Wszystkie moje kłamstwa - Jess Ryder - ebook
NOWOŚĆ

Wszystkie moje kłamstwa ebook

Jess Ryder

4,0

105 osób interesuje się tą książką

Opis

Po hipnotyzującym Wszystkie nasze tajemnice i wkręcającym Zmyśleniu Jess Ryder wraca z kolejnym fenomenalnym thrillerem! Jej historie uzależniają jak narkotyk.

W dniu swoich czterdziestych urodzin Erin jest najszczęśliwszą kobietą na świecie. Przedszkole, które prowadzi, prosperuje świetnie. Otaczają ją oddani pracownicy i wspierające przyjaciółki. Mąż wielbi ziemię, po której ona stąpa. Dzieci się im udały.

No właśnie. Dzieci.

Wychowywana w surowej katolickiej rodzinie Erin, jako nastolatka, oddała do adopcji swoją pierworodną córkę.

Nigdy jej nie szukała.

Nigdy nie powiedziała o tym mężowi.

Nigdy nie zastanowiła się, co się stanie, gdy dziewczynka dorośnie.

Kłamstwo ułatwiło jej życie. Do czasu.

Erin rozumie, że popełniła wielki błąd. Teraz za wszystkie swoje kłamstwa zapłaci życiem. Może nawet dosłownie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 436

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla mojej matki

Prolog

Erin

Teraz

Powinnam była powiedzieć o wszystkim Tomowi, gdy tylko się poznaliśmy. Ta właśnie myśl chodzi mi po głowie podczas pobytu w policyjnej celi. Moje życie zostało podzielone przez ten okropny błąd – przed i po tym, jak Tom się dowiedział. Gdybym miała go po swojej stronie, poradziłabym sobie z innymi problemami, nawet tymi największymi. Ale nigdy nie dałam mu szansy. Był wtedy taki niewzruszony, tak przekonany o swojej racji.

„Obiecaj, że nigdy mnie nie okłamiesz, Erin. – Właśnie to powiedział w wieczór przed naszym ślubem. – Nie zniosę tego. Jeśli chociaż raz zawiedziesz moje zaufanie, to będzie koniec naszego małżeństwa”.

Mogłam – powinnam była – powiedzieć mu wtedy, ale stchórzyłam. Ceremonia w urzędzie stanu cywilnego była już zaplanowana, przyjęcie weselne zorganizowane, miesiąc miodowy opłacony. A przede wszystkim w moim brzuchu rósł Oliver. Znalazłam kogoś, kto chciał spędzić ze mną resztę życia i zostać ojcem mojego dziecka, i wolałam nie ryzykować. Trzymałam buzię na kłódkę, a potem było już za późno.

W celi panuje chłód, chociaż dzień jest ciepły i słoneczny. Wyginam plecy, rozciągając bolące mięśnie. Od jak dawna tutaj czekam? Musiało minąć wiele godzin. Czas stał się ruchomym przedmiotem, którego już nie potrafię schwycić.

Podejrzewam, że gromadzą więcej dowodów. Albo grają na zwłokę, żeby mnie złamać. Mogą mnie tu trzymać przez dwadzieścia cztery godziny, potem będą musieli postawić mi zarzuty albo mnie wypuścić. Jestem świadkiem czy podejrzaną? Detektyw prowadzący śledztwo wie, że kłamię, ale nie potrafi zrozumieć dlaczego. Gdyby poprosił, żebym opowiedziała mu całą historię od początku, wszystko stałoby się jasne i załatwilibyśmy tę sprawę w kilka minut. On jednak chce tylko wiedzieć, co się wydarzyło wczoraj pomiędzy dziesiątą a jedenastą wieczorem.

Nie zamierzam mu pomagać. Za wszelką cenę będę się trzymać swojej wersji. Chcę, żeby postawili mi zarzuty – postanowiłam na to nalegać. Tylko tak mogę odpokutować za prawdziwą zbrodnię, którą popełniłam przed laty, chociaż nie zrobiłam wtedy niczego nielegalnego. Oddanie dziecka do adopcji wydawało mi się właściwą decyzją. Wierzyłam, że w ten sposób rozwiązuję problem, a nie go potęguję. Byłam taka naiwna. Ani razu nie pomyślałam o tym, co może się wydarzyć, gdy dziewczynka dorośnie.

Część pierwsza

1

Erin

Styczeń 2020

To był dzień moich czterdziestych urodzin i myślałam, że mam wszystko pod kontrolą. Byłam zadowolona z nowej fryzury, a niskowęglowodanowa dieta zrobiła swoje i przylegająca sukienka, do której zakupu mnie namówiono, już nie opinała mi się na brzuchu. „Całkiem nieźle, jak na mój wiek” – pomyślałam, przeglądając się w lustrze garderoby.

Urządzaliśmy przyjęcie – wielkie przyjęcie z okazji okrągłej rocznicy. Byłabym zupełnie szczęśliwa, gdybym mogła spędzić ten dzień wyłącznie z Tomem i dziećmi. Posiłek w lokalnej włoskiej restauracji, może wyprawa do kina. Ale nie, mój mąż nalegał, że musimy uczcić te urodziny w gronie najbliższych i przyjaciół. Wymieniałam kolejne powody, dla których nie było to możliwe do zorganizowania: stres w pracy, nieprzewidywalna pogoda o tej porze roku, brak miejsca w domu na przyjęcie tylu gości, przygotowania Oliego do egzaminów, moje mieszane uczucia w związku z przekroczeniem czterdziestki… Tom obalał te wymówki jedną po drugiej.

Teraz był na dole i nadzorował przygotowania, od czasu do czasu przybierając nauczycielski ton. Dzieciaki dla odmiany ten jeden raz współpracowały. Oli odłożył na bok podręczniki do historii i przywdział elegancką koszulę, a Chloe o dziwo nie zbuntowała się, gdy oprotestowałam jej porwane szorty nałożone na fioletowe kabaretki. Słońce właśnie zaczęło przedzierać się przez chmury, a wiatr przycichł. Nie było już odwrotu, przyjęcie miało się odbyć i z zaskoczeniem stwierdziłam, że jestem podekscytowana.

Z reguły nie obchodziłam urodzin. Powtarzałam wszystkim, że nie lubię być w centrum zainteresowania i nie chcę, by robili wokół mnie tyle zamieszania (chociaż czasem było mi przykro, gdy brali sobie moje słowa za bardzo do serca). Trudno było udawać, że nie chcę, aby ludzie okazywali mi miłość. Biedny Tom nie potrafił tego zrozumieć; nazywał to fobią i uważał, że to przejaw strachu przed starzeniem. Ale to nie miało nic wspólnego z moim wiekiem.

Urodziny innych nie stanowiły dla mnie problemu. Właściwie to prawie miałam na ich punkcie obsesję. Potrafiłam wyrecytować z pamięci daty urodzin wszystkich przyjaciół, krewnych, sąsiadów, współpracowników, a nawet ludzi, których ledwie znałam. Niezawodnie wysyłałam solenizantom kwiaty, kartki czy esemesy z życzeniami i regularnie przynosiłam do pracy pączki. To był mój szczególny talent – pamiętanie o wszystkich. Nigdy nie potrzebowałam przypominajek z Facebooka.

Dla mnie było oczywiste, dlaczego to robiłam. Zawarłam sekretny układ z Bogiem. Świętowałam urodziny innych i odmawiałam celebrowania własnych, żeby rozgrzeszył mnie z ignorowania jej urodzin. Oczywiście tak naprawdę ich nie ignorowałam – to byłoby niemożliwe. Każdego roku, gdy zbliżał się kwiecień, czułam lęk na myśl o konieczności przerzucenia kartki kuchennego kalendarza. Wiedziałam, że ta data będzie mnie kłuła w oczy przez cztery tygodnie, zakreślona grubym, niewidzialnym flamastrem. Gdy nadchodził ten dzień, zawsze niósł ze sobą ból, zimny i dokuczliwy jak skaleczenie papierem, ale ukrywałam go przed wszystkimi.

Kiedy kończyłam nakładać makijaż, nie miałam pojęcia, co przyniesie mi los tego popołudnia. Wszystko toczyło się gładko. Niewielki zespół cateringowy ciężko pracował w kuchni, przygotowując malutkie szaszłyki, crostini i tartaletki. W ogrodzie czekał już ogrzewany namiot, do którego wchodziło się prosto z jadalni. Trawa została przykryta obrzydliwym niebieskim dywanem, a białe plastikowe krzesła tłoczyły się wokół chwiejnych stolików ozdobionych stroikami z kwiatów. Różowe i srebrne balony były wszędzie. To przypominało przyjęcie weselne dla jednej osoby.

– Mamo! Zejdziesz wreszcie czy nie?! – zagrzmiał Oli, głosem wyjątkowo głębokim jak na osiemnastolatka.

– Za chwilkę! – odkrzyknęłam.

– Tata mówi, żebyś się pospieszyła!

– Już idę, okej?!

Popsikałam się perfumami za uszami i na nadgarstkach. Według zegara w sypialni do początku imprezy zostało jeszcze dwanaście minut, ale ktoś na pewno przybędzie za wcześnie, a ja powinnam stać przy drzwiach, by ściskać i całować gości, i odbierać nieuchronne bombonierki oraz orchidee w doniczkach. Na zaproszeniach napisaliśmy, że nie chcemy prezentów, ale wiedziałam, że większość ludzi zignoruje tę prośbę.

Jak na zawołanie, rozległ się dzwonek do drzwi, a ja poczułam ucisk w piersi i przypomniałam sobie, jak to było, gdy rodziłam Chloe. Na pępowinie zrobił się supeł i za każdym razem, gdy miałam skurcz, węzeł się zacieśniał i jej tętno zwalniało. Właśnie tak się wtedy czułam – jakby ktoś wyciskał mi powietrze z płuc. Pomyślałam, że to tylko skutek uboczny nadmiernej ekscytacji, ale może już przeczuwałam, co się wydarzy. Wstałam i wcisnęłam stopy w nowe szpilki ze szpiczastymi noskami, z góry wiedząc, że przypłacę to odciskami pod koniec dnia.

– Wow! – zawołał Tom, gdy pojawiłam się u szczytu schodów i chwiejnym krokiem zaczęłam schodzić na dół. – Wyglądasz fantastycznie.

Nasi pierwsi goście uśmiechnęli się do mnie z przedpokoju, po czym wręczyli mi kartkę z życzeniami i bukiet żółtych frezji.

– Och, dziękuję, nie trzeba było. – Z wdzięcznością powąchałam kwiaty. – Zapraszam do jadalni. Oli poda wam drinki, a Chloe odbierze od was płaszcze.

– Jeśli uda nam się ściągnąć ją na dół – wymamrotał Tom, gdy sąsiedzi oddalili się już na tyle, by nas nie słyszeć. – Wy, dziewczyny, jesteście siebie warte. Bóg jeden wie, co ona tam wyprawia.

– Zajmuje się byciem czternastolatką. – Zaśmiałam się. – Przyniesiesz mi coś do picia? Colę albo napój z kwiatu dzikiego bzu. Och, i kilka kanapeczek na uspokojenie żołądka.

Pocałował mnie szybko w usta.

– Nie masz się czym denerwować. Jesteś już dorosła.

– Chciałeś powiedzieć „w średnim wieku”.

– Nic z tych rzeczy. Ludzie dożywają dziś dziewięćdziesiątki, co oznacza, że masz jeszcze z pięć lat. – Puścił do mnie oko, odchodząc.

Miałam ochotę za nim pobiec i dać mu buziaka, ale znowu zadzwonił dzwonek.

Otworzyłam drzwi i powitało mnie morze znajomych twarzy: Asha i Holly – moje najlepsze przyjaciółki; mąż Ashy Joe; Hilary – menadżerka mojego przedszkola, i jej partnerka Rebecca; Mark i Steve – koledzy Toma z halówki, oraz ich żony, których imion zapomniałam. Wszyscy przybyli naraz.

– Juhu!!! Solenizantka we własnej osobie! – krzyknęła Asha.

Hilary zamachała butelką szampana. Zdziwił mnie taki wybór prezentu, wiedziała przecież, że nie piję alkoholu.

– Powiedziano mi, że to twoje czterdzieste urodziny, ale wyglądasz najwyżej na dwadzieścia jeden lat – rzucił Joe gładko.

– Och, daj spokój, na litość boską. – Żartobliwie trzepnęłam go w ramię, gdy przekraczał próg. – Wchodźcie, wchodźcie, wspaniale was widzieć! Mua! Mua!

Ucisk w piersi zelżał, gdy zdałam sobie sprawę, że wszystko będzie dobrze. Właściwie było bardziej niż dobrze; naprawdę świetnie się bawiłam. W każdym razie przez następne dwie godziny…

Zbliżała się czwarta po południu, a impreza trwała w najlepsze. Goście skonsumowali setki tartinek, a w pomieszczeniu gospodarczym piętrzyły się już puste butelki. Szmer rozmów wił się przez dom niczym wstążka, od czasu do czasu zawiązywana w kokardę nagłego śmiechu. Dawno już porzuciłam niewygodne buty i dryfowałam boso od grupy do grupy, ściskając wszystkich i udając, że słyszę, co do mnie mówią.

Wspaniale było zobaczyć tak wiele bliskich mi osób w jednym miejscu. Dziewczyny z pracy tańczyły w namiocie do naszych ulubionych hitów z lat dziewięćdziesiątych, wymachiwały kieliszkami z winem i zatrzymywały się co chwila, by zapozować do zdjęcia. Mama Toma i jej dwie starsze siostry uciekły do salonu i siedziały na sofie, plotkując i popijając herbatę. Rozmaici znajomi, zebrani przez lata niczym plony z różnych pól, kręcili się po domu: koledzy Toma ze studiów, kobiety z grupy dla matek z dziećmi, do której dołączyłam, gdy urodził się Oli, lokalni znajomi, garstka sąsiadów. Asha i Holly, oczywiście.

Żadnej rodziny z mojej strony. Czekałam, aż ktoś to skomentuje, i już miałam gotową wymówkę: „Moi rodzice mieszkają bardzo daleko… Nie lubią dużych zgromadzeń… Odwiedzę ich wkrótce i będziemy świętować oddzielnie”. Wszystko to były kłamstwa – cóż, przynajmniej ostatnie dwa zdania. Mama i tata rzeczywiście opuścili dom, w którym się wychowałam, i kilka lat temu przenieśli się do Kornwalii. Znaliśmy swoje adresy i numery telefonów, ale wszyscy rozumieliśmy, że należy z nich korzystać wyłącznie w nagłych wypadkach.

Asha i Holly siedziały przy jednym z plastikowych stolików, pogrążone w rozmowie, która wyglądała na zbyt poważną jak na imprezę. Asha najwyraźniej pocieszała Holly, tymczasem Joe wybrał się na poszukiwania kolejnej butelki wina, co raczej nie było dobrym pomysłem. Gdy Holly się upiła, zawsze wygłaszała tyrady na temat nienawiści do samej siebie. Była bezdzietną rozwódką, co czyniło ją szczególnie zgorzkniałą. Miała dziś przyjść ze swoim nowym facetem, ale wykręcił się w ostatniej chwili.

Obserwowałam ich język ciała, próbując się domyślić, o czym rozmawiają. Asha wstała i poklepała Holly po głowie, po czym weszła do środka. Pewnie zmierzała do łazienki.

– Hej, jak się masz? – zapytał Tom, niepostrzeżenie stając u mego boku.

– Wspaniale. Zjadłam za dużo pasztecików z chorizo, ale cóż…

– Przepraszam, że zniknąłem na tak długo. Krążyłem między gośćmi. – Troskliwie pogłaskał mnie po plecach. – Chcesz zatańczyć? Oli odwalił kawał dobrej roboty przy układaniu playlisty. To same nasze ulubione kawałki.

– Może później. Nie rozmawiałam jeszcze z dziewczynami. Znowu jakiś facet wystawił Holly. Biedaczka, ledwie tu dziś przyszła, uwierzysz? Chyba powinnam trochę odciążyć Ashę, wiesz.

– Tylko nie zaniedbuj innych gości. Jeśli będziesz mnie potrzebować, znajdziesz mnie na parkiecie. Idę popodrywać dziewczyny z przedszkola.

– Ani mi się waż!

Pocałował mnie i zniknął w tłumie gości. Właśnie szukałam odpowiednich słów pocieszenia dla Holly, czegoś w stylu: „A komu potrzebni faceci?”, gdy wróciła Asha.

Ach… tenmoment. Powinien mu towarzyszyć grom z jasnego nieba albo grzmiący głos Boga zagłuszający muzykę. Tymczasem moje przeznaczenie przybyło pod postacią małej czerwonej koperty.

– Znalazłam to na wycieraczce – powiedziała Asha. – Chyba kartka urodzinowa. Ale ktoś dostarczył ją osobiście.

– To dziwne. Dlaczego nie zapukał?

– Pewnie to od sąsiada, który chciał ci zrobić przytyk, że nie został zaproszony.

– Ale my zaprosiliśmy właściwie całą ulicę. Tom nalegał. Powiedział, że dzięki temu nikt nie będzie się skarżył na głośną imprezę.

Asha wzruszyła ramionami.

– No to nie wiem, może wypadła z prezentu? W każdym razie lepiej wrócę do Holly. Jest w kiepskim stanie.

– Za chwilkę do was przyjdę.

Asha podziękowała mi i ruszyła w stronę stolika. Bez namysłu rozerwałam kopertę i wyciągnęłam kartkę urodzinową ozdobioną kieliszkiem szampana, z którego unosiły się bąbelki, oraz srebrną liczbą „40” w górnym rogu. Ale to wiadomość w środku sprawiła, że serce podeszło mi do gardła.

„Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, mamo!

Z wyrazami miłości od dziewczynki, którą oddałaś”.

2

Erin

Lipiec 1994

Jestem w parku z Ashą, Holly i tysiącem innych nastolatków. W uszach mi brzęczy, a dźwięk wydobywający się z systemu nagłaśniającego wibruje mi w klatce piersiowej; czuję dotyk i zapach obcych spoconych ciał, podczas gdy wszyscy skaczemy w rytm muzyki, unosząc pięści. Gardła mamy zdarte od krzyku.

Jesteśmy na koncercie zespołu Acacia Drive, trzech kolesi, którzy kiedyś chodzili do naszej szkoły, a teraz jakimś cudem wylądowali na szczycie list przebojów muzyki niezależnej. Wrócili tu jako główna gwiazda festiwalu Summerfest, weekendowej imprezy odbywającej się w lokalnym parku miejskim. Wśród atrakcji znalazły się przedstawienia lalkowe, zabawy plastyczne dla dzieci, stoiska z jedzeniem, klauni, żonglerzy, artyści uliczni, bajarze i muzycy, a punktem kulminacyjnym miał być darmowy koncert na świeżym powietrzu, zorganizowany na prawdziwej scenie. To najbardziej ekscytujące wydarzenie, jakie kiedykolwiek odbyło się w Camford, nudnym miasteczku targowym leżącym pośrodku jeszcze nudniejszych wiejskich terenów hrabstwa Essex.

Początkowo mama i tata nie chcieli mnie puścić. Niedzielny koncert miał się skończyć za późno, ja byłam za młoda, a rodzice bali się tłoku, kieszonkowców, narkotyków i podejrzanych ludzi czających się w krzakach i czekających tylko na to, aby się na mnie rzucić. A przede wszystkim następnego dnia miałam szkołę.

Ja wysuwałam własne argumenty. Letni semestr zbliżał się ku końcowi i na lekcjach niewiele się działo. Nie miałam w tym roku egzaminów, no i przecież chodziło o koncert w lokalnym parku, a nie o wyprawę na Glastonbury. Ale niezależnie od tego, jak bardzo próbowałam uspokoić ich obawy, pozostawali nieugięci. Nadszedł weekend i moja sytuacja wyglądała nieciekawie. Asha i Holly wybierały się na koncert, podobnie jak większość ludzi z mojej klasy. Właściwie miał tam się pojawić każdy, kto był chociaż odrobinę cool. Wiedziałam, że jeśli mnie tam zabraknie, będą się ze mnie nabijać przez całe wakacje.

Na szczęście ocalił mnie tata Ashy, który zaproponował, że podwiezie naszą trójkę do parku, a potem odbierze nas po koncercie, punktualnie o dziesiątej wieczorem. To było genialne rozwiązanie. Rodzice Ashy mieli jeszcze większą obsesję na punkcie dobrych ocen i odrabiania prac domowych niż moi, więc skoro oni byli gotowi spuścić swoją czternastoletnią córkę ze smyczy na jeden wieczór, mama i tata nie mogli dłużej oponować.

Przeszmuglowałam do Holly imprezowe ciuchy i poświęciłyśmy całe popołudnie na przygotowania – czesałyśmy się nawzajem, malowałyśmy sobie paznokcie i robiłyśmy makijaż, pożyczyłam też od niej buty na obcasie. W końcu chwiejnym krokiem ruszyłyśmy do Ashy. Jej tata był nieco zaszokowany, gdy pojawiłyśmy się na jego progu takie wystrojone, jednak nie skomentował tego, tylko zapędził nas do samochodu i zawiózł do centrum.

Ale najważniejsze, że nam się udało i naprawdę tu byłyśmy. Przepchnęłyśmy się przez tłum, żeby mieć przyzwoity widok. Support okazał się trochę nudny, ale Acacia Drive to niesamowity zespół. Wciąż próbuję ich sobie wyobrazić jako uczniów trzeciej klasy liceum, w mundurkach Greenfield, biegających po korytarzach albo grających w piłkę na szkolnym boisku… To było nie tak dawno temu, a teraz są sławni. Może i dla mnie jest jeszcze nadzieja.

Ludzie unoszą zapalniczki jak na prawdziwym koncercie, a ja zauważam grupę starszych chłopaków stojących nieopodal. Jeden z nich – najprzystojniejszy, a co za tym idzie, ich lider – obserwuje mnie. Czuję, jak przeszywa mnie wzrokiem, podczas gdy kiwam biodrami i wymachuję rękami nad głową. Za każdym razem, gdy się odwracam, gapi się na mnie z uśmieszkiem w kąciku ust.

– Chcesz trochę?! – woła, unosząc dużą butelkę wody mineralnej.

– Tak, dzięki, umieram z pragnienia. – Chwytam butelkę i biorę długi, entuzjastyczny łyk.

Ale to nie woda, tylko alkohol. Chyba wódka zmieszana z jakimś napojem. Próbuję powstrzymać kaszel. Cokolwiek właśnie wypiłam, sprawiło, że w gardle czuję ogień, ale udaję, że od początku wiedziałam, na co się piszę. Biorę kolejny łyk i pozwalam, by alkohol zaczął krążyć w żyłach.

– Dokończ, jeśli chcesz – mówi chłopak, skupiając wzrok na strumyczku potu ściekającym mi między piersiami.

Śmieję się i zatrzymuję butelkę, popijając z niej od czasu do czasu w trakcie tańca. Przysuwam się do chłopaka coraz bardziej. Rozsądna Asha rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie, ale udaję, że tego nie zauważam.

Jest niemal dziesiąta, lecz koncert trwa w najlepsze. Główny wokalista przechadza się po scenie i pochyla, żeby dotknąć dłoni dziewcząt. Moje ciało przypomina napięty bęben. Efekty świetlne pulsują kolorami w moim mózgu.

– Lepiej już chodźmy! – woła Asha. – Nie chcę potem utknąć w tłumie wychodzących!

– Okej… Chodź, Erin. – Holly klepie mnie po ramieniu.

Gdy odwracam się, żeby na nią spojrzeć, moja głowa potrzebuje ułamka sekundy dłużej, by nadążyć za ciałem.

– Ale koncert jeszcze się nie skończył – jęczę, spoglądając tęsknie w stronę sceny. Z pewnością nie musimy wybiegać z parku jak trzy Kopciuszki. W sekrecie opróżniłam do końca butelkę z wódką i czuję się rozkosznie zbuntowana. – Twój tata na pewno poczeka.

– Powiedział, że mamy się stawić punktualnie o dziesiątej; taka była umowa. – Asha wygląda na zaniepokojoną. – Proszę, Erin.

– Okej, okej… – Przewracam oczami, zirytowana, ciskam butelkę na ziemię i ruszam za przyjaciółkami, klucząc w tłumie w stronę wyjścia.

Po kilku metrach ktoś łapie mnie za rękę. Odwracam się gwałtownie. To koleś, który dał mi wódkę; koleś, który gapił się na mnie przez cały wieczór.

– Nie idź! – woła, przekrzykując muzykę. – Wieczór dopiero się zaczyna!

Alkohol szumi mi w głowie; czuję miękkość w kolanach, moja dłoń słabnie w jego uścisku.

– Ale ja obieca… – zaczynam, jednak słowa giną w ogłuszającym aplauzie.

Zespół ogłosił, że to będzie ich ostatni utwór.

– A co mi tam. – Pozwalam, by przemawiał przeze mnie alkohol, i ani się obejrzę, a chłopak wsadza mi język do gardła.

Wyczuwam, że park powoli pustoszeje wokół nas, docierają do mnie urywki rozmów i wybuchy śmiechu mijających nas ludzi. Temperatura nagle spada i gdy odrywamy się od siebie, niebo jest ogromne i pełne gwiazd. W głowie mi się kręci i zataczam się w srebrnych sandałkach Holly, podczas gdy chłopak prowadzi mnie do pobliskiego drzewa i opiera o szorstką korę. Całuje mnie wygłodniale, niemal brutalnie. Jego kilkudniowy zarost drażni moją miękką, młodą skórę. Zaczyna rozpinać guziki mojej bluzki, ale przykrywam jego dłonie swoimi i szepczę:

– Nie tutaj.

– Ile masz lat? – pyta, odsuwając się, i przygląda mi się uważniej.

Większość makijażu spłynęła mi z twarzy razem z potem.

– Szesnaście – mówię, szybko dodając sobie dwa lata.

On wygląda na co najmniej dwadzieścia.

– Jak masz na imię, księżniczko?

– Erin – mówię, a on znowu mnie całuje. – A ty?

– Ja? – odpowiada takim tonem, jakbym powinna to wiedzieć. – Jestem Dean. Dean Philips.

Uśmiecham się i kiwam głową, chociaż to nazwisko nic mi nie mówi.

– Lepiej już pójdę – mówię, otumaniona. – Przyjaciółki… czekają…

– Nieee, już dawno się poddały.

Jak długo całowaliśmy się pod tym drzewem? Dziesięć minut? Pół godziny? Jego kumple czekają jakieś dwadzieścia metrów dalej, z rękami w kieszeniach, kopiąc ziemię czubkami butów, i wyglądają na zniecierpliwionych. Kilku maruderów wciąż kręci się po parku, a zespół porządkowy w żółtych kamizelkach zbiera śmieci do worków. Potężni faceci w czarnych T-shirtach demontują oświetlenie na scenie i pakują głośniki do ogromnych lśniących kontenerów.

– Muszę już iść… – Próbuję się oderwać od drzewa. Czy tata Ashy wciąż na mnie czeka, czy już odjechał? Na pewno powie moim rodzicom, że nie pojawiłam się na miejscu zbiórki. A co, jeśli mój ojciec wskoczy do samochodu, przyjedzie tu i wywlecze mnie z parku jak małe dziecko? To byłoby kompletnie upokarzające, szczególnie gdyby doszło do tego na oczach Deana. A co, jeśli mama zadzwoni na policję?

Euforia zaczyna słabnąć i robi mi się niedobrze. Muszę odnaleźć dziewczyny albo złapać autobus. Tak czy inaczej, wpakowałam się w niezłe kłopoty.

– Przepraszam… muszę iść.

– Nie dotrzesz do domu w takim stanie – protestuje Dean. – Odwieziemy cię. – Strzela palcami, przywołując kolegów, którzy podbiegają do niego posłusznie. – Gary? Sprowadź samochód. Dziewczyna potrzebuje podwózki.

Gary – wysoki, chudy i pryszczaty koleś – macha kluczykami w odpowiedzi i rusza w stronę parkingu znajdującego się kilkaset metrów dalej. Wiem, że wypił co najmniej tyle samo co ja i na pewno nie powinien prowadzić, ale nic nie mówię. Muszę się dostać do domu, i to szybko.

Wytaczam się z parku, podtrzymywana przez Deana, który obejmuje mnie w talii tak mocno, że niemal nie dotykam stopami ziemi. Jego kumple idą przodem, szturchają się nawzajem żartobliwie i rzucają pod nosem sprośne komentarze, których nie rozumiem. Ale nie boję się ich; czuję się bezpieczna. Dean jest ich szefem i wiem, że się mną zaopiekuje.

Gary zatrzymuje forda mondeo na skraju trawnika, a Dean otwiera drzwi, żebym zajęła miejsce z tyłu, i siada obok mnie. Inny koleś, który – jak później się dowiem – ma na imię Mark, wsiada z drugiej strony i celowo przesuwa się tak, żeby nasze uda się stykały. Przypominam nadzienie w ich męskiej kanapce.

Podaję im nazwę ulicy, przy której mieszkam, i ruszamy z piskiem opon. Gary brawurowo pokonuje zakręty, wciskając hamulec w ostatniej chwili i przyspieszając na pomarańczowym świetle. Dean cały czas obejmuje mnie ramieniem, a drugą ręką gładzi mnie po udzie. Kąsa moją szyję niczym wampir wgryzający się w miękkie ciało. Czuję, że Mark jest spięty. Mocniej dociska nogę do mojej, ale nie ma odwagi zrobić nic więcej. Jestem zabawką Deana; nie do podziału.

W samochodzie śmierdzi potem i fajkami. Gary włącza głośną muzykę i spuszcza szyby. Mark bębni dłońmi o tył fotela pasażera, a koleś siedzący z przodu – już zapomniałam, jak się nazywa – mówi mu, żeby przestał.

– Wysadźcie mnie tutaj! – wołam, gdy docieramy do wylotu ulicy Coleridge Close. Mieszkam na samym końcu i nie chcę, by Gary próbował potem zawracać na trzy przed moim domem.

Dean otwiera drzwi i wysiada. Przesuwam się po siedzeniu i właściwie wypadam na chodnik. Uderza mnie świeże powietrze i boję się, że zaraz zwymiotuję na jego oczach.

– Jesteś kompletnie nawalona. – Dean się śmieje. Dźwiga mnie z ziemi i opiera o bok samochodu, żeby obmacać mnie na pożegnanie. – Większość wieczorów spędzamy w barze Craven Arms przy Main Street. Kojarzysz to miejsce?

Kiwam głową.

– To wpadnij tam i mnie poszukaj, okej? Wkrótce.

– Okej. Dzięki za podwózkę.

– Cała przyjemność po mojej stronie, księżniczko. Uważaj, jak idziesz.

Odsuwa się i wypuszcza mnie z objęć. Odzyskuję równowagę i chwiejnym krokiem ruszam w stronę domu. Nie mam odwagi obejrzeć się przez ramię, bo boję się, że znowu upadnę, ale słyszę, jak drzwiczki trzaskają i samochód odjeżdża z piskiem.

Światła na dole wciąż się palą. Matka musiała wyglądać przez okno, bo otwiera drzwi, gdy tylko wkraczam na dróżkę prowadzącą do wejścia.

– Erin – warczy. – Wchodź do środka, natychmiast. Twój ojciec cię szuka. Jest wściekły.

Gdy przekraczam próg, natychmiast trzeźwieję.

– To nie była moja wina – protestuję. – Zgubiłam się w tłumie. Szukałam ich, ale już zniknęli. Nie poczekali na mnie.

Matka wymierza mi policzek.

– Nie kłam! Wiem, co robiłaś. Śmierdzisz alkoholem, a makijaż masz zupełnie rozmazany. Wyglądasz jak dziwka. Nie opuścisz tego domu przez następne dwa tygodnie, słyszysz mnie? A teraz marsz na górę.

Wspinam się po schodach do swojego pokoju, cały czas walcząc z zawrotami głowy. Nie obchodzi mnie to, że zostałam ukarana. W tym momencie wydaje mi się, że było warto. Nie mogę przestać myśleć o Deanie, o tym, jak mnie całował, dotykał, jak nazywał mnie księżniczką. Znajdę sposób, by wymknąć się z domu i spotkać z nim w Craven Arms. On chce mnie jeszcze zobaczyć. Czeka na mnie.

3

Erin

Styczeń 2020

Serce zabiło mi szaleńczo w piersi i zrobiło mi się słabo. Musiałam uciec na górę, do sypialni. Trzymałam urodzinową kartkę w dwóch palcach, jak coś martwego. Miałam ochotę rzucić ją na ziemię, ale nie śmiałam. Chciałam ją zniszczyć, ale nie mogłam. Chociaż nogi miałam jak z ołowiu, powlokłam się do przedpokoju i zaczęłam wspinać po schodach.

Tom musiał zauważyć, że opuszczam salon, bo pojawił się nagle obok.

– Kochanie? Dokąd idziesz? Zaraz będzie tort!

– Daj mi kilka minut. Muszę… eee… inne buty – wydusiłam z trudem. Bałam się, że zapyta, dlaczego ściskam w palcach czerwoną kopertę, jakby od tego zależało moje życie, ale chyba jej nie zauważył.

Dotarłam do sypialni i zamknęłam za sobą drzwi. Gdy usiadłam na łóżku, ogarnęły mnie mdłości. Nie miałam za dużo czasu, żeby wziąć się w garść. Tom na razie mi odpuścił, ale nie pozwoli, bym ukrywała się za długo.

Głowa pękała mi w szwach od pytań. Skąd ona wiedziała, gdzie mnie znaleźć? Dlaczego czekała tak długo, żeby się ujawnić? Dlaczego ze wszystkich dni wybrała akurat moje czterdzieste urodziny? Zupełnie jakby wrzuciła do domu granat ręczny w nadziei, że eksploduje na oczach mojej rodziny i moich przyjaciół i zniszczy całą uroczystość. Dlaczego to zrobiła?

Poczułam przypływ gniewu, ale potem zdałam sobie sprawę, że patrzę na całą sytuację z niewłaściwej strony. Skąd mogła wiedzieć, że jej istnienie stanowi mroczny sekret? Pewnie po prostu pomyślała, że zrobi mi wspaniałą niespodziankę – najlepszy prezent urodzinowy ze wszystkich.

Drżącymi palcami znowu otworzyłam kopertę i wyciągnęłam kartkę, szukając jakichś informacji na temat młodej kobiety, która mi ją przysłała. Wciąż nie mogłam pojąć, że to wiadomość od mojego dziecka, od mojej dorosłej córki…

Zawsze, gdy o niej myślałam, wyobrażałam sobie niemowlę. Pamiętałam, jaka była różowa i miękka, z podpuchniętymi oczami i zmarszczkami jak u staruszki. Urodziła się siedem tygodni za wcześnie, była bardzo drobna i miała niedowagę. Położna pozwoliła mi wziąć ją w ramiona tylko na kilka sekund, po czym zabrano ją na oddział intensywnej opieki noworodkowej.

Odwiedziłam ją kilka razy następnego dnia; po prostu stałam tam i gapiłam się na nią przez szybę inkubatora. Jakoś do mnie nie docierało, że wyszła z mojego ciała. Wyglądała jak mały kosmita, ledwie przypominała człowieka, była moja, a jednak wcale nie moja. Hormony miałam kompletnie rozregulowane; byłam wyczerpana i obolała i nie myślałam jasno. Ale o czym tu było myśleć? Decyzja została podjęta. Po południu miałam zostać wypisana ze szpitala i wiedziałam, że już nigdy jej nie zobaczę.

Leżała w samej pieluszce, a różowa wełniana czapeczka wciąż opadała jej na oczy. Do klatki piersiowej miała przyklejone elektrody, a w małym ramieniu unieruchomionym szyną tkwiła kroplówka. Była podłączona do maszyny, która popiskiwała, wyświetlając jakieś liczby i faliste kolorowe linie. Nie rozumiałam, co to wszystko znaczyło. Kilka razy poruszyła się gwałtownie i uruchomiła alarm. Myślałam, że umrze, ale jakoś nikt inny się tym nie przejmował, aż w końcu przyszła pielęgniarka i zresetowała urządzenie.

Inkubatory miały dwa otwory. Inne matki otwierały malutkie drzwi i wsadzały ręce do środka, by zmienić dzieciom pieluchy albo chociaż je pogłaskać. Ja nigdy tego nie zrobiłam. Nigdy nie zapytałam, czy mogę ją potrzymać ten ostatni raz. Rozpaczliwie chciałam wziąć ją w ramiona i pocałować na pożegnanie, ale nie sądziłam, by było mi wolno to zrobić. Już podpisałam dokumenty i zrzekłam się swoich praw. Ona należała teraz do kogoś innego i nigdy nie mogła być moja.

Powiedziano mi, że natychmiast trafi do nowej rodziny. Już czekała na nią przyzwoita, kochająca para, która zapewni jej znacznie lepsze życie, niż ja bym mogła. Ci ludzie czekali cierpliwie przez lata na idealne dziecko, bo mało było noworodków wymagających adopcji. Nie było potrzeby, żebym robiła sobie wyrzuty. Dawałam im szczęście, na które zasłużyli, i stawiałam dobro swojego dziecka na pierwszym miejscu.

Raz jeszcze odczytałam wiadomość. Niebieskie odręczne pismo było okrągłe, a litery niewłaściwie połączone; zamiast kropki nad „i” w słowie „urodzin” umieściła malutkie serduszko, ale trudno było nie zauważyć, że jej słowa są podszyte wyrzutami. „Z wyrazami miłości od dziewczynki, którą oddałaś”. Nie podpisała się swoim imieniem, być może dlatego, że wiedziała, iż nie otrzymała go ode mnie, i postanowiła przypomnieć mi o tym fakcie. Czy nikt jej nigdy nie wyjaśnił, że chciałam ją zatrzymać, ale nie dano mi wyboru? W sumie nazwała mnie mamą i napisała „z wyrazami miłości”, co sugerowało, że jednak mnie nie obwinia. Wiadomość zawierała mnóstwo sprzeczności. Nie wiedziałam, jak ją interpretować. Jak moja córka chciała, żebym się poczuła. Szczęśliwa? Winna? A może chciała mnie przestraszyć?

Rozległo się pukanie do drzwi. Zamarłam na moment z kartką w dłoni.

– Kto tam?

– Asha. Jest ze mną Holly. Możemy wejść?

– Eee…

– Tom nas przysłał. Myśli, że masz jeden ze swoich „urodzinofobicznych” ataków.

– A masz? – zapytała Holly z troską.

Podeszłam do drzwi i otworzyłam.

– Tak jakby… – powiedziałam cicho. – Lepiej wejdźcie.

Usiadłyśmy w rzędzie na skraju łóżka, tak jak to robiłyśmy, gdy byłyśmy jeszcze nastolatkami – tyle że to nigdy nie działo się u mnie w domu; zawsze u Holly albo u Ashy. Pokazałam im kartkę, a one przeczytały ją po kolei. Z ust Holly wyrwał się cichy przerażony okrzyk, podczas gdy Asha tylko potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

– Ale jak to?

– Dzieci mają prawo do kontaktu z biologicznymi rodzicami – powiedziałam.

– Tak, wiem o tym. – Holly gapiła się na dowód. – Ale zazwyczaj robią to oficjalną drogą, poprzez mediatora. Nie powinna była tak postąpić. Dlaczego akurat dziś? Skąd w ogóle wie, kiedy masz urodziny?

– Nie mam pojęcia… Może znalazła datę w dokumentach adopcyjnych?

– Cóż, ja uważam, że to fantastyczna wiadomość – oznajmiła Asha. – Zadała sobie wiele trudu, żeby cię wytropić, więc najwyraźniej chce nawiązać z tobą relacje. Powinnaś się cieszyć, Erin. Musiała się wykazać ogromną odwagą, żeby się z tobą skontaktować.

– Wiem… masz rację. Ale to wszystko jest takie skomplikowane. Zawsze zdawałam sobie sprawę, że istnieje szansa, że ona spróbuje mnie odnaleźć, i jestem szczęśliwa, ale… jest w tej wiadomości coś, co sprawia, że czuję się nieswojo… – Westchnęłam ciężko. – Och, nie wiem, co robić.

Milczałyśmy przez kilka sekund, ale wiedziałam, o czym wszystkie myślimy.

– Musisz powiedzieć Tomowi – stwierdziła w końcu Holly. – Teraz nie masz już wyjścia.

Asha pokiwała głową.

– Obawiam się, że ona ma rację. Nie możesz dłużej ukrywać tej swojej małej tajemnicy.

– Ale to nie jest mała tajemnica, prawda? To ogromny, gigantyczny sekret! Okłamywałam go przez cały nasz związek. A on nienawidzi kłamców, wiecie o tym. Jest na tym punkcie naprawdę przeczulony, bo jego tata zdradzał mamę. On nigdy mi nie wybaczy.

Holly objęła mnie ramieniem.

– Wybaczy ci. On cię kocha; zrozumie. Nie masz się czego wstydzić. Musisz po prostu wyjaśnić, co się stało. Byłaś młoda, popełniłaś błąd, to wszystko. Postąpiłaś właściwie, oddając dziecko do adopcji.

– Czyżby? Naprawdę dobrze zrobiłam?

– No pewnie. Twoja córka trafiła do kochającej rodziny, która mogła się nią dobrze zaopiekować.

– Nie wiesz tego! Ona może być na mnie naprawdę wściekła.

– Gdyby była wściekła, nie przysłałaby ci tej kartki – zauważyła Holly.

Spuściłam wzrok na kartonik.

– Nie, chyba nie…

– Cóż, kiedy już się z nią spotkasz, będziesz miała szansę wszystko jej wyjaśnić – dodała Asha.

Gwałtownie pokręciłam głową.

– Nie, nie, nie mogę, nie mogę…

– Ale przecież ona jest twoją córką! – zawołała Asha. – Jak możesz nie chcieć…?!

– Oczywiście, że chcę się z nią spotkać – warknęłam. – Rozpaczliwie chcę ją poznać, ale to niemożliwe. Nie teraz.

Asha zamrugała, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

– Dlaczego nie?

– Pomyśl o tym! To niewłaściwy moment. Oliego czekają naprawdę ważne egzaminy, od których zależy cała jego przyszłość. Nie mogę ryzykować. A Chloe… Cóż, wiecie, ile mamy z nią problemów. Robi nam tyle trudności. Nie wiem, jak zareaguje na taką nowinę; to może kompletnie wytrącić ją z równowagi. Nie mogę tego zrobić żadnemu z nich, to niesprawiedliwe. – Nagle pobudzona do działania, złapałam kartkę, podbiegłam do komody i ukryłam kopertę na dnie szuflady pod stertą swetrów.

Holly i Asha wymieniły się spojrzeniami. Wiedziałam, że uważają to wszystko za marne wymówki, że jestem tchórzem, ale dla mnie to były istotne powody.

– Okej… ale co z Tomem? – Asha popatrzyła na mnie swoimi ciemnobrązowymi oczami, ściągając brwi. – Czy nie zasługuje na to, by poznać prawdę?

– Oczywiście, że tak – wymamrotałam. – Ale proszę, błagam, nic mu nie mówcie. Muszę się zastanowić, jak mu przekazać te wieści.

– Milczałyśmy przez cały ten czas; przecież nie wygadamy się teraz – uspokoiła mnie Holly.

– Jesteśmy twoimi najlepszymi przyjaciółkami, pamiętasz? – dodała Asha. – Więcej niż przyjaciółkami; jesteśmy jak siostry.

– Tak, wiem. I nie poradziłabym sobie bez was.

Wstały i objęłyśmy się mocno.

– Kocham was obie tak bardzo – wyszeptałam. – Jestem wam naprawdę wdzięczna. Nie tylko za to, że dochowujecie moich sekretów, ale także za wszystko inne, co dla mnie zrobiłyście. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie wy. Ocaliłyście mi życie.

Holly wyswobodziła się z mojego uścisku.

– Porozmawiamy o tym później. Teraz musisz zejść na dół i zdmuchnąć te cholerne świeczki.

– Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!

Z trudem powstrzymywałam łzy, gdy goście śpiewali, fałszując z entuzjazmem. Pewnie myśleli, że jestem po prostu wzruszona, ale w rzeczywistości płakałam z żalu nad sobą. Nagle moje szczęście wydało mi się kruche i tymczasowe, niczym piękna bańka mydlana, która lada chwila pęknie.

Jak można się było spodziewać, tej nocy prawie nie zmrużyłam oka. Obudziłam się z okropnym bólem głowy, którego nie mogłam wytłumaczyć kacem. Po śniadaniu z grubsza doprowadziliśmy dom do porządku, zbierając ostatnie kieliszki, odstawiając krzesła na miejsce i odkurzając okruszki z dywanu. Firma, którą wynajęliśmy do organizacji przyjęcia, miała zdemontować namiot dopiero nazajutrz. W szarym świetle poranka wyglądał dość tandetnie i żałośnie. Baloniki zaczęły się kurczyć; kilka z nich zerwało się z uwięzi i toczyło po lepkim niebieskim dywanie, przypominając kapryśne chmury. W domu panowało to charakterystyczne poimprezowe uczucie pustki; wrażenie, że dobre czasy przeminęły i pewnie już nigdy nie wrócą. A może tylko ja tak się czułam.

Tom był w pogodnym nastroju, jakby wciąż zanurzony w ciepłej kąpieli wczorajszej uroczystości. Nieustannie wspominał najlepsze momenty: jak miło było zobaczyć tylu przyjaciół, jak dobrze spisała się firma cateringowa, jak Oli rozmawiał z ludźmi pomimo chorobliwej nieśmiałości, jak Chloe odłożyła na bok swoją nastoletnią godność i ruszyła na parkiet.

– Przestała tańczyć, gdy tylko zauważyła, że ją filmuję – zaśmiał się – ale teraz przynajmniej mamy dowód na to, że naprawdę dobrze się bawiła!

– Było wspaniale; bardzo ci dziękuję za to, że wszystko zorganizowałeś – powiedziałam, zastanawiając się, czy słyszy, jak fałszywie brzmią moje słowa.

Jakiś czas później Tom pojechał z pustymi butelkami do punktu recyklingu. W domu zapanowała cisza, dzieci jeszcze nie wystawiły nosa ze swoich pokojów. Wróciłam do sypialni i znowu wyciągnęłam urodzinową kartkę.

Dlaczego nie podała mi żadnych danych kontaktowych – adresu, telefonu albo e-maila? Nie napisała nawet, jak ma na imię. Gdyby chciała, żebyśmy się spotkały, z pewnością zostawiłaby mi jakieś namiary. „A może ta kartka wcale nie była od mojej córki?”, pomyślałam nagle. Może przysłał mi ją ktoś, kto chce zniszczyć moje małżeństwo? Nie, to było niedorzeczne. Któż zrobiłby coś tak złośliwego?

W głowie zaczęły mi się mnożyć absurdalne scenariusze. Może to sprawka jakiejś kobiety, która chciała odbić mi męża? Tom wciąż był atrakcyjnym mężczyzną, ale ta myśl była śmiechu warta. Czyżby zrobiła to niezadowolona pracownica? Nie przychodziła mi do głowy żadna kandydatka – w zasadzie tworzyły zgrany zespół. Nie, ta wiadomość musiała pochodzić od mojej córki, nie było innego wyjaśnienia.

Tylko skąd wiedziała, gdzie mnie znaleźć? Przypuszczalnie złożyła wniosek o udostępnienie dokumentów adopcyjnych, ale tam widniał tylko mój domowy adres z czasów młodości. Adres tego zimnego, pozbawionego miłości domu w Camford, w którym dorastałam jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa po tym, jak moi starsi bracia już dawno opuścili rodzinne gniazdo. Być może napisała pod ten adres i list został przekierowany do nowego domu moich rodziców w Kornwalii. Oczywiście, to właśnie tak mnie znalazła. Mojej córce pomogła babcia.

4

Jade

Styczeń 2020

Jade siedzi na zapleczu sklepu charytatywnego i sortuje ubrania według rozmiarów. Woli być sama, z dala od klientów i przenikliwych spojrzeń Mike’a, nowego menadżera. Tu, w pozbawionym okien pomieszczeniu oświetlonym samotną żarówką, jest chłodniej i spokojniej. Punktowe światła i jarzeniówki w głównej części sklepu przyprawiają ją o ból głowy.

Siedzi po turecku, losowo wybiera fragmenty odzieży z gniazda, które uwiła sobie na podłodze, i obwąchuje je, szukając śladów ludzi, którzy je kiedyś nosili – potu pod pachami, perfum na kołnierzyku. Dlaczego je oddali? Musieli mieć jakiś powód. Może nie podobał się im kolor. Może dany strój przestał na nich pasować. A może po prostu się nim znudzili i chcieli czegoś nowego. Jade w podobny sposób zastanawia się nad motywami, które kierowały jej rodzoną matką.

Z zamkniętymi oczami zanurza dłoń w stercie i wyciąga kawałek materiału, jakby to była nagroda z kosza szczęścia. Tylko tak może uczynić swoją pracę bardziej interesującą – nie, żeby to była prawdziwa praca, bo Jade jest tylko wolontariuszką na część etatu. Otwiera oczy. Co wygrała? Kobiecy top, rozmiar szesnaście, uszyty z materiału, który Amy nazywa krepą – to taki elegancki bandaż – kremowy z falbankami wokół kołnierzyka i przy rękawach. „Czy można go uznać za strój vintage?” – zastanawia się. Tak trudno jej to stwierdzić. Niektóre rzeczy wyglądają na nowe – jak ta długa kwiecista sukienka, która przyszła w zeszłym tygodniu – a okazują się naprawdę stare, z lat siedemdziesiątych. Z kolei inne stroje, o których jest przekonana, że są stare, Amy szybko demaskuje jako podróbki.

Amy potrafi odróżniać jedne od drugich w mgnieniu oka. Jest taka bystra. Próbuje nauczyć Jade, jak wyławiać autentyki, pokazuje jej zdjęcia online, wskazuje na kształty kołnierzyków, długości sukienek, wzory i kolory. Jade rozumie, o co chodzi, gdy na nie patrzy – nie jest głupia – ale gdy potem próbuje przywołać tę wiedzę, nie może jej odnaleźć. Jej nauczyciele zawsze biadolili, że informacje wpadają jej jednym uchem i wypadają drugim, jakby celowo wskazywała im drogę do wyjścia niczym ciekawskim przechodniom: „Idźcie dalej, nie ma się na co gapić, ten mózg nie ma z wami nic wspólnego”. Nikt nigdy nie rozumiał, że to nie jej wina.

Postanawia zaliczyć top do kategorii „być może” i wpycha go do podniszczonej reklamówki, którą w duchu nazywa torbą Amy, a która wygląda, jakby właśnie przyszła i czekała na sortowanie. Amy sprzedaje ubrania przez internet, ma nawet wizytówki i w ogóle. Jej sklep nazywa się New Love Vintage. Poznały się tutaj kilka miesięcy temu i teraz są najlepszymi przyjaciółkami.

Gdy tylko Jade ma zmianę, wysyła wiadomość do Amy, a ona przychodzi i przez jakiś czas przegląda wieszaki, udając, że czegoś szuka. Przebieralnie są na tyłach, tuż obok pomieszczenia do sortowania i malutkiej kuchni. Gdy Amy daje jej znak, Jade umieszcza torbę w przebieralni. Amy sięga po jakąś spódnicę czy top i idzie to przymierzyć. Gdy już znajdzie się w kabinie, przegląda torbę przygotowaną przez Jade i wyciąga z niej to, co jej się podoba. Czasami ukrywa te rzeczy na dnie torby z zakupami, pod puszkami z jedzeniem. Niekiedy wkłada je pod własne ubrania. Jade była zdumiona, że tak łatwo można stąd coś podwędzić – nie ma tu tych elektronicznych metek, które piszczą, gdy przekracza się próg.

Amy zawsze zachowuje się naprawdę swobodnie. Nigdy nie wychodzi od razu, tylko zostaje jeszcze kilka minut, by pogawędzić z menadżerem, a mniej więcej raz w tygodniu naprawdę coś kupuje. W tym czasie Jade siedzi na zapleczu, poci się z nerwów i rozpaczliwie pragnie, by przyjaciółka już poszła. Myśli sobie, że bezczelność tej dziewczyny jest godna podziwu.

Wie, że to, co robią, jest złe. W zasadzie to kradzież, chociaż Amy mawia, że to zbrodnia bez ofiar, bo ubrania zostały podarowane sklepowi za darmo, a nie zakupione jako towar. „Nie możesz stracić czegoś, co nie należy do ciebie” – twierdzi.

Amy sprzedaje te ubrania na straganach albo online. Nie może normalnie pracować, bo opiekuje się mamą. Mia ma raka. Jade nigdy nie pamięta, jaki to dokładnie rodzaj raka, a nie lubi wciąż o to pytać. Amy i Mia wynajmują mieszkanie z jedną sypialnią na dziesiątym piętrze dawnego budynku komunalnego. Amy śpi na sofie. Nikt nie mógłby oskarżyć je o to, że żyją wystawnie. Można powiedzieć, że kradnąc ubrania dla Amy, Jade też prowadzi działalność charytatywną – po prostu pomija pośrednika.

Jade bardzo szanuje przyjaciółkę za to, że tyle robi dla swojej mamy i nigdy nie narzeka. Są sobie niewiarygodnie bliskie, ale zawsze cieszą się na widok Jade. Uważają, że to oburzające, że mieszka w hostelu przejściowym dla dorosłych z problemami, a Jade nie przyznaje, że nawet lubi tamto miejsce. Czuje się tam znacznie bezpieczniej niż na ulicach.

Gdy opowiedziała Amy o tym, że jej rodzona matka oddała ją do adopcji tuż po urodzeniu, w oczach przyjaciółki zebrały się łzy i wciąż powtarzała: „O mój Boże, to takie smutne… nie mogę tego znieść”.

Jade pokazała jej dokumenty adopcyjne, w których znalazła nazwisko i domowy adres biologicznej matki oraz szczegóły dotyczące okoliczności rodzinnych. Z kilku raportów sporządzonych przez pracowników opieki społecznej jasno wynikało, że Jade była niechcianym dzieckiem. Ale Amy w to nie wierzy, zawsze powtarza, że mama Jade była bardzo młoda i pewnie nie miała nic do powiedzenia w kwestii jej wychowania.

„Założę się, że cię kocha i cały czas o tobie myśli – powiedziała. – Na pewno bardzo chciałaby się z tobą spotkać. Musisz się z nią skontaktować. Zrób to jak najszybciej, Jade, zanim będzie za późno”. Było oczywiste, że miała na myśli własną matkę.

Jade nigdy nie wysłałaby tej kartki urodzinowej, gdyby Amy jej do tego nie zachęciła. Żołądek fika jej koziołki na samo wspomnienie strachu, który ją ogarnął, gdy podchodziła do drzwi frontowych domu rodzonej mamy. Do kołatki przywiązano dwa różowe balony łagodnie kołyszące się na sznurkach. Przypominały piersi przepełnione mlekiem, którego Jade zapewne nigdy nie ssała. Może to był jakiś wulgarny żart? Ta myśl ją zaszokowała, tak że niemal odwróciła się i uciekła, nim wrzuciła kopertę przez otwór na listy. Czy ktoś ją zauważył? Miała wrażenie, że widziała mężczyznę wyglądającego przez okno, ale nikt nie otworzył drzwi. Muzyka grała głośno; najwyraźniej trwało przyjęcie.

Zastanawia się, kiedy jej mama otworzyła kopertę. Od razu czy później, gdy goście już poszli do domu? Jak się czuła, gdy zobaczyła, kto ją dla niej zostawił? Czy wybuchła płaczem jak ludzie w tym programie na temat zaginionych członków rodzin? Ma nadzieję, że były to raczej łzy radości niż smutku. Dużo się nad wszystkim zastanawia. Jej życie składa się ze znaków zapytania, a o nielicznych odpowiedziach, które udaje się jej uzyskać, szybko zapomina.

Mike zagląda na zaplecze.

– Jade? Zamykamy. – Marszczy brwi na widok jej przytulnego siedziska. – Co ty tu robisz? Posprzątaj ten bałagan, zanim wyjdziesz; to zagrożenie pożarowe! – Cmoka głośno z niezadowoleniem i wraca do kasy.

– Dupek – mruczy Jade pod nosem.

Nie lubi Mike’a; jest znacznie bardziej humorzasty niż Dinah, jej poprzednia szefowa. Dinah odeszła nagle z powodu rodzinnej tragedii i Mike’a sprowadzono z innego sklepu, żeby zastąpił ją do czasu, aż znajdą kogoś nowego na jej miejsce. Jade przychodzi tu zaledwie od sześciu miesięcy, ale jest najdłużej pracującą członkinią całego zespołu – to dziwne uczucie dla kogoś, kto nigdy nie był w stanie utrzymać żadnej pracy dłużej niż dwa tygodnie.

Ale wolontariat jej odpowiada. Ma jakieś zajęcie i nikt nie robi afery, gdy czasami nie ma ochoty się pojawić, pod warunkiem że poinformuje o tym z wyprzedzeniem. Próbowała tego samego podejścia przy kelnerowaniu, ale po pierwszej takiej sytuacji powiedzieli jej, że może nie wracać. Sortowanie ubrań i obklejanie ich cenówkami jest nudne, ale za to nie stresujące – z wyjątkiem momentów, gdy Jade musi przekazać Amy torbę z wyselekcjonowanymi ciuchami. Zresztą teraz Jade i tak nie mogłaby rzucić tej pracy. Amy naprawdę by się rozgniewała, gdyby to zrobiła. Często mawia, że Jade ratuje jej życie.

Jade ma się zobaczyć z Amy i jej mamą dziś wieczorem. Amy chce, żeby pomogła jej w zrobieniu sesji zdjęciowej do sklepu online. Jade nigdy nie sądziła, że nadaje się na modelkę, i zazwyczaj nie zgadza się, by robiono jej zdjęcia, ale najwyraźniej ma idealną figurę do strojów z dawnych lat. Nagle do głowy przychodzi jej świetny pomysł. A co, jeśli przeszmugluje kremowy top i podaruje go Amy w prezencie? Podchodzi do drzwi i sprawdza, co robi Mike. Jest zajęty podliczaniem utargu. Jade potrzebuje tylko kilku sekund, żeby sięgnąć po top, zgnieść go w kulkę i wepchnąć do zapinanej na suwak kieszeni torebki.

– Do zobaczenia jutro – mówi z bijącym sercem, wychodząc ze sklepu.

Mike pochyla głowę nad jakimś formularzem i ledwie chrząka coś w odpowiedzi. Po kilku sekundach Jade już stoi na chodniku i odchodzi szybkim – ale nie za szybkim – krokiem w stronę osiedla, na którym mieszka Amy.

– Łatwizna – nuci pod nosem.

Jej przyjaciółka będzie zachwycona.

Blok Amy i Mii znajduje się dziesięć minut piechotą od sklepu. Jade naciska numer mieszkania i czeka, aż ją wpuszczą. Po kilku sekundach rozlega się brzęczyk, a ona szarpie za drzwi i wślizguje się do środka, zanim się zamkną. W windzie marszczy nos, by nie czuć smrodu moczu, i wstrzymuje oddech przez całą drogę aż do dziesiątego piętra.

– Cześć! – Amy już czeka na nią w drzwiach. Ma na sobie czarne spodnie do joggingu i dopasowaną do nich bluzeczkę odsłaniającą brzuch, a na stopach ogromne puchate kapcie. W rozpuszczonych włosach i bez makijażu wygląda jak nastolatka, chociaż w rzeczywistości ma już dwadzieścia jeden lat.

Jade ma dwadzieścia cztery. Z jakiegoś powodu zawsze wybiera sobie młodsze koleżanki. Ktoś – zapomniała już, kto to był; pewnie lekarz – wyjaśnił jej kiedyś, że to dlatego, że pod względem emocjonalnym jest znacznie młodsza niż w rzeczywistości. Co to w ogóle ma znaczyć? Jade nie dba o wiek; po prostu lubi ludzi, którzy są dla niej mili.

– Wchodź! – woła Amy i wraca do środka, zostawiając otwarte drzwi.

Jade zatrzymuje się na progu i przygotowuje na widok Mii. Widziały się wiele razy, ale wciąż trudno jej na nią patrzeć bez wybuchania płaczem. Mama Amy przypomina malutkiego ptaszka, ręce i nogi ma chude jak patyki, a paciorkowate oczy wydają się wielkie w zapadniętych oczodołach. Jest po czterdziestce, ale spokojnie można by jej dać siedemdziesiąt lat. W niczym nie przypomina ładnej kobiety, którą widać na zdjęciach porozstawianych po mieszkaniu.

Amy lubi, gdy Jade do nich przychodzi; twierdzi, że to zmusza jej mamę do podjęcia wysiłku. Przez większość czasu Mia przesiaduje w szlafroku, ale dziś postarała się i włożyła spódnicę i sweter, a głowę owinęła chustą. Jade rozpoznaje spódnicę ze swojego sklepu – rozmazane kwiaty w beżu i przygaszonym błękicie – wisi na Mii, jakby była o sześć rozmiarów za duża. Postanawia, że ukradnie dla niej coś bardziej dopasowanego.

– Dzień dobry – mówi, zerkając na nią ostrożnie. – Jak się pani dziś czuje?

– Nieźle – odpowiada Mia. – Masz już jakieś wieści od swojej rodzonej mamy?

– Nie.

– Mówiłam ci, mamo, że ta niemądra krowa zapomniała dopisać swój numer telefonu na kartce z życzeniami, więc jej mama nie mogłaby się z nią skontaktować, nawet gdyby chciała. – Amy szturcha Jade z czułością. – Serio, Jade, czasami jesteś naprawdę nierozgarnięta.

– To rzeczywiście było trochę głupie, prawda? – mówi Mia, kręcąc głową ze śmiechem, a Jade przez moment boi się, że jej wychudzona szyja tego nie wytrzyma.

– Tak.

– A więc co teraz zrobisz? Wyślesz jej kolejną kartkę?

Jade się nad tym zastanawia.

– To byłoby dziwne. To znaczy jej urodziny już minęły, nie?

– No to do niej zadzwoń – proponuje Mia. – Przysłali ci jej numer telefonu?

– Tak, ale…

– Albo wyślij do niej e-mail – wtrąca Amy. – Masz jej adres służbowy i domowy.

– Hmm… Zapisywanie myśli nie idzie mi za dobrze. Wszystko mi się plącze.

– Ja ci pomogę.

Jade czuje, jakby w jej sercu zapaliło się światełko.

– Naprawdę?

– Oczywiście! Możesz się zastanowić nad tym, co chcesz jej powiedzieć, gdy będziemy robiły zdjęcia.

– Okej. Świetnie! – Jade uśmiecha się promiennie. Myślała o tym, żeby wykręcić się od pozowania, ale teraz nie może. To nie byłoby fair. Właśnie na tym polega przyjaźń: należy dbać o siebie nawzajem i wyświadczać sobie przysługi. Nigdy nie udało jej się podtrzymać żadnej przyjaźni tak długo i czuje, jak ciepło rozlewa się po jej ciele.

– Głodna? – pyta Amy. – Mam pizzę, którą możemy się podzielić.

– Jesteś pewna? Nie chcę…

– Mama zje tylko malutki kawałeczek, o ile w ogóle.

– No dobrze… to znaczy dzięki.

– Nie byłaś dziś w sklepie? Nie napisałaś do mnie.

– Przepraszam, ale mamy nowego menadżera, który ciągle patrzy mi na ręce, wiesz? Objął to stanowisko tylko tymczasowo, ale nie chciałam ryzykować.

– Wpadnę jutro, żeby go obczaić.

– Och, ale mam dla ciebie prezent. – Jade sięga do torebki, rozsuwa kieszonkę i triumfalnie wyciąga z niej kremowy top, niczym magik wykonujący sztuczkę z chusteczkami. – Przepraszam, jest trochę pognieciona – mówi, potrząsając materiałem.

Amy marszczy nos.

– Hmm… Bardzo ładna, ale nie vintage. Raczej z 2015 roku. – Zauważa rozczarowaną minę Jade i dodaje: – Ale świetnie, że próbujesz! Dzięki… No dobra, wstawię pizzę. – Drepcze do wąskiej kuchni.

Mieści się tam tylko jedna osoba, więc Jade nie idzie za nią.

Pada na sofę i przytula top do piersi. Myśli kłębią się w jej mózgu, gdy zastanawia się, co chciałaby napisać w e-mailu. Problem polega na tym, że jeśli Amy ma jej pomóc, Jade nie będzie mogła napisać prawdy.

5

Erin

Styczeń 2020

Zadręczałam się przez kilka dni, aż w końcu zadzwoniłam do rodziców – z biura, bo wiedziałam, że tam nikt mnie nie podsłucha. Było zimno, ale rozpogodziło się po deszczu. Puszyste chmury goniły jedna drugą nad dachami i wszystko wyglądało na świeże i nowe. Właśnie trwała poranna przerwa. Maluchy w kolorowych płaszczach przeciwdeszczowych i kaloszach we wzorki biegały za oknem, piszcząc z radości i wskakując w kałuże, które utworzyły się po nocnej ulewie.

Jak zawsze, odebrała moja matka.

– Mamo? Halo? To ja. Erin. – Usłyszałam, jak gwałtownie nabiera powietrza w płuca, a potem zapadła cisza. Gdyby nie ryk telewizora w tle, pomyślałabym, że odłożyła słuchawkę. – Jesteś tam?

– Dlaczego dzwonisz? – zapytała oskarżycielskim tonem.

– Muszę z tobą o czymś porozmawiać.

– Teraz? Właśnie wychodzimy na spacer.

Dotarł do mnie głos ojca, który zapytał, czy to jakiś uciążliwy telefon. O ile ją znam, pewnie pokiwała głową w odpowiedzi.

Postanowiłam przejść od razu do rzeczy, celowo zniżając głos, na wypadek gdyby jednak ktoś z personelu kręcił się po korytarzu.

– Czy moja córka się z wami kontaktowała?

– Chloe? – W jej głosie zabrzmiała troska. – Dlaczego, czy coś się stało?

– Nie, nie… nie Chloe. Mam na myśli swoją drugą córkę.

Moje słowa wisiały w powietrzu przez kilka sekund, zanim matka odpowiedziała:

– Nie… Dlaczego miałaby to robić? To znaczy, skąd by wiedziała, gdzie nas znaleźć?

– Nie dostajecie poczty ze starego adresu?

– Już nie; przeprowadziliśmy się przecież dwa lata temu. Co się stało, Erin? Czy ta dziewczyna w końcu cię wytropiła? – zapytała z lekką satysfakcją.

– Tak… tak sądzę. Nie jestem pewna. Ktoś przysłał mi kartkę urodzinową, ale nie podał imienia ani nic. Żadnych danych kontaktowych. – Westchnęłam. – Może to był tylko jakiś chory żart, który miał mi zepsuć urodziny.

– Rozumiem. I pomyślałaś, że to sprawka twojej matki – stwierdziła miażdżącym tonem. – Cóż, wspaniale się czuję z tym oskarżeniem. Jakbym była zdolna do czegoś takiego…

– Nie mówię, że to ty wysłałaś tę kartkę, mamo. – Zaśmiałam się z goryczą. – I tak nigdy nie pamiętasz o moich urodzinach, więc…

– Obie zrezygnowałyśmy z takich uprzejmości lata temu – weszła mi w słowo. – Nie ma sensu udawać. Posłuchaj, nie mieliśmy żadnych wieści od nikogo, a sami nie chodzimy i nie rozpowiadamy ludziom o tym, co się stało.

– Okej, cóż, dobrze wiedzieć. Po prostu próbowałam ustalić, skąd wzięła mój adres, to wszystko.

– A więc… sekret w końcu się wydał, czy tak?

– Nie do końca – powiedziałam ostrożnie. – Więc proszę, nie…

– Gdybym chciała powiedzieć twojemu mężowi, zrobiłabym to wiele lat temu. Mogłam się spodziewać, że wciąż nie wyznałaś swoich grzechów.

– Mamo… nie żyjemy w dziewiętnastym wieku. To nie był grzech, to był błąd.

– Cóż, to kwestia dyskusyjna.

– Gdybyście mnie wsparli i pozwolili mi ją zatrzymać…

– Jeszcze czego! Obarczyłabyś mnie opieką nad nią, a sama dalej włóczyłabyś się z tymi swoimi paskudnymi znajomymi, upijając się i zażywając narkotyki!

– Nieprawda! Robiłam to dalej właśnie dlatego, że ją straciłam. Gdyby mi pozwolono…

– Przestań pisać historię na nowo, Erin. – Jej ton był ostry jak brzytwa. – Nie chciałaś tego dziecka i…

– Właśnie, że chciałam!

– Cóż, w takim razie powinnaś być zadowolona, że cię znalazła.

– Tak, jestem… Jestem – odpowiedziałam, chociaż miałam świadomość, że jej nie oszukam.

Z biegiem lat oddaliłyśmy się od siebie, ale wciąż dobrze mnie znała. Rozumiała, jak wielkie sprzeczności mną targają, ale wiedziałam, że nie współczuje mi ani odrobinę. Wręcz przeciwnie, cieszyła się, że w końcu dostaję za swoje.

– Jak się mają Oliver i Chloe? – zapytała po chwili milczenia. – Proszę, pozdrów ich od nas i powiedz, że o nich myślimy… to znaczy, o ile pamiętają, kim jesteśmy. – Westchnęła. – A teraz muszę kończyć, twój ojciec chce iść na spacer.

– Mamo, czy my nie możemy po prostu… normalnie porozmawiać?

– Jeśli chcesz od czasu do czasu zapytać, co u nas, proszę bardzo, ale nie dzwoń tu tylko po to, by oskarżać mnie o coś, czego nie zrobiłam. Będę się dalej modlić, żebyś zaprowadziła porządek w swoim życiu. Wyznaj prawdę, Erin; tylko wtedy zaznasz spokoju. Żegnaj.

Rozłączyła się i kolejna malutka część naszych relacji umarła.