

Pa­mię­ci mo­jej naj­uko­chań­szejbab­ci Alin­ki

ROZ­DZIAŁ 1

Lato od­cho­dzi­ło w za­po­mnie­nie. Ko­bie­rzec z róż­no­barw­nych sze­lesz­czą­cych li­ści na­stra­jał me­lan­cho­lij­nie, przy­po­mi­na­jąc o prze­mi­ja­niu i wzbu­dza­jąc tę­sk­no­tę za dłu­gi­mi cie­pły­mi wie­czo­ra­mi, kie­dy ra­mio­na ogrze­wał przy­jem­ny let­ni wie­trzyk, a jed­nak to wła­śnie je­sień była ulu­bio­ną porą roku Hani.

Jej je­sień mie­ni­ła się ko­lo­ra­mi czer­wie­ni i żół­ci zmie­sza­ny­mi z od­cie­nia­mi brą­zu i po­ma­rań­czu. Po upal­nym wy­czer­pu­ją­cym le­cie przy­cho­dzi­ło wy­tchnie­nie w po­sta­ci chłod­niej­szych dni i dłuż­szych wie­czo­rów, kie­dy moż­na się było za­szyć przy ko­min­ku z kub­kiem aro­ma­tycz­nej her­ba­ty i do­brą lek­tu­rą. Tak wła­śnie chcia­ła zro­bić tego dnia, ale za­nim jed­nak mia­ło to na­stą­pić, Ha­nia po­sta­no­wi­ła nad­ło­żyć dro­gi i wró­cić do domu przez park. Ni­g­dzie jej się nie spie­szy­ło. Od kil­ku­na­stu lat ta data na­pa­wa­ła ją lę­kiem i ża­lem. Naj­chęt­niej wy­kre­śli­ła­by ją z ka­len­da­rza, spra­wi­ła, że prze­sta­nie ist­nieć, a po czwar­tym paź­dzier­ni­ka od razu roz­pocz­nie się szó­sty dzień mie­sią­ca. Kie­dyś, kie­dy jesz­cze nie zna­ła An­drze­ja, data ta wy­da­wa­ła jej się naj­zwy­klej­sza na świe­cie. Dzień jak co dzień. Do­pie­ro póź­niej prze­ko­na­ła się, że pią­ty paź­dzier­ni­ka bę­dzie prze­śla­do­wał ją praw­do­po­dob­nie do koń­ca ży­cia.

A jed­nak na­dal lu­bi­ła je­sień. Wciąż chęt­nie zbie­ra­ła kasz­ta­ny i żo­łę­dzie, mimo że daw­no nie była już dziec­kiem. Wie­rzy­ła w po­zy­tyw­ne dzia­ła­nie kasz­ta­nów i w to, że do­da­ją ener­gii, z cze­go po ci­chu po­kpi­wał so­bie An­drzej, kie­dy na­ty­kał się w naj­dziw­niej­szych miej­scach w miesz­ka­niu na po­zo­sta­wio­ne luź­no owo­ce je­sie­ni. Uwiel­bia­ła spa­ce­ro­wać po par­ku, z któ­re­go przy­no­si­ła po­żół­kłe li­ście. Na­stęp­nie wkła­da­ła je mię­dzy kart­ki ulu­bio­nych ksią­żek i za­su­sza­ła.

Prze­miesz­cza­ła się alej­ka­mi par­ku, po­dzi­wia­jąc je­sień, któ­ra na do­bre za­go­ści­ła w tej czę­ści mia­sta. Sło­necz­na po­go­da sprzy­ja­ła spa­ce­rom, za­chę­ca­ła do wyj­ścia z domu. W par­ku Ha­nia na­tknę­ła się na mło­de mamy, któ­re po­sta­no­wi­ły sko­rzy­stać z aury i zor­ga­ni­zo­wać dzie­ciom po­po­łu­dnie na świe­żym po­wie­trzu. Zer­ka­ła na nie z pew­nym nie­do­wie­rza­niem. Wy­da­wa­ło jej się, jak­by to było wczo­raj, kie­dy zbie­ra­ła z Da­rią kasz­ta­ny, aby po po­wro­cie do domu wy­cza­ro­wać z nich lu­dzi­ki, a te­raz cór­ka na­wet nie chcia­ła sły­szeć o tego typu roz­ryw­kach. W po­god­ny dzień wo­la­ła snuć się z ko­le­żan­ka­mi bez celu, niż to­wa­rzy­szyć mat­ce. Ha­nia w pew­nym stop­niu ją ro­zu­mia­ła, jed­nak cza­sem ła­pa­ła się na my­śli, że gdy­by była na miej­scu Da­rii, z ra­do­ścią sko­rzy­sta­ła­by z oka­zji i ze­chcia­ła spę­dzić z mamą choć tro­chę cza­su. Wie­dzia­ła, że ta­kie chwi­le są bez­cen­ne, zwłasz­cza że w jej przy­pad­ku nie mia­ły one miej­sca.

Pod­nio­sła z zie­mi oka­za­ły, mie­nią­cy się w ko­lo­rach żół­to-czer­wo­nych liść klo­nu i uśmiech­nę­ła się do swo­ich my­śli.

Jęk­nę­ła ci­chut­ko, ugi­na­jąc się pod re­kla­mów­ka­mi z za­ku­pa­mi. Wrzu­ci­ła liść do to­reb­ki, li­cząc, że się nie po­ła­mie. W tej sa­mej chwi­li ode­zwał się jej te­le­fon.

– Cze­kam i cze­kam na cie­bie pod furt­ką! – roz­legł się w słu­chaw­ce głos Jo­asi. – Po­spiesz się, bo za­raz za­mar­z­nę!

– Prze­cież na dwo­rze jest cał­kiem przy­jem­nie – za­pro­te­sto­wa­ła nie­śmia­ło Ha­nia, nie si­ląc się na żad­ne po­wi­ta­nia, sko­ro przy­ja­ciół­ka też o tym za­po­mnia­ła.

– Ja wiem, że ty wy­ka­zu­jesz nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie zim­ny­mi po­ra­mi roku, ale ja funk­cjo­nu­ję tyl­ko przy tem­pe­ra­tu­rze prze­kra­cza­ją­cej dwa­dzie­ścia stop­ni Cel­sju­sza – we­szła jej w sło­wo Asia. – No, to do­wiem się, gdzie je­steś?

– W par­ku – od­par­ła Ha­nia. – Wra­ca­łam z za­ku­pów i po­sta­no­wi­łam, że nad­ło­żę dro­gi, aby na wła­sne oczy się prze­ko­nać, jak zmie­nia się przy­ro­da.

– Nor­mal­ni lu­dzie nie zwra­ca­ją na to uwa­gi – prych­nę­ła przy­ja­ciół­ka. – Dłu­go jesz­cze ka­żesz na sie­bie cze­kać?

– Nie spo­dzie­wa­łam się cie­bie.

– Wie­dzia­łam, że wła­śnie dziś przy­da ci się wspar­cie. Chy­ba od tego są przy­ja­cie­le?

Ha­nia uśmiech­nę­ła się z wdzięcz­no­ścią, cho­ciaż Asia nie mia­ła moż­li­wo­ści, by to zo­ba­czyć. Umó­wi­ła się z ko­le­żan­ką za dwa­dzie­ścia mi­nut, roz­łą­czy­ła się, po czym wrzu­ci­ła te­le­fon do to­reb­ki i przy­spie­szy­ła kro­ku. Po dro­dze do domu za­sta­na­wia­ła się, czym po­dej­mie go­ścia. W koń­cu do­szła do wnio­sku, że w lo­dów­ce po­wi­nien być jesz­cze ka­wa­łek szar­lot­ki i uzna­ła, iż cia­sto i her­ba­ta wy­star­czą.

Kie­dy w koń­cu do­tar­ła pod drzwi miesz­ka­nia, Jo­an­na prze­stę­po­wa­ła nie­cier­pli­wie z nogi na nogę. Na wi­dok przy­ja­ciół­ki Ha­nia po­czu­ła roz­le­wa­ją­ce się po ca­łym cie­le cie­pło. To wła­śnie jej obec­no­ści tego dnia po­trze­bo­wa­ła, a Asia naj­wy­raź­niej po­tra­fi­ła czy­tać w my­ślach. Nic dziw­ne­go, zna­ły się od dziec­ka, ra­zem się wy­cho­wy­wa­ły, a jed­na o dru­giej wie­dzia­ła wszyst­ko. No, pra­wie wszyst­ko, gdyż Ha­nia z na­tu­ry była bar­dzo skry­ta i nie­chęt­nie dzie­li­ła się z in­ny­mi swo­imi prze­my­śle­nia­mi.

– Gdzie ty by­łaś? – za­py­ta­ła Jo­asia, kry­tycz­nym okiem pa­trząc na ilość nie­sio­nych przez przy­ja­ciół­kę za­ku­pów.

– W cen­trum. Mu­sia­łam zaj­rzeć do kil­ku skle­pów – wy­ja­śni­ła, wy­cią­ga­jąc klu­cze z kie­sze­ni płasz­cza.

– Wra­ca­łaś pie­szo z cen­trum z tymi wszyst­ki­mi za­ku­pa­mi? – Asia zro­bi­ła wiel­kie oczy. – Nie ła­twiej by­ło­by pod­je­chać au­to­bu­sem te kil­ka przy­stan­ków? Albo po­pro­sić An­drze­ja o po­moc?

Ha­nia ucie­kła wzro­kiem. Wsu­nę­ła klucz do zam­ka, ustą­pił na­tych­miast. Pu­ści­ła go­ścia przo­dem.

– Chcia­łam się przejść – od­par­ła wy­mi­ja­ją­co. – Ostat­nie dni były desz­czo­we, a ja prze­sie­dzia­łam je w domu. W koń­cu mia­łam oka­zję, aby wyjść na ze­wnątrz i za­czerp­nąć tro­chę świe­że­go po­wie­trza.

– O, z pew­no­ścią jest bar­dzo świe­że w cen­trum mia­sta – mruk­nę­ła Asia, wcho­dząc do domu, jak­by była u sie­bie. Bo w za­sa­dzie tak się u przy­ja­ciół­ki czu­ła. – A An­drzej nie mógł ci po­móc?

– An­drzej jest na cmen­ta­rzu – po­wie­dzia­ła Ha­nia, przy­gry­za­jąc war­gę.

Po tych sło­wach za­pa­dła kil­ku­na­sto­se­kun­do­wa ci­sza. Asia wy­su­nę­ła sto­py z czó­łe­nek, zdję­ła płaszcz, spoj­rza­ła na ko­le­żan­kę i wes­tchnę­ła gło­śno. W tym cza­sie Ha­nia odło­ży­ła re­kla­mów­ki na pod­ło­gę i spraw­dzi­ła, czy za­mknę­ła za sobą drzwi.

Ist­nia­ły pew­ne te­ma­ty, któ­rych Ha­nia po pro­stu nie lu­bi­ła po­ru­szać. Na pierw­szym miej­scu li­sty z pew­no­ścią wid­nia­ła śmierć Ka­ta­rzy­ny, a ra­czej ob­se­sja An­drze­ja na punk­cie zmar­łej, któ­ra nie mi­ja­ła, a na­wet po­tę­go­wa­ła się wraz z upły­wem cza­su. Jo­asia wie­dzia­ła, że nie po­win­na za­czy­nać tej roz­mo­wy, a mimo to pod­ję­ła wą­tek.

– Jesz­cze nie do­tar­ło do nie­go, że żywa żona jest lep­sza od mar­twej?

Han­na za­sty­gła w bez­ru­chu gdzieś po­mię­dzy przed­po­ko­jem a kuch­nią, do­kąd zmie­rza­ła, aby wsta­wić wodę na her­ba­tę.

– Nie mów tak – ode­zwa­ła się sła­bo. – Prze­cież dzi­siaj jest… – Urwa­ła na­gle. – To nor­mal­ne, że w taki dzień od­wie­dza ją na cmen­ta­rzu.

Ją.

Ha­nia ni­g­dy nie mó­wi­ła o Ka­ta­rzy­nie w inny spo­sób niż „ona”. Przez osiem­na­ście lat mał­żeń­stwa z An­drze­jem ani razu nie wy­po­wie­dzia­ła jej imie­nia.

– Jak uwa­żasz – ska­pi­tu­lo­wa­ła Asia. – Po­trze­bu­jesz po­mo­cy w wy­pa­ko­wa­niu za­ku­pów?

– Nie, dzię­ku­ję. Za­raz to zro­bię, tyl­ko wsta­wię wodę na her­ba­tę.

Za­ję­ła się do­mo­wą krzą­ta­ni­ną, sta­ra­jąc się wy­rzu­cić z gło­wy te­mat, któ­ry tak na­gle wy­pły­nął w roz­mo­wie z przy­ja­ciół­ką. Tak było bez­piecz­niej – za­mieść pod dy­wan, nie za­uwa­żać, za­po­mnieć. Mia­ła już w tym nie­ma­łą wpra­wę. W koń­cu uda­wa­ło jej się igno­ro­wać pro­blem już od osiem­na­stu lat.

– Zjesz cia­sta? – za­py­ta­ła, prze­ry­wa­jąc ci­szę.

– Szar­lot­ka?

– Jak ty mnie do­brze znasz! – Ha­nia się uśmiech­nę­ła. – To co, ukro­ić po ka­wał­ku?

– Ja­sne!

Po chwi­li sie­dzia­ły przy sto­le, pa­ła­szu­jąc cia­sto i po­pi­ja­jąc her­ba­tę, do któ­rej Ha­nia wrzu­ci­ła po pla­ster­ku po­ma­rań­czy i nie­co su­szo­nej żu­ra­wi­ny, co nada­wa­ło jej obłęd­ny smak. Jo­asia, jako uro­dzo­ny sma­kosz, uwiel­bia­ła wi­zy­ty w domu Szy­dłow­skich. Oczy­wi­ście do­mo­we przy­sma­ki nie sta­no­wi­ły je­dy­ne­go po­wo­du, dla któ­re­go od­wie­dza­ła przy­ja­ciół­kę, a je­dy­nie do­da­tek, ale bar­dzo ku­szą­cy.

– Mów, z czym przy­szłaś! – za­żą­da­ła Ha­nia. – Wi­dzę prze­cież, że nie mo­żesz już usie­dzieć z pod­eks­cy­to­wa­nia!

Jo­an­na mach­nę­ła ręką, su­ge­ru­jąc, że to może po­cze­kać. Prze­łknę­ła kęs pysz­nej szar­lot­ki i po­wie­dzia­ła:

– Chy­ba nie ma o czym mó­wić. Jesz­cze.

– Ro­zu­miem, że ko­goś po­zna­łaś? – zga­dła bez­błęd­nie Han­na. Nie trze­ba być Ein­ste­inem, żeby się do­my­ślić, z czym tym ra­zem przy­szła Jo­asia. Przy­ja­ciół­ka od­czu­wa­ła pa­to­lo­gicz­ną wręcz po­trze­bę mi­ło­ści i co ja­kiś czas pa­ko­wa­ła się w dziw­ne re­la­cje, nie­ste­ty koń­czą­ce się licz­ny­mi po­raż­ka­mi. Od kil­ku mie­się­cy z ni­kim się nie spo­ty­ka­ła, ale Ha­nia wie­dzia­ła, że to tyl­ko kwe­stia cza­su, aż w ży­ciu ko­le­żan­ki po­ja­wi się ktoś waż­ny. I pro­szę, nie po­my­li­ła się.

– Moż­na tak po­wie­dzieć – od­par­ła wy­mi­ja­ją­co Jo­an­na.

– Spraw­dzi­łaś, czy nie nad­uży­wa al­ko­ho­lu, nie cią­ży na nim obo­wią­zek ali­men­ta­cyj­ny wo­bec trój­ki dzie­ci, każ­de­go z in­ne­go związ­ku, nie ma wy­ro­ku w za­wie­sze­niu za drob­ne kra­dzie­że lub w wol­nym cza­sie nie daje so­bie w żyłę? – wy­rzu­ci­ła z sie­bie jed­nym tchem Ha­nia, przy­po­mi­na­jąc so­bie tyl­ko kil­ka z nie­szczę­śli­wych hi­sto­rii mi­ło­snych Asi, któ­rych zdą­ży­ło się uzbie­rać nie­ma­ło.

Jo­asia bo­ry­ka­ła się z pro­ble­mem, z ja­kim ra­dzi­ła so­bie z gor­szym lub lep­szym skut­kiem zde­cy­do­wa­na więk­szość wy­cho­wan­ków domu dziec­ka. Ha­nia była jed­ną z tych, któ­rym się uda­ło. Wy­szła za mąż, za­ło­ży­ła ro­dzi­nę, pro­wa­dzi­ła nor­mal­ne ży­cie. Asia sta­le tra­fia­ła na nie­od­po­wied­nich part­ne­rów, któ­rzy nad­uży­wa­li al­ko­ho­lu, za­ży­wa­li nar­ko­ty­ki, ima­li się naj­róż­niej­szych, nie­ko­niecz­nie le­gal­nych za­jęć. Po­wta­rza­ła, że nie po­tra­fi ina­czej. Że to sil­niej­sze od niej. Mia­ła zbyt ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści, aby się­gać wy­żej, cho­ciaż była in­te­li­gent­ną i wspa­nia­łą ko­bie­tą. To Ha­nia aku­rat ro­zu­mia­ła do­sko­na­le. Może ona sama nie wią­za­ła się z al­ko­ho­li­ka­mi i nar­ko­ma­na­mi, ale nie wie­rzy­ła w sie­bie. Jej bier­ność i po­ko­ra wy­ni­ka­ły z bra­ku pew­no­ści sie­bie. Wła­śnie dla­te­go ni­g­dy nie po­wie­dzia­ła „dość”, kie­dy An­drzej po raz ko­lej­ny po­rów­ny­wał ją z Ka­ta­rzy­ną. Oczy­wi­ście każ­de star­cie koń­czy­ło się jej sro­mot­ną klę­ską. W koń­cu była gor­sza. Była z bi­du­la.

– Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da w po­rząd­ku. – Asia zmarsz­czy­ła nos, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc sło­wa.

– Na pierw­szy rzut oka oni wszy­scy wy­glą­da­li w po­rząd­ku! – przy­po­mnia­ła jej Ha­nia.

– Ale…

– Ale?

– Chwi­lo­wo jest bez pra­cy – wy­zna­ła Jo­asia, po czym uszło z niej całe po­wie­trze. – Szu­ka.

Ha­nia jęk­nę­ła gło­śno, krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem gło­wą.

– Bła­gam cię. – Spoj­rza­ła na przy­ja­ciół­kę z czu­ło­ścią. – Nie rób tego.

– Każ­de­mu może się po­wi­nąć noga. Sy­tu­acja na ryn­ku pra­cy nie jest pro­sta.

– Już to ro­bisz! Za­wsze się tak za­cho­wu­jesz!

– Jak? – Jo­an­na nie ro­zu­mia­ła, o co jej cho­dzi.

– Tłu­ma­czysz ich! – zde­ner­wo­wa­ła się Ha­nia.

Asia pod na­po­rem spoj­rze­nia przy­ja­ciół­ki po­tul­nie spu­ści­ła gło­wę. Grze­biąc wi­del­czy­kiem w cie­ście, za­czę­ła ostroż­nie:

– Je­stem nie­uf­na. Nie wie­rzę we wszyst­ko, co mówi. Uczę się na wła­snych błę­dach. Prze­cież nie po­zwo­li­łam mu się do mnie wpro­wa­dzić, nie obie­ca­łam mu ślu­bu i gro­mad­ki dzie­ci, po pro­stu… spo­ty­ka­my się i jest miło.

– Mam na­dzie­ję, że tak po­zo­sta­nie już do koń­ca – spu­ści­ła nie­co z tonu Ha­nia.

– Za trzy lata skoń­czę czter­dziest­kę – przy­po­mnia­ła Asia, cho­ciaż nie mu­sia­ła tego ro­bić. Była o dwa lata młod­sza od Hani, któ­ra w przy­szłym roku mia­ła prze­kro­czyć czter­dziest­kę. Ra­chu­nek był pro­sty. – Wiesz, że bar­dzo chcia­ła­bym zo­stać żoną, mamą. Być może to już dla mnie ostat­nia szan­sa.

Han­na do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę z ma­rzeń przy­ja­ciół­ki. Wie­dzia­ła, że ta od­da­ła­by wszyst­ko, aby mieć to, co sta­no­wi­ło Hani co­dzien­ność: dom, męża, dziec­ko, dla­te­go ni­g­dy nie na­rze­ka­ła. Ro­zu­mia­ła, że inni mają go­rzej i do­ce­nia­ła to, co ma.

– Mar­twię się o cie­bie – po­wie­dzia­ła tyl­ko. – Masz za­dzi­wia­ją­cą skłon­ność do pa­ko­wa­nia się w kło­po­ty.

Roz­mo­wę prze­rwa­ło na­głe wtar­gnię­cie do domu An­drze­ja. Zaj­rzał do kuch­ni i ze zdzi­wie­niem od­no­to­wał obec­ność w niej nie tyl­ko mał­żon­ki, lecz tak­że jej przy­ja­ciół­ki.

– Cześć, nie wie­dzia­łem, że mamy dziś go­ści. – Wbił w Ha­nię twar­de, peł­ne wy­rzu­tu spoj­rze­nie, pod któ­rym aż się skur­czy­ła.

Jo­an­na w mig ro­ze­zna­ła się w sy­tu­acji, po­cią­gnę­ła ostat­ni łyk her­ba­ty i wsta­ła od sto­łu.

– Wpa­dłam tyl­ko na chwi­lę, za­raz je­stem umó­wio­na.

– Zo­stań jesz­cze – za­pro­po­no­wa­ła nie­śmia­ło Ha­nia, ale Asia czu­ła, że nie jest mile wi­dzia­nym go­ściem. By­naj­mniej nie przez pa­nią domu, tyl­ko przez pana.

– Za­sie­dzia­łam się, wpad­nę do cie­bie in­nym ra­zem. Zdzwo­ni­my się.

Han­na od­pro­wa­dzi­ła przy­ja­ciół­kę do wyj­ścia, a przy drzwiach obie par­sk­nę­ły nie­kon­tro­lo­wa­nym chi­cho­tem. An­drzej wes­tchnął zna­czą­co. Cza­sem miał wra­że­nie, że Ha­nia w to­wa­rzy­stwie Asi za­cho­wu­je się jak ró­wie­śni­ca Da­rii. Nie wziął so­bie za żonę nie­obli­czal­nej i bez­ro­zum­nej ko­bie­ty – co to, to nie. Sam był czło­wie­kiem bar­dzo sta­tecz­nym i opa­no­wa­nym, to­też tego sa­me­go wy­ma­gał od płci pięk­nej. Ha­nia na co dzień ra­czej nie za­cho­wy­wa­ła się nie­roz­trop­nie, dzię­ki Bogu, ale uwa­żał, że obec­ność ko­le­żan­ki dziw­nie na nią wpły­wa, dla­te­go nie prze­pa­dał za wi­zy­ta­mi Jo­an­ny. Nie oka­zy­wał jed­nak tego wprost, ma­jąc w pa­mię­ci za­sa­dy, ja­kie wpo­ili mu ro­dzi­ce, ale tego dnia Jo­asia prze­sa­dzi­ła. Na­cho­dzić ich w taki dzień, kie­dy ro­dzi­na po­grą­ża się w za­du­mie, i bez­tro­sko par­skać śmie­chem? No kto to wi­dział!

Z za­my­śle­nia wy­rwał go głos Hani.

– Od­grzać ci obiad?

– Dzię­ku­ję, ja­koś nie je­stem głod­ny – od­parł su­cho.

Ski­nę­ła gło­wą, przyj­mu­jąc jego sło­wa do wia­do­mo­ści, i za­czę­ła wkła­dać na­czy­nia do zmy­war­ki. Bo niby co in­ne­go mia­ła­by ro­bić? Za­jąć męża roz­mo­wą? Wie­dzia­ła, że bez­piecz­niej bę­dzie mil­czeć. Przy­naj­mniej dziś.

Na­gle po­czu­ła do­tyk na ra­mie­niu. Spoj­rza­ła na An­drze­ja py­ta­ją­cym wzro­kiem, a on przy­cią­gnął ją do sie­bie i za­mknął w ob­ję­ciach.

– Prze­pra­szam. – Cmok­nął po­wie­trze gdzieś w oko­li­cach jej czo­ła. – Mia­łem zły dzień.

„Jak co roku” – mia­ła ocho­tę po­wie­dzieć, ale w ostat­niej chwi­li ugry­zła się w ję­zyk.

Ha­nia czu­ła się dziw­nie z jego ża­ło­bą już pra­wie dwa­dzie­ścia lat temu, kie­dy go po­zna­ła, a co do­pie­ro te­raz, po kil­ku­na­stu la­tach mał­żeń­stwa. Wie­dzia­ła, że An­drzej kiep­sko po­ra­dził so­bie ze stra­tą, ale czy ża­ło­wał tego, co się sta­ło po śmier­ci Ka­ta­rzy­ny? Czy od­dał­by to, co miał, swo­ją ro­dzi­nę, żonę i cór­kę, aby cof­nąć czas i wskrze­sić umar­łą? Ha­nia mia­ła wra­że­nie, że od­po­wie­dzi na te py­ta­nia są klu­czo­we, ale wo­la­ła ich nie żą­dać. Bała się tego, co mo­gła­by usły­szeć.

W prze­szło­ści na­wet my­śla­ła o tym, żeby za­pro­po­no­wać An­drze­jo­wi, że po­je­dzie z nim na grób Ka­ta­rzy­ny, ale zre­zy­gno­wa­ła. Pani Róża kie­dyś po­wie­dzia­ła jej, że w związ­ku każ­dy po­wi­nien mieć prze­strzeń tyl­ko dla sie­bie, a ona uzna­ła, iż pry­wat­nym te­ry­to­rium jej męża bę­dzie wła­śnie Ka­ta­rzy­na. Wspa­nia­ło­myśl­nie zgo­dzi­ła się, aby w łóż­ku i w ży­ciu byli we tro­je – on, ona i tra­gicz­nie zmar­ła pierw­sza żona. To wca­le nie była wy­so­ka cena za baj­kę o Kop­ciusz­ku, któ­rej od­tąd nie mu­sia­ła już oglą­dać w kiep­skiej ja­ko­ści od­bior­ni­ku, gdyż sta­ła się ona mo­ty­wem prze­wod­nim jej ży­cia. Kil­ka lat star­szy, wy­wo­dzą­cy się z do­brej ro­dzi­ny męż­czy­zna z per­spek­ty­wa­mi zwró­cił uwa­gę na nią, wy­cho­wan­kę domu dziec­ka, któ­ra nie po­sia­da­ła nic oprócz miesz­ka­nia so­cjal­ne­go oraz ku­pio­ne­go za wy­praw­kę łóż­ka, uży­wa­ne­go te­le­wi­zo­ra i kil­ku nie­zbęd­nych me­bli.

– Je­stem z tobą – przy­po­mnia­ła mu te­raz, sta­ra­jąc się od­go­nić na­tręt­ne my­śli.

– Wiesz, że bez cie­bie bym so­bie nie po­ra­dził? Śmia­ło moż­na więc stwier­dzić, że mnie ura­to­wa­łaś.

Po­czu­ła przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca. Spoj­rza­ła w oczy męża, w któ­rych zo­ba­czy­ła wy­raź­ny cień chło­pa­ka, ja­kim był jesz­cze dwa­dzie­ścia lat temu. Chło­pa­ka, któ­ry zdo­był jej ser­ce i już ni­g­dy go nie od­dał. Być może jego twarz po­kry­ła się sie­cią zmarsz­czek, a wło­sy przy­pró­szy­ła si­wi­zna, ale na­dal był tam­tym mło­dzień­cem, a cia­ło Hani nie prze­sta­ło re­ago­wać na nie­go in­stynk­tow­nie.

Wtu­li­ła się moc­no w męża. Wie­dzia­ła, że do­brze wy­bra­ła. Nie ża­ło­wa­ła ni­cze­go.

Je­dy­ną rysę na szkle sta­no­wi­ło wspo­mnie­nie jego zmar­łej żony.

ROZ­DZIAŁ 2

Przy­spie­szy­ła kro­ku, otu­la­jąc się sza­lem, któ­ry do­sta­ła od An­drze­ja na uro­dzi­ny. Po raz pierw­szy od wie­lu mie­się­cy tem­pe­ra­tu­ra spa­dła po­ni­żej pię­ciu stop­ni, przy­no­sząc chłod­ny wiatr. Na­wet nie­śmia­łe pro­mie­nie sło­necz­ne prze­bi­ja­ją­ce się zza chmur nie były w sta­nie ogrzać Hani, któ­ra zmar­z­ła, cze­ka­jąc na au­to­bus. Wsu­nę­ła dło­nie w kie­sze­nie i skrę­ci­ła w Szcze­ciń­ską. Jej oczom uka­zał się gmach bu­dyn­ku, w któ­rym się wy­cho­wa­ła. Mia­ła wy­rzu­ty su­mie­nia, bo od kil­ku mie­się­cy, zbyt za­ję­ta wła­sny­mi spra­wa­mi, nie od­wie­dza­ła pani Róży, któ­rej za­wdzię­cza­ła na­praw­dę wie­le. Gdy­by nie jej wiel­kie ser­ce i za­an­ga­żo­wa­nie w wy­ko­ny­wa­ną pra­cę, Ha­nia mia­ła­by o wie­le trud­niej­szy start w do­ro­słość. Pani Róża wal­czy­ła o swo­ich wy­cho­wan­ków jak lwi­ca, nie tyl­ko strze­gąc ich bez­pie­czeń­stwa i dba­jąc o re­ali­za­cję pod­sta­wo­wych po­trzeb, lecz tak­że nie za­po­mi­na­jąc o per­spek­ty­wach na przy­szłość i szcze­rej roz­mo­wie, dzię­ki któ­rej na­wet naj­więk­sze pro­ble­my tra­ci­ły na zna­cze­niu.

Jesz­cze przed wej­ściem na­tknę­ła się na pana Ta­de­usza, któ­ry pra­co­wał w domu dziec­ka, od­kąd tyl­ko Ha­nia się­ga­ła pa­mię­cią, a jego wy­gląd nie zmie­niał się wraz z upły­wem lat. Za­wsze miał na so­bie nie­śmier­tel­ną gra­na­to­wą kurt­kę i sza­ry kasz­kiet, któ­ry ścią­gał z gło­wy, kła­nia­jąc się i wi­ta­jąc z nowo przy­by­łą oso­bą.

Kie­dy Ha­nia prze­szła przez furt­kę, mia­ła wra­że­nie, że czas się za­trzy­mał. Znów była tą małą dziew­czyn­ką, któ­ra wra­ca­ła do domu dziec­ka ze szko­ły, a pan Ta­de­usz gra­bił po­żół­kłe li­ście, na­da­jąc tej zwy­kłej czyn­no­ści lek­kość i wy­jąt­ko­wość. Gdy była małą dziew­czyn­ką, lu­bi­ła my­śleć, że do­zor­ca jest jej dziad­kiem, któ­ry bar­dzo chciał­by za­brać ją do domu, ale z so­bie tyl­ko zna­ne­go po­wo­du nie może tego zro­bić, dla­te­go po­sta­no­wił za­trud­nić się w pla­ców­ce, aby czu­wać nad bez­pie­czeń­stwem wnucz­ki. Ta myśl jej się po­do­ba­ła. Nie mia­ła­by nic prze­ciw­ko, gdy­by taki czło­wiek, jak pan Ta­de­usz, był jej dziad­kiem. Pani Róża za­wsze mó­wi­ła, że jest praw­dzi­wym dżen­tel­me­nem, co­kol­wiek mia­ło to zna­czyć. Do­pie­ro po ja­kimś cza­sie Ha­nia spraw­dzi­ła zna­cze­nie tego sło­wa i uzna­ła, że cio­cia, jak wów­czas na­zy­wa­ła wy­cho­waw­czy­nię, tra­fi­ła w samo sed­no. Ta­de­usz miał w so­bie coś z ele­gan­ta, na­wet gdy gra­bił li­ście na pla­cu lub na­pra­wiał ze­psu­tą umy­wal­kę.

– Ha­niu! – Męż­czy­zna nie bez tru­du się wy­pro­sto­wał, kie­dy usły­szał skrzy­pie­nie furt­ki. Na wi­dok daw­nej wy­cho­wan­ki domu dziec­ka uśmiech­nął się sze­ro­ko, nie tyl­ko usta­mi, ale i całą twa­rzą. – Daw­no cię tu nie wi­dzia­łem!

– Dzień do­bry, pa­nie Ta­de­uszu. – De­li­kat­nie za­mknę­ła za sobą furt­kę. – Rze­czy­wi­ście, tro­chę mi ze­szło od ostat­niej wi­zy­ty, aż mam wy­rzu­ty su­mie­nia.

– Ależ to zro­zu­mia­łe, ma­cie swo­je spra­wy! My się za­wsze cie­szy­my, kie­dy wra­ca­cie nas od­wie­dzić, to ta­kie miłe.

– Jak mo­gła­bym za­po­mnieć o wła­snych ko­rze­niach?

Bo wła­śnie tak Han­na my­śla­ła o prze­szło­ści. Po­cho­dzi­ła z domu dziec­ka. Nie zna­ła mat­ki. Mimo usil­nych sta­rań sąd ni­g­dy nie usta­lił jej miej­sca po­by­tu, przez co dziew­czyn­ka przez dłu­gi czas była „za­wie­szo­na”, jak mó­wi­li pra­cow­ni­cy za­kła­du opie­kuń­czo-wy­cho­waw­cze­go. Zo­sta­ła po­rzu­co­na przez bio­lo­gicz­ną mat­kę jesz­cze jako no­wo­ro­dek. To mo­gła być jej szan­sa. Pary, któ­re po­dej­mu­ją de­cy­zję o ad­op­cji, chcą ma­łe­go dziec­ka, naj­le­piej nie­mow­lę­cia. Praw­do­po­do­bień­stwo, że Ha­nia tra­fi­ła­by do ko­cha­ją­cej się, cze­ka­ją­cej na ma­leń­stwo ro­dzi­ny wca­le nie było ta­kie małe, ale jej mama utrud­ni­ła całą pro­ce­du­rę, nie okre­śla­jąc woli wo­bec dziec­ka. Nie zrze­kła się praw ro­dzi­ciel­skich, a spra­wa cią­gnę­ła się la­ta­mi. W koń­cu usta­lo­no ku­ra­to­ra dla nie­zna­ne­go z miej­sca po­by­tu, któ­ry re­pre­zen­to­wał bio­lo­gicz­ną mat­kę, a dla Hani wy­zna­czo­no opie­ku­na praw­ne­go w oso­bie pra­cow­ni­cy domu dziec­ka, pani Róży. Wów­czas kil­ku­let­nią już dziew­czyn­kę zgło­szo­no do ośrod­ka ad­op­cyj­ne­go, ale nie zna­la­zła domu. Zo­sta­ła w pla­ców­ce do osią­gnię­cia peł­no­let­no­ści, cho­ciaż dwa czy trzy razy mia­ła go­ści, jak okre­śla­no w domu dziec­ka po­ten­cjal­nych ro­dzi­ców ad­op­cyj­nych. Za każ­dym ra­zem w jej ser­cu ro­dzi­ła się na­dzie­ja, że te ko­bie­ty i ci męż­czyź­ni za­bio­rą ją z pla­ców­ki, ale jej ma­rze­nie się nie speł­ni­ło.

Dla­te­go Ha­nia wła­sne ko­rze­nie wi­dzia­ła wła­śnie w domu dziec­ka, a nie w ro­dzi­nie, któ­rej ni­g­dy nie mia­ła.

Pan Ta­de­usz ski­nął tyl­ko smut­no gło­wą, prze­pusz­cza­jąc Ha­nię w drzwiach. Nie mu­siał wska­zy­wać jej dro­gi. Zna­ła ten bu­dy­nek do­sko­na­le, cho­ciaż w cią­gu lat prze­szedł wie­le zmian.

– Ha­niu! – Pani Róża za­re­ago­wa­ła na wi­dok daw­nej pod­opiecz­nej zu­peł­nie jak pan Ta­de­usz. – Cóż za nie­spo­dzian­ka!

Róża była ni­ską, nie­co pu­szy­stą ko­bie­tą w bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym wie­ku. Mo­gła mieć pięć­dzie­siąt, sześć­dzie­siąt, a na­wet sie­dem­dzie­siąt lat, cho­ciaż Ha­nia skła­nia­ła się ku tej dru­giej wer­sji – kie­dy ona sama była małą dziew­czyn­ką, pani Róża do­pie­ro roz­po­czy­na­ła pra­cę w domu dziec­ka, więc mu­sia­ła mieć te­raz wię­cej niż pięć­dzie­siąt lat. Ostat­ni wa­riant jej nie prze­ko­ny­wał, gdyż po­dej­rze­wa­ła, że sie­dem­dzie­się­cio­let­nia ko­bie­ta by­ła­by już na eme­ry­tu­rze, więc po­zo­sta­wa­ła po­śred­nia opcja.

Ha­nia nie wie­dzia­ła nic o jej ży­ciu pry­wat­nym, poza tym, że sama ni­g­dy nie zo­sta­ła mat­ką, a całe ży­cie po­świę­ci­ła swo­im wy­cho­wan­kom. Od­da­ła im ser­ce. Była naj­bar­dziej lu­bia­nym wy­cho­waw­cą w pla­ców­ce. To wła­śnie jej pod­opiecz­ni naj­chęt­niej od­wie­dza­li sta­re śmie­ci i bar­dzo cie­pło wspo­mi­na­li daw­ną opie­kun­kę.

– Co do­bre­go sły­chać? – za­py­ta­ła Ha­nia, kie­dy już przy­wi­ta­ła się z daw­ną wy­cho­waw­czy­nią i roz­grza­ła cie­płą her­ba­tą.

– Po sta­re­mu! – Pani Róża mach­nę­ła ręką. – Le­piej opo­wia­daj, co u cie­bie!

– Chy­ba też bez zmian. – Za­wa­ha­ła się nie­znacz­nie, a Róża od razu wy­ła­pa­ła wąt­pli­wość w jej gło­sie.

– Coś się sta­ło? Nie wi­dzia­ły­śmy się od tylu mie­się­cy, a dziś wpa­dłaś tak bez za­po­wie­dzi…

– No ja­sne! – Ha­nia się za­śmia­ła. – Pro­szę da­lej wpę­dzać mnie w po­czu­cie winy! Czu­ję się pa­skud­nie, że tak dłu­go do was nie za­glą­da­łam. Co u dzie­cia­ków? Ja­kieś zmia­ny w pla­ców­ce? – zręcz­nie zmie­ni­ła te­mat.

– Sta­ra gwar­dia od­cho­dzi już na eme­ry­tu­rę, mamy kil­ku no­wych wy­cho­waw­ców. Dzi­siaj skrzyk­nę­li się i za­bra­li część dzie­ci po­cią­giem do Wi­sły.

Ha­nia roz­pię­ła swe­ter, gdyż zdą­ży­ła się roz­grzać. Naj­wy­raź­niej pan Ta­de­usz na­pa­lił już tego dnia w pie­cu. Z ka­lo­ry­fe­ra biła fala go­rą­ca.

– Pa­mię­tam, jak po­je­cha­li­śmy z pa­nią i z pa­nią Lud­mi­łą do Biel­ska! – Przy­po­mnia­ła so­bie na­gle Han­na. – Wjeż­dża­li­śmy ko­lej­ką na Szyn­dziel­nię!

Róża się za­my­śli­ła.

– Rze­czy­wi­ście – przy­zna­ła po chwi­li. – Te­raz wy­grze­ba­łam to wspo­mnie­nie z ot­chła­ni pa­mię­ci. Zda­je się, że wów­czas też była je­sień, praw­da?

– Tak. – Ha­nia się roz­ma­rzy­ła. – Wte­dy po raz pierw­szy wi­dzia­łam góry! Ni­g­dy nie za­po­mnę tego wi­do­ku. Póź­niej jesz­cze wie­le razy wy­jeż­dża­li­śmy z An­drze­jem, to w Be­ski­dy, to w Ta­try czy Pie­ni­ny, ale już nie zro­bi­ło to na mnie ta­kie­go wra­że­nia, jak za pierw­szym ra­zem. Góry są naj­pięk­niej­sze je­sie­nią, kie­dy po­kry­wa je pa­le­ta barw. Żół­ta, czer­wo­na, brą­zo­wa, a na­wet fio­le­to­wa…

Re­ak­cja Hani spra­wi­ła przy­jem­ność pani Róży. Było jej miło, że na­wet te­raz, po trzy­dzie­stu kil­ku la­tach, daw­na pod­opiecz­na tak miło wspo­mi­na tam­ten wy­jazd. Or­ga­ni­za­cja wy­cie­czek czy wyjść nie na­le­ża­ła do obo­wiąz­ków wy­cho­waw­cy. Pra­cow­ni­cy wy­cho­dzi­li jed­nak cza­sem z taką ini­cja­ty­wą, a naj­lep­szą na­gro­dą był za­chwyt w oczach dzie­ci. Na­wet tych do­ro­słych.

– Je­śli już je­ste­śmy przy te­ma­cie je­sie­ni, dzie­cia­ki wier­cą mi dziś dziu­rę w brzu­chu, żeby wyjść na plac. Pan Ta­de­usz gra­bił li­ście i usy­pał z nich ogrom­ną ster­tę, a dzie­ci zwie­trzy­ły w tym nie­złą za­ba­wę…

– Wi­dzę, że pew­ne rze­czy po­zo­sta­ją tu nie­zmien­ne. – Ha­nia za­chi­cho­ta­ła i po­grą­ży­ła się we wspo­mnie­niach.

Ona rów­nież jako małe dziec­ko uwiel­bia­ła je­sien­ne za­ba­wy w li­ściach, któ­rych na przy­na­le­żą­cym do domu dziec­ka pla­cu ni­g­dy nie bra­ko­wa­ło. Do­zor­ca czę­sto psio­czył pod no­sem, że ich gra­bie­nie jest sy­zy­fo­wą pra­cą, bo za­nim upo­rząd­ku­je cały te­ren, ko­lej­ne list­ki zdą­żą już spaść z drze­wa, ale dziel­nie wal­czył z je­sie­nią od czter­dzie­stu lat, mimo nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych efek­tów tego za­ję­cia. To, cze­go tak nie lu­bił pan Ta­de­usz, ko­cha­ły dzie­cia­ki. Ha­nia, Asia i Mo­ni­ka – trzy pa­puż­ki nie­roz­łącz­ki – rzu­ca­ły się ze śmie­chem na wiel­ką ster­tę li­ści, za­ko­pu­jąc się w nich.

„Do­pie­ro co uprząt­ną­łem plac!” – de­ner­wo­wał się pan Ta­de­usz, ale po chwi­li za­śmie­wał się już wraz z nimi. Nie mógł­by im ni­cze­go za­bro­nić. Nie tym trzem uśmiech­nię­tym iskier­kom, któ­re ży­cie już tak do­tkli­wie do­świad­czy­ło.

Póź­niej dziew­czyn­ki pod­no­si­ły z zie­mi li­ście i pod­rzu­ca­ły je, śmie­jąc się przy tym gło­śno. Cza­sem do za­ba­wy przy­łą­cza­li się chłop­cy, do­ku­cza­jąc im i do­gry­za­jąc. Ha­nia bar­dzo się de­ner­wo­wa­ła, kie­dy pani Róża su­ge­ro­wa­ła, że to ta­kie koń­skie za­lo­ty. Nie po­do­ba­ło jej się to, że kto­kol­wiek miał­by się do niej za­le­cać, a tym bar­dziej je­śli ro­bił­by to w zwie­rzę­cym sty­lu. Nie ro­zu­mia­ła, co wy­cho­waw­czy­ni ma na my­śli, czy­niąc alu­zje.

Je­sien­ny wiatr ode­gnał chmu­ry, a tem­pe­ra­tu­ra w cią­gu za­le­d­wie kil­ku­dzie­się­ciu mi­nut osią­gnę­ła sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy Ha­nię po­ziom. W cien­kim płasz­czu czu­ła się kom­for­to­wo, a na­wet po­zwo­li­ła so­bie na od­pię­cie dwóch gór­nych gu­zi­ków. Ob­ser­wo­wa­ła ba­wią­ce się obok niej dzie­ci i mia­ła wra­że­nie, że oglą­da sie­bie, swo­ich ko­le­gów i ko­le­żan­ki z prze­szło­ści.

– Nie wi­dzę ni­g­dzie Zuzi. – Zo­rien­to­wa­ła się, że wśród bie­ga­ją­cych po pla­cu dzie­cia­ków nie ma jej ulu­bie­ni­cy.

– Za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć! – zre­flek­to­wa­ła się pani Róża. – Zu­zia zna­la­zła dom.

– To wspa­nia­le! – oży­wi­ła się Ha­nia.

– Tak, ale…

– Ale były łzy? – do­my­śli­ła się.

Róża przy­tak­nę­ła z za­że­no­wa­niem.

– Sta­ra je­stem, a głu­pia. Na­dal się nie na­uczy­łam. Wiem, że my, opie­ku­no­wie, nie po­win­ni­śmy przy­wią­zy­wać się do dzie­ci, bo one są tu­taj tyl­ko na chwi­lę, a ra­czej po­win­ny być, bo prze­cież po swo­im przy­kła­dzie wiesz naj­le­piej, jak to bywa, ale…

– Nie da się nie przy­wią­zać – do­koń­czy­ła za nią Ha­nia.

– Otóż to. Jed­na z mło­dych opie­ku­nek po odej­ściu Zuzi pół dnia prze­sie­dzia­ła w ga­bi­ne­cie u na­szej pani dy­rek­tor, wy­pła­ku­jąc so­bie oczy.

– Z per­spek­ty­wy cza­su mogę po­wie­dzieć, że to wła­śnie dzię­ki tym na­tu­ral­nym re­ak­cjom i uczu­ciom, na ja­kie po­zwa­la­li so­bie opie­ku­no­wie w domu dziec­ka, nie za­tra­ci­łam resz­tek wraż­li­wo­ści i em­pa­tii. To do­brze, bar­dzo do­brze! Ni­cze­go przed tymi dzie­cia­ka­mi nie ukry­waj­cie. Bądź­cie sobą, bo za tę nor­mal­ność i na­miast­kę domu was ko­cha­my…

Róża spoj­rza­ła w górę. Ha­nia była od niej o do­brych dwa­­dzie­ścia cen­ty­me­trów wyż­sza. Daw­na wy­cho­waw­czy­ni od­czu­wa­ła dumę ze swo­jej pod­opiecz­nej. Trud­no było się wy­rwać ze spi­ra­li, w jaką wpa­da­ją dzie­ci z domu dziec­ka, z tych ni­zin spo­łecz­nych, a Hani uda­ło się to, jak ni­ko­mu in­ne­mu.

– Dzię­ku­ję ci za te sło­wa. Są dla mnie bar­dzo waż­ne. Cza­sem za­sta­na­wiam się, czy to wszyst­ko, co ro­bię, ma sens, ale po­tem przy­cho­dzi taka oso­ba jak ty i roz­wie­wa moje wąt­pli­wo­ści.

– Za­sta­na­wia się pani, czy to ma sens? Zwa­rio­wa­ła pani?

– Kie­dyś, jesz­cze za­nim za­czę­łam pra­cę w domu dziec­ka, ktoś po­wie­dział mi – za­czę­ła pani Róża – że­bym ni­g­dy nie ocze­ki­wa­ła wdzięcz­no­ści. Dzie­ci z za­kła­dów opie­kuń­czych cią­gle chcą wię­cej, cią­gle im mało. Cza­sem – bez­rad­nie roz­ło­ży­ła ręce – chcia­ło­by się im nie­ba uchy­lić, a dru­ga stro­na od­po­wia­da opo­rem ma­te­rii.

Ha­nia wy­bu­chła nie­kon­tro­lo­wa­nym chi­cho­tem, cho­ciaż sama zda­wa­ła so­bie spra­wę, że wy­zna­nie pani Róży nie taką re­ak­cję mia­ło wy­wo­łać.

– Opór ma­te­rii – po­wtó­rzy­ła. – Coś w tym jest. Pani Różo – zwró­ci­ła się do ko­bie­ty bez­po­śred­nio – może rze­czy­wi­ście nie umie­my oka­zy­wać wdzięcz­no­ści, ale… my ją czu­je­my. Na­praw­dę.

Po tych sło­wach za­pa­dła ci­sza, prze­ry­wa­na od­gło­sem sze­lesz­czą­cych li­ści i dzie­cię­cych za­baw. Pierw­sza ode­zwa­ła się Róża.

– Co u Asi? Daw­no jej nie wi­dzia­łam.

Ha­nia skrzy­wi­ła się od­ru­cho­wo, przy­po­mi­na­jąc so­bie ostat­nią roz­mo­wę z przy­ja­ciół­ką. Mar­twi­ła się o nią, cho­ciaż Jo­asia uwa­ża­ła, że nie ma po­wo­dów do zmar­twień, co w grun­cie rze­czy jesz­cze bar­dziej ją nie­po­ko­iło.

– Wy­glą­da na to, że ko­goś po­zna­ła.

– To już nie jest z tym zło­dzie­jem? – Pani Róża ni­g­dy nie prze­bie­ra­ła w sło­wach, co spodo­ba­ło się Hani. Wo­bec tak rze­czo­we­go stwier­dze­nia nie po­zo­sta­ło jej nic in­ne­go, jak tyl­ko się ro­ze­śmiać.

– Nie owi­ja pani w ba­weł­nę – za­uwa­ży­ła.

– Po pro­stu na­zy­wam rze­czy po imie­niu. – Pra­cow­ni­ca domu dziec­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie, nie spo­ty­ka się już z tam­tym męż­czy­zną, dzię­ki Bogu. – Ha­nia ode­tchnę­ła z ulgą. – Zda­je się, że w koń­cu przej­rza­ła na oczy, ale oba­wiam się, że jej nowy, hm, zna­jo­my rów­nież ma pew­ną istot­ną wadę…

– Pije? – do­my­śli­ła się Róża.

– Tego nie wiem. – Ha­nia się za­wa­ha­ła. – Ale wy­glą­da na to, że do pra­cy ma jak­by pod gór­kę.

– No tak. Cała Asia. Za­słu­gu­je na ko­goś o wie­le lep­sze­go.

– Ja to wiem i pani też to wie, ale ona? Mam wra­że­nie, że nie przyj­mu­je do wia­do­mo­ści, iż mia­ła­by się zwią­zać z kimś nor­mal­nym. Mar­twię się o nią.

Róża tyl­ko smut­no po­ki­wa­ła gło­wą. Wie­dzia­ła, o czym Ha­nia mówi. Ona mia­ła tych po­wo­dów do zmar­twień kil­ka­dzie­siąt, a może na­wet i wię­cej. Uzbie­ra­ło się tro­chę pod­opiecz­nych przez wszyst­kie lata pra­cy w domu dziec­ka.

Roz­mo­wę prze­rwa­ła dziew­czyn­ka, któ­ra po­de­szła do nich nie­śmia­ło, przy­pa­tru­jąc się Hani z pew­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Cio­ciu – zwró­ci­ła się do Róży – a kim jest ta pani?

– Ta pani, Jul­ciu, jest taką samą dziew­czyn­ką, jak ty, tyl­ko tro­chę więk­szą – od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem pani Róża. Każ­dy z jej pod­opiecz­nych, nie­waż­ne czy by­łych, czy obec­nych, czy miał czte­ry, czy czter­dzie­ści lat, był dla niej tak samo waż­ny.

– Na­praw­dę? Bę­dzie dzi­siaj z nami spać?

– Nie – od­rze­kła Róża – ale kie­dyś też tu­taj miesz­ka­ła.

Dziew­czyn­ka tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i po­bie­gła do gru­py ko­le­ża­nek, przy­pa­tru­ją­cych się im z pew­nej od­le­gło­ści. Ha­nia po­dej­rze­wa­ła, że kwe­stia jej toż­sa­mo­ści za­sta­na­wia­ła całą gro­ma­dę, a od­de­le­go­wa­no naj­bar­dziej śmia­łe dziec­ko, aby się do­wie­dzia­ło, kim jest ta­jem­ni­cza ko­bie­ta, któ­ra na­gle po­ja­wi­ła się w pla­ców­ce.

Han­na za­uwa­ży­ła, że pani Róża upar­cie wpa­tru­je się w je­den punkt, gdzieś z le­wej stro­ny bu­dyn­ku. Po­dą­ży­ła za jej wzro­kiem i zo­ba­czy­ła po­dej­rza­nie krę­cą­cą się w miej­scu dziew­czy­nę.

– Kto to? – za­py­ta­ła.

– Mam z nią pe­wien pro­blem – przy­zna­ła Róża.

– To wa­sza pod­opiecz­na?

– Tak. Chy­ba wiesz, że od ja­kie­goś cza­su mogą się u nas za­trzy­my­wać na­sto­let­nie cię­żar­ne i nie­let­nie mat­ki?

– Ow­szem, mó­wi­ła mi pani o tym ja­kiś czas temu. Ta dziew­czy­na jest w cią­ży? – do­my­śli­ła się Ha­nia.

Głów­na za­in­te­re­so­wa­na znik­nę­ła gdzieś za ro­giem bu­dyn­ku.

– Tak. Już kil­ka razy wy­czu­łam od niej za­pach pa­pie­ro­sów.

– O nie – jęk­nę­ła Ha­nia.

– Ale to jesz­cze chy­ba nie jest naj­gor­sze. Mam uza­sad­nio­ne przy­pusz­cze­nia, że nie od­ma­wia so­bie rów­nież al­ko­ho­lu. Ostat­nio jed­na z pra­cow­nic zna­la­zła u niej pu­stą pusz­kę piwa – przy­zna­ła ze smut­kiem pani Róża. – Wszyst­kie­go się wy­pie­ra, twier­dzi, że to nie jej, ale nie po­tra­fi wy­tłu­ma­czyć, skąd się u niej wzię­ła. Kil­ka razy od­nio­sły­śmy też wra­że­nie, że jest nie­trzeź­wa i… wła­ści­wie nie wiem, co zro­bić. – Roz­ło­ży­ła bez­rad­nie ręce. – Je­śli ją wy­rzu­ci­my, może stać się tra­ge­dia. Dziew­czy­na nie ma gdzie się po­dziać. Ale prze­cież nie mo­że­my tego zlek­ce­wa­żyć!

– Jak ona ma na imię? – za­py­ta­ła Ha­nia, zu­peł­nie bez związ­ku.

– San­dra. – Róża wa­ha­ła się tyl­ko przez chwi­lę.

Han­na po­now­nie spoj­rza­ła w miej­sce, gdzie przed mo­men­tem krę­ci­ła się dziew­czy­na, ale ta nie po­ja­wi­ła się po­now­nie. Jesz­cze przez chwi­lę roz­ma­wia­ła z pa­nią Różą, po czym się po­że­gna­ła, tłu­ma­cząc ko­niecz­no­ścią wy­peł­nie­nia obo­wiąz­ków do­mo­wych.

– W po­rząd­ku. Wpad­nij do nas jesz­cze kie­dyś.

Po­że­gna­ły się czu­le, a Ha­nia obie­ca­ła, że nie każe na sie­bie dłu­go cze­kać.

– Ostat­nio was za­nie­dba­łam, nie za­mie­rzam po­wtó­rzyć tego błę­du.

– Trzy­maj się, Ha­niu, i po­zdrów ro­dzi­nę.

– Dzię­ku­ję, do zo­ba­cze­nia!

Wy­cho­dząc, mia­ła wra­że­nie, że mi­gnę­ła jej po­stać na­sto­lat­ki, o któ­rej roz­ma­wia­ła z pa­nią Różą. Na­my­śla­ła się tyl­ko przez chwi­lę, po czym dziar­sko ru­szy­ła w stro­nę dziew­czy­ny. Ta była zbyt zdu­mio­na na­głym zma­te­ria­li­zo­wa­niem się nie­zna­jo­mej ko­bie­ty, aby w porę za­re­ago­wać i unik­nąć tego dziw­ne­go spo­tka­nia.

– Ty je­steś San­dra, praw­da?

Na­sto­lat­ka zmru­ży­ła oczy, przy­pa­tru­jąc się twa­rzy Hani, jak­by pró­bo­wa­ła usta­lić, czy już się kie­dyś spo­tka­ły.

– O co cho­dzi? – Przy­bra­ła obron­ną po­sta­wę.

– Zaj­mę ci tyl­ko chwi­lę – prze­szła do rze­czy Ha­nia. – Nie ob­cho­dzi mnie, co zro­bisz ze swo­im ży­ciem, ale po­zwól, że za­in­te­re­su­ję się lo­sem two­je­go nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka, bo ono nie jest ni­cze­mu win­ne. Po­dob­nie zresz­tą jak ty czy ja, ale my już mia­ły­śmy ja­kiś wy­bór, pod­czas gdy ono nie ma żad­ne­go. – Mó­wie­nie spra­wia­ło jej pe­wien trud, ale się roz­krę­ca­ła, a sło­wa za­czy­na­ły pły­nąć same z sie­bie. – Tak, ja też wy­cho­wa­łam się w domu dziec­ka. Do­kład­nie w tym tu­taj. – Ręką wska­za­ła znaj­du­ją­cy się lek­ko w tyle bu­dy­nek. – Je­stem z bi­du­la, a jed­nak uda­ło mi się wyjść na lu­dzi, więc nie chce mi się na­wet słu­chać, jaka je­steś bied­na i jaki los oka­zał się dla cie­bie nie­spra­wie­dli­wy. Po­słu­chaj mnie uważ­nie – zwró­ci­ła się do dziew­czy­ny, któ­rej mina wy­ra­ża­ła głę­bo­kie zdu­mie­nie. – Mia­łam kie­dyś ko­le­żan­kę. Bli­ską ko­le­żan­kę. By­ły­śmy we trzy nie­roz­łącz­ne, ale zo­sta­ły­śmy tyl­ko we dwie, bo Mo­ni­ka nie żyje, a jej dziec­ko prze­by­wa na Su­chej1 i ma pło­do­wy ze­spół al­ko­ho­lo­wy. Wiesz, co to ta­kie­go?

1 W So­snow­cu funk­cjo­nu­ją czte­ry ze­spo­ły opie­kuń­czo-wy­cho­waw­cze: przy Szcze­ciń­skiej (gdzie wy­cho­wa­ła się książ­ko­wa Ha­nia), Ko­sza­liń­skiej, Su­chej i Piw­ni­ka-Po­nu­re­go.

– Wiem – bąk­nę­ła tyl­ko San­dra, zbyt zdzi­wio­na na­głym ata­kiem tej po­krę­co­nej ko­bie­ty.

– Pró­bo­wa­ły­śmy wy­szar­pać ją ze szpo­nów na­ło­gu, ale się nie uda­ło. Piła rów­nież w cią­ży, dla­te­go jej syn cier­pi dziś z po­wo­du opóź­nień w roz­wo­ju, za­bu­rzeń w od­czu­wa­niu bodź­ców, licz­nych trud­no­ści w ucze­niu się, za­pa­mię­ty­wa­niu in­for­ma­cji, a tak­że pro­ble­mów z utrzy­ma­niem rów­no­wa­gi – wy­li­czy­ła jed­nym tchem. – Do tego do­cho­dzą ni­ski wzrost i waga w sto­sun­ku do wie­ku, ano­ma­lie w bu­do­wie twa­rzy, nie mó­wiąc już o tym, że po­dzie­lił los swo­jej mat­ki, któ­ra więk­szość ży­cia spę­dzi­ła w domu dziec­ka. Tego wła­śnie chcesz dla swo­je­go ma­leń­stwa?

Dziew­czy­na sku­li­ła się w so­bie, a jej oczy wy­peł­ni­ły się łza­mi. Żad­na z umo­ral­nia­ją­cych po­ga­da­nek, któ­re strze­li­ły jej wy­cho­waw­czy­nie, nie wy­wo­ła­ła ta­kie­go efek­tu, jak tych kil­ka zdań wy­po­wie­dzia­nych przez obcą ko­bie­tę.

– A wiesz, dla­cze­go umar­ła? Bo za­chla­ła się na śmierć!

Po tych sło­wach Ha­nia ob­ró­ci­ła się na pię­cie i ode­szła. Mia­ła na­dzie­ję, że wy­wo­ła­ły wła­ści­wy efekt. Za­zwy­czaj nie na­ska­ki­wa­ła na ob­cych, przy­pad­ko­wo spo­tka­nych lu­dzi, ale tym ra­zem po­czu­ła wręcz mo­ral­ny obo­wią­zek. Mo­ni­ce i jej dziec­ku już nic nie mo­gło po­móc, ale być może nie było jesz­cze za póź­no, aby ta dziew­czy­na zro­zu­mia­ła pew­ne spra­wy.

ROZ­DZIAŁ 3

Prze­cze­sa­ła wzro­kiem naj­wyż­szą pół­kę utrzy­ma­ne­go w sty­lu re­tro re­ga­łu, na za­kup któ­re­go na­mó­wi­ła kil­ka mie­się­cy temu An­drze­ja. Lu­bi­ła ota­czać się ład­ny­mi przed­mio­ta­mi, wie­rząc, że wła­śnie ta­kie de­ta­le w wy­stro­ju miesz­ka­nia de­ter­mi­nu­ją jej do­bre sa­mo­po­czu­cie. Znaj­dy­wa­ła szczę­ście w co­dzien­nych przy­jem­no­ściach, jesz­cze za­nim świat usły­szał o duń­skiej me­to­dzie na szczę­ście zwa­nej hyg­ge, któ­rą fa­scy­no­wa­no się nie­mal wszę­dzie.

To wła­śnie na naj­wyż­szej pół­ce usta­wia­ła no­wo­ści wy­daw­ni­cze i książ­ki, któ­rych jesz­cze nie zdą­ży­ła prze­czy­tać. Ma­rzy­ło jej się zgro­ma­dzić po­tęż­ny księ­go­zbiór, dla­te­go do­mo­wą bi­blio­tecz­kę ko­lek­cjo­no­wa­ła z na­le­ży­tą sta­ran­no­ścią i cho­ciaż wie­le ty­tu­łów czy­ta­ła w wer­sji elek­tro­nicz­nej, to wciąż ob­se­syj­nie wręcz zbie­ra­ła ko­lej­ne wo­lu­mi­ny, aby po­sta­wić je na re­ga­le, gdzie cie­szy­ły oko. Ha­nia nie ro­zu­mia­ła spo­rów i dys­ku­sji na te­mat, co jest lep­sze: tra­dy­cyj­ne książ­ki czy e-bo­oki. Czy to waż­ne, w jaki spo­sób czy­ta­my? Wie­rzy­ła, że istot­ny jest sam fakt od­da­wa­nia się lek­tu­rze. Ona czy­ta­ła za­rów­no tra­dy­cyj­nie, jak i elek­tro­nicz­nie. W ta­kie wie­czo­ry jak ten wo­la­ła za­szyć się z kub­kiem go­rą­ce­go na­po­ju przed ko­min­kiem i po­czuć pod pal­ca­mi fak­tu­rę pa­pie­ru, jed­nak do­ce­nia­ła rów­nież moż­li­wo­ści, ja­kie stwa­rza czy­ta­nie e-bo­oków. Kin­de­lek, jak piesz­czo­tli­wie na­zy­wa­ła swój czyt­nik mar­ki Kin­dle, do­sko­na­le spraw­dzał się w cza­sie wa­ka­cyj­nych wo­ja­ży i na ław­ce w par­ku. Bez pro­ble­mu mie­ścił się w to­reb­ce. Nie zaj­mo­wał dużo miej­sca w wa­liz­ce, pod­czas gdy w jego pa­mię­ci moż­na było za­pi­sać set­ki ksią­żek.

Za­trzy­ma­ła się wzro­kiem na grzbie­cie okład­ki Książ­ki, któ­rej nie ma pió­ra San­tia­go Pa­ja­re­sa. Mia­ła tę po­wieść w swo­ich zbio­rach od do­brych kil­ku mie­się­cy, a jesz­cze jej nie czy­ta­ła. Ostat­nio na jed­nym z opi­nio­twór­czych por­ta­li re­cen­zenc­kich po­ja­wi­ła się li­sta naj­cie­kaw­szych ksią­żek o książ­kach, za­wie­ra­ją­ca wła­śnie ten ty­tuł, dla­te­go Ha­nia po­sta­no­wi­ła za­cząć wie­czór z tą lek­tu­rą. Po chwi­li sie­dzia­ła już wy­god­nie w ulu­bio­nym fo­te­lu, a cie­pło pły­ną­ce z ko­min­ka roz­grze­wa­ło jej cia­ło. Ca­ło­ści do­peł­niał ku­bek go­rą­ce­go ka­kao, z któ­re­go wy­do­by­wał się obłęd­ny za­pach. Na­rzu­ci­ła koc na nogi i po­czu­ła, że już nic wię­cej do szczę­ścia jej nie po­trze­ba.

Po­grą­ży­ła się w świe­cie wy­kre­owa­nym przez hisz­pań­skie­go pi­sa­rza w ta­kim stop­niu, że na­wet nie do­cie­ra­ły do niej od­gło­sy z głę­bi domu, tym­cza­sem An­drzej zdą­żył wró­cić z pra­cy i zdzi­wić się pa­nu­ją­cą ci­szą. Pró­bu­jąc na­mie­rzyć ko­goś z do­mow­ni­ków, w pierw­szej ko­lej­no­ści skie­ro­wał się w stro­nę sa­lo­nu, gdzie żona lu­bi­ła spę­dzać je­sien­ne wie­czo­ry po­grą­żo­na w lek­tu­rze, i to był strzał w dzie­siąt­kę. Nie po­my­lił się. Ha­nia wy­grze­wa­ła się przy ko­min­ku, śle­dząc tekst wzro­kiem. Kie­dy An­drzej wszedł do po­ko­ju, aż pod­sko­czy­ła.

– Ale mnie na­stra­szy­łeś! – Od­ru­cho­wo zła­pa­ła się za ser­ce. – Na­wet nie sły­sza­łam, kie­dy wró­ci­łeś.

– Ro­zu­miem, że zdą­ży­łaś na do­bre prze­nieść się do in­ne­go świa­ta – za­uwa­żył, wpa­tru­jąc się w okład­kę, jed­nak nie miał szans do­strzec ty­tu­łu książ­ki, gdyż Ha­nia szyb­ko ją za­mknę­ła i odło­ży­ła stro­ną ty­tu­ło­wą do dołu.

Wsta­ła z fo­te­la, zrzu­ca­jąc koc ze zmar­z­nię­tych stóp.

– Jak mi­nął dzień? – za­py­ta­ła, kie­dy przy­wi­ta­ła się z mę­żem ca­łu­sem.

– Pa­dam z nóg – przy­znał An­drzej. – Jesz­cze te­raz, na sam ko­niec tego zwa­rio­wa­ne­go dnia się zde­ner­wo­wa­łem, bo nie mia­łem jak wje­chać do ga­ra­żu.

– Dla­cze­go? – zdzi­wi­ła się Ha­nia.

An­drzej prych­nął gło­śno, da­jąc upust swo­je­mu nie­za­do­wo­le­niu. Zła­pał za pi­lo­ta i włą­czył te­le­wi­zor, sia­da­jąc na ka­na­pie.

– Są­siedz­two tej ca­łej wróż­ki robi się co­raz bar­dziej uciąż­li­we – za­uwa­żył. – Wo­kół domu krę­ci się mnó­stwo róż­nych wa­ria­tów, boję się, że ktoś za­cze­pi cie­bie albo Da­rię. Na do­da­tek zo­sta­wia­ją sa­mo­cho­dy, gdzie po­pad­nie, a póź­niej czło­wiek nie ma na­wet jak wje­chać na swój plac.

– Daj spo­kój – po­pro­si­ła Ha­nia. – Ta ko­bie­ci­na mia­ła­by być nie­bez­piecz­na dla mnie lub dla Da­rii? Jest cał­kiem nie­szko­dli­wa.

– Ona może tak – zgo­dził się nie­chęt­nie An­drzej – ale jej cała klien­te­la jest po­dej­rza­na. Kto nor­mal­ny ko­rzy­sta z usług wróż­ki? Prze­cież wia­do­mo, że to oszust­ka!

Ha­nia nie do koń­ca zga­dza­ła się z mę­żem. Sama, jesz­cze jako mło­da dziew­czy­na, od­wie­dzi­ła w Bę­dzi­nie pew­ną wróż­kę, któ­ra przez wie­le lat miesz­ka­ła i wró­ży­ła przy wzgó­rzu zam­ko­wym. Ni­g­dy by się do tego nie przy­zna­ła, ale wieszcz­ka prze­po­wie­dzia­ła jej, że cze­ka ją ży­cie w mał­żeń­stwie, w któ­rym oprócz niej i męża bę­dzie jesz­cze jed­na ko­bie­ta. Wów­czas my­śla­ła, że może cho­dzić o tok­sycz­ną te­ścio­wą lub ko­chan­kę, ale wraz z upły­wem cza­su prze­ko­na­ła się, że tą ko­bie­tą mia­ła być pierw­sza żona An­drze­ja. Oczy­wi­ście te­raz nie wie­rzy­ła w te bzdu­ry. Uwa­ża­ła, że to czy­sty przy­pa­dek, iż wróż­ce uda­ło się w ja­kimś stop­niu prze­wi­dzieć jej przy­szłość. W grun­cie rze­czy mnó­stwo mę­ża­tek bo­ry­ka­ło się z obec­no­ścią tej dru­giej ko­bie­ty w mał­żeń­stwie. Praw­do­po­do­bień­stwo tra­fie­nia było więc dość wy­so­kie.

W ża­den jed­nak spo­sób nie sko­men­to­wa­ła jego słów.

– My­ślę, że ni­ko­mu nie szko­dzi – ode­zwa­ła się nie­śmia­ło. – Za­wsze może so­bie do­ro­bić parę gro­szy do eme­ry­tu­ry.

– A ty co dzi­siaj ro­bi­łaś? – zmie­nił te­mat An­drzej, prze­ska­ku­jąc z ka­na­łu na ka­nał. Miał dość roz­mo­wy na te­mat miesz­ka­ją­cej w są­siedz­twie wróż­ki, cho­ciaż sam ją za­ini­cjo­wał.

Ha­nia usia­dła na ka­na­pie obok męża, któ­ry bez­myśl­nie wpa­try­wał się w te­le­wi­zor.

– Od­wie­dzi­łam pa­nią Różę.

An­drzej ski­nął gło­wą na znak, że przy­jął sło­wa żony do wia­do­mo­ści. Uwa­żał, że Ha­nia roz­dra­pu­je sta­re rany, by­wa­jąc w domu dziec­ka, gdzie się wy­cho­wa­ła, ale prze­cież nie mógł jej tego za­bro­nić. Pa­ra­dok­sal­nie to wła­śnie on, któ­ry po la­tach mał­żeń­stwa wciąż nie prze­sta­wał po­rów­ny­wać obec­nej żony do pierw­szej, tra­gicz­nie zmar­łej uko­cha­nej, twier­dził, że Ha­nia szko­dzi so­bie, roz­pa­mię­tu­jąc dzie­ciń­stwo spę­dzo­ne w domu dziec­ka.

– Co u niej? Jesz­cze nie prze­szła na eme­ry­tu­rę? – za­py­tał, bar­dziej z grzecz­no­ści niż z cie­ka­wo­ści.

– W po­rząd­ku. Nie roz­ma­wia­ły­śmy o jej eme­ry­tu­rze. – Ha­nia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

An­drzej w koń­cu uznał, że tego wie­czo­ru żad­na ze sta­cji te­le­wi­zyj­nej nie ma mu nic cie­ka­we­go do za­ofe­ro­wa­nia, dla­te­go wy­łą­czył te­le­wi­zor i wstał z ka­na­py.

– Je­steś głod­ny? – za­re­ago­wa­ła bły­ska­wicz­nie Han­na.

– Ja­dłem na mie­ście – przy­znał. – Mam na­dzie­ję, że nie je­steś zła. Za­ło­żę się, że spę­dzi­łaś pół dnia w kuch­ni, przy­go­to­wu­jąc obiad.

Zmarsz­czy­ła czo­ło, ale po­wie­dzia­ła tyl­ko:

– Scho­wam do lo­dów­ki, bę­dzie na ju­tro.

– Czy Da­ria jest w swo­im po­ko­ju? – za­py­tał, kie­ru­jąc się w stro­nę przed­po­ko­ju.

– Tak, uczy się – po­twier­dzi­ła Ha­nia.

– Zaj­rzę do niej na chwi­lę i będę się kładł, je­stem wy­czer­pa­ny. Mam na­dzie­ję, że nie masz nic prze­ciw­ko?

Nie mia­ła. Opi­sa­na w książ­ce hi­sto­ria po­rwa­ła ją na tyle, że z chę­cią po­wró­ci­ła do świa­ta bo­ha­te­rów. Spać po­ło­ży­ła się do­pie­ro po pół­no­cy, kie­dy jej po­wie­ki za­czę­ły już opa­dać i w ża­den spo­sób nie po­tra­fi­ła się sku­pić na tym, co czy­ta.

Rano, kie­dy się obu­dzi­ła, w domu pa­no­wa­ła ci­sza. Nie­przy­tom­nym wzro­kiem od­szu­ka­ła na noc­nej szaf­ce ze­ga­rek, a gdy na nie­go spoj­rza­ła, aż pod­sko­czy­ła. Było gru­bo po dzie­wią­tej! An­drzej już daw­no mu­siał wyjść do pra­cy; mia­ła na­dzie­ję, że Da­ria nie za­spa­ła i zdą­ży­ła na lek­cje. W po­ko­ju na­sto­lat­ki ni­ko­go jed­nak nie za­sta­ła, uzna­ła więc, że cór­ka mu­sia­ła być już w szko­le.

Po­czła­pa­ła w przy­du­żych kap­ciach do kuch­ni i wzro­kiem za­trzy­ma­ła się na wi­szą­cej na drzwiach od lo­dów­ki li­ście spraw do za­ła­twie­nia. Tego dnia nie mia­ła nic za­pla­no­wa­ne oprócz ze­bra­nia w szko­le Da­rii, uzna­ła więc, że zdą­ży zro­bić za­ku­py i za­wieźć je na Su­chą. O tym, że po­ma­ga sy­no­wi Mo­ni­ki, nie wie­dział nikt oprócz jego wy­cho­waw­cy. Ha­nia po­pro­si­ła o dys­kre­cję. Nie ro­bi­ła tego dla roz­gło­su, lecz z po­trze­by ser­ca. Raz na dwa, trzy mie­sią­ce dzwo­ni­ła do domu dziec­ka, w któ­rym prze­by­wał Pio­trek, i py­ta­ła jego opie­ku­na, cze­go chło­piec naj­bar­dziej po­trze­bu­je. Tym ra­zem pa­dło na spodnie dżin­so­we i blu­zę z Bat­ma­nem, o któ­rej ma­rzy­ło dziec­ko.

– Oczy­wi­ście mam na­dzie­ję, że uda mi się gdzieś taką zna­leźć – po­wie­dzia­ła, kie­dy już wy­słu­cha­ła, co wy­cho­waw­ca syn­ka ko­le­żan­ki miał jej do po­wie­dze­nia. – A jak po­do­ba­ła mu się książ­ka, któ­rą przy­wio­złam ostat­nim ra­zem?

– To był Har­ry Pot­ter, praw­da? – upew­nił się męż­czy­zna. – Moi pod­opiecz­ni nie­wie­le czy­ta­ją, chy­ba sama pani to ro­zu­mie… – za­zna­czył, bo kie­dyś po­wie­dzia­ła mu, że ona też wy­cho­wy­wa­ła się w domu dziec­ka. Spoj­rzał na nią wte­dy dziw­nie. Pach­nia­ła dro­gi­mi per­fu­ma­mi i ży­ciem na po­zio­mie, co kłó­ci­ło się z utrwa­lo­nym w jego umy­śle wi­ze­run­kiem bi­du­la. – Pio­trek rów­nież na­le­żał do gru­py dzie­ci, któ­re po książ­ki się­ga­ją ra­czej z przy­mu­su niż z do­brej woli, a tym­cza­sem był za­chwy­co­ny Har­rym Pot­te­rem!

Ha­nia w re­ak­cji na ostat­nie sło­wa uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

– W ta­kim ra­zie ku­pię mu jesz­cze dru­gi tom przy­gód ma­łe­go cza­ro­dzie­ja. Do zo­ba­cze­nia – po­że­gna­ła się i roz­łą­czy­ła.

Pie­nią­dze, dzię­ki An­drze­jo­wi, nie sta­no­wi­ły pro­ble­mu. Był jed­nym z tych mę­żów, któ­rzy z uśmie­chem wrę­cza­ją żo­nie kar­tę do swo­je­go kon­ta w ban­ku, ze sło­wa­mi: „Ko­rzy­staj za­wsze, kie­dy tyl­ko po­trze­bu­jesz”. Ni­g­dy nie roz­li­czał jej z żad­nej wy­da­nej zło­tów­ki, nie spraw­dzał wy­cią­gów, aby prze­śle­dzić wy­dat­ki Hani. Po­cho­dził z dość kon­ser­wa­tyw­nej ro­dzi­ny, w któ­rej pa­no­wał po­wszech­ny po­gląd, że rolą męż­czy­zny jest za­pew­nie­nie ro­dzi­nie wa­run­ków do god­ne­go ży­cia, a ko­bie­ta win­na się zaj­mo­wać do­mem, nie mar­twiąc się o fi­nan­se. Start w do­ro­słość An­drze­jo­wi na pew­no uła­twi­li za­moż­ni ro­dzi­ce, ale do wszyst­kie­go do­szedł sam. Jego tato rów­nież był przed­się­bior­cą, po­kie­ro­wał sy­nem, ale ni­g­dy nie wtrą­cał się w jego spra­wy i in­te­re­sy.

Dzień był zde­cy­do­wa­nie cie­plej­szy i bar­dziej sło­necz­ny od po­przed­nie­go. Ma­jąc w pa­mię­ci, jak bar­dzo zmar­z­ła, wra­ca­jąc z domu dziec­ka, ubra­ła się cie­plej, jed­nak już przed do­mem zdej­mo­wa­ła ko­lej­ne war­stwy ubra­nia. Na uli­cach kró­lo­wa­ła zło­ta pol­ska je­sień. Aż chcia­ło się żyć! Po­go­da do­da­wa­ła Hani ener­gii i sił, dla­te­go uzna­ła, że do po­bli­skie­go cen­trum han­dlo­we­go Ple­ja­da do­trze spa­ce­rem.

Po go­dzi­nie mia­ła już wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wa­ła, a na­wet wię­cej. Do­rzu­ci­ła jesz­cze do za­ku­pów dwie ko­szul­ki w roz­mia­rze, któ­ry, jak się do­wie­dzia­ła od wy­cho­waw­cy, no­sił Pio­trek, oraz kil­ka T-shir­tów dla Da­rii. Au­to­bu­sem do­je­cha­ła na Po­goń, gdzie mie­ścił się dom dziec­ka, w któ­rym prze­by­wał chło­piec. Prze­ka­za­ła za­ku­py jego wy­cho­waw­cy i już mia­ła wy­cho­dzić, kie­dy męż­czy­zna ją za­trzy­mał.

– To wię­cej, niż pro­si­łem – za­uwa­żył. – Może jed­nak chcia­ła­by się pani przy­wi­tać z Pio­tru­siem?

Ha­nia ze smut­kiem po­krę­ci­ła gło­wą.

– Oczy­wi­ście, że chcia­ła­bym, ale wiem, ile ta­kie zwy­kłe spo­tka­nie może wzbu­dzić na­dziei w ma­łym chłop­cu.

– Za­wsze mo­że­my mu po­wie­dzieć, że przy­szła go pani tyl­ko od­wie­dzić.

– Chy­ba obo­je wie­my, że każ­de dziec­ko wy­obra­ża so­bie o wie­le wię­cej. Pro­szę mi po­wie­dzieć, jak on się mie­wa.

Męż­czy­zna wy­raź­nie się za­wa­hał, jak­by się za­sta­na­wiał, ile może prze­ka­zać.

– Cały czas szu­ka­my dla nie­go ro­dzi­ny za­stęp­czej. Uwa­ża­my, że w bar­dziej sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach ma duże szan­se do­go­nić ró­wie­śni­ków – oznaj­mił z peł­nym prze­ko­na­niem. – Na tę chwi­lę de­fi­cy­ty są znacz­ne – do­dał słab­szym gło­sem.

– Bez prze­rwy trzy­mam za nie­go kciu­ki. – Uśmiech­nę­ła się sła­bo i po­że­gna­ła.

Ja­kiś czas temu przy­szło jej do gło­wy, że to ona i An­drzej mo­gli­by stwo­rzyć Pio­tru­sio­wi ro­dzi­nę za­stęp­czą, ale jej mąż nie czuł ta­kiej po­trze­by, cze­go, oczy­wi­ście, nie mia­ła mu za złe. Wie­dzia­ła, że tyl­ko nie­licz­ni są go­to­wi na to, aby przy­gar­nąć obce, nie­rzad­ko trud­ne i pro­ble­ma­tycz­ne dziec­ko pod swój dach. Aby to mo­gło się udać, obo­je mał­żon­ko­wie po­win­ni ca­łym ser­cem czuć taką po­trze­bę i po­win­ność. W in­nym wy­pad­ku ro­dzi­na za­stęp­cza nie mia­ła ra­cji bytu, dla­te­go nie za­mie­rza­ła zmu­szać An­drze­ja do zmia­ny zda­nia. Naj­wy­raź­niej Pio­trek nie był im pi­sa­ny. Li­czy­ła, że chło­piec znaj­dzie inną ro­dzi­nę, któ­ra go po­ko­cha.

Czas, jaki po­zo­stał do ze­bra­nia, spę­dzi­ła na sprzą­ta­niu, któ­re­go szcze­rze nie­na­wi­dzi­ła. Mo­gła go­to­wać, prać, pra­so­wać, ale po­rząd­ki na­le­ża­ły do tych czyn­no­ści, za któ­ry­mi ni­g­dy nie prze­pa­da­ła.

Wy­cho­dząc z domu, z za­in­te­re­so­wa­niem zer­k­nę­ła w stro­nę pla­cu są­siad­ki, na któ­rym cze­ka­li już spra­gnie­ni wróżb po­ten­cjal­ni klien­ci, głów­nie ko­bie­ty. Mo­gła­by so­bie dać rękę uciąć, że bru­net­kę z pa­pie­ro­sem w dło­ni wi­dzi już nie po raz pierw­szy.

Kie­dy na­uczy­ciel­ka w trak­cie ze­bra­nia, wrę­cza­jąc kart­kę z oce­na­mi Da­rii, po­pro­si­ła Ha­nię, aby zo­sta­ła na in­dy­wi­du­al­ną roz­mo­wę, ta za­drża­ła. Cór­ka nie­ba­wem mia­ła skoń­czyć sie­dem­na­ście lat, ni­g­dy nie spra­wia­ła pro­ble­mów w szko­le. Zda­rza­ły się gor­sza oce­na czy prze­szka­dza­nie w lek­cji, jed­nak Da­ria na­le­ża­ła do gru­py ra­czej uło­żo­nych uczniów.

Ha­nia czu­ła, że musi cho­dzić o coś waż­ne­go. W koń­cu na­uczy­ciel­ka nie po­pro­si­ła­by jej o zo­sta­nie po ze­bra­niu ot tak, po pro­stu, bez wy­raź­ne­go po­wo­du. A może jed­nak? Ro­bi­ła do­brą minę do złej gry, łu­dząc się, że cór­ka nie stwa­rza pro­ble­mów wy­cho­waw­czych, jed­nak cały jej do­bry na­strój prysł, kie­dy zo­sta­ły już z wy­cho­waw­czy­nią kla­sy same i ta za­py­ta­ła:

– Czy Da­ria czu­je się już le­piej?

Ha­nia spoj­rza­ła na nią nie­przy­tom­nie, nie wie­dząc, o czym ta ko­bie­ta, do dia­bła, mówi.

– Oba­wiam się, że nie ro­zu­miem.

– Pro­szę spoj­rzeć. – Na­uczy­ciel­ka pod­su­nę­ła jej dzien­nik. – To li­sta obec­no­ści. Da­ria przez ostat­ni ty­dzień była nie­obec­na, po­ja­wi­ła się tyl­ko raz, aby przed­sta­wić sto­sow­ne uspra­wie­dli­wie­nie, a od kil­ku dni zno­wu nie ma jej w szko­le.

– Jak to? – Ha­nia po­czu­ła, że musi usiąść, bo ina­czej się prze­wró­ci. Wca­le nie była pew­na, że ugi­na­ją­ce się ko­la­na są w sta­nie utrzy­mać cię­żar jej cia­ła. Wia­do­mość, że cór­ka oszu­ku­je ją, twier­dząc, że wy­cho­dzi do szko­ły, do­cie­ra­ła do niej stop­nio­wo. Ta świa­do­mość ją za­bo­la­ła.

Wol­ska wrę­czy­ła jej świ­stek pa­pie­ru. Pod sta­ran­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­nym tek­stem Ha­nia zo­ba­czy­ła swój pod­pis, ale… nie pa­mię­ta­ła, by coś ta­kie­go pod­pi­sy­wa­ła!

– Co to jest? – wy­mam­ro­ta­ła.

– Uspra­wie­dli­wie­nie nie­obec­no­ści Da­rii. Ro­zu­miem, że to nie pani je pod­pi­sa­ła?

– Nie ja…

– I nie za­glą­da­ła pani do elek­tro­nicz­ne­go dzien­ni­ka?

No tak! Wie­dzia­ła, że o czymś za­po­mnia­ła. Mimo iż elek­tro­nicz­ne dzien­ni­ki funk­cjo­no­wa­ły z po­wo­dze­niem co naj­mniej od kil­ku lat, Ha­nia wciąż nie pa­mię­ta­ła o tym, aby za­lo­go­wać się na stro­nę i zwe­ry­fi­ko­wać praw­do­mów­ność cór­ki. Ni­g­dy nie mia­ła pod­staw ku temu, aby jej nie wie­rzyć, dla­te­go bra­ła sło­wa Da­rii za pew­nik. Czy do­brze po­stą­pi­ła, ob­da­rza­jąc sie­dem­na­sto­let­nią dziew­czy­nę bez­gra­nicz­nym za­ufa­niem? Wie­dzia­ła prze­cież, że to głu­pi wiek, je­den z naj­głup­szych. Na Da­rię czy­ha­ło tyle za­gro­żeń, a na­sto­lat­kom z na­tu­ry im­po­no­wa­ło wszyst­ko to, co złe.

– Ja nie… – Za­jąk­nę­ła się. – Ostat­nio mia­łam tyle spraw na gło­wie…

Wy­po­wie­dzia­ła pierw­sze kłam­stwo, któ­re przy­szło jej na myśl. Po­licz­ki za­ru­mie­ni­ły jej się ze wsty­du. Na­wet nie wie­dzia­ła już, za kogo świe­ci ocza­mi – za sie­bie czy za cór­kę.

– Ro­zu­miem – uspo­ko­iła ją na­uczy­ciel­ka. – Nie pani pierw­sza i nie ostat­nia. Po­pro­si­łam pa­nią o roz­mo­wę, aby za­sy­gna­li­zo­wać, że pro­blem ist­nie­je. Na ra­zie nie trze­ba pa­ni­ko­wać, Da­rii ni­g­dy się to nie zda­rza­ło, a roz­cho­dzi się o kil­ka dni nie­obec­no­ści, ale przy­zna pani, że to nie­po­ko­ją­ce.

– Oczy­wi­ście – zgo­dzi­ła się na­tych­miast Ha­nia. – Po­roz­ma­wiam z cór­ką i spró­bu­ję usta­lić, co się dzie­je.

Wy­cho­waw­czy­ni za­wa­ha­ła się, jak­by było coś jesz­cze, co chcia­ła­by po­wie­dzieć, ale nie mia­ła pew­no­ści, czy to istot­ne. Han­na za­chę­ci­ła ją spoj­rze­niem, aby kon­ty­nu­owa­ła.

– Wy­da­je mi się, że źró­dło pro­ble­mu może le­żeć w re­la­cjach Da­rii z ko­le­żan­ka­mi i ko­le­ga­mi.

Tego się nie spo­dzie­wa­ła. Wie­dzia­ła, że cór­ka za­wsze mia­ła do­bry kon­takt z rów­no­lat­ka­mi, o czym na­tych­miast za­pew­ni­ła na­uczy­ciel­kę.

– Zgo­dzę się, ale ob­ser­wu­jąc za­cho­wa­nie Da­rii i ca­łej kla­sy, mam dziw­ne wra­że­nie, że te re­la­cje się po­gor­szy­ły. Nie wiem, co się sta­ło, mło­dzież nie zwie­rza mi się ze swo­ich pro­ble­mów, ale mogę przy­pusz­czać, że coś po­róż­ni­ło pani cór­kę z in­ny­mi ucznia­mi.

Ha­nia wra­ca­ła do domu po­wo­li, noga za nogą. Za­czy­na­ło już zmierz­chać, a wie­czór przy­niósł obiet­ni­cę chłod­nej nocy, ale ona nie zwra­ca­ła na to uwa­gi. Była zbyt po­grą­żo­na w świe­cie wła­snych my­śli.

Ma­cie­rzyń­stwo dla każ­dej ko­bie­ty sta­no­wi ogrom­ne wy­zwa­nie, ale dla niej było to za­da­nie szcze­gól­nie trud­ne. Wkra­cza­ła do zu­peł­nie nie­zna­ne­go so­bie świa­ta, za­re­zer­wo­wa­ne­go tyl­ko dla ma­tek i có­rek. Skąd mia­ła wie­dzieć, jaką po­win­na być mamą dla swo­je­go dziec­ka, sko­ro nie otrzy­ma­ła żad­ne­go przy­kła­du pły­ną­ce­go z góry? Nie mia­ła po­ję­cia, cze­go w bu­do­wa­niu wię­zi po­win­na uni­kać, a na czym się opie­rać. Mo­gła tyl­ko przy­pusz­czać, co w jej za­cho­wa­niu może iry­to­wać cór­kę, a co bę­dzie przez Da­rię mile wi­dzia­ne. Mat­ka Hani ani jej nie roz­cza­ro­wy­wa­ła, ani nie za­do­wa­la­ła. Jej po pro­stu nie było.

Każ­dy dzień cią­ży i pierw­szych dni ży­cia Da­rii był oku­pio­ny przez Han­nę mnó­stwem wąt­pli­wo­ści i łez. Jesz­cze za­nim cór­ka przy­szła na świat, oba­wia­ła się, że nie bę­dzie umia­ła po­ko­chać ma­leń­stwa. Dzie­ciąt­ko roz­wi­ja­ło się w jej ło­nie, a ona nie czu­ła tego, o czym opo­wia­da­ły inne ko­bie­ty – eu­fo­rii, ra­do­sne­go wy­cze­ki­wa­nia, pod­eks­cy­to­wa­nia każ­dym ru­chem pło­du. Była zbyt prze­ra­żo­na my­ślą, że brak mi­ło­ści dla wła­sne­go dziec­ka ma za­pi­sa­ny w ko­dzie ge­ne­tycz­nym. Że odzie­dzi­czy­ła go po mat­ce przy­kła­do­wo z ko­lo­rem oczu czy fak­tu­rą wło­sa.

Ode­tchnę­ła z ulgą, kie­dy Da­ria się uro­dzi­ła. Prze­ko­na­ła się, że już ko­cha to ma­leń­stwo i nie chce wy­pusz­czać go z ra­mion. A póź­niej była mat­ką prze­wraż­li­wio­ną. Zda­wa­ła so­bie z tego spra­wę, dla­te­go nie py­ta­ła, nie do­cie­ka­ła, nie in­ge­ro­wa­ła. Wszyst­ko po to, żeby nie za­szczuć cór­ki. Czy dała jej zbyt dużo swo­bo­dy? Czy Da­ria wy­ko­rzy­sta­ła to w nie­wła­ści­wy spo­sób?

My­śli krą­ży­ły w jej gło­wie jak sza­lo­ne. Ha­nia wie­dzia­ła, że ist­nie­je mnó­stwo moż­li­wych po­wo­dów dziw­ne­go za­cho­wa­nia Da­rii. Mo­gło to być coś zu­peł­nie bła­he­go, a rów­nie do­brze spra­wa ogrom­nej wagi. Pierw­sze, co przy­szło jej do gło­wy, to złe to­wa­rzy­stwo. Może al­ko­hol, nar­ko­ty­ki? Czy za­uwa­ży­ła­by, gdy­by z cór­ką na­gle za­czę­ło się dziać coś złe­go? A może Da­ria prze­szła już ini­cja­cję i była w cią­ży? Nie, tyl­ko nie to.

Ha­nia jęk­nę­ła od­ru­cho­wo. Przez jej gło­wę prze­wi­nę­ły się set­ki my­śli, ale żad­na nie była opty­mi­stycz­na.

ROZ­DZIAŁ 4

Wy­su­nę­ła sto­py z bot­ków, wło­ży­ła buty do szaf­ki i za­sty­gła w bez­ru­chu, na­słu­chu­jąc od­gło­sów domu. Kie­dy wra­ca­ła z ze­bra­nia, Da­ria za­wsze wi­ta­ła ją w drzwiach, py­ta­jąc, co mó­wi­ła o niej Wol­ska, jed­nak tego dnia nie wy­szła mat­ce na­prze­ciw. Ha­nia wes­tchnę­ła gło­śno, po­wie­si­ła płaszcz na wie­sza­ku i ru­szy­ła w stro­nę sa­lo­nu, skąd do­cie­ra­ły stłu­mio­ne gło­sy dzien­ni­ka­rzy pro­wa­dzą­cych głów­ne wy­da­nie „Fak­tów”. Wi­zy­tę w po­ko­ju Da­rii odło­ży­ła na póź­niej.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

SPIS TREŚCI

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

De­dy­ka­cja

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18

Roz­dział 19

Roz­dział 20

Roz­dział 21

Roz­dział 22

Roz­dział 23

Po­dzię­ko­wa­nia