Wszystkie nieba - Wojciech Bauer - ebook + audiobook
Opis

Poetycka opowieść o inności i wykluczeniu. W odosobnionym ośrodku Hans – kaleki wychowanek sierocińca – szkoli się do roli pilota. Choć wokół toczy się wojna, niepełnosprawni mieszkańcy Gotteswind starają się budować własną, okaleczoną wersję normalności. Wraz ze swoimi opiekunami tworzą swoisty mikroukład władzy, namiętności i pożądania. W oczekiwaniu na swój lot Hans snuje rozważania o rodzinie, pobycie w sierocińcu, o pierwszych doświadczeniach erotycznych, pierwszej miłości, pierwszym strachu o kogoś bliskiego. Próbując otrząsnąć się z traumatycznych przeżyć związanych z dramatem rodzinnym, godzinami obserwuje jerzyki, z którymi od dzieciństwa się utożsamia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 21 min

Lektor: Maciej Więckowski

Popularność


Re­dak­cja

Anna ‌Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki i stron ‌ty­tu­ło­wych

Pra­cow­nia ‌WV

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ‌ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie ‌wer­sji ‌elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów ‌2018

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa ‌Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja ‌Har­cer­ska ‌3c

tel. ‌600 472 ‌609

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja ‌wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM ‌Sp. ‌z o.o.

01-942 War­sza­wa, ‌ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. ‌22 ‌663 ‌98 13, fax ‌22 ‌663 98 ‌12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa ‌Vi­de­ograf ‌SA, Cho­rzów ‌2016

tekst © ‌Woj­ciech Bau­er

ISBN 978-83-7835-666-0

Jerzyk

Czę­sto ‌śni ‌mi się, że la­tam. ‌To nic spe­cjal­nie ory­gi­nal­ne­go, ‌wie­lu lu­dzi ‌mie­wa ta­kie sny, wie­le ‌po­wie­ści ‌za­czy­na się ‌tymi sło­wa­mi. Mój ‌sen ‌jest re­ali­stycz­ny: czu­ję wiatr ‌na twa­rzy, na ‌ra­mio­nach, ‌cza­sem ostre, sie­ką­ce kro­ple ‌desz­czu, cza­sem gę­stą wil­goć, ‌jak w sau­nie, tyl­ko ‌lo­do­wa­to zim­ną, ‌gdy ‌prze­la­tu­ję przez ‌chmu­ry. W ogó­le prze­by­wa­nie w chmu­rach ‌jest nie­sa­mo­wi­tym prze­ży­ciem. ‌To jed­na z tych sy­tu­acji, ‌gdy ‌mózg kłó­ci się ‌ze zmy­sła­mi i w efek­cie do­sta­jesz ‌róż­ne dzi­wacz­ne ‌in­ter­pre­ta­cje, sprzecz­ne z wie­dzą ‌i per­cep­cją. „Bo je­steś ‌w wa­cie” ‌ — mel­du­je wzrok, „w dy­mie, ‌w pa­rze” — ‌ra­por­tu­je in­nym ra­zem. ‌A tu wata do­tknąć ‌się nie ‌daje, na próż­no za­my­kasz ‌ją ‌w pal­cach. ‌„Nie czuć swą­du ‌spa­le­ni­zny” — dzi­wi ‌się węch. Or­ga­nizm kom­ple­tem ‌zmy­słów alar­mu­je: „du­si­my się!”. ‌Nie du­si­my. Nie śmier­dzi, ‌nie za­ty­ka, ‌nie pa­rzy. Tro­chę wil­got­no, ‌jak w gę­stej mgle, poza ‌tym nic. Dla ‌do­ty­ku, dla re­cep­to­rów ‌czu­cia chmu­ry nie ma. ‌Le­cisz ‌przez fa­ta­mor­ga­nę nie­ist­nie­ją­cych ‌si­wych kła­ków. Fa­scy­nu­ją­ce ‌uczu­cie.

Je­stem pta­kiem.

Kie­dyś, gdy miesz­ka­li­śmy na wsi, wi­dy­wa­łem na nie­bie je­rzy­ki. Fru­wa­ły zwin­nie jak czar­ne, skrzy­dla­te po­ci­ski, kre­śli­ły za­wi­łe spi­ra­le tro­pem umy­ka­ją­cych mu­szek, śmi­ga­ły hen, wy­so­ko, na gra­ni­cy wzro­ku lub prze­ciw­nie, ni­sko nad zie­mią. Za­wsze wie­dzia­ło się, gdzie szu­kać je­rzy­ków. Wy­so­ko — gdy ostre słoń­ce wę­dro­wa­ło przez nie­bo­skłon, po­wie­trze było su­che i czy­ste. Gdy chmu­ry za­snu­wa­ły nie­bo na buro, a zza ho­ry­zon­tu mru­kli­wie od­zy­wał się od­le­gły hur­kot — je­rzy­ki uwi­ja­ły tuż nad gło­wą, jak czar­ne prze­cin­ki wy­sy­pa­ne z książ­ki. Gdy­bym chciał, wy­su­nął­bym dłoń na tra­sę ta­kie­go je­rzy­ka i wpadł­by mi mię­dzy pal­ce, my­śla­łem, gdy w przed­go­dzi­nie bu­rzy je­rzy­ki zwia­sto­wa­ły ją pi­ru­eta­mi nad zie­mią. Tak my­śla­łem: „gdy­bym chciał”. Ni­g­dy zgod­nie z rze­czy­wi­sto­ścią: „gdy­bym mógł”.

Je­rzyk to dziw­ny ptak, nie­sa­mo­wi­ty. Isto­ta po­wietrz­na. Żyje w lo­cie od chwi­li, gdy in­stynkt wy­rzu­ci go z gniaz­da umiesz­czo­ne­go nie­bo­tycz­nie, hen nad do­ma­mi wró­bli, ja­skó­łek i trzna­dli. Cza­sem za­sta­na­wia­łem się, jak to się od­by­wa. To musi być strasz­ne prze­ży­cie dla pi­sklę­cia, któ­re­mu do­tąd wszyst­ko koń­czy­ło się na kil­ku cen­ty­me­trach ma­łej, ciem­nej, ku­li­stej prze­strze­ni wy­mosz­czo­nej tra­wą i pu­chem, z ja­snym krąż­kiem świa­tła na wprost dzio­ba, któ­re­go przy­sło­nię­cie ozna­cza­ło cie­pło i je­dze­nie, z brać­mi wtu­lo­ny­mi w pu­cha­te boki z ły­sy­mi skrzy­deł­ka­mi, któ­re szyb­ko jed­nak ro­sły i smu­kla­ły, a to ich ro­śnię­cie było de­ter­mi­nan­tą ca­łej je­rzy­ko­wej przy­szło­ści.

Bo ży­wio­łem i śro­do­wi­skiem je­rzy­ka jest po­wie­trze.

Je­rzyk w po­wie­trzu śpi. To naj­bar­dziej fa­scy­nu­ją­ca z nie­zwy­kło­ści do­ty­czą­cych je­rzy­ków, o ja­kich wie­dzia­łem. Pta­szek po ca­ło­dzien­nym uwi­ja­niu w dzie­siąt­kach, set­kach ki­lo­me­trów po­wietrz­nych pę­tli na za­koń­cze­nie dnia wzbi­ja się dwa ki­lo­me­try nad zie­mię i tam, roz­ło­żyw­szy skrzy­dła, za­sy­pia w znie­ru­cho­mia­łym, okręż­nym śli­zgu, ni­czym wiecz­no­lot­ny szy­bo­wiec. O czym wte­dy śni? Czy je­rzy­ki mają sny?

Zda­rza się, że w tym sen­nym wi­ro­wa­niu, w nie­przy­tom­nej, od­re­al­nio­nej po­wietrz­nej pę­tli, je­rzyk zde­rzy się z in­nym, któ­re­go jego wła­sny sen­ny lot za­nie­sie w re­jon ko­li­zji. Je­rzy­ki nie mają kon­tro­li lo­tów. Ka­ta­stro­fa lot­ni­cza jest pierw­szym z ro­dza­jów ich pta­siej śmier­ci. Tym pięk­nym.

Je­rzy­ki umie­ra­ją też ina­czej, bar­dziej bru­tal­nie, bar­dziej bez­rad­nie, brud­niej i ża­ło­śniej. Kil­ka razy wi­dzia­łem, jak ja­kiś nie­szczę­śli­wy zbieg oko­licz­no­ści: po­dmuch wia­tru, błąd lot­ni­czy, bra­wu­ra lub zmę­cze­nie spro­wa­dzi­ły pta­ka na zie­mię. Sie­dział wte­dy prze­ra­żo­ny, ze zje­żo­ny­mi pió­ra­mi, cza­sem pod­ska­ku­jąc ku­la­wo na pod­wi­nię­tych łap­kach o stu­lo­nych w piąst­ki pa­zur­kach, ale bez prze­ko­na­nia, bez wia­ry, że się uda, że po­tęż­ne skrzy­dła zła­pią po­dmuch i zdo­ła się ode­rwać, i wzbić ku swo­je­mu kró­le­stwu, ku nie­bu. On już wie­dział, że je­śli nie wy­da­rzy się cud, taki jak li­to­ści­wa ręka czło­wie­ka, nie do­ży­je wie­czo­ra, skoń­czy w szczę­kach ja­kie­goś szczę­śli­we­go z po­wo­du ła­twej zdo­by­czy łow­cy, a je­śli nie, śmierć bę­dzie jesz­cze bar­dziej okrut­na: z gło­du, pra­gnie­nia, zim­na i stra­chu. Tak, zie­mia to śmierć je­rzy­ka. Je­stem je­rzy­kiem.

Got­te­swind w sfe­rze sym­bo­licz­nej zwią­za­ny jest z pta­ka­mi. W her­bie Got­te­swind ma kru­ka — czar­ny krzyż roz­cza­pie­rzo­nych skrzy­deł na tle błę­kit­ne­go nie­ba. Skrzy­dła kru­ka są dłu­gie i czar­ne, nie­mal ta­kie, ja­ki­mi tnie po­wie­trze je­rzyk. To oczy­wi­ście tyl­ko moja ima­gi­na­cja i moje chciej­stwo, bo na­praw­dę po­do­bień­stwa nie ma żad­ne­go. Kruk to kruk, je­rzyk to je­rzyk. Nie­po­dob­ne, z wy­jąt­kiem fak­tu pod­po­rząd­ko­wa­nia so­bie prze­stwo­rzy, to ich je­dy­ny wspól­ny pta­si ele­ment. Poza nim nic. Dwie nie­zwią­za­ne ni­czym isto­ty. A jed­nak ten kruk, wi­docz­ny tu na każ­dym kro­ku, na ścia­nie świe­tli­cy, w kla­sach, na fron­to­nie głów­ne­go bu­dyn­ku, na ha­fto­wa­nych pla­kiet­kach przy­szy­tych do rę­ka­wów mun­du­rów ob­słu­gi, wszę­dzie, tyl­ko na dnie ta­le­rza po zu­pie go bra­ku­je, wy­peł­nia we mnie pust­kę po daw­no nie­wi­dzia­nej prze­strze­ni, sub­sty­tu­uje czar­ne śmi­ga­nie nad gło­wą, de­fi­ni­tyw­nie z dala od zie­mi, wy­żej, wy­żej i jesz­cze, po­mię­dzy po­wie­trzem a nie­bem.

Cze­mu kruk?

— Wi­dzisz, Han­sie, kruk to mą­drość, do­sto­jeń­stwo i siła, sku­pio­ne w jed­nym nie­zbyt oka­za­łym, brzyd­kim pta­ku. To tak­że chy­trość i umie­jęt­ność my­śle­nia tak­tycz­ne­go — mówi do mnie od­dzia­ło­wy, gdy py­tam.

Mówi za­wsze to samo, nie­świa­do­my, że się po­wta­rza. Nie wy­pro­wa­dzam go z błę­du, po co? Lu­bię, gdy do mnie mówi, gdy mówi o pta­kach. Cho­ciaż aku­rat kruk z wy­jąt­kiem ogól­nej przy­na­leż­no­ści do gro­ma­dy pta­ków ni­czym in­nym nie za­słu­żył na moją mi­łość, bo jest wiel­ki, ko­stro­pa­ty i ja­koś nie­chluj­ny. Do ele­gan­cji i do­sko­na­ło­ści je­rzy­ka mu da­le­ko.

Oprócz wszech­obec­nych ma­lo­wa­nych, ku­tych i ha­fto­wa­nych kru­ków są tu tak­że inne pta­ki. O wró­blach wy­drzy­dzio­bach wspo­mi­nał nie będę, bo są oczy­wi­ste. Ale dużo mamy na przy­kład ja­skó­łek. Ta­kich praw­dzi­wych. Le­pią swo­je dom­ki w za­ło­mach okien, w wy­ku­szach i pod pa­ra­pe­ta­mi, pod wy­sta­ją­cy­mi na­wi­sa­mi da­chów i w ze­wnętrz­nych za­ka­mar­kach ko­mi­nów. Po­do­ba­ją mi się ja­skół­ki, pra­wie tak samo, jak je­rzy­ki. To w koń­cu bli­scy krew­nia­cy, przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o tech­no­lo­gię ujarz­mia­nia po­wie­trza. Ja­skół­ki są pra­wie jak je­rzy­ki tak­że z wy­glą­du i gło­su. Ich ostre wi­zgi czę­sto mnie bu­dzą, gdy cie­płym wio­sen­nym ran­kiem Ka­ro­la po­otwie­ra okna.

— Po­bud­ka, le­niu­chy! — Jej głos wpla­ta się dy­so­nan­sem w wi­zga­nie ja­skó­łek i świer­got pta­siej drob­ni­cy.

Lu­bię ten dy­so­nans. Za­raz Ka­ro­la weź­mie mnie na ręce.

Po­dob­no wy­so­ko, pod sa­mym da­chem naj­wyż­sze­go bu­dyn­ku, w miej­scu, gdzie mu­ra­rze zwy­kle za­ty­ka­ją wie­chę, jest jed­no gniaz­do je­rzy­ków. Opo­wia­da­no mi, słu­cha­łem z prze­ję­ciem, ale i nie­wia­rą. Opo­wia­da­ją­cy wie­dzie­li o mo­jej fa­scy­na­cji je­rzy­ka­mi, ich opo­wieść mo­gła być pró­bą po­gra­nia na mo­ich emo­cjach. Ale to nie ze mną. Scep­tycz­nie przyj­mo­wa­łem ich za­kli­na­nia na świę­to­ści, zna­łem zwy­cza­je je­rzy­ków. Je­rzy­ki trze­ba wi­dzieć, żeby uwie­rzyć. Ja nie wi­dzia­łem.

Czy­ta­łem w jed­nej książ­ce o po­dob­nych do nas… Za­wa­ha­łem się, tak. Pa­trząc na sie­bie, na współ­miesz­kań­ców sali, na wi­dy­wa­nych spo­ra­dycz­nie in­nych miesz­kań­cówGot­te­swindmam po­waż­ne wąt­pli­wo­ści, czy je­ste­śmy ludź­mi. Czy je­ste­śmy jesz­cze ludź­mi. Pra­cu­je się tu, że­by­śmy za bar­dzo nie byli. Zresz­tą wy­star­czy po­pa­trzeć i każ­dy na­bie­rze wąt­pli­wo­ści, róż­ni­ce wi­dać go­łym okiem. Ale wra­cam do książ­ki. Była z mo­je­go, z na­sze­go punk­tu wi­dze­nia re­ali­stycz­na, a dla nie­któ­rych (na przy­kład dla mnie) na­wet opty­mi­stycz­na. Na pierw­szych stro­nach czy­tel­nik po­zna­je głów­ne­go bo­ha­te­ra, gdy ten czoł­ga się, nagi, nocą, po zim­nej, ka­mien­nej po­sadz­ce do to­a­le­ty, bo jest póź­no i nie ma już ni­ko­go, kto mógł­by mu po­móc. Taki szczę­śli­wiec. U nas też są tacy szczę­śliw­cy, a jak­że, na­wet spo­ro. Ze zna­nych mi oso­bi­ście — Be­tin­ka. Jak­by co sama do­wle­cze się gdzie trze­ba. Ja do nich nie na­le­żę.

Książ­kę czy­ta­ło mi się przy­jem­nie i by­łem nie­mi­le za­sko­czo­ny, gdy od­dzia­ło­wy mnie z nią na­krył i z wrza­skiem zbesz­tał Ka­ro­lę, na­szą sa­lo­wą, a mnie książ­kę ode­brał, w za­mian da­jąc inną, ja­kiś ro­mans bo­daj­że. Ach, nie mó­wi­łem do­tąd, że ja czy­tam. Mam tu taki pul­pit, któ­ry przede mną sta­wia­ją, i ołó­wek z gum­ką do prze­wra­ca­nia kar­tek. Na­bra­nie wpra­wy nie trwa­ło dłu­go, po­dob­nie jak sama na­uka czy­ta­nia. Go­rzej z pi­sa­niem, ale w grun­cie rze­czy na co komu pi­sa­nie? Kto może — pi­sze, kto, jak ja, nie — uży­wa dyk­ta­fo­nu. Ja mam taki faj­ny, mały, co mi go dy­rek­tor bi­du­la po­da­ro­wał na uro­dzi­ny.

Z tym czło­wie­czeń­stwem to mamy tu sie­dem świa­tów. Uczest­ni­czy­my w róż­nych za­ję­ciach, lek­cjach, na któ­rych tło­czą nam do gło­wy hi­sto­rie o lu­dziach i ich świe­cie, o ide­ach i ide­ałach, o mi­ło­ści, du­mie, nie­na­wi­ści, szla­chet­no­ści, pięk­nie, brzy­do­cie i in­nych ta­kich, w tym spo­rcie i tę­żyź­nie, a jak­że, fi­zycz­nej, a po­tem ro­bi­my te­atr. Uda­je­my, że to nas do­ty­czy. A oni uda­ją, że nam wie­rzą. A prze­cież cały wic po­le­ga na tym, że po­win­ni­śmy ra­czej uwie­rzyć w coś wprost prze­ciw­ne­go. Że to nie dla nas, że je­ste­śmy inni ce­lo­wo, że bo­ski za­mysł był taki, by nam dać moż­ność za­ist­nie­nia w sfe­rach lu­dziom nie­do­stęp­nych. Że zie­mia, ten wro­gi ży­wioł, obcy i nie­życz­li­wy, słu­ży nam chwi­lo­wo, do­pó­ki nie po­sią­dzie­my na­szych do­ce­lo­wych umie­jęt­no­ści i nie opu­ści­my jej na za­wsze. Na ra­zie ku­ca­my nie­zdar­nie, z pod­ku­lo­ny­mi ki­ku­ta­mi ła­pek, pod­ska­ku­je­my, pró­bu­jąc wzbić się w nie­bo. Na­sze skrzy­deł­ka są łyse, bez­pió­re, pro­stu­je­my je po pi­sklę­ce­mu, nie­po­rad­nie i stra­chli­wie. Do cza­su. Bo póź­niej przyj­dzie chwi­la wia­tru, gdy wśli­zgnie się pod lot­ki, a one go po­chwy­cą, na­bio­rą do peł­na i unio­są. Wznie­sie­my się na jego nie­wi­dzial­nej stru­dze, co­raz wy­żej i wy­żej, a zie­mia i to jej przy­ziem­ne upo­ko­rze­nie, ta przy­gle­bia nę­dza, któ­ra nas trzy­ma i wią­że w bez­sil­no­ści, od­pły­nie, zma­le­je i skar­li się wresz­cie da­le­ko, hen, w dole.

To mnie naj­bar­dziej róż­ni od lu­dzi: na­dzie­ja na prze­stwór, na po­wietrz­ną wiecz­ność, na wol­ność. Wie­cie już. Je­stem je­rzy­kiem.

Ręce

My tu, w Got­te­swind, mamy ręce. Bez rąk nie ma ży­cia. Moż­na rzec: ręce to ży­cie. Ręce to spraw­ność, ręce to wol­ność. Ręce od­da­la­ją ścia­ny. Nie te praw­dzi­we, z ce­gieł, z be­to­nu. Ścia­ny, któ­re mamy w so­bie. Po­go­dzić się na­le­ży z tym, że od­da­le­nie ścian bę­dzie pro­por­cjo­nal­ne do za­się­gu rąk.

Mam ręce. Mam je w stop­niu wy­star­cza­ją­cym, aby być w Got­te­swind. Moje ręce to dło­nie. Mam pięk­ne dło­nie, z dłu­gi­mi pal­ca­mi, z re­gu­lar­ny­mi płyt­ka­mi pa­znok­ci, ele­ganc­ko, w pła­ski pół­łuk ob­cię­ty­mi przez Ka­ro­lę (je­śli jej się chcia­ło). Ma­rze­niem Ka­ro­li była ka­rie­ra ma­ni­cu­rzyst­ki, dla­te­go wy­ży­wa się ar­ty­stycz­nie na mo­ich dło­niach. To ła­twe, bo ni­g­dy nie pro­te­stu­ję. Po czę­ści, ale tej zde­cy­do­wa­nie więk­szej, de­cy­du­ją­cej, dla­te­go, że nie chcę. Lu­bię mieć wy­pie­lę­gno­wa­ne dło­nie — bez bo­le­snych skó­rek, bez zła­ma­nych pa­znok­ci, bez ża­łob­nych ob­wó­dek czy choć­by sza­rych ką­ci­ków z szcze­li­nach mię­dzy ran­tem skó­ry a twar­dą sko­rup­ką pa­znok­cia, z obrzy­dli­wym dla oto­cze­nia bru­dem, któ­ry kłu­je w oczy — i w ser­ce. Tak po­wiem, gór­no­lot­nie i ki­czo­wa­to, ale — po­nie­waż kicz bywa naj­czyst­szym wy­ra­że­niem uczuć — szcze­rze i bez po­czu­cia we­wnętrz­ne­go ob­cia­chu. To przede wszyst­kim, de­cy­du­ją­co. Jest też dru­ga de­ter­mi­nan­ta. Mniej waż­na, pod­skór­na i wą­gro­wa­ta tro­chę, do zwal­cze­nia przez do­bry psy­cho­lo­gicz­ny ko­sme­tyk.Alewra­cam na ra­zie do re­la­cji, bo Got­te­swind ma być tu sed­nem i sen­sem. O dru­giej de­ter­mi­nan­cie za chwi­lę.

Ka­ro­la nie jest ma­ni­cu­rzyst­ką. Jest sa­lo­wą, pod­cie­racz­ką tył­ków, mó­wiąc wprost. Mam świa­do­mość, że krzyw­dzę tu Ka­ro­lę, tak ka­te­go­ry­zu­jąc jej obo­wiąz­ki za­wo­do­we, bo ona, jak rzad­ko któ­ra z jej zmien­ni­czek, robi swo­je z pod­sta­wo­wą, ele­men­tar­ną przy­zwo­ito­ścią. Nie sta­ra się udo­wod­nić — nam też, ale głów­nie swo­im chło­pom, zwłasz­cza tym o in­te­li­gen­cji choć­by ciut prze­wyż­sza­ją­cej po­ziom in­te­lek­tu win­nicz­ka — że jest po­nad to, że wła­ści­wie to ona się mar­nu­je, pod­cie­ra­jąc te przy­sło­wio­we, umow­ne tył­ki. Wszyst­kie te chło­py uży­wa­ją jej bez­myśl­nie, bez bra­nia pod uwa­gę jej wraż­li­wo­ści, co ją ma bez­pre­ten­sjo­nal­ną i szcze­rą, nie do uzna­nia przez oka­zjo­nal­nych, do­raź­nych ko­chan­ków. Ka­ro­la na to po­zwa­la i w po­cie czo­ła pra­cu­je na oba swo­je ob­li­cza, o któ­rych tu nie­co opo­wiem.

By­wa­łem ko­chan­kiem Ka­ro­li. Bo ja sek­su­al­nie je­stem spraw­ny, moje ka­lec­two to brak pod­sta­wo­wych or­ga­nów — ale prze­cież nie aku­rat tych od sfe­ry sek­su! To mnie kształ­tu­je w spo­sób więk­szy, niż so­bie zda­ję z tego spra­wę, niż pod­su­wa mi świa­do­mość. To jest u mnie sfe­ra ima­gi­na­cji, a ta lubi mi się mie­szać z oglą­dem re­al­nym — tak mam, i nic na to nie mogę. Do tego chcę wie­rzyć, że Ka­ro­la poza chę­cią spe­cy­ficz­ne­go mi­ło­sier­dzia w na­szych zbli­że­niach, w ak­tach sek­su­al­nej nad­wraż­li­wo­ści i nad­nor­mal­nych osią­gnięć gim­na­stycz­nych, wi­dzi coś po­nad al­tru­istycz­ny, choć ma­łe­go wszak po­świę­ce­nia wy­ma­ga­ją­cy, dar. Że to nie tyl­ko zwy­kła li­tość jest i nic wię­cej.

O tym, jak było z Ka­ro­lą, jesz­cze pew­nie na­pi­szę, bo to, z punk­tu wi­dze­nia ko­goś ta­kie­go jak ja, jest per­wer­syj­nie istot­ne. Czas ujaw­nić inny wy­znacz­nik mo­jej zgo­dy na jej ko­sme­tycz­ne na mnie eks­pe­ry­men­ty. Oto dru­gą, może mniej waż­ną przy­czy­ną bra­ku mo­ich pro­te­stów wo­bec na­tchnio­nych wy­czy­nów Ka­ro­li w sfe­rze pie­lę­gna­cji pa­znok­ci, jest moja fi­zycz­ność. Co praw­da ona w za­kre­sie pa­znok­cio­wym nie ma nic do rze­czy — tam, gdzie mnie nie ma, pa­znok­cie, ich stan i wy­gląd, mają do rze­czy naj­mniej, ale jed­nak… Głu­pio ja­koś. Otóż po tej dru­giej, mniej­szej czę­ści, tej przy­krzej­szej, bo ode mnie mało za­leż­nej, nie pro­te­stu­ję, bo nie mogę. Nie mam jak. Cho­ciaż­by wy­obra­ża­jąc so­bie stan po­ten­cjal­nej nor­mal­no­ści, mu­szę wi­dzieć to, co Ka­ro­la: poza dłoń­mi do pie­lę­gna­cji nie mam nic. Moje ręce to dło­nie, to nie jest żad­na me­ta­fo­ra.

Mam dło­nie pia­ni­sty, tak mówi Ka­ro­la. Chy­ba wie, co mówi. Ale ta­kich pia­nin nie ma.

Spo­śród mo­ich naj­bliż­szych ręce mają przede wszyst­kim Staś i Be­tin­ka. Mają je w róż­nym stop­niu, choć od stro­ny funk­cjo­nal­nej po­rów­ny­wal­nie. Be­tin­ka ma praw­dzi­we ręce. Nie to, co Staś i ja. Staś i tak ma le­piej: mimo de­ge­ne­ra­cji sam po­tra­fi utrzy­mać łyż­kę, a jej trzy­ma­nie ma w jego przy­pad­ku sens. Bo ja też dam radę, tyl­ko po co? Z in­nych czyn­no­ści istot­nych Staś może sam po­dra­pać się w nos. Nie ma­cie po­ję­cia, jak dra­ma­tycz­nie waż­na bywa ta umie­jęt­ność. O in­nych ta­len­tach Sta­sia jesz­cze bę­dzie, bo po­mi­nąć ich, opi­su­jąc na­sze ży­cie w Got­te­swind, się nie da, na­to­miast Be­tin­ka… Ręce Be­tin­ki są kształt­ne i gład­kie, z do­łecz­ka­mi na łok­ciach i z za­ry­sem smu­kłych dziew­czę­cych bi­cep­sów, bo Be­tin­ka jest sil­na, a siła ta­kich jak my ku­mu­lu­je się w rę­kach. Ręce za­koń­czo­ne są drob­ny­mi dłoń­mi, pra­wie bez od­ci­sków. Be­tin­ce Ka­ro­la też cza­sem robi ma­ni­cu­re, ale jej to tak bar­dziej nor­mal­nie, jak klient­ce w sa­lo­nie, piesz­cząc jej dło­nie i pie­lę­gnu­jąc w pro­fe­sjo­nal­ny spo­sób.

Be­tin­ka za to w ogó­le nie ma nóg. To ja­kaś hi­sto­ria z nie­uda­ny­mi sia­no­ko­sa­mi czy żni­wa­mi i dziec­kiem za­po­mnia­nym wśród traw, a może zbo­ża. Nie wiem do­kład­nie, Be­tin­ka ni­g­dy się tym nam nie chwa­li, a do­py­ty­wać się aku­rat jej ja­koś nam nie wy­pa­da. Bo tak w ogó­le to my tu­taj dużo mó­wi­my o so­bie, zwłasz­cza o so­bie na­wza­jem. Bywa, że wprost, że na­wet bru­tal­nie. Że wul­gar­nie wy­śmie­wa­my swo­je nie­do­łę­stwa. W efek­cie wie­my o so­bie nie­mal wszyst­ko. Lecz w jej przy­pad­ku, gdy ma się świa­do­mość, że wy­mu­sza­nie wspo­mnień ra­ni­ło­by ko­goś ta­kie­go jak ona… Przy­ję­li­śmy mil­czą­co, że w przy­pad­ku Be­tin­ki nie py­ta­my, bo nie ma o co.

To, co wiem o Be­tin­ce, wiem od Ka­ro­li. Ka­ro­la jest osób­ką cie­kaw­ską, a że czę­sto prze­by­wa ze mną — opo­wia­da, cze­go do­wie­dzia­ła się od po­zo­sta­łe­go per­so­ne­lu, po­dej­rza­ła w za­po­mnia­nych gdzieś pa­pie­rach lub pod­słu­cha­ła w spo­sób bar­dziej lub mniej chcą­cy.

Mogę to so­bie wy­obra­zić. Gdy miesz­ka­li­śmy na wsi, w cza­sie żniw, wy­ko­pek lub in­nych prac po­lo­wych więk­szość cza­su spę­dza­łem, le­żąc na wznak w tra­wie. Chcąc nie chcąc, po­lu­bi­łem ten stan. Wpa­try­wa­łem się, jak moż­na się ła­two do­my­ślić, pro­sto w nie­bo, a ono po­chy­la­ło się z lewa w pra­wo i z dołu w górę, ma­je­sta­tycz­nie jak ru­cho­my klosz. Czu­łem się skry­ty pod tym klo­szem, ni­czym ser lub ka­wa­łek plac­ka. I rów­nie bez­bron­ny, jak ten ser. Nade mną prze­le­wa­ły się chmu­ry, raz bli­żej, raz da­lej, a im da­lej, tym pla­stycz­niej­sze, tym ostrzej­sze w ry­sun­ku, pa­ra­dok­sal­nie prze­ry­so­wa­ne kłacz­ki cia­sta. To prze­ry­so­wa­nie ma­la­ło, gdymącz­nełaty na nie­bie­skiej stol­ni­cy ja­kimś ma­gicz­nym spo­so­bem zbli­ża­ły mi się nad gło­wę. Świat wte­dy kar­lał, przy­du­szo­ny ich mą­czy­stą bie­lą, po­plą­ta­ną w fan­ta­stycz­nych kształ­tach, ni­czym pu­cha­ta mierz­wa. Lu­bi­łem ob­ło­ki. Lu­bi­łem to ich rze­czy­wi­ste czy wy­ima­gi­no­wa­ne zbli­ża­nie i od­da­la­nie. Lu­bi­łem też wy­pa­try­wa­nie w ich pu­cha­tych brzu­chach czar­nych, ru­cho­mych ja­skół­czych strza­łek. No i mo­ich uko­cha­nych je­rzy­ków, cho­ciaż wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łem, że będą uko­cha­ne.

W tym le­że­niu sta­wa­łem się jed­nym z głę­bią nade mną. My­ślę so­bie, że to była sa­mo­obro­na przed bez­rad­no­ścią, sa­mot­no­ścią i opusz­cze­niem na dłu­gie go­dzi­ny. Tę pust­kę bez lu­dzi i ży­cia wy­peł­nia­ła wy­obraź­nia. Kre­owa­ły się we mnie prze­strze­nie.

Tak samo pew­nie le­ża­ła so­bie i to­nę­ła w za­chwy­cie Be­tin­ka. Cho­ciaż pew­nie jesz­cze nie w taki peł­ny spo­sób, mała była jesz­cze i głu­pia. A może nie le­ża­ła? Może bro­dzi­ła w psze­ni­cy, z kło­sa­mi nad głów­ką, nie­świa­do­ma zbli­ża­ją­ce­go się kre­su tego bro­dze­nia? Pa­trzy­ła na śmi­ga­ją­ce spod jej sto­pek jasz­czur­ki, któ­rych śmi­ga­nia w tym kon­tek­ście mia­ła już nie do­świad­czyć?

Wła­ści­wie nie wiem: prze­je­cha­ła ma­szy­na i ucię­ła? Nie­trzeź­wy z upa­łu i sa­mo­go­nu ku­zyn kosą za­je­chał? Jak by nie było, Be­tin­ce z tego skoń­czy­ła się zie­mia, a mia­ło za­cząć po­wie­trze.

— Było, jak było — spu­en­to­wa­ła re­la­cję Ka­ro­la. — Zo­sta­ły ręce, cud bo­ski.

Cud. Uzna­nie ist­nie­nia rąk kre­śli­ło u nas ce­zu­rę ist­nie­nia w ogó­le.

Ta­kich rąk jak Be­tin­ka nie mia­ło tu wie­lu, zwłasz­cza obu. Więk­szość z nas jest or­ga­nicz­ny­mi ka­le­ka­mi, uro­dzo­ny­mi fe­ler­nie, w na­tu­ral­nym sta­nie bez­koń­czyn­nym. Stąd na­sze ki­ku­to­wa­te wy­pust­ki kon­ku­ru­ją tyl­ko o więk­sze lub mniej­sze uzna­nie, o za­kwa­li­fi­ko­wa­nie jak naj­wy­żej w hie­rar­chii rę­ko­wa­to­ści, bo to uła­twia ży­cie, ale też pla­su­je ko­rzyst­niej w ran­kin­gu przy­dat­no­ści. Be­tin­ka w tej ka­te­go­rii na­le­ży do na­szej eli­ty. Nor­mal­ne ręce dają fory, o któ­rych po­dob­ni do mnie mogą tyl­ko po­ma­rzyć. Ale Be­tin­ka nie wy­wyż­sza się na po­do­bień­stwo nie­któ­rych z pierw­szej gru­py la­ta­ją­cej, gdzie ta­kich jak ona jest naj­wię­cej. Be­tin­ka przy­jaź­ni się z nami, ze mną i ze Sta­siem.

Ja mam naj­go­rzej. Stan mo­ich rąk już zna­cie, im­po­nu­ją­cy nie jest. Moim atu­tem jest, że te moje wy­pie­lę­gno­wa­ne przez Ka­ro­lę dło­nie są za­ska­ku­ją­co spraw­ne. Dużo po­tra­fię, jak na ki­kut­ka. Za­nim to stwier­dzo­no, od­dzia­ło­wy oglą­dał mnie dłu­go i scep­tycz­nie. Te­sty ro­bił, krę­cił gło­wą, po­tem dłu­go de­li­be­ro­wał na stro­nie z głów­nym me­cha­ni­kiem. Ten na­stęp­nie oglą­dał mnie i mie­rzył rów­nie dłu­go i sta­ran­nie. Po­tem ski­nął od­dzia­ło­we­mu gło­wą. To ski­nie­nie oka­za­ło się ge­stem Boga. Za­dzi­wia­ją­ce, jak nie­zna­czą­ce ge­sty po­tra­fią uro­snąć, gdy od ich kie­run­ku za­le­ży czy­jeś ży­cie. W tym ski­nie­niu była bo­wiem de­cy­zja.

Bio­rąc wszyst­ko pod uwa­gę, uzna­no, że mam ręce. Ktoś, kto nie ma rąk, nie tra­fia do Got­te­swind.

Karola

Ka­ro­la jest ni­ska i pulch­na. I skła­da się w du­żej czę­ści z bia­łe­go, kroch­ma­lo­ne­go far­tu­cha, czep­ka i sa­bo­tów. Resz­ta to ko­bie­ta.

Ka­ro­la nosi mnie na rę­kach. Do­słow­nie, żad­na tam prze­no­śnia. Moje nóż­ki na­da­ją się głów­nie do smy­ra­nia po po­de­szwach i ucie­chy, gdy za­no­szę się hi­ste­rycz­nym śmie­chem, usi­łu­jąc cof­nąć je, scho­wać, usu­nąć spod roz­ba­wio­nych pal­ców. To wła­ści­wie nie nóż­ki, to same stop­ki. Umo­co­wa­ne na dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych ki­ku­ci­kach po obu stro­nach mied­ni­cy, pod­ku­lo­nych, zgię­tych w duże L w atra­pach ko­la­nek. Stop­ki — je­rzy­ko­we pa­zur­ki.

Do no­sze­nia mnie Ka­ro­la po­trze­bu­je nie­ba­ga­tel­nej siły. Moja resz­ta to ka­wał doj­rza­łe­go chło­pa. Doj­rza­ły chłop ma swo­je po­trze­by. Nie­doj­rza­ły zresz­tą też, ale tyle nie waży. Ka­ro­la nosi mnie w kil­ku ce­lach. Jed­nym z nich są po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­ne. Śpię i więk­szość mo­jej jawy spę­dzam na wy­so­kim że­la­znym łóż­ku ze sprę­ży­na­mi. I ktoś musi mnie z tego łóż­ka zdjąć, gdy chce mi się siku albo coś grub­sze­go. W dzień, a przede wszyst­kim wie­czo­rem, tuż przed spa­niem. Za­nie­dba­nie tego obo­wiąz­ku, czy to prze­ze mnie, czy przez dy­żur­ną opie­kun­kę sali, skut­ku­je w więk­szo­ści przy­pad­ków mo­krym prze­ście­ra­dłem, ma­te­ra­cem, koł­drą, wszyst­kim… Z grub­szym prze­waż­nie wy­trzy­mu­ję do rana, cho­ciaż so­bie po­tem mogę sen do sa­me­go rana da­ro­wać, bo brzuch boli. Sy­tu­acji, gdy wy­trzy­mać się nie dało i resz­tę nocy spę­dza­ło się we wła­snych, cie­płych i rzad­kich eks­kre­men­tach, było mało, tyle co kot na­pła­kał. Prze­waż­nie się zdą­ża­ło, bo Ka­ro­la i jej zmien­nicz­ki spi­sy­wa­ły się tu wzo­ro­wo, nie­za­leż­nie od wy­gła­sza­nych przy tym ko­men­ta­rzy.

Skąd w Ka­ro­li tyle siły? Nie wiem.

Zda­rza się też, ale rzad­ko, zbyt rzad­ko jak dla mnie, ot, kil­ka razy do­tąd za­le­d­wie, że Ka­ro­la nosi mnie w ce­lach mi­ło­snych. To nie jest za czę­sto, ale w tak istot­nym stop­niu wpły­wa na moje ocze­ki­wa­nia zwią­za­ne z no­sze­niem, że za każ­dym ra­zem, gdy mnie Ka­ro­la pod­no­si, ocze­ku­ję, że może tym ra­zem… Nie­za­leż­nie, czy wiem o celu pod­no­sze­nia — sa­ni­tar­nym, ży­wie­nio­wym, spa­ce­ro­wym, in­nym — czy nie. To jest sil­niej­sze ode mnie. Zresz­tą, przy­pusz­czam, by­ło­by sil­niej­sze od każ­de­go z was, fa­ce­tów, któ­rzy to będą czy­tać.

Ka­ro­la jest de­li­kat­na w tych spra­wach. Bar­dziej de­li­kat­na, niż na­le­ża­ło­by ocze­ki­wać po pro­stej, nie­wy­ży­tej ko­bie­cie przed czter­dziest­ką, któ­rej ma­rze­nia mi­ło­sne speł­nia­ły się do­tych­czas pod po­sta­cią chwac­kich kie­row­ców, sa­ni­ta­riu­szy czy gru­bych sprzą­ta­czy, ko­rzy­sta­ją­cych z oka­zji, by zdra­dzić w koń­cu swo­je rów­nie tłu­ste, pa­rów­ko­żer­ne żony, w po­czu­ciu na­resz­cie, po la­tach mo­no­ton­nej cno­ty, do­stą­pio­ne­go grze­chu. Ni­g­dy na przy­kład nie zda­rzy­ło się, by zro­bi­ła ze mnie obiekt żar­tu, by wy­ko­rzy­sta­ła moje roz­pa­le­nie pu­blicz­nie, cho­ciaż mo­gła. Bro­nić się nie mia­łem jak. Prze­ciw­nie: na­sze zbli­że­nia, na­sze dzi­wacz­ne mi­ste­ria ero­tycz­ne od­by­wa­ły się za­wsze w at­mos­fe­rze naj­więk­szej in­tym­no­ści, na jaką w da­nej chwi­li moż­na było so­bie po­zwo­lić. Było in­tym­nie, było czu­le i wznio­śle, bez po­czu­cia nie­zwy­kło­ści z po­wo­du choć­by gim­na­stycz­nych sztu­czek, któ­re na­le­ża­ło nie­kie­dy wy­czy­niać dla osią­gnię­cia zwy­czaj­ne­go dla peł­no­spraw­nych celu.

Ro­bi­li­śmy to w róż­nych miej­scach, naj­czę­ściej w ta­kim skła­dzi­ku na brud­ną po­ściel (pierw­sze drzwi za to­a­le­tą, we wnę­ce). Ni­g­dy jej nie py­ta­łem, ale mam wra­że­nie, że miej­sce to Ka­ro­la wy­my­śli­ła świa­do­mie. Pa­nu­je tam dość nie­przy­jem­ny, sta­le utrzy­mu­ją­cy się fe­to­rek ciał dłu­go­trwa­le ob­cu­ją­cych z płót­nem, ze wszel­ki­mi tego kon­se­kwen­cja­mi, ale ten smro­dek w du­żym stop­niu jest re­kom­pen­so­wa­ny przez fakt, że trud­niej­sze do udo­wod­nie­nia jest świa­dec­two na­szej byt­no­ści i na­sze­go grze­chu. Zwy­czaj­nie: po­gnie­cio­ne i po­pla­mio­ne po­szwy nie są za­uwa­żal­nie bar­dziej w ten spo­sób złach­ma­nio­ne, gdy opusz­cza­my ów przy­by­tek. Nic nie wi­dać.

Ka­ro­la jest de­li­kat­na, wspo­mi­na­łem już. Jest de­li­kat­na w każ­dej czyn­no­ści, jaką mi świad­czy, rów­nież w tym. Ka­ro­la kła­dzie mnie na mięk­kich, dusz­nych prze­ście­ra­dłach, roz­bie­ra i pie­ści. Pięk­nie pie­ści. Na lo­gi­kę, ze wzglę­du na mą re­al­ną funk­cję w tym se­an­sie: du­że­go, in­te­li­gent­ne­go wi­bra­to­ra z au­to­no­micz­nym na­pę­dem, wca­le tej uczu­cio­wo­ści ocze­ki­wać nie mia­łem pra­wa. A jed­nak… Ka­ro­la pie­ści całe moje cia­ło, nie ogra­ni­cza się do sfer ero­gen­nych w celu uspraw­nie­nia i przy­spie­sze­nia je­dy­nych ocze­ki­wa­nych, zda­wa­ło­by się, pro­ce­sów. Ca­łu­je mnie przy tym w mil­cze­niu, a ja od­da­ję jej po­ca­łun­ki, na ile mnie stać. Jej dło­nie są gład­kie, su­che i cie­płe; i czu­ję, jak iskrzą w tym prze­su­wie po skó­rze, jak elek­tro­sta­tycz­ne kol­ki mię­dzy jej i moją ze­tknię­tą po­wierzch­nią wzma­ga­ją bodź­ce ta­kim chro­pa­wym, kłu­ją­cym do­ty­kiem, ni­czym elek­trycz­na szczot­ka.

Naj­bar­dziej bo­le­ję, że nie mogę jej od­dać tej piesz­czo­ty. Wi­dząc jej oczy, pa­trząc w jej chwi­lo­we po­wiek otwie­ra­nie wśród fal pod­nie­ce­nia, czu­jąc jej ocie­ra­nie się o moje dło­nie, ocie­ra­nie się brzu­chem, pier­sia­mi, twa­rzą roz­pa­lo­ną i go­rą­cą, wi­dzę, że brak jej wza­jem­no­ści. „No cóż, wie­dzia­ła prze­cież” — mó­wię so­bie, mimo to czu­ję wy­rzu­ty su­mie­nia i wstyd za moją nie­spraw­ność, choć prze­cież nie­za­wi­nio­ną i w tych se­an­sach na­szych unie­sień za­ak­cep­to­wa­ną.

Po­tem Ka­ro­la kła­dzie mnie na so­bie i spraw­nie wpro­wa­dza moją twar­dą mę­skość w za­kąt­ki wil­got­ne i cie­płe, obej­mu­je mnie moc­no i ru­cha­mi roz­ło­ży­stych bio­der wspo­ma­ga to, co jako spraw­ny męż­czy­zna po­wi­nie­nem jej dać. I tak ko­cha­my się wśród jej co­raz gło­śniej­szych po­sa­py­wań, aż czu­ję, jak sprę­ża się w so­bie, jak wy­bu­cha spa­zmem i za­ty­ka­jąc usta, krzy­czy w dłoń, a wte­dy we mnie też wzbie­ra wy­buch, a Ka­ro­la jed­nym ru­chem wy­ry­wa mnie z sie­bie i tak to się koń­czy, w po­wie­trzu nad nią, w jej wy­cią­gnię­tych w górę rę­kach, w sil­nych ni­czym sta­lo­we klesz­cze dło­niach, któ­rych bo­le­sny ucisk na że­brach pod pa­cha­mi już chy­ba za­wsze ko­ja­rzyć mi się bę­dzie z ero­tycz­nym speł­nie­niem.

Póź­niej le­ży­my so­bie i roz­ma­wia­my. To wte­dy Ka­ro­la od­rzu­ca służ­bo­wą, szorst­ką, prza­śną iro­nię. To wte­dy cza­sem mówi mi o so­bie.

Za­ło­żę się, że więk­szość z was, czy­ta­jąc moje wspo­min­ki o Ka­ro­li, wy­obra­ża ją so­bie jako wiej­ską dzie­wu­chę, chro­pa­wą gó­ral­kę, skrzy­żo­wa­nie Rey­mon­tow­skiej Ja­gny z ru­mia­ną Hel­gą z gór Ha­rzu. Nic bar­dziej błęd­ne­go. Ka­ro­la jest z mia­sta. Po­dob­no na­wet z sa­mej sto­li­cy, cóż z tego, że z od­le­głe­go przed­mie­ścia, któ­re jesz­cze parę lat temu, jako sa­mo­dziel­ne mia­stecz­ko, le­d­wie do­ty­ka­ło gra­nic me­tro­po­lii. W wy­ni­ku żar­łocz­ne­go roz­ra­sta­nia się mo­lo­cha zo­sta­ło w nie­go we­ssa­ne, a dziś nie jest na­wet dziel­ni­cą pe­ry­fe­ryj­ną, tak się to wszyst­ko szyb­ko to­czy. Dzie­ciń­stwo Ka­ro­li nie jest god­ne szcze­gól­nej uwa­gi, tak przy­naj­mniej twier­dzi ona sama. Była bu­rym, usmar­ka­nym, tro­chę bied­nym, tro­chę za­nie­dba­nym dziec­kiem, mało uro­dzi­wym, bez szcze­gól­nych uzdol­nień i pre­de­sty­na­cji, któ­re po­ten­cjal­nie mo­gły­by ją wy­rzu­cić z za­cza­ro­wa­ne­go kół­ka, w ja­kim za­wsze krę­cą się tacy jak ona. Skut­kiem tej prze­cięt­no­ści za­koń­czy­ła na­uko­wą ka­rie­rę na sze­ściu kla­sach po­wszech­nia­ka, by po kil­ku­let­nich pró­bach zdo­by­cia ja­kie­goś za­wo­du wy­lą­do­wać naj­pierw w ho­spi­cjum, a po­tem u nas, jako po­moc i opie­kun­ka pen­sjo­na­riu­szy, od naj­bar­dziej pry­mi­tyw­nych i pod­sta­wo­wych po­ru­czeń. U nas za to Ka­ro­la na­resz­cie po­czu­ła się na me­cie. To było to, do cze­go zo­sta­ła stwo­rzo­na, a ra­czej do cze­go stwo­rzo­ne zo­sta­ło jej ser­ce: wiel­kie i po­jem­ne, bez wąt­pli­wo­ści, roz­te­rek i mia­zma­tów, ogra­ni­cza­ją­cych tę po­jem­ność u bar­dziej in­te­lek­tu­al­nie wy­su­bli­mo­wa­nych sa­lo­wych. Ka­ro­la nas ko­cha­ła.

Trud­no do­ciec źró­deł tej mi­ło­ści, nie ma ich na pew­no tam, skąd po­trze­bę po­mo­cy czer­pią umun­du­ro­wa­ne wo­lon­ta­riusz­ki z Po­moc­ni­czej Służ­by Ko­biet, któ­re cza­sem po­ja­wia­ją się w Got­te­swind, aby oka­zy­wać nam ob­ja­wy swo­je­go pa­trio­tycz­ne­go, pro­pa­gan­do­we­go po­świę­ce­nia. To było uczu­cie pro­ste, z ga­tun­ku pier­wot­nych, in­stynk­tow­nych, zro­dzo­nych z im­pul­su, któ­re­go pew­nie do koń­ca Ka­ro­la so­bie na­wet nie uświa­da­mia­ła. Nie była to z pew­no­ścią owa wy­od­ręb­nio­na z rze­czy­wi­sto­ści i pod­szy­ta sta­ran­nie skry­wa­nym obrzy­dze­niem eks­cy­ta­cja, jaka wprost wy­zie­ra z ca­łej oso­by wo­lon­ta­riusz­ki — pan­ny z do­bre­go domu, spę­dza­ją­cej z nami czas moż­li­wie krót­ki, skra­ca­ny do gra­nic, po­tra­fię so­bie na­wet wy­obra­zić, że gdy­by się dało, zre­du­ko­wa­ny do naj­mniej­sze­go mie­rzal­ne­go in­ter­wa­łu, po­zwa­la­ją­ce­go się za­uwa­żyć jako wy­raz jej po­świę­ce­nia. To nie u Ka­ro­li. Ka­ro­la była dla nas całą sobą, ca­łym swym pro­stym i wiel­kim ser­cem. Choć­by nie wiem jak to ba­nal­nie za­brzmia­ło, mu­szę to opi­sać w taki ko­tur­no­wy spo­sób, po­nie­waż w pro­sto­li­nij­no­ści Ka­ro­li było tyle ko­tur­nu, że o tan­de­tę nie­moż­li­wą by trą­ca­ło, gdy­by nie było praw­dzi­we.

In­tym­ność Ka­ro­li w sto­sun­ku do mnie po­wo­do­wa­ła, że wie­dzia­łem wię­cej, niż po­wi­nie­nem. Wię­cej niż wie­dzieć po­wi­nien kto­kol­wiek, nie tyl­ko taki ogry­zek jak ja. Z tych in­tym­no­ści znam Ka­ro­lę le­piej niż inni, my­ślę, że na­wet le­piej niż ona sama, a z pew­no­ścią le­piej, niż ży­czy­ła­by so­bie w sto­sun­ku do ob­ce­go w su­mie czło­wiecz­ka, ja­kim by­łem.

Z tych na­szych in­tym­no­ści wiem, że Ka­ro­la ma­rzy o mi­ło­ści.

— Wiesz, Han­sie, co to mi­łość?

Psia­krew… Chy­ba nie wiem. Ni­g­dy nie od­wa­ży­łem się na na­zwa­nie cze­go­kol­wiek, co gdzieś tam błą­ka­ło się po mo­jej du­szy, tym jed­no­znacz­nie war­to­ściu­ją­cym, tak zde­cy­do­wa­nie emo­cjo­nal­nie ka­te­go­rycz­nym mia­nem. Co to zna­czy „ko­chać”? To zna­czy, żeby nie było nie­po­ro­zu­mień, oczy­wi­ście nie­raz sły­sza­łem o mi­ło­ści. A jesz­cze czę­ściej czy­ta­łem. Czy­ta­nie jest naj­gor­sze. Czy­ta­nie otwie­ra wy­obraź­nię, a wraz z nią tę­sk­no­tę. I ona, ta tę­sk­no­ta, jest za nie­osią­gal­nym. Po­my­śl­cie so­bie: tę­sk­nić za czymś, o czym wie­my na pew­no, że nas nie spo­tka, że z de­fi­ni­cji nie jest dla nas… Nie cho­dzi na­wet o to ka­lec­two, w koń­cu samo ży­cie, zda­rza się, tra­fi­ło aku­rat na mnie i nie ma co tego roz­trzą­sać zbyt dro­bia­zgo­wo. Cho­dzi o śro­do­wi­sko. Moim na­tu­ral­nym śro­do­wi­skiem jestGot­te­swind. Jest nim moja sala, w niej moje łóż­ko i łóż­ko Sta­sia, jest co­dzien­na Be­tin­ka i co­dzien­na Ka­ro­la, i co­dzien­ni inni pen­sjo­na­riu­sze oraz per­so­nel. Jest ry­gor i re­gu­la­min wresz­cie, a tak­że wy­ni­ka­ją­cy z nich ofi­cja­lizm i urzę­do­wość na­sze­go wspól­ne­go ży­cia. My tu nie je­ste­śmy dla przy­jem­no­ści. A już mi­łość?

Czy­ta­łem kie­dyś książ­kę o wię­zie­niu. W ta­kim wię­zie­niu sie­dzą nie­kie­dy lu­dzie ska­za­ni na do­ży­wo­cie bez pra­wa przed­ter­mi­no­we­go wyj­ścia. Czu­je­cie to? Oni, ci więź­nio­wie, mają moż­li­wość mi­ło­ści po­rów­ny­wal­ną z na­szą. A gdy­bym żył poza tymi mu­ra­mi? Miał­bym na mi­łość szan­sę? Teo­re­tycz­nie pew­nie tak. Uczu­cie ro­dzi się nie­kie­dy w dziw­nych sy­tu­acjach, a jego pod­mio­ta­mi by­wa­ją dziw­ni lu­dzie. Cza­sem na­wet bę­dą­cy ludź­mi w tak nie­wiel­kim stop­niu, jak ja.

Ale to eks­tre­ma. W sta­nach śred­nich, w środ­ku re­pre­zen­ta­tyw­nej dla nas pró­by, na zwy­czaj­ną, taką pro­stą, wio­sen­ną, eu­fo­rycz­ną mi­łość nie ma w Got­te­swind miej­sca. Nie ma na nią na­dziei, nie ma szan­sy. Bo kto niby i kogo miał­by ko­chać? Ja Be­tin­kę? Albo Sani? Albo któ­rąś z po­zo­sta­łych dziew­czyn, któ­re wi­du­ję dwa razy w ty­go­dniu na ja­kichś wspól­nych za­ję­ciach czy ćwi­cze­niach? One mnie?Ja­kimcu­dem? I co niby mia­ło­by z tego wy­ni­kać? Jaki był­by cel, jaki boży za­mysł uwi­kła­nia nas w taką bez­na­dziej­ność, w ta­kie po­kła­dy, w ta­kie hek­ta­ry stu­pro­cen­to­wo pew­nej roz­pa­czy? Cier­pie­nie uszla­chet­nia, tak, tak. My je­ste­śmy we­dle tego slo­ga­nu szla­chet­ni do wy­rzy­ga­nia, bez do­dat­ko­wych mi­ło­snych umar­twień.

Stąd wi­dać, że nie ma we mnie per­spek­ty­wy mi­ło­ści. Co nie zna­czy, że nie je­stem do niej zdol­ny. Je­stem. Na tym po­le­ga to ża­ło­sne nie­szczę­ście. Kur­czę, pe­łen je­stem miej­sca na mi­łość, wszę­dzie ono we mnie jest. Wiem, jak bym ko­chał. Wiem, co w mej du­szy mam do ofia­ro­wa­nia tej je­dy­nej, któ­ra to miej­sce we mnie wy­peł­ni. Wiem to, a jak­że. I co z tego? Co z tego, że po­tra­fię so­bie wy­obra­zić te wznio­sło­ści, to cie­pło i czu­łość, i to uto­nię­cie w so­bie na­wza­jem bez wzglę­du na kon­se­kwen­cje, bez mia­ry i ha­mul­ców? Mam to w so­bie — i wiem do­sko­na­le, że ni­g­dy nic z tego nie wy­nik­nie. A w cha­rak­te­rze pro­te­zy mam Ka­ro­lę.

I tak zgrab­nie wró­ci­li­śmy do Ka­ro­li. Bo to prze­cież o niej jest to wspo­mnie­nie, nie o mnie ani nie o mo­ich dy­le­ma­tach z nad­mia­rem miej­sca w ser­cu czy gdzie tam. Ka­ro­la jest dla mnie sub­sty­tu­tem mi­ło­ści. Fi­zycz­nym sub­sty­tu­tem, bo za­ko­chać się w niej, tak na­praw­dę, tak bez resz­ty, chy­ba­bym nie po­tra­fił. Zbyt do­brze wiem, ile w tych na­szych kon­tak­tach jest li­to­ści, ile jej, dzi­wacz­nej może w for­mie, em­pa­tii. Co ja niby miał­bym ko­chać? Na­wet okre­ślić mi trud­no (a może tyl­ko wstyd) to, czym obiek­tyw­nie jest dla mnie Ka­ro­la, a zwłasz­cza czym jest dla mnie we wła­snych jej in­ten­cjach.

Nie my­ślę o tym zbyt czę­sto. O Ka­ro­li w kon­tek­ście mi­ło­ści my­ślę ra­czej in­stru­men­tal­nie. Tak, wiem, pew­nie je­stem okrut­ny i wred­ny, ale tak jest i nic na to po­ra­dzić nie mogę. Zresz­tą ona sama po­sta­wi­ła się w tej roli, uzna­jąc, że w dzie­dzi­nie zbli­żeń też coś mi po­da­ro­wać musi, bo jej po­jem­ne ser­ce wi­dać taki mia­ło im­pe­ra­tyw ro­bie­nia mi do­brze na wszyst­kich fron­tach.

No, ale o sa­mej Ka­ro­li, o Ka­ro­li poza tym ob­sza­rem mi­ło­sier­nej ero­ty­ki, też wy­pa­da­ło­by coś po­wie­dzieć. Wiem spo­ro, bo jak ra­so­wi ko­chan­ko­wie po chwi­lach nie­mych unie­sień ga­da­my ze sobą, a tyl­ko co prze­ży­te emo­cjo­nal­ne szczy­ty pro­wo­ku­ją do zwie­rzeń. Ja się nie zwie­rzam, bo co ja mam do zwie­rza­nia? Że mi cza­sem sta­nie, gdy Be­tin­ka nie­chcą­cy do­tknie mnie tu i ów­dzie? Śmiesz­ne. Je­stem więc za spo­wied­ni­ka, ro­bię za sa­mo­ob­słu­go­wy kon­fe­sjo­nał roz­cza­ro­wa­nej uczu­cio­wo sta­rej pan­ny.