Wszystkie boże dzieci tańczą - Haruki Murakami - ebook + książka

Wszystkie boże dzieci tańczą ebook

Haruki Murakami

4,4

Opis

Murakami czuje się świetnie również w zwartej oszczędnej i precyzyjnej formie krótkiego opowiadania. Kilkoma słowami zarysowuje wyraziste, sugestywne światy, a każda z historii jest przekonująca, pełna i satysfakcjonująca. Każdy z bohaterów odbywa jakąś podróż - czy to w rzeczywistym, geograficznym, czy jedynie wewnętrznym, duchowym wymiarze - do której bodźcem staje się tytułowe trzęsienie ziemi; każdy z nich odkrywa w sobie jakąś tajemnicę, którą próbuje przeniknąć albo po prostu pogodzić się z jej istnieniem; każdy ma jakąś obsesję, która zatruwa mu życie; każdy jest uwikłany bądź dopiero się wikła w skomplikowane relacje z innymi ludźmi, poprzez które następuje niejako wzajemna wymiana sekretnych duchowych labiryntów. Nieposkromiona wyobraźnia Murakamiego raz po raz rozsadza ramy realności, przenosząc czytelnika to w świat snów, to marzeń, to czystej surrealnej fantazji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (16 ocen)
9
5
2
0
0

Popularność




Haruki Murakami

Wszystkie boże dzieci tańczą

Tytuł oryginału japońskiego:

Kami-no kodomotachi-wa mina odoru

Tytuł przekładu angielskiego:

All God’s Children Can Dance

Projekt okładki i opracowanie graficzne: Agnieszka Spyrka

Redakcja:Anna Kowalska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta:Anna Załuska

Rysunek wykorzystany na okładce:

Bart Biały

© 2000 Haruki Murakami

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2006, 2011

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

978-83-7758-111-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2011

Wydanie I

– Lizo! A cóż było wczoraj? – Było to, co było. – To niemożliwe, to okrutne!

Fiodor Dostojewski, Biesy

(przeł. T. Zagórski i Z. Podgórzec)

RADIO: … garnizon już wcześniej zdziesiątkowany przez oddziały Vietkongu, które straciły stu piętnastu swoich ludzi… KOBIETA: To straszne, prawda? Takie anonimowe. MĘŻCZYZNA: Co jest straszne? KOBIETA: Mówią o stu piętnastu partyzantach, ale to nic nie znaczy, bo nic o tych ludziach nie wiemy, nie wiemy, kim są, czy kochają kobiety, czy mają dzieci, czy bardziej lubią kino niż teatr. Nic nie wiemy. Mówią tylko… zginęło stu piętnastu.

Jean-Luc Godard, Szalony Piotruś

UFO ląduje w Kushiro

UFO-ga Kushiro-ni oriru

Przez pięć dni siedziała bez przerwy przed telewizorem. W milczeniu wpatrywała się w zrujnowane banki i szpitale, płonące pasaże handlowe, zerwane tory i przecięte na pół autostrady. Zatopiona głęboko w poduszkach kanapy, zacisnęła usta, nie reagowała, kiedy Komura się do niej zwracał. Nawet nie skinęła ani nie potrząsnęła głową. Nie wiedział, czy go w ogóle usłyszała.

Żona pochodziła z położonej na północy prefektury Yamagata i, o ile wiedział, w okolicach Kobe nie miała żadnych krewnych ani znajomych. Mimo to od rana do wieczora tkwiła przed telewizorem. Nie jadła ani nie piła – przynajmniej w jego obecności. Nie chodziła nawet do toalety. Siedziała zupełnie nieruchomo, tylko czasem pilotem zmieniała kanały.

Komura sam robił sobie rano grzanki i parzył kawę przed wyjściem do pracy. Kiedy wracał, żona siedziała przed telewizorem w tej samej pozycji co rano. Co miał robić? Przyrządzał skromną kolację z tego, co znalazł w lodówce, i jadł w samotności. Gdy szedł spać, żona dalej wpatrywała się w ekran – nadawano ostatnie wydanie wiadomości. Otaczał ją mur milczenia. Komura dał za wygraną i w ogóle przestał się do niej odzywać.

W pięć dni później wrócił w niedzielę z pracy o zwykłej porze i odkrył, że żona zniknęła.

Komura był sprzedawcą w znanym sklepie z urządzeniami audio-wideo w Akihabara, tokijskiej dzielnicy elektroniki. Pracował w dziale z najdroższymi towarami i do pensji doliczano mu prowizję od każdej transakcji. Wśród kupujących było wielu lekarzy, zamożnych przedsiębiorców, majętnych ludzi z prowincji. Pracował tam od ośmiu lat i od początku nieźle zarabiał. Gospodarka kwitła, rosły ceny nieruchomości i w całej Japonii ludzie mieli za dużo pieniędzy. Portfele były wypchane banknotami o dużych nominałach i zdawało się, że właściciele koniecznie chcą je jak najszybciej wydać. Najdroższe towary sprzedawały się najlepiej.

Wysoki, szczupły, dobrze ubrany i miły w obejściu Komura w czasach kawalerskich chodził z wieloma dziewczynami. Lecz pięć lat temu, mając dwadzieścia sześć lat, ożenił się, a wtedy pragnienie ciągłego szukania nowych podniet seksualnych ku jego zdumieniu po prostu znikło. Od tego czasu nie spał z żadną inną kobietą. Miewał co prawda okazje, lecz zupełnie przestały go interesować przypadkowe powierzchowne związki. Wolał wcześnie wrócić do domu, spokojnie zjeść z żoną kolację, porozmawiać, siedząc wygodnie na kanapie, a na koniec iść z nią do łóżka. Niczego innego nie pragnął.

Małżeństwo przystojnego i sympatycznego Komury wywołało zdziwienie wśród przyjaciół i kolegów z pracy, ponieważ w przeciwieństwie do niego, jego żona zdawała się zupełnie przeciętna. Była drobna, lecz miała dziwnie grube ręce. Jej usposobienie również trudno nazwać czarującym. Małomówna, zawsze wyglądała na niezadowoloną i zdawała się niezbyt rozgarnięta.

Lecz Komura, żyjąc z nią pod jednym dachem, odprężał się i rozluźniał – sam nie wiedział dlaczego. Nocą zapadał w spokojny sen. Przestały go dręczyć dziwne koszmary, które dawniej wyrywały go ze snu. Miał silne erekcje, pożycie seksualne dobrze im się układało. Już nie przerażały go śmierć, choroby weneryczne i rozmiar wszechświata.

Niestety, żona nie lubiła tłocznego życia w stolicy, chciała wrócić na północ, do rodzinnej Yamagaty. Ciągle tęskniła za rodzicami i dwiema starszymi siostrami. Gdy tęsknota zaczynała jej doskwierać, jechała ich odwiedzić. Rodzice prowadzili tradycyjny zajazd i dobrze im się powodziło, a ojciec, który bardzo kochał najmłodszą córkę, chętnie płacił za jej podróże. Do tej pory wielokrotnie po powrocie z pracy Komura znajdował na kuchennym stole kartkę od żony, że pojechała odwiedzić rodziców. Nigdy nie robił jej o to wyrzutów, tylko spokojnie czekał, aż wróci. Wracała po tygodniu lub dziesięciu dniach w dużo lepszym nastroju.

Jednak kartka, którą zostawiła, zniknąwszy pięć dni po trzęsieniu ziemi, różniła się od poprzednich. „Nie zamierzam do Ciebie wracać” – napisała. Dalej wyjaśniła zwięźle i jasno, dlaczego nie chce już z nim żyć. „Nic mi nie dajesz. A ściślej mówiąc, nie ma w Tobie nic, co mógłbyś mi dać. Jesteś dobry, życzliwy, przystojny, ale życie z Tobą przypomina życie z grudą stwardniałego powietrza. Oczywiście to nie tylko Twoja wina. Myślę, że jest wiele kobiet, które Cię chętnie pokochają. Nie dzwoń do mnie. Pozbądź się wszystkich moich rzeczy”.

Lecz nie zostawiła prawie nic. Wszystko zniknęło – jej ubrania, buty, parasolka, kubek do kawy, suszarka do włosów. Po jego wyjściu do pracy musiała to spakować i wysłać, korzystając z jakiejś firmy przewozowej. Z „jej rzeczy” pozostał tylko rower z koszykiem na zakupy oraz kilka książek. Z półki z kompaktami zniknęły praktycznie wszystkie albumy Beatlesów i Billa Evansa, które Komura kolekcjonował od czasów kawalerskich.

Następnego dnia zadzwonił do teściów. Odebrała teściowa i powiedziała, że córka nie chce z nim rozmawiać. Mówiła przepraszającym tonem. Dodała, że wyślą mu dokumenty i proszą, żeby je jak najszybciej podpisał i odesłał. Komura odrzekł, że rozumie ich pośpiech, lecz jest to poważna sprawa, toteż prosi o trochę czasu na zastanowienie.

– Myślę, że zastanawianie się nic tu nie zmieni – powiedziała teściowa.

Pewnie ma rację, pomyślał Komura. Może sobie czekać i się zastanawiać ile, chce, ale i tak nie ma już powrotu do tego, co było dawniej. Zdawał sobie z tego sprawę.

Wkrótce po podpisaniu i odesłaniu dokumentów rozwodowych wziął tydzień urlopu. Szef mniej więcej orientował się w sytuacji, a przy tym w lutym ruch w sklepie był nieduży, więc nie robił trudności. Zdawało się, że chce coś powiedzieć, lecz w końcu się nie odezwał.

– Podobno bierze pan urlop. Zaplanował pan coś? – zapytał Sasaki, kolega z pracy, podchodząc do Komury w czasie przerwy obiadowej.

– Nie, sam jeszcze nie wiem, co by tu zrobić.

Sasaki był kawalerem. Trzy lata młodszy od Komury, drobny, krótko ostrzyżony, nosił okrągłe okulary w metalowych oprawkach. Gadatliwy, czasami traktował ludzi z góry i nie był zbyt lubiany, lecz z niekonfliktowym Komurą dość dobrze się dogadywali.

– Jak już pan bierze urlop, to warto chyba pojechać na jakąś wycieczkę?

– Uhm – zgodził się Komura.

Sasaki przetarł chusteczką okulary, a potem spojrzał na niego badawczo. – Był pan kiedyś na Hokkaido?

– Nie.

– Ma pan ochotę pojechać?

– Dlaczego pan pyta?

Sasaki zmrużył oczy i chrząknął. – Szczerze mówiąc, mam małą paczuszkę, którą trzeba dostarczyć do Kushiro, i pomyślałem, że świetnie byłoby, gdyby pan mógł ją zawieźć. Byłbym panu bardzo wdzięczny i chętnie zapłaciłbym za bilet lotniczy tam i z powrotem. Pokryłbym też koszty noclegu.

– Małą paczuszkę?

– Mniej więcej tej wielkości. – Sasaki narysował w powietrzu sześcian o krawędzi około dziesięciu centymetrów.

– Ma to coś wspólnego z pracą?

Sasaki pokręcił głową. – Nie ma żadnego związku. To w stu procentach prywatna sprawa. Trzeba się z tym ostrożnie obchodzić, więc nie chcę wysyłać pocztą czy jakimś kurierem. Najchętniej powierzyłbym komuś znajomemu. Prawdę mówiąc, sam powinienem to zawieźć, ale nie mogę wykroić czasu na wyjazd na Hokkaido.

– To coś cennego?

Sasaki lekko skrzywił usta, a po chwili przytaknął. – Tak, ale to nie jest łatwo tłukące ani niebezpieczne, więc nie ma potrzeby się denerwować. Wystarczy traktować jak zwykłą paczuszkę. Nie przyczepią się też do pana przy prześwietlaniu bagażu. Nie sprawiłoby to panu kłopotu. Wolę nie wysyłać pocztą raczej ze względów sentymentalnych.

W lutym na Hokkaido na pewno będzie straszny mróz, ale Komurze było obojętne, czy jest zimno, czy gorąco. – I komu miałbym to przekazać?

– Moja młodsza siostra tam mieszka.

Komura w ogóle nie zastanowił się, jak spędzi urlop, lecz nie chciało mu się też nic planować, więc postanowił spełnić prośbę Sasakiego. Nie miał nic przeciwko wyjazdowi na Hokkaido.

Sasaki od razu zadzwonił do linii lotniczych i zarezerwował miejsce do Kushiro. Samolot odlatywał za dwa dni po południu. Nazajutrz Sasaki dał Komurze zawiniętą w brązowy papier paczuszkę – coś jakby pudełko wielkością i kształtem przypominające urnę. Sądząc po twardości, musiało być drewniane. Tak jak mówił Sasaki, paczuszka prawie nic nie ważyła. Papier był z zewnątrz pooklejany przezroczystą taśmą. Komura przez chwilę przyglądał się paczuszce. Potrząsnął nią lekko, lecz w środku nic się nie poruszyło, nie dobiegł żaden odgłos.

– Siostra wyjdzie po pana na lotnisko. Powiedziała, że załatwi panu hotel. Proszę stanąć zaraz po wyjściu z samolotu z pudełkiem w ręku, tak żeby je zauważyła. Niech się pan nie martwi, znajdzie pana. To nieduże lotnisko.

Przed wyjściem z domu Komura owinął paczuszkę w gruby podkoszulek i wsadził do torby pomiędzy inne rzeczy. Zaskoczył go tłok w samolocie. Zachodził w głowę, po co tylu ludzi jeździ w środku zimy z Tokio do Kushiro.

Gazetę nadal wypełniały artykuły o trzęsieniu ziemi. Podczas lotu przeczytał poranne wydanie od początku do końca. Stale rosła liczba ofiar. W wielu rejonach miasta ciągle nie było wody ani prądu, ludzie nie mieli dachu nad głową. Jedna po drugiej ujawniały się nowe tragedie. Jednak Komurze te szczegóły zdawały się dziwnie dwuwymiarowe, pozbawione głębi. Wszystkie odgłosy były dalekie i monotonne. Stosunkowo normalnie mógł myśleć tylko o żonie, która coraz bardziej się od niego oddalała.

Machinalnie przebiegał wzrokiem artykuły o trzęsieniu ziemi, czasami przypominał sobie żonę i znów wracał do gazety. Kiedy zmęczyło go myślenie o żonie i wodzenie wzrokiem po rządkach druku, zamknął oczy i zapadł w krótką drzemkę. Po obudzeniu ponownie pomyślał o żonie. Dlaczego w takim skupieniu od rana do wieczora śledziła w telewizji informacje o trzęsieniu ziemi, zapominając o całym świecie? Co ona tam widziała?

Na lotnisku podeszły do niego dwie młode kobiety ubrane w płaszcze o identycznym kroju i kolorze. Jedna miała jasną cerę, krótkie włosy i prawie metr siedemdziesiąt wzrostu. Jej pełna górna warga znajdowała się w dość dużej odległości od nosa, co powodowało, że kobieta niejasno przywodziła na myśl jakieś zwierzę z gatunku przeżuwaczy. Jej towarzyszka miała metr pięćdziesiąt pięć i była dość ładna, nie licząc nieco zbyt małego nosa. Proste włosy sięgały jej do ramion. Uszy były odsłonięte i na płatku prawego widniały dwa pieprzyki. Rzucały się w oczy, ponieważ nosiła kolczyki. Obie wyglądały na dwadzieścia parę lat. Zaprowadziły go do kawiarni na lotnisku.

– Jestem Keiko Sasaki – powiedziała ta wyższa. – Brat mówił, że wiele panu zawdzięcza. A to moja przyjaciółka, Shimao.

– Bardzo mi miło. – Ukłonił się.

– Dzień dobry – odparła Shimao.

– Brat mówił, że bardzo niedawno zmarła panu żona – powiedziała Keiko Sasaki tonem pełnym troski.

– Nie, nie zmarła – sprostował Komura po chwili.

– Ale brat przedwczoraj wyraźnie tak powiedział przez telefon. Że pan Komura niedawno stracił żonę.

– No tak, bo po prostu rozwiedliśmy się. O ile wiem, cieszy się dobrym zdrowiem.

– To dziwne. Trudno uwierzyć, że mogłam źle zrozumieć coś tak ważnego. – Wyglądała, jakby dotknęło ją owo nieporozumienie.

Komura wsypał do kawy trochę cukru i delikatnie zamieszał. Wypił łyk. Kawa była słaba i bez smaku. Nie miała treści, a jedynie formę. Co ja właściwie robię w takim miejscu, zastanawiał się zaskoczony.

– Na pewno źle usłyszałam. Nie ma innego wytłumaczenia – odezwała się Keiko Sasaki. Zdawało się, że wrócił jej humor. Wzięła głęboki oddech i lekko przygryzła wargi. – Przepraszam. To było bardzo niegrzeczne z mojej strony.

– To nie ma znaczenia. W sumie wychodzi na to samo.

Podczas ich rozmowy Shimao w milczeniu, z lekkim uśmiechem przyglądała się Komurze. Zdawało się, że poczuła do niego sympatię. Poznał to po wyrazie jej twarzy i zachowaniu. Zapanowało milczenie.

– Przede wszystkim muszę pani przekazać tę ważną przesyłkę – powiedział Komura. Otworzył suwak torby i odwinął paczuszkę z grubego podkoszulka narciarskiego. Zaraz, przecież miałem to trzymać w ręku, żeby mnie poznały, przypomniał sobie. Skąd wiedziały, że to ja?

Keiko Sasaki przyjęła podaną paczuszkę i przyjrzała się jej pozbawionymi wyrazu oczami. Zważyła w ręku, a potem tak jak Komura potrząsnęła nią lekko kilka razy koło ucha. Uśmiechnęła się do Komury na znak, że wszystko w porządku, i schowała do dużej torby na ramię.

– Muszę do kogoś zadzwonić. Pozwoli pan, że na chwilę odejdę? – zapytała.

– Proszę. Oczywiście, proszę bardzo.

Keiko zawiesiła torbę na ramieniu i ruszyła w stronę widocznej w oddali budki. Komura przez chwilę odprowadzał ją wzrokiem. Górna część jej ciała była całkowicie usztywniona, tylko biodra poruszały się rytmicznie jak koło zamachowe jakiejś maszyny. Kiedy patrzył, jak idzie, odniósł niezwykłe wrażenie, że obserwuje jakąś scenę z przeszłości, którą nieoczekiwanie i przypadkowo wtłoczono w teraźniejszość.

– Byłeś już kiedyś na Hokkaido? – zapytała Shimao.

Komura potrząsnął przecząco głową.

– No tak, to daleko.

Komura przytaknął. Rozejrzał się dookoła. – Ale kiedy tak tu siedzę, nie odnoszę wrażenia, że jestem gdzieś daleko. Dziwne, prawda?

– To przez samolot. Za szybko leci. Ciało się przesuwa, lecz świadomość za nim nie nadąża.

– Może i tak.

– Chciałeś się znaleźć gdzieś daleko?

– Chyba tak.

– Z powodu odejścia żony?

Komura skinął twierdząco głową.

– Można pojechać daleko, lecz nie ucieknie się od samego siebie.

Komura, który przyglądał się bezmyślnie cukierniczce na stoliku, podniósł wzrok na Shimao.

– Rzeczywiście. Masz rację. Można pojechać daleko, lecz nie ucieknie się od samego siebie. Tak jak od cienia. Nie można od niego uciec.

– Musiałeś kochać żonę.

Komura uniknął odpowiedzi, zmieniając temat. – Jesteś przyjaciółką Keiko Sasaki?

– Tak. Trzymamy się razem.

– Trzymacie się razem?

– Nie jesteś głodny? – odpowiedziała pytaniem.

– Sam nie wiem. Zdaje mi się, że i tak, i nie.

– To chodźmy we trójkę zjeść coś ciepłego. Kiedy człowiek zje coś ciepłego, robi mu się lżej na sercu.

Shimao