Wszyscy mówią na mnie Max. Stranger Things - Brenna Yovanoff - ebook + książka

Wszyscy mówią na mnie Max. Stranger Things ebook

Brenna Yovanoff

3,5

Opis

Być może najlepsza powieść z uniwersum Stranger Things, jaka powstała! Maxine „Max” Mayfield, mistrzymi Dig Duga i deskorolki, w Gimnazjum Hawkins czuje się obco. Dopiero przyjechała do miasta, jej nieliczni przyjaciele zostali w San Diego, a w Hawkins są z nią tylko nieco oderwana od rzeczywistości mama, nieprzyjazny ojczym oraz nieprzewidywalny i przez to groźny przyrodni starszy brat – Billy. Kiedy więc Dustin i Lucas proponują jej wspólne spędzanie czasu z ich paczką, waha się tylko trochę. I to mimo że Mike patrzy na nią nieprzyjaźnie i mówi coś o tym, że ich magiem była Nastka, a Will naprawdę przypomina zombiaczka zgodnie ze swoim szkolnym przezwiskiem. Max jednak nie ma pojęcia, w co się pakuje i w co będzie musiała uwierzyć… Dowiedz się więcej o jednej z najciekawszych postaci 2. sezonu kultowego serialu Netflix Stranger Things i spojrzyj na innych bohaterów jej oczami. Ta świetnie napisana książka pozwoli ci się przenieść do świata ulubionego serialu i poznać jego kolejne tajemnice!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 212

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (30 ocen)
7
5
13
5
0
Sortuj według:
olka_ko

Nie oderwiesz się od lektury

za dużo tłumacza
00
mfncx

Dobrze spędzony czas

Świetnie napisana książka z perspektywy Maxine, myślę że jestem w stanie polecić dla fanów serialu.
00

Popularność




PROLOG

Podłoga na dworcu autobusowym w San Diego była niemal cała zasłana niedopałkami papierosów. Jakieś milion lat temu budynek był pewnie okazały jak nowojorski Grand Central albo inny z tych wielkich dworców, które można zobaczyć w filmach. Teraz jednak wyglądał szaro jak jakiś zapomniany magazyn, pełen zmiętych ulotek i pijaczków.

Choć dochodziła północ, w dworcowej hali panował tłok. Obok mnie przez całe pomieszczenie biegła ściana schowków bagażowych. Z jednego z nich trochę ciekło, jakby w środku coś się rozlało, a teraz skapywało na podłogę i kleiło mi się do butów.

Po drugiej stronie hali stały automaty z napojami, a w kącie znajdował się dworcowy bar, przy którym siedzieli chudzi, nieogoleni goście, ćmiąc papierosy, zgarbieni nad swoim piwem jak gobliny. Dym snuł się w powietrzu jak niesamowita mgła.

Szłam szybko, trzymając się blisko schowków, nie podnosząc głowy i starając się nie wyróżniać. Jeszcze w domu, kiedy wyobrażałam sobie tę scenę, byłam całkiem pewna, że bez problemu uda mi się wsiąknąć w tłum. Ale teraz, na miejscu, okazało się to trudniejsze, niż się spodziewałam. Liczyłam, że osłonią mnie zgiełk i przestrzeń. W końcu przecież to był dworzec. Nie przyszło mi do głowy, że będę na nim jedyną nieletnią.

Na mojej ulicy czy w szkole łatwo było mnie przeoczyć: trzynaście lat, przeciętny wzrost, przeciętna figura, twarz i ubranie. Wszystko przeciętne – z wyjątkiem włosów, które były długie, rude i stanowiły moją najbardziej rzucającą się w oczy cechę charakterystyczną. Teraz szybkim ruchem dłoni zebrałam je w koński ogon i starałam się iść takim krokiem, jakbym dokładnie wiedziała, dokąd zmierzam. Powinnam była wziąć bejsbolówkę.

Przy kasach biletowych dwie starsze dziewczyny w gumowanych miniówkach i z zielonymi cieniami na powiekach kłóciły się z facetem zza szyby. Włosy miały utapirowane tak wysoko, że wyglądały jak wata cukrowa.

– No weź pan, bądź pan człowiek – mówiła jedna z nich. Wytrząsała z portmonetki ćwierćdolarówki, odliczając je na ladzie przed okienkiem. – No, zlituj się pan! Samej końcówki mi brakuje. Tylko półtorej dolca.

Kasjer w postrzępionej hawajskiej koszuli, ze znudzoną miną, odpowiedział ironicznie:

– To nie Armia Zbawienia. Bez kasy nie ma trasy.

Sięgnęłam do kieszeni mojej treningowej kurtki i przesunęłam palcami po własnym bilecie. Najtańszy z San Diego do Los Angeles. Zapłaciłam za niego dwudziestką wyjętą z maminego pudełeczka na biżuterię, a facet w kasie ledwo na mnie spojrzał.

Przyspieszyłam kroku, trzymając się blisko ściany, z deskorolką pod pachą. Przemknęła mi myśl, jak klawo byłoby położyć deskę na ziemi i pośmigać sobie między ławkami. Ale nie zrobiłam tego. Jeden fałszywy ruch i nawet banda nocnych lumpów zorientuje się, że nie powinno mnie tu być.

Doszłam już prawie do końca dworcowej hali, kiedy przez tłum za moimi plecami przeszła fala nerwowego napięcia. Obejrzałam się. Przy automatach z napojami stali dwaj faceci w jasnobrązowych uniformach, rozglądając się po morzu ludzkich twarzy. Nawet z tej odległości widziałam refleksy światła na ich odznakach. Gliny.

Wyższy miał rozbiegane, jasne oczy i długie, chude ramiona przypominające odnóża pająka. Zaczął przechadzać się wśród ławek w typowy dla gliniarzy sposób: powolnym, oficjalnym spacerkiem, który oznacza: „Może i wyglądam jak odrażający patyczak, ale to ja tu mam policyjną odznakę i broń”. Ten spacer skojarzył mi się z moim ojczymem.

Pomyślałam, że jeśli uda mi się dotrzeć do końca hali, będę mogła wymknąć się z niej na zewnątrz, gdzie znajdowały się stanowiska autobusowe. Wśliznę się w tłum i zniknę.

Obleśni faceci przy barze zgarbili się jeszcze bardziej nad swoim browcem. Jeden z nich zdusił niedopałek, a potem rzucił gliniarzom przeciągłe, nienawistne spojrzenie i splunął na ziemię między swoje stopy. Dziewczyny przy okienku biletowym przestały się kłócić z kasjerem. Udawały, że z zaangażowaniem oglądają sobie tipsy, ale wyglądały na nieźle przejęte obecnością posterunkowego Patyczaka. Może miały takich samych ojczymów jak ja.

Gliniarze dobrnęli już do połowy hali, rozglądając się na wszystkie strony zmrużonymi oczami, jakby kogoś wypatrywali. Może jakiegoś dzieciaka, który się zgubił. Albo paczki młodocianych przestępców.

Albo uciekinierki z domu.

Schyliłam głowę, szykując się do pryśnięcia w tłum. Ale gdy już miałam wyjść z budynku, usłyszałam chrząknięcie, a na ramieniu zacisnęła mi się czyjaś wielka, ciężka dłoń. Obróciłam się i spojrzałam prosto w górującą nade mną twarz trzeciego gliniarza.

Uśmiechnął się, pokazując zęby, ale był to uśmiech znudzony i beznamiętny.

– Maxine Mayfield? Pozwól ze mną. – Twarz miał twardą, pooraną bruzdami i wyglądał, jakby mówił już te słowa ze sto razy stu różnym dzieciakom. – Twoi bliscy czekają w domu i bardzo się o ciebie martwią.

ROZDZIAŁ 1

Niebo wisiało tak nisko, jakby chciało przykryć sobą całe centrum Hawkins. Świat mijał mnie w pędzie, kiedy z terkotem jechałam po chodniku. Śmigałam coraz szybciej, wsłuchując się w dźwięk kółek na zmianę to szepczących po betonie, to głucho stukających o przerwy między płytami. Popołudnie było chłodne, zimno aż kłuło mnie w uszy. Odkąd przyjechaliśmy do miasteczka trzy dni temu, codziennie wiało chłodem.

Wciąż podnosiłam głowę, spodziewając się zobaczyć jaskrawy błękit San Diego. Tu jednak wszystko wyglądało bladoszaro i nawet bezchmurne niebo wydawało się prawie bezbarwne. Hawkins w stanie Indiana, miasteczko pełne niskich szarych chmur, pikowanych kurtek i zimy.

Moje miasteczko.

Główna ulica, Main Street, była już cała udekorowana na Halloween, a w witrynach sklepowych roiło się od wykrzywionych w uśmiechu dyń. Okna supermarketu ktoś wykleił sztuczną pajęczyną i papierowymi kościotrupami. Na całej długości ulicy aż do następnego skrzyżowania słupy latarni były ozdobione szeleszczącymi na wietrze pomarańczowo-czarnymi serpentynami.

Popołudnie spędziłam w salonie gier Palace Arcade, grając w Dig Duga, aż skończyły mi się ćwierćdolarówki. Mamie nie podobało się, że marnuję pieniądze na gry komputerowe, więc w Kalifornii miałam okazję grać przeważnie tylko pod okiem taty. Zabierał mnie ze sobą do kręgielni, a czasem do pralni, w której stały Pac-Man i Galaga. Czasami też odwiedzałam Joy Town Arcade w centrum handlowym, chociaż panowało tam straszne zdzierstwo i pełno było heavymetalowców w podartych dżinsach i skórzanych kurtkach. Mieli jednak Pole Position, najlepszą z wszystkich wyścigówek, w dodatku z kierownicą, dzięki której miało się wrażenie, jakby naprawdę prowadziło się bolid.

Salon gier w Hawkins był dużym budynkiem o niskim dachu, z neonami w oknach i jaskrawożółtą markizą, chociaż pod kolorowymi światłami i farbą krył się zwykły aluminiowy blaszak. Mieli w nim Dragon’s Lair, Donkey Konga i moją ulubioną grę – Dig Duga.

Kręciłam się tam dziś przez całe popołudnie, aż pobiłam rekord na Dig Dugu. Wprowadziłam swoją ksywkę na pozycji numer jeden, ale nie miałam więcej monet, a ponieważ nosiło mnie i nie mogłam sobie znaleźć miejsca, wyszłam i zaczęłam objazdową wycieczkę po Hawkins na swojej desce.

Odpychałam się od chodnika coraz szybciej, z turkotem mijając restaurację, sklep budowlany, RadioShacka z elektroniką, kino. Kino było małe, z nie więcej niż jedną salą, ale fronton miało staromodnie efekciarski, z wielkim neonem wystającym z budynku jak upstrzony światełkami dziób gwiezdnego pancernika.

Seanse filmowe to były jedyne chwile, kiedy naprawdę lubiłam siedzieć bez ruchu. Na najnowszym plakacie przed kinem reklamowali Terminatora, ale już go widziałam. Fabuła była całkiem niezła. O takim morderczym robocie z przyszłości o wyglądzie Arnolda Schwarzeneggera, który cofa się w czasie, żeby zabić jedną kelnerkę nazwiskiem Sarah Connor. A ona na początku wydaje się całkiem normalna, ale potem okazuje się absolutnie w dechę. Podobał mi się ten film, chociaż nie był właściwie o potworach, ale z jakiegoś powodu także dziwnie mnie rozczarował. Żadna ze znanych mi kobiet nawet w najmniejszym stopniu nie przypominała Sary Connor.

Prułam dalej, mijając lombard – i sklep meblarski, i pizzerię z markizą w czerwono-zielone pasy – kiedy nagle tuż przede mną śmignęło coś małego i ciemnego. W przedwieczornej szarówce wyglądało jak kot, a ja zdążyłam jeszcze pomyśleć, jakie to dziwne, bo w centrum San Diego nigdy nie uświadczyłoby się kota, i nakryłam się nogami.

Przywykłam do wywrotek, ale mimo wszystko ten ułamek sekundy, w którym się upada, zawsze człowieka dezorientuje. Kiedy straciłam równowagę, było tak, jakby cały świat nagle wywrócił się do góry nogami i uciekł mi spod deski. Walnęłam w ziemię tak mocno, że od siły uderzenia aż zadzwoniły mi zęby.

Jeździłam na desce od zawsze – odkąd w trzeciej klasie mój najlepszy przyjaciel Nate Walker i jego brat Silas pojechali z rodzicami na wycieczkę na plażę Venice Beach i wrócili cali podjarani opowieściami o Z-Boys i sklepach dla skaterów w Dogtown. Jeździłam na desce, odkąd usłyszałam o taśmie antypoślizgowej i deskorolkach marki Madrid; odkąd po raz pierwszy śmignęłam w dół Sunset Hill i dowiedziałam się, jak to jest pędzić tak szybko, że serce ci wali, a oczy zachodzą łzami.

Chodnik był zimny. Przez chwilę leżałam płasko na brzuchu z głuchym łomotem w piersi, czując ból promieniujący mi aż do ramion. Mój łokieć przebił na wylot rękaw swetra, a na dłoniach miałam chyba zdartą skórę, bo czułam, jakby płynął po nich prąd. Kot dawno już gdzieś przepadł.

Przeturlałam się na wznak i próbowałam usiąść, kiedy z jednego ze sklepów wybiegła do mnie chuda, ciemnowłosa babka. Było to równie zaskakujące jak widok kota w dzielnicy handlowej. W Kalifornii nikt nie wybiegłby ze sklepu tylko po to, żeby sprawdzić, czy nic mi nie jest; no tak, ale byłam teraz w Indianie. Mama faktycznie zapowiadała, że tutaj ludzie będą milsi.

Kobieta już klęczała przy mnie na betonie. Miała wielkie oczy o nerwowym spojrzeniu. Łokieć krwawił trochę w miejscu, w którym rękaw się rozerwał. Dzwoniło mi w uszach.

Kobieta nachyliła się nade mną. Wyglądała na bardzo przejętą.

– Och, twoja ręka, pewnie cię boli. – Podniosła wzrok i wpatrzyła się prosto w moją twarz. – Często się boisz?

Tylko zagapiłam się na nią w odpowiedzi. Miałam ochotę powiedzieć „Skąd!” i byłoby to prawdą pod każdym względem. Nie bałam się pająków ani psów. Potrafiłam chodzić sama po ciemku nadmorskim deptakiem albo jeździć na desce po tarasach zalewowych w porze powodzi i nigdy się nie martwić, że wyskoczy na mnie jakiś morderca albo że zaleje mnie i zatopi nagły przypływ wód. A kiedy mama i ojczym powiedzieli, że przeprowadzamy się do Indiany, spakowałam do plecaka trochę bielizny, skarpetek oraz dwie pary dżinsów i ruszyłam sama na dworzec autobusowy, żeby uciec do Los Angeles. Pytanie ze strony nieznajomej, czy często się boję, brzmiało jak jakiś totalny odlot. Czego się miałam bać?

Przez chwilę tylko siedziałam na środku chodnika z bolącym łokciem i brudnymi, obtartymi dłońmi i patrzyłam na facetkę, mrużąc oczy.

– Co?

Wzięła mnie za ręce, żeby otrzepać z nich żwir. Dłonie miała chudsze i bardziej opalone niż moje, kostki jej palców były suche i popękane, paznokcie poobgryzane. Przy jej skórze moja wyglądała blado i piegowato.

Kobieta obserwowała mnie, rzucając mi szybkie, nerwowe spojrzenia, jakbym to ja zachowywała się dziwacznie.

– Zastanawiałam się tylko, czy się często ranisz. Ludziom o jasnej cerze łatwo pęka skóra. Powinnaś posmarować te rany jodyną albo czymś innym odkażającym, żeby nie dostać infekcji.

– Aha. – Pokręciłam głową. Moje dłonie wciąż wydawały się pełne maleńkich iskierek. – Nie. Znaczy, chyba nie.

Kobieta nachyliła się bliżej i chciała coś dodać, gdy nagle zamarła, a jej oczy stały się jeszcze większe. Powietrze rozdarł ryk silnika i obie podniosłyśmy głowy.

Nie zwracając uwagi na czerwone światło, przez skrzyżowanie z Oak Street przemknął błękitny jak woda w basenie chevrolet camaro i z warkotem podjechał do krawężnika. Kobieta obejrzała się błyskawicznie, nie wiedząc, o co chodzi, ale ja już wiedziałam.

Na miejscu kierowcy rozpierał się mój przyszywany brat Billy z jedną ręką leniwie przewieszoną przez kierownicę. Mimo zamkniętych szyb dobiegał nas jazgot hałaśliwej muzyki, której słuchał.

Nawet z poziomu ulicy widziałam błyski światła odbijające się od jego kolczyka. Billy obserwował mnie ze swoją zwykłą beznamiętną, pozbawioną wyrazu manierą – spod półprzymkniętych powiek, jakbym nudziła go tak, że z trudem to wytrzymywał – ale pod tą maską kryło się błyszczące ostrze zagrożenia. Kiedy spoglądał na mnie w ten sposób, nigdy nie wiedziałam, czy spiec raka, czy skrzywić się w płaczu. Przywykłam, że patrzy na mnie jak na coś, co miałby ochotę z siebie zeskrobać, ale zawsze było mi z tym gorzej, kiedy robił to przy kimś innym – tak jak teraz przy tej miłej, nerwowej babce, która wyglądała na czyjąś mamę.

Wstałam, wytarłam piekące wciąż dłonie o dżinsy na wysokości bioder, a potem schyliłam się po deskorolkę.

Billy otworzył usta i odrzucił głowę w tył. Po chwili wyciągnął się przez prawe siedzenie i opuścił szybę.

Muzyka z radia zaczęła walić głośniej, przeszywając chłodne powietrze łomotem Quiet Riot.

– Wsiadaj.

• • •

Dawno temu, przez dwa tygodnie kwietnia, myślałam, że jego camaro to najbardziej klawa rzecz pod słońcem. Miało wydłużony żarłocznie jak u rekina korpus pełen elegancko lakierowanych płatów i twardych, ostrych kątów. W takiej bryce można by obrobić bank.

Billy Hargrove był równie szybki i twardy. Miał spłowiałą dżinsową kurtkę i twarz gwiazdora filmowego.

Wtedy nie był dla mnie jeszcze Billym, tylko mglistym wyobrażeniem tego, jak miało wkrótce wyglądać moje życie. Wiedziałam, że jego tata, Neil, ma się ożenić z moją mamą, a kiedy wszyscy zamieszkamy razem, Billy zostanie moim bratem. Cieszyłam się, że znowu będę mieć rodzinę.

Mój tata po rozwodzie prysnął do LA, więc widywałam się z nim głównie w jakieś mało ważne święta albo kiedy akurat przyjeżdżał do San Diego w sprawach zawodowych, a mama nie umiała wymyślić pretekstu, żeby mnie nie puścić na spotkanie z nim.

Mama oczywiście nadal była przy mnie, ale dziwnie blada i zwiewna, trudna do uchwycenia. Zawsze wyglądała trochę nierealnie, ale kiedy tata wypisał się z całej sytuacji, jeszcze jej się pogorszyło. To, jak łatwo roztapiała się w osobowości każdego faceta, z którym zaczynała się spotykać, było właściwie tragiczne.

Najpierw był Donnie, który miał rentę inwalidzką z powodu pleców i nie mógł się schylać, żeby wynosić śmieci. W weekendy smażył nam naleśniki z proszku i opowiadał beznadziejne kawały, aż któregoś dnia uciekł z kelnerką z International House of Pancakes.

Po Donniem był Vic z Saint Louis, po nim Gus z jednym okiem zielonym, a drugim niebieskim, a także Ivan, który dłubał sobie w zębach scyzorykiem.

Neil był inny. Jeździł jasnobrązowym fordem półciężarówką, nosił odprasowane koszule i miał wąsy, które nadawały mu wygląd sierżanta czy strażnika z rezerwatu przyrody. No i chciał się ożenić z moją mamą.

Inni faceci byli ofiarami losu, ale pojawiali się na krótko, więc nigdy mi tak naprawdę nie przeszkadzali. Niektórzy byli durnowaci albo przyjacielscy, albo zabawni, ale po jakimś czasie wyłaziły z nich paskudne cechy. Zalegali z czynszem albo rozbijali samochód, albo upijali się i lądowali w areszcie.

Zawsze odchodzili, a jeśli nie, to mama ich wyrzucała. Nie było mi ich żal. Nawet za najlepszych z nich trzeba było czasem świecić oczami. Żaden nie był fajny jak tata, chociaż w większości byli w porządku. Niektórzy byli nawet mili.

Ale, jak już powiedziałam, Neil był inny.

Mama poznała go w banku. Pracowała jako kasjerka w okienku za brudną szybą, wydając klientom potwierdzenia wpłat, a małym dzieciom lizaki. Neil był strażnikiem i przez całe dni wystawał przy podwójnych drzwiach. Mówił mamie, że za swoją szybą wygląda jak Śpiąca Królewna albo jak starodawny obraz w ramie. Miało to pewnie brzmieć romantycznie, ale jakoś tego nie dostrzegałam. Śpiąca Królewna żyje pogrążona w śpiączce. A obrazy w ramach nie są ani fascynujące, ani nawet interesujące – po prostu w nich tkwią.

Kiedy za pierwszym razem mama zaprosiła go na obiad, przyszedł z kwiatami. Żaden z wcześniejszych facetów nigdy nie przyniósł jej kwiatów. Neil stwierdził, że klops, który mu podała, jest najlepszym, jaki jadł w życiu, a mama uśmiechnęła się, zaczerwieniła i zerknęła na niego spod oka. Cieszyłam się tylko, że przestała płakać po poprzednim chłopaku – sprzedawcy dywanów, który miał zaczeskę oraz żonę, do której zapomniał się przyznać.

Na kilka tygodni przed końcem roku szkolnego Neil się mamie oświadczył. Kupił jej pierścionek, a ona dała mu zapasowy klucz do domu. Odtąd pojawiał się, kiedy miał ochotę, przynosił kwiaty albo wyrzucał ozdobne poduszki czy zdjęcia, które mu się nie podobały, ale nie przychodził po dziesiątej wieczorem i nigdy nie zostawał na noc. Był na to zbyt wielkim dżentelmenem – jak sam mówił, był zbyt staromodny. Lubił czyste blaty stołów i wspólne rodzinne obiady. A mama dzięki temu małemu złotemu pierścionkowi zaręczynowemu była szczęśliwsza (bardziej niż kiedykolwiek już od dłuższego czasu), więc próbowałam cieszyć się razem z nią.

Neil mówił nam, że ma syna w liceum, ale na tym temat się kończył. Uznałam, że będzie to ktoś w typie porządnie ubranego futbolisty albo może młodsza kopia ojca. Billy okazał się zupełnie inny.

W dniu, kiedy miałyśmy go w końcu poznać, Neil zabrał nas wieczorem do Fort Fun, na tor gokartowy blisko naszego domu, gdzie nastoletni surferzy chodzili ze swoimi dziewczynami zjeść lane chrusty albo pograć w cymbergaja i skee-ball. Było to jedno z miejsc, w których goście tacy jak Neil nie pokazaliby się za nic w świecie. Dopiero później zrozumiałam: próbował nas przekonać, że jest fajny.

Billy się spóźniał. Neil nic nie mówił, ale było widać, że jest wściekły. Starał się udawać, że wszystko gra, ale jego palce wgniatały się coraz głębiej w piankowy kubek z coca-colą. Kiedy czekaliśmy, moja mama bawiła się nerwowo papierową serwetką, najpierw zwijając ją w kulkę, a potem rozrywając na maleńkie kwadraciki.

Fantazjowałam, że może to wszystko jedna wielka ściema i Neil wcale nie ma syna. Takie coś bez przerwy zdarzało się w horrorach: ktoś wymyślał sobie całe drugie życie i opowiadał wszystkim, że ma idealny dom i cudowną rodzinę, podczas gdy tak naprawdę mieszkał w suterenie i żywił się kotami czy coś w tym stylu.

Nie wierzyłam, że jest tak na serio, ale wyobrażanie sobie tego było ciekawsze niż obserwowanie, jak Neil co dwie minuty piorunuje wzrokiem parking, a potem uśmiecha się cierpko do mojej mamy.

Kiedy w końcu Billy się zjawił, całą trójką męczyliśmy się właśnie z partią minigolfa. Staliśmy przy dziesiątym dołku, przed malowanym wiatrakiem wielkości szopy ogrodowej, próbując wbić piłeczkę między jego obrotowymi skrzydłami.

Camaro wjechało na parking z takim rykiem silnika, że wszyscy się obejrzeli. Billy wysiadł i pchnął drzwi, tak że zatrzasnęły się za nim głośno. Miał na sobie dżinsową kurtkę, na nogach saperki, a w uchu – i to było najbardziej czadowe ze wszystkiego – kolczyk. W mojej szkole niektórzy starsi chłopcy chodzili w ciężkich butach i dżinsowych kurtkach, ale nikt z nich nie nosił kolczyka. Z nalakierowaną czupryną i rozpiętą na piersi koszulą Billy wyglądał jak heavymetalowcy z centrum handlowego, David Lee Roth albo inne bożyszcze tłumów.

Podszedł do nas, przecinając na skróty całe pole minigolfa. Przestąpił nad wielkim plastikowym żółwiem i stanął na sztucznej trawie.

Neil obserwował to z cierpko-kwaśną miną, którą miał zawsze, kiedy coś nie było w stanie sprostać jego wymaganiom.

– Spóźniłeś się.

Billy tylko wzruszył ramionami. Nie patrzył na swojego tatę.

– Przywitaj się z Maxine.

Chciałam powiedzieć Billy’emu, że nie tak mam na imię – nie cierpiałam, kiedy ludzie mówili do mnie „Maxine” – ale nie odezwałam się. Nic by to nie dało. Neil zawsze mnie tak nazywał, nieważne, ile razy bym mu nie mówiła, żeby tego nie robił.

Billy posłał w moją stronę takie powolne, klawe skinięcie głową, jakbyśmy się już znali, a ja się uśmiechnęłam, ściskając w spoconych dłoniach gumowaną rączkę kijka do minigolfa. Myślałam o tym, o ile bardziej fajowa się teraz stanę. Jak będą mi zazdrościć Nate i Silas. Będę mieć brata i to odmieni moje życie.

Później we dwoje zatrzymaliśmy się przy automatach do skee-balla, a Neil z mamą poszli dalej na spacer deptakiem. Zaczynało mnie trochę wkurzać, że bez przerwy robią do siebie słodkie oczy, ale nakarmiłam otwór wrzutowy automatu kilkoma ćwierćdolarówkami i starałam się to zignorować. Mama wyglądała na autentycznie szczęśliwą.

Skee-balle mieściły się na betonowym podwyższeniu nad torem dla gokartów. Przy balustradzie można było przyglądać się z góry, jak pojazdy śmigają w kółko po trasie w kształcie ósemki.

Billy oparł się łokciami o barierkę, a rozluźnione dłonie opuścił swobodnie przed sobą, bawiąc się trzymanym w palcach papierosem.

– Susan wygląda jak ktoś, kto potrafi człowieka nieźle zdołować.

Wzruszyłam ramionami. Trochę przewrażliwiona i nerwowa, a czasami nudna, była jednak moją mamą.

Billy wpatrywał się w przestrzeń nad torem dla gokartów. Rzęsy miał długie jak dziewczyna i po raz pierwszy zauważyłam, jak ciężkie ma powieki. Jak miałam się później dowiedzieć, była to jego cecha charakterystyczna: zawsze wyglądał, jakby się nie do końca obudził, z wyjątkiem… pewnych momentów. W tych momentach twarz znienacka mu ożywała i wtedy nie miało się pojęcia, co za chwilę zrobi ani co się stanie.

– A więc. Maxine. – Wypowiedział moje imię, jakby to był jakiś dowcip. Jakby tak naprawdę wcale nie było ono moim imieniem.

Poprawiłam włosy, zakładając je sobie za uszy, i posłałam piłeczkę do otworu w rogu automatu za sto punktów. Mechanizm pod wrzutem monet zaterkotał i wyrzucił z siebie papierowy łańcuszek kuponów.

– Nie nazywaj mnie tak. Tylko Max albo wcale.

Billy rzucił na mnie okiem z niedbałą, znudzoną miną. Po chwili uśmiechnął się sennie.

– No, no. Pyskata jesteś.

Wzruszyłam ramionami. Nie pierwszy raz to słyszałam.

– Tylko kiedy ktoś mnie wkurza.

Zaśmiał się cicho, chropawo.

– Szalona Max. W porządku.

Na parkingu stojące pod latarnią camaro było tak błękitne, że wyglądało jak istota z innego świata. Jak jakiś potwór. Miałam ochotę go dotknąć.

Billy znów się ode mnie odwrócił. Opierał się o balustradę z papierosem w dłoni, obserwując gokarty pędzące po wygrodzonym oponami torze.

Trafiłam ostatnią piłką do otworu za stówę i zebrałam wygrane kupony.

– Chcesz się pościgać?

Billy prychnął i sztachnął się fajką.

– Po co miałbym pajacować na jakimś gokarciku, skoro umiem jeździć samochodem?

– Ja też umiem – powiedziałam, chociaż nie do końca była to prawda. Tata uczył mnie raz, jak się wrzuca sprzęgło, na parkingu przy barze Jack in the Box.

Billy przyjął to bez zmrużenia oka. Odchylił głowę w tył i wydmuchnął smugę dymu.

– Jasne – powiedział. W świetle migających neonów minę miał obojętną, nawet znudzoną, ale głos niemal przyjazny.

– Naprawdę. Jak tylko skończę szesnaście lat, kupię sobie plymoutha barracudę i zrobię objazd całego wybrzeża.

– Barracudę, mówisz? To dużo koni mechanicznych jak na małą dziewczynkę.

– No to co? Dam radę. Założę się, że dałabym radę prowadzić i twoje auto.

Billy zbliżył się o krok i pochylił, tak że gapił mi się teraz prosto w twarz. Pachniał ostro i niebezpiecznie, lakierem do włosów i fajkami. Nadal się uśmiechał.

– Max – odezwał się chytrze, śpiewnym tonem – jeśli myślisz sobie, że dam ci się chociaż zbliżyć do mojej bryki, jesteś w ogromnym błędzie. – Ale mówiąc to, nie przestał się uśmiechać. Znowu się zaśmiał, ścisnął w palcach resztkę papierosa i odrzucił niedopałek. Oczy mu błyszczały.

A ja uznałam, że to wszystko to tylko jakiś wielki wygłup, bo tacy faceci tak już czasem gadali. Szumowiny i obiboki, znajomi mojego taty – wszyscy ci, którzy przesiadywali w pubie Black Door niedaleko jego mieszkania we wschodnim Hollywood. Kiedy dowcipkowali o odważnej córeczce Sama Mayfielda albo dokuczali mi w temacie chłopaków, tylko się wygłupiali.

Billy wciąż stał pochylony nade mną, studiując moją twarz.

– Jesteś jeszcze mała – powtórzył. – Ale chyba nawet maluchy umieją poznać się na wystrzałowej bryce, nie?

– Pewnie – potwierdziłam.

I autentycznie byłam wtedy na tyle naiwna, by uwierzyć, że tak wygląda początek czegoś dobrego. Że wraz z pojawieniem się Hargrove’ów wszystko się poprawi – albo przynajmniej unormuje. Że tak wygląda rodzina.

ROZDZIAŁ 2

Mój pierwszy dzień w gimnazjum w Hawkins wypadł we wtorek ponad miesiąc od początku roku szkolnego. Mama nie wysłała nas do szkoły w poniedziałek, bo w sekretariacie nie mieli jeszcze wszystkich naszych papierów. Ale tego dnia rano wsadziła głowę do mojego pokoju i kazała mi wstawać.

Wszystkie moje rzeczy były jeszcze w kartonach i pomyślałam, że mama każe mi je wypakować, ale tylko uśmiechnęła się blado i powiedziała, że pora do szkoły. Przyszło mi do głowy, że może od ciągłej obecności Billy’ego w domu zaczyna jej trochę odbijać szajba. Albo że może w końcu do niej dotarło, że ostatnie trzy dni przesiedziałam w salonie gier. I spędziłabym tam chętnie czwarty dzień, ale nie mogłam wiecznie opuszczać szkoły, a poza tym i tak skończyła mi się forsa.

Po śniadaniu wzięłam swój plecak i deskorolkę i wyszłam z domu tuż za Billym.

Camaro pachniało tak jak zawsze – lakierem do włosów i papierosami. Billy wśliznął się na miejsce kierowcy i odpalił silnik. Samochód zbudził się z nierównym warknięciem przechodzącym w ryk, a już po chwili pruliśmy wiejską dwupasmówką w kierunku miasteczka, mijając lasy, pola i stada krów.

Billy na fotelu kierowcy patrzył wprost przed siebie.

– Rany, tutaj jest naprawdę do dupy. Założę się, że już planujesz następną ucieczkę z więzienia, co?

Wyglądałam przez szybę po stronie pasażera z brodą wspartą na ręce.

– Nie.

Kiedy gliniarze przywieźli mnie do domu z dworca autobusowego w San Diego, mojej mamie prawie żyłka pękła. Nie przestawała powtarzać, jak strasznie ich wystraszyłam i jak niebezpiecznie było tak wypuścić się nie wiadomo dokąd, ale zupełnie nie rozumiała, o co chodziło. Nie uciekłam nie wiadomo dokąd, wybrałam się do LA odwiedzić tatę. Chociaż z punktu widzenia mojej mamy oznaczało to w zasadzie to samo.

Od kiedy tylko się rozstali, tata mieszkał w tym samym syfiastym mieszkanku we wschodnim Hollywood ze sfilcowanym dywanem i oknami tak brudnymi, że wszystko za nimi wyglądało, jakby siedziało się pod wodą.

Potrafił spiec się na słońcu jeszcze łatwiej niż ja – był Irlandczykiem i brunetem, o włosach tak ciemnych, że wyglądały na farbowane, i skórze tak bladej, że prześwitywały przez nią żyłki. Znał się na fizyce i matmie, znał też wszystkie hasła do krzyżówek w niedzielnej gazecie i potrafił otworzyć kłódkę typu Master Lock spinaczem biurowym i kawałkiem puszki po coca-coli.

Mama nie cierpiała, kiedy do niego jeździłam. Martwiła się o wszystko: ulicznych bandytów i wypadki i o to, czy tata na pewno dopilnuje mojej godziny pójścia spać. Nawet dawniej, kiedy jeszcze się dogadywali, doprowadzał ją do spazmów tylko tym, że pozwalał mi robić to, na co ona się nie zgadzała. Chociaż mama i tak łatwo panikowała, to jeśli chodziło o tatę, martwiła się o naprawdę nieważne rzeczy. Przecież nie zabierał mnie na walki psów – pozwalał tylko, żebym podpalała mu papierosy marki Black Cat, albo pokazywał mi, jak za pomocą wiertarki zrobić z wrotek i skrzynek po pomarańczach podwórkowy samochód wyścigowy.

Po rozwodzie mama stała się jeszcze bardziej nerwowa, a tata jeszcze bardziej beztroski. Kiedy wracałam do domu z podartą kurtką albo świeżym otarciem na kolanie, mama praktycznie dostawała histerii. Więc nie mówiłam jej, że tata uczy mnie jeździć swoim starym rzęchowatym chevroletem impalą na parkingu przed Jack in the Boxem.

Kiedy opowiadałam jej o weekendach u taty, bez problemu opuszczałam te fragmenty, które by się jej nie podobały. To, że tata zawsze spóźnia się po mnie na dworzec autobusowy albo że czasem zalicza zgon przed telewizorem. W weekendy lubił jeździć na wyścigi; siadałam wtedy na winylowym stołku obok niego, zajadając fistaszki, i przyglądałam się koniom.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki