Wszystkie nasze tajemnice - Jess Ryder - ebook

17 osób właśnie czyta

Opis

Masz wszystko to, czego ona pragnie…

Natasha niedawno wyszła za mąż. Ma wspaniały dom, kochającego męża i śliczną córeczkę Emily. Żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie Jen, była żona jej męża, która nie chce zostawić ich w spokoju…

Pewnego dnia po powrocie do domu Natasha odkrywa, że jej mąż i córka zniknęli bez śladu. Zrozpaczona zrobi wszystko, aby odzyskać Emily. Jest gotowa nawet przystać na propozycję pomocy ze strony Jen. Czy jednak może jej zaufać? I czy obie tak naprawdę znają mężczyznę, za którego wyszły?

Nigdy nie ufaj mężczyźnie, który zdradził żonę.

Anna stara się nie rzucać w oczy. Zwyczajne mieszkanie, zwyczajna praca, zwyczajne życie. I ogromne wyrzuty sumienia – nigdy nie wybaczy sobie tego, co zrobiła. Kiedyś miała wszystko, teraz ciągle ucieka. Gdy odkrywa, że jest obserwowana, wie, że to koniec. On nie spocznie, póki nie zemści się za… Emily.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mojemu mężowi

Prolog

Przy moim łóżku siedzi kobieta anioł. Jej blond włosy układają się w świetlną aureolę. Tuż nad prawym uchem słyszę przenikliwe, piskliwe dźwięki niebiańskiej muzyki. Powietrze jest ciepłe i przesiąknięte osobliwymi zapachami. Unoszę się na miękkim, białym obłoku bólu.

Wygląda pięknie, ten mój anioł. Jego oczy szklą się z radości. Nie wiem, kim jest, ale ma znajome rysy. Kojarzy mi się z innym miejscem, z odległym czasem – w przeszłości, może nawet w przyszłości.

Czy to Emily?

Emily.

Wypowiadam jej imię, ale słowo pozostaje w mojej głowie. Mam spękane usta i coś blokuje mi przełyk. W snach objawił mi się wąż, który wpełzł do gardła i zaczął się przeciskać ku żołądkowi. To nie wąż, tylko rurka.

Anioł trzyma na kolanach czyjąś dłoń. Moją? Wygląda na wiotką, martwą i jest mi zupełnie obca. Anioł ściska ją delikatnie, a potem spogląda na mnie, czeka, aż poruszę palcami w odpowiedzi. Gdyby to było takie łatwe, moja kochana. Gdyby tylko dało się opowiedzieć ci całą historię uściskami dłoni.

– Znów jesteś z nami – mówi Emily.

Ale nie, niemożliwe, żeby to była ona. Chyba że mój sen trwał tak długo, że zdążyła wyrosnąć na kobietę.

Ostre światło sprawia, że mam przed oczami jedną wielką jaskrawą plamę. Mrugam kilka razy, anielica nachyla się i jej twarz rozpływa się we łzach, widzę jedynie dwa rozmyte kręgi i wykrzywioną w uśmiechu różową kreskę. Ona czuje, że jest częścią mnie. Jakbyśmy byli jednym ciałem.

Wyjmij rurkę, proszę, błagam, wyjmij ją – mówię bezgłośnie.

Wolną ręką gładzi mnie po czole, odgarnia zabłąkane kosmyki. Jak długo tu siedziała, trwoniła własne cenne życie, czekała z nadzieją, aż pewnego dnia się obudzę? I czy to naprawdę pobudka, czy tylko kolejny sen?

Kobieta anioł pochyla się nade mną. Czuję na szyi jej słodki oddech, gdy szepcze mi do ucha:

– To wszystko ich wina.

Część pierwsza

1

Teraz

Anna

Czas na mnie – nie to, żebym się jakoś stęskniła do miejsca, które niechętnie nazywam domem, ale naprawdę pora wracać.

Nie przejdę przez Polankę, muszę więc cofnąć się za most i pójść ulicą. Okazuje się jednak, że z powodu festiwalu ona również jest zamknięta. Porządkowy w kamizelce odblaskowej każe mi iść „od tyłu”. Czyli którędy?

W przeciwieństwie do większości tutejszych mieszkańców nie urodziłam się w tym mieście. Przyjechałam tu przed kilkoma miesiącami i jak na razie ograniczam obszar, po którym się poruszam, do drogi do pracy i z powrotem oraz do wypadów autobusem do wielkiego supermarketu niedaleko klubu rugby. Margaret z działu finansów obiecała, że kiedy zacznie się sezon, zabierze mnie na mecz. Pech, że nie cierpię rugby, tak jak zresztą każdego sportu, ale Margaret wzięła mnie pod swoje skrzydła i trudno mi będzie jej odmówić. Powinnam zacząć poznawać nowych ludzi, najchętniej w moim wieku, ale nie jestem jeszcze gotowa.

„Od tyłu” oznacza chyba przejście przez przemysłową część miasta, plątaninę segmentów o płaskich dachach, zakratowanych oknach i wyasfaltowanych, poprzerastanych postrzępioną trawą chodnikach – większość budynków jest opatrzona banerami: „Do wynajęcia”. Wzdłuż ponurych ulic rosną metalowe ogrodzenia, a łańcuchy na bramach i furtach uginają się od ciężaru zardzewiałych kłódek. Mijam kamery monitoringu, ostrzeżenia o pilnujących posesji złych czworonogach i laminowane tabliczki informujące o całodobowej ochronie. Same bzdury. Segmenty stoją puste i nie ma co z nich ukraść.

Jak na zawołanie, zza szczytu budynku wyłania się mężczyzna z groźnym psem i zmierza w moją stronę. Kiedy się mijamy, człowiek nie zwraca na mnie uwagi, za to zwierzę wyciąga łeb na smyczy, żeby mnie obwąchać. Skręcam za róg i wpadam na grupę nastolatków siedzących z wyprostowanymi nogami na niskim murku. Dwóch, ubranych w koszulki piłkarskie, jeździ po ulicy bez trzymanki na rowerach z małymi kołami. Pedałują za mną przez kilka metrów, po czym wracają do kumpli.

Popełniłam błąd, że tędy poszłam. Wszyscy wybrali inną drogę. Miejscowi znają złą sławę dzielnicy przemysłowej i trzymają się od tego miejsca z daleka.

Przesycone wonią drożdży powietrze zaczyna drżeć od dudniącej linii basu – zdaje się, że na festiwalową scenę wszedł pierwszy wykonawca. Stawiam kroki do rytmu muzyki – raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery – pozwalam, by mnie niosła. Nie są to dźwięki, do których chętnie bym zatańczyła – zbyt mięsiste i natarczywe – ale dzięki nim czuję się mniej samotna. Dodają mi otuchy.

Jak daleko stąd do mojego mieszkania? Wyjmuję telefon i ustalam swoją lokalizację na mapie. Jestem tą niepozorną pinezką pośród szarych kwadratów i bezimiennych ulic. Jedynym punktem orientacyjnym okazuje się niebieska wstęga rzeki. Hm. Pierwsza w lewo, potem prosto…

Zapach z browarów nabiera intensywności, mimo że większość zakładów znajduje się na północ od centrum miasta, a ja zmierzam na południe. To, dokąd woń zawędruje, zależy podobno od kierunku, z którego powieje wiatr. Bywa, że czuję drożdże we włosach i w ubraniu, czasem osadzają się głęboko w nozdrzach. „Niech się pani nie przejmuje, szybko się pani przyzwyczai”, skwitował mój szef, kiedy wspomniałam o tym podczas rozmowy o pracę. Dzięki temu domyśliłam się, że zostałam przyjęta.

Miasto nie jest złe, mogłam trafić znacznie gorzej. Mają tu niewielkie centrum handlowe z najpopularniejszymi sieciówkami, kino, muzeum browarnictwa, a także ośrodek kultury w dawnej rozlewni. Któregoś dnia wpadła mi w ręce ulotka i okazało się, że ośrodek organizuje różne zajęcia (ceramika, biżuteria, rysunek, tai-chi, zumba, standardowy zestaw), w dodatku znacznie tańsze od tych, na które kiedyś chodziłam. Powinnam spróbować tego czy tamtego, bo siedząc każdego wieczoru sama w mieszkaniu, w końcu zwariuję.

Poprawka: już jestem stuknięta. Szaleństwo to moja nowa norma. Mam za zadanie ponownie „nauczyć się miłości do samej siebie”, ale wydaje mi się to niemożliwe.

Skręcam w najbliższą przecznicę i moim oczom ukazuje się czerwono-biało-niebieski parterowy budynek, nad którego zasłoniętym metalową roletą wejściem widnieje wysłużony szyld: „Morton Mechanics – naprawy na poczekaniu”. Przed warsztatem stoi czarne bmw z przyciemnianymi szybami. Silnik auta pracuje na jałowym biegu. Okno po stronie pasażera jest otwarte i widać przez nie parę gołych nóg. Białe, gładkie, wyraźnie dziewczęce. Z jednej z brudnych stóp zwisa żółty klapek. Dziewczyna leży na brzuchu i wygląda to tak, jakby trzymała głowę na kolanach kierowcy.

Z głośników auta wylewa się agresywny hip-hop, zagłusza podnoszący na duchu puls koncertu, zagarnia całą dostępną przestrzeń. Jest też druga dziewczyna, ubrana w workowate bojówki i parkę, jakby była zima, choć jest koniec czerwca – siedzi na ziemi oparta plecami o drzwi warsztatu. Popija special brew z puszki i ćmi dżointa. Obok stoi dwóch mężczyzn. Są odwróceni do ściany, pochylają nad czymś głowy. Jeden z nich, wysoki i wychudzony jak narkoman, ma na sobie luźne spodnie dresowe i wyciągniętą bluzę. Dżinsy drugiego, niższego i na pierwszy rzut oka lepiej odżywionego, wiszą mu na tyłku, a kurtka jest pobrudzona błotem i schlapana farbą; splecione w warkoczyki włosy spływają mu na kark. Dociera do mnie wymowa tej sceny. Oto miejsce, do którego należy się udać, jeśli chce się skołować towar w sympatycznym miasteczku targowym Morton on Trent.

Nie zatrzymuj się. Nie gap się. Patrz przed siebie. Idź spokojnie miarowym krokiem, nie biegnij.

Kiedy zbliżam się do warsztatu, siedząca na ziemi dziewczyna rzuca coś do mężczyzn i obaj się odwracają. Mój telefon przyciąga ich spojrzenia jak światło ćmy. Zupełnie bez sensu nadal trzymam go w ręku, starając się podążać za wskazaniami mapy. Teraz już za późno, żeby go schować. Niższy mężczyzna skrywa się w cieniu i odwraca twarzą do ściany, a wyższy wypala w moją stronę:

– E! – wykrzykuje. – Ty! A ty tu czego? – Zastępuje mi drogę. Bierze się pod wychudłe boki i kiwa ogoloną głową.

– Zgubiłaś się, co? – rechocze dziewczyna w parce, wstaje i podchodzi chwiejnym krokiem.

Zasycha mi w ustach. Nogi zaczynają mi się trząść. Chcę wyminąć mężczyznę z prawej, ale blokuje mi chodnik. Próbuję z lewej – robi to samo. Nie mogę przejść na drugą stronę, bo przeszkadza mi stojące przy krawężniku bmw. Tego, że mogłabym się odwrócić i puścić biegiem, nawet nie biorę pod uwagę – mam na nogach buty na wysokich obcasach, więc mimo że facet jest ćpunem, a nie sprinterem, dopadłby mnie w kilku susach. Jest jeszcze ta wnerwiona laska w parce i przyczajony gość, nie wspominając o leżącej plackiem właścicielce żółtego klapka i osobie, która siedzi w wozie, kimkolwiek jest. Nie mam szans.

Gość wyciąga rękę.

– No, nie rób scen.

Wiem, że powinnam po prostu wręczyć mu wszystko, co mam przy sobie: telefon, torebkę, a także portfel z kartami kredytowymi, pięćdziesięcioma funtami w gotówce i bezcennym zdjęciem, jedyną odbitką, jaką mam. Nie opieraj się, nie walcz, oddaj mu łup – słyszę w głowie własny błagalny głos. Nie, nie mogę tego zrobić.

– Weź, kurwa, odpuść – odzywa się mężczyzna w cieniu. – Widziała twoją gębę, pojebie.

Biorę gwałtowny wdech i cofam się odruchowo, jakby coś przywaliło mi w pierś.

Ten głos.

Wszędzie bym go rozpoznała.

Ale to na pewno nie on. Niemożliwe. Mózg płata mi figla. Napięcie sprawia, że wszystko do mnie powraca, przeszłość miesza się z teraźniejszością. Zbieg okoliczności, nic więcej. To w żaden sposób nie może być on.

– Przez ten festiwal, kurwa, roi się od psów – dodaje.

Powinnam być przerażona, ale mój rozsądek diabli biorą. Identyczna lekka chrypa. Identyczna intonacja. Identyczna ospałość w wypowiadaniu słów. Mrużę oczy, żeby lepiej mu się przyjrzeć, ale stoi odwrócony plecami. Nie… Ma długie, brudne włosy, to nie w jego stylu. Do tego ubranie… całe uświnione. Nie, to nie on. Nie upadłby tak nisko.

Zasysam policzki, żeby pobudzić ślinianki do pracy.

– Nie chcę kłopotów. Jeśli pozwolicie mi przejść, przyrzekam, że nie pójdę na policję.

– Weź ją puść – ponownie odzywa się znajomy głos.

Łysol niechętnie schodzi mi z drogi.

– No idź. Spierdalaj.

Wymijam go z podniesioną głową. Trzęsę się jak osika, ale utrzymuję równowagę i nie przyspieszam, chociaż korci mnie, żeby zrzucić buty i wystrzelić jak z procy.

Nie idą za mną. W miarę jak oddalam się od warsztatu, muzyka z auta cichnie, wypierana dźwiękami koncertu. Bum, bum, raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa, trzy, cztery… Pokonuję jeszcze jakieś dwieście metrów i skręcam za róg.

Prawdziwy świat znów nabiera ostrości, powraca normalność. Opuszczam strefę przemysłową, zatrzymuję się na światłach, a potem przechodzę przez ulicę. Po lewej mam znajome rondo, przystrojone jarmarczną kompozycją kwiatową w ramach akcji „Kwitnące Morton”. Dzięki Bogu, stąd już tylko jakieś czterysta metrów do domu.

Skręcam w Ashby Lane, wspinam się łagodnym zboczem na niewielkie wzniesienie, mijam krótki rząd sklepików i wreszcie skręcam w trzecią ulicę po prawej.

Mieszkam na parterze w środkowym segmencie o ciemnym i kiepsko rozplanowanym wnętrzu, mam dwa wąskie pokoje i maleńką łazienkę. Na piętrze chyba nie ma lokatorów, a przynajmniej nigdy nie widziałam, żeby ktoś wchodził albo wychodził, i nigdy nie słyszałam żadnego ruchu. Codziennie przychodzą listy zaadresowane do tuzina różnych osób; układam z nich stosik na najniższym schodku.

Kiedy wprowadzałam się tu przed prawie dwoma miesiącami, w drzwiach był zaledwie jeden prosty zamek. Zamontowałam drugi, antywłamaniowy, a także dodałam dwie zasuwy po wewnętrznej stronie skrzydła. Zamykam się na cztery spusty i zaciągam zasłony od frontu i od tyłu. Żołądek mam tak ściśnięty, że nie przełknęłabym nawet kęsa, więc zaparzam sobie miętową herbatę i zanoszę ją do łóżka.

Niewiele brakowało. Kto wie, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie zainterweniował ten niski, który skrył się w cieniu. Wyjmuję zdjęcie z portfela i całuję je, a potem wsuwam pod poduszkę. Już nie będę go zabierała do pracy, żeby chować się w kabinie toalety podczas przerwy na lunch i choć przez chwilę na nie popatrzeć. Od dziś zostanie tutaj, w domu, gdzie jest bezpiecznie.

Wciąż słyszę w głowie głos mojego wybawcy. Porównuję go z tym, który nadal żyje w mojej pamięci. Naprawdę brzmiały identycznie – czy tylko mi się wydawało? Ten mężczyzna był szczuplejszy, poza tym wyglądał na ćpuna i bezdomnego. Gdybym tylko mogła przyjrzeć się jego twarzy, rozwiałabym swoje obawy.

Okazał mi zwykłą życzliwość czy mnie rozpoznał? Może wiedział, że zamieszkałam w tym mieście, i przyjechał, żeby mnie odnaleźć? Potrząsam głową, by pozbyć się tej myśli. Bądź realistką. To przecież nie ma sensu. Nikt nie wie, gdzie jesteś. Znajduję się ponad trzysta kilometrów od miejsca, w którym wszystko się wydarzyło. Poza tym, gdyby to rzeczywiście był on i gdyby naprawdę mnie rozpoznał, to zamiast próbować ocalić mi skórę, zacząłby zachęcać swojego kumpla.

No więc to nie był on, jasne? Głośno odstawiam kubek na szafkę nocną i sięgam po lekturę do poduszki. Moja dłoń zastyga nad zagiętym rogiem strony.

A jeśli jednak był?

2

Wtedy

Natasha

Zawsze wiedziałam, że rozmawia właśnie z nią, nawet kiedy nie rozlegał się dźwięk dzwonka, który dla niej zarezerwował. Chodziło o sposób, w jaki trzymał telefon, przyklejał go do policzka, jakby osłaniał usta, żebym nie musiała słuchać. I jeszcze to, że prawie w ogóle się nie odzywał, żadnych zdawkowych „okej” albo „hm”. Zresztą i tak ona nie zwracała na to uwagi. Równie dobrze mógł wsunąć telefon pod poduszkę, dokończyć posiłek, pozmywać, a potem zaparzyć kawę – nawet by się nie zorientowała. Mówiła, gadała, paplała bez końca, niemal na jednym wdechu. Zawsze przerywała nam wieczory. Rozumiałam, dlaczego to robiła, i prawdę mówiąc, nie miałam do niej pretensji. Na jej miejscu na pewno zachowywałabym się podobnie. Ale chciałam, żeby Nick raz, choć raz, powiedział: „Słuchaj, nie mogę teraz rozmawiać, bo jem”, albo: „Oglądam film”, albo chociaż: „Przykro mi, Jen, ale spędzam wieczór z żoną”.

Zaniosłam jego niedojedzoną kolację do kuchni. Piekarnik był jeszcze ciepły, więc po prostu włożyłam talerz do środka i zamknęłam drzwiczki. Postałam chwilę, wsłuchując się w ciszę w salonie i zastanawiając się, po co tym razem zadzwoniła. Chodziło o pomoc w rozwiązaniu jakiegoś problemu w domu czy może zwyczajnie chciała usłyszeć jego głos? Był piątek wieczorem, pewnie jak zwykle siedziała sama z butelką ginu. Przerabialiśmy to niezliczoną ilość razy i nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek miało się zmienić. W przypadku Jen nie sprawdzało się powiedzenie, że czas leczy rany.

Rozmowa nadal trwała, więc poszłam na górę i po cichu otworzyłam drzwi do pokoju Emily. Zobaczyłam, że smacznie śpi. Nad jej głową obracała się lampka nocna w kształcie kuli, zasypując plastikowymi płatkami śniegu spocone policzki małej, do których kleiły się jej jasnorude włosy. Jak zwykle przyciskała do piersi żyrafę Gemmę. Nachyliłam się, żeby pocałować Emily w czoło, i poczułam zapach szamponu dla dzieci. Była moim pierwszym i jedynym, najdroższym skarbem. Nie wyobrażałam sobie życia bez niej. Ilekroć myślałam o znajomych, którzy odwrócili się do mnie plecami, o niezgodzie pomiędzy mną a matką, dezaprobacie rodziny Nicka, niekończących się problemach z Jen – ilekroć, spójrzmy prawdzie w oczy, zaczynałam mieć wątpliwości – wtedy zawsze wracałam do niej. Powtarzałam sobie, że jest warta każdej ceny, jaką przyszło mi zapłacić.

Cicho jęknęła przez sen.

– Kocham cię – wyszeptałam i wycofałam się na palcach, zamykając za sobą drzwi.

Ku mojemu zaskoczeniu Nick skończył już rozmawiać. Poszedł do kuchni, otworzył piekarnik i próbował gołymi rękami wyjąć swój talerz. Rzucił go na granitowy blat, zaklął pod nosem i włożył poparzone palce do ust.

– Przepraszam, myślałam, że zapowiada się długa sesja – powiedziałam. Rekord wynosił pięćdziesiąt trzy minuty. Starałam się nie liczyć im czasu, ale niekiedy nie mogłam się powstrzymać. – Wszystko w porządku?

– Tak, tak. Biedactwo postanowiło zakończyć rozmowę, bo poczuło, że zbliża się migrena.

Wróciliśmy do salonu i ponownie usiedliśmy przy stole. Niestety, romantyczna atmosfera zdążyła się ulotnić. W powietrzu dało się wyczuć chłód, a płomienie świec drwiąco migotały, rzucając niespokojne cienie na nasze zmęczone twarze. Nick wyglądał na znużonego, a mi alkohol zaczynał szumieć w głowie.

Nie pytaj go o telefon – przykazałam sobie. Nick przyjechał z podróży służbowej i tamtego wieczoru mieliśmy świętować jego powrót do domu. Z tej okazji postarałam się wyglądać szczególnie atrakcyjnie. Wyjęłam świeżą pościel. Włączyłam dyskretne oświetlenie. Zapaliłam ceramiczne dyfuzory, które wypełniły sypialnię egzotycznymi zapachami. Naprawiłam ramiączko w koronkowym push-upie z kompletu drogiej bielizny, który Nick kupił mi pod choinkę. Przygotowałam wszystko, co niezbędne na wyjątkowy wieczór. Nie pozwól, żeby to zepsuła – powiedziałam bezgłośnie, ale wiedziałam, że już za późno, stało się. Wyczułam, że jej widmo siedzi z nami przy stole i ociera wilgotne oczy brzegiem serwetki.

Nick zaczął jeść, ale ja nie mogłam, wpatrywałam się tylko w talerz i przypominałam sobie, jak starannie obrałam szalotkę i usmażyłam kawałki boczku na maśle, i że zużyłam butelkę niezłego czerwonego wina na nieprzyzwoicie drogą wołowinę. Kuchnia nie była moim naturalnym środowiskiem, ale bardzo się starałam. Rodzice Nicka zawsze rozpływali się nad tym, jaką to Jen jest świetną kucharką i jak, wydawałoby się, zupełnie bez wysiłku wyczarowuje wyśmienite dania. Nie twierdzę, że to nieprawda – być może rzeczywiście była zdolna – ale mówili tak przede wszystkim po to, żeby mi dopiec.

– Pyszne, kochanie – stwierdził Nick, dolewając nam wina. – Przeszłaś samą siebie. Chociaż powiem ci, że przez te kilka dni jadłem tyle wykwintnych rzeczy, że ucieszyłbym się, nawet gdybyś mi zrobiła grzankę z jajkiem.

To tyle, jeśli chodzi o mój wysiłek, pomyślałam, ale nie odezwałam się. Pragnęłam zachować choć tę namiastkę wspólnego wieczoru. Jedno zbędne słowo, a całkiem trafiłby go szlag.

– Wiesz, że Hayley chce ochrzcić Ethana? – powiedział Nick kilka łyków później.

Ściągnęłam brwi.

– Po co? Przecież nie jest religijna. Pozostałych dzieci chyba nie ochrzciła?

Ethan był późną niespodzianką, skutkiem spartaczonej wazektomii. Czterdziestotrzyletnia Hayley kwalifikowała się już do grupy dojrzałych matek, „geriatrycznych”, dlatego ciąża przebiegała pod znakiem zapytania. Może, pomyślałam, chce podziękować Bogu za to, że Ethan przyszedł na świat zdrowy. Chociaż znając ją, przypuszczałam, że zależy jej po prostu na zapewnieniu dziecku miejsca w lokalnej szkole kościelnej. Nie dogadywałam się z młodszą siostrą Nicka. Trudno się dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę, że były z Jen serdecznymi przyjaciółkami.

– Chce, żebyśmy byli rodzicami chrzestnymi – oznajmił Nick, odrywając kawałek chleba i maczając go w winnym sosie.

– Że co? – roześmiałam się, odkładając widelec. – Sądziłam, że uważa mnie za zołzę z piekła rodem.

Zaczerwienił się i spuścił wzrok.

– Nie to miałem na myśli, przepraszam, chodziło o mnie i o Jen. – Zimne ostrze przeszyło mi żołądek. – Jen nie posiada się ze szczęścia. Wiesz, jak uwielbia dzieci. Będzie fantastyczną matką chrzestną.

– Przykro mi, ale nic z tego – odparłam łamiącym się głosem. – Tak po prostu nie wypada i Hayley powinna o tym wiedzieć. – Czekałam na jego reakcję, ale milczał. – Co powiedziałeś, kiedy ci to zaproponowała?

– Hayley? Jeszcze tego nie zrobiła. Jen zadzwoniła, żeby mnie uprzedzić. Zdaje sobie sprawę, że możesz się czuć niezręcznie, ale ma nadzieję, że zrozumiesz.

– Nie, nie rozumiem. – Rzuciłam serwetkę na stół i odsunęłam się na krześle. – To nie w porządku, Nick. Hayley nie ma prawa mnie lekceważyć. W końcu jestem twoją żoną.

– Przyjaźnią się z Jen od dzieciństwa. To nie ma nic wspólnego z… no wiesz, z rozwodem.

– Twoja siostra mnie nienawidzi, tak jak twoi rodzice.

– Nie mów tak. Przeżyli wstrząs, kiedy odszedłem od Jen, ale przecież cię zaakceptowali. Widzą, jak bardzo jestem z tobą szczęśliwy, i kochają Emily. – Wstał i spróbował mnie objąć. – Porozmawiam z Hayley. Na pewno nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Ethan miał dwie matki chrzestne.

– Nie chcę nią być – odparłam, uchylając się przed nim. – Nie jestem wierząca. Ty zresztą też nie.

Nick rozłożył ręce.

– Nie chcę denerwować Hayley.

– Pewnie, że nie. Tylko ze mną nie masz skrupułów.

– Kochanie, przecież wiesz, że to nieprawda.

Powstrzymałam się od komentarza. Ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, była kłótnia, ale kusiło mnie, żeby dać mu się sprowokować. Wyobraziłam sobie, jak Hayley siedzi u siebie w domu i z triumfalnym uśmiechem na ustach wychyla kieliszek wina. Nic nie sprawiało jej takiej przyjemności jak wywoływanie spięć między nami.

– Rozumiem, że dla Jen to był cios – odezwałam się po chwili – ale musi odpuścić. Ma się od ciebie odczepić. Znaleźć sobie kogoś innego. Wiem, że to brzmi kategorycznie, ale…

– Nie. Masz rację – westchnął. – Tylko że to nie takie proste. Jen od lat należy do rodziny. Nie możemy się jej tak po prostu pozbyć, to by było okrutne. Poza tym wszyscy ją kochają.

– A ty? Czy ty ją kochasz? – Nabrałam dużo powietrza ze strachu przed tym, co usłyszę.

– Oczywiście, że nie – zapewnił prędko. – Dlaczego w ogóle pytasz o takie rzeczy? Jen i ja znamy się bardzo długo, ale nigdy jej tak naprawdę nie kochałem, w każdym razie nie tak, jak kocham ciebie.

Jego słowa trafiły mi do serca, zatrzymałam je tam i przez kilka chwil czułam ich przyjemne ciepło. A potem powiedziałam:

– Nie wydaje ci się, że pora powiedzieć jej prawdę? Dla jej własnego dobra?

– Nie. Prawda jest przereklamowana – odparł bez mrugnięcia okiem.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Co ty mówisz? Prawda jest najważniejsza!

– Wcale nie. Ludzie stale ją przeinaczają. – Podszedł do marmurowego gzymsu kominka i zapatrzył się w zdjęcie całej naszej trójki zrobione kilka godzin po narodzinach Emily. – W przyszłym tygodniu powinienem powiedzieć prawdę w sądzie. Prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Ale jeśli to zrobię, stracę prawo jazdy. Nie zasłużyłem na to, nie jestem piratem drogowym. – Miesiąc wcześniej Nick przejchał na czerwonym świetle. Policja zatrzymała go i zbadała alkomatem, a wtedy okazało się, że jest pod wpływem. Jego prawnik wysmażył historię o tym, że Emily zachorowała i Nick pędził do domu, żeby się nią zaopiekować. W rzeczywistości podejmował inwestora z Chin.

– Mam na myśli prawdę emocjonalną – doprecyzowałam. – Okłamywanie innych w sprawie własnych uczuć jest nie w porządku.

– Nie zawsze. Czasem lepiej postawić na uprzejmość. – Wrócił do stołu i podniósł swój kieliszek. – Zależy mi na dobrych stosunkach z siostrą, dlatego zostanę ojcem chrzestnym Ethana. A skoro Hayley chce, żeby matką chrzestną została Jen, to jest to jej decyzja… – Dopił wino. – Wiem, że to dla ciebie krępujące, ale nic na to nie poradzę. Jeżeli postanowisz nie jechać na chrzest, trudno, pojadę sam z Emily. Na pewno wszyscy zrozumieją.

Pokręciłam głową. Dokładnie tego oczekiwała jego rodzina; nie zamierzałam dawać im tej satysfakcji. Zdecydowałam, że się postawię.

– Nie wygłupiaj się – powiedziałam. To będzie koszmarne i upokarzające doświadczenie, ale jakoś przeżyję. – Zostawmy już ten temat. Chcesz deser? Zrobiłam mus czekoladowy.

– Może później. W tej chwili mam ochotę na coś jeszcze smaczniejszego. – Podszedł do mnie i tym razem pozwoliłam mu się pocałować. Utonęłam w jego ramionach i poczułam, jak moje serce zaczyna mocniej bić.

Nagle znów przerwał nam ostry dźwięk dzwonka Jen.

3

Wtedy

Natasha

– Idioci! Pieprzeni idioci!

Nick wypadł z sali jak burza i pchnął oba skrzydła podwójnych drzwi, tak że prawie dostałam nimi w twarz. Ruszyłam za nim po schodach sądu, a dwa kroki za nami podbiegał prawnik. Johnny’emu oberwie się za to, że okoliczności łagodzące, na które wskazał, okazały się niewystarczająco przekonujące. Argument, że Nick potrzebuje samochodu do pracy, trafił w punkt, to fakt, ale sędzia pokoju nie kupiła łzawej historii o chorej córeczce – i nic dziwnego, skoro Johnny nie potrafił okazać żadnych dowodów na potwierdzenie jej prawdziwości: ani świstka od lekarza, ani wypisu z rejestru na pogotowiu. Poza tym było to drugie wykroczenie Nicka związane z prowadzeniem samochodu po alkoholu.

Zatrzymaliśmy się na chodniku i nie bardzo wiedzieliśmy, co ze sobą począć. Nick, jak zawsze optymista, uparł się, że przyjedzie do sądu autem, chociaż Johnny uprzedzał go, że prawdopodobnie nie będzie mógł nim wrócić do domu. Nasz range rover stał na miejscu parkingowym, które zaraz trzeba będzie ponownie opłacić.

– Wielkie dzięki, stary – rzucił z sarkazmem Nick. – Bardzo mi pomogłeś.

– Przecież mówiłem, że potrzebujesz specjalisty od prawa karnego, a nie z branży rozrywki. – Johnny spojrzał wymownie na zegarek, jakby chciał dać do zrozumienia, że jest z kimś umówiony.

– Trzy lata! – naskoczył na niego Nick. – Dostałem zakaz prowadzenia pojazdów na trzy lata!

– Ja się nauczę – wtrąciłam, licząc, że go udobrucham.

– Ty? – syknął drwiąco. – Byłabyś beznadziejna. Zupełnie nie masz wyczucia drogi. – Chciałam zaprotestować, ale nie śmiałam. – Poza tym nie nauczysz się i nie zdasz egzaminu w pięć minut, tak? – Wyjął telefon i włączył go. Stukał zniecierpliwiony w wyświetlacz, aż ten w końcu ożył. – Lola?! – wrzasnął do słuchawki, zwracając się do swojej asystentki. – Przyślij kogoś, żeby zabrał stąd mój wóz… Tak, dostałem zakaz… Sukinsyny. – Johnny wykorzystał tę chwilę, żeby machnąć nam na do widzenia i ulotnić się w stronę stacji metra. – Kurwa, trzy lata… Tak, trzy. Wiem… Roba albo Charliego, nieważne… Usiądziemy w jakiejś kawiarni. Niech wyślą mi SMS-a, kiedy dojadą. Jak najszybciej, dobra? Bo licznik bije.

Za rogiem była mała włoska kafejka. Zostawił mnie tam jak bagaż, który się oddaje na przechowanie, a sam wyszedł na zewnątrz, mówiąc, że musi pilnie zadzwonić do paru osób. Popijałam swoją flat white i zerkałam nerwowo na zegarek. Za godzinę powinniśmy odebrać Emily ze żłobka. Jeśli ktoś się wkrótce nie zjawi, będę musiała wziąć taksówkę.

Miałam serdecznie dość uporu, z jakim Nick powtarzał, że byłabym kiepskim kierowcą. Zaczęło się od niewinnego żartu i stopniowo ewoluowało w bezsporny fakt. Jego źródeł należało szukać w naszym pierwszym spotkaniu, które wyglądało jak ze scenariusza komedii romantycznej.

Było mniej więcej wpół do dziewiątej rano. Jechałam rowerem do pracy. Aż do centrum samochody stały w korku, żaden nie ruszył, mimo że światło zmieniło się na zielone, wszystkie rozsądnie czekały, aż pojazdy z naprzeciwka skręcą w prawo. Pedałowałam buspasem, zadowolona z siebie pędziłam w dół w promieniach słońca, mijając unieruchomione auta. Schowana za ciężarówką nie widziałam, co się dzieje na pozostałych pasach ruchu. Przyznaję, to było ryzykowne. Teraz to rozumiem, ale wtedy po prostu zależało mi na przejechaniu na zielonym świetle. Zauważyłam range rovera, dopiero kiedy wyrósł tuż przede mną. Jego koła znalazły się na czerwonej powierzchni pasa dla autobusów, a przedni zderzak trącił mój rower. Poleciałam do przodu przez kierownicę. Pamiętam, że zrobiłam salto w powietrzu i przez chwilę poczułam się jak w stanie nieważkości. A potem gruchnęłam o asfalt, na szczęście nie głową. Popatrzyłam w górę i nasze spojrzenia się spotkały.

Stał nade mną pobladły i z otwartymi ustami, jak nurek nabierający powietrza. Sklęłam go głośno i odtrąciłam dłoń, którą do mnie wyciągnął. Obrzucałam mięsem jego SUV-a i cholerny kodeks drogowy, a on tylko skruszony kiwał głową i przepraszał.

Z jednej strony ciskałam na niego gromy, a z drugiej podziwiałam jego atrakcyjny wygląd. Był ubrany w elegancki szary garnitur, białą koszulę bez krawata i czarne buty wypastowane na wysoki połysk. Do tego miał ładną twarz, starannie przystrzyżone ciemne, przyprószone siwizną włosy i równo przycięty zarost. Na oko czterdziestka, pomyślałam. Inteligentny i na pewno dobrze sytuowany. Sama miałam dwadzieścia pięć lat, źle się ubierałam i byłam spłukana.

– Odjadę, żeby nie blokować drogi – powiedział, usiadł za kierownicą range rovera i skręcił w najbliższą boczną uliczkę.

Koło w moim rowerze było wygięte, a linka hamulca zerwana. Ściągnęłam go na chodnik i oparłam o parkan. Mężczyzna zaparkował na podwójnej żółtej kilka metrów dalej, wysiadł i wrócił do mnie. Lekko kręciło mi się w głowie. Zachwiałam się.

– Nic pani nie jest? – zapytał. – Może to wstrząśnienie mózgu?

– Nie, w porządku. Tylko trochę boli mnie łokieć. – Odwinęłam rękaw i zobaczyłam zakrwawione otarcie.

Skrzywił się.

– Chyba przydałby się pani zastrzyk przeciwtężcowy.

– Nie, poważnie, nic mi się nie stało. Zajmę się tym, kiedy dotrę do pracy. – Odpięłam kask. – Wie pan, gdzie jest najbliższa stacja metra?

– Nigdzie pani nie pójdzie. Jest pani w szoku. Musi pani usiąść i napić się herbaty z dużą ilością cukru. Zapraszam do siebie, obmyje pani tę ranę. Mieszkam niedaleko. – Wskazał wzgórze za plecami.

– Dziękuję, ale naprawdę muszę już lecieć – odparłam. – Jeśli znów się spóźnię, to w końcu mnie zwolnią.

– Ale to się przecież stało nie z pani, tylko z mojej winy. Porozmawiam z pani przełożonym albo przełożoną i wszystko wyjaśnię. Proszę mi wierzyć, potrafię być bardzo przekonujący. – Poczęstował mnie rozbrajającym chłopięcym uśmiechem.

Poczułam, że zaczynam mięknąć. Miałam lekkie zawroty głowy i pomyślałam, że nie zaszkodzi wziąć szefową na litość.

– Tak chyba będzie lepiej. Inaczej mi nie uwierzy.

Zapakował rower do bagażnika i zawiózł mnie do swojego domu. Szczęka mi opadła, kiedy skręciliśmy na podjazd. Gdy mężczyzna był zajęty przenoszeniem roweru do garażu, szybko policzyłam okna w budynku.

– Oczywiście zapłacę za naprawę. – Wyjął portfel. Sięgnął do kieszonki z miękkiej czarnej skóry i wysunął gruby plik banknotów. – Jak pani myśli, ile to będzie kosztowało? Dwieście?

Za rower, kupiony na Gumtree, zapłaciłam osiemdziesiąt funtów, poza tym miałam znajomego mechanika, który zreperowałby mi go za darmo. Pieniądze nie miały tu znaczenia.

– Niech pani weźmie pięćset i po prostu sprawi sobie nowy – powiedział, błędnie interpretując moje wahanie. Zaczął odliczać gotówkę, a ja pomyślałam: wydaje mu się, że może się wykupić od kłopotów, podczas gdy tak naprawdę jest winny niebezpiecznej jazdy i powinien stracić prawo jazdy.

– Należałoby zgłosić wypadek na policję, nie sądzi pan? – odezwałam się. – Wie pan, wymienić się numerami polisy, danymi i tak dalej…

Uśmiechnął się krzywo.

– Zasadniczo tak, ale czy naprawdę chce się pani wypełniać te wszystkie formularze? Nie mam na to czasu. Poza tym, jeśli zacznie pani dochodzić odszkodowania z mojego ubezpieczenia, to nieprędko kupi pani nowy rower. – Ściągnęłam brwi. – Oczywiście, proszę śmiało zgłaszać, jeżeli tak pani na tym zależy. Po prostu próbuję ułatwić pani życie.

– No tak, chyba rzeczywiście.

Włożył mi do ręki zwitek pieniędzy i zamknął dłoń.

– Chodźmy, zaparzę pani mocną herbatę.

Kiedy teraz o tym myślę, sądzę, że sporo ryzykowałam. Byłam bezbronną młodą kobietą w szoku. Skąd miałam wiedzieć, że ten mężczyzna nie jest samotnym psychopatą, który celowo potrąca rowerzystki i zwabia je do swojego domu po to, aby napoić zaprawioną narkotykami herbatką i zamknąć w piwnicznej komorze tortur? A jednak wydało mi się to mało prawdopodobne. Poza tym nie był sam. W kuchni zastaliśmy młodą kobietę, sprzątaczkę, która zmywała podłogę, a kiedy Nick wszedł na mokre płytki, żeby wziąć czajnik, cmoknęła z niezadowoleniem i mruknęła pod nosem po polsku.

– To Natasha – przedstawił mnie. – Przed chwilą potrąciłem ją, jak jechała na rowerze.

Sprzątaczka posłała mi podejrzliwe spojrzenie.

– To była moja wina – dodał. – Nic nie widziałem za ciężarówką. Mogłem zaczekać.

Czy dało się wyczuć napięcie seksualne? Na pewno tak, ale wtedy go nie zauważyłam. Byłam tam zupełnie obcą osobą, lekko zszokowaną wypadkiem, z zakrwawionym łokciem i poobijanym biodrem, która pracowała w kawiarni i mieszkała z dwojgiem przyjaciół w obskurnym mieszkaniu. Nie miałam chłopaka i przechodziłam fazę udawania, że lepiej mi samej. „Masz pecha w miłości”, mawiała moja matka za każdym razem, gdy kolejny mój związek kończył się fiaskiem albo zanadto komplikował. Zresztą Nick i tak był dla mnie za stary. I nie był w moim typie.

Zaprowadził mnie do wielkiego salonu i kazał się rozgościć. Przyniósł plastry i krem odkażający, powiedział, żebym opatrzyła sobie ranę, a sam poszedł zrobić herbatę. Wykorzystałam okazję, by rozejrzeć się po luksusowym wnętrzu. Urządzone było w przesadnie napuszonym i romantycznym stylu. Białe skórzane kanapy, ogromne jedwabne kwiaty w porcelanowych wazonach, lustra na wszystkich ścianach, różowe atłasowe zasłony i migoczące światełka wplecione w srebrne witki w wysokim wazonie. Pomyślałam, doskonale to pamiętam, że ten, kto urządzał to wnętrze, ma zdecydowanie więcej pieniędzy niż gustu.

– Pańska żona? – spytałam, wskazując oprawioną fotografię ponętnej młodej kobiety w sukni ślubnej. Miała gęste brązowe włosy ze złotymi pasemkami, równo przycięte zgodnie z modą panującą w latach dziewięćdziesiątych. Jej kształty były krągłe, ale twarz pociągła. Orli nos, szerokie usta i wydatne, dodatkowo podkreślone makijażem kości policzkowe.

– Tak, to Jen – odparł, stawiając na ławie tacę z dwoma kubkami i talerzem ciasteczek czekoladowych.

– Wygląda bardzo młodo.

– Miała dziewiętnaście lat, a ja dwadzieścia jeden – powiedział, kiwając głową w zamyśleniu. – Moja sympatia z dzieciństwa.

Żadne z nas nie przypuszczało wtedy, że pół roku później zajmę jej miejsce.

4

Wtedy

Natasha

Jen przyszła jeszcze tego samego wieczoru. Stale zaglądała pod różnymi pretekstami, tym razem podobno przez cały dzień zamartwiała się, jak poszło Nickowi w sądzie. Słyszałam jej głos i stukot wysokich obcasów na wyfroterowanej podłodze w kuchni i nie podobało mi się to, że Nick został z nią sam. Akurat kładłam Emily spać. Biedna mała musiała się zadowolić bardzo krótką bajką na dobranoc.

– To oburzające, Nicky – skwitowała Jen, kiedy zeszłam na dół. – Nie możesz się odwołać?

Pokręcił głową.

– Naprawdę był pod wpływem – wtrąciłam. – W dodatku to jego drugie wykroczenie.

– No tak, ale tamto było wieki temu. Zakaz na trzy lata! Jak ty sobie dasz radę?

– Coś wymyślę – odparł Nick.

Uniosła gęste, namalowane brwi.

– A w jaki sposób dotrzesz na chrzciny?

– Cholera, o tym nie pomyślałem…

– Możemy przecież pojechać pociągiem – powiedziałam, włączając piekarnik. Na kolację mieliśmy mrożone pizze, ale nie chciałam, żeby Jen, kucharka doskonała, się zorientowała.

– Z niedzielnymi pociągami wiecznie są problemy – zauważyła. Nick napełnił jej pusty kieliszek. – A to roboty na torach, a to komunikacja zastępcza. Zejdzie wam cały dzień w podróży. W dodatku kościół stoi poza centrum, daleko od najbliższej stacji.

No to może po prostu nie pojedziemy, pomyślałam i poczułam ulgę. Jen była jednak krok przede mną.

– Mogłabym was podwieźć – zaproponowała. – Bo nie wiem, jak inaczej się tam dostaniecie. Co ty na to, Nicky?

– Bylibyśmy ogromnie wdzięczni – przyznał, ale zobaczył moją minę i dodał: – Nie chcielibyśmy cię krępować. Może wolałabyś zostać na noc… porozmawiać ze starymi znajomymi. Tylko byśmy ci przeszkadzali i… – ucichł nieprzekonująco.

– Nie wygłupiaj się, fajnie będzie wybrać się razem – odparła. – Poza tym wiesz, jak nie lubię jeździć sama w dłuższe trasy.

– Jeśli naprawdę nie masz nic przeciwko…

– Skąd! Z chęcią pomogę. No, to ustalone. Zdrówko! – Wzniosła samotny toast.

Wkrótce potem się pożegnała, Nick odprowadził ją do drzwi, ale zanim wyszła, rozmawiali szeptem przez kilka minut. Wycisnęłam kroplę płynu do naczyń do jej kieliszka po winie i starannie zmyłam ze szkła różowy ślad szminki. Wypłukałam kieliszek i wytarłam do sucha, po czym odstawiłam go na miejsce w szafce. Gdybym tylko mogła równie łatwo pozbyć się Jen z naszego życia, pomyślałam i zaraz zbeształam się za podłość.

– Przepraszam za to – powiedział Nick po powrocie do kuchni. – Ustalaliśmy, o której po nas przyjedzie. Odpowiada ci wpół do dziesiątej?

– Tak, w porządku. – Sięgnęłam do lodówki i wyjęłam pizze. Zaczęłam się szarpać z foliowym opakowaniem i musiałam użyć noża, żeby je otworzyć.

Nick nalał sobie więcej wina.

– Na pewno w porządku? Wiesz, to nie tak, że Jen tego nie przeżywa. Zdaje sobie sprawę, że możesz czuć się niezręcznie przez ten pomysł z rodzicami chrzestnymi, i wcale nie czuje się z tym dobrze.

– Tak, rozumiem. Naprawdę, Nick, wszystko gra. – Otworzyłam drzwiczki piekarnika i poczułam na twarzy podmuch gorącego powietrza.

– To dla niej bolesne. – Podszedł do mnie z kieliszkiem w ręku. – Wyobraź sobie, że przychodzisz do domu, w którym mieszkałaś, i widzisz tam mnie, szczęśliwego, z cudowną żoną i piękną córeczką u boku. Mam wszystko, czego pragnąłem, a ona… została z niczym. I nikim. – Pocałował mnie w usta. Spróbowałam opanować dreszczyk, jaki zawsze czułam, kiedy to robił. – Powinniśmy jej współczuć – szepnął, chowając twarz w moich włosach.

Po kolacji Nick poszedł na górę do gabinetu na telekonferencję z Kanadą, a ja zaległam w salonie. Charakter pracy Nicka wymagał od niego częstego zaangażowania wieczorami. Przyzwyczaiłam się do samotnych seansów przed telewizorem, podczas gdy on walczył z Ameryką, albo budzenia się w pustym łóżku, kiedy on w piżamie czarował Daleki Wschód. Wprawdzie byliśmy razem od trzech lat, ale pod pewnymi względami każde z nas wiodło zupełnie osobne życie.

W normalnych okolicznościach nigdy byśmy na siebie nie wpadli. Chociaż nie – mogłabym być na przykład jego recepcjonistką albo tą dziewczyną od najbardziej niewdzięcznych zadań. Moglibyśmy mijać się na korytarzu albo życzyć sobie wesołych świąt podczas imprez firmowych. Mogłabym zwrócić uwagę na to, że jest bardzo atrakcyjny jak na swój wiek, ale na tym by się skończyło. Zdaniem rodziców Nicka ich syn był typem wiernym i lojalnym; dawali tym do zrozumienia, że uważają mnie za niecną uwodzicielkę, która sprowadziła ich niewinną pociechę na złą drogę. Tyle że wcale tak to nie wyglądało. Nie należę do kobiet, które skaczą z kwiatka na kwiatek i rozbijają związki. Zacznijmy od tego, że to on wykonał pierwszy ruch.

Następnego dnia po wypadku przysłał mi wiadomość z prośbą o wybaczenie i pytaniem, czy na pewno nic mi się wtedy nie stało. Dzień później dostałam od niego kolejnego SMS-a, w którym napisał, że czuje się paskudnie z powodu potrącenia i „w ramach przeprosin” zaprasza mnie na kolację. Początkowo chciałam odmówić, ale w sumie ucieszyłam się, że znów będę mogła go zobaczyć. Rzuciło mnie – i to dosłownie – w nową rzeczywistość, w której domy kosztują miliony, a biznesmeni noszą w portfelu pięćset funtów w gotówce. Mimo to Nick nie pasował do stereotypu złego kapitalisty, którym gardziłam, tak jak mnie nauczono. Bardzo się przejął tym, że się przez niego potłukłam, zabrał mnie do siebie, pozwolił opatrzyć ranę i zrobił mi herbatę. W dodatku okazał się wyjątkowo hojny, choć od razu było widać, że rower nie był tyle wart. A teraz jeszcze chciał mi zafundować kolację – cóż mogło być w tym złego?

Owszem, mama nazwałaby to próbą przekupstwa – żebym nie poszła na policję – ale ja tego tak nie odbierałam. Nick po prostu sprawiał wrażenie naprawdę porządnego faceta i nawet jeśli mój pociąg do niego miał charakter seksualny, to istniał na poziomie głębokiej podświadomości. Nie umawiałam się ze starszymi mężczyznami ani nie pochwalałam zdrady małżeńskiej. Zainteresowanie, jakie okazywał mi Nick, wydawało mi się co najwyżej ojcowskie.

Dlatego najpierw przyjęłam zaproszenie, a potem spanikowałam. Mieliśmy pójść do eleganckiej restauracji, znacznie wytworniejszej od tych, w których dotąd jadałam. Zastanawiałam się, czy w ogóle zostanę wpuszczona do środka, jeśli zjawię się w ciuchach z primarku. Nie było mnie stać na kupienie sobie czegoś nowego, bo pięćset funtów od Nicka od razu wpłaciłam do banku i przeznaczyłam na pokrycie długu na karcie kredytowej. Poświęciłam kilka godzin na przymierzanie wszystkiego, co miałam w szafie, i w końcu zdecydowałam się na sukienkę, w której byłam na pogrzebie wujka. Do tego pożyczyłam od współlokatorki jej srebrne buty.

Z czasem mój niepokój zaczął obejmować kolejne aspekty zbliżającego się spotkania i wizyty w restauracji. Uświadomiłam sobie, że nie rozpoznam połowy potraw w menu i nie będę wiedziała, których sztućców użyć. Nic nas nie łączyło i podejrzewałam, że znacząco się różnimy w poglądach na rozmaite kwestie. Nigdy nie byłam w żadnym egzotycznym kraju i nie znałam nikogo sławnego, jeśli nie liczyć Colina Firtha (albo kogoś, kto bardzo podobnie wyglądał), któremu kilka miesięcy wcześniej sprzedałam chai latte. Im bliżej było do umówionego dnia, tym bardziej czułam się zdenerwowana i niewiele brakowało, abym odwołała spotkanie. Jednak przekonała mnie moja współlokatorka, która stwierdziła, że powinnam pójść choćby dla zabawy.

Nick zabrał mnie do niewielkiej francuskiej restauracji w Covent Garden – później została „naszą” knajpką, do której chodziliśmy w rocznice i walentynki. Nie wiem, może poczułam się swobodnie dzięki dwóm koktajlom z szampanem albo może podziałał na mnie wrodzony urok Nicka. W każdym razie nie pamiętam, co jedliśmy tamtego pierwszego wspólnego wieczoru ani czy w ogóle mi smakowało, ponieważ oboje skupiliśmy wszystkie zmysły na sobie nawzajem. Nie było krępującej ciszy ani wprawiających w zakłopotanie sytuacji, nie wchodziliśmy sobie w słowo. Rozmawialiśmy na różne tematy, śmialiśmy się. No i sporo wypiliśmy.

– To powiedz wreszcie, czym się zajmujesz – poprosiłam, kiedy jedliśmy przystawki. Ciekawość nie dawała mi spokoju. Obstawiałam usługi finansowe, bankowość inwestycyjną albo fundusze hedgingowe – nie to, żebym wiedziała, czym tak naprawdę są.

– Dystrybucja mediów – odparł, po czym, widząc moją skonsternowaną minę, dodał: – W największym skrócie polega to na tym, że sprzedaję programy telewizyjne zagranicznym stacjom. Poza tym negocjuję umowy produkcyjne, pośredniczę w koprodukcjach, tego typu sprawy. Współpracuję jako konsultant z dużymi studiami produkcyjnymi. Robię międzynarodowe interesy, dlatego często podróżuję, ale uwierz mi, że to wcale nie takie piękne, jak się wydaje. Żyjemy w ciekawych czasach – powiedział po chwili, mnąc serwetkę. – Nowo powstające platformy dają ogromne możliwości, na których tak naprawdę nikt jeszcze nie nauczył się zarabiać. Ale wkrótce to się zmieni.

Kiwałam głową, żeby nie wyjść na ignorantkę, mimo że wszystko to brzmiało dla mnie, jakby mówił po chińsku.

Przez cały wieczór patrzyliśmy sobie w oczy, nie byliśmy w stanie oderwać od siebie wzroku. Kiedy Nick przypadkiem musnął moją rękę, poczułam, jak przechodzi mnie prąd. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam tak szybko fascynacji drugim człowiekiem i nie docierało do mnie, jak to w ogóle było możliwe. Usiłowałam stłumić emocje, zrzucić zauroczenie na karb alkoholu. To nie randka, powtarzałam sobie, tylko kolacja na przeprosiny. Na litość boską, przecież Nick mógłby być moim ojcem. Poza tym miał żonę, nie wolno mi było o tym zapominać. Kiedy nachylił się nad stolikiem, żeby dolać mi wina, w blasku świeczki na jego palcu zalśniła obrączka.

Nie starał się mnie poderwać tamtego wieczoru, nie czynił żadnych dwuznacznych uwag, nie pytał, czy mam chłopaka, nie próbował pod stołem położyć mi dłoni na kolanie. Nie wiem, jak bym zareagowała, gdyby zrobił coś takiego. Pewnie nie zaprotestowałabym, a potem bym tego żałowała. Zachował się jak dżentelmen, nawet zamówił dla mnie osobną taksówkę, mimo że oboje udawaliśmy się w tym samym kierunku.

Taksówka kluczyła uliczkami Soho, kierując się na północ, wino szumiało mi w głowie, a ja siedziałam zadowolona na kanapie z tyłu i rozpamiętywałam wieczór, wracając myślami do wyrazistych rysów Nicka i jego kojącego głosu. Sprowadził mnie na ziemię dopiero widok zaniedbanych drzwi mojego domu, przed którym zatrzymał się samochód. To była jednorazowa przygoda. Zajrzałam do niezwykłego świata pięknych i bogatych, ale nigdy więcej tam nie wrócę.

Zrzuciłam z obolałych stóp pożyczone buty i weszłam na górę po trzeszczących stopniach. Choć byłam pijana, nie mogłam nie zwrócić uwagi na poplamioną, wytartą wykładzinę na schodach. Oto moje miejsce, pomyślałam, w wynajętym domu ze współlokatorami, którzy żyją od wypłaty do wypłaty. Miło było się zabawić, popłynąć na fali poczucia winy Nicka, ale nic więcej z tego nie będzie.

Jakże się myliłam…

Zatopiłam się we wspomnieniach do tego stopnia, że nawet nie zauważyłam, kiedy wszedł do pokoju.

– Po co to oglądasz? – spytał, wpatrując się w ujęcie żołnierzy brnących przez pustynię.

– Co? A… nie, nie oglądam – odparłam, wracając myślami do teraźniejszości. Sięgnął po pilota i wyłączył telewizor, a potem usiadł obok i zamknął mnie w objęciach.

– Wybacz – przeprosił po raz drugi tego wieczoru. – Wiem, że to nie w porządku wobec ciebie. I dziękuję, że mimo wszystko dzielnie to znosisz. Naprawdę wolałbym powiedzieć Jen, że nie życzę sobie, żeby tu przychodziła, ale nie mogę tego zrobić. Jest nieszczęśliwa, a ja czuję się odpowiedzialny.

– Ona chce cię odzyskać, Nick. – Zaczęłam skubać brzeg swetra.

– Absurd.

– Naprawdę. Czuję się tak, jakby robiła wszystko, żeby się mnie pozbyć.

– Nawet jeśli to prawda, to i tak jej się nie uda. – Objął mnie tak mocno, że zabrakło mi tchu. – Kocham cię, Natasho, i nie pozwolę, żeby ktokolwiek nas skłócił.

5

Wtedy

Natasha

Jen przyjechała w niedzielę wczesnym rankiem, żeby zabrać nas na chrzciny. Nick usiadł z przodu – „bo muszę się zmieścić z nogami”, skwitował – a mnie i Emily umieścił z tyłu. Czułam się, jakby on i Jen byli rodzicami, a ja ich córką. Jen włączyła płytę z przebojami z lat dziewięćdziesiątych – „nasze czasy”, rzuciła – i zaczęła rozmawiać z Nickiem tak cicho, że nie słyszałam większości tego, o czym mówili. Zastanawiałam się, czy robiła to celowo. Postanowiłam jednak nie dać się zbyć i przez pierwsze pół godziny siedziałam z głową pomiędzy ich fotelami, usiłując uchwycić jak najwięcej z rozmowy. Nick odwracał się przez ramię i odpowiadał tak, żebym mogła usłyszeć, ale potem zaczęło mu się robić niedobrze i usiadł tak, by patrzeć prosto przed siebie. Kiedy włączyliśmy się do ruchu na trasie M4, Jen pogłośniła muzykę i zaczęła śpiewać razem z wokalistami. Miała zaskakująco dobry głos.

Zrezygnowana poprawiłam się na swoim miejscu i zapatrzyłam w widok za oknem. Co pewien czas Jen przerywała koncert i rzucała: „Nicky, wiesz, z czym mi się kojarzy ta piosenka?”. Albo: „Pamiętasz, kiedy…?”. Nick nie zachęcał jej do wspominek, ale też nie robił nic, żeby przestała. Pewnie uznał, że nie wypada, bo Jen wyświadcza nam przysługę.

Postanowiłam, że porozmawiam z nim o tym po powrocie z chrzcin. Jeśli jeszcze kiedykolwiek Jen zaproponuje nam podwózkę, po prostu grzecznie odmówimy. No i trzeba będzie znaleźć sposób na te jej zbyt częste wizyty u nas. Odwiedziny w dawnym domu na pewno jej nie służyły, a mnie skręcało z poczucia winy.

Wszyscy byli zaskoczeni, kiedy im mówiłam, że żona Nicka wyprowadziła się z własnej woli. Zazwyczaj opuszcza dom ten, kto zawinił. Ale Nick go uwielbiał i bardzo chciał w nim zostać. Całkowicie przerobiliśmy wnętrza, od nowa urządziliśmy kuchnię i łazienki, mimo że stare nadal były w świetnym stanie. Niezwykła rozrzutność, owszem, ale Nick stwierdził, że muszę odcisnąć piętno na swoim nowym domu. Postarałam się, aby było przytulnie. Mimo to nadal czułam obecność Jen, zwłaszcza w sypialni. Kiedy otwierałam drzwi garderoby, jej wnętrze wciąż tchnęło mocną wonią perfum byłej żony Nicka.

Chrzciny miały się odbyć w rodzinnej wiosce Nicka i Jen pod Bristolem. Jego rodzice, siostra i brat mieszkali w odległości dosłownie kilku kilometrów od siebie, a bliskość między nimi przejawiała się nie tylko na mapie, utrzymywali bowiem nieustanny kontakt: odwiedzali się nawzajem, razem robili zakupy, organizowali przyjęcia, wspólnie jeździli na wakacje. Nawet po przeprowadzce do Londynu Nick i Jen nadal stosowali się do rodzinnych zwyczajów. A potem zjawiłam się ja i wszystko popsułam.

– Doprowadziłaś szczęśliwe małżeństwo do rozpadu – naskakiwała na mnie siostra Nicka. – Zniszczyłaś całą rodzinę.

To nie tak, że cała wina leżała po mojej stronie. Naprawdę.

Za oknem przesuwał się monotonny autostradowy krajobraz, służąc mi za tło wspomnień z pierwszego odurzającego miesiąca naszej znajomości. Najpierw była kolacja na przeprosiny, a potem: kwiaty, czekoladki, następne kolacje, lunche (niektóre wystawne i z dużą ilością wina, inne zwyczajne, ot, kawa i kanapki), wieczorne koktajle, podwieczorki w Fortnum & Mason, szampan na London Eye, wycieczki motorówką po Tamizie i wreszcie wyznanie miłości na tarasie widokowym Sharda. Z początku próbowałam się opierać, przypominałam mu, że przecież jest żonaty, ale twierdził, że jego małżeństwo od lat istnieje wyłącznie na papierze.

– Byliśmy zdecydowanie za młodzi, kiedy się pobieraliśmy – przyznał. – Jen przyjaźniła się z moją siostrą i często bywała u nas w domu. Traktowaliśmy ją tak, jakby należała do rodziny. Strasznie się we mnie zabujała, Hayley ją dodatkowo nakręcała, moi rodzice nam przyklasnęli, a ja po prostu nie chciałem nikogo zawieść. Zrobiłem to z czystego lenistwa. Została moją dziewczyną i zanim się obejrzałem, już szliśmy do ołtarza.

Współczułam mu. To tak, jakby zmuszono go do zaaranżowanego małżeństwa. Mówił, że starał się wykrzesać jak najwięcej z tego związku, tyle że niestety nie było w nim iskry. Podziwiałam go za to, że mimo wszystko był z Jen aż tak długo, ale przecież on też miał prawo do szczęścia, prawda? Oczywiście żałowałam również Jen – i miałam wyrzuty sumienia, że odbijam jej męża. Trudno jednak zaprzeczyć, że zakochaliśmy się z Nickiem „prawdziwie, do szaleństwa i głęboko”. Oboje czuliśmy, jakby to był nasz pierwszy raz, i nie potrafiliśmy się zatrzymać pomimo świadomości tego, jak niebezpieczne jest nasze postępowanie i że rozjuszymy nim mnóstwo ludzi. Oto wreszcie spotkaliśmy kogoś, z kim naprawdę chcieliśmy być – dlaczego mielibyśmy z tego rezygnować?

Charakter pracy Nicka bardzo ułatwiał nam spotkania. Nick często podróżował w interesach, wyjeżdżał za granicę, przemieszczał się między strefami czasowymi i Jen była przyzwyczajona do tego, że męża często nie ma w domu. Kiedy myślała, że poleciał do Stanów albo do Chin, on znajdował się raptem kilka kilometrów dalej, ze mną, w luksusowym hoteliku w apartamencie dla nowożeńców. Kupował mi piękne nowe ciuchy i buty od modnych projektantów, posyłał mnie do najlepszych fryzjerów i stylistów. Zawsze na powitanie wręczał mi „małe co nieco”: biżuterię, perfumy albo bieliznę. Stopniowo zmieniałam się i jak kameleon przystosowywałam do nowego otoczenia. Nadal czułam się lekko nieswojo, jadając w restauracjach z gwiazdkami Michelina, ale Nick nauczył mnie połykać ostrygi i zamawiać krwisty, prawie surowy stek. Powiedział, żebym przestała dziękować kelnerom i zostawiła słanie łóżka pokojówce. Ze skrępowaniem myślałam o tym, że zapewne byliśmy obiektem plotek – nie wierzę, żeby personel hoteli, w których nocowaliśmy, nie zastanawiał się nad różnicą wieku między nami, brał Nicka za mojego szefa albo może nawet „klienta”, jednak jemu było to zupełnie obojętne. Martwił się natomiast, że Jen może się o nas dowiedzieć – zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo poczuje się tym zdruzgotana.

– Znajdę sposób, żeby jej o tym powiedzieć. Obiecuję – powtarzał. Nie naciskałam na niego w tej sprawie, choć nie czułam się dobrze ze świadomością, że mimo wszystko większość nocy spędza z nią w domu. Poważnie zwątpiłam, kiedy z okazji jej urodzin polecieli do Rzymu, ale nic nie powiedziałam. Nigdy nie pytałam, czy nadal uprawiają seks, a jedynie wnioskowałam z aluzji Nicka, że już tego nie robią.

– Jesteśmy jak rodzeństwo – mawiał. – Albo jak starzy kumple. – Nie miałam powodów, by mu nie wierzyć.

Byłam tak beznadziejnie zakochana i do tego stopnia przekonana o słuszności naszego związku, że nie przyszło mi do głowy ukrywać go przed znajomymi. Zaskoczyła mnie ich niepochlebna ocena dotycząca mojego postępowania.

„Występujesz przeciwko solidarności kobiet”.

„Przecież on nigdy nie odejdzie od żony”.

„Zrani cię”.

„Zobaczysz, będziesz przez niego płakała”.

Nikt nie chciał mnie słuchać, kiedy mówiłam, że to nieprawda i że sytuacja Nicka jest inna: on kocha mnie i ja kocham jego, a nasz związek jest prawdziwy i trwały.

– Jutro zadzwonię do Mike’a – powiedziała Jen. – Przy odrobinie szczęścia tamten facet będzie mógł od razu zacząć.

Otrząsnęłam się z myśli o przeszłości i pochyliłam w stronę męża.

– O czym rozmawiacie?

Nick spojrzał na mnie przez ramię.

– Nasz wspólny stary znajomy przeprowadza się do Stanów i zwalnia swojego kierowcę. Jen pomyślała, że mógłbym go zatrudnić.

Ściągnęłam brwi.

– Po co ci kierowca? Nie możesz jeździć taksówkami?

– Byłoby mi znacznie wygodniej, gdybym miał kierowcę – odparł Nick. – Prawdopodobnie nie kosztowałoby to wiele więcej niż taryfy.

– No i robiłbyś lepsze wrażenie, niż gdybyś jeździł na spotkania uberem – dodała Jen.

– Poza tym kierowca mógłby cię wozić na zakupy albo odbierać Emily ze żłobka, kiedy akurat nie byłby mi potrzebny. Nie musiałabyś się tłuc z wózkiem metrem. Co ty na to?

– Pomyślimy. – Poczułam instynktowną niechęć do tego pomysłu.

– Na twoim miejscu, Nicky, w ogóle bym się nie zastanawiała – powiedziała Jen.

Przejęty Nick zaczął się wiercić.

– Tak, też uważam, że powinniśmy się zdecydować.

Nie chciałam się kłócić przy Jen, więc siedziałam cicho, ale nie spodobał mi się pomysł z zatrudnieniem kierowcy. Uznałam to za zbędną rozrzutność. Ledwie zdążyłam się przyzwyczaić do tego, że pracuje u nas sprzątaczka (nie wspomniałam o niej mamie, która też wykonywała ten zawód). Poza tym płaciliśmy ogrodnikowi, który przychodził raz na jakiś czas, żeby zatroszczyć się o otoczenie naszego domu, a także ekipom regularnie dbającym o czystość okien, kanap, dywanów, wykładzin i granitowych blatów. Nigdy nie widziałam, żeby Nick sam chwytał za pędzel albo śrubokręt: jeśli cokolwiek wymagało zrobienia, zawsze wzywał fachowców. Ale kierowca? To tak, jakbyśmy mieli pełnoetatowego służącego.

Wyobraziłam sobie, że podjeżdżam pod dom komunalny mamy, po czym mój szofer wysiada, żeby otworzyć mi drzwi. Oczami wyobraźni zobaczyłam jej zniesmaczoną minę. Oby tylko Nick nie kazał mu nosić czapki. Mama i ja dopiero niedawno zaczęłyśmy się z powrotem do siebie odzywać i gdyby teraz zobaczyła, że afiszuję się bogactwem, zapewne znów byśmy się poróżniły.

– Ma na imię Sam – powiedziała Jen. – Nudny jak flaki z olejem, ale za to solidny.

Nick się roześmiał.

– I o to chodzi.

Nie mogłam uwierzyć, jak łatwo pozwalał się przekonać. Nie wnikałam w to, co Nick robił w pracy, ale jeśli ten ktoś miał się stać częścią również naszego prywatnego życia, wówczas chciałam mieć coś do powiedzenia w tej sprawie. Co o nim wiadomo? Czy ma zaświadczenie o niekaralności? A jeśli jest pedofilem? Zerknęłam na smacznie śpiącą Emily i przypomniałam sobie dzień, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Pracowałam w kawiarni w Spitalfields we wschodnim Londynie. Nużące, męczące zajęcie, ale miałam do wyboru to albo nocne zmiany w jakimś call center. Udało mi się wprawdzie skończyć studia, ale po pierwsze, niestety nie na topowej uczelni, a po drugie, byłam raczej przeciętną studentką, dlatego miałam później duży problem ze znalezieniem porządnej pracy. Mama była mną zawiedziona; słyszałam rozczarowanie w jej głosie za każdym razem, gdy rozmawiałyśmy. Byłam pierwszą osobą w naszej rodzinie, która poszła do liceum, a potem dostała się na uniwersytet, i matka miała wobec mnie wysokie oczekiwania. Chciała, żebym kształciła się na nauczycielkę, ale nie mogłam znieść myśli o powrocie do szkoły.

Zdobyłam dyplom, miałam kredyt studencki, ale zupełnie się pogubiłam w temacie kariery zawodowej. Umiejętnie tworzyłam wzory na piance cappuccino, miałam dryg do rozetek i czyniłam cuda z proszkiem czekoladowym, ale to wszystko. Od kiedy zaczęłam romansować z Nickiem, nie potrafiłam się skupić na pracy. Pewnego razu umieściłam jego inicjały w sercu przebitym strzałą, po czym postawiłam tak ozdobioną filiżankę przed zdumionym gościem. Chodziłam totalnie rozkojarzona…

Był szary czwartkowy poranek w październiku, przez kawiarnię przewijało się mało gości, najpewniej dlatego, że tuż za rogiem otworzono inną, jeszcze modniejszą kafejkę. Dee-Dee, nasza kierowniczka, próbowała wciągnąć mnie do rozmowy na temat tego, jak skusić dawnych klientów do powrotu do naszego lokalu.

– Pomyślałam, że moglibyśmy poeksperymentować – powiedziała. – Spróbuj tego i powiedz, jak ci smakuje. – Podsunęła mi filiżankę macchiato. – Zgadnij, co jest magicznym składnikiem.

Upiłam łyk. Kawa była ohydna, miałam ochotę ją wypluć.

– No chyba nie jest aż tak źle! – skrzywiła się Dee-Dee.

Zmarszczyłam nos.

– Nie, przepraszam, nie chodzi o kawę, tylko o mnie. Mam dziwny posmak w ustach, taki… metaliczny, jakbym przeżuwała folię aluminiową.

Posłała mi spojrzenie spod uniesionych brwi.

– Chyba nie jesteś w ciąży?

– Skąd! – odparłam z pełnym skrępowania śmiechem.

Ale zaczęłam się martwić. Poszłam na zaplecze, wyjęłam telefon i otworzyłam kalendarz. Głupio zrobiłam, pomyślałam, że przeoczyłam datę ostatniej miesiączki. Z walącym sercem usiłowałam sobie przypomnieć, kiedy miałam okres, ale od trzech miesięcy moje życie przypominało kalejdoskop emocji – dni i noce zlewały się w jeden potężny wir wrażeń.

Zdawałam sobie sprawę, że ciąża jest prawdopodobna. Romans z Nickiem zdarzył się ni z tego, ni z owego, nie planowałam go i nie byłam do niego przygotowana pod względem antykoncepcji. Owszem, Nick używał prezerwatyw, ale tak bardzo odbierały nam przyjemność z seksu, że kilka razy postanowiliśmy zaryzykować i obejść się bez nich. Od pewnego czasu przymierzałam się do brania pigułek, ale stale to odwlekałam. Miałam wrażenie, jakbym kusiła los – tak jakby Nick miał zerwać ze mną w momencie, gdy ostatecznie uwierzę, że jesteśmy w stałym związku. Usiadłam pomiędzy workami z ziarnami kawy a opakowaniami serwetek. Powoli zaczynało coś do mnie docierać.