Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce - Jill Leovy - ebook
Opis

Czterdziestoczteroletni John Skaggs, doświadczony detektyw z wydziału zabójstw w Los Angeles, był głównym śledczym w sprawie śmierci piętnastoletniego Dovona. Zamordowany chłopak był synem Barbary Pritchett, której babka zbierała jeszcze bawełnę na plantacjach Luizjany. Białego gliniarza głosującego na republikanów i czarną kobietę mieszkającą w lokalu opłacanym z państwowego zasiłku połączyła śmierć, która okazała się częścią znacznie poważniejszego zjawiska.

Skaggs poświęcił się jednemu celowi: chciał sprawić, by życie czarnoskórych, tak jak życie wszystkich Amerykanów, było realnie chronione przez instytucje do tego powołane. Zabójstwo Dovona potraktował tak samo, jak traktuje się zabójstwa największych gwiazd. Dzięki niemu sprawa syna Barbary jako jedno z nielicznych „czarnych morderstw” została rozwiązana. Gdyby zajmował się nią ktoś inny, akta zostałyby zapewne odłożone na półkę.

Książka Jill Leovy jest owocem jej ponad dziesięciu lat reporterskiego śledztwa i bezpośredniej pracy z policjantami prowadzącymi dochodzenia. To w sprawie Dovona było jednym z nich.

„Wszyscy wiedzą” została nominowana do National Book Critics Circle Award w kategorii literatury faktu. Zwycięzca zostanie ogłoszony 17 marca.

Książka jest również jedną z finalistek Barnes and Noble Discover Great New Writers Award w kategorii literatury faktu. Zwycięzców poznamy 2 marca.

Bestseller „New York Timesa” . Książka Roku 2015 według „The New York Times”, „The Wall Street Journal”, „USA Today”, „The San Francisco Chronicle”, „Chicago Tribune”, „The Boston Globe”, „The Daily Beast”, „The Globe and Mail”, Amazon.com i „The Economist”.

Jill Leovy wzięła do ręki gorący kartofel, podjęła najbardziej niewygodny temat w dyskusji o dyskryminacji rasowej w USA. Skoro ci „kolorowi” bezustannie sami się nawzajem zabijają, skoro popełniają ponad połowę przestępstw w tym kraju, to jak bronić idei równości? Nie da się tego zrobić bez wnikliwej psychologicznej, historycznej i reporterskiej analizy. Bez książki Leovy debatowanie o amerykańskim rasizmie jest zbyt łatwe.” Katarzyna Surmiak-Domańska

„ Leovy, utalentowana dziennikarka, z niezwykłą wprawą zamienia piętrzące się chmury informacji w rzęsisty dziennikarski deszcz.” Dwight Garner, „The New York Times”

„Niezwykle wnikliwa i zapierająca dech w piersiach książka. „Wszyscy wiedzą” doskonale pokazuje, jak Ameryka w ciągu ostatniej dekady „troszczy się” o życie czarnoskórych obywateli.” „USA Today”

„Z jednej strony agresywni funkcjonariusze kalifornijskiej policji, z drugiej katastrofalne w skutkach zaniedbania władz. Świadectwo Leovy zasługuje na ogromną uwagę. „The Boston Globe”

„Leovy pisze z klasą, przenikliwością i kontrolowanym – choć przeszywającym do szpiku kości – oburzeniem. „Wszyscy wiedzą” to najważniejsza książka dotycząca współczesnej agresji w wielkich amerykańskich miastach.” „The Washington Post”

„„Wszyscy wiedzą” to dogłębna analiza czynników, które wpływają na rozprzestrzeniającą się epidemię zabójstw wśród czarnoskórych. To książka, po którą powinien sięgnąć każdy.” Hari Kunzru, „The Guardian”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 512

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SERIAAMERYKAŃSKA

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia.

Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Rick Bragg Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu

Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze.

Amerykańska droga do oświecenia

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga.Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

JILL LEOVY

WSZYSCY WIEDZĄ

O zabójstwach czarnych w Ameryce

Przełożył Janusz Ochab

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Ghettoside: A True Story of Murder in America

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografia na okładce © by Andrew Lichtenstein / Getty Images

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © 2015 by Jill Leovy

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation by Janusz Ochab, 2017

Redakcja Anna Brynkus-Weber

Korekta Ewa Polańska / d2d.pl, Małgorzata Tabaszewska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-505-0

Dla Christophera

Kiedy się jednak widzi biedę i cierpienie, jakie przynosi, trzeba być szaleńcem, ślepcem lub łajdakiem, żeby się na nią zgodzić.

Albert Camus, Dżuma, przeł. Joanna Guze

CZĘŚĆ I

Plaga1

1

Krąg rozpaczy

Detektyw policji w Los Angeles John Skaggs trzymał pudełko z butami na uniesionej wysoko ręce, niczym kelner tacę.

Pudełko zawierało sportowe buty z cholewami, które niegdyś należały do czarnego nastolatka, niejakiego Dovona Harrisa. Piętnastoletni Dovon został zamordowany w czerwcu minionego roku, a jego buty leżały od tego czasu, niemal przez dwanaście miesięcy, w szafce z dowodami.

Czterdziestoczteroletni Skaggs był głównym śledczym w tej sprawie, która wkrótce miała wejść na wokandę.

Mierzący ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, jasnowłosy, energiczny detektyw w drogim jasnym garniturze wyróżniał się spośród większości mieszkańców Watts, południowo-wschodniej dzielnicy Los Angeles.

Wyszedł z ostrego światła poranka, skręcił w wąskie przejście wiodące wzdłuż ściany zwieńczonej drutem kolczastym i stanął przed grubymi stalowymi „drzwiami getta” – wzmocnionym skrzydłem drzwiowym z siatką z perforowanego metalu. Tego rodzaju drzwi, podobnie jak tynkowane ściany i kraty w oknach, stanowiły jeden z najbardziej charakterystycznych elementów małej architektury Los Angeles. Detektyw zapukał i nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka.

W korytarzu za progiem stała korpulentna czarnoskóra kobieta. Skaggs podszedł bliżej i wręczył jej pudełko z butami.

Kobieta wpatrywała się w karton z niemą rozpaczą. Skaggs, przechodząc obok, zwrócił uwagę na jej ściągniętą bólem twarz.

– Cześć, Barbaro – powiedział. – Masz dziś kiepski dzień?

Tak właśnie działał Skaggs – nie bawił się w wymianę uprzejmości, lecz od razu przechodził do rzeczy.

Każdy jego ruch był wypełniony energią i celowością. Podczas rozmowy pobrzękiwał kluczami, machał rękami lub kołysał się na palcach. Owe ruchy nie były nerwowe, lecz rytmiczne i zrelaksowane, niczym gimnastyka rozgrzewającego się biegacza. Zmuszony do bezruchu, na przykład podczas rozprawy sądowej lub spotkania, Skaggs zastygał w pozie człowieka poddanego ciężkiej i bolesnej próbie, z pięścią przyciśniętą do ust, co ukazywało uwięzioną w nim energię wyraziściej niż jakikolwiek tik nerwowy.

Oddawszy pudełko Barbarze Pritchett – i nie otrzymawszy odpowiedzi na swoje pytanie – przystanął na środku dywanu w salonie. Pritchett wciąż milczała, z pochyloną głową wpatrywała się w zawartość pudełka.

Miała czterdzieści dwa lata i nie cieszyła się najlepszym zdrowiem. Niedawno zdiagnozowano u niej cukrzycę, a lekarz namawiał ją, by częściej wychodziła na zewnątrz i więcej spacerowała. Jednak ponieważ jej syn został zastrzelony zaledwie kilka przecznic dalej, Pritchett bała się wychodzić z domu. Całymi dniami leżała w ciemności, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, a nawet do mówienia. Tego ranka jak zawsze nosiła dużą luźną koszulkę z podobizną Dovona. Zewsząd otaczały ją pamiątki po zmarłym synu: trofea sportowe, zdjęcia, kartki z wyrazami współczucia, dyplomy, przytulanki.

Pritchett bardzo ostrożnie położyła pudełko na poręczy fotela obitego sztuczną skórą i powoli podniosła jeden but. Był znoszony, czarny, oblepiony kurzem ulic Watts, za mały, by jego rozmiar uznać za męski, i za duży, by należał do dziecka. Kobieta oparła się o ścianę, przysunęła otwartą cholewę do ust i nosa, po czym wzięła głęboki wdech, wciągając w nozdrza zapach buta. Potem zamknęła oczy i zapłakała.

Skaggs stał nieruchomo z boku i obserwował, jak Pritchett ugina nogi w kolanach i osuwa się powoli po ścianie, z twarzą wciąż wciśniętą w but. Opadła ciężko na zielony dywan. Pomarańczowy kapeć zsunął jej się z nogi. Jej szloch mieszał się z radosną paplaniną prezenterki z kanału Fox 11 widocznej na ekranie telewizora w drugim rogu pokoju.

Skaggs pracował jako detektyw w wydziale zabójstw od dwudziestu lat. W tym czasie odwiedził tysiąc takich pokoi – każdy z nich krył w sobie wielki telewizor, drobiazgi nawiązujące do afrykań­skich korzeni mieszkańców i niezmierzony smutek.

Tworzyli razem dziwną parę: wysoki biały gliniarz i szlochająca czarna kobieta. Skaggs, podobnie jak większość policjantów z Los Angeles, sympatyzował z republikanami. W nadchodzących wyborach zamierzał głosować na Johna McCaina. Jego roczne zarobki wyrażały się w sześciocyfrowej kwocie, mieszkał na przedmieściach w domu z basenem. Można powiedzieć, że był archetypicznym białym o blond włosach, różowawej cerze i szkocko­-irlandzkich rysach. Watts już dwukrotnie buntowało się przeciwko obecności takich właśnie symboli – białych okupantów w policyjnych mundurach – więc ze względu na tego rodzaju historyczne skojarzenia obecność Skaggsa w tej okolicy wydawała się tym bardziej niezwykła.

Pritchett z kolei miała korzenie typowe dla większości mieszkańców Watts. Była wnuczką zbieraczki bawełny z Luizjany. Jej matka poszła śladem dziesiątek tysięcy czarnoskórych obywateli Luizjany, którzy w latach sześćdziesiątych wyemigrowali na zachód, a sama Pritchett urodziła się w Los Angeles kilka miesięcy po zamieszkach w Watts. Mieszkała w wynajętym lokalu, do którego dopłacało jej państwo, i była zwolenniczką demokratów – jesienią tego samego roku płakała ze wzruszenia, gdy w CNN mówiono o wyborczym zwycięstwie Baracka Obamy, i bardzo żałowała, że jej matka nie dożyła tej chwili.

Pomimo tak licznych różnic Pritchett i Skaggs mieli ze sobą wiele wspólnego – oboje należeli do wąskiego kręgu Amerykanów, których życie zostało na różne sposoby ukształtowane przez dziwaczne zjawisko: plagę morderstw wśród czarnych mężczyzn.

Zabójstwa dziesiątkowały czarnoskórą populację Stanów Zjednoczonych od ponad wieku. Jednak była to w najlepszym wypadku osobliwość, mało znaczący element głównego nurtu historii. Cierpienia tysięcy ludzi, którzy w tragicznych okolicznościach tracili swoich bliskich, były praktycznie niewidoczne. Dyskusje dotyczące tego zjawiska były powierzchowne, rzadko też szacowano jego koszty.

Działania amerykańskiego społeczeństwa zmierzające do walki z epidemią zabójstw ograniczonych głównie do środowiska czarno­skórych mężczyzn okazały się nieudolne, fragmentaryczne, niedofinansowane, wypaczone różnego rodzaju uprzedzeniami na tle politycznym, ideologicznym i rasowym. Gdy w końcu rzeczywiście zwrócono na ten problem uwagę, skupiano się głównie na spektakularnych wydarzeniach – masowych strzelaninach, zabójstwach celebrytów – niekoniecznie związanych z ludźmi, którzy ginęli najczęściej, czyli z czarnoskórymi mężczyznami.

To właśnie oni byli najbardziej poszkodowaną grupą. To wśród nich najczęściej dochodziło do aktów przemocy – stanowili zaledwie sześć procent populacji kraju, a zarazem niemal czterdzieści procent ofiar zabójstw. Ludzie dużo mówili o przestępczości w Ameryce, ale zwykle pomijali ten aspekt – nie zauważali, że większość zamordowanych to nie kobiety, dzieci czy starcy ani też osoby zabite w szkole lub w miejscu pracy. W istocie były to legiony czarnych mieszkańców Ameryki, w wielu przypadkach bezrobotnych i powiązanych ze światem przestępczym. Mordowano ich każdego dnia, w każdym mieście, a ich liczba rosła w tysiące, rok po roku.

Dovon Harris był typowym przykładem takiej ofiary. Jego śmierć wzbudziła niewielkie zainteresowanie mediów i należała do spraw, które rozwiązywano najrzadziej. W komisariacie Johna Skaggsa przez lata zgromadzono masę dokumentów dotyczących takich morderstw – na półkach zalegała trudna do oszacowania liczba niebieskich teczek z nazwiskami czarnych mężczyzn i chłopców. Większość z nich zginęła z rąk innych czarnych mężczyzn i chłopców, którzy nadal cieszyli się wolnością2.

Według starych niepisanych zasad policji w Los Angeles sprawa Dovona była morderstwem bez znaczenia. „NHI – No Human Involved” [Bez udziału ludzi], mawiali o takich przypadkach policjanci. „Dobór naturalny”, żartowali niegdyś prokuratorzy z centrum miasta, ubierając w nowe słowa popularne od lat przekonanie, że zabójstwa czarnych nie mają większego znaczenia. „Życie czarnuchów jest teraz tanie”3, stwierdził pewien biały mieszkaniec Tennessee w okresie rekonstrukcji[1], gdy spytano go, dlaczego zabójstwa wśród czarnych budzą tak małe zainteresowanie.

Kilka lat później świadek zeznający przed Kongresem powiedział, że gdy w Luizjanie giną czarni mężczyźni, „[…] wspomina się o tym, czasem na piśmie, czasem tylko ustnie, ale nic się z tym nie robi. Nie prowadzi się żadnego śledztwa”4. W artykule wstępnym z gazety wydanej w Luizjanie pod koniec XIX wieku napisano: „Jeśli Murzyni dalej będą się zabijać, nie pozostanie nam nic innego, jak uznać, że opatrzność postanowiła wytępić ich w ten sposób”5. W 1915 roku urzędnik z Karoliny Południowej tak tłumaczył ułaskawienie czarnego mężczyzny, który zamordował swojego pobratymca: „To sprawa, w której jeden czarnuch zabija innego czarnucha – nic nowego”6. W latach trzydziestych ubiegłego wieku antropolożka Hortense Powdermaker przeanalizowała działania wymiaru sprawiedliwości w stanie Missisipi i doszła do wniosku, że „podejście białych i sądów […] do przemocy wśród Murzynów jest pobłażliwe”7. Zespół antropologów, złożony z przedstawicieli różnych ras, który w tym samym okresie prowadził badania w miejscowości Natchez w stanie Missisipi, stwierdził, że „biali nie uważają okaleczenia lub śmierci Murzyna za coś ważnego”. Pewien szeryf urzędujący w Alabamie w tych samych czasach ujął to znacznie krócej: „Jednego czarnucha mniej”8. Nowojorski dziennikarz zeznający w 1968 roku przed Komisją Kernera, badającą zamieszki rasowe na terenie całego kraju, powiedział: „[…] od dziesięcioleci instytucje ochrony prawa funkcjonowały wśród czarnoskórych Amerykanów w bardzo niewielkim stopniu albo nie działały w ogóle […]. Jeśli czarny zabije czarnego, działania prawa są ograniczone do minimum”9.

Carter Spikes, niegdyś członek murzyńskiego Gangu Biznesmenów z dzielnicy South Central w Los Angeles, wspominał, że w latach siedemdziesiątych policja „[…] nie przejmowała się tym, co czarni robili między sobą. Nikogo nie obchodziły sprawy, w których czarnuch zabił innego czarnucha”.

John Skaggs odciął się wyraźnie od tego dziedzictwa. Cała jego aktywność zawodowa była poświęcona jednemu celowi: chciał sprawić, by życie czarnoskórych Amerykanów nabrało wartości i by broniły go wszelkie instytucje państwowe do tego powołane. Zabójstwo Dovona Harrisa traktował jak zbrodnię przeciwko największym gwiazdom z Los Angeles. Zastosował wszystkie dostępne środki, zbadał sprawę pod każdym możliwym kątem, dzięki czemu rozwiązał ją szybko i jednoznacznie.

Tym samym przeciwstawił się niesprawiedliwości trwającej od wielu dekad. Czterdzieści lat po powstaniu ruchu praw obywatelskich bezkarność dotycząca morderstw wśród czarnoskórych mężczyzn pozostawała największym, choć mało widocznym, problemem rasowym Ameryki. Instytucje sądownictwa karnego, tak stanowcze w epoce surowych wyroków i „prewencyjnych” działań policji, pozostawały słabe i pobłażliwe, gdy chodziło o odpowiedzialność za życie czarnych ofiar. Nieliczni eksperci dochodzili do prawdy, z którą John Skaggs miał do czynienia każdego dnia swej pracy: że nieudolność państwa, niepotrafiącego złapać i ukarać choćby niewielkiej większości morderców z czarnych dzielnic takich jak Watts, sama w sobie stanowiła źródło rosnącej przemocy i że był to straszny problem – być może najstraszniejszy we współczesnym amerykańskim życiu. Nieskuteczne działania systemu wobec zabójców sprawiały, że życie czarnych wciąż uchodziło za tanie.

John Skaggs stał się antidotum na ten niedostrzegany problem.

Gdyby sprawą Dovona zajmował się inny detektyw, zapewne podzieliłaby los setek nierozwiązanych przypadków i przybrała postać niebieskiej teczki odłożonej na półkę. Jednak dzięki Skaggsowi zamieniła się w nieustającą kampanię na rzecz sprawiedliwości.

Matka Dovona dobrze o tym wiedziała. To stanowiło podstawę łączącej ich więzi.

Teraz Skaggs stał z jedną ręką w kieszeni, a drugą opartą na biodrze, spoglądał na Pritchett i robił to, czego nauczyły go lata pracy w wydziale zabójstw: czekał spokojnie, w milczeniu.

Pritchett, zupełnie nieskrępowana jego obecnością, zamknęła oczy, wcisnęła twarz w but zabitego syna i cicho szlochała.

To książka o bardzo prostym mechanizmie: tam, gdzie wymiar sprawiedliwości nie reaguje z całą stanowczością na przemoc i śmierć, morderstwa przybierają rozmiary zarazy.

Afroamerykanie stali się ofiarą takiego właśnie zaniedbania, które w stopniu większym niż jakikolwiek inny czynnik przyczyniło się do rozwoju plagi zabójstw wśród czarnoskórych mężczyzn. Czarna Ameryka nie odczuła dobroczynnych skutków tego, co Max Weber nazwał monopolem państwa na przemoc10 – wyłącznym prawem rządu do uzasadnionego stosowania siły. Ten monopol zapewnia obywatelom niezależność, daje im pewność, że rząd będzie ścigał każdego, kto naruszy ich osobiste poczucie bezpieczeństwa. Jednak niewolnictwo, prawa Jima Crowa[2] oraz uwarunkowania dotyczące czarnoskórych mieszkańców Ameryki przez wiele pokoleń nie pozwalały na wprowadzenie tego monopolu wśród czarnych. Ponieważ przemoc wobec jednostek w sposób nieunikniony przybiera na sile wszędzie tam, gdzie brak interwencji państwa, w konsekwencji co roku giną tysiące Amerykanów.

Bezczynność wymiaru sprawiedliwości w sprawach dotyczących zabójstw wśród czarnoskórych mieszkańców USA od lat jest ukrywana pod całym wachlarzem bezwzględnych, stosunkowo tanich i łatwych działań „prewencyjnych”. Nasze podzielone i niedofinansowane siły policyjne zwykle zajmowały się kontrolowaniem, zapobieganiem i wyciszaniem niewygodnych zjawisk, a nie zdecydowaną reakcją na akty przemocy i ochroną ofiar. Zostawiało to ogromną przestrzeń dla działań ruchów samoobrony obywatelskiej, szczególnie na Południu, skąd pochodzi większość Afroamerykanów. Hortense Powdermaker należała do nielicznych antropologów z ery praw Jima Crowa, którzy zauważyli, że południowy system prawny z lat trzydziestych surowo karał czarnych za drobne przewinienia w rodzaju kradzieży lub włóczęgostwa, ale często bywał pobłażliwy wobec morderców innych czarnych. W stanie Missisipi odsetek skazanych morderców czarnych pod koniec XIX wieku był niewiele mniejszy od odsetka notowanego sto lat później w Los Angeles – trzydzieści procent w stosunku do trzydziestu sześciu procent w hrabstwie Los Angeles na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia11. „Łagodność sądów w sprawach czarnych przeciwko czarnym jest tylko jedną z przyczyn, dla których Murzyni znajdują się właściwie poza prawem”12, konkludowała Powdermaker. Kilka pokoleń później, daleko od pól bawełny, gdzie prowadziła swoje badania, czarni z biednych dzielnic Los Angeles wciąż doświadczali skutków owego wykluczenia.

Trudno w dzisiejszych czasach bronić tego rodzaju poglądów. Wielu ludzi narzeka, że wymiar sprawiedliwości jest zbyt surowy i niesprawiedliwy wobec mniejszości. Sporo się mówi o karze śmierci, o zbyt wysokich karach za przestępstwa związane z narkotykami, manipulowaniu zeznaniami świadków, niepokojąco dużej liczbie czarnoskórych przestępców osadzonych w więzieniach i tak dalej.

Twierdzenie, że czarni Amerykanie cierpią z powodu zbyt ograniczonego stosowania prawa, wydaje się więc stać w sprzeczności z powszechnym postrzeganiem tej kwestii. Jednak pozorna surowość amerykańskiego sądownictwa karnego i jego fundamentalna słabość to w istocie dwie strony tej samej monety – to pierwsze zjawisko ma rekompensować to drugie. Niczym szkolny dręczyciel nasz wymiar sprawiedliwości prześladuje ludzi za drobne wykroczenia, a w obliczu morderstwa okazuje się tchórzem. Wciąga w swoje tryby mnóstwo Afroamerykanów, ale nie potrafi uchronić ich przed okaleczeniem i śmiercią. Jest rygorystyczny i nieudolny zarazem.

Amerykanie od dawna uchodzą za agresywniejszych niż inne wysoko rozwinięte narody, do czego w dużej mierze przyczyniają się morderstwa wśród czarnych obywateli USA13. To nic nowego. Środki zaradcze wydają się mało skuteczne, bo do 1950 roku władze praktycznie nie dostrzegały tego problemu. Historycy14 ustalili jednak, że nieproporcjonalnie wysoka liczba zabójstw wśród Afroamerykanów utrzymuje się od końca XIX wieku. Na początku XX wieku liczba „kolorowych” morderstw przekraczała liczbę morderstw wśród białych we wszystkich miastach, które prowadziły takie statystyki. Ustalono, że w latach dwudziestych ubiegłego wieku liczba zamordowanych czarnych była siedmiokrotnie większa od liczby białych ofiar zabójstw15. W latach trzydziestych naukowcy z Południa również dostrzegli niepokojąco duży odsetek zbrodni wśród Afroamerykanów16, a w badaniach z ­Filadelfii z lat czterdziestych stwierdzono17, że liczba zamordowanych czarnych dwunastokrotnie przewyższa liczbę zamordowanych białych. Kiedy w 1950 roku rząd USA zaczął publikować tego rodzaju dane, okazało się, że podobna dysproporcja dotyczy całego kraju. Czarni ginęli w wyniku morderstw nawet dziesięć razy częściej niż biali18 również w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a w ostatnich trzydziestu latach ta wielokrotność sięgała od pięciu do siedmiu19.

Co ciekawe, we współczesnym Los Angeles młodzi czarnoskórzy mężczyźni padają ofiarą morderstw dwa–cztery razy częściej20 niż młodzi Latynosi, choć czarni i Latynosi mieszkają w tych samych dzielnicach. Wydaje się to tym bardziej zastanawiające, że w odróżnieniu od miast słynących z przestępczości, takich jak Detroit, Los Angeles ma stosunkowo niewielu czarnych mieszkańców, a ich liczba z roku na rok maleje. Do czasów Skaggsa w mieście zostały już tylko nieliczne typowo czarne dzielnice; większość czarnoskórych obywateli Los Angeles mieszkała w okolicach zdominowanych przez Latynosów. Mimo to czarni mężczyźni ginęli tam równie często, jak w miastach z dużymi, ściśle murzyńskimi dzielnicami, takich jak Nowy Orlean, Waszyngton i Chicago – częściej niż przedstawiciele innych ras i niemal wyłącznie z rąk innych czarnych. Trudno zrozumieć, jak w mieście tak etnicznie zróżnicowanym jak Los Angeles pociski zawsze znajdywały czarnoskóre cele: zupełnie jakby czarni mężczyźni nosili na plecach tarcze strzelnicze, jak ujął to pewien młody człowiek.

W 2007 roku, gdy zginął Dovon Harris, w hrabstwie Los Angeles, podobnie jak w całym kraju, notowano spadek przestępczości21. Jednak dysproporcja między liczbą zamordowanych czarnych i białych wcale się nie zmniejszała. Bez względu na to, jak wyglądały wskaźniki przestępczości, problem morderstw w Ameryce wciąż dotyczył przede wszystkim Afroamerykanów.

Pomimo tak licznych dowodów wyjątkowości problemu morderstw wśród czarnych do tej pory przeprowadzono stosunkowo niewiele badań i podjęto niewiele działań dotyczących tej kwestii. Ponura historia południowego rasizmu sprawia, że dla wielu Amerykanów jest to krępujący temat. Jednym ze szczególnie trwałych motywów rasistowskiej tradycji było określenie „czarne zwierzę”, opisujące gorszego, czarnego mężczyznę, który nie panuje nad swoimi instynktami i często ucieka się do przemocy. Na początku XXI wieku panowało powszechne przekonanie, że każdy, kto zwraca uwagę na wysoki poziom przestępczości wśród czarnych, naraża się na oskarżenia o rasizm. Ludzie wypowiadali się więc na ten temat bardzo ostrożnie.

Badacze piszą o unikaniu tego tematu właśnie ze strachu przed etykietką rasisty. Aktywiści starali się minimalizować problem. „Kiedy dyskusja przechodzi do kwestii poważnych przestępstw – zauważa znawca prawa James Forman junior – postępowcy zwykle zmieniają temat albo starają się go unikać”22. W prywatnych rozmowach niektórzy aktywiści na rzecz równego traktowania wszystkich obywateli przyznają, że czują się zakłopotani i zaskoczeni uporczywością tego problemu. „Jak kazirodztwo”, stwierdził Najee Ali, aktywista z Los Angeles, odnosząc się do aury wstydu i tajemnicy otaczających tę kwestię. Inni czarni obawiają się, że poruszając tę sprawę, podsycą tylko biały rasizm. Po co mówić o czymś, co z pewnością zostanie wykorzystane przeciwko nim?

Dane statystyczne były jednak niepodważalne, a większość Amerykanów instynktownie to rozumiała, nawet jeśli nikt nie poruszał tego problemu w towarzystwie. W przyzwoleniu społeczeństwa na strzelaniny i napady z użyciem noża, do których dochodziło wśród czarnych „z miasta”, kryło się założenie, że ci ludzie są zbędni – albo, co gorsza, że naród tylko skorzysta na ich śmierci.

John Skaggs nie rozumiał tej zbiorowej obojętności wobec epidemii morderstw. Czuł również, że ta bierność utrudnia mu pracę. Wsparcia mógł mu udzielić nie kto inny, jak czarnoskóry znawca prawa Randall Kennedy: „Nie ma sensu udawać, że sytuacja czarnych i białych w odniesieniu do stopnia przestępczości i wiktymizacji jest podobna. Nie jest – pisał. – Dobrze znane ponure statystyki i niezliczone ludzkie tragedie, które się za nimi kryją, nie są wytworem wyobraźni jakiegoś rasisty”23.

Stawienie czoła prawdzie o morderstwach popełnianych w Ameryce to pierwszy krok ku uznaniu, że ten stan rzeczy jest nie do przyjęcia i że Afroamerykanie zbyt długo nie byli należycie chronieni przez wymiar sprawiedliwości swojej ojczyzny.

2

Zabójstwo

To było ciepłe piątkowe popołudnie w Los Angeles, mniej więcej miesiąc przed śmiercią Dovona Harrisa.

W tej części miasta wiatr od morza nieustannie porusza suchymi liśćmi palm. Dochodziła 18.15, pora, gdy właściciele domów włączają zraszacze na trawnikach, a powietrze wypełnia się charakterystycznym sykiem. Wiosenne słońce jeszcze nie zaszło, biały dysk wielkości dziesięciocentówki wisiał jakieś dwadzieścia stopni nad horyzontem, na tle rozpalonego nieba.

Dwaj młodzi czarnoskórzy mężczyźni szli wzdłuż Osiemnastej Ulicy, położonej kilka kilometrów od domu Dovona Harrisa, na zachodnich obrzeżach okręgu, nad którym pieczę sprawował komisariat przy Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy. Jeden z nich był wysoki i miał jasnobrązową skórę, drugi był niższy, drobny i ciemniejszy.

Ten niższy, Walter Lee Bridges, zbliżał się do dwudziestki. Był szczupły i wyprostowany. Miał wytatuowaną szyję, a na jego twarzy malował się smutny, nerwowy grymas, typowy dla młodych mężczyzn z South Central, którzy żyli w ciągłym zagrożeniu. Sądząc po jego drobnej budowie ciała i kocich ruchach, w razie potrzeby mógł być szybki jak błyskawica.

Jego towarzysz, który nosił czapkę z daszkiem i pchał przed sobą rower, wydawał się bardziej rozluźniony. Osiemnastoletni Bryant Tennelle był wysoki i szczupły, miał delikatną, karmelową karnację i „dobre włosy”, lśniące i pofalowane. Jego oczy opadały lekko w kącikach, co upodabniało go do łagodnego, poczciwego szczeniaka. Młodzi mężczyźni byli sąsiadami, spędzali razem czas, majstrując przy rowerach.

Przechadzali się południową stroną Osiemdziesiątej. Bryant trzymał w ręce jeszcze nieotwartą puszkę piwa korzennego A&W, którą przed chwilą kupił. Wzdłuż ulicy stały domy w stylu hiszpań­skim z lat trzydziestych, wzbogacone w plastikowe okna. Od chodnika oddzielały je starannie przystrzyżone trawniki szerokości metra, co najwyżej dwóch. Western Avenue przejeżdżały z rykiem autobusy. W górze krakały wrony, ich głosy mieszały się ze świstem samolotów podchodzących do lądowania na międzynarodowym lotnisku Los Angeles. Na obu krańcach ulicy kręciły się grupy nastolatków. W pobliżu skrzyżowania pysznił się wielki krzew magnolii, a po drugiej stronie drogi królował gęsty, przerośnięty jesion aksamitny.

Jesion stał przed małym domkiem na rogu. Za domem, na podwórku po drugiej stronie ogrodzenia, inny czarnoskóry męż­czyzna czyścił maszynę do cięcia płytek. Właśnie skończył układać glazurę w łazience swojej matki.

Walter i Bryant szli w leniwym tempie wzdłuż Osiemdziesiątej, gawędząc i sycąc się resztkami słońca, które rzucało na chodnik długie cienie. Po drugiej stronie ulicy gęstniał już mrok. Z budynku na rogu przecznicy, którą właśnie minęli, wyszło trzech znajomych i przywitało się z nimi głośno. Walter przystanął i odwrócił się do nich, by coś odkrzyknąć. Bryant szedł dalej w stronę jesionu. Za rogiem, przy Saint Andrew, zatrzymał się czarny chevrolet suburban. Z samochodu wyskoczył młody mężczyzna. Podbiegł kilka kroków, zatrzymał się w cieniu drzewa i wyciągnął przed siebie wyprostowaną rękę, w której trzymał pistolet. Paf. Paf-paf.

Walter zareagował natychmiast. Już w biegu zobaczył rozbłyski wystrzałów i bandytę – biała koszulka, ciemna karnacja, rękawiczki. Mężczyzna z przyrządem do cięcia płytek nadal był za ogrodzeniem. Nie widział strzelca. Słyszał jednak huk wystrzałów i instynktownie przypadł do ziemi. Miał czterdzieści lat, wychował się w South Central i cechowały go te same wyćwiczone odruchy co Waltera. Leżał nieruchomo, czekając, aż strzelanina ustanie.

Bryant nie był równie szybki. A może zawiniło słońce, które świeciło mu prosto w oczy. Widział jedynie ciemną sylwetkę strzelca. Cofnął się o krok, zatoczył i upadł na trawnik. Cisza. Mężczyzna z maszyną do płytek podniósł się z ziemi, podkradł do ogrodzenia i ostrożnie wyjrzał na zewnątrz.

Strzelec stał kilka kroków dalej, obok jesionu, w dłoni wciąż trzymał broń.

Kiedy się odwrócił i poderwał do ucieczki, płytkarz podjął odważną decyzję. Pobiegł za bandytą, a gdy ten wskoczył do chevroleta, próbował odczytać numery rejestracyjne odjeżdżającego samochodu. Potem zobaczył Bryanta leżącego na trawie.

Ze wszystkich stron zbiegali się czarni chłopcy. Jeden z nich opadł na kolana obok rannego. Joshua Henry był bliskim przyjacielem Bryanta. Ujął go za rękę i uścisnął. Odetchnął z ulgą, gdy ten oddał uścisk.

– Jestem zmęczony, bardzo zmęczony – powiedział Bryant. Chciał spać.

Josh dojrzał tylko odrobinę krwi na jego skroni. Pomyślał, że to niegroźne draśnięcie. Potem Bryant odwrócił głowę. Pocisk oderwał mu jedną czwartą czaszki.

Josh z przerażeniem patrzył na ranę. Dopiero po chwili dostrzegł leżącą obok czapkę Bryanta, pełną krwi i tkanki. Słyszał własny głos, który radosnym tonem zapewniał rannego, że wszystko będzie dobrze.

Płytkarz, który stał tuż obok, rozmawiał właśnie z dyspozytorem numeru 911, starając się precyzyjnie odpowiadać na jego pytania.

– Osiemdziesiąta i Saint Andrews! – Przyjrzał się uważniej rannemu, wziął głęboki oddech i mruknął chrapliwie: – O mój Boże…

Schował telefon, odwrócił Bryanta i rozpoczął resuscytację. Zgromadzone dokoła nastolatki krzyczały jeden przez drugiego. Ktoś podał mu ręcznik. Mężczyzna próbował zatamować nim krew płynącą z roztrzaskanej głowy chłopca, choć sam nie wiedział, co powinien zrobić w tej sytuacji. Bryant zwymiotował. Miał usta pełne krwi. Mężczyzna mimowolnie wpatrywał się w tkankę mózgową – pasma szarości i żółci. Żółci? Jakaś część jego umysłu nie mogła się temu nadziwić: skąd tu żółty kolor? Inna część starała się zapanować nad emocjami.

W końcu jedna myśl wyparła wszystkie pozostałe: „Proszę, nie pozwól temu dzieciakowi umrzeć”.

– Strzelanina z karetką.

Greg De La Rosa, policjant z komisariatu przy Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy, patrolował radiowozem Pięćdziesiątą Czwartą Ulicę, gdy z jego radia dobiegł taki właśnie komunikat.

„Strzelanina z karetką” było określeniem, którego policjanci w Los Angeles używali podczas komunikacji radiowej w odniesieniu do morderstw lub przypadków usiłowania morderstwa. Na terenie obejmującym większość południowego Los Angeles, kontrolowanym przez trzy komisariaty – komisariat przy Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy, komisariat Southwest oraz komisariat South­east – w ciągu ostatniego roku taki komunikat rozbrzmiewał co najmniej raz dziennie, a zwykle częściej24.

Do strzelaniny doszło prawie trzydzieści przecznic dalej, na południe od miejsca, w którym właśnie się znajdował. De La Rosa włączył migające światła na dachu radiowozu, ruszył wzdłuż Western Avenue i dotarł na miejsce przestępstwa jako pierwszy. Było ciepło i jeszcze dość jasno.

Rozejrzał się uważnie dokoła. Chromowany BMX na chodniku. Czapka z daszkiem. Ofiara na trawie. Czarnoskóry mężczyzna. Starszy nastolatek. Jasnobrązowa karnacja. De La Rosa działał jak automat, wypełniał w głowie policyjny raport. Wzywano go już do mnóstwa podobnych strzelanin. Widział tylu postrzelonych „czarnych mężczyzn”, że z trudem ich rozróżniał. Ponownie spojrzał na rower, czapkę i ofiarę, ułożone w jednej linii na chodniku i trawniku. Pewnie chłopak rzucił rower i biegł w stronę najbliższego domu, by schować się za werandę. Jeszcze kilka kroków i by mu się udało.

De La Rosa wychował się w angielskojęzycznej rodzinie o meksykańskich korzeniach w Panorama City, dzielnicy Los Angeles położonej w San Fernando Valley. Był nieodrodnym dzieckiem tego miasta – jego dziadka wyeksmitowano z Chavez Ravine, gdy rozpoczęła się tam budowa stadionu Dodger. Przez jakiś czas służył również w wojsku. Zupełnie jednak nie przygotowano go na to, co czekało go podczas pracy w komisariacie przy Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy. Obszar podlegający komisariatowi mieścił się między Watts a Inglewood, obejmował samo centrum tego, co wielu mieszkańców wciąż nazywało South Central, choć w 2003 roku zmieniono nazwę dzielnicy na South Los Angeles, co miało ją pozbawić rzekomego piętna niesławnej przeszłości. Zwykli ludzie rzadko jednak używali tego określenia, podobnie jak innych nowych, uładzonych nazw różnych miejsc w Los Angeles, na przykład „Century Cove”. Mówiono po prostu „eastside” [wschodnia część] i „westside” [zachodnia część], odnosząc się do umownej linii podziału między mieszkańcami różnych ras, ciągnącej się wzdłuż Main Street, a całą dzielnicę nadal nazywano South Central. Skrzyżowanie Florence i Normandie, gdzie w 1992 roku wybuchły zamieszki, znajdowało się w obszarze kontrolowanym przez komisariat przy Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy, niedaleko miejsca, w którym właśnie stał De La Rosa.

Z czasem De La Rosa przywykł do osobliwości tutejszego życia, choć niekiedy wciąż wprawiały go one w zakłopotanie. Wydawało się, że wszyscy są tu ze sobą spokrewnieni. Plotki rozchodziły się lotem błyskawicy. Czasami nie zdążył jeszcze dobrze zamknąć kajdanek, a już z okolicznych domów wysypywali się krewni zatrzymanego, wrzeszcząc na policję. Latynoska dzielnica De La Rosy również była biedna, ale wolna od problemu plagi zabójstw i chorobliwej niechęci do policji. Zauważył, że unika rozmów na temat pracy z ludźmi spoza swojej branży. Nie chciało mu się tłumaczyć innym, jak wygląda codzienność w dzielnicy jego komisariatu, bo i tak by tego nie zrozumieli.

Zadania, które wykonywał tego wieczora, były mu tak dobrze znane, że niemal weszły mu w nawyk: zabezpieczyć miejsce zbrodni, zebrać świadków, czekać na detektywów, rozdać kwestionariusze. I przygotować się na tłum gapiów zadających pytania.

De La Rosa pamiętał tylko te „strzelaniny z karetką”, którym towarzyszyły jakieś wyjątkowe okoliczności. Jak wtedy, gdy wezwano go na skrzyżowanie Florence i Broadway, dokładnie przed bar Louisiana Fried Chicken. Ofiara, starszy czarnoskóry mężczyzna, miała mały otwór w skórze, ranę, za którą często kryje się obfite krwawienie wewnętrzne.

– Odpierdol się ode mnie! – warczał ranny.

Mimo to De La Rosa próbował mu pomóc. W końcu musiało go obezwładnić aż czterech policjantów, zespół zmagający się z ciężko ranną, być może umierającą ofiarą strzelaniny. Pomimo ogromnego zamieszania De La Rosa dostrzegał absurdalność całej tej sytuacji.

Czarny humor bywał pomocny. Niemniej De La Rosa czuł się dotknięty podejściem miejscowych do policji. Strzelali do siebie nawzajem, ale nadal uważali, że policja to tylko kłopoty. „Hau, hau”, wołali do nich szyderczym tonem. Pewnego razu De La Rosa musiał pilnować ciała czarnego mężczyzny do czasu przyjazdu ambulansu. Otoczył go gniewny tłum, zarzucano mu brak szacunku dla ciała zamordowanego. Niektórzy próbowali je zabrać. Policja oficjalnie określała takie sytuacje słowem „lincz”. Niektórzy woleli go unikać. Kojarzyli ten termin z szubienicą, a nie z tłumem, który niegdyś wydzierał policji ludzi, by ich zabić lub ratować. De La Rosa starał się powstrzymać napór gapiów.

– Masz go gdzieś, bo jest czarny! – krzyknął ktoś.

Funkcjonariusz był zszokowany. Dlaczego uważali, że kolor skóry ma z tym coś wspólnego? Czasami podczas służby w dzielnicy komisariatu przy Siedemdziesiątej Siódmej De La Rosa miał wrażenie, że nie jest już w Ameryce. Zupełnie jakby przeniósł się do jakiegoś innego świata.

Ten majowy wieczór był drobnym wycinkiem codzienności pełnej aktów przemocy, do których dochodziło w czarnych dzielnicach hrabstwa Los Angeles. Na całym obszarze dwudziestu pięciu kilometrów kwadratowych ciągnących się od Slauson Avenue do północnego krańca Long Beach czarnoskórzy mężczyźni ginęli od kul lub noży co kilka dni.

Miesiąc przed śmiercią Bryanta Tennellego, który zginął 11 maja 2007 roku, zastrzelono dwudziestojednoletniego Fabiana Coopera, gdy wychodził z przyjęcia w Athens. Towarzyszył mu jego sąsiad i bliski przyjaciel, dziewiętnastoletni Salvador Arredondo, który również został zabity.

Tydzień później, 15 kwietnia, dwudziestodwuletni Mark Webster wyszedł z klubu dla motocyklistów przy skrzyżowaniu Pięćdziesiątej Czwartej Ulicy z Drugą Aleją i został śmiertelnie postrzelony przez kogoś, kto otworzył ogień z dużej odległości. Wydaje się mało prawdopodobne, by napastnik wiedział, do kogo strzela.

Tego samego wieczora kilku czarnych mężczyzn napadło na Marquise’a Alexandra, również dwudziestodwuletniego, który zatrzymał się na stacji benzynowej Shell przy skrzyżowaniu alei Crenshaw i Slauson. Alexander zginął na miejscu od ran postrzałowych. Cztery dni później, 19 kwietnia, o wpół do jedenastej wieczorem czterdziestojednoletni Maurice Hill jak zwykle kręcił się w pobliżu sklepu z alkoholem przy skrzyżowaniu Sześćdziesiątej Czwartej Ulicy i Vermont Avenue, gdy zastrzelił go nieznany napastnik. Hill, który przez całe życie mieszkał w tej dzielnicy, spędzał większość czasu, przesiadując na pasie zieleni przy Vermont Avenue i pijąc piwo. Tego samego wieczora w Saint Francis Hospital w Lynwood zmarł dwudziestotrzyletni Isaac Tobias, który kilka dni wcześniej został postrzelony podczas kłótni z dwoma innymi czarnoskórymi mężczyznami przy skrzyżowaniu Sto Dwudziestej Ulicy i Willowbrook Avenue.

Trzy dni później dwudziestoletni Eric Mandeville z Long ­Beach zginął podczas spaceru, najprawdopodobniej zastrzelony przez członków gangu tylko dlatego, że był młody, czarnoskóry i podobny do jednego z ich rywali. Mandeville był pracownikiem McDonald’s, schludnym, sympatycznym chłopcem z rodziny zastępczej, który wyszedł na prostą pomimo trudnego dzieciństwa. Zaledwie kilka godzin po jego śmierci w tej samej okolicy zginął czterdziestosiedmioletni Alfred Henderson. Następnego dnia, 23 kwietnia, zmarł osiemnastoletni Kenneth Frison, który przez trzy tygodnie walczył o życie w California Hospital. Został postrzelony w głowę 1 kwietnia na rogu Dziewięćdziesiątej Czwartej Ulicy i Gramercy. Cztery dni po śmierci Frisona szesnastoletni Wilbert Jackson został zasypany gradem kul z przejeżdżającego obok samochodu, gdy stał przed sklepem rybnym przy Figueroa Avenue, na południe od Pięćdziesiątej Pierwszej Ulicy. Rankiem następnego dnia, 28 kwietnia, trzydziestoczteroletni Robert Hunter uczestniczył w pogrzebie Isaaca Tobiasa, jednej z młodych ofiar morderstw wspomnianej powyżej. W kościele baptystów przy Adams Boulevard, gdzie odbywały się uroczystości, doszło do kłótni. Hunter został zastrzelony, a dwaj inni żałobnicy odnieśli rany. Nieco później tego samego dnia w Inglewood zginął od kul dwudziestoośmioletni Ralph Hope.

Nazajutrz, 29 kwietnia, w mieszkaniu przy skrzyżowaniu Sześćdziesiątej Czwartej i Brynhurst znaleziono ciało dwudziestotrzyletniego Aubreya Gibsona, właściciela lokalu. Trzy dni później kilku czarnoskórych mężczyzn wdarło się do mieszkania na rogu Trzeciej Alei i Czterdziestej Drugiej Ulicy i postrzeliło w pierś pięćdziesięcioczteroletniego Melvina Jamesa. Tego samego dnia zginęło dwóch innych czarnoskórych mężczyzn: w czasie strzelaniny w Willowbrook zabito czterdziestoczteroletniego Donalda Stevensa, a podczas bójki na rogu Western Avenue i Setnej Ulicy sąsiad dwudziestopięcioletniego Larry’ego Scotta pchnął go nożem w pierś.

Trzy dni później, 5 maja, czterdziestopięcioletni Mario Jackson i trzydziestosześcioletni Tierney Yates zostali zastrzeleni w klubie motocyklowym na rogu Sto Dziewiątej Ulicy i Broadwayu, w następstwie bójki, która wybuchła podczas telewizyjnej transmisji walki bokserskiej. Jakiś czas wcześniej Jackson wyprowadził się ze swej rodzinnej dzielnicy i radził sobie całkiem nieźle w przemyśle rozrywkowym, co nie podobało się jednak kilku spośród jego starych przyjaciół z Watts. Policjanci szybko zatrzymali około dwudziestu osób, które przebywały w klubie w czasie bójki: wszyscy zgodnie twierdzili, że niczego nie widzieli. Nazajutrz w ­Hawthorne zastrzelono następnego czarnego mężczyznę, czterdziestojednoletniego Marca Smitha.

Trzy dni później, 9 maja, we Florence zginął od kul trzydziestoczteroletni Carl Dixon. Podczas tej samej strzelaniny trzy inne osoby zostały ciężko ranne. To jedyny spośród opisanych tu ataków, o który podejrzewano Latynosów, a nie Murzynów. Trzydziestosiedmioletni Bernard McGee siedział obok Dixona, gdy rozległy się strzały. Opisywał później, jak obserwował śmierć swego przyjaciela i jak jego koszula załopotała gwałtownie pod uderzeniem kul, jakby targał nią silny wiatr.

Dwa dni później na Osiemdziesiątej Ulicy zaatakowano ­Bryanta Tennellego.

Kiedy De La Rosa przyjrzał się uważniej ofierze, zrozumiał, że młody mężczyzna umiera. Oddychał w charakterystyczny sposób. De La Rosa nie miał wykształcenia medycznego, ale widział to już wiele razy, intuicyjnie rozpoznawał różne etapy umierania. Znał tę głęboką nieświadomość, w którą zapadali umierający ludzie, ten bezruch, coraz wolniejszy oddech. Przyjechała karetka.

De La Rosa pracował na miejscu zbrodni przez całą noc, pod ciemnymi sylwetkami palm na tle czerwonego nieba, pośród świateł domów ciągnących się wzdłuż ulicy. W pewnej chwili dotarła do niego plotka – podobno zastrzelony chłopiec był synem detektywa z policji z Los Angeles. De La Rosa zastanawiał się przez moment, czy był też członkiem gangu.

Plotka okazała się prawdziwa: Bryant Tennelle to syn detektywa z wydziału zabójstw. Wallace Tennelle, dla znajomych Wally, był dwanaście lat starszy od Johna Skaggsa.

Skaggs i Tennelle się nie znali. Tennelle pracował w centrum w wydziale zabójstw i napadów. Pracownicy policji w Los Angeles są rozproszeni na obszarze tysiąca dwustu kilometrów kwadratowych, specjalizują się w różnych dziedzinach. Ich życie towarzyskie jest tak ograniczone, że czasem ludzie pracujący w tej samej sali, ale w różnych boksach, nie znają nawet swoich imion, a Skaggs i Tennelle nigdy nie pracowali w tym samym biurze. Niemniej jednak łączyło ich wspólne mroczne dziedzictwo i pragnienie naprawy istniejącego stanu rzeczy. Na długo przed tym, jak się spotkali, wielopokoleniowa fala zła postawiła ich na tej samej drodze i niosła aż do momentu, gdy syn jednego z nich został zastrzelony na rogu Osiemdziesiątej i Saint Andrews, a drugiemu kazano znaleźć jego zabójcę.

3

Strefa getta

John Skaggs miał w młodości rude włosy.

Urodził się w 1964 roku, mieszkał w skromnym domu z lat pięćdziesiątych w Long Beach, na osiedlu przypominającym te, które później jako policjant patrolował w Watts – pośród parterowych domków z garażami, stojących wzdłuż ulic i szpaleru platanów. Jego ojciec pracował jako detektyw w miejscowym wydziale zabójstw, rozszedł się jednak z żoną, gdy John chodził do szkoły podstawowej. Później wychowywała go głównie matka.

Janice Skaggs była córką górnika z Nebraski, serdeczną, ale surową kobietą. W wychowaniu zwracała uwagę na hart ducha i samo­kontrolę w miejscach publicznych. Miała pod opieką jeszcze troje innych dzieci i niewiele pieniędzy. Cała czwórka dzieciaków pracowała od małego, by pomóc jej utrzymać dom. John z własnej inicjatywy zaczął płacić czynsz za swój pokój, gdy tylko skończył osiemnaście lat.

Był najmłodszym z czworga dzieci i jedynym chłopcem. Był też niezwykle ambitny i uwielbiał sport, szczególnie baseball. Zawsze liczyła się dlań przede wszystkim wygrana. Matka nie zniechęcała go do takiej postawy, ale dawała wyraźnie do zrozumienia, że dzieci Skaggsów mają być miłe, uczciwe i dobrze wychowane. Bez względu na to, jak bardzo zależało im na wygranej, miały zachować spokój i dobre maniery.

Skaggs rozpoczął studia na Uniwersytecie Stanu Kalifornia w Long Beach, ale zrezygnował z nauki po roku. Nie mógł znieść wielu godzin bezczynnego siedzenia. W końcu poszedł w ślady ojca i został policjantem. Choć mijały lata, wciąż stosował się do nauk matki – był miły dla innych, ale wymagający dla samego siebie. Pod przyjaznym i ujmującym uśmiechem krył się prawdziwy perfekcjonista. Wiedział, czym powinien się przejmować, a czym nie. Nie poddawał swoich przemyśleń i wniosków zbyt surowej ocenie. Nie sprzeczał się. Po prostu zachowywał się swobodnie i robił swoje.

Nim skończył czterdzieści lat, jego gęste, krótko przycięte włosy pojaśniały, a jedyną pozostałością dawnego koloru był rudy odcień brwi. W połączeniu z jasnoniebieskimi oczami i różową karnacją nadawało mu to wygląd typowego blondyna, który spędza mnóstwo czasu w kalifornijskim słońcu. Jego przyjaciele byli oburzeni tą niesprawiedliwością. Oni łysieli lub siwieli, a on zamieniał się w blondyna. Wydawało się, że to kolejny przejaw przychylności losu, którą cieszył się od lat.

Miał ostro zarysowane kości policzkowe, mały okrągły podbródek z lekkim zagłębieniem, bruzdę między oczami i duże dłonie. Jego smukła, atletyczna sylwetka nie zmieniła się szczególnie od czasów, gdy rozpoczynał pracę w policji. Kolejny uśmiech losu: detektywi w średnim wieku zwykle dorabiali się brzuszka, a John Skaggs wciąż wyglądał jak „ktoś prosto z okładki magazynu »GQ«”, jak to ujął jeden z jego przełożonych. Co jakiś czas Skaggs przybierał na wadze, upodabniając się do kolegów z policji. Jednak z tą samą samodyscypliną, z którą traktował wszystkie obszary swego życia, ograniczał wtedy jedzenie, więcej ćwiczył i w krótkim czasie zrzucał dziesięć kilogramów. Co w tym trudnego? Nie mógł zrozumieć, dlaczego ludzie mają kłopoty z zachowaniem odpowiedniej diety.

Nigdy nie chorował ani nie korzystał ze zwolnień. Nigdy nie chodził do lekarza. Jego idealne zdrowie stanowiło element idealnego życia – miał idealne dzieci (chłopca i dziewczynkę, oczywiście), piękną jasnowłosą żonę o imieniu Theresa, ładny dom na przedmieściach, basen, SUV-a, deski surfingowe. Theresa była sekretarką, zarządzała kancelarią prawniczą. Jako para byli dobrze zorganizowani, zdrowi, umiarkowanie religijni i mili dla siebie nawzajem: Skaggs kierował się zasadą, że żadne antagonizmy nie mogą zakłócić jego rodzinnych relacji. Theresa z kolei miała na tyle silną osobowość, by zachować własne zdanie w obliczu dużej i radosnej pewności siebie męża. „John to John”, mówiła o nim czule, dając w ten sposób do zrozumienia, że jego największa siła – niezdolność do samozwątpienia – jest jednocześnie jego największą słabością.

Pewność siebie Skaggsa była praktycznie nieograniczona. Jednak opis jego kariery nie robił szczególnego wrażenia. Jego wuj, zastępca komendanta policji w Los Angeles, uważał go za życiową niedojdę. Przez długie lata krytykował zawodowe wybory Skaggsa, karcił go i pouczał podczas rozmów telefonicznych. Dlaczego nie ubiegał się o wyższe stanowiska? Dlaczego wciąż tkwił na pozycji zwykłego detektywa na południowych krańcach miasta?

Obszary podlegające dziewiętnastu komisariatom na terenie Los Angeles nazywano rejonami25. Powszechnie uważano, że aby piąć się po szczeblach kariery, trzeba się przenieść do elitarnych scentralizowanych jednostek lub objąć jakąś funkcję administracyjną w Komendzie Głównej Policji Los Angeles, wówczas Parker Center, albo w „BAP”, jak nazywali to sami policjanci, czyli w Budynku Administracyjnym Policji. Uważano również, że policjanci pozostający w komisariatach rejonowych są mniej ambitni, szczególnie jeśli pracowali w południowej części miasta.

Większą jednostką administracyjną policji w Los Angeles były kwadranty. South Bureau kierowało takim właśnie kwadrantem, którego granicę nieoficjalnie wyznaczała autostrada międzystanowa 10 i który obejmował komisariaty Southwest, Southeast i ten przy Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy. Rejon Central Bureau, nazywany Newton, również znajdował się głównie na południe od auto­strady 10 i graniczył z rejonem komisariatu przy Siedemdziesiątej Siódmej od północy, wzdłuż Florence Avenue. Łącznie te cztery komisariaty obejmowały obszar dzielnicy South Central.

Policjanci pracujący w którymkolwiek z tych czterech komisariatów mogli się czuć nieco zepchnięci na margines. Wszystkie znajdowały się w najbiedniejszych rejonach Los Angeles, a zarazem przewodziły w statystykach najpoważniejszych przestępstw. Miejsca te kojarzyły się policjantom z maleńkimi mieszkaniami – często urządzonymi w przerobionych garażach – ogrodzeniami z metalowej siatki, ze złymi psami bez obroży, z chevroletami caprice, z rodzinnymi grobowcami, ulotkami reklamującymi plecenie warkoczy, muralami przedstawiającymi butelki z wybielaczem, nędznymi sklepikami o wymyślnych nazwach: Mantrap Nails, Sexy Donuts, Vanessa’s Positive Energy. Dobrze wiedzieli, co oznacza praca w takiej okolicy. Wielu wolało jej unikać.

Policjanci, którzy wybierali pracę na południe od autostrady 10, byli uważani za twardzieli i cieszyli się powszechnym szacunkiem. Z pewnością nie była to jednak odskocznia do prawdziwej, wielkiej kariery. Co więcej, twardych, zaprawionych w boju gliniarzy z południa często traktowano w policji w Los Angeles jako towar wybrakowany, który nie nadawał się do innych zadań ze względu na dużą liczbę skarg oraz mały zakres obowiązków. Wuj Skaggsa uważał, że jego bratanek się ogranicza, pracując w Watts.

Najgorsze zdaniem wuja było jednak to, że Skaggs wydawał się całkiem zadowolony z pracy na stanowisku detektywa. To oznaczało, że od lat ma stopień równy randze zwykłego sierżanta i że z własnej woli odcina się od najwspanialszych tradycji wydziału. Policja w Los Angeles od dawna budowała swój wizerunek na skuteczności ulicznych patroli, a nie na sprawności detektywów. Telewizyjny serial Adam-12 z lat siedemdziesiątych pokazywał symboliczny obraz policji z Los Angeles – schludnych zawodowców w niebieskich mundurach, przemieszczających się błyskawicznie z miejsca na miejsce w radiowozach na sygnale. Mundur LAPD (Los Angeles Police Department – Policja Los Angeles) miał niebagatelne znaczenie. Był ciemnogranatowy, niemal czarny, uchodzący za królewski odcień. Kultura LAPD wymagała, by noszono go jak szaty, nieskazitelnie czysty i starannie wyprasowany; buty i paski miały lśnić niczym lustra. Policjanci przykładali ogromną wagę do smukłego i wysportowanego wyglądu – niektórzy szyli nawet mundury na miarę, by uwydatniały ich mięśnie.

Detektywi nie należeli do tej kultury. Wielu z nich nosiło na co dzień zwykłe koszulki polo i luźne spodnie. Oczywiście detektywi z wydziału zabójstw tacy jak Skaggs ubierali się w garnitury. Jednak ze względu na częste wezwania w środku nocy nie dosypiali i przybierali na wadze. Policjanci pełniący służbę w patrolach czasami odnosili się z nieskrywaną pogardą do swoich kolegów w cywilnych ubraniach.

Struktura policji i rozdział środków odzwierciedlały te relacje. W komisariatach niektóre jednostki mundurowe – specjaliści od gangów i tak zwana policja środowiskowa – miały swoje biura i oferowały atrakcyjną pracę, podczas gdy detektywów spychano na margines, ich biurka sąsiadowały ze stanowiskami policjantów zajmujących się włamaniami, a o środki finansowe musieli rywalizować z obyczajówką i wydziałami przestępczości nieletnich.

Niektórzy detektywi LAPD pracowali na elitarnych stanowiskach w centrum miasta, dzięki czemu cieszyli się prestiżem i wpływami w środowisku. W przypadku Skaggsa naturalnym wyborem byłby wydział kryminalny, zwany w skrócie RHD (­Robbery-Homicide Division). Siedziba wydziału mieściła się w kwaterze głównej, a jej pracownicy zajmowali się sprawami uznawanymi za wyjątkowo skomplikowane lub przyciągającymi uwagę mediów, takimi jak przestępstwa dotyczące celebrytów, masakry i morderstwa z podpaleniem. Detektywów RHD uważano za najlepszych w całej policji w Los Angeles. Zwykle mieli mało spraw, zawsze ubierali się bardzo elegancko, a ich jednostka była tematem wielu książek i programów telewizyjnych.

Jednak wydział kryminalny zazwyczaj przekazywał innym jednostkom tak zwane zwykłe morderstwa uliczne, które Skaggs uważał za swoją specjalność. Dlatego za sprawą kryteriów, którymi kierował się RHD, sprawy czarnych ofiar nie mogły liczyć na specjalne traktowanie ze strony LAPD. Oczywiście w pewnym sensie było to nieco obraźliwe dla detektywów pokroju Skaggsa, którzy wcale nie uznawali takich morderstw za mniej skomplikowane. Takie podejście uwłaczało również zwykłemu poczuciu sprawiedliwości, zdawało się bowiem potwierdzać zarzut, który każdy poli­cjant słyszał niemal codziennie od mieszkańców dzielnicy: „Nie obchodzi was to, bo on jest czarny!”.

Skaggs oczywiście nie twierdził, że właśnie dlatego nie starał się o miejsce w RHD. O jego opinii w tej kwestii i w wielu innych świadczyły jedynie jego czyny. Propozycje przejścia do RHD zbywał machnięciem ręką.

Wydawało się wręcz, że policjanci pracujący na południe od autostrady 10 są dumni ze swego podrzędnego statusu. Patrzyli z góry na gliniarzy z innych komisariatów, nazywali ich mięczakami, sami zaś uważali się za funkcjonariuszy wyższego rzędu. Jeden ze znajomych Skaggsa26 przejął zasłyszane od członka gangu z Watts określenie opisujące tę dzielnicę: strefa getta. Trafnie odzwierciedlało ono sytuację, łączyło opis geograficzny ze statusem, poezją knajackiej perspektywy i perwersyjną metaforą. Mówiło jednocześnie o miejscu i o trudnej sytuacji życiowej, nazywało poetyckie poczucie odizolowania łączące wszystkie wypełnione przemocą części hrabstwa Los Angeles: Athens, Willowbrook, część Long Beach, Watts. Te miejsca były do siebie bardzo podobne, podobne były również działania policji, które w nich prowadzono. John Skaggs całkowicie poświęcił się strefie getta. Nie miał zamiaru tłumaczyć swojemu wujowi, co czuje. Jeśli inni policjanci nie rozumieli, dlaczego jego praca jest ważna, dlaczego ma prawo być tak pewny siebie, to zdaniem Skaggsa nie było sensu im tego tłumaczyć. „To świat Skaggsa”, mawiał jego wieloletni partner Chris Barling, przewracając przy tym oczami.

Ta fraza lapidarnie ujmowała wiele charakterystycznych cech Skaggsa – jego lekceważącą pozę, niezachwiany optymizm, pewność siebie, którą inni czasami uznawali za arogancję. Przede wszystkim jednak mówiła o jego podejściu do obowiązków, jego etosie pracy, który kazał mu uznać, że to nie zwierzchnicy, opinia publiczna czy głos ogólnie pojętego społeczeństwa decydują o tym, co należy uznać za sukces, a czego nie należy. Innym policjantom strefa getta kojarzyła się z poobijanymi radiowozami, brudnymi klawiaturami komputerów, długimi godzinami pracy i gronkowcem odpornym na antybiotyki. Praca w tym miejscu przywodziła na myśl poczucie bezsensu, brak widoków na awans i codzienne zmagania z tymi stresującymi, nużącymi i przygnębiającymi problemami czarnych ludzi. Jednak Skaggs uważał strefę getta za swoje miejsce na ziemi, gdzie toczyła się prawdziwa praca. Emanował zadowoleniem, gdy pracował na ulicach tej dzielnicy. Jeździł po brudnych alejkach w starannie wyprasowanych koszulach i drogich krawatach, zawsze wypoczęty, zawsze świeżo umytym i wysprzątanym samochodem.

Skaggs lubił pracę w strefie getta nie dlatego, że wydawała się wyjątkowo trudna. Nie był samotnikiem pokroju Marlowe’a. Uwielbiał sport, surfował, cieszył się życiem i blaskiem słońca, kochał żonę i dzieci. W weekendy z radością przesiadał się do rodzinnego campera i na rower terenowy. Skaggs wybrał Watts z innego powodu: lubił mieć zajęcie i uważał, że jego praca w tym miejscu jest naprawdę ważna, że należy ją właściwie wykonywać. Wchodził w otchłań najbardziej przerażających, najgorszych zbrodni Ameryki niczym górnik zjeżdżający do kopalni z kilofem w jednej ręce i kanapką w drugiej, pogwizdujący przy tym wesoło. Podporządkował swoje życie problemowi, który rzadko w ogóle dostrzegano, i wcale nie zniechęcał się faktem – a może wręcz traktował to jak dodatkową motywację – że wielu innych tego nie rozumiało. Miał w sobie niezachwianą wiarę, że dzięki odpowiednim staraniom można zmienić stan rzeczy.

Ta wiara nigdy go nie opuściła, nawet wtedy, gdy kolejne wyzwania przybrały nieoczekiwanie osobisty charakter.

4

Szkoła tragedii

Wally Tennelle urodził się w górniczym regionie Jasper w stanie Alabama w 1954 roku. Rodzinna legenda głosi, że jedna z jego prababek była nieślubną córką czarnoskórej służącej i białego właściciela plantacji, co tłumaczyłoby jaśniejszą karnację i włosy członków rodziny.

Rodzina jego matki Dery pochodziła z Missisipi, ale sama Dera spędziła dzieciństwo w tym górniczym zakątku Alabamy, zawsze niemal w całkowitym oddzieleniu od białych. Ojciec Wally’ego Baron Tennelle aspirował do wyższych celów. Poznał Derę jeszcze w szkole. Pobrali się i wyprowadzili z dwójką synów na zachód w 1963 roku – tuż przed narodzinami Skaggsa – wraz z drugą falą czarnoskórych migrantów z Południa. Ojciec Wally’ego był człowiekiem bardzo energicznym i pracowitym, a przy tym urodzonym handlowcem. W Kalifornii zamienił słabo płatną pracę w przemyśle lotniczym na posadę w handlu. Rodzina szybko się bogaciła. Już w Los Angeles urodziło się trzecie dziecko, córka.

Od wczesnych lat Wally, środkowe dziecko, był zdecydowany i dobrze zorganizowany, uwielbiał porządek. Ku zdumieniu matki z własnej woli starannie składał wszystkie ubrania i sprzątał pokój. Dera czuła się nieco rozczarowana, że nie może nań trochę pozrzędzić, jak powinna to robić każda matka. To zamiłowanie do czystości wypływało z wewnętrznego, duchowego uporządkowania, które miało definiować całe życie Wally’ego.

Chłopak skończył szkołę średnią i postanowił, że nie pójdzie na studia. Zaciągnął się do piechoty morskiej, gotów walczyć za ojczyznę w Wietnamie. Wojna miała się już wtedy ku końcowi. Wally nie zdążył na kolejny przydział bojowy, ponieważ jego matka – nieprzypadkowo, jak sobie później uświadomił – nie wysłała mu w porę świadectwa chrztu. Trafił więc na inną placówkę: został strażnikiem Ambasady USA w Kostaryce.

Trzy dni po przyjeździe do San José wszedł do kawiarni naprzeciwko ambasady i podjął jedną z błyskawicznych decyzji, które określały całe jego życie.

Za barem stała młodziutka, szesnastoletnia Kostarykanka. Yadi­ra Alvarado pochodziła z rolniczej rodziny. Tennelle, wówczas osiemnastoletni, nie znał ani słowa po hiszpańsku, ona nie mówiła po angielsku. Gdy chciał ją zaprosić na randkę, musiał to dla niego zrobić jeden z jej współpracowników. Tego pierwszego wieczora w kinie Yadira zastanawiała się gorączkowo, czym wypełnić krępujące milczenie. Tennelle jednak wcale się tym nie przejmował. Po kinie na jej prośbę wysadził ją na przystanku autobusowym. Nazajutrz w kawiarni czekały na nią dwa tuziny czerwonych róż. Podczas następnej randki Tennelle zaskoczył ją kilkoma hiszpańskimi słowami. Spotykali się przez trzy lata, a pod koniec tego okresu Tennelle mówił już biegle po hiszpańsku. Gdy się pobrali, ona miała dziewiętnaście lat, on – dwadzieścia dwa.

Ich pierwszy wspólny dom znajdował się w bazie wojskowej w Cherry Point w Karolinie Południowej. W Kostaryce podchodzono do kwestii rasowych zupełnie inaczej niż w Stanach Zjednoczonych. Yadira nie była nawet świadoma, że wraz z Wallym tworzą „parę dwurasową”, jak nazywano to w Stanach, dopóki nie zauważyła dziwnych spojrzeń, jakimi obrzucano ich podczas wspólnych spacerów. Była to pierwsza lekcja tego, co później nazywała „całą tą aferą” – kwestią rasy w Ameryce.

Zakończywszy służbę wojskową, Wally przeprowadził się z ­Yadirą do swojego rodzinnego miasta Los Angeles, gdzie zatrudnił się jako ochroniarz w sklepie sieci Kmart. Później dostał lepszą posadę u pracodawcy swojego ojca, w United Airlines, stracił ją w wyniku strajku i znalazł nowy sposób na utrzymanie. Zapisał się do El Camino Community College (dwuletniego college’u przygotowującego do studiów wyższych), by dostać stypendium – nauka nieszczególnie go interesowała – z którego płacił czynsz i kupił kosiarkę do trawy. Zaczął pracować jako ogrodnik.

Później mówił, że zdecydował się w 1980 roku rozpocząć pracę w policji tylko po to, by zarobić na życie. Yadira wspomina to jednak inaczej. Jej zdaniem Wally ostrzegał ją, że chce zostać policjantem, gdy byli jeszcze w Kostaryce. Dawał jej szansę na wyrażenie sprzeciwu. Jednak Yadira nie wiedziała wtedy nic o codziennych morderstwach, o strefie wojny w dzielnicy South Central. Prawdopodobnie i tak nie próbowałaby się sprzeciwiać. Wiele lat później ich najstarsza córka zauważyła, że wzajemny szacunek i niezależność Wally’ego i Yadiry były fundamentem ich udanego małżeństwa. W domu miło spędzali razem czas, on częściej przebywał na zewnątrz, ona w środku, oboje pochłonięci swoimi zajęciami.

Pierwszy dom Wally’ego i Yadiry w południowym Los Angeles był jak ich małżeństwo: uporządkowany i idylliczny. W Kostaryce Yadira widywała młode kobiety adorowane przez mężczyzn, którzy po ślubie całkowicie je dominowali. Wally nie był taki. Wielu znajomych zwracało uwagę na stałość jego charakteru: bez względu na sytuację zawsze był tym samym człowiekiem. Ich dom był przyjazny i niezagracony. Nigdy się nie kłócili. Córka, która na cześć matki Wally’ego otrzymała imię Dera, choć wszyscy mówili do niej DeeDee, wiedziała, jak nieprawdopodobnie brzmią takie stwierdzenia. Ale taka właśnie była prawda: nigdy nie widziała, by jej rodzice się awanturowali.

Wally i Yadira mieli troje dzieci. Po DeeDee urodził się syn Wallace junior, a potem Bryant, który przyszedł na świat we wrześniu 1988 roku. Yadira pracowała w kuchni Kaiser Permanente Hospital w zachodnim Los Angeles, od piątej rano do wpół do drugiej po południu. Nie zmieniała tej posady przez długie lata, codziennie wstawała przed wschodem słońca, by założyć fartuch kuchenny. Jej przyjaciółki uważały, że to praca dobra tylko na początek, zachęcały ją, by została pielęgniarką. Yadira uwielbiała jednak to zajęcie, uwielbiała gotowanie i kuchenną krzątaninę.

Dzieciaki droczyły się z rodzicami, mówiąc, że są nudni. W rzeczywistości DeeDee uważała, że należy ich opisać inaczej – rozsądni. Krzywiła się na sam dźwięk tego słowa, jednak naprawdę do nich pasowało. Byli jak rodzina z serialu Brady Bunch. Choć nie – poprawiała się DeeDee ze śmiechem – raczej jak rodzina Cosbych. W końcu byli czarni. Do pewnego stopnia.

W ich domu rzadko rozmawiano o kwestii tożsamości rasowej. Wally Tennelle zdołał jakoś dorosnąć w South Central bez bliższych spotkań z przemocą gangów czy też z policją. Mama nigdy nie pozwoliła mu nosić afro – i prawie nigdy nie rozmawiał o rasie. Jego konserwatywne poglądy w kwestiach odpowiedzialności osobistej i samodoskonalenia były typowe dla większości policjantów z LAPD. Opinia Wally’ego Tennellego na temat afroamerykańskiej przedstawicielki Kalifornii w Kongresie Maxine Waters, która często krytykowała LAPD, nie różniła się niczym od pełnych frustracji i żalu opinii niemal wszystkich policjantów w Los Angeles. W tej kwestii Wally Tennelle był najpierw granatowy, a dopiero potem czarny.

Dzieci państwa Tennelle były bardzo podobne do swoich rodziców, ale różniły się między sobą. DeeDee miała delikatną, porcelanową cerę, garść piegów na nosie, duże brązowe oczy, pełne usta i falowane brązowe włosy. Wydawała się tak biała, że jako jedyna z członków rodziny celowo wymawiała swoje nazwisko „Tenel”, a nie „Teneli”, by ludzie nie przypuszczali, że jest z pochodzenia Włoszką.

Wally junior miał ciemniejszą, „miedzianą” skórę jak jego ojciec, ciemne oczy i ciemne włosy. Mówił dobrze po hiszpańsku i uważał się za pół-Latynosa. „Ale jeśli się spieszę, mówię po prostu, że jestem czarny”, dodał.

Skóra Bryanta była jaśniejsza niż skóra jego brata, ale nie tak jasna jak DeeDee. Był wysoki i szczupły, miał czystą, gładką cerę, co budziło zawiść jego brata, który zmagał się z trądzikiem. Jednak podobnie jak Wally junior Bryant uważał się przede wszystkim za czarnego. Ostatecznie ze względu na miejsce, w którym wyrastali, i na ciche zrozumienie skomplikowanej historii rasowej – a także dlatego, że większość znanych im dwurasowych dzieciaków zachowywała się tak samo – wszyscy troje uważali się za czarnych.

*

Po krótkim stażu policyjnym w Southeast Wally Tennelle trafił do wydziału więziennego, a potem do narkotykowego. Spędzał na patrolowaniu mniej czasu niż większość nowych policjantów. Ostatecznie na początku lat osiemdziesiątych trafił do Centralnego Biura CRASH. Skrót „CRASH” oznaczał tyle co „community resources against street hoodlums” [środki społeczne przeciwko chuliganerii] i pochodził z minionej epoki historii LAPD, nim w wyniku reform zlikwidowano wszystkie nazwy kojarzące się z agresją i brawurą. Historia nazwy wydziału do walki z gangami doskonale obrazuje tę ewolucję: początkowo jednostkę specjalną tego typu w komisariacie przy Siedemdziesiątej Siódmej nazywano PATRIOT. Potem przyszła kolej na oddziały, które w całym mieście nosiły tę samą nazwę, czyli właśnie CRASH. W końcu, mocą dekretu będącego wynikiem porozumienia na szczeblu federalnym, przemianowano je na miałkie i łagodne [w języku angielskim] GIT – „gang impact teams” [oddziały uderzeniowe].

Tennelle trafił do oddziału zwalczającego gangi w czasie, gdy przez Amerykę przetaczała się wielka fala zabójstw. Była to era kokainy, koncertów rockowych i handlu narkotykami na otwartym powietrzu. Młody weteran piechoty morskiej był w siódmym niebie. Chyba nic nie mogło cieszyć go bardziej niż noszenie granatowego munduru, jazda szybkimi samochodami i ściganie gangsterów. Nie chciał się zajmować niczym innym – na pewno nie pracą detektywa. Wszyscy wiedzieli, że detektywi to „banda ślimaków”, jak wspominał później Tennelle. On i jego współpracownicy kierowali się mottem „P-2 na zawsze” – P-2 oznaczało twardych gliniarzy pełniących służbę na ulicy.

Potem, w 1984 roku, Tennelle znalazł się w grupie młodych poli­cjantów wypożyczonych do wydziału zabójstw do pomocy przy rozwiązywaniu niezwykle dużej liczby morderstw. Tu dostał swoją pierwszą sprawę tego typu.

Od świetnego detektywa wymaga się innego zestawu cech niż od świetnego policjanta patrolującego ulicę. Jednak cechy te są ze sobą powiązane. Wally Tennelle miał kilka ważnych przymiotów, które pchają młodych ludzi do pracy w policji. Choć brakowało mu wyższego wykształcenia, był bystry i energiczny. Policja może być wymarzonym miejscem pracy dla inteligentnych ludzi czynu, którzy z różnych powodów nie chcą zdobywać formalnego wykształcenia – dla ludzi z „lekkim ADHD”, jak mówi o wszystkich członkach swojej rodziny DeeDee Tennelle.

Właśnie te cechy sprawiają, że tacy ludzie doskonale nadają się do pracy wykonywanej niemal wyłącznie poza domem, pracy wymagającej nieprzespanych nocy, nagłych zrywów aktywności i gotowości do szybkiego przechodzenia z jednej sytuacji w drugą. Świetny policjant – albo świetny detektyw – musi być bystry i szybki, ale niekoniecznie oczytany czy wyjątkowo krytyczny. Dobra pamięć, umiejętność improwizacji, zainteresowanie sprawami ludzi i pogoda ducha sprawiały, że osoby nadpobudliwe czuły się doskonale w pracy, która innych jedynie okropnie stresowała.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

PRZYPISY KOŃCOWE

Część I Plaga

1 Podtytuł ten jest nawiązaniem do Dżumy Alberta Camus, podobnie jak wiele innych tematów w tej publikacji. Cytat wprowadzający oraz kolejne również pochodzą z tej książki.

1. Krąg rozpaczy

2 Analiza autorki, dane policji w Los Angeles. Dane dotyczące 16 435 ofiar zabitych w Los Angeles od 1986 roku do pierwszego kwartału 2009 roku zostały dostarczone przez LAPD na prośbę autorki. Do takiego wniosku doprowadziła autorkę analiza 3333 morderstw czarnych mężczyzn popełnionych w latach 1991–2006. W tym okresie aresztowano sprawców 38 procent czynów. Podaną tu wykrywalność wyliczano inaczej, niż robi się to w państwowych statystykach. Brano pod uwagę wyniki każdego śledztwa, a nie sumę wszystkich spraw rozwiązanych w danym roku w stosunku do nowych morderstw, nie uwzględniano również „spraw rozwiązanych wyjątkowymi środkami”, czyli zamkniętych śledztw, w których nie dokonano żadnych aresztowań. (W ostatnich latach policja w Los Angeles zrezygnowała z podawania tych danych i zapowiedziała, że nie będzie więcej uaktualniać statusu spraw ani przekazywać informacji starszych niż pół roku). Podobnie jak w innych częściach kraju, do morderstw dochodzi tam głównie między ludźmi tej samej rasy. Np. w 2006 roku tylko 22 z 236 zabójstw badanych przez South Bureau – innymi słowy, niecałe 10 procent – dotyczyły przedstawicieli różnych ras.

3 Leon F. Litwack, Been in the Storm So Long. The Aftermath of Slavery,New York: Vintage Books, 1980, s. 275.

4 Gilles Vandal, Rethinking Southern Violence,Columbus: Ohio State University Press, 2000, s. 180

5 Tamże,s. 159.

6 Douglas A. Blackmon, Slavery by Another Name. The Re-Enslavement of Black Americans from the Civil War to World War II,New York: Doubleday, 2008, s. 305. Gubernator Cole Blease dodał słowa do tej „piosenki”, tłumacząc: „Gorąca kolacja; trunek; martwy czarnuch”.

7 Hortense Powdermaker, After Freedom. A Cultural Study in the Deep South,New York: Viking Press, 1939, s. 173.

8 Edward L. Ayers, Vengeance & Justice. Crime and Punishment in the 19th Century American South,New York: Oxford University Press, 1984, s. 231. Cała wypowiedź autorstwa anonimowego policjanta z Południa brzmi: „Jeśli czarnuch zabije białego człowieka, to morderstwo. Jeśli biały zabije czarnucha, to usprawiedliwione zabójstwo. Jeśli czarnuch zabije czarnucha, to po prostu jednego czarnucha mniej”. Wydaje się, że te słowa nabrały charakteru ludowego porzekadła. Czarni mieszkańcy Los Angeles powtarzali je w różnych wersjach, m.in.: „Jeszcze jeden z głowy” i „Jednego gangstera mniej”.

9Report of the National Advisory Commission on Civil Disorders,New York: Bantam Books, 1968, s. 308.

10 Max Weber, The Vocation Lectures. Science as a Vocation, Politics as a Vocation,Indianapolis: Hackett Publishing Company, 2004, s. 33.

Zarówno tutaj, jak i w wielu innych miejscach książki czerpię z dorobku specjalisty w dziedzinie prawa Markusa Dirka Dubbera, który w klarowny sposób opisuje problemy teorii prawa dotyczące prewencyjnych działań policji. Pełniejsze wyjaśnienie związków między niezależnością prawną, przemocą a podejściem do przestępstw nazywanych przez Dubbera nieokreślonymi, czyli takimi, które nie zostały jeszcze popełnione, można znaleźć w książce: Markus Dirk Dubber, Victims in the War on Crime. The Use and Abuse of Victims’ Rights,New York: New York University Press, 2002.

11 Dane dotyczące Missisipi zaczerpnięte z książki: Powdermaker, After Freedom, s. 173, 395. Dane dotyczące Los Angeles oparte na artykułach: Fredric N. Tulsky, Ted Rohrlich, And Justice for Some. Solving Murders in L. A. County, „Los Angeles Times”, 1 grudnia 1996 i 3 grudnia 1996.

Dogłębna analiza 9442 spraw przeprowadzona przez Tulsky’ego i Rohrlicha wykazała, że mniej niż jedna trzecia śledztw w sprawach morderstw lub nieumyślnego spowodowania śmierci zakończyła się skazaniem sprawcy i że w przypadkach, gdy ofiarami byli czarni lub Latynosi, prawdopodobieństwo skazania było mniejsze, a kary łagodniejsze niż w przypadku zabójstw białych. (Analiza dowiodła również, że prawdopodobieństwo rozwiązania spraw dotyczących białych było o 40 procent większe niż w sprawach, w których ofiarami byli czarni lub Latynosi). Tulsky i Rohrlich nie uwzględnili jednak w swych badaniach 7 procent spraw, które czekają na rozstrzygnięcie. Przedstawione tu dane dotyczące czarnych na początku lat dziewięćdziesiątych są więc szacunkami autorki. Uwzględniają mniejszą wykrywalność w przypadku czarnych ofiar, ale dodają do rachunku sprawy oczekujące na wyrok, szacowany według średniej w takich procesach. Autorka porównuje ten odsetek z własną analizą danych policji w Los Angeles dotyczących wspomnianych lat oraz z informacjami o wyrokach skazujących publikowanymi przez Departament Sprawiedliwości Stanu Kalifornia, które przedstawiają zbliżone wartości. Zob. także: Catherine Lee, The Value of Life in Death. Multiple Regression and Event History Analysis of Homicide Clearance in Los Angeles County, „Journal of Criminal Justice”, nr 2(33) (listopad–grudzień 2005), s. 527–534. Lee przeanalizowała dane z „Timesa” i doszła do podobnych wniosków.

12 Powdermaker, After Freedom, s. 173. Rozwija ten wątek gdzie indziej, pisząc: „Ponieważ żaden Murzyn nie może liczyć, że doczeka się sprawiedliwości w wyniku odpowiednich działań systemu prawnego, woli raczej cierpieć w milczeniu – lub przystosować się do nowej sytuacji. Mając to na uwadze, można powiedzieć, że Murzyni nie tyle »nie szanują prawa«, co czasem się im przypisuje, ile »biorą prawo w swoje ręce«” – s. 126.

13 Czarnoskórzy stanowią około 12 procent populacji USA, a zarazem niemal połowę ofiar morderstw. Informacje te pochodzą z kilku źródeł, m.in. z danych FBI oraz pracy: James Alan Fox, Marianne W. Zawitz, Homicide Trends in the United States, „Bureau of Justice Statistics” 2007; zob.: Trends by Race, 1976–2005. Według Foxa i Zawitz w latach 1995–2005 w Stanach Zjednoczonych zamordowano 186 807 osób. Wśród nich było około 89 991 czarnych, co stanowi mniej więcej 48 procent.

Dane dotyczące morderstw przedstawiane przez amerykańskie Centra Kontroli i Prewencji Chorób zawierają zawsze nieco wyższe liczby niż dane FBI, pochodzą bowiem z innego źródła – statystyki śmiertelności. Jednak dysproporcja między rasami jest podobna. Np. w latach 2005–2010 organizacja ta donosiła, że około 47 procent osób zamordowanych w USA stanowili czarni (zob.: Fatal Injury Reports).

14 Np. historyk Eric Henry Monkkonen w swojej pracy o Nowym Jorku zauważył, że dane o nieproporcjonalnie dużej liczbie czarnoskórych ofiar pojawiły się w ostatnich dekadach XIX wieku – Eric H. Monkkonen, Murder in New York City, Berkeley–Los Angeles: University of California Press, 2001, s. 164. Vandal dostrzegł tę samą prawidłowość w swoich badaniach dotyczących Luizjany, a Lane w swojej pracy opisującej Filadelfię – Roger Lane, Roots of Violence in Black Philadelphia 1860–1900, Cambridge: Harvard University Press, 1986. Tłumacząc, dlaczego nie należy przypisywać dużej liczby morderstw wśród czarnych rozwojowi przemysłowych dzielnic w XX wieku zamieszkanych przez Afroamerykanów, Vandal pisał: „Pierwsze oznaki tego zjawiska poprzedzały wielką migrację […]. Źródeł afroamerykańskiej przemocy można się doszukiwać w politycznych i gospodarczych warunkach okresu rekonstrukcji” – Vandal, Rethinking Southern Violence, s. 208. Monkkonen zauważył, że statystyczne różnice między przestępczością wśród białych i czarnych w Nowym Jorku były już wyraźnie widoczne pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku. Później tylko się powiększały, a w latach trzydziestych ubiegłego stulecia zamieniły się w prawdziwą przepaść. „Dwudziestowieczna różnica między przestępczością wśród czarnych i białych jest tak duża, że aż prosi się o wyjaśnienie i zrozumienie”, pisał – s. 139.

Historycy mówili kiedyś o krzywej w kształcie U opisującej liczbę morderstw w ciągu danego czasu. Opierali tę hipotezę na badaniach sugerujących, że liczba morderstw w Stanach Zjednoczonych spadła do stosunkowo niskiego poziomu pod koniec XIX i na początku XX wieku, a potem gwałtownie wzrosła. To nieprawda. Prace Douglasa Lee Eckberga i innych wykazały, że niemal z całą pewnością zaniżono statystyki zabójstw z dekad umiejscowionych w dolnej części krzywej U. Przyczyną tego błędu było pominięcie morderstw z Południa oraz wielu zabójstw uznanych za usprawiedliwione – w niektórych miastach ten odsetek sięgał 50 procent. Teraz wiemy, że na przełomie wieków nie doszło do żadnej zaskakującej odmiany w statystykach przestępczości i że Amerykanie dopuszczali się w tym czasie takiej samej liczby morderstw co w innych dziesięcioleciach. Zob.: Douglas Lee Eckberg, Estimates of Early Twentieth Century U. S. Homicide Rates. An Econometric Forecasting Approach, „Demography”, vol. 32, nr 1, s. 1–16.

15 H. C. Brearley, The Negro and Homicide, „Social Forces” 1930, nr 2(9), s. 247–253.

16 O tym zjawisku pisali wszyscy wielcy socjolodzy z Południa tamtych czasów: Hortense Powdermaker, Charles S. Johnson, John Dollard oraz Allison Davis, Burleigh B. Gardner i Mary R. Gardner. Późniejsze badania potwierdzają ich wnioski. W jednym z nich napisano, że 85 procent ofiar morderstw w miejscowości Birmingham w stanie Alabama stanowili czarni, choć miasto było w większości zamieszkane przez białych. Howard Harlan, Five Hundred Homicides, „Journal of Criminal Law and Criminology” 1950, nr 6(40), s. 736–752.

17 Marvin E. Wolfgang, Patterns in Criminal Homicide, Philadelphia: University of Pennsylvania Press, 1958; reprint 1975), s. 33, 223, 84. Co ciekawe, Wolfgang ustalił również, że czarni mieszkańcy Filadelfii znacznie częściej niż pistoletów używali noży, szpikulców do lodu i innych tępych narzędzi, a mimo to odsetek ofiar śmiertelnych w ich społeczności był bliski dzisiejszych wartości. To potwierdza hipotezę, że broń palna nie jest najważniejszą przyczyną wysokiej śmiertelności wśród Afroamerykanów. Wolfgang zbadał dane z lat 1948–1952 i ustalił, że zabójstwa bez użycia broni palnej stanowiły 61 procent wszystkich morderstw wśród czarnych mieszkańców Filadelfii w tym okresie i że za sprawą różnego rodzaju broni odsetek śmierci w wyniku zabójstwa wśród czarnych wynosił 23 na 100 000 rocznie. Na terenie całego kraju około 67 procent morderstw zostało dokonanych przy użyciu broni palnej, a odsetek zamordowanych Afroamerykanów wynosił około 21 na 100 000 – Raport FBI: „FBI Uniform Crime Reports” oraz prezentacja przy użyciu programu PowerPoint autorstwa Mary-Ann Hunt, „2007 Homicide Analysis”, Los Angeles Police Department Robbery-Homicide Division, slajdy 13, 15.

18Health, United States,National Center for Health Statistics, Hyattsville, MD 2005, etc., tabele dot. tendencji śmiertelności. Zob. także: Henry Allan Bullock, Urban Homicide in Theory and Fact, „The Journal of Criminal Law, Criminology, and Police Science” 1955, nr 5(45), s. 565–575; dane spisu powszechnego w USA; A. Joan Klebba, Homicide Trends in the United States 1900–1974, „Public Health Reports” 1975, nr 3(90), s. 195–204.

19 Fox, Zawitz, Homicide Trends in the United States. Ich zdaniem w 1980 roku odsetek ofiar zabójstw wśród czarnych był sześciokrotnie większy niż wśród białych; w 1985 roku proporcje te wynosiły pięć do jednego, w 1990 siedem do jednego, niemal tyle samo w 1995, sześć do jednego w 2000 roku i tyle samo w 2005 roku. Nowsze dane dotyczące przestępczości są niedostępne, ale informacje Krajowego Centrum Statystyk Zdrowia świadczą o tym, że odsetek zmarłych wśród czarnych jest ośmiokrotnie większy niż wśród białych, choć jak wspomniano wcześniej, nie można porównywać tej wartości z poprzednimi.

20