Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 504 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystkie chwyty dozwolone - Liz Fielding

Trzy siostry Claibourne zarządzają luksusowym domem towarowym Claibourne & Farraday w centrum Londynu. Przebojowe i piękne, Romana, Flora i India, przez kilka lat pomagały ojcu w prowadzeniu biznesu, dlatego bez trudu dają sobie radę.

Niestety, w wyniku dawnej umowy nadchodzi czas, gdy spadkobiercy drugiego założyciela mają stanąć na czele firmy.

Trzej bracia Farraday, Niall, Bram i Jordan, zrobią wszystko, by przejąć pełną kontrolę nad znaną marką.

Zaczyna się fascynująca gra o wpływy, której finał zaskoczy wszystkich.

Opinie o ebooku Wszystkie chwyty dozwolone - Liz Fielding

Fragment ebooka Wszystkie chwyty dozwolone - Liz Fielding

Liz Fielding

Wszystkie chwyty dozwolone

Tłumaczenie: Adela

CZĘŚĆ PIERWSZA

PROLOG

Komunikat prasowy

„Claibourne & Farraday ma przyjemność ogłosić, że panna India Claibourne została mianowana dyrektorem naczelnym ze skutkiem natychmiastowym.

Panny Romana oraz Flora Claibourne zostały członkami rady nadzorczej”.

Londyn, „Evening Post”: Wiadomości z City

„Czyżby w najstarszym i najszacowniejszym londyńskim domu towarowym zatriumfowała ostatecznie równość płci?

Wraz z dzisiejszym oświadczeniem o powołaniu Indii Claibourne, lat 29, na stanowisko naczelnego dyrektora Claibourne & Farraday kończy się pewna epoka – padł oto jeden z ostatnich bastionów męskiej dominacji.

Urocze panny Claibourne, które od najmłodszych lat miały swój udział w zarządzaniu firmą, zdecydowały, jak widać, że nadszedł czas, by położyć kres wywodzącej się z XIX wieku tradycji męskich rządów.

W 1832 roku założyciele C&F, lokaj Charles Claibourne i kamerdyner William Farraday, wypracowali umowę dotyczącą sukcesji. Zgodnie z tą umową kontrolny pakiet akcji i całkowita kontrola nad firmą miały zawsze należeć do najstarszego męskiego potomka ich rodzin. Do tej pory nikt nie próbował podważyć warunków umowy.

Czy mężczyźni z rodziny Farradayów przyjmą spokojnie obecne wyzwanie?”

Memorandum

Od: Jordana Farradaya

Do: Nialla Farradaya Macaulaya i Brama Farradaya Gifforda

„Jestem pewien, że już czytaliście załączony wycinek prasowy. Uprzedzając wasze ewentualne zastrzeżenia, wystosowałem oficjalne pismo, podważające prawo Indii Claibourne do objęcia stanowiska dyrektora naczelnego.

Odpowiedź sióstr Claibourne jest interesująca. Nie powołują się na ustawę o równości płci. Wyrażają jedynie zaskoczenie, że, cytuję: trzech tak zapracowanych mężczyzn chciałoby się zająć sprzedażą detaliczną. Podejrzewają zapewne, że zamierzamy upłynnić znaczną część aktywów znaku firmowego C&F oraz nieruchomości, a temu, gdy uzyskamy kontrolę, nie będą w stanie się przeciwstawić. Należy je przekonać, że jest inaczej. Dlatego przystałem na propozycję, by w okresie najbliższych trzech miesięcy każdy z nas poświęcił trochę czasu na przyjrzenie się ich pracy.

Siostry Claibourne chcą nam najwyraźniej pokazać, że ich doświadczenie stanowi dla C&F większą zaletę niż lata spędzone przez nas w City. Trzy miesiące zwłoki nie zaszkodzą nam, jeśli sprawa, a podejrzewam, że tak się stanie, i tak znajdzie finał w sądzie. Natomiast bliższy wgląd w ich działania na pewno przyda nam się na rozprawie.

Zgodnie z harmonogramem, który ustaliłem, Niall poobserwuje Romanę Claibourne w kwietniu, Bram zrobi to samo z Florence w maju, a w czerwcu ja popracuję z Indią. Załączam dossier naszych partnerek. Proszę was o poświęcenie temu przedsięwzięciu tyle czasu, ile zdołacie – oczywiście bez uszczerbku dla waszej normalnej działalności – znaleźć. Jako współwłaściciele udziałów musicie pamiętać, że nagrodą będzie całkowita kontrola nad znakomitym przedsiębiorstwem handlowym oraz nieruchomościami należącymi do najcenniejszych w kraju”.

E-mail

Do: Romana@laibournes.com

Kopia: Flora@laibournes.com

Od: India@laibournes.com

Temat: Niall Farraday Macaulay

„Nasi prawnicy postanowili poczekać trzy miesiące, zanim wystąpią z pozwem o obalenie skargi Farradaya na zarządzanie firmą. Obierając taktykę grania na zwłokę, musiałam być miła i zaproponowałam Farradayom, żeby przyjrzeli się osobiście, jak zarządzamy firmą.

Wkrótce skontaktuje się z tobą Niall Farraday Macaulay. Ma ustalić wygodny dla ciebie harmonogram stażu u twego boku w kwietniu. To bankier zajmujący się inwestycjami. Niewątpliwie chętnie skorzystałby z szansy położenia ręki na aktywach C&F. Musisz go przekonać, że w jego najlepszym interesie leży pozostawienie ich nam.

Zgoda Farradayów na naszą propozycję oznacza, że widzą w tym możliwość zebrania poufnych informacji. Bądź ostrożna. India”.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Z uczuciem narastającej paniki Romana Claibourne grzebała w torebce, szukając portfela między kartonikiem ulubionej kawy, kosmetyczką i firmowymi torbami na zakupy. Ów stan podenerwowania nie wynikał z tego, że portfel gdzieś się jak na złość podział, ani nawet z tego, że Niall Farraday Macaulay postanowił objawić się właśnie dziś. Najgorsze było to, że się spóźniała. Poranny e-mail od Indii wyrażał bardzo jasno konieczność punktualności.

Niall Macaulay chciał omówić dokładnie o dwunastej szczegóły dotyczące wspólnej pracy w kwietniu. Powinna wszystko zostawić i zjawić się na czas. Nic – nawet uroczystość otwarcia tradycyjnego dorocznego tygodnia dobroczynności w Claibourne & Farraday – nie było dziś ważniejsze. Sytuacja należała do kryzysowych.

– Przepraszam... – Rzuciła taksówkarzowi przepraszające spojrzenie. – Wiem, że gdzieś tu jest... Miałam go, kiedy wsiadałam.

– Spokojnie, panienko – odparł. – Mamy czas.

– Doprawdy? – Zdając sobie sprawę z sarkazmu kierowcy, zdwoiła wysiłki, by szybciej znaleźć portfel.

Miała go, kupując sukienkę. Potem, po otrzymaniu wiadomości od Indii, musiała napić się kawy i potrzebowała drobnych. Wróciła myślami do tamtej chwili. Tak, zamówiła, zapłaciła i wsunęła portfel do kieszeni...

Jej ulga okazała się jednak przedwczesna. Gdy sięgała do kieszeni płaszcza, kubek z kawą wymknął się jej z rąk. Uderzył o chodnik, przekręcił się, a potem wieczko odpadło i Romana mogła obserwować, jak – niczym na zwolnionym filmie – kawa oblewa lśniące buty przechodnia, a potem malowniczo rozpryskuje się na nogawce jego spodni.

Nogi mężczyzny znieruchomiały. Tekturowy kubek poszybował do góry na czubku czarnego parasola i zatrzymał się na wysokości jej ręki.

– To, jak sądzę, należy do pani – powiedział właściciel spodni.

Wzięła kubek. Och, kolejny błąd! Kubek był lepki, mokry, a słowa przeprosin, cisnące się na usta, wyparła nagle monosylaba wyrażająca obrzydzenie.

A potem – błąd numer dwa – podniosła wzrok i niemal znów upuściła kubek. Patrzyła na wysokiego nieznajomego i nie mogła wykrztusić słowa. Powinna przeprosić... I dowiedzieć się, z kim ma do czynienia.

Ale, nim się odezwała, uświadomiła sobie, że nieznajomy wcale nie był pod wrażeniem niespodziewanego spotkania z jedną z najbardziej obleganych kobiet Londynu. Lekceważący wyraz jego twarzy świadczył o tym aż nadto wymownie. Przeprosiny zamarły na jej ustach.

Najwidoczniej nie ciekawiło go, co mogłaby mu powiedzieć. Odwrócił się na pięcie i szybko przeszedł pod złoconym portalem nad wejściem do Claibourne & Farraday.

Niall Macaulay był oczekiwanym gościem. Zaproszono go do znajdującego się na samej górze biura, gdzie oddał recepcjonistce płaszcz i parasol, a potem wszedł do łazienki, by zetrzeć resztki kawy ze spodni i butów. Wrzucając papierowy ręcznik do pojemnika na śmieci, z irytacją zerknął na zegarek. Ledwie udało mu się wygospodarować czas na to spotkanie, a teraz przez tę jakąś głupią kobietę był spóźniony.

Ale Romana Claibourne również się spóźniała. Niall stanął przy oknie i próbował nie myśleć o tuzinie innych, o wiele ważniejszych spraw, którymi powinien zajmować się w tej chwili.

– Chce pani rachunek? – spytał taksówkarz.

Romana nadal patrzyła w stronę, gdzie przed chwilą zniknął mężczyzna.

– Słucham? Tak, proszę... – Podała taksówkarzowi banknot. – Reszta dla pana.

Wciąż trzymała w ręce cieknący kubek. Na ulicy nie było kosza na śmieci, musiała więc wnieść go do biura. Dopiero sekretarka uwolniła ją równocześnie od kubka, toreb i płaszcza.

– Spodziewam się pana Macaulaya. Nie mogę poświęcić mu więcej niż pięć minut. Liczę, że mnie wybawisz... – Zbyt późno zauważyła ostrzegawcze spojrzenie dziewczyny.

– Pan Macaulay przyjechał kilka minut temu – powiedziała sekretarka szeptem. – Już czeka...

Romana odwróciła się i zobaczyła mężczyznę stojącego przy oknie, zapatrzonego na dachy Londynu. O, Boże! Musiał ją usłyszeć. Ładny początek!

Ledwie zdążyła wytrzeć ręce w papierową chusteczkę. Porzuciła wszelkie myśli o poprawieniu makijażu czy doprowadzeniu włosów do ładu. Wygładziła tylko spódnicę, obciągnęła żakiet i weszła do swego gabinetu.

Niall Macaulay robił wrażenie, nawet z tyłu. Wysoki, barczysty, świetnie ostrzyżony, ubrany w szyty na miarę garnitur.

– Przykro mi, że musiał pan czekać – powiedziała, ruszając do przodu z wyciągniętą ręką.

Już chciała wyjaśnić powód spóźnienia – oczywiście bez wspominania o kawie – gdy się odwrócił i Romana zastygła z otwartymi ustami.

Zbieg okoliczności? A może prima aprilis? Bo przecież był 1 kwietnia. Facet, którego oblała kawą i Niall Macaulay to jedna i ta sama osoba. Niesamowite!

– Czy moja sekretarka zaproponowała panu...

– Kawę? – dokończył głębokim, basowym głosem, którego, jak się już zdążyła zorientować, nigdy nie podnosił. – Dziękuję, wydaje mi się, że czego jak czego, ale kawy mam dość jak na jeden dzień.

Niall Macaulay był jednym z cichych wspólników C&F. Do niedawna nie zastanawiała się wcale, dlaczego trzej panowie nie interesowali się firmą, skoro ich nazwisko widniało nad frontowymi drzwiami. Jeśli w ogóle o nich myślała, przypuszczała, że są zbyt starzy albo zbyt leniwi, żeby pracować. Same dywidendy wystarczały na wygodne życie.

Dopiero gdy ojciec po ciężkim ataku serca dopuścił ją i jej siostry do oficjalnego zarządzania firmą, odkryła prawdę. Ich partnerzy – inwestor, bankier i prawnik – wcale nie spoczęli na laurach. Przeciwnie – budowali własne imperia.

A dziś zapragnęli przejąć również imperium Claibourne'ów.

To był bankier. Zademonstrował już, że jest jak bryła lodu. A ona miała za zadanie przekonać go, że potrafi pokierować poważną firmą. Cóż, początek był nie najlepszy. Ale to nic. Jutro będzie lepiej. Zdoła jeszcze odrobić straty i pokazać swoją wartość.

– Przykro mi z powodu tej kawy – powiedziała, próbując się uśmiechnąć. – Przeprosiłabym, gdyby dał mi pan szansę. – Czekała na jakieś słowo, ale jej gość milczał. Na jego twarzy nie pojawił się nawet ślad emocji. – Proszę przysłać mi rachunek z pralni – powiedziała. – Albo... Może zechciałby pan zdjąć spodnie teraz... Ktoś z naszych pracowników oczyściłby je i wyprasował...

Wyobraziła sobie nagle Nialla Macaulaya przemierzającego jej gabinet w bokserkach i zarumieniła się. A przecież nigdy się nie rumieniła! Tylko wtedy, gdy powiedziała coś naprawdę głupiego. To było naprawdę głupie. Nerwowo zerknęła na zegarek.

– Za kilka minut muszę być gdzie indziej, ale proszę skorzystać z mojego biura, gdy będzie pan czekać. – Chyba zrozumiał, że nie zamierza oglądać go w negliżu.

W takiej sytuacji większość mężczyzn, których znała, zatarłaby ręce z zachwytu, ale Niall Macaulay do nich nie należał. Spoglądał na nią wzrokiem, którym mógłby ugasić wulkan.

Nerwowo odrzuciła włosy. Wiedziała dobrze, jak ów „dziewczęcy” kokieteryjny gest działa na mężczyzn. Jedni lubili go, innych mierził. W wypadku Nialla Macaulaya spodziewała się niechęci. Przekornie jednak wolała negatywną reakcję niż żadną. Żeby zirytować go jeszcze bardziej, poprawiła włosy po raz drugi, uśmiechając się zalotnie. Na widok tego uśmiechu mężczyźni padali jak muchy. Ale nie pan Macaulay. Stanowczo nie był przeciętny. Za to zasadniczy i zimny jak mało kto.

– Panno Claibourne, mój kuzyn poprosił mnie, żebym w kwietniu towarzyszył pani w pracy. Oczywiście, zakładając, że zechce pani uszczknąć nieco swojego cennego czasu, który przeznacza pani na zakupy, i rzeczywiście popracować.

Podążyła za jego spojrzeniem, które spoczęło na stercie firmowych toreb leżących na sofie.

– Nie ma co kpić z zakupów, panie Macaulay. Nasi przodkowie wykorzystali drzemiącą w ludziach potrzebę kupowania i zbili na tym fortunę. Właśnie dzięki zakupom nasze dywidendy stale rosną.

– Nie potrwa to długo – odpowiedział, unosząc ciemną brew – jeśli członkowie zarządu będą się zaopatrywać u konkurencji.

Romana wzięła do ręki leżący na biurku terminarz i zaczęła go przerzucać, byleby tylko nie natknąć się na chłodne spojrzenie.

– Chyba nie wyobraża pan sobie, że jakiś wybitniejszy designer wystawi cokolwiek, oczywiście prócz prêt-à-porter, w domu towarowym, nawet w tak stylowym jak C&F? Wiele jeszcze musi się pan nauczyć, panie Macaulay. – Westchnęła z lekko skrywaną satysfakcją. – Czy możemy ustalić terminy? Chociaż, szczerze mówiąc, jakoś trudno mi wyobrazić sobie pana i pańskich kuzynów bawiących się w sklep.

– Bawiących się w sklep? – powtórzył. – Przepraszam, nie zdawałem sobie sprawy, że stoi pani za ladą.

India ostrzegła ją, by siedziała cicho i nie pozwalała sobie na uszczypliwe uwagi. Niestety, Romana nie zawsze potrafiła ugryźć się w język.

– Teraz już nie – przyznała. – Ale robiłyśmy to wszystkie w przeszłości, gdy uczyłyśmy się biznesu. A czy którykolwiek z panów wie cokolwiek o prowadzeniu domu towarowego? Handel detaliczny nie jest dla amatorów.

– Naprawdę? – Po raz pierwszy wyglądał na trochę rozbawionego. A może sugerował, że to on uważa ją za amatorkę?

– Naprawdę. Może pan być największym inwestorem, ale czy pan wie, ile par jedwabnych majtek trzeba zamówić przed świętami Bożego Narodzenia?

– A pani wie? – spytał, ale nim zdążyła pochwalić się znajomością dokładnych danych, ciągnął: – Jestem pewien, że nie musi pani angażować się w codzienne sprawy aż tak mocno. Od tego są kierownicy działów.

– Odpowiedzialność spada na mnie, panie Macaulay. Znam sklep od podszewki. Pracowałam w każdym dziale. Prowadziłam nawet dostawcze ciężarówki...

– A nawet, jak pisze „Evening Post”, była pani pomocnikiem Mikołaja – zakpił. – I czego się pani nauczyła?

– Żeby nigdy więcej tego nie robić – przyznała ze szczerym uśmiechem. Miała nadzieję, że zostanie to uznane za propozycję zawarcia pokoju. Mogliby wtedy przestać walczyć i zacząć od nowa. Jak równi sobie.

– Nie znały panie szczegółów umowy, prawda? – Przeszedł do sedna sprawy, odrzucając porozumienie. – Nie wiedziałyście, że będziecie zmuszone oddać sklep, gdy wasz ojciec przejdzie na emeryturę?

Gdy szukała odpowiednich słów, by zaprzeczyć, a jednocześnie nie wyjść na kłamczuchę, skonstatował:

– Tak myślałem. Ojciec powinien być z wami szczery od samego początku. Wówczas wszystko byłoby o wiele łatwiejsze.

Słusznie, pomyślała Romana. Ojciec, niestety, należał do osób chowających głowę w piasek.

– Nie zamierzamy wtrącać się w szczegóły – ciągnął. – Do prowadzenia domu towarowego zatrudnimy zespół najlepszych menedżerów...

– To my jesteśmy najlepszym zespołem menedżerów! – odparowała natychmiast, choć prawdę mówiąc nie miała możliwości porównania. – Zostawcie nam firmę, a nadal, nie kiwnąwszy palcem, będziecie spijać śmietankę.

– A wy nie będziecie nas informować, co się dzieje. Od trzech lat zyski nie zwiększają się. Firma pogrąża się w stagnacji. Czas na zmiany!

Wielkie nieba! Bankier starannie odrobił swoją pracę domową. Szła o zakład, że znał z dokładnością do jednego pensa bilans za ostatni rok. A być może nawet za ostatni tydzień.

– Wszystkich dotyka kryzys na rynku. – Do licha, już powiedziała za dużo.

India miała rację. Powinna siedzieć cicho.

– Wiem. – W głosie Macaulaya zabrzmiało prawie współczucie. Romana jednak ani na moment nie dała się zwieść. – Ale wygląda na to, że C&F zapatrzył się we własny wizerunek najbardziej luksusowego domu towarowego w Londynie.

– Owszem – przyznała. – Może nie jesteśmy najwięksi, ale mamy własny, niepowtarzalny styl. Jesteśmy najwygodniejszym domem towarowym w mieście.

– Najwygodniejszym? Raczej staromodnym, nudnym i pozbawionym świeżych pomysłów.

– A pan je ma? – odparowała, zgadzając się w duchu z tym opisem. Ileż to razy prosiły ojca, by pozwolił zmodernizować sklep! Chciały wyrzucić wiśniowe dywany, rodem z dziewiętnastego wieku, i wpuścić do środka trochę światła. Ale nie zamierzała mówić o tym Niallowi Macaulayowi. – Macie jakieś nowatorskie pomysły?

– Oczywiście, mamy pewne plany – powiedział Niall Macaulay z wielką pewnością siebie.

Cóż nowego mógł wnieść do prowadzenia sklepu ten zapięty na ostatni guzik, chłodny i beznamiętny bankier?

– Nie powiedziałam „plany”, miałam na myśli pomysły. Możecie planować sprzedaż – powiedziała. – To w istocie żaden kłopot, a jednocześnie fura pieniędzy dla pańskiego banku. A jeśli przejmiecie pakiet kontrolny, nie będziemy mogły was powstrzymać...

– Pani Romano... – Bezosobowy głos z interkomu przerwał jej. – Przepraszam, że przeszkadzam, ale jeżeli zaraz pani nie wyjdzie...

Niall Macaulay zerknął na zegarek.

– Pięć minut co do sekundy – powiedział.

O pięć minut za długo, pomyślała.

– Przykro mi, panie Macaulay, ale mimo że nasza wymiana poglądów jest bardzo interesująca, muszę już być gdzie indziej. Proszę ustalić terminy z moją sekretarką. Proszę jej powiedzieć, kiedy może pan poświęcić trochę czasu naszej firmie, a ja uwzględnię to w swoich planach. – Nie czekając na odpowiedź, chwyciła torebkę i wyszła.

Poświęcić trochę czasu?

Niall nie zamierzał pozwolić tej smarkuli potraktować się w ten sposób. To on miał udowodnić, że Romana Claibourne nie spisuje się dobrze na swoim stanowisku.

Odebrał płaszcz i parasol i wyszedł za nią.

– Panno Claibourne...

Odźwierny w uniformie wezwał taksówkę i przytrzymał drzwi. Spieszyła się i naprawdę nie potrzebowała kolejnej dawki Nialla Macaulaya. Ale zszedł za nią po schodach i uprzejmość nakazywała zadać mu to pytanie:

– Czy mogę pana gdzieś podwieźć, panie Macaulay?

– Nie. – Odczuła ulgę, ale trwało to krótko, ponieważ po chwili wsiadł za nią do taksówki. – Jadę tam, gdzie pani. Gdy powiedziałem, że zamierzam spędzić trochę czasu, przyglądając się pani pracy, nie miałem na myśli jakichś umówionych spotkań. Zacznę od zaraz.

– Od zaraz? – powtórzyła jak echo, a potem wybuchnęła śmiechem, mając nadzieję, że on żartuje. Ale Niall Macaulay nawet się nie uśmiechnął. Znów błąd. Ten człowiek nigdy nie żartował. – Proszę mi wybaczyć – dodała pospiesznie. – Zrozumiałam, że zarządza pan bankiem. Przypuszczałam, że w związku z licznymi obowiązkami nie będzie pan miał czasu na angażowanie się we wszystko, co robię. – Naprawdę tak myślała. Sama nie chciała angażować się we wszystko, co robiła.

– Zabierzmy się lepiej do pracy – skomentował chłodno. – Muszę być przy pani cały czas, jeśli naprawdę chcę się czegoś dowiedzieć i nauczyć.

– Pan nie rozumie...

– Czy pani dziś pracuje? – Zerknął nieufnie na jej torby. Jego spojrzenie sugerowało, że ocenił ją już w chwili, gdy kawa z tekturowego kubka pozbawiła blasku jego buty. – Może lepiej powie pani kierowcy, dokąd jedziemy?

– Naprawdę sądzę, że będzie lepiej, jeśli przefaksuję panu listę moich obowiązków do końca miesiąca – odpowiedziała stanowczo.

– Pewien jestem, że byłaby to interesująca lektura. Zależy mi jednak zwłaszcza na tym, by zobaczyć, co będzie pani robiła dzisiaj.

– To naprawdę chwalebne, że traktuje pan swoje zadanie tak poważnie – skwitowała.

– Wszystko traktuję poważnie. Nie należę do ludzi, którzy uważają, że już niczego nie muszą się uczyć... Nawet od pani.

– Dziękuję, bardzo pan wspaniałomyślny – odparła z ironią.

– A zatem pracuje pani dzisiaj, czy nie?

Zabrzmiało to tak, jakby oszukiwała. Jakby brała pieniądze, ale nie przykładała się do swoich obowiązków.

– Tak – powiedziała. – Pracuję. – Podała kierowcy adres.

India była zdumiona, że Farradayowie tak łatwo zgodzili się na trzymiesięczne opóźnienie procedur prawnych zmierzających do przejęcia C&F. Ale Romanie przyszło nagle do głowy, że być może sprawy nie przedstawiały się tak prosto. Dlaczego trzech obłożonych zajęciami mężczyzn miało poświecić tyle czasu na przyglądanie się pracy trzech młodych kobiet, od których nie mogli się niczego nauczyć?

Niall Macaulay już przyznał, że nie będą sami prowadzić domu towarowego, a zatrudnią własny zespół menedżerów. Czyżby potrzebowali udowodnić, że siostry Claibourne są niekompetentne, zanim pozbędą się ich z rady nadzorczej?

Ale to nie one były niekompetentne. A więc wszystko było w porządku.

– Chce pan zobaczyć, jak zarabiam? – spytała ostrzejszym tonem.

– Podkreślała pani, jak ciężko wszystkie pracujecie. Twierdzicie, że nikt inny nie mógłby wykonywać tej pracy.

– Nie powiedziałam, że nikt. Nie wierzę jednak, by jakiś bankier mógł łatwo mnie zastąpić. – W każdym razie nie pan, pomyślała.

Stosunki z ludźmi wymagają ciepła. Umiejętności uśmiechania się nawet wtedy, gdy nie ma się na to ochoty.

– Ma pani cały miesiąc, by mnie o tym przekonać. Radzę nie tracić czasu.

– Jest pan całkiem pewien? – Była naprawdę poruszona jego śmiertelnie poważnym tonem. – Nie woli pan tego przemyśleć? – Dała mu ostatnią szansę uniknięcia doświadczenia, którego nie życzyłaby najgorszemu wrogowi.

– Wprost przeciwnie. Chętnie zobaczę, co pani robi za tę grubą forsę, którą pani dostaje co miesiąc, nie licząc dywidend z akcji. Chyba nie ma problemu, prawda?

Określenie „gruba forsa” przypieczętowało jego los.

– Żadnego – odparła. – Proszę być moim gościem. – Wyciągnęła telefon i nacisnęła guzik. – Molly, już jadę. Dopilnuj, by było wystarczająco dużo koszulek z naszym logo. – Spojrzała na Macaulaya. – W rozmiarze czterdzieści cztery. – Nie skomentował, przyglądał jej się tylko podejrzliwie zmrużonymi oczami. – I będzie potrzebne dodatkowe krzesło w mojej loży dziś wieczorem. Mam gościa, Nialla Macaulaya. – Wypowiedziała nazwisko z naciskiem. – Włącz go do wszystkich moich zajęć w tym tygodniu, dobrze? Cóż, resztę wyjaśnię ci, gdy się zobaczymy.

– Co ma być dziś wieczorem? – spytał, nadal świdrując ją wzrokiem.

– Gala dobroczynna. Dziś rozpoczyna się „Tydzień radości”. Właśnie dlatego pańska obecność jest raczej niepożądana.

– Radości? – Niall Macaulay miał lekko speszoną minę.

– To słowo oznacza zachwyt, przyjemność, zabawę – wyjaśniła cierpko. – Ale to również nazwa imprezy dobroczynnej, której od dwóch lat patronuje C&F. Zbieramy pieniądze dla dzieci specjalnej troski.

– A jednocześnie robicie sobie bezpłatną reklamę.

– Nie całkiem bezpłatną. Nie uwierzy pan, ile teraz kosztują balony. I koszulki. Ale to się opłaca, zwłaszcza ze względu na dzieci. Oczywiście, mamy bardzo dobry zespół w dziale reklamy i marketingu. – Uśmiechnęła się, wyłącznie dlatego, żeby go rozdrażnić. – Chyba nie sądził pan, że kończę pracę o piątej? Obawiam się, że pracuję dłużej niż pan w banku... Przepraszam, może w domu czeka na pana żona? – Miała przeczucie, że ta zabawa zacznie sprawiać jej prawdziwą przyjemność.

– Nie jestem żonaty, panno Claibourne – odpowiedział. – Od pewnego czasu.

Romana nie była tym wcale zdziwiona.

ROZDZIAŁ DRUGI

Niall wyjął telefon, zadzwonił do sekretarki i zmienił plan zajęć na resztę dnia, załatwiając przy okazji sprawy, które nie mogły czekać. Przynajmniej wieczór nie przysparzał problemów. Spotkanie na temat sytuacji w przemyśle stalowym mogło poczekać.

Romana również telefonowała. Załatwiała jeden telefon po drugim. Rozmawiała z ludźmi przygotowującymi galę, sprawdzała szczegóły dotyczące kwiatów, programu i rezerwacji miejsc na widowni.

Czy próbowała wywrzeć na nim wrażenie? A może po prostu unikała rozmowy. Przynajmniej za to powinien być jej wdzięczny.

Kierowca sunął wolno przez zakorkowane o tej porze ulice. Macaulay miał mnóstwo czasu, by żałować, że impuls nakazał mu wyjść za Romaną z biura. Bóg jeden wie, że nie chciał spędzić w jej towarzystwie więcej czasu, niż było to absolutnie konieczne. Nie miał czasu dla słodkich blondynek. Zwłaszcza dla idiotek odgrywających rolę „dyrektora firmy” w czasie, który zostaje im po zrobieniu zakupów. Zerknął na firmowe torby, które leżały obok jej wąskich stóp w markowych pantoflach.

Skrzywił się z powodu takiej ekstrawagancji, ale nie byłby mężczyzną, gdyby nie dostrzegł zgrabnych, długich, naprawdę godnych podziwu nóg. Romana Claibourne najwyraźniej uważała, że należy eksponować swoje walory.

Gdy zorientowała się, że na nią patrzy, odgarnęła do tyłu gęste złote loki. Instynkt ostrzegł go w porę, by odwrócić wzrok, gdy rzuciła mu pytające spojrzenie. Uniósł brew, a potem – nieporuszony – powrócił do kontemplowania bardziej interesującego widoku za szybą.

Gali dobroczynnych, niezależnie jak szlachetny miały cel, nie uznawał za pracę ani nawet za przyjemną rozrywkę. Wolałby raczej wysłać czek i nie brać w tym udziału.

Nie mógł jednak mieć pretensji do Romany. Dała mu szansę ucieczki, zaproponowała, by towarzyszył jej w pracy w ściśle ustalonych terminach. Przypuszczał jednak, że zwyczajnie usiłuje się go pozbyć. Było coś w tej dziewczynie, w sposobie, w jaki na niego patrzyła tymi dużymi, błękitnymi oczami, co wskazywało na to, że przywykła do owijania sobie mężczyzn wokół małego palca. Chciał jej pokazać, że ulepiony jest z twardszej gliny.

Ciekawe, w jakim celu spakowała torbę? Za późno, by o to spytać. Taksówka zatrzymała się przed wjazdem na Tower Bridge, który na tę okazję udekorowano firmowymi barwami Claibourne & Farraday. Powiewały złoto-wiśniowe proporczyki, balony, tu i ówdzie wśród podnieconego obecnością kamer telewizyjnych tłumu migały dwukolorowe podkoszulki.

– Jesteśmy na miejscu, panie Macaulay.

– Niall, proszę. – Nie odczuwał potrzeby familiarnych stosunków; zaproponował przejście na ty wyłącznie dlatego, żeby przez najbliższy miesiąc nie słuchać, jak zwraca się do niego per „panie Macaulay” tym swoim obcesowym, niemal bezczelnym tonem. Nie poprawiałoby mu to nastroju.

Sam widział, że przyjechali. Niepokoiło go tylko – po co. Gdy wysiadł z taksówki i zobaczył zawieszony na bardzo wysokim dźwigu ogromny transparent C&F, zapraszający uczestników zabawy do „skoku po radość”, wszystko stało się jasne.

Doszedł nagle do wniosku, że właściwie gale charytatywne nie zajmują ostatniego miejsca na liście jego ulubionych rozrywek. Skoków na bungee w ogóle tam nie było.

– Nie wszystkie dni są takie emocjonujące – pocieszyła go Romana, płacąc taksówkarzowi. – Bywają i śmiertelnie nudne. – Rzuciła mu promienny uśmiech, zamykając portmonetkę. – Chociaż nie jest ich tak wiele, przynajmniej kiedy mam na to wpływ.

– Zamierzasz skakać? – spytał z niedowierzaniem.

Głupie pytanie. Oczywiście, że miała taki zamiar.

– A może żałujesz, mój cieniu, że nie wróciłeś do siebie, gdy jeszcze miałeś szansę? – zadrwiła.

– Tego typu doświadczenie będzie niezwykle poznawcze – odparł. – Ale wydaje mi się, że źle interpretujesz słowo „cień”. Koszulka nie będzie mi potrzebna. Nie muszę cię naśladować, Romano. Wystarczy, że poobserwuję.

– Przestraszyłeś się, co?

Nie zareagował. Niczego nie musiał udowadniać. Kiedyś był bardzo beztroski. Ale życie znalazło sposób, by z niego zadrwić.

– Robiłaś to przedtem? – spytał.

– Wielkie nieba, nie! Boję się wysokości. – Na moment jej uwierzył, a potem, gdy już złapała go na haczyk, uśmiechnęła się szeroko. – A myślisz, że w jaki sposób pozyskałabym tylu sponsorów?

– Mogłabyś na przykład przycisnąć swoje ofiary i zagrozić, że oblejesz je kawą, jeśli nie złożą podpisów.

Była bystra, pełna życia i niewątpliwie dobra w tego rodzaju bezmyślnych posunięciach reklamowych, ale poza tym nie pasowała do jego wyobrażeń o idealnym dyrektorze firmy.

Zbyła tę cenną uwagę lekkim skinieniem głowy.

– Pomyślę o tym w przyszłym roku. Dzięki za wskazówkę.

– Nie będzie przyszłego roku.

Nagle zdała sobie sprawę, że Macaulay ma na myśli nieuchronne usunięcie jej i sióstr z rady nadzorczej.

– Może więc w tym roku okażesz trochę entuzjazmu – powiedziała. – Jestem pewna, że wiele osób zapłaciłoby słono, żeby zobaczyć, jak skaczesz na linie z wysokości trzystu metrów. – Ze sztucznie słodkim uśmiechem podała mu telefon. – Zadzwoń do siebie do banku i pozyskaj sponsorów. Całe widowisko będzie w telewizji i w Internecie na żywo. Będą mogli zobaczyć, za co zapłacili. Sama na ciebie postawię – dodała, nie mogąc się powstrzymać.

Na pewno by to zrobiła, gdyby szybko nie pokręcił głową.

– Trzymajmy się ustaleń. Rób swoje, a ja poobserwuję. Skaczesz?

– Jedna z nas powinna wykonać inauguracyjny skok, a ponieważ nagle okazało się, że India i Flora są poumawiane na niedające się odłożyć spotkania... – Wzruszyła ramionami.

– Ile pieniędzy pozyskałaś od sponsorów?

– Osobiście? – Zerknęła na dźwig. – Jak myślisz, warto ryzykować dla pięćdziesięciu trzech tysięcy funtów?

– Pięćdziesięciu trzech tysięcy? – To jednak robiło wrażenie. – Aż tylu ludzi chce zobaczyć, jak umierasz ze strachu?

– Umieram ze strachu? – zdziwiła się.

– Czy nie o to właśnie chodzi? Ty rozgłaszasz, że masz lęk wysokości, a oni płacą, żeby usłyszeć, jak krzyczysz, prawda?

– Muszę się postarać, by za swoje pieniądze dostali dobry produkt – odrzekła po krótkim wahaniu. – Dzięki, że mi o tym przypomniałeś – dodała, po czym odwróciła się do młodej kobiety w firmowym podkoszulku.

– Kim jest ten seksowny facet?

– Seksowny? – Romana nie musiała podążać za spojrzeniem asystentki. Molly mogła mówić tylko o Niallu. – On nie jest seksowny.

Był oszałamiająco porywający. Należał do tych mężczyzn, których jeden uśmiech sprawiał, że dziewczynie wszystko leciało z rąk. Może dlatego wcale się nie uśmiechał. To byłoby zbyt niebezpieczne.

– Do licha, Romano, idź do okulisty! Rzadko zdarza się taki okaz. Wysoki, ciemnowłosy, przystojny – i to wszystko w jednym opakowaniu.

Romana poczuła lekki skurcz w dołku. Nie miało to nic wspólnego ze skokiem z platformy.

– Czy mężatce przystoi myśleć w taki sposób o mężczyźnie, który nie jest jej mężem? – powiedziała z przyganą. – Poza tym... przystojny to on może jest, ale zapewniam cię, że nie jest miły. Ponurak. Prawdziwa zimna ryba. To Niall Macaulay, jeden z klanu Farradayów. Z gatunku dominujących samców. Przez najbliższy miesiąc odbywa u mnie staż.

– Mam rozumieć, że to on usiądzie w twojej loży na wieczornej gali? Ty to masz szczęście! Nie zapomnij uśmiechnąć się do kamery przed skokiem – poradziła. – Twoje zdjęcie na pewno znajdzie się na okładce „Celebrity”. I dopilnuj, by nasze logo było widoczne!

Uśmiechnąć się do kamery?

Spojrzała w lustro. Mogła się zdobyć jedynie na odsłaniający zęby grymas i poprawienie szminki oraz włosów.

Wychodząc na spotkanie reżysera telewizyjnego, zmusiła się do uśmiechu.

– Doskonale – powtarzała z roztargnieniem, gdy przedstawiał scenariusz.

Ale myślami była gdzie indziej. Myślała o Niallu Macaulayu, stojącym kilka metrów od niej. Ciekawe, czy żałował już swojej decyzji nieodstępowania jej ani na krok? Jego twarz była bez wyrazu.

– Jesteś pewien, że nie chcesz do mnie dołączyć? – zaczepiła go ponownie. – Skok w wykonaniu jednego z Farradayów byłby doprawdy nie lada gratką. Przy okazji udowodniłbyś swoje zaangażowanie.

Reżyser obrzucił Nialla szybkim spojrzeniem.

– Znakomity pomysł – potwierdził. – Gdyby mógł pan się przebrać, panie Farraday...

– Nazywam się Macaulay. – Reżyser wyglądał na zmieszanego. – Niall Farraday Macaulay. Jest tu wielu chętnych, którzy skoczyliby nawet w przepaść w imię szczytnego celu. Wystarczy, jeśli będę sponsorował pannę Claibourne.

– Niall Farraday Macaulay? – spytała, wchodząc na wagę. – Naprawdę tak się nazywasz?

– To rodzinna tradycja. I memento, że nasz czas w firmie nadejdzie.

– Nie sądzę, jeśli tylko będę mogła temu zapobiec.

Odwróciła się, by wziąć kartkę, którą miała oddać ekipie organizującej skoki. Wzięła ją palcami, w których stopniowo traciła czucie. Tylko jej usta pracowały, żartowały na temat zawrotów, których doznawała na wysokości. W ten sposób unikała myślenia o tym, co ją za chwilę czeka. Zgodziła się nawet na zdjęcie dla „Celebrity”.

– Claibourne i Farraday pracują wspólnie na rzecz dzieci pokrzywdzonych przez los – powiedziała, podając Niallowi rękę.

– Zbliżcie się do siebie – zachęcił fotograf. Niall, zaskakująco posłuszny, objął ją ramieniem. Przytuliła się do niego i od razu odczuła zdumiewający komfort. – Doskonale... Szeroki uśmiech...

Przestraszona z powodu kierunku, w jakim wędrowały jej myśli, podniosła wzrok. Ten mężczyzna miał wszystko – styl, klasę i wdzięk, zwłaszcza gdy się uśmiechał i pokazywał olśniewająco białe zęby, za które niejeden gwiazdor filmowy dałby fortunę. Podmuchy wiatru od rzeki poruszały jego doskonale ostrzyżonymi włosami, spychając je na czoło.

Gdy fotograf skończył, Niall puścił jej ramię.

– Czekają na ciebie – powiedział.

Weszła na podnośnik na sztywnych nogach, a potem, gdy zaczął się wznosić, kurczowo chwyciła się barierki. Czy Niall w ogóle zauważył, że się bała? Czy miało to dla niego znaczenie?

– Jak widok? – dobiegł ją głos prezentera.

Zdając sobie sprawę, że minikamera pokazuje jej twarz z mocno zaciśniętymi oczami, wykrztusiła z udawanym ożywieniem:

– Zachowuję go sobie na deser, aż znajdę się na samej górze.

Usłyszała przez głośniki wybuch śmiechu. Gdy podnośnik zatrzymał się, instynktownie otworzyła oczy i wyszła na platformę. Londyn w dole wydawał się poruszać pod jej stopami. Krew odpłynęła jej z twarzy.

– Wolałabym wrócić do domu – powiedziała, a publiczność skomentowała te słowa salwami śmiechu. Romana również się roześmiała, starając się, by jej śmiech nie zabrzmiał histerycznie. Gdy podnośnik zatrzymał się za nią, przywożąc pierwszą grupę ochotników do skoku, powiedziała: – Czy ktoś mógłby oderwać moje palce od barierki?

– Myślałem, że to dla ciebie nie pierwszyzna.

Niall Macaulay! Przybył jej na ratunek. Musiał zauważyć jej strach...

– Upuściłaś to. – Podał jej kartkę z nazwiskiem i wagą. – Nie chciałem, by ominęło cię tak podniecające doświadczenie.

Zerknęła na swoje nazwisko na kartce i zmarszczyła brwi. Czyżby sugerował, że próbowała uniknąć skoku? Miała ochotę odwrócić się i odpowiedzieć mu ze złością, ale nie była w stanie się poruszyć. Poza tym transmisja szła na żywo.

– Dziękuję – powiedziała niemal wesoło. – Claibourne i Farraday. To się nazywa współpraca! – Nawet w tych warunkach pamiętała o wymienieniu nazwy firmy.

– Żaden problem. Po to właśnie masz stażystę. Aby wyłapywał twoje błędy. Czy jeszcze w czymś ci pomóc? – Spojrzał na jej pobielałe palce, kurczowo zaciśnięte na zimnym metalu.

– Mój bohater! – kpiła, gdy Niall odrywał je od barierki.

Pracownik obsługujący skoki przyczepił jej linę. Niall wyciągnął rękę, by pomóc Romanie wstać. Podziałało to krzepiąco. Nie spuszczała wzroku z jego twarzy. Dzięki temu była mniej świadoma tego, co ją czekało.

Zauważyła zmarszczki w kącikach oczu Nialla, świadczące o tym, że uśmiech nie zawsze stanowił dla niego wysiłek.

– Strach jest tu całkiem na miejscu – powiedział.

– Strach? Kto tu się boi? – Włożyła palce drugiej ręki do ust i zrobiła śmieszną minę. Wygłupy były jedynym sposobem na pokonanie lęku.

– Zobaczysz, to bezpieczniejsze niż upadek z łóżka – zapewnił.

– Możesz mi to zagwarantować? – spytała. – Sprawdziłeś w praktyce? Z ilu łóżek wypadłeś?

Słowa te wywołały kolejny wybuch śmiechu zgromadzonej widowni, ale Niall Macaulay przestał się uśmiechać.

– Jesteś gotowa?

Pamiętając o tym, by do końca się uśmiechać, wyjęła lusterko i szminkę. Zrobiła znakomite przedstawienie, poprawiając makijaż.

– Muszę dobrze wypaść na fotografiach – powiedziała nieswoim głosem i rozciągnęła usta w sztucznym uśmiechu. – Jestem gotowa. – Oddała Niallowi lusterko i szminkę. – Masz jeszcze jakąś radę?

– Nie patrz w dół. – Przytrzymał ją od tyłu i przez moment mocno przyciskał do swego torsu.

Płynące od niego ciepło było przyjemne. Po raz pierwszy od chwili gdy weszła na podnośnik, poczuła się bezpiecznie. Niall zrobił krok do przodu.

– Chcesz mnie wypchnąć? – szepnęła, ale mikrofon przypięty do jej bluzki wyłapywał każdą sylabę.

– Nie tym razem – odparł, a jego odpowiedzi towarzyszyła kolejna eksplozja śmiechu.

Podniósł Romanę lekko do góry, po czym postawił ostrożnie na brzegu platformy. Palce jej nóg znalazły się w powietrzu. Odruchowo zacisnęła je w butach. Tylko dłoń Nialla, spoczywająca na jej ramieniu, broniła ją przed omdleniem.

– Liczę do trzech – szepnął jej do ucha. – I nie zapomnij o krzyku!

ROZDZIAŁ TRZECI

Niall obserwował lot Romany. Był to pod każdym względem spektakularny wyczyn. Tylko jakieś wewnętrzne podejrzenie skłoniło go do przywiezienia na górę tej kartki.

Gdy obserwował Romanę na podnośniku, nabrał pewności, że zawali sprawę. On zaś, niezależnie od tego, kto w danej chwili kierował firmą, dbał o kondycję finansową C&F.

Powinien wiedzieć, że Romana wygłupia się tylko ze względu na kamery. Nie był o tym przeświadczony aż do chwili, gdy wyciągnęła szminkę, a rękę miała nieruchomą jak skała. Tak. To było częścią gry. Odgrywała przedstawienie dla sponsorów.

Dał się nabrać.

Zapomniała jedynie o rozdzierającym krzyku.

Ktoś otworzył butelkę szampana i wcisnął jej kieliszek do ręki. Romana nie ośmieliła się podnieść go do ust. Obawiała się, że zgryzie szkło szczękającymi zębami. Trzymała kieliszek mocno, podczas gdy tłum widzów dopingował kolejnego skoczka.

Przez chwilę myślała, że wszystko będzie w porządku. Kiedy jednak następna lina wyciągnęła się na pełną długość, a potem poderwała się do góry, żołądek Romany zaczął odtwarzać minione doświadczenie. Oddała kieliszek najbliżej stojącej osobie i uciekła do przyczepy, by zwymiotować.

Gdy umyła twarz i wypłukała usta, usłyszała dzwonek telefonu komórkowego.

– Dobrze się czujesz? – usłyszała w słuchawce głos Molly. – Mamy tu telewizję. Gdy zobaczyłam, jak biegniesz, pomyślałam, że...

– Że niepotrzebnie jadłam śniadanie – dokończyła Romana. Nadal się trzęsła. – Czy już żądają zwrotu pieniędzy? Nie mam pretensji. Nawet nie udało mi się porządnie wrzasnąć. Ale w gardle miałam gulę.

– Nie zamartwiaj się. Wypadłaś wspaniale. Twój pomocnik również był bardzo przekonywający. Nikt nie zauważył, że się bałaś. Nie mogę sobie wyobrazić, co wymyślisz w przyszłym roku, żeby przebić dzisiejszy sukces. Chyba że zmusisz pana ponuraka do zdjęcia koszuli – dodała z nadzieją. – Osobiście na niego postawię.

Romanie aż zaschło w ustach. Na szczęście rozległo się mocne stukanie do drzwi i nie musiała komentować sugestii Molly.

– Otwarte! – zawołała, a gdy się odwróciła, zobaczyła Nialla Macaulaya we własnej osobie. Miał zmarszczone czoło, co mogło świadczyć o tym, że się zaniepokoił.

– Przyszedłeś zapłacić? – spytała nieuprzejmie i od razu tego pożałowała, gdy położył na stole czek wraz z jej szminką i lusterkiem. – Jesteś wspaniałomyślny – skwitowała. – Dziękuję.

Wzruszył ramionami, jakby to nie miało znaczenia.

– Nie chciałbym przeszkadzać ci w rozmowie.

– To tylko Molly. Widziała, jak skaczę... Ona próbuje wymyślić jeszcze skuteczniejszy sposób reklamy. Uważa, że gdybyś na przykład zdjął koszulę, byłby to dobry początek... – Usłyszała jęk asystentki po drugiej stronie słuchawki. – Zresztą najlepiej, jak sama z tobą to omówi – zasugerowała zdesperowana, przekazując mu słuchawkę. – Podaj adres, żeby Molly mogła wysłać po ciebie samochód. Pamiętaj – szósta, strój wieczorowy.

– Szósta? – zdziwił się. – Czy to trochę nie za wcześnie na teatr?

– Ja się nie bawię, ja tam pracuję. Zajmuję się organizacją. Muszę dopilnować, by wszystko poszło gładko, a goście byli zadowoleni.

– A ja mam się temu przyglądać?

– Nikt ci nie każe. Sam chciałeś towarzyszyć mi wszędzie. Skończę pracę po północy.

Odwróciła głowę, by nie ugiąć się pod jego srogim spojrzeniem. Wiedziała, że przegra.

Nie przebrała się w kostium, złożyła go tylko starannie i schowała do torby, a potem, patrząc w lusterko, zaczęła poprawiać włosy. Wyglądała fatalnie. Była blada, a pokryte różem policzki upodabniały ją do umalowanej lalki. Wyjęła chusteczkę i starła róż. Niall tymczasem podawał Molly swój adres. Gdy skończył rozmowę, Romana wzięła od niego telefon, chwyciła torbę i z rozmachem otworzyła drzwi przyczepy.

– Dokąd teraz jedziesz? – spytał, podążając za nią.

– Najpierw do domu, żeby odwieźć rzeczy. Powinnam to zrobić wcześniej, ale miałam spotkanie z tobą – dodała z wyraźnym wyrzutem. – A potem idę do fryzjera.

– Nie jesz lunchu?

Na samą myśl o jedzeniu zrobiło jej się niedobrze.

– Nie. – Zerknęła na zegarek. – Nie mam czasu. Musimy już iść.

– W porządku. Chyba jednak daruję sobie fryzjera.

– Słusznie, sama załatwię tę sprawę – powiedziała z uśmiechem. – Do widzenia w teatrze.

– Nie sądzisz, że moglibyśmy przyjechać jednym samochodem?

Praca z Niallem była wystarczająco trudna. Nie miała zamiaru wydłużać bez potrzeby spędzanego z nim czasu.

– Czy twoja propozycja ma podłoże ekologiczne czy finansowe? – spytała złośliwie.

– Ani jedno, ani drugie. Pomyślałem tylko, że po drodze mogłabyś zapoznać mnie z programem wieczoru. A jak już mówimy o teatrze, to przyznać muszę, że odegrałaś całkiem niezłe przedstawienie. – Szedł szybko, dotrzymując jej kroku. – Niemal wyprowadziłaś mnie w pole.

Nie wiedziała, czy miał na myśli jej strach, czy raczej udatne maskowanie totalnego przerażenia.

– Niemal? – spytała czujnie.

– Ile takich skoków już wykonałaś?

Przystanęła, by złapać przejeżdżającą taksówkę. A więc Niall nie był taki sprytny, za jakiego się uważał! To odkrycie sprawiło jej prawdziwą przyjemność.

– Do zobaczenia w teatrze – powiedziała, wsiadając do taksówki, i zdecydowanym gestem zatrzasnęła drzwi.

Otulona czerwoną fryzjerską narzutką Romana przyglądała się swemu odbiciu w lustrze, na próżno poszukując wskazówki, co takiego w jej wyglądzie irytowało Nialla Macaulaya. Niemożliwe przecież, żeby wciąż rozpamiętywał ten nieszczęsny incydent z kawą. Ostatecznie był to zwykły wypadek. Uprzejmy mężczyzna powiedziałby: Nic nie szkodzi. Szlachetny – dałby się przeprosić.

Niall nie był ani uprzejmy, ani wielkoduszny.

Jak szybko wystąpił z ofertą sponsoringu i jakże szybko zapłacił! Gdy się ma nadmiar pieniędzy, taki rodzaj szlachetności przychodzi bez trudu. Jej ojciec w tych sprawach był taki sam. Nie wahał się podpisać czeku na jej urodziny lub na święta, a nie zdawał sobie sprawy, że pragnęła jedynie, by ją przytulił, powiedział, że ją kocha. Ojciec nie był jednak zdolny do czegoś równie trudnego.

Zobaczyła w lustrze stojącego za nią George'a.

– Dziś ważny dzień, Romano – powiedział.

– Zły dzień – odparła. – Najpierw skok na bungee. Potem obcięcie włosów. Co gorszego jeszcze może mi się przydarzyć?

– Czego się nie robi dla reklamy sklepu!

– To był szczyt moich poświęceń – zapewniła.

Obcięcie włosów stanowić miało ważny element tygodnia reklamowego. Planowała je od miesięcy. Uznała, że będzie to najlepsza reklama firmowego salonu fryzjerskiego, znajdującego się w C&F.

– Naprawdę masz na to ochotę? – spytał fryzjer z wahaniem. – Powinienem cię ostrzec, że zachwycone będą wyłącznie twoje przyjaciółki.

– Wspaniale. To właśnie na nich mam zrobić wrażenie.

George jednak nadal się wahał.

– Czy masz świadomość, że mężczyznom to się na pewno nie spodoba?

– Kto by sobie zawracał głowę mężczyznami!

– Przyjaciołom, znajomym, twemu ojcu...

– Przestałam być córeczką tatusia, odkąd skończyłam cztery lata. – Gdy matka znalazła sobie kogoś młodszego, przystojniejszego i w dodatku z tytułem.

– Zdegustowani będą wszyscy, których poznałaś, i ci, którzy kiedykolwiek widzieli twoje zdjęcie w kolorowym magazynie – dowodził George. – Zdajesz sobie chyba sprawę z tego, że połowa mężczyzn w Londynie jest zakochana w twoich wspaniałych włosach? Zechcą mnie zlinczować...

– Najważniejsze, że twoja fotografia znajdzie się w gazetach. Na litość boską, George, to tylko włosy. Zetnij je wreszcie!

I po raz drugi tego dnia zamknęła oczy.

Niall Macaulay popatrzył do góry na imponującą fasadę Claibourne & Farraday. Kiedyś był tu mały sklepik z luksusowymi towarami dla arystokracji. Z pokolenia na pokolenie firma rozrastała się, aż w końcu przemieniła się w dom handlowy, zajmujący jedną z najcenniejszych kamienic w Londynie.

Jordan, powodowany rodzinną dumą, miał obsesję na punkcie odzyskania tej własności. Bram podchodził do sprawy racjonalniej – jego zdaniem prawa Farradayów powinna zagwarantować nowa uaktualniona umowa. Dotychczasowa była źródłem ustawicznych zatargów. Kontrola nad sklepem przeszła z rąk Farradayów w ręce Claibourne'ów w okresie, gdy ruch feministyczny zaczynał zdobywać zwolenników. Matka Jordana oczekiwała, że jej roszczenia zostaną potraktowane poważnie. Jordan nigdy nie wybaczył Peterowi Claibourne'owi, że odsunął jego matkę z drogi do sukcesji. Od dziecka wysłuchiwał jej żalów z tego powodu.

Niall również pragnął odzyskać pakiet kontrolny, ale nie miało to nic wspólnego z sentymentami. Romana Claibourne miała rację. Chciał zdobyć kontrolę nad firmą po to, by zlikwidować aktywa i zainwestować pieniądze w coś mniej uzależnionego od gustów publicznych. W dzisiejszych czasach handel przypominał pole minowe.

Odpowiadając na ukłon portierowi, który otworzył przed nim ogromne drzwi, przystanął w progu, zastanawiając się, gdzie skierować pierwsze kroki. Co prawda, złoto-wiśniowe furgonetki C&F dostarczały mu co tydzień artykuły spożywcze, ale od dnia, gdy po raz ostatni odwiedził sklep, minęły cztery lata.

Był tu z Louise. Wybierali porcelanę, pościel, robili listę ślubnych prezentów. Zostawił jej wszelkie decyzje. To przecież miał być jej dom. Chciał, by miała w nim wszystko, czego pragnęła. On pragnął jedynie na nią patrzeć. Być z nią.

Poczuł ból na wspomnienie szczęścia, które bezpowrotnie pierzchło.

Dziś po raz ostatni miał okazję, by rozejrzeć się po sklepie w charakterze zwykłego klienta i sprawdzić, jakie przez cztery lata zaszły tu zmiany. Pojutrze wszyscy będą wiedzieli, kim jest.

Ponieważ nie jadł lunchu, postanowił poszukać najpierw restauracji.

Romana bezwiednie podniosła rękę i wzdrygnęła się, gdy natrafiła na pustą przestrzeń tam, gdzie niedawno były jej włosy.

– Zjedz coś i przestań się nad sobą roztkliwiać, Romano. Wyglądasz cudownie. – Molly podała jej kanapkę. – George to prawdziwy geniusz.

– Masz rację. Muszę się przyzwyczaić. A co tam w teatrze? Wszystko gra?

– Programy dostarczono, kwiaciarze układają kwiaty, firma cateringowa jest już na miejscu. Nikt nie odwołał przyjścia. Wszystko idzie jak po maśle. Nie martw się. A poza tym, widziałam twojego przystojniaka. W „Buttery”, gdzie kupowałam kanapkę.

Romana zmarszczyła brwi.

– Mojego przystojniaka?

– Och, to istny sobowtór Jamesa Bonda. Jeśli pracowałabym z kimś takim, na pewno nie jadłabym lunchu sama.

– Chcesz powiedzieć, że Niall Macaulay jest w naszym sklepie?

– Przypuszczałam, że razem przyjechaliście... Nie wiedziałaś, że on tu jest?

– Nie wiedziałam. To jakiś podstęp... Widział cię?

– Chyba nie. Rozmawiał przez telefon.

– Proszę cię, Molly, wyślij za nim ochronę. Muszę wiedzieć, o co mu chodzi.

Mógł bywać w sklepie wielokrotnie do woli w ciągu ostatniego roku, żeby zebrać argumenty przeciwko Claibourne'om. Intuicja podpowiadała jej jednak, że dopiero dziś wykorzystywał ostatnią okazję, by powęszyć anonimowo. Na jego miejscu zrobiłaby to samo.

– Muszę wiedzieć, dokąd pójdzie, z kim będzie rozmawiać i co oglądać. Jutro z samego rana chcę mieć na biurku raport na ten temat.

Niall obejrzał wszystkie restauracje i kawiarenki. Na terenie sklepu znalazł nawet japoński sushi bar, co go zaskoczyło. Wszędzie roiło się od ludzi.

Zjadł spóźniony lunch w „Buttery” tylko dlatego, że wydał mu się najmniej ciekawy ze wszystkich proponowanych gdzie indziej. W dziesięciostopniowej skali ocen dałby mu najwyżej sześć punktów, i to oceniając łagodnie.

Po wyjściu z restauracji rozpoczął przechadzkę po sklepie. Wystrój niewiele się zmienił od początku dwudziestego wieku. Nadal dominował luksusowy mahoń oraz wiśniowe dywany – znak firmowy sklepu. Jednakże klientela była młodsza, niż mógł przypuszczać. Claibourne'owie musieli przyjąć dobrą strategię. Tak, tylko że Jordan nie zechce o tym słuchać. Chciał wiedzieć, co Claibourne'owie robili źle.

To, że ktoś za nim chodzi, Niall zauważył dopiero w dziale z książkami. Uznał, że powierzchnię handlową wykorzystano tu niewłaściwie, po staroświecku. Niegdyś takie działy urządzano w ten sposób, ale dziś to przeżytek. Nie były w stanie konkurować z nowoczesnymi księgarniami, gdzie klienci mogli napić się kawy i skorzystać z licznych promocji.

Gdy przystanął, żeby coś zanotować, śledząca go kobieta odwróciła się trochę za szybko, czym zwróciła na siebie uwagę.

Oczywiście widział asystentkę Romany w barze „Buttery”. Nie zrobiła w jego stronę żadnego gestu, przypuszczał więc, że go nie zauważyła. Jak się okazało – pomylił się.

Doświadczenie nauczyło go, by w ocenie ludzi brać pod uwagę przede wszystkim pierwsze wrażenie.

Jak na osobę, która chce być traktowana poważnie, Romana Claibourne nosiła pantofle na zbyt wysokich obcasach i za krótką spódnicę. A jej rozwichrzonych włosów wystarczyłoby na wypchanie materaca! Zrobiła na nim wrażenie roztrzepanej kokietki, która – by uzyskać to, na czym jej zależy – nie zawaha się użyć wszelkich kobiecych sztuczek.

Ani przez moment nie wątpił, że zawsze dostawała to, co chciała.

Roztrzepana czy nie, nie traciła jednak czasu i wysłała za nim sklepowego detektywa. Musiał przyznać, że wymagało to odwagi i determinacji. Zerknął na zegarek i skierował się do wyjścia. Chciał jeszcze przed galą spędzić dwie godziny przy własnym biurku.

Nie mógł jednak pozwolić na to, by panna Claibourne myślała, że go przechytrzyła.

Molly dogoniła Romanę przy windzie i podała jej firmową torebkę z wytłoczonymi złotymi literami C&F.

– Muszę już lecieć – powiedziała Romana pospiesznie. – Co to takiego?

– Pracownica ochrony, która śledziła Macaulaya, przyniosła to do twojego biura. Macaulay prosił, by przekazać ci prezent z wyrazami uznania.

– Zauważył ją?

– Najwyraźniej. – Molly uśmiechnęła się szeroko.

– To wcale nie jest śmieszne, Molly! – Romana otworzyła torebkę. Znajdował się w niej kartonik z flakonikiem perfum „Letni cień”, które były w sprzedaży od tygodnia.

– Lubię facetów z poczuciem humoru – zauważyła Molly wesoło. – A ty?

– To nie ma nic wspólnego z poczuciem humoru – obruszyła się Romana. – Ten facet to smutas. To z jego strony... – Zawahała się. Zamierzała powiedzieć „sarkazm”. Ale było w tym coś bardziej subtelnego. – Wyraz ironii – dokończyła.

Niall zapiął spinki koszuli, a potem poprawił krawat. Louise zawsze żartowała, że ożenił się z nią tylko dlatego, że sam nie potrafił niczego zawiązać.

Cztery lata. Całe cztery lata już jej nie było. Cztery lata życia tak przejmująco samotnego jak odgłos echa w pustym pokoju.

Wziął do ręki stojącą na toaletce fotografię w ciężkiej srebrnej ramce i lekko dotknął twarzy pięknej kobiety, która się do niego uśmiechała. Arystokratyczna brunetka – całkowite przeciwieństwo Romany Claibourne... Nagle zupełnie niespodziewanie poczuł, jak pomiędzy nich dwoje wkrada się spojrzenie niebieskich oczu Romany.

Romana zapięła na szyi ciasny łańcuszek z cienkich platynowych drucików, a potem założyła takie same bransoletki. Był to fragment kolekcji biżuterii zakupionej przez Florę. Kupno zainspirowała jej zeszłoroczna podróż do Afryki. Elegancka prostota tych ozdób pozostanie na pewno w żywym kontraście z brylantami, które będą dziś nosić ich królewskie wysokości.

Romana włożyła bardzo prostą, dyskretną suknię. Wieczorem miała pełnić funkcję pomocniczą – jej zadaniem było dopilnować, żeby wszystko przebiegało sprawnie. W centrum uwagi miała się znaleźć India. Ale i ona musiała prezentować się niebanalnie. Włosy, paznokcie, makijaż, wszystko prócz sukni było wizytówką firmy.

Pracowała bardzo ciężko nad odświeżeniem wizerunku C&F. Nadal miała mnóstwo pomysłów. Po raz pierwszy przyszło jej na myśl, że może to wszystko stracić. Jakże by to było bolesne... Nie mogła do tego dopuścić.

Wzięła do ręki perfumy, które dostała od Macaulaya, i zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie oceniła go niewłaściwie. Oczywiście – był bardzo inteligentny. Ale czy to możliwe, żeby rozumiał zasady rządzące handlem detalicznym? I żeby mimo wszystko miał poczucie humoru?

Niewiele myśląc, skropiła nadgarstki nowym zapachem. Był orzeźwiający i chłodny – tak jak jego ofiarodawca. Uśmiechnęła się pod nosem. Tak czy owak, Niall Macaulay nie należał do mężczyzn tuzinkowych. I nie zawsze był taki zimny, pomyślała, przypominając sobie, jak ciepło i bezpiecznie się poczuła, gdy obejmował ją ramieniem.

Dzwonek do drzwi przywrócił ją do rzeczywistości. Niemal wypuściła flakonik z rąk.

Niall Macaulay był przede wszystkim wrogiem. Czyhał przecież na dom towarowy Claibourne & Farraday. Chciał go przejąć.

Zarzuciła szal na ramiona, wzięła torebkę i podeszła do drzwi.

– Jego niedoczekanie! – powiedziała głośno. – Nigdy do tego nie dopuszczę.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Niall wkroczył na odgrodzony kordonem chodnik, gdzie rozstawiano kamery telewizyjne i kłębił się tłum paparazzich. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Przyszedł zbyt wcześnie, by wzbudzić zainteresowanie.

Pokazał przepustkę, którą dostarczył mu kierowca przysłanego samochodu, i został wpuszczony do środka. Kolumny w foyer okręcone były sznurami maleńkich białych lampek i ozdobione kwiatami, a pośrodku, dokładnie tam, gdzie spodziewał się ją zobaczyć, stała Romana Claibourne, dyrygując montażem tablic ekspozycyjnych. Miała na sobie prostą, pozbawioną ozdób sukienkę z granatowej satyny, cudo sztuki krawieckiej, która opinała jej figurę i trzymała się na biuście bez żadnych ramiączek.

Niall przystanął urzeczony tym widokiem. Dla mężczyzny, który po śmierci ukochanej kobiety nie reagował na najbardziej nawet uwodzicielskie awanse pań, taka reakcja na oszałamiające wdzięki Romany Claibourne była głębokim szokiem.

Prócz obcisłej sukni jego uwagę zwróciły także włosy. Zniknęła nieuporządkowana i jego zdaniem nieładna szopa. Twarz Romany okalały teraz drobne loczki, wijące się również na jej pięknej, długiej szyi, przyozdobionej obrożą z cienkich platynowych drucików. Wyglądała w tej biżuterii jak afrykańska królowa. Ze słodkiej idiotki przeistoczyła się w olśniewającą młodą kobietę. Mężczyzna musiał mieć się na baczności, żeby nie stracić dla niej głowy. A być może również serca.

Przestraszony tą myślą, Niall bezwiednie zrobił krok do tyłu. Jak to możliwe? Nie miał przecież serca do stracenia. Oddał je jedynej kobiecie, jaką kochał.

Ale mężczyźni, którzy mocowali ciężkie tablice dokładnie tam, gdzie życzyła sobie Romana, byli nią jawnie zafascynowani. Bez szemrania czterokrotnie przesuwali ekspozycje, nim w końcu ją zadowolili. Romana przez cały czas była uprzejma, urocza, a gdy wykonali jej polecenie, uśmiechała się jak anioł.

Niall odczuwał rozdarcie. Miał cyniczne przeświadczenie, że wykorzystywała swe kobiece atuty, aby uzyskać to, co chciała, a jednocześnie niepokojącą pewność, że jej urok był szczery.

– Dobry wieczór, Romano – przywitał się, zerkając na tablice. Ciekaw był ogromnie, o co chodzi w całym tym zamieszaniu.

– Och, Niall, jesteś już – rzuciła, ale lekkie napięcie w głosie i nieznaczny rumieniec na policzkach świadczyły o tym, że od dłuższej chwili była świadoma jego obecności.

On też odczuwał napięcie. Miał wrażenie, że wszystko w nim płonie. Fakt, że byli przeciwnikami, tylko pogłębiał ten stan.

– Przyszedłeś akurat w chwili, gdy już skończyliśmy – dodała z przyganą w głosie.

Odczuł nagły przypływ siły i przyjemny dreszcz z powodu starcia z piękną kobietą.

– Wprost przeciwnie – odparł. – Obserwowałem całą akcję z takim samym zainteresowaniem jak ty. Po to tu jestem, prawda? Jeśli potrzebowałaś jeszcze jednego tragarza, to...

Przerwała mu, unosząc dłoń. Cieniutkie platynowe bransoletki spłynęły z nadgarstka na jasne, gładkie przedramię.

– Nie, Niall. To prawda, jesteś tu po to, żeby obserwować, a nie brać we wszystkim udział. – Patrzyła jednak na niego tak przeszywającym wzrokiem, jakby chciała czytać w jego myślach. Wskazała tablicę ekspozycyjną. – A zatem obserwuj.

Odczuł, że oderwanie od niej wzroku i przyglądanie się kolażowi fotografii, przedstawiających projekty wspierane w tygodniu dobroczynności oraz szczęśliwie roześmiane dzieci, przychodzi mu z wielkim trudem.

– Dobra reklama – pochwalił. – Rzeczywiście robi wrażenie. Jak zresztą wszystkie twoje reklamowe przedsięwzięcia. Ciekaw jestem, co robisz przez resztę roku? – spytał drwiąco. – Odnoszę wrażenie, że po jednym skoku na linie masz dość na dłuższy czas.

– Prawdę mówiąc, na zawsze. – Zdążył zauważyć cień strachu w jej oczach. Przynajmniej tym razem nie zdołała wywieść go w pole. – Masz rację, moja praca to nie tylko splendor i szampan. – Uśmiechnęła się, co świadczyło o tym, że zapanowała nad sobą. – Och, zapomniałam podziękować ci za perfumy. Skorzystałam z nich... – Podsunęła mu pachnący szczupły nadgarstek, ozdobiony platynowymi drucikami.

Niall kupił te perfumy z uwagi na ich nazwę. Teraz jednak zapragnął bez względu na wszystko ująć jej dłoń i podnieść do ust. Pragnął przytulić ją i powiedzieć, że już nigdy nie powinna robić niczego, co ją przeraża.

Wątpliwe, by chciała to usłyszeć. Prowadziła z nim starannie wystudiowaną grę. Rodzaj flirtu, w którym miała nie lada wprawę. Nie mógł pozwolić, by wzięła go za naiwniaka.

– Żeby odpokutować? – spytał, nie patrząc na jej wyciągniętą rękę. – To naprawdę nie było konieczne. Ekspedientka przekonywała mnie, że to zapach na dzień. Czyżby się myliła?

Krytyka jej własnego personelu nie zrobiła na Romanie wrażenia.

– Pozwolisz? – Nie czekając na odpowiedź, sięgnęła do jego krawata i nieznacznie go poprawiła.

Ten intymny gest przywołał gorzko-słodkie wspomnienie Louise i wzbudził w Niallu ostre poczucie winy, że ostatnio tak wiele myśli poświęca innej kobiecie.

– Tak jest lepiej – dodała, nim zdążył zareagować. – Również mój cień powinien wyglądać perfekcyjnie... A co do opinii ekspedientki... – Podniosła wzrok. – Jestem pewna, że wiedziała, co mówi. Zazwyczaj nie perfumuję się do teatru. Nie ma nic gorszego niż siedzenie obok mocno uperfumowanej osoby, nie uważasz? Ale ten zapach jest bardzo delikatny. – Uniosła rękę do twarzy. – Neutralny. – Po raz drugi nie dała mu jednak okazji, by sam sobie wyrobił opinię. Najwyraźniej w dalszym ciągu kpiła sobie z niego.

– Wspaniale to wszystko zorganizowałaś.

Romana odwróciła się, słysząc głos siostry.

– Molly doskonale się spisała. Indio, przedstawiam ci Nialla Farradaya Macaulaya. Jak widzisz, towarzyszy mi jak cień. To dla niego ciężkie zadanie.

India Claibourne, ciemnowłosa i wyższa od siostry, była jej całkowitym przeciwieństwem. Odwróciła się do Nialla i chłodno podała mu rękę.

– Podziwiam pański zapał do pracy, panie Macaulay... – Uśmiechała się uprzejmie, ale nie była w stanie ukryć nuty lekkiego zdenerwowania w głosie.

– Romana wyjaśniła mi, że jej zajęcia nie kończą się o siedemnastej. Staram się dotrzymać jej kroku.

– Wszystkie tak pracujemy. Pańscy partnerzy wkrótce się o tym przekonają – oświadczyła zimnym tonem India, po czym odwróciła się do kolejnego rozmówcy.

– Nikt nie wziąłby was za siostry – powiedział Niall do Romany. – Nie jesteście podobne.

– Nie urodziła nas jedna matka. No cóż – lekko wzruszyła ramionami – wszystkie mamy inne matki. Przykro mi, Niall.

– Przykro? Z jakiego powodu?

– To India jest mądra, ma klasę i styl. A ja... Ja mam szopę na głowie i nie potrafię nawet utrzymać kubka w dłoni.

Tym jednym zdaniem podsumowała jego pierwsze wrażenie. Jakże łatwo go rozgryzła. Odczuł irytację, że nie potrafił lepiej ukryć swoich uprzedzeń.

– Sprawę włosów już rozwiązałaś.

– To tylko chwyt reklamowy na rzecz naszego nowego stylisty. – Znów wzruszyła ramionami. – Jak widzisz, jestem żywą reklamą sklepu. – Dotknęła naszyjnika. – To również pochodzi z nowej kolekcji zakupionej przez Florę. Nawet perfumy to nasza nowa linia. Obawiam się, że los przydzielił ci niewłaściwą z sióstr Claibourne.

W drwiącym tonie jej głosu dosłyszał jakąś fałszywą nutę. Czyżby jako najmłodsza z sióstr czuła się przytłoczona przez pozostałe? Czyżby miała kompleks niższości?

– Myślę, że jednak się mylisz. Jestem pewien, że Indię najlepiej pozostawić Jordanowi. Może być niezła zabawa.

– Zabawa? – Spojrzała na niego ostro.

– A czy to nie miała być zabawa? – Uśmiechnął się.

Nie tylko ona potrafiła żartować. Jak widać, nie zapomniał, jak się to robi.

Romana opadła na tylne siedzenie samochodu z głośnym westchnieniem.

– Jeden dzień z głowy. Ale jeszcze pięć przed nami.

– Denerwowałaś się?

– Żartujesz? – Zerknęła na Nialla, który zapinał pas. – Nie masz pojęcia, ile rzeczy może się nie udać.

– Na przykład może przyjechać jeden samochód zamiast dwóch?

Obruszyła się z powodu krytyki ukrytej w tych słowach. Molly zamówiła dodatkowy samochód, który przywiózł Nialla, ale zapomniała, że będzie on potrzebny również na powrót. Jednakże z uwagi na masę spraw, z którymi musiała się uporać, należało jej to wybaczyć.

– O Boże, przecież nic takiego się nie stało! Ostatecznie mogłam pojechać metrem.

– W tej sukni? Nie radziłbym – odpowiedział.

Z niechęcią musiała się z nim zgodzić.

– Albo wezwać taksówkę – dorzuciła. – Zresztą żaden liczący się gość nie został narażony na niedogodności.

– A zatem albo nie zostałem narażony na niedogodności, albo się nie liczę – skomentował Niall.

– Jesteś moim cieniem – powiedziała, mimo wszystko zaskoczona. Nie podejrzewała, że Niall należy do ludzi, którzy robią problemy z powodu tak błahej wpadki. – Musisz dzielić mój los.

Przez cały wieczór była świadoma jego obecności. Obserwował, jak kierowała akcją, jak wygładzała każdą najmniejszą zmarszczkę, która mogłaby zakłócić tok uroczystości. I przez cały czas czuła zapach perfum, które jej ofiarował – subtelną, nieokreśloną, ale nieodparcie zmysłową woń.

– Szczerze mówiąc, myślałem, że ucieszyłby cię jakiś niegroźny incydent – odezwał się, wyrywając ją z zamyślenia. – Miałabyś wówczas szansę zademonstrowania swoich możliwości w sytuacji kryzysowej. – Nie potrafił sobie darować drobnej złośliwości.

– Nie pomyślałam o tym. – Udawała, że połknęła haczyk. – Teraz widzę, że powinnam zaaranżować jakieś małe zamieszanie. Niechby na przykład pijany kelner upadł z tacą z przekąskami albo zaczął się zalecać do Jej Książęcej Wysokości. Niemniej jednak... – zrobiła małą pauzę, by dokładnie się zorientował, co ma na myśli – przypuszczałam, że dobry poziom rozrywki bez dramatycznych sytuacji zrobi na tobie największe wrażenie. – Poczekała uprzejmie, aż Niall przyzna jej rację.

Wahał się tylko chwilę.

– Jestem pod wrażeniem – powiedział.

– Dziękuję. Dokąd cię podwieźć?

– Byłoby wygodniej, gdybym to ja ciebie podwiózł.

– Nie bawmy się w galanterię, Niall. To nie jest randka, lecz biznes, a Claibourne'owie i Farradayowie są równorzędnymi partnerami. – W zaistniałej sytuacji musiała to podkreślić. – Dokąd chcesz jechać?

– Mieszkam w Spitalfields – powiedział, a gdy zawahała się, uświadamiając sobie, że zachowała się nierozsądnie, wyjaśnił: – Pomyślałem, że nie będzie ci to po drodze.

I nie było. Całe kilometry w przeciwną stronę! Właśnie dlatego zasugerował, żeby kierowca podrzucił najpierw ją. Żadna galanteria. Wyłącznie zdrowy rozsądek. Dobrze, że w ciemności nie mógł zauważyć, jak się zarumieniła z powodu tej głupiej uwagi o randce. Co sprawiło, że powiedziała coś podobnego?! Może zmęczenie? A może głód? Ostatni kęs miała w ustach wczesnym popołudniem. Wieczorem podczas gali była zbyt zajęta, by skosztować wykwintnego jedzenia...

– Spitalfiedls, poproszę – powiedziała do kierowcy. Było już za późno żałować błędów. – Od dawna tam mieszkasz? – zwróciła się do Nialla, gdy samochód ruszył.

– Od czterech lat.

– To dziwne, widziałabym cię raczej w Kensington lub w Chelsea. Wszędzie, ale nie na tętniącym życiem i modnym ostatnio East Endzie.

– Mam blisko do City, no i są tam dobre restauracje – wyjaśnił lakonicznie. – Poza tym jestem członkiem rady dzielnicy. – Gdy zauważył jej powątpiewające spojrzenie, dodał: – Kuba Rozpruwacz już tam nie mieszka.

– Myślałam, że mieszkał w Whitechapel – powiedziała, usiłując sobie przypomnieć wszystko, co wiedziała o Spitalfields. W przypływie nagłego olśnienia spytała: – Mieszkasz może w jednym z tych osiemnastowiecznych domów, które należały kiedyś do kupców jedwabiu? – Widziała w telewizji program na temat renowacji tej dzielnicy.

– Gdy kupowaliśmy ten dom, był kompletną ruiną. Renowacja trwa nadal, ale postępuje bardzo wolno. Louise była członkinią komitetu odbudowy tych starych domów i bez niej... – Zamilkł, jakby cisza wszystko wyjaśniała.

– Louise? Czy to twoja żona?

– Tak. Była historykiem sztuki. Poznaliśmy się, kiedy jej komitet próbował zdobyć fundusze na kupno tego domu i jego odrestaurowanie. Więc ja go kupiłem.

– Ach, tak? – Rzuciła na niego okiem.

– Uznałem, że to dobra inwestycja. Chciałem też, żeby Louise miała frajdę z jego odnowy. A jako właściciel mogłem tam wpadać, kiedy chciałem.

– Och, rozumiem. Zakochałeś się w niej.

– Od pierwszego wejrzenia – przyznał. – Rok później dałem jej ten dom w prezencie ślubnym.

– Och, to było bardzo... – Chciała powiedzieć „romantyczne”, ale w porę się powstrzymała. Zamiast tego dodała: – Przykro mi.

– Z jakiego powodu? – Zmarszczył brwi.

– Przypuszczam, że jesteś rozwiedziony. – Nagle zdała sobie sprawę, że popełniła błąd. Jeśli nadal mieszkał w tym domu... – Och, przepraszam. To nie moja sprawa.

Zacisnął powieki, jakby przeszył go fizyczny ból.

– Nie musisz przepraszać – odezwał się po chwili. – Louise zmarła cztery lata temu.

Nie spytała, ale i tak jej powiedział. Być może, przyzwyczajony do taktownego milczenia zaciekawionych obcych ludzi, wolał prędzej mieć to z głowy.

– Byliśmy na Oceanie Indyjskim. Zabrałem ją na rafę, pływaliśmy z maską. Zadrapała się o koral. – Bezradnie rozłożył ręce. – To było zwykłe zadrapanie. Nic takiego... Po tygodniu nie żyła.

Romana przełknęła ślinę.

– Tak mi przykro – powtórzyła i w tym samym momencie skojarzyła.

Cztery lata temu. Cztery lata temu dał jej ten dom w prezencie ślubnym. Byli więc w podróży poślubnej!

– Od tamtej pory w pracach renowacyjnych trwa zastój. Louise by mi nie wybaczyła, że nie kontynuuję rozpoczętych przez nią prac...

– Musi ci być bardzo ciężko. – Dotknęła jego ręki w geście pocieszenia. – Jestem pewna, że zrozumiałaby.

– Naprawdę? – Wydawało się, że ta uwaga rozbawiła go. – India jest bardzo do niej podobna. Ten sam koloryt – ciemne oczy, włosy. Rasowe, szlachetne rysy. Dystyngowany sposób bycia. – Urwał i popatrzył na nią bez śladu bólu. W ogóle bez żadnych emocji. Tak jakby nagle postanowił odciąć się od wszelkich uczuć.

Zażenowana swoim spontanicznym gestem, chęcią pocieszenia go, chociaż wcale tego nie pragnął, Romana gwałtownie cofnęła rękę.

– Mam nadzieję, że India nie będzie cię zbyt prześladować, ponieważ... – Ugryzła się w język. Jej impulsywność zawsze stwarzała problemy. – Już milczę – dodała ze skruchą.

– Lepiej nie. Opowiedz mi o jutrze. Jakie to podniecające przygody czekają mnie jutro w C&F?

– Podniecające przygody? – W jednej chwili zapomniała o zażenowaniu. – Naprawdę jesteś żądny przygód? W porządku, masz szczęście. Jutro rozpoczynamy od wizyty w sfinansowanym przez nas z ubiegłorocznej zbiórki centrum zabaw dla dzieci specjalnej troski. Oficjalne otwarcie, wywiady, zdjęcia dla sieci telewizyjnych.

– Domyślam się, że wszystkie dzieci będą w koszulkach z logo C&F.

– Oczywiście. To najlepsza reklama. Nie zapomnij przynieść swojej.

Spojrzał na nią z powątpiewaniem. Cóż, India na pewno wolałaby, żeby pozostał anonimowy. Przy odrobinie szczęścia prasa mogłaby go wziąć za ochroniarza.

– Oczywiście, jeśli zdecydujesz się przyjść – dodała. – To nie jest obowiązkowe.

– A po południu?

– Aukcja przedmiotów należących do sławnych i bogatych. Piłki podpisane przez gwiazdy futbolu. Bielizna słynnych aktorek. Wiesz, takie rzeczy.

– Mam nadzieję, że wybaczysz mi, jeśli książeczkę czekową zostawię w domu?

– Byłeś już bardzo szczodry, Niall. Obiecuję, że twoje pieniądze zostaną dobrze spożytkowane. Zresztą sam jutro się przekonasz.

Nie skomentował.

– A wieczorem? – zapytał.

– Wieczorem... – O Boże! Wolała mu nawet nie wspominać o zaplanowanych na wieczór imprezach! – Nic – powiedziała pospiesznie. – Możesz pojechać prosto do siebie i zdrzemnąć się przed telewizorem. Albo zająć się urządzaniem swego domu... Och! – Zakryła usta dłonią, ale odsłonił je, ujmując ją za nadgarstek.

– Romano... Nie jesteś głodna?

– Głodna? – Tego pytania naprawdę się nie spodziewała.

– Biegasz od szóstej, starasz się, żeby wszyscy dobrze się czuli. Ale nie widziałem, żebyś coś jadła. O ile wiem, nie byłaś na lunchu. – Po jego twarzy przemknął cień uśmiechu. A może był to tylko refleks światła ulicznych latarni? – Po prostu zastanawiałem się, czy nie jesteś głodna.

– Dojeżdżamy do Spitalfields – oznajmił kierowca.

Niall podał nazwę ulicy i znów zwrócił się do Romany:

– Może... – zaczął z lekkim wahaniem. – Może chciałabyś zobaczyć dom? Zrobię coś do jedzenia.

– Jest już późno. Kierowca...

– Jestem pewien, że kierowca chętnie poczeka jeszcze godzinę. O ile wasz budżet to wytrzyma – dodał z lekkim uśmiechem.