Wszystkie kolory snów - Urszula Jaworska - ebook
Opis

Kobiety na krawędzi.

Zuzanna to córka, matka, żona, kochanka i psycholog pracujący w szpitalu psychiatrycznym. W każdej z tych ról stara się żyć po swojemu, ucząc się na błędach. Zestawianie „normalnego” życia Zuzanny z relacjami jej pacjentów rzuca nowe światło na macierzyństwo, kobiecość, związki i przyjaźnie między kobietami. Okazuje się, że normalność to pojęcie względne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 478

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


zakupiono w sklepie:

Legimi

identyfikator transakcji:

4315058

znak wodny:

Urszula Jaworska

WSZYSTKIE KOLORY SNÓW

Copyright © Urszula Jaworska, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

– Jakie kolory snów pani sobie życzy? – spytał z zawodową uprzejmością.

– A liczenie do dziesięciu?

– To za chwilę. Najpierw chciałem porozmawiać z panią o kolorach... – Chyba się uśmiechnął, ale tego nie była pewna, widziała tylko jego oczy nad maseczką zakrywającą resztę twarzy.

Gdyby coś się nie udało, nie zobaczy wnuczki, która ma pojawić się na świecie za dwa miesiące. Nie zobaczy Amelki – albo Hani, tego jeszcze nie ustalili. I Jakuba nie zobaczyłaby już nigdy. I Kasi. Tak, tego się bała. Chyba tylko tego. Oni też się przestraszyli, mimo jej starannie dobranych słów. Nie spytała, czego najbardziej. Jakub uśmiechał się, ale znała przecież dobrze jego twarz. Kasia powiedziała coś optymistycznego, spoglądając niepewnie na Jakuba. Amelka lub Hania pewnie spała, bo brzuch Kasi był spokojny, niemal idealnie okrągły.

– To tylko serce... – próbowała ich uspokoić, tak samo jak kilka tygodni wcześniej zrobił to kardiolog.

– Przecież żyję z tą wadą tyle lat. Co się może stać? Prawie nie czuję żadnych objawów – kłamała wtedy, ale on to wiedział.

– Za duże ryzyko. Zużyło się, niestety. Przecież niedługo przejdzie pani na emeryturę, za dwa lata, jeśli dobrze liczę. Napracowało się. I nie ma się czego bać, takich operacji wykonuje się mnóstwo. Z sercem radzimy sobie bardzo dobrze. W końcu to nie mózg.

Najważniejsze, że to nie mózg, pomyślała wtedy. Ze stażu z neuropsychologii na neurochirurgii, dobre ćwierć wieku temu, zapamiętała zgrzyt piłowanych kości czaszki i doskonale widoczny fragment mózgu. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, oprócz może nadzwyczajnej delikatności. Później żałowała, że zobaczyła mózg tak nagi, odarty z okrywających go kości i opon. Niepotrzebnie.

To wcale nie było tak dawno, kiedy kadrowa w kwiecistej sukience – zbyt kwiecistej, zbyt obcisłej, bezlitośnie demaskującej niebezpiecznie dorodne ciało – przyglądała się jej z ciekawością.

– Pani chce tu pracować? W tym szpitalu? – pytała. – To się trzeba zastanowić. Tak się obciążać w młodym wieku... To nie będzie przyjemna praca – ostrzegała. – Tu zwożą wszystko, co oszaleje w mieście i okolicy... – kontynuowała swoje rady.

Patrzyła z troską, której Zuzanna wcale nie chciała, ale uśmiechnęła się uprzejmie. Była tu już kiedyś, w dzieciństwie, i zapamiętała to miejsce jako piękny park. Drzewa były wtedy niższe, soczyście zielone. A więc, na przykład, zielony, jeśli chodzi o kolory...

To „oszalałe zwożone z całej okolicy” budziło ciekawość. Pomyślała wtedy, że jeśli wszystko, to przecież oprócz ludzi powinny być i psy, i koty, i gołębie czy wróble, a nawet mrówki. Gołębie czy wróble widzi się czasem na ulicy martwe. Może to właśnie w wyniku gołębiego lub wróblego szaleństwa rozbijały się samobójczo o pierwszą napotkaną w locie przeszkodę? Psy czasem atakują, też się o tym mówi, ale czy wtedy są szalone? Koty... Rzadko się słyszy o oszalałym kocie, raczej zwijają się w kłębek i cierpią, ale to chyba nie jest szaleństwo. A mrówki... jak wariują mrówki? Żadnego gołębia, wróbla, psa ani kota, o mrówkach nie wspominając, nie przywieziono na żaden oddział w szpitalu, w którym pracowała tyle lat i do żadnego innego szpitala też nie. Nawet z powodu cierpienia.

– Pani Zuzanno, co z tymi kolorami? – popędzał anestezjolog. – Proszę wymienić trzy... albo przynajmniej dwa.

Dwa kolory, a nawet trzy, oczywiście, zaraz wybierze z tych wszystkich, jakie nosi w głowie. Ale najpierw musi powiedzieć, że jest coraz zimniej. Że powinni ją przykryć jakąś kołdrą lub kocem. Ten narastający chłód przeszkadza. Przez to właśnie nie może się skoncentrować na kolorach, które za chwilę już będzie mogła wymienić bez trudu. Na pewno.

Fiolet. Pachniał lawendą. Zawieszony w gęstym powietrzu, przez które przedziera się zatłoczony autobus, grzęznąc w rozmiękłym asfalcie, którego woń miesza się z zapachem potu pasażerów. Fiolet pozostaje nietknięty, oddzielony od wszystkiego, wysublimowany z rosnących po obu stronach drogi drzew, splatających się litościwie nad autobusem w ochronny dach.

Zuzanna patrzy na ramiona Igora, które ma na wysokości oczu. Rysują się znanymi na pamięć liniami pod cienką koszulą, a ona przypomina sobie ich naskórek, dotykając językiem własnych ust. Wzrusza ją to, że jego twarde od zewnątrz ramiona od wewnętrznej strony pokryte są tak delikatną skórą, szczególnie od łokci w górę. Kiedy leży z rękami splecionymi pod głową, ona całuje te miejsca, które go łaskoczą; przeważnie szybko rozplata wtedy ręce, aby objąć ją i przytulić. Ona wtula głowę pod jego ramię tak, żeby to wrażliwe miejsce było pod jej ustami. Chce jej się płakać z radości i zachwytu, i płakałaby, gdyby nie czuła się tak bardzo rozleniwiona i senna.

Igor nachyla się i całuje ją w usta, wbrew wszelkim żelaznym umowom, że nie będą całować się ani dotykać w miejscach publicznych. Czuje szorstkość jego policzka, ocierającego się o jej skroń. Po chwili Igor odsuwa głowę i patrzy na nią, uśmiechając się swoim lekko kpiącym uśmiechem, o którym Zuzanna już wie, że nie ma w nim kpiny. Ludzie obok sprzeczają się o coś, przepychają, nienawidzą, a ona czuje na ustach schnącą w gorącym powietrzu lawendową ślinę Igora. Mała plamka po lodach pistacjowych, które niedawno jedli, zasnęła nad lewą kieszenią jego koszuli. Trzeci guzik od góry ledwie się trzyma, kropelka potu toczy się powoli po skroni na policzek; Zuzanna dotyka jej czubkiem palca wskazującego, a następnie smakuje tę odrobinę językiem, tak jak kiedyś, gdy była małą dziewczynką i dotykała językiem wody z Bałtyku osiadłej na palcach. A po chwili on, z poważną nagle twarzą, bierze jej dłoń i podnosi do swoich ust, dotyka językiem jej palca wskazującego, na którym przed chwilą wysychała kropelka morskiej wody. Ludzie w autobusie cichną, jakby i oni odczuli w świętych zakamarkach swoich ciał niezwykłość tej chwili, skoncentrowanej na czubku jej palca, którego przed chwilą Igor dotknął językiem. Patrzą sobie w oczy. Zuzanna czuje ucisk w gardle i dreszcz przebiegający po udach i brzuchu, mruży oczy i myśli, że nawet gdyby mogła coś powiedzieć, to nie znalazłaby słów, bo to jest jedna z tych chwil, kiedy słowa przeszkadzają jak rozwiązane sznurówki.

Drzwi autobusu otwierają się z trzaskiem i ludzie przepychają się do wyjścia. Igor obejmuje ją mocno i Zuzanna wie, że jego oczy są teraz niesłychanie poważne, jak jeszcze chwilę temu, gdy w nie spojrzała, odnajdując, jak zawsze, nieskazitelnie lawendowe oceany.

Wysiadają na ostatnim przystanku, w lesie, i zanurzają się w jego cień. Żar odbija się od liści drzew i wraca do słońca, nie parząc ich głów. Zapewne słońce, które tu nie przebijało się przez liście, zostawiło rozpalone okruszki na jej skórze, gdy liznęło ją gorącym językiem, zanim weszli w głąb lasu. Teraz okruszki przedostały się do krwi i pulsują w niej.

Igor odwraca ją powoli tyłem do siebie, podciąga do góry sukienkę. Zuzanna opiera ręce na pochyłym pniu, szorstkim, z popękaną, omszałą korą.

– Cholera, nie mam prezerwatywy. Spróbujemy bez?

– Będziesz musiał uważać...

Igor całuje jej ramiona, kark i szaleńczo wrażliwe muszelki uszu. Zuzanna oddycha głęboko i przytula twarz do złożonych dłoni, nosem niemal dotyka kory pnia, jej drobinki dostają się do nosa i łaskoczą. Ramiona Igora oplatają ją, gorący penis ociera się o jej pośladki. Zuzanna wyciąga rękę do tyłu i mocno przyciska go do siebie. Leniwie śledzi łagodne, narastające rozpychanie, zmieniające się w wibrujące kręgi, rozchodzące się od miejsca, w którym są ze sobą połączeni, jak fale od wrzuconego do wody kamienia, coraz dalej, z narastającym boleśnie zachwytem.

A gdyby nie uważał? Może urodziłoby się dziecko, które z pewnością byłoby szczęśliwe, bo powstałe nie tylko z komórek ich ciał, ale również z maleńkich cząstek tego drzewa, trawy, ziemi, smaku i zapachu tej łąki, lasu, rozgrzanego powietrza i tej wibrującej muzyki.

Ich głośne oddechy zagłuszają granie owadów, las zamiera w oczekiwaniu, powietrze drży jak nogi Zuzanny, gdy krzyknęła cicho, przepełniona wibracją ponad miarę. Owady znów zagrały rozpaloną muzykę, motyle pofrunęły do słońca, las zaśpiewał. Igor powtórzył po chwili jej cichy krzyk i wycofał się z niej gwałtownie, co odczuła boleśnie, i po chwili jego sperma trysnęła na liście krzewów, rozsiewając senno-mleczny zapach, którym odurzył się wiatr, co zerwał się nagle. Owinął chłodem ich spocone ciała i przemknął po naznaczonych liściach, unosząc ze sobą ich nową, niezwykłą woń. Coraz wyżej i dalej w świat, aż pod drzwi stuletnich staruszek, które uśmiechają się nagle bezzębnymi ustami i zapomniany rumieniec wykwita na ich zwiędłych policzkach. Przymykają oczy i mruczą jak leniwe koty.

I jeszcze cyma... cyno... ten smaczny kolor. – Zuzanna próbuje przypomnieć sobie, jak wymawia się początkowe głoski; czuje opór coraz bardziej sennego języka, ale po chwili cynamonowy łączy się w zapachu z cukrem i mlekiem, i trawą, czy też coś tutaj się pomyliło. Choć może wcale nie, bo leży przecież na cynamonowej trawie, wsłuchana w głos, który się skarży bardzo śpiewnie, bardzo granatowo, tym granatem usianym złotymi gwiazdami:

Patrzę na twoją fotografię,

którą dziś przysłałaś mi,

i wypowiedzieć nie potrafię

męki...

– Jak? Mąki? – Lilka śmieje się prosto w ucho Zuzi, która słucha w zachwycie męskiego głosu, śpiewającego tak jakoś... zupełnie inaczej, niż się normalnie śpiewa.

– Cicho bądź, Lilka, ja słucham.

– No co ty, to się tańczy, nie słucha, ja z tobą zatańczę. – Lilka szarpie ją za rękę, ale Zuzia ze złością się wyrywa.

Już nigdy nie zobaczę twych oczu za mgłą...

– Oczu za mgłą, ja nie mogę... – Lilka jednak cichnie, opada w trawę obok Zuzi. – Przecież oni też nie słuchają, tylko się śmieją i tańczą. Tylko ty słuchasz, Zuzka. Nikt więcej.

Zuzia słyszy śmiech dobiegający z otwartych szeroko okien mieszkania Lilki i Leny, ale ten śmiech nie przeszkadza jej, przeciwnie, bardzo pasuje do miękkiego głosu śpiewającego nie do końca zrozumiałe słowa. Ten śmiech jest tak samo dziwny, niezrozumiały i zupełnie inny od normalnego śmiechu.

Odeszłaś. Jakże trudno pogodzić się z tem,

Że nie wrócisz ni nocą, ni dniem, myślą ni snem, już

nigdy...

W mieszkaniu Leny i Lilki jest teraz cicho, tylko zasłona i firanka poruszają się z lekkim szelestem w przytłumionych głosach dochodzących z innych okien.

Oczy czarne, oczy twe

Wciąż nade mną dawną mają moc

Każdej nocy widzę je

Lśnią nade mną w każdą ciemną noc

Daleki sen kołuje niby ćma

Wieki...

– Boże, znów o oczach. To chyba oczy są najważniejsze, nie? – zastanawia się Lilka i Zuzia też się nad tym zastanawia.

...noc cała oczy twoje ma

Oczy czarne, rozwarte i ogromne

Oczy czarne, uparte, nieprzytomne

Oczy czarne, przymglone, najłaskawsze, szalone

Już na zawsze stracone oczy twe

– To głupie jest, Zuzka, nie słuchaj, porozmawiaj ze mną... – mówi Lilka.

Zuzia ziewa, nie słyszy już słów piosenki, które rozmywają się gdzieś ponad jej głową i głową Lilki, która, zrezygnowana, mości się w trawie obok niej. Może gdyby pilnie słuchała, nie pozwalając sobie na delikatnie rozkołysany sen, zrozumiałaby wreszcie, o czym jest. O oczach, niby tak, ale chyba nie tylko, tam jest jeszcze coś, czego nie potrafi usłyszeć czy zobaczyć.

Trawa pachnie tak bardzo, powietrze pachnie tak bardzo, ale inaczej niż trawa. Ziemia pachnie tak bardzo. To już trochę podobnie jak trawa. I ramię, na którym oparła buzię, pachnie, ale całkiem inaczej niż wszystko pozostałe. Chociaż może trochę jak trawa, ale jednak nie do końca, bo jak powietrze też. I jak coś jeszcze, może chałka z masłem i cukrem, bo jakoś słodziej. To pewnie dlatego, że ona i Lilka zjadły niedawno przygotowaną przez Lenę na kolację chałkę z masłem, cukrem i cynamonem. I pewnie to masło i cukier, i cynamon zostały na rękach po kolacji.

– Zuzanna, do domu! Zuzanna! – woła mama z balkonu.

Zuzia zrywa się z wysokiej trawy o zapachu cynamonu, cukru i mleka i biegnie, czując pod stopami w lekkich sandałkach nierówności ziemi. Wbiega na schody, które zna na pamięć, więc nie przeszkadza jej ciemność panująca na klatce schodowej. Nie musi otwierać oczu, żeby trafiać na stopnie, a następnie, stojąc już przed drzwiami mieszkania, wyciągnąć rękę i nacisnąć dzwonek. Drzwi otwierają się bardzo szybko, zamaszyście, po czym Zuzia poznaje natychmiast, bez żadnych słów i możliwości dojrzenia czegokolwiek w ciemnym korytarzu, że mama jest niezadowolona i rozzłoszczona. Wtedy jej ruchy są gwałtowne, źle wymierzone, nie trafia precyzyjnie w klamki, uchwyty drzwiczek szafek w kuchni, w oknach. Wymykają się wtedy z jej dłoni, i zarówno drzwi, jak i drzwiczki oraz okna uderzają za mocno, trzaskają jak wystrzały. Mama ma też zmieniony głos – szorstki, nieprzyjemny, a zdania, które wypowiada, są krótkie, ostre i na pewno nie można jej się sprzeciwiać. „Już zaraz dziesiąta, a ty gdzieś łazisz jak zwykle”, cicho mówi mama i zamyka za mocno drzwi. Zuzia, przechodząc przez przedpokój obok matki, widzi ojca śpiącego w poprzek tapczanu. Pewnie wcześniej kłócili się, może szarpali, i to, a może coś jeszcze, rozzłościło mamę, która skrada się za nią. Mama szepcze: „Myj się i spać”, po czym znika w kuchni, gdzie zapala kolejnego papierosa z pustym, płaskim ustnikiem, a Zuzia zamyka się z ulgą w łazience. Szybko myje się w hałaśliwej wodzie, zmywając z siebie zapach trawy, cukru, cynamonu i mleka, a także drobinki uwodzicielskich, męskich głosów śpiewających o oczach. Później otula się szczelnie kołdrą w swoim łóżku, ciepłym i miękkim. Zegar w mieszkaniu sąsiadów wybija dostojnie godzinę. „Szlag by ich trafił z tym cholernym zegarem”, syczy do siebie w kuchni mama, a Zuzia wsłuchuje się w uderzenia tego czegoś w zegarze. Nie wie, co to jest, ale ten dźwięk obijający się o ściany sąsiedniego bloku jest niezwykły, jak pojedyncze, gigantyczne krople deszczu uderzające jedna po drugiej w szybę. Mama pokrzykuje w kuchni niby do siebie, ale przecież do sąsiadów ze zbyt głośnym zegarem, który zawsze niespodziewanie kończy wybijanie godziny, nawet kiedy wiadomo, ile tych uderzeń będzie. Ostatni dźwięk zawsze zostaje dłużej w powietrzu, zawisa na pewien czas i trwa w nim, rozpuszczając się powoli, a kiedy znika, słychać pustkę, jaka po nim zostaje w nadmiernie wtedy cichej ciemności...

Starsza, właściwie stara kobieta jest zmarznięta, bardziej sina niż rumiana. Zgrabiałe palce z trudem dają się rozprostować, kiedy podaje dowód osobisty, o który poprosiła Zuzanna. Kobieta drży jeszcze z zimna, ale już powoli taje w cieple gabinetu. Zdejmuje wyliniały kapelusik, zupełnie niestosowny w taką pogodę, pewnie jednak w jej poczuciu elegancki i konieczny do dopełnienia wizerunku, choć wystawione wcześniej na mróz uszy teraz płoną.

– Zrobię pani herbaty. – Zuzanna uśmiecha się, a że starsza pani nie potrafi wymówić żadnego słowa, wstaje od biurka i włącza czajnik. – Proszę usiąść w fotelu przy kaloryferze.

Zuzanna wskazuje miejsce, a kobieta, mrużąc zmęczone oczy, z uśmiechem sadowi się w cieple, którego brakowało jej przez ostatnie godziny.

Zuzanna przepisuje dane z dowodu, znów złoszcząc się na mikroskopijne literki. Musi używać okularów, ale tylko do najmniejszych literek, przekonuje siebie, z większymi oczywiście radzi sobie świetnie. Przygotowuje kartki, choć przez chwilę zastanawia się jeszcze nad wyciągnięciem dyktafonu. Ale szkoda miejsca w dyktafonie, myśli, pewnie nie usłyszy tu niczego, co wymagałoby szczególnego zaangażowania i dodatkowej pracy w postaci kolejnych odtworzeń wypowiedzi, z pewnością zdąży wszystko zapisać ręcznie.

– B...b...bo autobus się spóźnił, później stał d...d...ługo, a ogrzewanie wysiadło. I p...p...óźniej jeszcze kazali nam iść pieszo tak daleko, d...d...do następnego autobusu, bo ten się zepsuł. Nie p...pojechał. A tamten nie mógł przyjechać po nas, taki lód na d...drodze, musieliśmy do niego dojść. A ogrzewanie też miał ze... psute – wyjaśnia, dygocząc jeszcze, pani dbająca o noszenie kapelusza niezależnie od pogody i zdarzeń losowych.

– Czy pani wie, dlaczego została skierowana na badanie?

– No pewnie, że wiem. Sąd mnie skierował... A to... to wszystko z powodu mojego sąsiada, co nade mną mieszka. Ja mieszkam na trzecim, on na czwartym. Zawziął się na mnie. Najpierw walił w sufit, ale jak! Rzucał dziesięciokilogramowym kamieniem, tak wyczuwałam. Aż żyrandol się kołysał. Widziałam, jak niósł ten ka... kamień w reklamówce. A to wszystko tak od jakichś dwóch lat, wcześniej było dobrze, było ciszej, jak pił, to jakoś też tak po cichu, jak pożyczył pieniądze, to szybko oddawał. Ostatnie pięćdziesiąt złotych oddał jakieś dwa lata temu, przyszedł wtedy do mnie, daje mi te pieniądze, ale widzę, że patrzy na mnie pożądliwie. Ja byłam w takim szlafroczku, który bardzo lubię, a on rzucił się na mnie, całować zaczął i chciał mnie zgwałcić, ale się wyrwałam i uciekłam. I od tego to wszystko się zaczęło, on chyba w tej miłości do mnie się zawiódł i później się mścił tak okrutnie.

– Taki zakochany w pani, to piękne. Taka późna miłość, prawda? Ile ma pani lat?

Starsza pani patrzy na Zuzannę z niechęcią, ale Zuzanna przygląda się jej spokojnie, dając do zrozumienia, że jest zdecydowana czekać na odpowiedź.

– ...dziesiąt... – mamrocze wymijająco kobieta.

– Może pani powtórzyć, bo nie zrozumiałam? – nie odpuszcza Zuzanna; chce jeszcze spytać o dzisiejszą datę, porę roku i tak dalej.

– Siedemdziesiąt. – Starsza pani wydyma usta.

– Siedemdziesiąt cztery – precyzuje Zuzanna i zastanawia się, czy pani ukrywa swój wiek z kokieterii, czy rzeczywiście zapomniała. – A ja ile, według pani, mam lat? – pyta Zuzanna, traktując pytanie jako okazję do zorientowania się w przytomności umysłu pacjentki, adekwatnej ocenie rzeczywistości.

Kobieta przygląda się Zuzannie badawczo, krytycznie, tak jak kobieta może przyglądać się drugiej kobiecie.

– Pięćdziesiąt pięć – rzuca w końcu zjadliwie.

Zuzanna miała nadzieję, że pani jednak zaniży jej wiek, choćby z powodu jakiejś wady wzroku albo tego szaleństwa bijącego z jej oczu, ale nic z tego.

– Zgadłam? – cieszy się złośliwie starsza pani. – Zmarszczki przy oczach panią zdradzają.

Zmarszczki... Najpierw osiedliły się przy oczach i ujawniały się tylko przy uśmiechu, by zaraz zniknąć, że niby nic, że tak wpadły na ułamek chwili. Dosyć niespodziewanie, ale przecież wcale nie, zawładnęły zewnętrznymi kącikami oczu. Później jeszcze się wzmocniły, okopały, ale wciąż udawały, że w zasadzie to za bardzo ich tam nie ma, że wpadły jak zwykle na chwilę, pośmiać się razem z Zuzanną. A gdy jest zmęczona i niewyspana, to tak dla towarzystwa. Zostaną na trochę i zaraz znikną. Okazywało się, że kłamały. Podstępne dzikie lokatorki, które za chwilę rozpanoszą się w całym domu. Bo na przykład szyja. Takie niby nic, takie płyciutkie bruzdy pojawiają się też jakby na chwilę. Później na ździebko dłużej, zapewniając, że jeśli Zuzanna użyje dobrego kremu, to one zaraz się wyniosą. Słowo honoru. A niedługo później są oburzone – no, jakże tak, mają odejść? Przecież są tu tak długo, że w zasadzie od zawsze. Że ich nie widziano? No cóż, takie bakterie na przykład też są, choć ich nie widać.

– Gdzie się podziała moja uroda... – nuci staruszka, patrząc z uśmiechem na Zuzannę. – Moja uroda po świecie chodzi i ładnych chłopców za sobą wodzi. Pójdę do stawu, zatrzymam wodę, może odnajdę swoją urodę... – śpiewa coraz głośniej.

– A jaka dziś jest data? – pyta zniecierpliwiona Zuzanna, kiedy kobieta cichnie, choć coś tam jeszcze nuci pod nosem.

– No, zima, a rok... zaraz...

Zuzanna mruży oczy, przyglądając się zmaganiom starszej pani z opornym mózgiem, jakby chciała ją ukarać za jej zbyt przenikliwe spojrzenie.

Zadaje następne pytania badające orientację, podaje kartkę do testu zegara. Będąc świadkiem walki starej kobiety z niszczącą chorobą, czuje już tylko żal, że to tak się dzieje, że jest nieubłagane, pożerające bez litości i że przecież i ją może kiedyś pożreć. Dowiedziała się już wystarczająco dużo o tej kobiecie i jej problemach z psychiką, obserwując jej próby narysowania zegara, a wcześniej problemy z datą i innymi zbyt dla niej teraz niejasnymi szczegółami czasu i świata wokół, może pozwolić starszej pani wrócić do pasjonujących ją obszarów, od których błyszczą jej oczy, twarz się zaróżowia. Mózg umiera, ale na pożegnanie stworzył świat, w którym pani żyje pełnią życia, ktoś ją kocha, pożąda jej. Tak dużo się dzieje, jak w telenoweli, a właściwie w kryminale z wątkiem erotycznym. Jakiś dobry i litościwy ten jej mózg, myśli z czułością Zuzanna.

– Dzwonił do domofonu, zbirów napuszczał. On zna rozkład mojego mieszkania i wie, gdzie ja jestem w tym swoim mieszkaniu, wtedy w tym miejscu wali w sufit. Może podsłuch założył, że tak wszystko o mnie wie. Bo ja cichutko chodzę, nie słychać, a on słyszy. Może i kamery ma, bo ja często w łazience czuję, że on gapi się na mnie. Chyba nie może o mnie zapomnieć, co? – Uśmiecha się i poprawia resztki włosów, zdemolowanych dodatkowo kapelusikiem. – On się tak mści za moją odmowę, jak to mężczyzna, odmowy nie lubi, zaczyna gonić kobietę... szelma... Myślał, że skoro miałam kiedyś przyjaciela, to on łatwo mnie zdobędzie, pewny taki... – dodaje pieszczotliwie. – Szpiegowałam go, żeby dowiedzieć się, gdzie pracuje i żeby mu opinię w pracy popsuć, bo nie wiedziałam już, co mu zrobić za to znęcanie się nade mną. Bo byłam już zmęczona. Ani spać w tym mieszkaniu, ani w ubikacji się załatwić, ani nic. To może człowieka umęczyć, nawet jeśli wie, za co jest to znęcanie.

– A za co? – pyta Zuzanna.

– No za jego odrzuconą miłość przecież! – wyjaśnia pani, zniecierpliwiona małą przenikliwością Zuzanny. – Ale jak poszłam do tej jego pracy, do biura, i powiedziałam o wszystkim, to oni tylko patrzyli na mnie, patrzyli, patrzyli i zawołali ochroniarza, takiego wielkiego. I wie pani co? Prawie pod pachą mnie wyniósł stamtąd. Może też chciał mnie dotknąć? Ja coś tak czułam, że to niby wynoszenie, a tak naprawdę...

– Czyli inni mężczyźni też się w pani podkochują, nie tylko ten sąsiad?

– No pewnie. Co pani myśli, że tylko ten? To by jeszcze dało się znieść, ale tego jest dużo. I ja zaczęłam w końcu ich przepędzać. Bo już sobie rady nie dawałam. Najpierw złożyłam skargę w spółdzielni mieszkaniowej, tam gdzie mieszkam, że taka sytuacja miała miejsce. Opisałam, co się wyprawia. Wszyscy się zbiegli, jak to mówiłam, to myślałam, że dobrze, interesują się i mi pomogą. Ale wcale nie, nic z tego nie wyszło. Później się przekonałam, że ten prezes, u którego wtedy byłam, jest w zmowie z sędzią Wiatrowską, do której poszłam do sądu, i że wspólnie uradzili, żeby sprawie łeb ukręcić. A dzielnicowy to jak mnie widział, że znów przychodzę na skargę, to już nic nie mówił, tylko palcem pokazywał mi drogę do domu, tak mnie maltretował. I on, ten dzielnicowy, cały sinoczerwony się robił, jak mnie widział, tak musiał dusić w sobie prawdę, bo jakby tę prawdę powiedział, to pewnie miałby kłopoty jakieś. Musiał w sobie wszystko zatrzymać, to i siniał. I kazali mi na badanie się zgłosić do psychiatry, to poszłam i tam cuda ze mną wyrabiali, bo wciąż wychodziła ta lekarka i mówiła, że zaraz mnie przyjmą, zaraz przyjmą, a trwało to ze dwie godziny. Brała mnie, czy ja nerwowo nie wybuchnę. I ta lekarka stwierdziła, że ja zdrowa jak rydz jestem, ale jak to doszło do sędziny Wiatrowskiej, to ta kazała zmienić, że chora niby. I do pani mnie przysłali.

– Boże, jakie z ciebie dziecko – mruczy Lilka, choć jest tylko rok starsza od Zuzi, która przy niej czuje się rzeczywiście czasem dziecinnie, jak w towarzystwie dorosłej kobiety. I Lilka, trochę obrażona, trochę rozczarowana Zuzanną, wstaje gwałtownie z kanapy. – Przecież ona niczego nie zauważy, nie wie, ile ma tych papierosów, jak weźmiemy dwa, to...

Lena wchodzi tanecznie w drzwi i Lilka milknie. Lena przytula Zuzannę, która chętnie poddaje się zagarnięciu przez miękkie, ale silne ramiona, zatapiając się w zapachu mocnym, ciemnym, intensywnym i zupełnie innym niż wszystko, co pachniało w innych ludziach.

– Zrobię wam naleśniki, chcecie? – pyta Lena i śmieje się, pewna, że chcą. Wybiega do kuchni, podśpiewując, i po chwili pachnie naleśnikami w całym mieszkaniu. Lilka przestaje myśleć o papierosach Leny, zjadają naleśniki z cukrem zgrzytającym głośno w zębach. Później odrabiają lekcje, rozkładając zeszyty i książki na stole przykrytym serwetą. Mieszkanie Leny pełne jest przedmiotów, jakich Zuzia nie widziała w żadnym innym miejscu, a z wszystkich widzianych gdzie indziej te, które ma Lena, były najpiękniejsze. Na przykład różowe domowe pantofelki z ogromnymi białymi pomponami, niesłychanie wykwintne, szczególnie subtelny rodzaj atłasu o przestrzennych niemal wzorach. Szafa pełna zwiewnych sukienek. Szlafrok Leny, delikatny i miły jak jej ciało. Tajemnicza tkanina szlafroka pokryta jest miękką sierścią, która pod palcami ugina się jak trawa, by po chwili powstać. Wysokie szpilki Leny. Kolorowe poduszki, których pełno w mieszkaniu, ozdobione koronkami, kokardkami, falbankami. Nieruchome lalki, siedzące na nich dumnie. Lena szyła dla nich maleńkie ubranka i mówiła do nich tak jak do Zuzi, gdy czesała jej włosy w wyszukane fryzury. I Lena mówi przy tym do lalki lub Zuzi, że ma śliczne włosy, takie jasne i długie, że jest cierpliwą dziewczynką, nie wierci się przy czesaniu, aż Lena się zastanawia, jak taka mała dziewczynka może wytrzymać tak długo bez ruchu. Zuzanna wie, że choćby cały blok zapadł się pod ziemię, ona będzie stać nieruchomo. Później Lena przygląda się Zuzannie, odsuwając ją trochę od siebie. „Ależ ty jesteś piękna, Zuziu”, mówi i Zuzanna na chwilę wstrzymuje oddech, przeglądając się w jej oczach. I często w takich sytuacjach Lena przytula ją do siebie, całuje w czoło lub leciutko naciska nosek, albo sięga do toaletki i maluje oczy i usta Zuzi najprawdziwszymi kosmetykami. Z okrągłego pudełka, drewnianego, ale lekkiego, pokrytego ciemnym szkliwem z kwietnymi wzorami, cichutko piszczącego przy odkręcaniu, Lena nabiera na puszek puder, który unosi się w powietrzu jeszcze chwilę po nałożeniu na buzię Zuzanny i wiruje w promieniach słońca, wpadających przez okno. Kiedy Lena nałoży już na twarz małej Zuzanny makijaż, biegnie do swojej wielkiej, błyszczącej politurą szafy i wybiera z pachnącego wnętrza kolorową sukienkę, którą Zuzanna z bijącym sercem wkłada, skracając przez podwinięcie w pasie i rękawach. Lena śmieje się i klaszcze w dłonie, opada na kolorowe poduszki, a szlafrok rozchyla się, ukazując uda między różową, połyskliwą halką od góry a zakończeniem beżowych pończoch od dołu. Zuzanna przegląda się w lustrze i nie śmie głębiej odetchnąć. Lena poprawia jej włosy i makijaż, znów całuje ją i głaszcze.

Ktoś dzwoni do drzwi i Lena zostawia Zuzię samą, nie bojąc się o swoje skarby. Flakoniki i puzdereczka stojące na toaletce przeglądają się w lustrze dumnie i wyniośle, z pobłażaniem pozwalają Zuzannie korzystać ze swoich siedlisk pod nieobecność królowej. Zuzanna zanurza czubki palców w słoiczkach z tłustawą zawartością, rozciera pachnące krople z buteleczek. Pudełko na puder szczególnie zachwyca wzorkami, kwiaty z masy perłowej inkrustującej lakową powierzchnię mienią się kolorami zależnymi od kąta padania światła i ruchu nadawanego przez dłonie Zuzi. Pudełko mieni się różem zachodu słońca, po chwili migocze ogniem, później pojawia się kolor jak szafirowy staw, a w innym miejscu niebo w pogodną letnią noc.

Lena wraca i siada obok Zuzi. W zamyśleniu czesze swoje rude włosy, upina je w wysoki kok, uśmiechając się do wpatrzonej w nią Zuzanny, maluje usta bardzo czerwoną pomadką, a brwi czarną kredką. Patrzy na siebie uważnie w lustrze, delikatnie dociska palce przy zewnętrznych kącikach oczu, leciutko przesuwa do tyłu, przez co oczy na chwilę stają się skośne.

– Widzisz, mam zmarszczki – mówi smutno.

Zuzia przygląda się w poszukiwaniu zmarszczek, ale nie znajduje ich przy oczach Leny, jej twarz jest gładka i piękna; przecząco kręci głową.

– Nie widać? – ostrożnie pyta Lena.

– Nie ma – uspokaja ją Zuzia.

Lena uśmiecha się z ulgą. Czesze włosy Zuzi po raz kolejny, upina inaczej, ale tak samo pięknie jak wcześniej.

– Właściwie nie powinnam żyć – mówi szeptem, jakby w lustrze zobaczyła coś, co było powodem takiego strasznego zdania wypowiedzianego jednak bardziej w zamyśleniu niż ze strachem.

Widząc zaniepokojoną minę Zuzanny, odgania dłonią złe myśli z czoła. Podbiega do gramofonu i sięga po pierwszą z brzegu płytę. Po chwili głęboki męski głos wypełnia pokój ciepłą falą. Zuzia wraz z Lilką i Leną tańczą, trzymając się za ręce, a smutne obrazy z oczu Leny wsiąkają w taflę lustra, gdzie je zostawia na zatracenie, na samotną wędrówkę w najdalsze lustrzane dale, z których nie ma powrotu.

Później Lena idzie do łazienki i leży w wannie wypełnionej pachnącą pianą, spod której wcale jej nie widać. Zapach rozchodzi się po całym mieszkaniu, jakby piana wypływała powoli z łazienki i wędrowała po podłodze aż do ogródka przed domem, aż do maleńkiej furteczki w ogrodzeniu mikroskopijnego ogródka, przez którą latem Zuzia wbiega wraz z Lilką z gorącej trawy pełnej gadających owadów, niosąc na bosych stopach zapach koniczyny. Wiosną wybuchają tam zawsze niespodziewanie pewnego dnia mlecze, oślepiające żółtością. Mlecze zamieniają się w tajemniczy sposób w dmuchawce rozsypujące się później na wietrze. „Baba czy dziad?” – woła mała Zuzanna do Lilki, chowając za plecami dmuchawca w usmarowanych mleczną wydzieliną dłoniach. „Baba, baba, baba!” – krzyczy Lilka. Zuzia wyciąga zza pleców dmuchawca pozbawionego zwiewnych nasionek, a więc – dziad, śmieje się, przegrałaś! Kiedy noce są wyjątkowo gorące, Zuzanna z Lilką kładą się w trawie i patrzą na gwiazdy.

To chyba adapter był tym czymś, co przyciągało tak wielu gości do mieszkania Leny. Sadowili się wygodnie na kanapie wśród kolorowych poduszek, a Lena rozkładała na talerzach przyniesione przez nich ciastka z kremem, pomarańcze, czekoladę, nalewała do kryształowych kieliszków wino. Zapalali papierosy, zdejmowali marynarki i rozluźniali krawaty, podwijali rękawy koszul. Lilka najczęściej mówiła wtedy do Zuzanny: „Idziemy na podwórko” – i zawsze był to koniec jej wizyty na ten dzień. Odwracała jeszcze w drzwiach głowę, patrząc na Lenę, która już o niej nie pamiętała, bo nachylała się nad gościem, wtórując mu ciemnym śmiechem przypominającym swoją głębią zapachy z buteleczek na toaletce.

Apasjonata kołysze gorącym powietrzem i granatowym niebem pełnym gwiazd głos z gramofonu, słodki jak pocałunek Leny, która tańczy; Zuzia widzi to przez zasłony w otwartych na oścież oknach. Lena tańczy przytulona do białej koszuli i pokrytych ciemnymi włoskami rąk.

Apasjonata wspomnienie dawnych dni

Apasjonata

melodia szczęścia chwil.

Dla ciebie grałem,

gdy byłaś blisko mnie.

Swą wielką miłość... chciałem ci wyznać w niej...

Lecz prędko prześnił się

nieśmiały sen o szczęściu

i zostałem sam.

Melodią teraz wzywam ciebie,

gdy znów cichutko gram

– płakał głos z gramofonu, głos mieniący się jak połyskliwe wzorki na lakowym pudełku. Połyskliwość, ale i rozszeptanie, i granat nieba na wyciągnięcie ręki, ciemne potoki śmiechu Leny i jej gości, ale też nagła cisza, gdy ten śmiech nieoczekiwanie milkł, wszystko to snuło się sennie po trawie, owijając Zuzię ciepłym kocem, podkładając jej pod głowę puchowe poduszki. Mogłaby tak płynąć coraz dalej, czy bliżej właśnie, i chyba wyżej, czy też...

Zapłakane oczy, zapomniane oczy,

których nie ma już od wielu lat.

Całowane usta, ukochane usta,

które zabrał mi szeroki świat.

A jednak w noc każdą widzę je we śnie,

Tak się żalą w mroku i wołają mnie.

Kiedy adapter milknie, Lilka budzi Zuzannę, która prawie zawsze zasypia w pachnącej trawie. Czekają jeszcze chwilę, Lilka wie, jak długa powinna być, i wracają przez uchyloną furteczkę pod balkonem do mieszkania zanurzonego w księżycowym świetle, wpadającym przez niedbale zasłonięte okna. Pachnie mandarynkami czy egzotycznymi kwiatami, może przywiezionymi przez kogoś z bardzo dalekich krajów, może z Afryki, myśli Zuzia. Miarowo chrobocze pozostawiona samej sobie płyta. Lena śpi w białej pościeli, z rozchylonymi ustami, pulchne ramię odcina się złotawo od śnieżnego tła, skrzące się włosy, rozsypane na poduszce, wypoczywają po męczącym dniu, gdy dusiły się, uwięzione spinaczami. Zuzanna nie może oderwać oczu od Leny, stoi nieruchomo w progu, gdy z łazienki wychodzi pan Leszek. Dopina białą koszulę, uśmiecha się do dziewczynek, kładzie palec na ustach z cichutkim, przeciągłym „ciiii” i wskazuje na śpiącą Lenę. Wychodzi bez słowa, cichutko pogwizdując, a mijając je, dotyka delikatnie noska Zuzi, która patrzy teraz z bliska w jego twarz. Możliwe, myśli Zuzia, całkiem możliwe, że wciąż można śpiewać o oczach, ustach, dłoniach, włosach.

Szymcha jest miniaturką. Gdyby żydowskie dzieci wtedy były miniaturkami, jeszcze bardziej miniaturkami niż Szymcha, to może więcej udałoby się ich uratować. Można by je chować po kieszeniach, pod czapką lub pod kołnierzami pelis, prosząc, żeby mocno się trzymały, zamknęły oczy i czekały cierpliwie, aż uda się je zanieść w bezpieczne miejsce. Ale miniaturowy Szymcha – i tak za mało miniaturowy, by zastosować pomysł Zuzanny – pojawił się już po wojnie i tylko w jednym egzemplarzu.

– Przecież ja już mam prawie czterdzieści lat – uśmiecha się – ale nie czuję się dorosły. Może to przez to, że jestem mały i drobny, a może przez to, że jestem wciąż z rodzicami, sam nie wiem. Ale oni tak się o mnie boją... Zawsze tak było, że się bali. Nie mogłem wychodzić nigdzie sam, nie mogłem mieć kolegów, bo im nie ufali. Tylko raz, dziesięć lat temu, uciekłem im. Ja tak mówię, że im uciekłem, ale tak naprawdę chciałem tylko zobaczyć kawałek świata i wrócić do nich, żeby już mogli być spokojni i mieć mnie na miejscu, mieć mnie do tego chowania przed światem, przed ludźmi. Bo oni boją się ludzi bardzo. A ja nie za bardzo. Choć początkowo trochę się bałem. W szkole było różnie, ale przeważnie mnie lubili. Dla mnie to były pierwsze kontakty z dziećmi, bo na podwórko prawie nie wychodziłem, a jeśli już, to z mamą albo z tatą. Oczywiście, że wolałem bawić się z dziećmi i udawało mi się czasem namówić mamę lub tatę, żeby sobie siedzieli na ławce, a ja pobiegam z innymi, pobawię się w chowanego albo w wojnę. Pani wie, jak się bawić w wojnę? Pewnie tak, to pamięta pani... wypowiadam wojnę przeciwko, piwko... – Szymcha śmieje się zaraźliwie i Zuzanna też nie może powstrzymać się od śmiechu – przeciwko, piwko – śmieje się Szymcha – a przeciwko Żydom było bez piwka. – Śmieje się dalej, ale już inaczej, malutki Szymcha, i Zuzanna tym razem czuje dreszcz przebiegający przez plecy.

– Wciąż czuję, że są w mieszkaniu... – Głos Szymchy jest teraz matowy. – Czuję ich obecność. Nie wiem, ilu ich jest, może te miliony zabitych przychodzą do mnie, a może tylko kilkadziesiąt osób z mojej zabitej rodziny, nie wiem. Ale są.

Zuzanna nie chce wyobrażać sobie martwych ludzi w jakimkolwiek mieszkaniu, więc broni oczy przed tymi obrazami, zapisując na kartce równym, nadmiernie starannym pismem informacje, zdecydowanie nie są to obrazy, a przynajmniej nie powinny być, bo będą się snuły za nią później natrętnie.

– A czasem rodzice wydają mi się martwi, że to duchy, że nie żyją i nigdy ich żywych nie było. Albo że byli żywi, ale od jakiegoś czasu są martwi. – Zuzanna kontynuuje zapisywanie informacji, nie oglądanie obrazów. – To różnie jest i nie wiem, od czego to zależy. I to jest tak, że z jednej strony wiem, że to mi się wydaje, z drugiej jestem prawie pewien, że to prawda. To mnie męczy. Kiedy nie brałem ketrelu, to byłem pewny, że oni nie żyją i w domu są umarli. Ketrel mi pomaga bardzo, bo tak już raczej nie myślę. Albo nie z taką pewnością. Najgorzej, kiedy jednak myślę, że oni nie żyją. I jak jeszcze dochodzą głosy i jak wydaje mi się, że mówią do mnie w telewizji, jak szafa do mnie mówi, ściany do mnie mówią, to wtedy biorę lorafen. Po pięć albo więcej. Ja wiem, że to za dużo, ale muszę. Uciekam do łazienki, tam mam takie miejsce między wanną a ścianą, bo wanna jest trochę za krótka i nie dochodzi do ściany, i tam zwijam się jak kot i czekam, aż to wszystko minie. Ale teraz nie jest tak źle. Najgorzej było w dzieciństwie, kiedy przychodziły psy, podchodziły do łóżka i ujadały, warczały. Mama je odganiała, a ja krzyczałem, bo bałem się, że jej coś zrobią. Psy były straszne. Może najstraszniejsze, bo byłem mały. Nie wiadomo dokładnie, czy to było z padaczki, co mi rozpoznali wtedy, czy z choroby psychicznej. Bo jeszcze widziałem różne inne obrazy, bardzo kolorowe, niektóre nawet przyjemne. No, ale trzydzieści lat temu lekarze za mało jeszcze wiedzieli, żeby to wszystko dobrze rozpoznać. No i depakinę muszę brać, bo bez niej raz płaczę i umieram, raz się śmieję, i rodzice tego nie wytrzymują. A jak im na trochę uciekłem wtedy, to pojechałem do Izraela, do Kanady, do Indii i do Nowego Jorku i w parę jeszcze innych miejsc. Zanim wyjechałem, nauczyłem ich obsługiwać internet i komórkę, bo tego nie umieli. Ale nauczyli się, bo to im dawało możliwość kontaktu ze mną przez te dwa lata. Spieszyłem się bardzo, bo nie wiedziałem, jak długo oni wytrzymają beze mnie. Dwa lata tak jeździłem. I wie pani co? Świat nie jest złym światem. Ludzie są na ogół dobrzy. Kiedy wróciłem, powiedziałem to rodzicom i myślałem, że się ucieszą. Ale oni zaczęli płakać. No to przestałem mówić o tym wszystkim, co widziałem, co przeżyłem. Bo pomyślałem, że może im jest smutno, że ten całkiem dobry świat był na wyciągnięcie ręki, a oni zasłonili przed nim okna i zamknęli drzwi. A teraz to jestem w szpitalu już chyba dwudziesty raz. Teraz to chciałem się zabić. Bo już chyba nie umiem żyć w tym zamkniętym świecie, nie umiem też stąd odejść. Może oni to wiedzieli i dlatego wtedy tak płakali? A śmierci boję się strasznie. Moja chęć życia jest tak ogromna i tak strasznie boję się tej śmierci, że coraz częściej myślę, jak się zabić, żeby wreszcie przestać się bać śmierci. Ona jest zresztą wszędzie, w tylu sytuacjach, i ja tak mam, że już muchy nie mogę zabić ani nawet o niej niczego złego powiedzieć, bo zaraz widzę obrazy, ruchome obrazy, jak kawałki filmów, przeważnie o wojnie, o zabijaniu na wojnie. Pani nie rozumie, tak? To ja opowiem. No na przykład ta mucha lata i mnie wkurza, ja się złoszczę coraz bardziej, mówię do niej czy do siebie, że mam tego dosyć, że ją... kurwa, o przepraszam... utłukę, bo mnie... no... złości. Więc łapię gazetę czy kapeć i próbuję, a ona, oczywiście, ucieka, ja nie trafiam, bo często mam zamazany obraz po tych lekach, więc wkurzam się jeszcze bardziej i mówię do niej, tej muchy, coraz gorsze rzeczy, i zaraz widzę obraz, buzię małej dziewczynki, którą zabija jakiś Niemiec, co widzi tę dziewczynkę jak ja muchę, że nic niewarta, że go wkurza samym tym, że żyje, i przeszkadza w czymś tam, we wszystkim, coraz bardziej przeszkadza, więc zabicie jej to zabicie muchy. To mi się nakłada, rozumie pani, cały czas. I tak w kółko. Zawsze jakiś obraz, natychmiast obraz, najczęściej z wojny. Pająka nie mogę zabić, nie mogę nawet o nim źle pomyśleć, bo zaraz pojawiają się obrazy, jak ktoś patrzy na kogoś z pogardą i obrzydzeniem i zabija, torturuje, niszczy. Kwiatka nie mogę pominąć przy podlewaniu, bo wiem, że on wtedy jest przerażony, że nie dostanie pić, i umrze. To znaczy tak czuję, to jego przerażenie czuję, i znów obraz kogoś, kto umiera z głodu i pragnienia. A wie pani, jak każde stworzenie walczy o życie? Każdy komar, mucha czy pająk, czy cokolwiek innego. Może rośliny też, tylko nie widzimy tego tak wyraźnie. Najprędzej człowiek może przestać walczyć, tak myślę. Ale inne stworzenia walczą zawsze. Ile to ja much wyciągnąłem z wody, ile os, pszczół i wszystkiego innego, co miało jakieś groźne wypadki. Ile kotów i psów. Wołają mnie, zawsze jakieś znajdę i ratuję, najbardziej, gdy jestem u babci czy cioci na wsi, tam to już całe lato nic nie robię, tylko ratuję. W domu mam pełno doniczek z awokado, które wyrosły z pestek. Bo ja bardzo lubię awokado. Wyjmuję pestkę, kładę do wilgotnej ziemi i po jakimś czasie pestka pęka i w środku pojawia się roślinka i tak rośnie, chroniona przez te dwie połówki pestki. Zawsze przyglądam się temu z zachwytem, jak ta roślinka jest chroniona przez te dwie części pestki, jak przez rodziców. To mnie wzrusza tak bardzo, że płaczę. Mam tych awokado tak dużo, że mi się w domu nie mieszczą. A nie mogę pestki wyrzucić, bo dla mnie tam są te dzieci z rodzicami. Rozdaję te roślinki, ale już nikt nie chce brać. Musiałem przestać jeść awokado. Nie dałem rady. Z ananasem też miałem przeprawę. Odcina się liście, ten pióropusz, i tak robiłem. A później dowiedziałem się, że te odcięte liście też można włożyć do wody i wyrośnie roślina. Ale ja już tego nie chciałem, bo już nie mam miejsca na nowe rośliny. Wyrzuciłem na śmietnik. Zimą. Te liście jakoś wyleciały z puszki i leżały tak w śniegu chyba przez tydzień, a ja, ile razy tam poszedłem, czułem ich ból. I ich wołanie. Że tak zostawiłem bez pomocy tę roślinę, ona chciała żyć, a ja wydałem ją na takie cierpienia. Przestałem jeść świeżego ananasa... – Milknie i patrzy zmęczonymi oczami gdzieś daleko. – Czuję cały ból świata, wszystkich cierpiących stworzeń. Ludzi, zwierząt, roślin. W tym czasie, jak tu siedzimy, tyle bólu. Ja to czuję. I chcę się zabić, bo to nie do zniesienia. – Ogromne oczy w maleńkiej twarzy wpatrzone są do wewnątrz głowy, gdzie jest dla tych oczu niebezpiecznie i samotnie. Ale podobnie jest na zewnątrz głowy, więc oczy nie mają drogi ucieczki, czy patrzą na zewnątrz, czy do środka. Z pewnością ciężko jest żyć w tak szczelnym osaczeniu. – Powiem pani coś jeszcze. Może nawet to będzie najgorsze. Kiedy byłem w Izraelu, poznałem pewną kobietę. Przedstawili mnie jej, a ona zamilkła, patrząc na mnie. Nie wiedziałem, o co chodzi. Cały czas na mnie patrzyła. To było takie przyjęcie u jednego z moich krewnych. Po pewnym czasie ona podeszła do mnie i mówi: „Synu – choć nie byłem jej synem – czekałam całe życie na twoje oczy. Już myślałam, że nie przyjdziesz. Ale jesteś, więc opowiem ci wszystko, bo masz takie oczy, że tylko im mogę powierzyć tajemnicę. Ona będzie ciężka, ale musisz ją unieść”. I opowiedziała mi o obozie dla kobiet, w którym była w czasie wojny. To chyba najstraszniejsza opowieść, jaką słyszałem. To, co tam się działo, przekraczało wszelkie granice okrucieństwa. Upodlenie tych kobiet, największe zbrodnie, jakie można zadać człowiekowi, szczególnie kobiecie, obezwładniły mnie. Ona opowiadała i opowiadała, a ja nie mogłem się poruszyć. W mojej głowie był krzyk przerażenia. Przed moimi oczami obrazy największych zbrodni. Nawet ich ciała je zdradziły, to było najgorsze. Bo rodziły się dzieci, te kobiety zachodziły w ciążę, choć wszystko było przeciw temu, i gdyby ciało było choć trochę mądrzejsze, nie pozwoliłoby na to. Ale było odwrotnie. W tych najstraszniejszych warunkach rodziły się dzieci, z gwałtu, potwornej przemocy. Szybko umierały albo były zabijane, najczęściej przez ich matki, które wyły później bezgłośnie. Po co się rodziły? Przeciw wszystkiemu. Niepotrzebnie. Przeciw samym sobie. Natura jest głupia. Byłem tymi kobietami, tymi noworodkami, ale też byłem ich oprawcami. – Szymcha wyprostował się, urósł, zmarszczył brwi i zmrużył oczy. – Patrz na nie, wszystko zrobią, co chcesz, za kawałek zgniłego chleba. Bo to kurwy. Moja Helga to porządna kobieta, nawet do głowy by jej nie przyszło to, co one są w stanie zrobić, wystarczy, że strzelisz palcami i gwizdniesz. Taki naród, złodziei i kurew. Wczoraj widziałem, jak myły się w kawie. Który normalny człowiek myje się w kawie, chłopie, rozumiesz? I pytam Dietricha, co one z tą kawą robią, popieprzyło im się całkiem w tych zawszonych łbach czy co? A on mówi, że coś tam z wodą jest nie tak, że nie ma czy co. A co mnie to obchodzi, w sumie. A zawszone gorzej od zwierząt. A brudne jak świnie. Tylko te, które przyjeżdżają świeżymi transportami nadają się do czegokolwiek, później to już chodzące trupy. Musisz wybrać sobie te świeże, te najmłodsze najlepiej. Machniesz im przed nosem kawałkiem kiełbasy, to zrobią, co będziesz chciał. I od tej strony, bracie, i od tej, i od tamtej, rozumiesz. A później kopniesz w dupę, jak ci się znudzi, i niech idzie tam, gdzie wszystkie, i niech popracuje dla dobra Rzeszy. A nie chce im się pracować. Bo to leniuchy, wiadomo. Byle tylko nic nie robić, wylegiwać się całe dnie, tak by chciały. – Szymcha zmalał do swojej normalnej postaci, objął się rękami, kiwał się chwilę w przód i w tył z zamkniętymi oczami. – Przestałem wtedy spać na długi czas. Bo czułem rozpacz tych kobiet, które nie miały nic, i takie łóżko, i pościel, i to, że się umyłem wieczorem, że było mi ciepło, bezpiecznie, to dla nich było odległe i krzyczące z rozpaczy marzenie. Czułem się jak ich kat. Że ja to mam, a one nie miały. Spałem na podłodze. Nie mogłem jeść. Obrazy mnie zabijały. Nie wytrzymam, myślałem, muszę porozmawiać z tą kobietą, żeby zabrała ode mnie to wszystko. Jechałem do niej i myślałem, że powiem jej: matko – choć nie była moją matką – ja tego nie mogę udźwignąć, przepraszam, jestem za słaby. Ale ona umarła. Jakieś trzy tygodnie po naszym spotkaniu umarła. Zostawiła mnie z tym. Przyrosło do mnie, przeniknęło mnie. Zmartwiłem się najpierw, że nie mogę jej tego oddać. Później pomyślałem, że dla niej, dla tych zamęczonych kobiet i dzieci powinienem to pomieścić w sobie. Moje cierpienie jest milion razy mniejsze od ich cierpienia. I zostało. Mam to tu – dotyka swojej głowy ostrożnie, delikatnie, pewnie zna dobrze jej kruchość i wypełniające ją szczelnie niebezpieczne krajobrazy.

Zuzanna chciałaby przetrzeć dłońmi swoją stężałą twarz, szczególnie oczy, ale zastygła, znieruchomiała, rozpłynęła się i nie jest pewna, czy jest teraz gdzieś w opowieści Szymchy, czy jest Szymchą, czy z Szymchą tutaj, w szpitalu przepełnionym po brzegi innymi Szymchami.

– A przecież! Wesołych świąt Bożego Narodzenia, dla pani i całej rodziny! – pokrzykuje Szymcha radośnie. – To moje ulubione święta. I dobrze, że jestem w szpitalu, to będę na najprawdziwszej wigilii.

Szpital podoba się Zuzi, taki chłodny i tajemniczy, rozśpiewany głosami ptaków. Mama powiedziała, że to szpital; Zuzanna sądziła, kiedy tu weszli, że są w parku. Zielonym, bardzo zielonym. Cisi, zamyśleni ludzie siedzący nieruchomo to tu, to tam na ławkach wydawali się odpoczywać.

Mama rozgląda się wokół.

– Mietek, gdzie to jest, bo mnie się pomyliło...

– To tu – pan Mietek wskazuje budynek w głębi.

Wchodzą do jednego z budynków, ciemnego, z okratowanymi oknami; Zuzia dopytuje się, dlaczego tu wchodzą i dlaczego te kraty, nie odpowiedziano jej jednak. Idą ciemnym korytarzem, stają przed drzwiami bez klamki, zamiast której jest okrągły uchwyt. Mama i tata siadają na krzesłach, a pan Mietek głośno puka do drzwi bez klamki raz i drugi. Po długim czasie drzwi otwiera pani w białym fartuchu, wchodzą do dusznego korytarza z podobnymi postaciami jak te widziane na zewnątrz, w szaroburych, niekształtnych ubraniach z pozawijanymi rękawami lub podciągniętymi w pasie, bo za długie. Same kobiety, nieruchome, milczące lub głośne, biegające i śmiejące się z czegoś albo zapatrzone gdzieś. Zuzia przygląda się im z ciekawością, są tak inne od znanych jej kobiet. To tak, jakby porozpinać guziki w ubraniu i zrzucić to ubranie, bo było za ciasne, myśli Zuzia i chce powiedzieć to mamie, tacie i panu Mietkowi, ale widząc ich napięte twarze, rezygnuje.

W pokojach wzdłuż korytarza znajdują się łóżka, w niektórych leżą nieodgadnione postacie nakryte kocem lub kołdrą po same uszy. Pan Mietek podchodzi do jednego z takich łóżek, za nim mama i tata – z ociąganiem, niepewnością czy niechęcią. Zuzanna widzi, że oni nie patrzą na postać w łóżku, ale zupełnie gdzie indziej.

– Dzień dobry, co słychać u mamy? – pyta pan Mietek. – Sąsiadów przyprowadziłem, mama pamięta? Zyga i Marta, może mama się przywita... I Zuzia z nami przyjechała w odwiedziny...

Mama wyjmuje z torby kawałek ciasta, które wcześniej upiekła, i jabłka. Układa to na odrapanym stoliku przy łóżku. Jedno z jabłek spada i toczy się z głośnym w tej ciszy głuchym plaśnięciem. Zuzanna wybucha śmiechem i biegnie za zbuntowanym jabłkiem. Nikt więcej nie roześmiał się jednak, przeciwnie, mama, tata i pan Mietek skulili się jeszcze bardziej, ich twarze się zapadły. Zuzia czuje się nieswojo, może zrobiła coś złego, podnosząc to jabłko, a może to jej śmiech był tu czymś niestosownym.

Na sąsiednim łóżku ktoś siada gwałtownie, patrzy chwilę na Zuzannę, wydaje się, że coś powie. Ale nie, opada na swoje posłanie, odrzucając jednocześnie koc, i ukazuje białe, chude nogi, które po chwili otwierają się jak szczypce i miga ciemne owłosienie jak gniazdo uwite w konarach drzew. Zuzanna dobrze wie, że nie powinna oglądać takich obrazków, szybko więc odwraca się tyłem do bezwstydnej postaci. To samo robią rodzice i pan Mietek, straszliwie zakłopotani, unikający swojego wzroku. Mama zaczyna gwałtownie dopytywać się o zdrowie pani Heleny. Zuzia wpatruje się w jej twarz i rozpoznaje sąsiadkę, ale jednocześnie widzi zupełnie obcą, nieznaną osobę nałożoną na tę pierwszą. Czy to na pewno pani Helena, która wciąż przesiadywała na ławeczce przed klatką, plotkując hałaśliwie, częstująca pachnącym ciastem drożdżowym, pielęgnująca sałatę w swoim ogródeczku pod balkonem?

Pani Helena patrzy na nich bez wyrazu, obojętnie. Na nieruchomej twarzy nie pojawia się żadne uczucie czy grymas, cokolwiek, co pozwoliłoby zaczepić choćby najcieńszą niteczkę. Świat odbija się od jej źrenic jak piłka od muru. Ciasto wciśnięte do ust machinalnie gryzie bezzębnymi szczękami, okruszki wysypują się do łóżka, a mama strzepuje je na podłogę. Białe, zmierzwione włosy nie opadają na ramiona, ale sterczą wokół głowy jak dziwna korona. Zuzanna chciałaby porozmawiać z panią Heleną, której oczy są śpiące, choć ona nie śpi.

– Albo śpi jakoś w środku swojej głowy, prawda? – pyta Zuzia raz mamę, raz tatę, ale oni jakby nie słyszeli pytania, więc Zuzanna ustala sama ze sobą, że tak właśnie jest.

Kobiety leżące na innych łóżkach śpią chyba naprawdę i zwyczajnie, bo oczy mają zamknięte, przykryte są kocami, pod którymi niektóre zwinęły się w ciasne kulki, jak koty czy psy. Rodzice i pan Mietek cichną, nic nie mówią, nawet nie patrzą na siebie, jakby i to było zbyt głośne. Później siedzą przed jakimiś drzwiami, za którymi po kolei znikają na chwilę osoby siedzące wraz z nimi. Kiedy przychodzi kolej na nich, tata mówi, że nie wejdzie, bo lekarze go denerwują, niech mama idzie z panem Mietkiem. Później Zuzanna i tata czekają. Tata pali kolejnego papierosa.

– A dlaczego oni wszyscy są tacy dziwni? – pyta Zuzia.

– Nie wiem. Chorzy. – Tato krzywi się lekko.

– Ale na co?

– No, psychicznie. Wariaci.

Mama z panem Mietkiem wracają, nie mówią nic. Sąsiad szybko wyciąga papierosa.

– No i co? – dopytuje się tata.

– To, co zawsze. Że to tak już będzie. – Pan Mietek jest smutny, chyba chce mu się płakać. – Ona chyba już nie będzie normalna. Mnie jej tak strasznie żal. – Próbuje zaciągnąć się papierosem, ale mu się to nie udaje, chlipie jak dziecko. Tata niezgrabnie poklepuje go po ramieniu.

– To ja też zapalę. – Mama sięga drżącą ręką do kieszeni marynarki taty, znajduje papierosy i wyciąga z paczki jednego. Tata podpala papierosa, choć spotkanie drżącego papierosa z drżącym płomieniem zapałki nie jest łatwe. Udaje się po kilku próbach.

– To nie leczą jej? – dopytuje się dalej tata.

– Mówią, że ona jest chromiczna czy coś. Ty coś zrozumiałaś z tego, Marta?

– Ja ich nigdy za bardzo nie rozumiem, ale to coś złego, że niby leków na to nie ma i tak zostanie.

– To już nie ta schizofremia? – pyta tata, zaciągając się głęboko papierosem.

– To chyba też wciąż ma. I jeszcze to chromiczne – wyjaśnia pan Mietek.

Idą alejkami w chłodnym powietrzu. Na ławkach siedzą ci sami ludzie co przedtem, a może tylko tak się Zuzannie wydaje, bo wszyscy mają takie same piżamy. Ktoś śpiewa wysokim, urzekającym głosem, przesnuwającym ciszę srebrnymi nitkami. Zuzia widzi w oknie budynku kobietę czeszącą włosy w promieniach zachodzącego słońca, wpadającego przez kraty chroniące otwarte szeroko okno, w którym stoi. Rodzice i pan Mietek siadają na ławce, dyskutują o czymś zawzięcie, a Zuzanna powoli zbliża się do kobiety w oknie, zafascynowana jej śpiewem. Wchodzi na niewysoki pagórek, nisko umieszczone okno jest teraz niemal na wysokości jej twarzy. Kobieta powoli czesze długie czarne włosy, poprzetykane srebrnymi pasmami. Zauważa Zuzię, milknie, przygląda się przepastnymi oczami. Zuzia próbuje się ładnie uśmiechnąć i grzecznie mówi „dzień dobry”.

– Dni nie są dobre już od dawna, dziewczynko... – Kobieta mówi cicho, ale Zuzia słyszy ją bardzo dobrze w ciszy, w której szemrzą liście drzew, głosy rodziców i sąsiada Mietka, siedzących na ławce niedaleko.

– Dlaczego?

– Mój syn i ja, i mój mąż, zgubiliśmy się we wszechświecie i nie możemy się odnaleźć. Tak strasznie się poraniliśmy... – Kobieta pokazuje zabandażowane przeguby rąk. – Czy ja się poraniłam. Nie pamiętam. Wszystko mi się poplątało... I tracę włosy. – Wyciąga przez kraty rękę ze szczotką pełną czarnych i siwych włosów, po chwili opiera głowę o kraty. Szczotka wysuwa się z jej rąk i spada na podłogę, Zuzia podnosi ją i wspinając się na palcach, podaje kobiecie.

– Dam ci coś – szepcze kobieta i wyciąga do Zuzi zaciśniętą pięść. – Daj rękę.

Zuzia