Opis

Trzynaście mrocznych opowiadań z pogranicza grozy i urban legend utrzymanych w nastroju ghost story. Historie o duchach, duszach i strzygach, które zawsze czegoś chcą i nie zawsze jest to zemsta. Co może stać się z Darem, który miał ratować ludzkie życie, gdy się go niewłaściwie wykorzysta? Czy słuszny cel zawsze uświęca środki? Ile są warte nasze wartości, kiedy świat okazuje się zupełnie inny niż przypuszczaliśmy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 251

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MA­REK ZY­CHLA

WSZYST­KIE BIA­ŁE DAMY

(frag­ment)

Wy­daw­nic­two GMORK

TAM, GDZIE MIESZKAJĄ SZCZURY

– Tam są… szczu­ry!

Żona, bla­da i roz­trzę­sio­na, sta­ła w drzwiach miesz­ka­nia. Obłęd w oczach, drżą­cy głos. Tych sy­gna­łów zbli­ża­ją­cej się hi­ste­rii nie spo­sób było zi­gno­ro­wać czy zba­ga­te­li­zo­wać stan­dar­do­wym „oj, Ewu­niu, prze­sa­dzasz”. Nie, tym ra­zem to była po­waż­na spra­wa. Szczu­ry.

– Ale bu­tów nie przy­nio­słaś?

Nie­do­brze. Po co mi to było? Te­raz oprócz obrzy­dze­nia Ewu­nia po­czu­ła za­pew­ne jesz­cze iry­ta­cję. Po­wi­nie­nem był wy­ka­zać się mi­ni­mal­ną em­pa­tią, przyjść, przy­tu­lić i po­gła­skać po ślicz­nej głów­ce. Za­miast po­sta­rać się zre­kom­pen­so­wać trau­mę czu­ło­ścią, ocze­ki­wa­ną te­raz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, za­da­łem ba­nal­ne, krzyw­dzą­ce swo­ją try­wial­no­ścią py­ta­nie. Jak ja mo­głem w tej strasz­nej chwi­li py­tać o buty, gdy ona zo­ba­czy­ła SZCZU­RY?

– No już do­brze, ko­tuś. Pój­dę tam i je prze­go­nię. A ju­tro ku­pi­my trut­kę i po­zbę­dzie­my się pa­skud.

Przy­tu­la­jąc roz­trzę­sio­ną Ewu­nię, za­mkną­łem drzwi do miesz­ka­nia. Po co ro­bić ko­lej­ną sce­nę? Wścib­scy są­sie­dzi z klat­ki po­sia­da­ją ja­kąś mi­stycz­ną in­tu­icję. Za­wsze wie­dzą, kie­dy wy­leźć ze swo­ich nor; nie prze­ga­pią oka­zji, aby zaj­rzeć, co też się cie­ka­we­go w in­nych miesz­ka­niach dzie­je. Cóż, szczu­ry miesz­ka­ją nie tyl­ko w piw­ni­cy.

– My­ślisz że… że co… że one ci ze­żrą tę trut­kę, tak? Że ta­kie głu­pie, tak? Tu trze­ba de-ra-ty-za-to-ra! Wiesz, ile to kosz­tu­je?!

Nie, ani gry­zo­nie, ani mał­żon­ki nie są głu­pie. Pró­bo­wa­łem się wy­kpić ta­nim kosz­tem, wci­snąć pro­ste roz­wią­za­nie, w któ­re zresz­tą sam nie wie­rzy­łem. Za­raz się za­cznie. Na po­waż­nie się za­cznie.

– Piotr! A od kie­dy cie­bie pro­si­łam o to, byś mi przy­niósł te cho­ler­ne buty? Mó­wi­łam ci. Od mie­sią­ca! Zima się koń­czy, ja po­trze­bu­ję wio­sen­nych bu­tów. Idź mi do piw­ni­cy, ile ci trze­ba mó­wić? – No i za­czę­ło się.

– Ko­tuś… ja już idę…

– No i co z tego! Tu nie cho­dzi o to, tyl­ko o to, jaki je­steś! Cały czas! Ja cie­bie pro­szę o gniazd­ka, na­praw zlew, z ki­bla się leje! Z ki­bla ciek­nie, a ty nic! Bu­tów sama mu­sia­łam iść po­szu­kać! A ty wiesz, jak ja TA­KICH rze­czy się boję… ta­kich… STWO­RÓW! To ty po­wi­nie­neś tam iść. Dwa mie­sią­ce temu, jak tyl­ko za­czę­łam cię pro­sić! – No i za­czę­ło się na po­waż­nie.

A może i do­brze? Wście­kłość na bez­u­ży­tecz­ne­go męża-trut­nia przy­sło­ni­ła i zdo­mi­no­wa­ła wstręt oraz strach.

– Piotr…

– Tak?

– Je­den z nich… nie żyje…

I w tej chwi­li skoń­czy­ło się. Atak szlo­chu wstrzą­snął drob­nym ciał­kiem żony. Złość na męża od­pły­nę­ła. Ew­cia wtu­li­ła się we mnie moc­niej, tak jak­by bli­skość mo­je­go cia­ła mia­ła ule­czyć wstrząs ob­co­wa­nia z obrzy­dli­wo­ścią. Żywą i zde­chłą.

– A kto nie żyje?

Ali­cja sta­ła w przej­ściu z przed­po­ko­ju do resz­ty miesz­ka­nia. Wle­pia­ła w nas duże nie­bie­skie oczy, w któ­rych pło­nę­ła cie­ka­wość.

– Szczur, Ali­cjo.

– A jaki szczur, ta­tu­siu?

– Je­den ze szczu­rów, któ­re miesz­ka­ją w piw­ni­cy.

– A co to jest piw­ni­ca?

– To jest to miej­sce pod scho­da­mi, o któ­rym ci mó­wi­łem, że nie mo­żesz tam sama cho­dzić.

Dziew­czyn­ka za­sty­gła w bez­ru­chu. Nie­co zmarsz­czy­ła brwi. Wy­raź­nie wi­dać było, jak za­sta­na­wia się swo­im sze­ścio­let­nim umy­słem nad sen­sem i kon­se­kwen­cja­mi tego, co usły­sza­ła.

– I jak on nie żyje, to się nie ru­sza, tak?

Jak nie żyje, to zna­czy, że zdechł. Jest szczu­rzym tru­pem, zgni­je i ze­żrą go ro­ba­ki. Ale Ali­cja nie mia­ła po­ję­cia o prze­mi­ja­niu i śmier­tel­no­ści. Cała ta na­dę­ta escha­to­lo­gia, to wszyst­ko było albo prze­mil­cza­ne, albo prze­twa­rza­ne na sym­bo­le i zna­cze­nia, któ­re we­dle na­sze­go mnie­ma­nia có­recz­ka była w sta­nie po­jąć. Ryb­ka nie zde­chła, tyl­ko wró­ci­ła do je­zio­ra, ko­tek roz­je­cha­ny na dro­dze był bar­dzo cho­ry i nie mógł wstać, a zmar­ła bab­cia są­siad­ki po­szła do nie­ba, do Pana Je­zu­sa.

– Mo­że­my tam pójść i go zo­ba­czyć?

– Noo… do­bra. Weź­mie­my też buty dla mamy.

– Ta­aak!!!

Do wyj­ścia od­pro­wa­dził nas scep­tycz­ny wzrok żony. Za­czę­li­śmy scho­dzić na dół klat­ki. Ty­po­we, gdy tyl­ko we­szli­śmy na scho­dy, drzwi do miesz­ka­nia na­prze­ciw­ko de­li­kat­nie uchy­li­ły się. Mo­czy­dłow­ska. Cho­ler­na, sta­ra, wścib­ska pur­cha­wa ni­g­dy nie prze­ga­pi oka­zji, aby zo­ba­czyć, co też się dzie­je, kto do tego mło­de­go mał­żeń­stwa przy­cho­dzi, kto wy­cho­dzi, kto od­wie­dza oraz jak czę­sto i z czym jest u nich li­sto­nosz.

***

Drzwi otwo­rzy­ły się bez­sze­lest­nie, wpusz­cza­jąc w piw­nicz­ny ko­ry­tarz neo­no­wy blask świe­tló­wek, po­wie­trze i cie­kaw­skie spoj­rze­nie dziec­ka. Ja za­czą­łem szu­kać po omac­ku włącz­ni­ka oświe­tle­nia. Sta­re ce­gły sy­pa­ły się pod opusz­ka­mi pal­ców.

– Dziw­nie pach­nie – po­wie­dzia­ła Ali­cja.

W koń­cu zna­la­złem kon­takt. Sła­ba ża­rów­ka zwi­sa­ją­ca z po­pę­ka­ne­go stro­pu roz­la­ła męt­ne, żół­te świa­tło. Za­czę­li­śmy po­wo­li scho­dzić. Trzy­ma­łem cór­kę za rękę. Nie pro­si­ła mnie o to, ja zro­bi­łem to zresz­tą bez­wied­nie. Taki od­ruch, dzia­ła­nie zu­peł­nie in­stynk­tow­ne, któ­re uświa­da­miam so­bie do­pie­ro w mo­men­cie, gdy dłoń dziec­ka wci­ska się w moją.

– Bo­isz się?

– Nie, ta­tu­siu.

Brzmia­ło to wia­ry­god­nie. Stwier­dze­nie Ali­cji wy­po­wie­dzia­ne było gło­sem pew­nym, jak­by dziew­czyn­ka mó­wi­ła rzecz zu­peł­nie oczy­wi­stą. Gdy ze­szli­śmy z ostat­nie­go stop­nia scho­dów, dziec­ko pu­ści­ło moją rękę. Spoj­rza­łem na nią. Na jej twa­rzy fak­tycz­nie nie wi­dać było stra­chu. Ze sku­pie­niem ob­ser­wo­wa­ła oto­cze­nie.

Strzę­py pa­ję­czyn, po­ru­sza­ją­ce się nie­znacz­nie, szar­pa­ne de­li­kat­nym prze­cią­giem. Cie­nie, po­wy­krę­ca­ne we wszel­kich moż­li­wych kie­run­kach, nie­wy­raź­ne, zle­wa­ją­ce się z ma­to­wy­mi po­wierzch­nia­mi ścian, stro­pu i drzwi. Abs­trak­cyj­ne mapy nie­ist­nie­ją­cych kon­ty­nen­tów, ma­lo­wa­ne pla­ma­mi far­by odła­żą­cej ze skrzyn­ki z bez­piecz­ni­ka­mi. Wszyst­kie szcze­gó­ły nie­zna­ne­go wcze­śniej miej­sca Ali­cja chło­nę­ła z po­wa­gą i na­masz­cze­niem, ale bez stra­chu.

Ze­szli­śmy ni­żej. Dru­gie scho­dy, na dol­ną kon­dy­gna­cję piw­ni­cy, to­nę­ły w mro­ku. Idio­tycz­ne roz­wią­za­nie kon­struk­cyj­ne wy­sła­ło włącz­nik świa­tła na sam ko­niec ko­ry­ta­rza. Ciem­ność była wil­got­na, na­sy­co­na nie tyl­ko za­pa­chem ple­śni i nisz­cze­ją­cych mu­rów, ale tak­że de­li­kat­nym odo­rem, jaki moż­na wy­czuć na brze­gach moc­no za­nie­czysz­czo­nych je­zior. Miał ja­kiś che­micz­ny, nie­na­tu­ral­ny po­smak.

Drzwi do przy­słu­gu­ją­ce­go nam bok­su znaj­do­wa­ły się w rogu ko­ry­ta­rza, tam, gdzie się za­ła­my­wał i skrę­cał w lewo. Za nimi za­czy­na­ła się stre­fa nie­oświe­tlo­na przez je­dy­ną w tym miej­scu ża­rów­kę. Co za kre­ty­nizm, dać włącz­nik na ko­niec, a źró­dło oświe­tle­nia na po­czą­tek.

– To co, Ali­cja? Otwo­rzy­my te drzwi i obej­rzy­my so­bie stwo­ry?

– Ta­aak!

Za drzwia­mi nie zo­ba­czy­li­śmy szczu­rów, a przy­naj­mniej nie od razu. Uj­rze­li­śmy za to cha­os two­rzo­ny przez lata miesz­ka­nia na tym osie­dlu, two­rzo­ny po­spiesz­nie, ba­ła­ga­niar­sko. Piw­ni­ca była miej­scem ze­sła­nia tego, co su­ro­wy osąd Ewu­ni, nie­po­dziel­nej wład­czy­ni 60 me­trów kwa­dra­to­wych jej miesz­ka­nia, uznał za zbęd­ne w da­nym cza­sie. Sta­re szaf­ki, nie­pa­su­ją­ce do wy­stro­ju fla­ko­ni­ki, brzyd­ki dy­wa­nik oraz nie­mod­ne już sofy nie mo­gły li­czyć na po­wrót do łask. Co in­ne­go wo­rek z let­ni­mi bu­ci­ka­mi żony albo ze­staw do gril­lo­wa­nia. Jed­nak te rze­czy, któ­re od­wiecz­ny cykl pór roku czy­nił z piw­nicz­nych gra­tów przed­mio­ta­mi z po­wro­tem wręcz nie­zbęd­ny­mi, za­wsze cho­wa­ły się na sa­mym dnie „ster­ty wszyst­kie­go”. Za­czą­łem po­szu­ki­wa­nia.

– Ta­tu­siu, tu będą te szczu­ry?

– Pew­nie jak za­cznie­my tu grze­bać, to za­czną ucie­kać. Uwa­żaj i patrz.

Mia­łem ra­cję. Po oko­ło mi­nu­cie od kie­dy za­bra­łem się za prze­ko­py­wa­nie „ster­ty wszyst­kie­go”, pod­nio­słem blat roz­wa­lo­ne­go sto­łu, któ­ry wy­nio­słem tu chy­ba rok wcze­śniej. I wte­dy, w mo­men­cie gdy na­szym oczom uka­zy­wa­ła się cała resz­ta szpe­jów, one za­czę­ły ucie­kać. To był błysk brud­no­sza­re­go fu­tra, mi­gnię­cie ró­żo­we­go ogo­na, de­li­kat­ny szmer ostrych pa­zu­rów szo­ru­ją­cych po pla­sti­ko­wej po­wierzch­ni. I tyle. Ali­cji to wy­star­czy­ło.

– Są! Tam są! Były! Ucie­kły!

Zde­chły ko­le­ga tych co są, były, ucie­kły, przy­kle­ił się do pod­nie­sio­ne­go bla­tu. Wy­glą­dał na­wet za­baw­nie. Przy­po­mi­nał bo­ha­te­ra sta­rej, dur­nej kre­sków­ki, na któ­re­go spa­dło ko­wa­dło albo for­te­pian. Taki spłasz­czo­ny. Zre­du­ko­wa­ny do po­strzę­pio­ne­go fu­tra i po­czer­nia­łe­go ogo­na. Ale mo­jej cór­ki, co było bar­dzo dla mnie za­ska­ku­ją­ce, szczu­rzy trup nie in­te­re­so­wał.

– Co tam stoi? – spy­ta­ła. I, co jesz­cze dziw­niej­sze, w jej gło­sie dało się wy­czuć nie­po­kój.

– Gdzie? – Ob­ró­ci­łem się w stro­nę za­ciem­nio­nej od­no­gi ko­ry­ta­rza, tam, gdzie pa­trzy­ła Ali­cja.

– No tam. Tam coś stoi.

Wpa­try­wa­łem się w mrok. W miej­scu, gdzie świa­tło prze­gry­wa­ło już z bra­kiem świa­tła, gdzie blask ża­rów­ki, i tak wą­tły, przy­gnia­ta­ła czar­ność, nie wi­dać było nic szcze­gól­ne­go. Drzwi dwóch ostat­nich bok­sów, rura ka­na­li­za­cyj­na, mo­zai­ka po­kru­szo­nych ce­gieł. To wszyst­ko gi­nę­ło, wchła­nia­ne przez ciem­ność. Pu­stą. Do tego miej­sca, gdzie się­gał wzrok, nic nie wzbu­dza­ło we mnie nie­po­ko­ju. Da­lej była zie­ją­ca czerń.

– Ali­cja, ja tam nic nie wi­dzę.

– Ale tam jest coś. Ma nogi-węże. I oczy.

– Bo­isz się.

– Trosz­kę tak, ale nie.

Nogi-węże. W ciem­no­ści jest coś, co ma nogi-węże. I oczy, któ­re pa­trzą na nas, tak jak my pa­trzy­my na to coś. Zro­bi­łem kil­ka kro­ków w nie­oświe­tlo­ny te­ren. Było tu chłod­niej i nie­przy­jem­ny za­pach na­si­lił się. Kształ­ty roz­my­ły się, zle­pi­ły w abs­trak­cyj­ną masę. Ob­ró­ci­łem się do Ali­cji.

– Chy­ba ci się wy­da­wa­ło. Tu nic nie ma.

– Jest, ale ty nie wi­dzisz. Mo­że­my stąd iść?

– Do­bra, we­zmę tyl­ko te buty.

Wra­ca­li­śmy szyb­ciej, cały czas trzy­ma­jąc się za ręce. Gdy za­my­ka­łem drzwi do piw­ni­cy, za­py­ta­łem có­recz­kę:

– Ali­cja, da­lej się bo­isz?

– Nie. Tyl­ko mi smut­no.

– O, a to cze­mu?

– Bo szczu­ry będą nie żyć.

– Nie, tyl­ko je­den. Resz­ta sku­bań­ców ma się do­brze.

Ali­cja nic nie po­wie­dzia­ła. Po­krę­ci­ła tyl­ko głów­ką i ru­szy­ła do miesz­ka­nia.

***

Gdzie są te cho­ler­ne rę­ka­wi­ce? Prze­cież nie będę do­ty­kał zgni­łe­go szczu­ra go­ły­mi rę­ka­mi. Ani trut­ki też bez ochro­ny nie roz­sy­pię. Nie było rę­ka­wic ani pod zle­wem, ani w ostat­niej szu­fla­dzie szaf­ki w kuch­ni, ani w schow­ku w ła­zien­ce. Nie było ich w żad­nym z tych miejsc, w któ­re moja Kró­lo­wa Po­rząd­ku, Pani Domu jesz­cze do­sko­nal­sza od Gosi Ro­ze­nek, po­win­na je scho­wać. Były na­to­miast tam, gdzie nie po­win­ny – pod ster­tą ga­zet w po­ko­ju te­le­wi­zyj­nym.

Uzbro­jo­ny w wo­rek na śmie­ci, rę­ka­wi­ce ogro­do­we oraz pusz­kę trut­ki na szczu­ry za­mó­wio­nej wcze­śniej na stro­nie Pry­skaj.pl ru­szy­łem do piw­ni­cy. Gdzieś w po­ło­wie scho­dów za­uwa­ży­łem wspi­na­ją­cą się po stop­niach Mo­czy­dłow­ską. La­zła po­wo­li, każ­dy po­ko­na­ny scho­dek kwi­tu­jąc ci­chym stęk­nię­ciem. Za­su­szo­na, zgar­bio­na, ży­la­sto-pa­ty­ko­wa­ty­mi pa­lu­cha­mi cze­pia­ła się po­rę­czy. Ubra­na była w sza­ry, moc­no sfa­ty­go­wa­ny płaszcz, upstrzo­ny nie­do­pra­ny­mi pla­ma­mi i raz ciem­niej­szy­mi, raz ja­śniej­szy­mi klek­sa­mi prze­bar­wień. Gdy tyl­ko mnie zo­ba­czy­ła, wle­pi­ła we mnie spoj­rze­nie na­bie­głych zło­ścią śle­pi. Przy­spie­szy­łem, aby jak naj­szyb­ciej mi­nąć sta­ru­chę.

– Pa­nie, ej, pa­nie.

Zi­gno­ro­wać, jesz­cze przy­spie­szyć kro­ku, aby szyb­ciej wy­do­stać się ze stre­fy ra­że­nia. Mia­łem już wąt­pli­wą przy­jem­ność kil­ku­krot­nie roz­ma­wiać z nie­lu­bia­ną są­siad­ką. Roz­ma­wiać – w tym przy­pad­ku było to stwier­dze­nie na wy­rost. Nie tyle roz­ma­wiać, co wy­słu­chi­wać ty­ra­dy rosz­czeń, pre­ten­sji, żali i zło­śli­wo­ści.

– Pa­nie, cho­le­ra, mó­wię, stój, ty!

Mo­czy­dłow­ska, po­mi­mo wie­ku, po­mi­mo że spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by mia­ła za­raz odejść z tego naj­lep­sze­go ze świa­tów, dys­po­no­wa­ła cał­kiem po­tęż­nym gło­sem. No do­brze, zi­gno­ro­wać się tego nie dało.

– Słu­cham pa­nią.

– Gdzie pan idziesz? Smro­dzić pa­pie­ro­sa­mi na klat­ce? Do piw­ni­cy zno­wu, tak? Cią­gle pan tam ła­zisz ze swo­ją smar­ku­lą. A ba­ła­gan tam kto po­sprzą­ta? Wy tam ma­cie ba­ła­gan! A jak po­żar jaki, to co? I po co tam cho­dzisz z tą smar­ku­lą? A jak ona się drze! Kto ją tak wy­cho­wał? Ro­dzi­ców po­rząd­nych nie ma, to i się ni umi za­cho­wać po­rząd­nie, o!

I w tej chwi­li Mo­czy­dłow­ska z wred­nej sta­ru­chy spa­dła w kla­sy­fi­ka­cji kil­ka po­zio­mów ni­żej. Sta­ra, obrzy­dli­wa suka. Ba­ła­gan w piw­ni­cy czy pa­le­nie pa­pie­ro­sów na klat­ce, zwy­kłe ludz­kie spra­wy. Ale cze­pia­nie się dziec­ka to już prze­gię­cie.

– Mo­czy­dłow­ska, wiesz pani co?

– Co?

– Ja wiem, jaki jest pani pro­blem…

– Co ty mi tu, gnoj­ku…

– To jest sa­mot­ność. Brak to­wa­rzy­stwa. Może pój­dzie pani ze mną do piw­ni­cy? Tam miesz­ka­ją szczu­ry, bar­dzo po­dob­ne do pani. Łu­dzą­co. Bę­dzie do­brze się pani czu­ła wśród swo­ich.

– Co ty mi tu, skur­wie­lu… Ja cię, gno­ju, na mi­li­cję po­dam, do pro­ku­ra­tu­ry… Ja cię już tak urzą­dzę…

Nie do­sły­sza­łem już, jak mnie urzą­dzi. Pew­nie do­no­sem na UB. Trą­cał ją pies, ja już by­łem przy drzwiach do piw­ni­cy.

Gdy wci­sną­łem włącz­nik, od­nio­słem wra­że­nie, że świa­tło, ja­kie da­wa­ła ża­rów­ka, było jesz­cze słab­sze i jesz­cze bar­dziej ża­ło­sne, niż gdy by­łem tu po­przed­nio z cór­ką. Za to ciem­ność, jaka ob­sia­dła kąty, za­ka­mar­ki i nie­oświe­tlo­ne czę­ści ko­ry­ta­rza, bar­dziej gę­sta. Ta ciem­ność mia­ła nogi-węże. I oczy. I cią­gle na nas pa­trzy­ła, bez ustan­ku ob­ser­wu­jąc każ­dy ruch, każ­dy gest, mru­gnię­cie po­wiek, naj­drob­niej­szy na­wet krok.

Ener­gicz­nym po­ru­sze­niem gło­wy, bły­ska­wicz­nym ru­chem kar­ku, lewo – pra­wo – lewo – pra­wo strzą­sną­łem z sie­bie ob­raz, jaki po­ja­wiał się w mo­jej wy­obraź­ni. Jaki za­tem ob­raz mu­siał po­ja­wić się w buj­nej wy­obraź­ni dziec­ka? Nie­po­trzeb­nie ją tu wte­dy za­bra­łem.

Ru­szy­łem da­lej.

Zo­ba­czy­łem je, gdy tyl­ko włą­czy­łem świa­tło w dol­nej kon­dy­gna­cji. Le­ża­ły rów­no, uło­żo­ne je­den przy dru­gim. Pie­czo­ło­wi­cie. Do­kład­nie. Łap­ka­mi w stro­nę drzwi. Ze­sztyw­nia­łe ogo­ny two­rzy­ły trzy kre­ski na sza­rym dy­wa­nie be­to­no­wej pod­ło­gi.

Zbli­ży­łem się do nich po­wo­li. Nie bar­dzo wie­rzy­łem w to, co wi­dzia­łem. Kto, na li­tość Boga, uśmier­cił trzy szczu­ry i uło­żył je obok sie­bie, tuż koło drzwi na­sze­go bok­su w piw­ni­cy? Nie było wi­dać na nich krwi, ran, za­dra­pań, śla­dów wal­ki. Ktoś je mu­siał wy­truć. Za­du­sić. Za­ra­zić czymś za­bój­czym. A po­tem od­na­leźć tru­chła. Uło­żyć rów­no. Tak, aby każ­dy, kto tędy prze­cho­dzi, mógł zo­ba­czyć. Szczu­ry. Te szczu­ry, któ­re będą nie żyć.

Nie wiem, gdzie na­ro­dził się im­puls, któ­ry po­gnał mnie na górę, do praw­dzi­we­go świa­tła, do praw­dzi­we­go po­wie­trza. Być może w mó­zgu, być może głę­bo­ko w trze­wiach, być może w sa­mych opusz­kach pal­ców. Bie­głem szyb­ko, nie przej­mu­jąc się, że zo­sta­wiam za­pa­lo­ne świa­tło, że upu­ści­łem fo­lio­wy wo­rek, rę­ka­wi­ce i trut­kę.

Uspo­ko­iłem się, do­pie­ro za­my­ka­jąc drzwi do lo­chu. Jezu Chry­ste, ale to było psy­cho­tycz­ne! Kto to zro­bił? Szczu­ry były zde­chłe. To fakt. No i co z tego? Pew­nie otru­te. Na pew­no. Ktoś otruł szkod­ni­ki, tak jak ja chcia­łem. Ja­kiś są­siad. Z klat­ki. Zna­lazł cia­ła, ale zo­rien­to­wał się, że nie ma wor­ka, aby je za­pa­ko­wać i po­grze­bać w śmiet­ni­ku. Po­szedł na górę, ale nie chcia­ło mu się zła­zić. Po­sta­no­wił to zro­bić póź­niej. Po­tem za­po­mniał. Tak, to było to. Nic strasz­ne­go, zwy­kłe ludz­kie roz­tar­gnie­nie.

Wra­ca­łem do miesz­ka­nia uspo­ko­jo­ny, bę­dąc jed­nak tro­chę za­że­no­wa­ny wła­sną re­ak­cją. Wcho­dząc do domu, za­uwa­ży­łem nie­co uchy­lo­ne drzwi lo­ka­lu na­prze­ciw­ko.

***

Ry­so­wa­nie nie było przy­jem­no­ścią, za­ba­wą, na­uką, ko­niecz­no­ścią ani przy­kro­ścią. Tym ostat­nim była na­uka li­te­rek, tym pierw­szym je­dze­nie cia­stek. Ry­so­wa­nie mia­ło sta­tus spe­cjal­ny, nie­mal sa­kral­ny. Na pew­no było ry­tu­ałem uświę­co­nym tra­dy­cją. Naj­pierw na­le­ża­ło od­szu­kać kred­ki. Nie­za­leż­nie od tego, gdzie by one nie były, na­wet je­śli do­słow­nie mi­nu­tę wcze­śniej je gdzieś prze­kła­da­łem, na­wet je­śli do­sko­na­le zda­wa­łem so­bie spra­wę, gdzie one się znaj­du­ją, za­wsze mu­sia­łem przy­naj­mniej chwi­lę ich szu­kać. Moja nie­fra­so­bli­wość, cza­sem uda­wa­na, czę­ściej jed­nak naj­zu­peł­niej na­tu­ral­na, mu­sia­ła być skwi­to­wa­na ko­niecz­nie przez Ali­cję. „Oj, tato! Ty ni­g­dy nie wiesz, gdzie jest”. Po­tem na­le­ża­ło wy­brać kart­ki. Cór­ka mia­ła wy­bór, raz były to kart­ki czy­ste, z blo­ku, raz w krat­kę, z ze­szy­tu. Na­stęp­nym ob­li­ga­to­ryj­nym ele­men­tem pro­ce­du­ry było sto­sow­ne przy­go­to­wa­nie sta­no­wi­ska. Z ławy w po­ko­ju te­le­wi­zo­ro­wym po­zni­ka­ły fi­li­żan­ki, pa­pie­rzy­ska, ster­ty „Two­ich Sty­lów” i „Wy­so­kich Ob­ca­sów”. Ich miej­sce zaj­mo­wa­ły przy­bo­ry ry­sow­ni­cze.

– To co dziś ma­lu­jesz?

Brak od­po­wie­dzi ze stro­ny cór­ki był pierw­szym, od kie­dy tyl­ko się­gam pa­mię­cią, od­stęp­stwem od ru­ty­no­we­go spo­so­bu po­stę­po­wa­nia. Za­wsze po tym py­ta­niu do­wia­dy­wa­łem się, że uwiecz­nio­na dziś bę­dzie Ra­in­bow Dash z My Lit­tle Pony albo smok, albo ma­mu­sia, ta­tuś, sio­stra Jul­cia i ona, czy­li Ali­cja. Dziś dziew­czyn­ka zby­ła mnie mil­cze­niem, od razu za­bie­ra­jąc się do ry­so­wa­nia.

Pierw­szy po­wstał za­rys gło­wy. Po­tem dwie małe kre­ski, sko­śne, roz­cho­dzą­ce się od cen­trum wła­śnie na­szki­co­wa­nej pla­my łba ku jej nie­re­gu­lar­nym bo­kom. Kre­ski zo­sta­ły wy­po­sa­żo­ne w pół­ko­la, w środ­ku któ­rych po­ja­wi­ły się krop­ki, na­nie­sio­ne czer­wo­nym fla­ma­strem. Po­ni­żej tak na­ma­lo­wa­nych oczu Ali­cja umie­ści­ła okrąg ust, tro­chę krzy­wy, tro­chę zba­cza­ją­cy w lewo. Nie, to nie usta. Cze­goś tak ob­fi­cie wy­po­sa­żo­ne­go w ostre zęby nie moż­na na­zwać ina­czej jak pasz­czą. Nad ko­lej­nym ele­men­tem cór­ka pra­co­wa­ła już wol­niej, kre­śląc po­dłuż­ne, wi­ją­ce się, wą­skie kształ­ty wy­cho­dzą­ce we wszyst­kich kie­run­kach od nie­pro­por­cjo­nal­nie więk­szej gło­wy. Gdy skoń­czy­ła, przez dłu­gi czas w sku­pie­niu przy­pa­try­wa­ła się ry­sun­ko­wi.

Nie prze­szka­dza­łem jej.

Ali­cja dłu­go wy­bie­ra­ła na­rzę­dzie, któ­rym za­mie­rza­ła po­ko­lo­ro­wać na­ma­lo­wa­ne­go stwo­ra. Naj­pierw wzię­ła czer­wo­ny fla­ma­ster, by szyb­ko go odło­żyć. Dłu­żej przy­pa­try­wa­ła się czar­nej kred­ce. Zro­bi­ła pró­bę na swo­jej dło­ni, sma­ru­jąc jej wierzch ob­fi­tą, smo­li­stą kre­ską. Osta­tecz­ny wy­bór padł na ciem­no­fio­le­to­wy fla­ma­ster. Więk­sza część po­sta­ci, z wy­jąt­kiem cen­trum łba, gdzie były oczy i pasz­cza, po­kry­ła fio­le­to­wa­tość.

– Skoń­czy­łaś?

– Nie. Jest tu bra­ko­wa­nie rury.

– Ja­kiej rury?

– Ta­kiej z dziu­rą, któ­rą Znie­ży­wiacz­ka idzie po inne szczu­ry.

Ali­cja na­ry­so­wa­ła dłu­gi, wą­ski pro­sto­kąt. Gdzieś na środ­ku roz­bry­zga­ła się czar­na pla­ma, na­ma­lo­wa­na wcze­śniej od­rzu­co­ną kred­ką. Rury prze­sta­ło bra­ko­wać. Rury z dziu­rą.

– I jak się ten po­twór na­zy­wa?

– To nie po­twór, ta­tu­siu. Po­two­rów nie ma. Są! Ale w baj­kach.

– No to co to jest, ośmior­ni­ca?

– Nie, ta­tu­uusiu, ośmior­ni­ce są w wo­dzie, a nie tam, gdzie miesz­ka­ły szczu­ry!

– No to co to jest?

– Znie­ży­wiacz­ka. Spójrz, ma nogi-węże.

Dla mnie to były mac­ki. Ale fak­tycz­nie, mac­ki to są ta­kie nogi, któ­re wy­glą­da­ją na węże.

– Ona jest strasz­na.

– Dla­cze­go?

– No, bo jest strasz­na.

– Nie jest? Ona robi, że nie żyją szczu­ry.

– No to tym bar­dziej jest strasz­na.

– A ty i ma­mu­sia ją lu­bi­cie.

– Taką strasz­ną ośmior­ni­cę?

– Nie ośmior­ni­cę. Znie­ży­wiacz­kę. Cie­szy­cie się!

– Dla­cze­go?

– Bo ta­tuś i ma­mu­sia bar­dzo nie lu­bią szczu­rów.

Coś pa­skud­ne­go, coś zim­ne­go za­czę­ło wę­dro­wać od żo­łąd­ka w górę. Chcia­łem po­wie­dzieć, już sam nie wiem co, ale pa­skud­ne, lo­do­wa­te uczu­cie za­mro­zi­ło mi sło­wa w gar­dle. Wte­dy wła­śnie otwo­rzy­ły się drzwi. Moja żona sta­nę­ła w przed­po­ko­ju.

– Piotr, śmie­ci. Pro­si­łam cię.

– Za­raz, chy­ba jest pro­blem. Zo­bacz, co na­sza cór­ka na­ry­so­wa­ła.

– Jezu, co to za pa­sku­da? Ale strasz­na ośmior­ni­ca!

– Ewuś, to Znie­ży­wiacz­ka. Po­ga­daj z Ali­cją, to ci wy­ja­śni. Mnie się to nie po­do­ba. Bar­dzo.

– Do­bra, Piotr, na­sza cór­ka ma­lu­je stwo­ry. Dzie­ci tak ro­bią. Śmie­ci!

– Do­bra, pój­dę. Po­trze­bu­ję pa­pie­ro­sa. Bar­dzo.

Zsze­dłem szyb­ko po scho­dach. Za drzwia­mi przy­wi­tał mnie zim­ny, je­sien­ny wie­czór, oświe­tlo­ny księ­ży­cem w peł­ni. Na ław­ce przed blo­kiem sie­dzia­ła Goś­ka, oty­ła i wiecz­nie plot­ku­ją­ca miesz­kan­ka par­te­ru. Lu­bi­łem ją, bo po­mi­mo wścib­sko­ści mia­ła do lu­dzi dużo sym­pa­tii. Po śmier­ci męża spra­wy blo­ku po­chło­nę­ły ją cał­ko­wi­cie, wie­dzia­ła wszyst­ko o wszyst­kich, ale naj­bar­dziej kom­pro­mi­tu­ją­ce rze­czy zo­sta­wia­ła dla sie­bie. Pra­wie za­wsze.

– Do­bry wie­czór, pani Go­siu.

– A do­bry, do­bry. Cho­ciaż nie wiem, czy do­bry. Sły­szał pan już?

– Nie pani, Go­siu, po­zbę­dę się śmie­ci i mi pani opo­wie.

– No, niech pan sam prze­czy­ta. No, za pa­nem.

Od­wró­ci­łem się. Do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łem kart­kę pa­pie­ru przy­kle­jo­ną do drzwi. Dziw­ne. Wszel­kie ogło­sze­nia wspól­no­ta miesz­ka­nio­wa za­wsze umiesz­cza­ła na ta­bli­cy na klat­ce scho­do­wej. Nie, za­raz, był je­den ro­dzaj ogło­szeń, któ­re były za­re­zer­wo­wa­ne dla umiesz­cze­nia ich na wej­ściu do blo­ku. Klep­sy­dry.

– No, taka tra­ge­dia. Stra­ża­cy byli, mó­wi­li, że rura od jej pie­cy­ka była nie­szczel­na. Taka mała dziur­ka, a wy­star­czy­ła, żeby bie­dacz­kę za­cza­dzić.

Jezu Chry­ste, fak­tycz­nie, klep­sy­dra.

„Z głę­bo­kim ża­lem za­wia­da­mia­my, iż w dniu… ode­szła od nas Mie­czy­sła­wa Mo­czy­dłow­ska, prze­żyw­szy lat”…

Da­lej nie czy­ta­łem. Nie mo­głem. Coś lo­do­wa­te­go, coś pa­skud­ne­go przy­bra­ło już wy­raź­niej­szy kształt niż tyl­ko męt­ne­go, nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne­go, ale nie­przy­jem­ne­go uczu­cia. To była już myśl, wy­ra­ża­ją­ca usły­sza­ne nie­daw­no sło­wa. Myśl, któ­ra wbi­ła się w umysł, pa­cy­fi­ku­jąc go, nisz­cząc w za­rod­ku wszel­kie inne jego funk­cje.

Ta­tuś i ma­mu­sia bar­dzo nie lu­bią szczu­rów.

Piotr Bo­ro­wiec

 

Oj­ciec Ali­cji i Ju­lii, fan kla­sycz­nej li­te­ra­tu­ry gro­zy i mu­zy­ki roc­ko­wej. Jest sta­łym współ­pra­cow­ni­kiem blo­ga Okiem na Hor­ror, oraz kwar­tal­ni­ka „Oko­Li­ca stra­chu”. W 2015 roku jego opo­wia­da­nie Tam, gdzie miesz­ka­ją szczu­ry otrzy­ma­ło no­mi­na­cję do Na­gro­dy Pol­skiej Li­te­ra­tu­ry Gro­zy im. Ste­fa­na Gra­biń­skie­go. Swo­je tek­sty pu­bli­ko­wał w ma­ga­zy­nach „Kryp­ta”, „Hi­ste­ria”, „Gra­barz Pol­ski”, „Bra­ma”, an­to­lo­giach Hor­ror na Roz­to­czu 2 oraz Krew za­po­mnia­nych bo­gów. W 2015 roku na­kła­dem wy­daw­nic­twa Gmork uka­zał się zbiór jego opo­wia­dań Wszyst­kie bia­łe damy, a w 2018 dru­gi – Pol­skie upio­ry.

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j.© Co­py­ri­ght by Piotr Bo­ro­wiecWro­cław 2015

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.All Ri­ghts Re­se­rved.

Ko­rek­ta i re­dak­cja:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKAKA­MI­LA ŚWIĄT­KOW­SKAJU­STY­NA MA­SE­RAK

Skład:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA(ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Ilu­stra­cja na okład­ce:BAR­TOSZ WOJ­DY­GA

Fragment książki

Wy­da­nie II (po­pra­wio­ne)Wro­cław 2018

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób, włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j.ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cławtel: 795 626 546www.gmork.plwy­daw­nic­[email protected]

Pa­tro­ni me­dial­ni:

Ku­pu­jąc wspie­rasz: