Wydawca: Amber Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 376 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystkie nasze pocałunki - Julia Quinn

W jego oczach ona jest przemądrzałą kobietą.W jej oczach on zarozumiałym mężczyzną.
Hugh Prenti ce nie cierpi przemądrzałych kobiet. A poza tym, nawet gdyby jakimś cudem polubił towarzystwo Sary Plainsworth i tak nie miałoby to znaczenia. Po tragicznym pojedynku ten błyskotliwy matematyk porzucił salonowe rozrywki i nie interesuje go zabieganie o względy pięknych dam.

 

Sara nie cierpi zarozumiałych mężczyzn. A poza tym nigdy nie wybaczyła Hugh pojedynku, który omal nie zniszczył jej rodziny. Kiedy jednak oboje są zmuszeni spędzić tydzień w swym towarzystwie, przekonują się, że nie zawsze można ufać pierwszemu wrażeniu. A gdy jeden pocałunek przeradza się w dwa, trzy, cztery, matematyk może pogubić się w rachunkach, a elokwentnej damie po raz pierwszy w życiu może zabraknąć słów...

Opinie o ebooku Wszystkie nasze pocałunki - Julia Quinn

Fragment ebooka Wszystkie nasze pocałunki - Julia Quinn

Korekta

Joanna Egert-Romanowska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© gengirl/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Sum of All Kisses

Copyright © 2013 by Julie Cotler Pottinger

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5283-4

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Ta

Prolog

Londyn Dość późno w nocy Wiosna 1820

Pikieta sprzyja tym, którzy mają dobrą pamięć – rzucił hrabia Chatteris, nie zwracając się do nikogo konkretnie.

Lord Hugh Prentice go nie usłyszał; stał za daleko – przy stoliku obok okna – a co ważniejsze, był już nieco wstawiony. Jednak gdyby Hugh usłyszał uwagę Chatterisa – i był trzeźwy – pomyślałby: „Właśnie dlatego gram w pikietę”.

Nie powiedziałby tego na głos. Hugh nigdy nie należał do ludzi, którzy odzywali się tylko po to, by usłyszeć własny głos. Ale tak właśnie by pomyślał. I wyraz jego twarzy mógłby się zmienić. Jeden kącik ust mógłby się wygiąć w górę, a brwi – lekko unieść, tylko odrobinę, jednak wystarczająco, by ktoś patrzący na niego z boku mógł pomyśleć, że jest zadowolony z siebie.

Chociaż prawdę mówiąc, wśród londyńskiej socjety nie było wielu bystrych obserwatorów.

Z wyjątkiem Hugh.

Hugh Prentice zauważał wszystko. I wszystko zapamiętywał. Mógłby, gdyby zechciał, wyrecytować z pamięci całego Romea i Julię, co do słowa. Hamleta też. Nie umiałby wyrecytować Juliusza Cezara, ale tylko dlatego, że nigdy nie znalazł czasu, by go przeczytać.

Był to rzadki talent, z powodu którego Hugh został ukarany za oszukiwanie sześć razy w ciągu pierwszych dwóch miesięcy w Eton. Wkrótce zdał sobie sprawę, że życie staje się nieporównanie łatwiejsze, jeśli w czasie egzaminów rozmyślnie źle odpowie na jedno lub dwa pytania. Nie, żeby przejmował się posądzeniem o oszustwo – on wiedział, że nie oszukiwał, a tym, co myśleli inni, nie zamierzał się przejmować – ale to było takie uciążliwe, kiedy musiał stać przed nauczycielami i bezmyślnie powtarzać formułki, dopóki nie przekonał ich o swojej niewinności.

Jednak były okoliczności, w których doskonała pamięć okazywała się przydatna – przy grze w karty. Jako młodszy syn markiza Ramsgate, Hugh wiedział, że nie odziedziczy zupełnie nic. Młodsi synowie zostawali żołnierzami, duchownymi lub zasilali szeregi łowców posagów. Ponieważ Hugh nie miał temperamentu, jakiego wymagały te zajęcia, musiał znaleźć inne źródło utrzymania. A hazard jest łatwy dla kogoś, kto umie zapamiętać kolejność wszystkich kart użytych w grze, przez cały wieczór.

Jedyna trudność polegała na znalezieniu dżentelmenów, którzy chcieliby z nim zagrać – niezwykły talent Hugh do gry w pikietę stał się już legendą – ale kiedy młodzi ludzie nieco wypili, zawsze mieli ochotę poddać próbie swoje szczęście. Każdy chciał zostać tym, który pokona Hugh Prentice’a przy karcianym stoliku.

Problem polegał na tym, że tego wieczoru Hugh także zdążył już sporo wypić. Nie zdarzało mu się to często; nigdy nie czuł się dobrze z utratą kontroli, jaka czekała na dnie butelki wina. Ale wybrał się z przyjaciółmi i trafili do dość podejrzanej tawerny, gdzie kufle były duże, tłum głośny, a kobiety – niespotykanie biuściaste.

Kiedy w końcu znaleźli się w swoim klubie i wydobyli talię kart, Daniel Smythe-Smith, który całkiem niedawno odziedziczył tytuł hrabiego Winstead, był już dobrze podchmielony. Wdał się w barwny opis dziewczyny, którą przed chwilą zdeprawował, Charles Dunwoody zaklinał się, że wróci do tawerny, by przebić dokonania Daniela, i nawet Marcus Holroyd – młody hrabia Chatteris, który zawsze był nieco poważniejszy niż pozostali – śmiał się tak głośno, że omal nie przewrócił krzesła.

Hugh wolał swoją barmankę od dziewoi Daniela – była mniej pulchna, a nieco smuklejsza – lecz wypytywany o szczegóły, tylko się uśmiechał. Oczywiście pamiętał każdy cal jej ciała, ale nigdy nie zdarzało mu się całować i mówić jednocześnie.

– Tym razem cię pokonam, Prentice! – chełpił się Daniel. Pochylił się chwiejnie nad stołem, niemal oślepiając całą resztę olśniewającym uśmiechem. Zawsze był najbardziej czarujący z całej ich grupy.

– Na miłość boską, Danielu – jęknął Marcus. – Znowu?

– Nie, nie! Naprawdę. – Daniel pomachał palcem i wybuchnął śmiechem, kiedy omal się nie przewrócił. – Tym razem mi się uda.

– Uda mu się! – zawołał Charles Dunwoody. – Wiem, że da radę!

Nikt nie zadał sobie trudu, by mu odpowiedzieć. Nawet na trzeźwo rewelacje Charlesa Dunwoody’ego często okazywały się nieprawdą.

– Nie, nie. Wiem, że mi się uda, ponieważ ty – pomachał palcem mniej więcej w kierunku Hugh – ty za dużo wypiłeś.

– Nie tyle, ile ty – zauważył Marcus, po czym czknął głośno.

– Liczyłem – oznajmił triumfalnie Daniel. – On wypił więcej.

– Ale ja najwięcej – pochwalił się Dunwoody.

– A zatem stanowczo powinieneś zagrać – orzekł Daniel.

Rozdano karty, przyniesiono wino i wszyscy świetnie się bawili aż do momentu, kiedy…

Daniel wygrał.

Hugh, osłupiały, wpatrywał się w karty na stoliku.

– Wygrałem – powiedział Daniel ze zdumieniem. – Widzieliście?

Hugh przeliczył w myślach talię, starając się nie zwracać uwagi na to, że niektóre karty były dziwnie zamazane.

– Wygrałem – powtórzył Daniel, tym razem zwracając się do Marcusa, swojego najlepszego przyjaciela.

– Nie – powiedział Hugh, właściwie do samego siebie. To było niemożliwe. Po prostu niemożliwe. Nigdy nie przegrał w karty. Nocami, kiedy próbował zasnąć, kiedy starał się nie słuchać, jego umysł potrafił przywołać każdą kartę, która była rozdana w ciągu tego dnia. A nawet tygodnia.

– Nie jestem pewien, jak to zrobiłem – mówił Daniel. – Był król, potem siódemka, a ja…

– To był as – warknął Hugh, nie mogąc znieść ani sekundy dłużej tych idiotyzmów.

– Hm… – Daniel zamrugał. – Może i tak.

– Boże – zawołał Hugh. – Niech ktoś go uciszy.

Potrzebował spokoju. Musiał się skupić i przypomnieć sobie karty. Jeśli mu się to uda, wtedy wszystko odejdzie. Czuł się jak wtedy, gdy wracał do domu z Freddiem, a ich ojciec już czekał z…

Nie nie nie. To było coś zupełnie innego. Tu chodziło o karty. O pikietę. Hugh nigdy nie przegrał. To była jedyna rzecz, na którą mógł liczyć.

Dunwoody podrapał się w głowę i spojrzał na karty, odliczając na głos.

– Myślę, że…

– Winstead, ty cholerny oszuście – wrzasnął Hugh, zanim zdążył się zastanowić, co robi. Nie miał pojęcia, skąd wzięły się te słowa ani co go skłoniło, by je z siebie wyrzucić. Ale kiedy już rozbrzmiały, zawisły ciężko nad stolikiem.

Hugh zaczął drżeć.

– Nie – powiedział Daniel. Tylko tyle. Po prostu nie, z niepewnym ruchem ręki i wyrazem dezorientacji na twarzy. Zdumiony, jak…

Ale Hugh o tym nie myślał. Nie potrafił o tym myśleć, więc zerwał się na równe nogi, wywracając przy tym stolik. Uchwycił się kurczowo jedynej rzeczy, której mógł być pewien – tego, że nigdy nie przegrywa w karty.

– Nie oszukiwałem – powiedział Daniel, mrugając gwałtownie. Spojrzał na Marcusa. – Ja nie oszukuję.

Ale przecież musiał oszukiwać. Hugh po raz kolejny przeliczył w myślach talię, nie przejmując się tym, że żołędny walet rzuca żołędziami w dziesiątkę, która uciekając przed nim, pije wino z kieliszka wyglądającego dokładnie tak samo jak ten, który właśnie rozbił się przy jego stopach…

Hugh zaczął krzyczeć. Sam nie wiedział, co krzyczy, poza tym, że Daniel oszukiwał, dama kier się potknęła, a 42 razy 306 zawsze będzie wynosiło 12852; nie, żeby to miało cokolwiek wspólnego z czymkolwiek, ale teraz już cała podłoga była zalana winem, a Daniel stał, kręcił głową i pytał:

– O czym on mówi?

– Nie mogłeś mieć asa – syknął Hugh. – As był po walecie, przed którym była dziesiątka…

– Ale miałem – powiedział Daniel, wzruszając ramionami. I czkając głośno.

– Nie mogłeś – warknął Hugh, starając się utrzymać równowagę. – Znam każdą kartę w tej talii.

Daniel spojrzał na karty. Hugh także, na damę karo, z której szyi, niczym krew, skapywała madera.

– To niezwykłe – mruknął Daniel. Spojrzał prosto w oczy Hugh. – Wygrałem. Podobało mi się.

Czy on z niego kpi? Czy Daniel Smythe-Smith, ten och-jaki-wspaniały hrabia Winstead, kpi z niego?

– Żądam satysfakcji – wycedził Hugh.

Daniel drgnął zaskoczony i spojrzał na Hugh.

– Co?

– Wyznacz swoich sekundantów.

– Wyzywasz mnie na pojedynek? – Daniel popatrzył z niedowierzaniem na Marcusa. – Myślę, że on wyzywa mnie na pojedynek.

– Danielu, zamknij się – jęknął Marcus. Marcus, który nagle zaczął wyglądać na bardziej trzeźwego od pozostałych.

Daniel jednak machnął lekceważąco ręką.

– Hugh, nie bądź osłem.

Hugh nie pomyślał. Rzucił się na niego. Daniel uskoczył w bok, lecz nie dość szybko i obaj znaleźli się na podłodze. Hugh uderzył biodrem o nogę stolika, lecz prawie tego nie poczuł. Okładał Daniela pięściami, aż w końcu czyjeś ręce odciągnęły go i podniosły, ledwie go utrzymując.

– Jesteś cholernym oszustem – rzucił z wściekłością.

Ponieważ był tego pewien. I Winstead z niego kpił.

– Jesteś idiotą – odparł Daniel, ocierając krew z twarzy.

– Żądam satysfakcji.

– Och, nic z tego – syknął Daniel. – To ja żądam satysfakcji.

– Patch of Green? – spytał spokojnie Hugh.

– O świcie.

Wszyscy milczeli, czekając, aż któryś z nich zacznie myśleć rozsądnie.

Ale żaden nie zaczął. To oczywiste, że żaden nie zaczął.

Hugh uśmiechnął się. Nie widział żadnego powodu, by się uśmiechać, ale czuł, jak uśmiech wypełza na jego twarz. A kiedy spojrzał na Daniela Smythe-Smitha, zobaczył twarz innego człowieka.

– Niech będzie.

– Nie musisz tego robić – powiedział Charles Dunwoody i skrzywił się, kończąc sprawdzać pistolet Hugh.

Hugh nic nie odpowiedział. Za bardzo bolała go głowa.

– Chcę powiedzieć, że wierzę ci, że oszukiwał. Musiał oszukiwać, bo… cóż, grał z tobą, a ty zawsze wygrywasz. Nie wiem, jak ci się to udaje, ale tak jest.

Hugh niemal nie poruszył głową, ale powoli spojrzał na Charlesa. Czyżby teraz Dunwoody zarzucał jemu oszustwo?

– Myślę, że chodzi o matematykę – kontynuował Dunwoody, nie zauważając sardonicznego wyrazu twarzy Hugh. – Zawsze byłeś w tym dziwacznie dobry…

Miło. Zawsze miło jest zostać nazwanym dziwakiem.

– …i wiem, że nigdy nie oszukujesz w liczeniu. Bóg jeden wie, że wystarczająco sprawdziliśmy cię w szkole. – Dunwoody zmarszczył brwi. – Jak ty to robisz?

Hugh posłał mu bezbarwne spojrzenie.

– Teraz mnie o to pytasz?

– Och. Nie. Nie, oczywiście nie. – Dunwoody odchrząknął i cofnął się o krok.

Marcus Holroyd zbliżał się do nich, zapewne zamierzając zapobiec pojedynkowi. Hugh patrzył, jak buty Marcusa zgniatają mokrą trawę. Jeszcze piętnaście kroków i dotrze do nich. Może szesnaście, gdyby był w kłótliwym nastroju i zechciał podejść zbyt blisko.

Ale to przecież Marcus. Zatrzyma się po piętnastu.

Marcus i Dunwoody wymienili się pistoletami. Hugh stał tuż obok wraz z medykiem, który wręcz zasypywał go pożytecznymi informacjami.

– O, tutaj – powiedział, poklepując się po udzie. – Widziałem to nie raz. Tętnica udowa. Krwawisz jak zarzynane prosię.

Hugh nic nie odpowiedział. Wcale nie zamierzał naprawdę zastrzelić Daniela. Miał kilka godzin na to, by się uspokoić, i choć nadal był wściekły, nie widział powodu, by go zabijać.

– Ale jeśli pan myśli o czymś naprawdę bolesnym – kontynuował medyk – to najlepiej trafić w dłoń albo stopę. Kości są kruche, a poza tym tam jest piekielnie dużo nerwów. Poza tym to go nie zabije. Za daleko od wszystkiego, co ważne.

Hugh był świetny w lekceważeniu ludzi, ale tego już nie zniósł.

– Dłoń nie jest ważna?

Lekarz przesunął językiem po zębach, po czym cmoknął głośno, jakby pozbywał się resztek jedzenia. Wzruszył ramionami.

– Ręka to nie serce.

Miał rację, co zirytowało Hugh. Nie znosił, kiedy irytujący ludzie mieli rację. Gdyby ten cholerny medyk miał choć odrobinę rozumu, po prostu by się zamknął.

– Niech pan tylko nie celuje w głowę – wzruszył ramionami lekarz. – Tego nikt by nie chciał. I nie mówię tylko o tym biedaku, który dostaje kulę. Mózg rozpryskuje się po wszystkim, a pogrzeb to prawdziwy koszmar.

– Ty wybrałeś tego lekarza? – spytał Marcus.

– On go znalazł. – Hugh wskazał ruchem głowy Dunwoody’ego.

– Jestem cyrulikiem – próbował się bronić medyk.

Marcus pokręcił głową i podszedł do Daniela.

– Panowie, przygotujcie się!

Hugh nie był pewien, kto krzyknął komendę. Zapewne ktoś, kto dowiedział się o pojedynku i chciał się pochwalić, że był jego świadkiem. Wszyscy w Londynie pragnęli móc powiedzieć „Widziałem to na własne oczy”.

– Cel!

Hugh uniósł rękę i wymierzył. Trzy cale w prawo od ramienia Daniela.

– Raz!

Dobry Boże, zapomniał o odliczaniu.

– Dwa!

Coś go ścisnęło w piersi. Odliczanie. Krzyk. To był jedyny przypadek, kiedy liczby stawały się jego wrogami. Głos ojca, ochrypły i triumfujący, i Hugh, który starał się nie słuchać…

– Trzy!

Hugh zadrżał.

I pociągnął za spust.

– Auuuuu!

Hugh spojrzał zaskoczony na Daniela.

– Do diabła, postrzeliłeś mnie! – wrzasnął Daniel. Chwycił się za ramię, a jego zmięta biała koszula szybko nasiąkała krwią.

– Co? – szepnął do siebie Hugh. – Nie.

Celował przecież w bok. Niezbyt daleko, ale był przecież dobrym strzelcem. Wręcz doskonałym.

– Chryste – mruknął medyk i puścił się biegiem w stronę Daniela.

– Postrzeliłeś go – jęknął Dunwoody. – Czemu to zrobiłeś?

Hugh nie znajdował odpowiedzi. Daniel został ranny, być może nawet śmiertelnie, a on był tego sprawcą. On to zrobił. Nikt go nie zmuszał. I nawet teraz, gdy Daniel uniósł zakrwawioną rękę…

Hugh wrzasnął, czując, jak coś rozrywa jego nogę na strzępy.

Dlaczego sądził, że usłyszy strzał, zanim go poczuje? Wiedział przecież, jak to działa. Jeśli sir Isaac Newton miał rację, to dźwięk przemieszcza się z prędkością 979 stóp na sekundę. Hugh stał około dwudziestu jardów od Daniela, co oznaczało, że kula musiała przebyć…

Myślał. I myślał.

Nie mógł znaleźć odpowiedzi.

– Hugh! Hugh! – dobiegł go gorączkowy głos Dunwoody’ego. – Hugh, nic ci nie jest?

Hugh spojrzał na niewyraźną twarz Charlesa Dunwoody’ego. Zamrugał, próbując na powrót skupić wzrok. Czyżby wciąż był pijany? Poprzedniej nocy wypił oszałamiającą ilość alkoholu, zarówno przed sprzeczką z Danielem, jak i później.

Nie, nie był pijany. W każdym razie nie bardzo. Został postrzelony. W każdym razie sądził, że został postrzelony. Czuł się, jakby trafiła go kula, ale właściwie już nie czuł bólu. Jednak to by tłumaczyło, dlaczego leży na ziemi.

Przełknął ślinę, starając się oddychać. Dlaczego tak trudno mu się oddychało? Przecież został postrzelony w nogę. Jeżeli został postrzelony. Wciąż nie był do końca pewien, co się zdarzyło.

– Wielkie nieba – dobiegł go nowy głos. Marcus Holroyd, zdyszany. Twarz miał bladą jak kreda.

– Proszę tutaj ścisnąć – warknął medyk. – I uważać na tę kość.

Hugh próbował coś powiedzieć.

– Opaska uciskowa – powiedział ktoś. – Może powinniśmy nałożyć opaskę?

– Proszę przynieść moją torbę – krzyknął lekarz.

Hugh znowu próbował się odezwać.

– Oszczędzaj siły – powiedział Marcus, chwytając go za rękę.

– Ale nie zasypiaj – dodał gorączkowo Dunwoody. – Miej otwarte oczy.

– Udo – jęknął Hugh.

– Co?

– Powiedzcie lekarzowi… – Hugh urwał, łapiąc oddech. – Udo. Krwawi jak zarzynane prosię.

– O czym on mówi? – spytał Marcus.

– Ja… ja… – Dunwoody próbował coś powiedzieć, ale słowa więzły mu w gardle.

– Co takiego? – spytał Marcus.

Hugh zerknął na Dunwoody’ego. Wyglądał źle.

– Myślę, że on próbuje żartować – stwierdził Dunwoody.

– Boże – wychrypiał Marcus, patrząc na Hugh z wyrazem twarzy, którego ten nie potrafił odczytać. – Ty głupi, przekorny… Żart. Ty chcesz żartować.

– Nie płacz – rzekł Hugh, ponieważ Marcus wyglądał, jakby miał się rozpłakać.

– Zaciśnij mocniej – powiedział ktoś i Hugh poczuł, że coś go szarpie za nogę, ściska mocno, a potem Marcus powiedział:

– Lepiej się coooofnij…

I tyle.

Kiedy Hugh otworzył oczy, było ciemno. Leżał w łóżku. Czyżby minął cały dzień? Może dłużej? Pojedynek odbył się o świcie. Niebo było jeszcze różowe.

– Hugh?

Freddie? Co tutaj robi Freddie? Hugh nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy jego brat ostatni raz przestąpił próg domu ojca. Hugh chciał się do niego odezwać, powiedzieć, mu jak się cieszy, że go widzi, ale zaschło mu w gardle.

– Nie próbuj nic mówić – powiedział Freddie. Pochylił się i blask świecy rozświetlił jego blond włosy. Zawsze byli do siebie podobni, bardziej niż większość braci. Freddie był nieco niższy, nieco smuklejszy i miał nieco jaśniejsze włosy, ale mieli takie same zielone oczy i kościste twarze. I taki sam uśmiech.

Kiedy się uśmiechali.

– Dam ci trochę wody – powiedział Freddie. Ostrożnie przyłożył łyżeczkę do warg Hugh, wlewając mu płyn do ust.

– Jeszcze – wychrypiał Hugh. Nie przełknął ani kropli. Wszystko wsiąkło w wyschnięty język.

Freddie podał mu jeszcze kilka łyżeczek, a w końcu powiedział:

– Poczekajmy chwilę. Nie chcę dawać ci za dużo za jednym razem.

Hugh skinął głową. Nie wiedział dlaczego, ale skinął.

– Boli?

Bolało, ale Hugh miał dziwne poczucie, że nie bolało aż tak bardzo, dopóki Freddie o to nie zapytał.

– Wiesz, wciąż ją masz – powiedział Freddie, wskazując ruchem głowy przeciwległy koniec łóżka. – Nogę.

Oczywiście, że ją miał. Bolała jak cholera. Gdzie miałaby się podziać?

– Czasami ludzie czują ból nawet w kończynie, którą stracili – rzekł Freddie z nerwowym pośpiechem. – To się nazywa ból fantomowy. Czytałem o tym, nie pamiętam kiedy. Jakiś czas temu.

A więc to musiała być prawda. Freddie miał pamięć niemal równie dobrą, jak Hugh, ale jego zainteresowania zawsze zmierzały w stronę nauk biologicznych. Kiedy byli dziećmi, Freddie właściwie mieszkał na świeżym powietrzu; kopał w ziemi i zbierał swoje okazy. Hugh towarzyszył mu kilka razy, ale nudził się jak mops.

Hugh szybko odkrył, że zainteresowanie żukami nie zwiększa się wraz z liczbą znalezionych żuków. To samo dotyczyło żab.

– Ojciec jest na dole – powiedział Freddie.

Hugh przymknął oczy. Nie potrafił się zdobyć na nic bliższego skinieniu.

– Powinienem go sprowadzić – dodał bez przekonania.

– Nie.

Mniej więcej po minucie Freddie odezwał się znowu.

– Proszę, wypij jeszcze trochę. Straciłeś dużo krwi. To pewnie dlatego jesteś tak osłabiony.

Hugh wypił jeszcze kilka łyżeczek. Przełykanie sprawiało mu ból.

– Masz też złamaną nogę. Kość udową. Doktor ją nastawił, ale powiedział, że kość jest strzaskana. – Freddie odchrząknął. – Obawiam się, że będziesz musiał tu zostać jakiś czas. Kość udowa to największa kość w ludzkim ciele. Minie kilka miesięcy, zanim się zagoi.

Freddie kłamał. Hugh słyszał to w jego głosie. Co oznaczało, że upłynie znacznie więcej niż kilka miesięcy, nim wyzdrowieje. O ile w ogóle wyzdrowieje. Może został kaleką.

To nie byłoby zabawne.

– Jaki dziś jest dzień? – wychrypiał Hugh.

– Byłeś nieprzytomny przez trzy dni – odparł Freddie, prawidłowo interpretując pytanie.

– Trzy dni – powtórzył Hugh. Wielkie nieba.

– Przyjechałem wczoraj. Zawiadomił mnie Corville.

Hugh skinął głową. To lokaj zawiadomił Freddiego, że brat omal nie zginął.

– Co z Danielem? – spytał.

– Lord Winstead? – Freddie przełknął ślinę. – Nie ma go.

Hugh otworzył gwałtownie oczy.

– Nie, nie umarł – zapewnił pospiesznie Freddie. – Został ranny w ramię, ale nic mu nie będzie. Po prostu wyjechał z Anglii. Ojciec próbował doprowadzić do jego aresztowania, ale ty jeszcze żyłeś…

Jeszcze. Zabawne.

– …a potem… cóż, nie wiem, co ojciec mu powiedział. Przyszedł, żeby się z tobą zobaczyć, dzień po tym, jak to się zdarzyło. Mnie tu nie było, ale Corville powiedział, że Winstead próbował przepraszać. Ojciec nie miał… hm, znasz przecież ojca. – Freddie przełknął ślinę. – Myślę, że lord Winstead wyjechał do Francji.

– Powinien wrócić – wychrypiał Hugh. To nie była wina Daniela. Nie on wyzwał Hugh na pojedynek.

– Hm, tak, możesz to omówić z ojcem. – Freddie wydawał się nieswój. – On wciąż mówi, że go dopadnie.

– We Francji?

– Nie próbowałem go przekonywać.

– Nie, oczywiście, że nie – kto próbowałby przekonywać szaleńca?

– Obawiali się, że możesz umrzeć – wyjaśnił Freddie.

– Rozumiem.

I właśnie to było straszne. Że Hugh rozumiał.

Markiz Ramsgate nie mógł wybierać swojego dziedzica. Prawo zmuszało go, by przekazał Freddiemu tytuł, ziemie, majątek, właściwie wszystko, co nie było częścią ordynacji. Ale wszyscy wiedzieli, że gdyby lord Ramsgate mógł wybierać, wybrałby Hugh.

Freddie miał dwadzieścia siedem lat i pozostawał kawalerem. Hugh kurczowo trzymał się nadziei, że Freddie jeszcze może się ożenić, ale z drugiej strony dobrze wiedział, że żadna kobieta na świecie nie zwróci jego uwagi. Pragnął po prostu, by Freddie zrozumiał, że może się ożenić, spełnić swój obowiązek i zdjąć ten cholerny ciężar z ramion Hugh. Z pewnością jest mnóstwo kobiet, które chętnie pozbyłyby się męża z sypialni, skoro tylko dziecinne pokoje zostaną odpowiednio zaludnione.

Ojciec Hugh był jednak tak zdegustowany, że oświadczył Freddiemu, iż może się nie trudzić szukaniem narzeczonej. Freddie może przejąć tytuł na kilka lat, ale w końcu – tak przynajmniej widział to lord Ramsgate – trafi do Hugh i jego dzieci.

Nie, żeby kiedykolwiek okazywał Hugh cieplejsze uczucia.

Lord Ramsgate nie był jedynym arystokratą, który nie widział powodu, by równo traktować swoje dzieci. Hugh byłby lepszym Ramsgate’em, a zatem Hugh był lepszy i kropka.

Ponieważ wszyscy wiedzieli, że markiz kochał tytuł, Hugh i Freddiego – w takiej właśnie kolejności.

A Freddiego być może nawet nie.

– Czy chciałbyś laudanum? – spytał nagle Freddie. – Doktor powiedział, że możemy ci podać, jeśli się obudzisz.

Jeśli. Nawet bardziej zabawne niż „jeszcze”.

Hugh skinął głową i pozwolił, by starszy brat uniósł go do prawie siedzącej pozycji.

– Boże, jakie to paskudne – powiedział, oddając Freddiemu kubek, kiedy już wypił zawartość.

Freddie powąchał resztkę napoju.

– Alkohol – potwierdził. – Morfina była w nim rozpuszczona.

– Właśnie tego mi było trzeba – mruknął Hugh. – Więcej alkoholu.

– Przepraszam?

Hugh tylko pokręcił głową.

– Cieszę się, że się obudziłeś – powiedział Freddie tonem, który sprawił, że Hugh zauważył, iż jego brat nie usiadł, kiedy nalał mu laudanum. – Poproszę Corville’a, żeby powiedział ojcu. Ja raczej tego nie zrobię. Wiesz, jeśli nie muszę…

– Oczywiście – zgodził się Hugh. Świat był lepszym miejscem, kiedy Freddie unikał spotkań z ojcem. Był lepszym miejscem również, kiedy Hugh także go unikał, ale od czasu do czasu ktoś musiał porozmawiać ze starym łajdakiem i obaj zdawali sobie sprawę, że tym kimś musi być on. To, że Freddie przyszedł tutaj, do ich starego domu w St. James’s, stanowiło dowód jego miłości do Hugh.

– Zobaczymy się jutro – rzekł Freddie, zatrzymując się przy drzwiach.

– Nie musisz – odparł Hugh.

Freddie przełknął ślinę i odwrócił wzrok.

– A więc może pojutrze.

Albo następnego dnia. Hugh nie miałby do niego żalu, gdyby nigdy nie wrócił.

Freddie musiał poinstruować lokaja, by nie spieszył się z zawiadamianiem ojca o zmianie, jaka zaszła w stanie Hugh, ponieważ minął niemal cały dzień, zanim lord Ramsgate wpadł do pokoju.

– Obudziłeś się – warknął.

Niezwykłe, że udało mu się to powiedzieć tak, że zabrzmiało jak oskarżenie.

– Ty cholerny idioto – syknął Ramsgate. – Omal nie dałeś się zabić. I w imię czego?

– Ja też się cieszę, że cię widzę, ojcze – odparł Hugh. Usiadł, wyciągając przed siebie strzaskaną nogę. Był niemal pewien, że sprawiał lepsze wrażenie, niż się czuł, ale wobec markiza Ramsgate nigdy nie wolno było okazywać słabości.

Nauczył się tego bardzo szybko.

Ojciec spojrzał na niego z niesmakiem, lecz poza tym zignorował sarkazm.

– Mogłeś zginąć.

– I ja tak sądzę.

– Myślisz, że to zabawne? – warknął markiz.

– Prawdę mówiąc, nie – odparł Hugh.

– Wiesz, co by było, gdybyś zginął.

Hugh uśmiechnął się słabo.

– Zastanawiałem się nad tym, oczywiście. Ale czy tak naprawdę ktokolwiek wie, co nas czeka po śmierci?

Boże, jakie to przyjemne – patrzeć, jak twarz ojca nadyma się i czerwienieje. Dopóki nie zaczyna pluć.

– Czy ty niczego nie traktujesz poważnie? – spytał ostro markiz.

– Wiele rzeczy traktuję poważnie, ale akurat nie to.

Lord Ramsgate wciągnął gwałtownie powietrze; cały trząsł się z wściekłości.

– Obaj wiemy, że twój brat nigdy się nie ożeni.

– Och, więc o to w tym wszystkim chodzi. – Hugh bardzo się starał udawać zaskoczonego.

– Nie pozwolę, żeby ta rodzina straciła Ramsgate!

Po tym wybuchu Hugh odczekał precyzyjnie odmierzoną chwilę, zanim powiedział:

– Ależ daj spokój, kuzyn Robert nie jest taki zły. Pozwolili mu nawet wrócić do Oksfordu. Hm, cóż, przynajmniej za pierwszym razem.

– Więc o to ci chodzi? – rzucił jadowicie markiz. – Próbujesz się zabić tylko po to, żeby zrobić mi na złość?

– Jestem pewien, że mógłbym cię rozzłościć w sposób niewymagający aż takiego wysiłku. I znacznie przyjemniejszy dla mnie.

– Jeśli chcesz mieć mnie z głowy, wiesz, co musisz zrobić – rzekł lord Ramsgate.

– Zabić cię?

– Ty przeklęty…

– Gdybym wiedział, że będzie tak łatwo, byłbym naprawdę…

– Po prostu ożeń się z jakąś głupią dziewuchą i daj mi dziedzica! – ryknął ojciec.

– Pomijając wszystko inne – rzekł Hugh z kamiennym spokojem – wolałbym, żeby nie była głupia.

Ojciec aż trząsł się cały z wściekłości i dopiero po dłuższej chwili był w stanie przemówić.

– Muszę mieć pewność, że Ramsgate zostanie w rodzinie.

– Nigdy nie powiedziałem, że się nie ożenię – powiedział Hugh, choć nie potrafił wskazać powodu, dla którego uznał za stosowne się odezwać. – Ale nie wtedy, kiedy ty sobie tego życzysz. Poza tym ja nie jestem twoim spadkobiercą.

– Frederick…

– Jeszcze może się ożenić – przerwał mu Hugh ostro, akcentując każdą sylabę.

Lecz ojciec tylko parsknął i skierował się do drzwi.

– Ach, ojcze! – zawołał Hugh, zanim Ramsgate zdążył wyjść z pokoju. – Czy mógłbyś posłać do rodziny lorda Winstead wiadomość, że może bezpiecznie wrócić do Anglii?

– Oczywiście, że nie. Jeśli o mnie chodzi, może gnić w piekle. Albo we Francji. – Markiz parsknął ponurym śmiechem. – Jak dla mnie, wychodzi na to samo.

– Nie ma powodu, żeby nie mógł wrócić – powiedział Hugh, wykazując cierpliwość, o jaką sam siebie nie podejrzewał. – Jak obaj zdążyliśmy zauważyć, nie zabił mnie.

– Ale cię postrzelił.

– Ja postrzeliłem go pierwszy.

– W ramię.

Hugh zacisnął zęby. Dyskusje z ojcem zawsze były wyczerpujące, a on już dawno powinien zażyć laudanum.

– To była moja wina – rzucił.

– Nie obchodzi mnie to – oświadczył markiz. – On odszedł na własnych nogach. Ty jesteś kaleką, który może nawet nie będzie w stanie spłodzić dzieci.

Hugh poczuł ogarniający go niepokój. Został postrzelony w nogę. W nogę.

– O tym nie pomyślałeś, prawda? – zadrwił ojciec. – Kula trafiła w tętnicę. To cud, że nie wykrwawiłeś się na śmierć. Doktor twierdzi, że noga utrzymała dość krwi, by ocaleć, ale Bóg wie, co z resztą. – Szarpnął za klamkę, otwierając z rozmachem drzwi i zanim wyszedł, rzucił przez ramię: – Winstead zrujnował mi życie. Ja zrujnuję życie jemu.

Dopiero po kilku miesiącach będzie można ocenić, na ile poważne są urazy, które odniósł Hugh. Kość udowa się goiła. Trochę.

Mięsień powoli się zrastał. A w każdym razie to, co z niego zostało.

Z drugiej strony, wszystko wskazywało, że jeszcze będzie mógł zostać ojcem.

Nie, żeby czuł taką potrzebę. A mówiąc ściślej – nie miał dotąd okazji.

Ale kiedy ojciec zapytał… a raczej zażądał… a właściwie zerwał z niego pościel w obecności jakiegoś niemieckiego doktora, którego Hugh wolałby nie spotkać w ciemnej uliczce…

Hugh natychmiast naciągnął na siebie kołdrę, udając potwornie zawstydzonego, i pozwolił ojcu myśleć, że został nieodwracalnie okaleczony.

I przez cały czas, przez cały długi i męczący okres rekonwalescencji, Hugh był zamknięty w domu ojca, gdzie przykuty do łóżka musiał znosić codzienne zabiegi pielęgniarki, której poczynania niepokojąco kojarzyły się z Hunem Attylą.

Jej fizjonomia zresztą również. Prawdę mówiąc, to skojarzenie nie było pochlebne.

Dla Attyli.

A mimo to lepsza siostra Attyla, jakkolwiek brutalna i opryskliwa, niż ojciec, który wpadał codziennie o czwartej po południu, z kieliszkiem brandy (jednym; nic dla Hugh) i najnowszymi wieściami z polowania na Daniela Smythe-Smitha.

I każdego dnia minutę po czwartej po południu Hugh prosił ojca, by przestał.

Po prostu przestał.

Ale oczywiście nie przestawał. Lord Ramsgate poprzysiągł ścigać Daniela, dopóki jeden z nich nie zginie.

W końcu Hugh poczuł się na tyle lepiej, by móc opuścić Ramsgate House. Nie miał dużo pieniędzy – tylko tyle, ile wygrał w karty, kiedy jeszcze grywał – ale wystarczyło na zatrudnienie kamerdynera i wynajęcie niewielkiego apartamentu w Albany, znanym jako miejsce, gdzie mogą zamieszkać dżentelmeni mający odpowiednie pochodzenie, lecz nieodpowiedni majątek.

Sam na nowo nauczył się chodzić. Przy dłuższych spacerach potrzebował laski, ale salę balową mógł przejść o własnych siłach.

Nie, żeby bywał w salach balowych.

Nauczył się żyć z cierpieniem – nieustającym bólem źle zrośniętej kości i pulsującym napięciem skręconego mięśnia.

I zmuszał się, by odwiedzać ojca, przemawiać mu do rozsądku, przekonywać, by przestał ścigać Daniela. Lecz nic nie skutkowało. Ojciec zapiekł się we wściekłości i kurczowo uchwycił tej jednej myśli. Nigdy już nie będzie miał wnuka, a winę za to ponosi hrabia Winstead.

Nie miało żadnego znaczenia, gdy Hugh przypominał, iż Freddie jest najzupełniej zdrowy i jeszcze może ich zaskoczyć i się ożenić. Mnóstwo mężczyzn znajduje sobie żony, mimo iż woleliby pozostać kawalerami. Markiz tylko splunął. Dosłownie splunął na podłogę i warknął, że nawet jeżeli Freddie znajdzie narzeczoną, nie uda mu się spłodzić syna. A nawet gdyby jakimś cudem mu się to udało, dziecko z pewnością nie będzie godne nosić ich nazwiska.

Nie, to wszystko było winą Winsteada. Hugh miał przecież dać mu dziedzica Ramsgate, a popatrzcie tylko na niego! Bezużyteczny kaleka! Który zapewne też nie będzie w stanie spłodzić syna.

Lord Ramsgate nigdy nie wybaczy Danielowi Smythe-Smithowi, tak niegdyś uwielbianemu hrabiemu Winstead. Nigdy.

A Hugh, dla którego jedyną ostoją w życiu była umiejętność spojrzenia na problem z różnych stron i znajdowania najlepszego rozwiązania, nie miał pojęcia, co począć. Niejeden raz myślał o tym, by się ożenić. Jednak mimo iż wszystko wydawało się działać poprawnie, zawsze należało się liczyć z możliwością, iż kula poczyniła jakieś zniszczenia. Poza tym – myślał patrząc na swoją zrujnowaną nogę – jaka kobieta by go teraz zechciała?

Lecz pewnego dnia coś sobie przypomniał – jedno zdanie z rozmowy z Freddiem, tuż po pojedynku.

Freddie powiedział, że nie próbował przekonywać markiza, na co Hugh odparł, że to oczywiste, a potem pomyślał: Bo kto próbowałby przekonywać szaleńca?

W końcu znalazł odpowiedź.

Tylko drugi szaleniec.

1

Fensmore niedaleko Chatteris Cambridgeshire Jesień 1824

Lady Sarahh Pleinsworth, weteranka trzech zakończonych niepowodzeniem sezonów w Londynie, rozejrzała się po salonie, który już wkrótce będzie należał do jej kuzynki, i oznajmiła:

– Śluby to prawdziwa plaga.

Towarzyszyły jej młodsze siostry, Harriet, Elizabeth i Frances, które – w wieku szesnastu, czternastu i jedenastu lat – jeszcze nie musiały się przejmować perspektywą małżeństwa. A jednak mogłyby okazać choć odrobinę współczucia.

W każdym razie mógł tego po nich oczekiwać ktoś, kto nie znał młodszych panien Pleinsworth.

– Dramatyzujesz – rzuciła Harriet, posyłając Sarah przelotne spojrzenie, zanim zanurzyła pióro w kałamarzu i wróciła do pisania przy biurku.

Sarahh powoli odwróciła się do niej.

– Piszesz sztukę o Henryku XIII i jednorożcu, a mi zarzucasz, że dramatyzuję?

– To jest satyra – odparła Harriet.

– Co to satyra? – wtrąciła się Frances. – Czy to to samo co satyr?

Oczy Elizabeth aż rozszerzyły się ze złośliwej satysfakcji.

– Tak! – wykrzyknęła.

– Elizabeth! – skarciła ją Harriet.

Frances przyjrzała się badawczo Elizabeth.

– To nie to samo, prawda?

– Powinno być – odparła Elizabeth. – Zważywszy, że przekonałaś ją do umieszczenia w tej historii przeklętego jednorożca.

– Elizabeth! – Sarah w gruncie rzeczy nie przeszkadzało to, że siostra zaklęła, ale zdawała sobie sprawę, iż jako najstarsza powinna być oburzona. Albo przynajmniej udawać oburzenie.

– Wcale nie zaklęłam – zaprotestowała Elizabeth. – To było życzenie.

Odpowiedziało jej pełne konsternacji milczenie.

– Jeśli na jednorożcu ciążyłaby klątwa – wyjaśniła Elizabeth – sztuka miałaby przynajmniej szansę być interesująca.

Frances jęknęła.

– Och, Harriet! Chyba nie skrzywdzisz jednorożca? Nie skrzywdzisz, prawda?

Harriet zasłoniła kartkę ręką.

– Cóż, w każdym razie nie bardzo.

– Harriet! – Głos Frances był zdławiony z przerażenia.

– Czy można w ogóle mówić o pladze ślubów? – zastanawiała się na głos Harriet, zerkając na Sarah. – A jeśli tak, to czy dwa wystarczą?

– Wystarczą – odparła ponuro Sarahh. – Jeżeli odbywają się tydzień po sobie. I jeżeli jesteś spokrewniona z jednym panem młodym i jedną panną młodą, a zwłaszcza jeśli musisz być druhną na ślubie, który…

– Ty będziesz druhną tylko raz – przerwała jej Elizabeth.

– I raz wystarczy – mruknęła Sarahh. Żadna kobieta nie powinna być zmuszona iść główną nawą kościoła z bukietem kwiatów, chyba że sama jest panną młodą, była panną młodą albo jest za młoda, żeby być panną młodą. W innym wypadku jest to po prostu okrucieństwo.

– Moim zdaniem to cudowne, że Honoria poprosiła cię, żebyś została jej druhną – wypaliła Frances. – To takie romantyczne. Może dopiszesz podobną scenę do swojej sztuki, Harriet?

– To dobry pomysł – odparła Harriet. – Mogę wprowadzić nową postać. Będzie wyglądała zupełnie jak Sarahh.

Sarahh nawet na nią nie spojrzała.

– Proszę, nie.

– Ależ nie, będzie bardzo zabawnie – upierała się Harriet. – Taki specjalny, smakowity szczegół tylko dla nas trzech.

– Jesteśmy cztery – zauważyła Elizabeth.

– Och, tak, przepraszam. Myślę, że zapomniałam o Sarah.

Sarahh uznała, że sprawa nie jest warta jej komentarza, ale skrzywiła się.

– Chodzi mi o to – mówiła dalej Harriet – że zawsze będziemy pamiętać, że byłyśmy właśnie tutaj, kiedy to wymyśliłyśmy.

– Mogłaby być podobna do mnie – powiedziała z nadzieją Frances.

– Nie, nie. – Harriet machnęła ręką. – Jest już za późno na takie zmiany. Już mam wszystko poukładane w głowie. Nowa postać musi byś podobna do Sarah. Zobaczmy… – zaczęła gorączkowo pisać. – Gęste ciemne włosy z lekką tendencją do kręcenia się.

– Głębokie, bezdenne oczy – wtrąciła nabożnym szeptem Frances. – Muszą być bezdenne.

– Z iskierką szaleństwa – dodała Elizabeth.

Sarahh obróciła się ku niej gwałtownie.

– Tylko podpowiadam – broniła się Elizabeth. – A teraz na pewno widzę szaleństwo.

– Tak myślałam – mruknęła Sarahh.

– Ani za wysoka, ani za niska – mówiła Harriet, wciąż pisząc.

Elizabeth uśmiechnęła się i przyłączyła do zabawy.

– Nie za chuda, nie za gruba.

– Och, och, och, ja też coś mam! – wykrzyknęła Frances, podskakując na sofie. – Nie za różowa, nie za zielona.

Po tych słowach zapadła cisza.

– Przepraszam? – wykrztusiła w końcu Sarahh.

– Trudno wprawić cię w zakłopotanie – wyjaśniła Frances – więc rzadko się rumienisz. I tylko raz widziałam, żebyś wymiotowała. To było wtedy, gdy wszystkie zjadłyśmy w Brighton nieświeżą rybę.

– Stąd zielona – rzekła z aprobatą Harriet. – Dobra robota, Frances. Bardzo sprytne. Ludzie naprawdę zielenieją, kiedy jest im niedobrze. Zastanawiam się, dlaczego tak jest.

– Od żółci – podpowiedziała Elizabeth.

– Czy musimy kontynuować tę rozmowę? – spytała Sarahh.

– Nie rozumiem, dlaczego jesteś w takim złym humorze – zauważyła Harriet.

– Wcale nie jestem w złym humorze.

– Ale nie jesteś w dobrym humorze.

Sarahh nie zadała sobie trudu, by zaprzeczyć.

– Ja na twoim miejscu skakałabym z radości – powiedziała Harriet. – Będziesz szła do ołtarza.

– Wiem o tym. – Sarahh opadła na sofę, jakby ostatnia sylaba była zbyt ciężka, by dało się stać, wypowiadając ją.

Frances wstała, podeszła do niej i spojrzała zza oparcia sofy.

– Nie chcesz iść do ołtarza? – Wyglądała nieco jak zaniepokojony mały wróbel, z głową przechyloną lekko w bok i drobnymi, szybkimi, jakby ptasimi ruchami.

– Niezbyt – odparła Sarahh. W każdym razie nie, dopóki nie będzie chodziło o jej własny ślub. Ale trudno byłoby jej powiedzieć o tym siostrom. Zbyt duża była między nimi różnica wieku, a o niektórych sprawach nie rozmawia się z jedenastolatką.

Ich matka straciła troje dzieci między Sarah i Harriet. Dwoje poroniła, a młodszy brat Sarah, jedyny chłopiec, jaki urodził się lady i lordowi Pleinsworthom, zmarł w kołysce, zanim skończył trzy miesiące. Sarahh była przekonana, że rodzice ubolewali, iż nie mają syna, ale musiała im przyznać, że nigdy się nie skarżyli. Kiedy rozmawiali o tym, że tytuł przejdzie kiedyś na kuzyna Sarah, Williama, nie narzekali. Wyglądało na to, że pogodzili się z tym, co ich spotkało. Mówiło się czasami o tym, że Sarahh mogłaby poślubić Williama, aby „wszystko było jak trzeba i zostało w rodzinie” (jak to kiedyś ujęła jej matka), ale William był o trzy lata młodszy od Sarah. Miał osiemnaście lat, właśnie zaczął studia w Oksfordzie i z pewnością nie zamierzał się żenić w ciągu najbliższych pięciu lat.

A nie mogło być mowy o tym, by Sarahh czekała pięć lat. W żadnym wypadku. Pod żadnym pozorem…

– Saro!

Podniosła wzrok. W samą porę. Elizabeth celowała w nią tomem poezji.

– Nie waż się! – ostrzegła ją.

Elizabeth westchnęła rozczarowana i opuściła książkę.

– Pytałam – powtórzyła (podobno) – czy wiesz, czy wszyscy goście już przyjechali.

– Tak mi się wydaje – odparła Sarahh, choć prawdę mówiąc, nie miała pojęcia. – Nic nie wiem o tych, którzy zatrzymali się w wiosce.

Następnego ranka ich kuzynka Honoria Smythe-Smith wychodziła za hrabiego Chatteris. Ceremonia miała się odbyć tu, w Fensmore, rodzinnym gnieździe Chatterisów w północnym Cambridgeshire. Jednak nawet wielki dom lorda Chatteris nie mógłby pomieścić wszystkich gości, którzy przyjechali z Londynu; kilku musiało zająć pokoje w okolicznych gospodach.

Pleinsworthowie, jako rodzina, zostali zakwaterowani w Fensmore i przyjechali prawie tydzień wcześniej, aby pomóc w przygotowaniach. A mówiąc dokładniej, ich matka pomagała w przygotowaniach. Zadaniem Sarah było pilnowanie sióstr, żeby nie wpakowały się w żadne kłopoty.

Co nie było łatwe.

Nad dziewczynkami powinna czuwać ich guwernantka i Sarahh mogłaby się zająć swoimi obowiązkami jako druhny Honorii, ale tak się złożyło, że guwernantka (teraz już była guwernantka) wychodziła za mąż tydzień później.

Za brata Honorii.

Co oznaczało, że kiedy wesele Chatteris-Smythe-Smithów dobiegnie końca, Sarahh (wraz z połową Londynu, jak się wydawało), będzie musiała wyruszyć w drogę z Fensmore do Whipple Hill w Berkshire, aby wziąć udział w ślubie Daniela Smythe-Smitha z panną Anną Wynter. Ponieważ zaś Daniel także był hrabią, wesele zapowiadało się imponująco.