Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 397 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszyscy mamy tajemnice - Harlan Coben

Dziesiąta z serii powieści o Myronie Bolitarze, uchylająca rąbka tajemnicy na temat przeszłości ulubionego bohatera Harlana Cobena.

Dawna gwiazda tenisa i jedna z pierwszych klientek Bolitara, Suzze, zwraca się do Myrona z prośbą o ratowanie jej małżeństwa. Niedawno ktoś umieścił na Facebooku komentarz kwestionujący ojcostwo nienarodzonego jeszcze dziecka pary. Zaraz potem Lex opuścił będącą w ósmym miesiącu ciąży żonę i przepadł bez wieści... Kobieta jest zrozpaczona, komentarz na jej profilu był dziwnie podpisany – nie tylko pseudonimem, ale również jakimś symbolem. Suzze obawia się, że Lexowi może grozić śmiertelne niebezpieczeństwo. Myron musi odnaleźć nie tylko zaginionego małżonka, ale również autora facebookowej notki.

Opinie o ebooku Wszyscy mamy tajemnice - Harlan Coben

Fragment ebooka Wszyscy mamy tajemnice - Harlan Coben

Wydanie elektroniczne

HAR­LAN CO­BEN

Współ­cze­sny pi­sarz ame­ry­kań­ski, któ­ry uzna­nie w krę­gu mi­ło­śni­ków li­te­ra­tu­ry sen­sa­cyj­nej zdo­był trze­cią książ­ką Bez skru­pu­łów, opu­bli­ko­wa­ną w 1995. Jako pierw­szy współ­cze­sny au­tor otrzy­mał trzy pre­sti­żo­we na­gro­dy li­te­rac­kie przy­zna­wa­ne w ka­te­go­rii po­wie­ści kry­mi­nal­nej, w tym naj­waż­niej­szą – Ed­gar Poe Award. Świa­to­wa po­pu­lar­ność Co­be­na za­czę­ła się w 2001 od thril­le­ra Nie mów ni­ko­mu, be­st­sel­le­ra w USA i Eu­ro­pie (ze­kra­ni­zo­wa­ne­go w 2006 przez Gu­il­lau­me’a Ca­ne­ta; obec­nie w USA po­wsta­je re­ma­ke). Ko­lej­ne po­wie­ści, za któ­re otrzy­mał wie­lo­mi­lio­no­we za­licz­ki od wy­daw­ców, m.in. Bez po­że­gna­nia, Nie­win­ny, W głę­bi lasu, Za­gi­nio­na, Na go­rą­cym uczyn­ku, Wszy­scy mamy ta­jem­ni­ce, Schro­nie­nie, Zo­stań przy mnie i Se­conds Away uczy­ni­ły go me­ga­gwiaz­dą ga­tun­ku i jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych au­to­rów, tak­że w Pol­sce. W mar­cu 2013 uka­zał się jego nowy thril­ler Six Years.

www.har­lan­co­ben.com

Tego au­to­ra

NIE MÓW NI­KO­MU

BEZ PO­ŻE­GNA­NIA

JE­DY­NA SZAN­SA

TYL­KO JED­NO SPOJ­RZE­NIE

NIE­WIN­NY

W GŁĘ­BI LASU

ZA­CHO­WAJ SPO­KÓJ

MI­STY­FI­KA­CJA

NA GO­RĄ­CYM UCZYN­KU

KLI­NI­KA ŚMIER­CI

ZO­STAŃ PRZY MNIE

SZEŚĆ LAT PÓŹ­NIEJ

Jako współ­au­tor

AŻ ŚMIERĆ NAS ROZ­ŁĄ­CZY

NAJ­LEP­SZE AME­RY­KAŃ­SKIE OPO­WIA­DA­NIA KRY­MI­NAL­NE 2011

z My­ro­nem Bo­li­ta­rem

BEZ SKRU­PU­ŁÓW

KRÓT­KA PIŁ­KA

BEZ ŚLA­DU

BŁĘ­KIT­NA KREW

JE­DEN FAŁ­SZY­WY RUCH

OSTAT­NI SZCZE­GÓŁ

NAJ­CZAR­NIEJ­SZY STRACH

OBIE­CAJ MI

ZA­GI­NIO­NA

WSZY­SCY MAMY TA­JEM­NI­CE

SCHRO­NIE­NIE

KIL­KA SE­KUND OD ŚMIER­CI

Ty­tuł ory­gi­na­łu: LIVE WIRE

Co­py­ri­ght © Har­lan Co­ben 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2012

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma

Ilu­stra­cja na okład­ce: Pho­to­li­bra­ry/Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-081-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Anne,

po­nie­waż naj­lep­sze do­pie­ro na­dej­dzie

1

Naj­gor­sza praw­da, jak ktoś kie­dyś po­wie­dział My­ro­no­wi, i tak jest lep­sza od naj­lep­sze­go kłam­stwa.

My­ron my­ślał o tym te­raz, pa­trząc na swo­je­go ojca le­żą­ce­go na szpi­tal­nym łóż­ku. W my­ślach cof­nął się o szes­na­ście lat do chwi­li, gdy ostat­ni raz okła­mał ojca, a kłam­stwo to spo­wo­do­wa­ło tyle bólu i cier­pie­nia, za­po­cząt­ko­wu­jąc ciąg tra­gicz­nych wy­da­rzeń, któ­ry w fa­tal­ny spo­sób za­koń­czy się tu­taj.

Oj­ciec nie otwie­rał oczu, od­dy­chał chra­pli­wie i nie­rów­no. Wy­da­wa­ło się, że rur­ki wy­cho­dzą ze­wsząd. My­ron spoj­rzał na jego przed­ra­mię. Przy­po­mniał so­bie, jak bę­dąc dzie­cia­kiem, od­wie­dził ojca w tam­tym ma­ga­zy­nie w Ne­wark, gdzie tata sie­dział za ogrom­nym biur­kiem, z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi ko­szu­li. Przed­ra­mię było tak mu­sku­lar­ne, że na­pi­na­ło ma­te­riał i man­kiet ni­czym opa­ska uci­sko­wa za­ci­skał się na mię­śniach.

Te­raz te mię­śnie sta­ły się gąb­cza­ste, zwiot­cza­łe ze sta­ro­ści. Sze­ro­ka pierś, da­ją­ca My­ro­no­wi ta­kie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, te­raz była kru­cha i wy­da­wa­ło się, że gdy­by ktoś ją na­ci­snął, że­bra trza­snę­ły­by jak su­che pa­ty­ki. Nie­ogo­lo­na twarz ojca była usia­na sza­ry­mi pla­ma­mi, nie zaś – jak zwy­kle – po­ciem­nia­ła od za­ro­stu, a ob­wi­sła skó­ra pod­bród­ka wi­sia­ła jak o je­den nu­mer za duży płaszcz.

Mat­ka My­ro­na – i żona Ala Bo­li­ta­ra od czter­dzie­stu trzech lat – sie­dzia­ła przy łóż­ku. Drżą­cą od cho­ro­by Par­kin­so­na dło­nią trzy­ma­ła jego dłoń. Ona też wy­glą­da­ła szo­ku­ją­co kru­cho. Za mło­du mat­ka była jed­ną z pierw­szych fe­mi­ni­stek. Pa­li­ła biu­sto­nosz ra­zem z Glo­rią Ste­inem, no­si­ła ko­szul­ki z ta­ki­mi na­pi­sa­mi, jak: „Miej­sce ko­bie­ty jest w domu… i w se­na­cie”. Te­raz obo­je, El­len i Al Bo­li­ta­ro­wie („Je­ste­śmy El-Al – za­wsze żar­to­wa­ła mama – jak izra­el­skie li­nie lot­ni­cze”), ste­ra­ni wie­kiem, wciąż byli ra­zem, szczę­śliw­si niż ogrom­na więk­szość sta­rze­ją­cych się ko­chan­ków – jed­nak wła­śnie tak wy­glą­dał fi­nał tego szczę­ścia.

Bóg ma spe­cy­ficz­ne po­czu­cie hu­mo­ru.

– A za­tem – ci­cho po­wie­dzia­ła mat­ka do My­ro­na – zga­dza­my się?

My­ron nie od­po­wie­dział. Naj­lep­sze z kłamstw prze­ciw naj­gor­szej praw­dzie. My­ron po­wi­nien na­uczyć się tego wów­czas, przed szes­na­sto­ma laty, gdy ostat­ni raz skła­mał temu wiel­kie­mu czło­wie­ko­wi, któ­re­go ko­chał jak ni­ko­go na świe­cie. Jed­nak nie, to nie ta­kie pro­ste. Naj­gor­sza praw­da może być dru­zgo­czą­ca. Może wstrzą­snąć świa­tem.

A na­wet za­bić.

Tak więc kie­dy oj­ciec otwo­rzył oczy, gdy ten czło­wiek, któ­re­go My­ron ce­nił jak ni­ko­go in­ne­go, spoj­rzał na swo­je­go naj­star­sze­go syna py­ta­ją­co, z nie­mal dzie­cin­nym zmie­sza­niem, My­ron po­pa­trzył na mat­kę i po­wo­li po­ki­wał gło­wą. Po­tem po­wstrzy­mał łzy, przy­go­to­wu­jąc się, by po­wie­dzieć ojcu jesz­cze jed­no, ostat­nie kłam­stwo.

2

SZEŚĆ DNI WCZE­ŚNIEJ

– Pro­szę, My­ro­nie, po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy.

Dla My­ro­na to było tro­chę jak sen: kształt­na, uro­dzi­wa dama w ta­ra­pa­tach, wkra­cza­ją­ca do jego biu­ra jak­by żyw­cem wzię­ta z fil­mu z Bo­gar­tem – tyle że, no cóż, bar­dziej czła­pa­ła, niż kro­czy­ła, a jej uro­cze ko­bie­ce kształ­ty uwy­dat­niał ósmy mie­siąc cią­ży, co w znacz­nym stop­niu ni­we­czy­ło efekt sen­ne­go ma­rze­nia.

Zwa­ła się Suz­ze T., skrót od Tre­van­ti­no, i była daw­ną gwiaz­dą te­ni­sa. Nie­gdyś sek­sow­na nie­grzecz­na dziew­czy­na, bar­dziej zna­na z pro­wo­ka­cyj­nych stro­jów, kol­czy­ków i ta­tu­aży niż suk­ce­sów spor­to­wych. Jed­nak wy­gra­ła kil­ka tur­nie­jów i za­ro­bi­ła kupę for­sy na re­kla­mach, naj­wię­cej wy­chwa­la­jąc za­le­ty (My­ron uwiel­biał ten eu­fe­mizm) La-La-Lat­te, czy­li sie­ci ba­rów to­pless, do któ­rych lu­bi­li za­glą­dać szu­ka­ją­cy pod­nie­ty chłop­cy z col­le­ge’u. Do­bre cza­sy.

My­ron roz­ło­żył ręce.

– Wiesz, Suz­ze, że je­stem do two­ich usług przez całą dobę i sie­dem dni w ty­go­dniu.

Znaj­do­wa­li się w jego biu­rze przy Park Ave­nue, sie­dzi­bie MB Reps. M to skrót od My­ron, B od Bo­li­tar, a Reps, po­nie­waż re­pre­zen­to­wa­li spor­tow­ców, ak­to­rów i pi­sa­rzy. Ge­niu­sze do­słow­no­ści to my.

– Po pro­stu po­wiedz mi, co mogę dla cie­bie zro­bić. Suz­ze za­czę­ła cho­dzić po po­ko­ju.

– Nie wiem, od cze­go za­cząć.

My­ron już miał coś po­wie­dzieć, gdy po­wstrzy­ma­ła go, pod­no­sząc rękę.

– A je­śli od­wa­żysz się po­wie­dzieć „Za­cznij od po­cząt­ku”, urwę ci jed­no ją­dro.

– Tyl­ko jed­no?

– Je­steś za­rę­czo­ny. My­ślę o two­jej bied­nej na­rze­czo­nej. Zwięk­szy­ła tem­po i im­pet mar­szu, tak że My­ron za­czął się oba­wiać, iż może za­cząć ro­dzić w jego nie­daw­no od­no­wio­nym biu­rze.

– Hm, ten dy­wan jest nowy – na­po­mknął My­ron. Ścią­gnę­ła brwi, zro­bi­ła jesz­cze kil­ka kro­ków i za­czę­ła ogry­zać ja­skra­wo po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie.

– Suz­ze?

Przy­sta­nę­ła. Po­pa­trzy­ła mu w oczy.

– Mów – za­chę­cił.

– Pa­mię­tasz, jak się po­zna­li­śmy?

My­ron ski­nął gło­wą. Do­pie­ro co ukoń­czył stu­dia praw­ni­cze i otwo­rzył swo­ją fir­mę. Wów­czas, na po­cząt­ku dzia­łal­no­ści, no­si­ła na­zwę MB Spor­t­sReps, dla­te­go że po­cząt­ko­wo My­ron re­pre­zen­to­wał tyl­ko spor­tow­ców. Kie­dy za­czął re­pre­zen­to­wać ak­to­rów, pi­sa­rzy oraz in­nych ar­ty­stów oraz ce­le­bry­tów, usu­nął z na­zwy Sports i tak po­wsta­ła MB Reps.

Znów ta do­słow­ność.

– Oczy­wi­ście – od­parł.

– By­łam za­gu­bio­na, praw­da?

– By­łaś bar­dzo uta­len­to­wa­ną te­ni­sist­ką.

– I za­gu­bio­ną. Bądź­my szcze­rzy.

My­ron pod­niósł ręce.

– Mia­łaś osiem­na­ście lat.

– Sie­dem­na­ście.

– Do­brze, sie­dem­na­ście. – Przez mo­ment zo­ba­czył Suz­ze w słoń­cu: z blond wło­sa­mi zwią­za­ny­mi w ku­cyk, ło­bu­zer­skim uśmie­chem, ude­rza­ją­cą pił­kę, jak­by tają ob­ra­zi­ła.

– Wła­śnie prze­szłaś na za­wo­dow­stwo. Do­ra­sta­ją­cy chłop­cy wie­sza­li two­je pla­ka­ty w swo­ich po­ko­jach. Mia­łaś za­raz stać się le­gen­dą. Twoi ro­dzi­ce cię ty­ra­ni­zo­wa­li. To cud, że się nie wy­ko­le­iłaś.

– Słusz­na uwa­ga.

– Za­tem w czym pro­blem?

Suz­ze spoj­rza­ła na swój brzuch, jak­by do­pie­ro co urósł.

– Je­stem w cią­ży.

– Hm, taak, wi­dzę.

– Ży­cie jest pięk­ne, wiesz? – Te­raz jej głos był ła­god­ny, roz­ma­rzo­ny. – Po tych wszyst­kich la­tach, gdy by­łam taka za­gu­bio­na… zna­la­złam Lexa. Jego mu­zy­ka nig­dy nie była lep­sza. Szko­ła te­ni­sa wspa­nia­le się roz­wi­ja. I, no cóż, te­raz wszyst­ko tak do­brze się ukła­da.

My­ron cze­kał, a ona nie od­ry­wa­ła oczu od swo­je­go brzu­cha, obej­mu­jąc go, jak­by przy­trzy­my­wa­ła jego za­war­tość, co – jak po­dej­rze­wał My­ron – w pew­nym stop­niu było praw­dą.

– Po­do­ba ci się to, że je­steś w cią­ży? – za­py­tał, żeby pod­trzy­mać roz­mo­wę.

– To, że no­szę w brzu­chu dziec­ko?

– Tak.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Nie że­bym się tym na­pa­wa­ła. Chcę po­wie­dzieć, że je­stem go­to­wa uro­dzić. Nie­któ­re ko­bie­ty uwiel­bia­ją być w cią­ży.

– A ty nie?

– Mam wra­że­nie, że ktoś za­par­ko­wał spy­chacz na moim pę­che­rzu. My­ślę, że nie­któ­rym ko­bie­tom po­do­ba się to, iż są w cią­ży, po­nie­waż czu­ją się wte­dy waż­ne. Jak­by były ce­le­bryt­ka­mi. Więk­szość prze­cho­dzi przez ży­cie, nie przy­cią­ga­jąc ni­czy­jej uwa­gi, ale kie­dy są w cią­ży, lu­dzie ro­bią wo­kół nich dużo za­mie­sza­nia. Może to za­brzmi zło­śli­wie, ale cię­żar­ne ko­bie­ty lu­bią aplauz. Ro­zu­miesz, co chcę po­wie­dzieć?

– Tak są­dzę.

– Ja już chy­ba do­sta­łam swo­ją daw­kę aplau­zu. – Po­de­szła do okna i spo­glą­da­ła przez nie przez chwi­lę. Po­tem znów od­wró­ci­ła się do nie­go. – Na­wia­sem mó­wiąc, czy za­uwa­ży­łeś, ja­kie wiel­kie mam cyc­ki?

– Mhm – mruk­nął My­ron i po­sta­no­wił nie roz­wi­jać te­ma­tu.

– A sko­ro o tym mowa, to za­sta­na­wiam się, czy nie po­wi­nie­neś za­pro­po­no­wać La-La-Lat­te no­wej se­sji zdję­cio­wej.

– Zdję­cia stra­te­gicz­nie waż­nych miejsc?

– Wła­śnie. Te me­lo­ny mo­gli­by wy­ko­rzy­stać w no­wej kam­pa­nii re­kla­mo­wej. – Uję­ła je w dło­nie, na wy­pa­dek gdy­by My­ron miał wąt­pli­wo­ści, o ja­kich me­lo­nach mówi.

– Co o tym my­ślisz?

– My­ślę, że krą­żysz wo­kół te­ma­tu.

Mia­ła łzy w oczach.

– Je­stem taka cho­ler­nie szczę­śli­wa.

– No cóż, ro­zu­miem, że to może być pro­blem.

Uśmiech­nę­ła się.

– Prze­pę­dzi­łam moje de­mo­ny. Na­wet po­go­dzi­łam się z mat­ką. Lex i ja je­ste­śmy wię­cej niż go­to­wi mieć to dziec­ko. Chcę, żeby te de­mo­ny trzy­ma­ły się z da­le­ka.

My­ron się wy­pro­sto­wał.

– Chy­ba nie za­czę­łaś znów brać?

– Boże, nie. Nie o ta­kich de­mo­nach mó­wię. Lex i ja skoń­czy­li­śmy z tym.

Lex Ry­der, mąż Suz­ze, był po­ło­wą le­gen­dar­ne­go du­etu zna­ne­go jako ze­spół Hor­se­Po­wer, choć, bądź­my szcze­rzy, znacz­nie mniej­szą po­ło­wą niż nad­zwy­czaj cha­ry­zma­tycz­ny li­der Ga­briel Wire. Lex był do­brym, choć nie­co za­gu­bio­nym mu­zy­kiem, ale za­wsze bę­dzie jak John Oates przy aniel­skim Da­ry­lu Hal­lu, An­drew Rid­ge­ley przy aniel­skim Geo­r­ge’u Mi­cha­elu, resz­ta Pus­sy­cat Dolls przy Ni­co­le Scherz­ja­kiejś­tam.

– Więc o ja­kich de­mo­nach mó­wisz?

Suz­ze się­gnę­ła do to­reb­ki i wy­ję­ła coś, co z jego miej­sca za biur­kiem wy­glą­da­ło jak fo­to­gra­fia. Pa­trzy­ła na to przez chwi­lę, a po­tem po­da­ła My­ro­no­wi. Zer­k­nął i zno­wu spró­bo­wał ją prze­cze­kać.

W koń­cu, tyl­ko żeby coś po­wie­dzieć, stwier­dził oczy­wi­sty fakt:

– To ul­tra­so­no­gra­ficz­ne zdję­cie two­je­go dziec­ka.

– Mhm. W wie­ku dwu­dzie­stu ośmiu ty­go­dni.

Znów za­pa­dła ci­sza. I znów prze­rwał ją My­ron.

– Czy coś jest nie tak z dziec­kiem?

– Skąd­że. Jest ide­al­nie zdro­wy.

– On?

Suz­ze T. się uśmiech­nę­ła.

– Będę mia­ła ma­łe­go męż­czy­znę.

– To su­per.

– Tak. Och, to je­den z po­wo­dów tego, że tu je­stem. Roz­ma­wia­li­śmy o tym z Le­xem. Obo­je chce­my, że­byś był oj­cem chrzest­nym.

– Ja?

– Mhm.

My­ron nic nie po­wie­dział.

– No?

Te­raz to My­ro­no­wi za­szkli­ły się oczy.

– Będę za­szczy­co­ny.

– Czy ty pła­czesz?

My­ron mil­czał.

– Ale z cie­bie baba – po­wie­dzia­ła.

– Co się sta­ło, Suz­ze?

– Może nic. – I do­da­ła: – My­ślę, że ktoś chce mnie znisz­czyć.

My­ron nie od­ry­wał oczu od so­no­gra­mu.

– Jak?

Wte­dy mu po­ka­za­ła. Po­ka­za­ła mu dwa sło­wa, któ­re głu­chym echem od­bi­ja­ły się w jego ser­cu przez bar­dzo dłu­gi czas.

3

Go­dzi­nę póź­niej Wind­sor Hor­ne Loc­kwo­od III – zna­ny tym, któ­rzy się go bali (czy­li prak­tycz­nie wszyst­kim), jako Win – wkro­czył do biu­ra My­ro­na. Kro­czył tak, jak­by no­sił cy­lin­der oraz frak i wy­wi­jał la­secz­ką. Za­miast tego miał na so­bie ró­żo­wo-zie­lo­ny kra­wat od Lil­ly Pu­lit­zer, nie­bie­ski ble­ze­rek z ja­kimś her­bem na pier­si i spor­to­we spodnie z kan­tem tak ostrym, że moż­na się było ska­le­czyć. No­sił mo­ka­sy­ny, nie miał skar­pe­tek i wy­glą­dał tak, jak­by wła­śnie za­mie­rzał wy­ru­szyć w rejs na SS „Kupa For­sy”.

– Wpa­dła do mnie Suz­ze – po­wie­dział My­ron.

Win ski­nął gło­wą, wy­su­wa­jąc szczę­kę.

– Wi­dzia­łem, jak wy­cho­dzi­ła.

– Czy wy­glą­da­ła na wzbu­rzo­ną?

– Nie za­uwa­ży­łem – od­parł Win, sia­da­jąc.

– Po­więk­szy­ły jej się pier­si.

Cały Win.

– Ma pro­blem – rzekł My­ron.

Win usa­do­wił się wy­god­nie, za­kła­da­jąc nogę na nogę z ty­po­wą dla nie­go sprę­ży­stą swo­bo­dą.

– Wy­ja­śnij.

My­ron ob­ró­cił mo­ni­tor kom­pu­te­ra tak, żeby Win mógł wi­dzieć ekran. Go­dzi­nę wcze­śniej Suz­ze T. zro­bi­ła po­dob­nie. My­ślał o tych dwóch krót­kich sło­wach. Same w so­bie były nie­szko­dli­we, lecz w ży­ciu waż­ny jest kon­tekst. A w tym kon­tek­ście te dwa sło­wa mro­zi­ły krew.

Win zmru­żył oczy, pa­trząc na ekran, i się­gnął do kie­sze­ni na pier­si. Wy­jął oku­la­ry do czy­ta­nia. Miał je od oko­ło mie­sią­ca i cho­ciaż My­ron po­wie­dział­by, że to nie­moż­li­we, wy­glą­dał w nich jesz­cze bar­dziej wy­nio­śle i iry­tu­ją­co. Po­nad­to pie­kiel­nie przy­gnę­bia­ły My­ro­na. Win i on nie byli sta­rzy – w żad­nym ra­zie – ale, uży­wa­jąc ana­lo­gii do gry w gol­fa, jaką po­słu­żył się Win, gdy po raz pierw­szy wy­jął te oku­la­ry: „Je­ste­śmy ofi­cjal­nie za dzie­wią­tym doł­kiem ży­cia”.

– Czy to stro­na Fa­ce­bo­oka? – za­py­tał Win.

– Tak. Suz­ze po­wie­dzia­ła, że wy­ko­rzy­stu­je ją do pro­mo­wa­nia swo­jej szko­ły gry w te­ni­sa.

Win na­chy­lił się do ekra­nu.

– Czy to jej so­no­gram?

– Tak.

– I jak ten so­no­gram pro­mu­je jej szko­łę gry w te­ni­sa?

– Też o to za­py­ta­łem. Po­wie­dzia­ła, że taki ak­cent oso­bi­sty jest po­trzeb­ny. Lu­dzie nie chcą czy­tać tek­stów re­kla­mo­wych. Win ścią­gnął brwi.

– I dla­te­go umie­ści­ła tam so­no­gram pło­du? – Zer­k­nął na My­ro­na. – Uwa­żasz, że to ma sens?

Praw­dę mó­wiąc, My­ron uwa­żał, że nie. I zno­wu – z po­wo­du tych oku­la­rów do czy­ta­nia Wina i tego, że obaj uty­ski­wa­li na ten nowy świat por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych – po­czuł się sta­ry.

– Spójrz na ko­men­ta­rze do zdję­cia – pod­su­nął.

Win po­słał mu bez­na­mięt­ne spoj­rze­nie.

– Lu­dzie ko­men­tu­ją so­no­gram?

– Prze­czy­taj.

Win zro­bił to. My­ron cze­kał. Znał te ko­men­ta­rze na pa­mięć. Wie­dział, że na tej stro­nie jest ich dwa­dzie­ścia sześć, prze­waż­nie z gra­tu­la­cja­mi. Na przy­kład mat­ka Suz­ze, pod­sta­rza­ła wzor­co­wa Nie­do­bra Ma­mu­sia Te­ni­sist­ki, na­pi­sa­ła: Hej, wszy­scy! Będę bab­cią! Su­per! Nie­ja­ka Amy stwier­dzi­ła: Ale ład­ne!!! Żar­to­bli­we: Po­dob­ny do swo­je­go taty;) umie­ścił per­ku­si­sta, któ­ry cza­sem pra­co­wał z Hor­se­Po­wer. Fa­cet imie­niem Ke­lvin na­pi­sał Gra­tu­la­cje!, a Tami py­ta­ła: Kie­dy dziec­ko przyj­dzie na świat, ko­cha­na?

Win za­trzy­mał się na trze­cim ko­men­ta­rzu od koń­ca.

– Za­baw­ny gość.

– Któ­ry?

– Ja­kiś gów­nia­ny hu­ma­no­id imie­niem Erik na­pi­sał…

– Win od­kaszl­nął i na­chy­lił się bli­żej ekra­nu. – Two­je dziec­ko wy­glą­da jak ko­nik mor­ski! A po­tem Erik Śmie­szek umie­ścił skrót LOL.

– To nie on sta­no­wi pro­blem.

To nie uspo­ko­iło Wina.

– Mimo to może war­to zło­żyć po­czci­we­mu Eri­ko­wi wi­zy­tę.

– Czy­taj da­lej.

– Do­brze.

Wy­raz twa­rzy Wina rzad­ko się zmie­niał. Na­uczył się nie oka­zy­wać uczuć, za­rów­no w in­te­re­sach, jak i w wal­ce. Jed­nak po kil­ku se­kun­dach My­ron za­uwa­żył, że oczy jego sta­re­go przy­ja­cie­la lek­ko po­ciem­nia­ły. Win spoj­rzał na nie­go. My­ron ski­nął gło­wą. Po­nie­waż te­raz wie­dział, że Win już na­tra­fił na te dwa sło­wa.

Były tam, na dole stro­ny. Dwa sło­wa ko­men­ta­rza umiesz­czo­ne­go przez „Abe­onę S.” – nick, któ­ry nic mu nie mó­wił. Do­łą­czo­ny do pro­fi­lu ob­ra­zek przed­sta­wiał ja­kiś sym­bol, może chiń­ski znak. A na­pi­sa­ne wiel­ki­mi li­te­ra­mi, bez żad­ne­go zna­ku prze­stan­ko­we­go, dwa krót­kie, lecz szo­ku­ją­ce sło­wa gło­si­ły: NIE JEGO.

Za­pa­dła ci­sza.

Po chwi­li prze­rwał ją Win:

– Za­ska­ku­ją­ce.

– Istot­nie.

Win zdjął oku­la­ry.

– Czy mu­szę za­dać oczy­wi­ste py­ta­nie?

– Ja­kie?

– Czy to praw­da?

– Suz­ze przy­się­ga, że to dziec­ko Lexa.

– Wie­rzy­my jej?

– Wie­rzy­my – od­parł My­ron. – A ma to ja­kieś zna­cze­nie?

– Nie mo­ral­ny aspekt, skąd­że. Moja teo­ria? To ro­bo­ta ja­kie­goś świ­ra im­po­ten­ta.

My­ron po­ki­wał gło­wą.

– Oto wła­śnie za­le­ta in­ter­ne­tu: każ­dy może się wy­po­wie­dzieć. Na­to­miast wadą in­ter­ne­tu jest to, że każ­dy może się wy­po­wia­dać.

– To ba­stion tchó­rzy i ano­ni­mo­wych do­no­si­cie­li – zgo­dził się Win. – Suz­ze chy­ba po­win­na wy­ka­so­wać ten wpis, za­nim zo­ba­czy go Lex.

– Za póź­no. To wła­śnie część pro­ble­mu. Lex jak­by uciekł.

– Ro­zu­miem – mruk­nął Win. – A ona chce, że­by­śmy go zna­leź­li?

– Owszem. I spro­wa­dzi­li do domu.

– Od­na­le­zie­nie słyn­nej gwiaz­dy roc­ka nie po­win­no być trud­ne – orzekł Win. – A dru­ga część pro­ble­mu?

– Ona chce wie­dzieć, kto to na­pi­sał.

– Po­znać toż­sa­mość Świ­ra Im­po­ten­ta?

– Suz­ze są­dzi, że to grub­sza spra­wa. Uwa­ża, że ktoś na­praw­dę chce ją za­ła­twić.

Win po­krę­cił gło­wą.

– To świr im­po­tent.

– Daj spo­kój. Na­pi­sać „Nie jego”? To cho­re.

– Za­tem cho­ry świr im­po­tent. Czy ty w ogó­le czy­tasz te bzdu­ry w in­ter­ne­cie? Wejdź na ja­ką­kol­wiek stro­nę z wia­do­mo­ścia­mi i spójrz na ra­si­stow­skie, ho­mo­fo­bicz­ne, pa­ra­no­icz­ne „ko­men­ta­rze”. – Na­kre­ślił w po­wie­trzu cu­dzy­słów. – Za­wy­jesz jak wilk.

– Wiem, ale obie­ca­łem to spraw­dzić.

Win wes­tchnął, za­ło­żył oku­la­ry i na­chy­lił się do ekra­nu.

– Oso­ba, któ­ra umie­ści­ła ten ko­men­tarz, to nie­ja­ka Abe­ona S. Czy mo­że­my za­ło­żyć, że to pseu­do­nim?

– Mhm. Abe­ona to rzym­ska bo­gi­ni. Nie mam po­ję­cia, co ozna­cza S.

– A ob­ra­zek do­łą­czo­ny do pro­fi­lu? Co to za znak?

– Nie wiem.

– Py­ta­łeś Suz­ze?

– Tak. Po­wie­dzia­ła, że nie ma po­ję­cia. To przy­po­mi­na ja­kiś chiń­ski znak.

– Może znaj­dzie­my ko­goś, kto nam go prze­tłu­ma­czy.

– Win usiadł wy­god­niej i splótł pal­ce. – Zwró­ci­łeś uwa­gę na go­dzi­nę za­miesz­cze­nia tego ko­men­ta­rza?

My­ron kiw­nął gło­wą.

– Trze­cia sie­dem­na­ście rano.

– Strasz­nie póź­na pora.

– Tak so­bie wła­śnie po­my­śla­łem – rzekł My­ron. – Może to po pro­stu in­ter­ne­to­wy od­po­wied­nik pi­sa­nia SMS-ów po pi­ja­ku.

– Albo ja­kiś były z pre­ten­sja­mi – pod­su­nął Win.

– A są ja­cyś bez pre­ten­sji?

– Kie­dy przy­po­mnę so­bie burz­li­wą mło­dość Suz­ze, to mo­gło­by być, ła­god­nie mó­wiąc, kil­ku kan­dy­da­tów.

– Jed­nak żad­ne­go z nich nie po­dej­rze­wa o coś ta­kie­go.

Win nadal wpa­try­wał się w ekran.

– Za­tem jaki bę­dzie nasz pierw­szy krok?

– Na­praw­dę?

– Słu­cham?

My­ron krą­żył po swo­im od­no­wio­nym biu­rze. Zni­kły pla­ka­ty sztuk wy­sta­wia­nych na Broad­wayu i ga­dże­ty Bat­ma­na. Zo­sta­ły zdję­te przed ma­lo­wa­niem i My­ron nie był pew­ny, czy chce umie­ścić je tam z po­wro­tem. Zni­kły rów­nież jego tro­fea i na­gro­dy z cza­sów, kie­dy grał: sy­gne­ty za mi­strzo­stwo NCAA, za­wia­do­mie­nia o po­wo­ła­niu do aka­de­mic­kiej dru­ży­ny kra­jo­wej, dy­plom aka­de­mic­kie­go gra­cza roku. Wszyst­kie oprócz jed­ne­go. Tuż przed swo­im pierw­szym me­czem w za­wo­do­wej dru­ży­nie Bo­ston Cel­tics, gdy jego ma­rze­nie mia­ło wresz­cie się zi­ścić, My­ron od­niósł po­waż­ną kon­tu­zję ko­la­na. „Sports Il­lu­stra­ted” za­mie­ścił na okład­ce jego zdję­cie z do­pi­skiem CZY JEST SKOŃ­CZO­NY? i cho­ciaż nie od­po­wie­dzie­li na to py­ta­nie, oka­za­ło się, że istot­nie był. Sam nie wie­dział, dla­cze­go za­cho­wał tę opra­wio­ną w ram­ki okład­kę. Za­py­ta­ny, od­po­wie­dział­by, że to ostrze­że­nie dla wszyst­kich przy­cho­dzą­cych do jego biu­ra „su­per­gwiazd”, iż szyb­ko mogą prze­stać nimi być, ale My­ron po­dej­rze­wał, że ma to głęb­szy sens.

– To nie jest twój zwy­kły mo­dus ope­ran­di – za­uwa­żył.

– Och, a ja­kiż to?

– Zwy­kle w tym mo­men­cie mó­wisz mi, że je­stem agen­tem, nie pry­wat­nym de­tek­ty­wem, i nie wi­dzisz żad­ne­go sen­su w zaj­mo­wa­niu się tym, po­nie­waż to nie przy­nie­sie fir­mie żad­nych ko­rzy­ści.

Win nie od­po­wie­dział.

– Po­tem za­zwy­czaj na­rze­kasz, że mam kom­pleks bo­ha­te­ra i za­wsze mu­szę ko­goś ra­to­wać, żeby po­czuć się speł­nio­nym. I w koń­cu, a ra­czej po­wi­nie­nem po­wie­dzieć „ostat­nio”, mó­wisz mi, że moje in­ter­wen­cje przy­no­szą wię­cej szko­dy niż po­żyt­ku i w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku czę­ściej ra­nię, a na­wet za­bi­jam, niż ra­tu­ję.

Win ziew­nął.

– Do cze­go zmie­rzasz?

– Są­dzi­łem, że to oczy­wi­ste, ale do tego: dla­cze­go na­gle chęt­nie, a na­wet en­tu­zja­stycz­nie, chcesz pod­jąć tę mi­sję ra­tun­ko­wą, pod­czas gdy w prze­szło­ści…

– W prze­szło­ści za­wsze ci po­ma­ga­łem, praw­da? – prze­rwał mu Win.

– Prze­waż­nie tak.

Win pod­niósł gło­wę i po­stu­kał się pal­cem wska­zu­ją­cym w bro­dę.

– Jak mam to wy­ja­śnić? – Za­milkł, za­sta­no­wił się i kiw­nął gło­wą. – Lu­bi­my my­śleć, że to, co do­bre, bę­dzie trwa­ło wiecz­nie. To leży w na­szej na­tu­rze. Na przy­kład Be­atle­si. Och, oni będą wiecz­ni. Ro­dzi­na So­pra­no za­wsze bę­dzie nada­wa­na. Tak jak kon­cer­ty Spring­ste­ena. Albo Hi­sto­rie Zuc­ker­ma­na Phi­li­pa Ro­tha. Do­bre rze­czy są rzad­ko­ścią. Trze­ba je ce­nić, po­nie­waż za­wsze koń­czą się zbyt szyb­ko.

Win wstał i ru­szył do drzwi. Za­nim opu­ścił po­kój, obej­rzał się.

– Zaj­mo­wa­nie się tym z tobą to jed­na z ta­kich do­brych rze­czy – po­wie­dział.

4

Wy­tro­pie­nie Lexa Ry­de­ra nie za­bra­ło dużo cza­su.

Espe­ran­za Diaz, wspól­nicz­ka My­ro­na w MB Reps, za­dzwo­ni­ła do nie­go o dwu­dzie­stej trze­ciej.

– Lex wła­śnie użył swo­jej kar­ty kre­dy­to­wej w Do­wning Trzy – po­wie­dzia­ła.

My­ron no­co­wał, co czę­sto mu się zda­rza­ło, w apar­ta­men­cie Wina w le­gen­dar­nym bu­dyn­ku Da­ko­ta na rogu Sie­dem­dzie­sią­tej Dru­giej Uli­cy z wi­do­kiem na Cen­tral Park West. Win miał kil­ka po­koi go­ścin­nych. Ka­mie­ni­ca po­wsta­ła w 1884 roku i wy­glą­da­ła na bu­dy­nek z tam­te­go okre­su. Po­dob­na do for­te­cy, była pięk­na, mrocz­na i prze­dziw­nie, cu­dow­nie po­sęp­na. Ga­li­ma­tias dwu­spa­do­wych dasz­ków, bal­ko­nów, zwień­czeń, zdo­bień, ba­lu­strad, ko­puł, że­li­wa, ar­kad, ozdob­nych po­rę­czy i lu­karn two­rzył nie­zwy­kłą mie­sza­ni­nę, któ­ra wca­le nie była przy­gnę­bia­ją­ca, lecz sta­no­wi­ła har­mo­nij­ną, ide­al­ną ca­łość.

– Co to ta­kie­go? – za­py­tał My­ron.

– Nie znasz Do­wning Trzy? – spy­ta­ła Espe­ran­za.

– A po­wi­nie­nem?

– To te­raz chy­ba naj­mod­niej­szy bar w mie­ście. Did­dy, su­per­mo­del­ki, mod­ni­sie, taka klien­te­la. Znaj­du­je się w Chel­sea.

– Och…

– To tro­chę roz­cza­ro­wu­ją­ce – wes­tchnę­ła Espe­ran­za.

– Co?

– To, że za­wod­nik two­je­go ka­li­bru nie zna wszyst­kich mod­nych miejsc.

– Kie­dy ru­sza­my z Did­dym w mia­sto, bie­rze­my bia­łe­go hum­me­ra i uży­wa­my taj­nych wejść. Na­zwy lo­ka­li za­cie­ra­ją się w pa­mię­ci.

– Albo za­rę­czy­ny pod­cię­ły ci skrzy­dła – pod­su­nę­ła Espe­ran­za. – Za­mie­rzasz tam po­je­chać i go zgar­nąć?

– Je­stem w pi­ża­mie.

– No tak, za­wod­nik. Czy ta pi­ża­ma jest w dzie­cię­ce stóp­ki?

My­ron znów spoj­rzał na ze­ga­rek. Przed pół­no­cą po­wi­nien do­trzeć do śród­mie­ścia.

– Za­raz tam jadę.

– Czy jest tam Win? – za­py­ta­ła Espe­ran­za.

– Nie, jesz­cze nie wró­cił.

– Więc po­je­dziesz sam?

– Bo­isz się, co mogą zro­bić w noc­nym klu­bie z ta­kim sa­mot­nym sma­ko­wi­tym ką­skiem jak ja?

– Boję się, że cię nie wpusz­czą. Spo­tka­my się na miej­scu. Za pół go­dzi­ny. Wej­ście od Sie­dem­na­stej Uli­cy. Ubierz się tak, że­byś zro­bił wra­że­nie.

Espe­ran­za się roz­łą­czy­ła. My­ron był zdzi­wio­ny. Od kie­dy zo­sta­ła mat­ką, Espe­ran­za, daw­niej roz­ryw­ko­wa bi­sek­su­al­na dziew­czy­na, nig­dy nie cho­dzi­ła na noc­ne im­pre­zy. Za­wsze po­waż­nie trak­to­wa­ła swo­ją pra­cę, a te­raz była wła­ści­ciel­ką czter­dzie­stu dzie­wię­ciu pro­cent udzia­łów w MB Reps i pod­czas ostat­nich dziw­nych po­dró­ży My­ro­na mia­ła na swo­ich bar­kach dużo obo­wiąz­ków. Jed­nak po po­nad dzie­się­ciu la­tach he­do­ni­stycz­ne­go try­bu ży­cia, któ­ry wzbu­dził­by za­zdrość Ka­li­gu­li, Espe­ran­za ustat­ko­wa­ła się, wy­szła za nie­sa­mo­wi­cie po­rząd­ne­go fa­ce­ta i mia­ła syna imie­niem Hec­tor. W mgnie­niu oka zmie­ni­ła się z Lind­say Lo­han w Ca­rol Bra­dy.

My­ron zaj­rzał do sza­fy, za­sta­na­wia­jąc się, co wło­żyć do tego mod­ne­go lo­ka­lu. Espe­ran­za ka­za­ła mu ubrać się tak, żeby ro­bił wra­że­nie, więc wy­brał swój wy­pró­bo­wa­ny ele­ganc­ki strój – wy­glą­da­ją­ce na dro­gie dżin­sy, nie­bie­ski ble­ze­rek i mo­ka­sy­ny, czy­li ze­staw Szy­kow­ny Lu­zak – głów­nie dla­te­go, że tyl­ko te rze­czy z jego gar­de­ro­by speł­nia­ły ten wy­móg. W jego sza­fie było nie­wie­le wię­cej poza tym kom­ple­tem dżin­so­wo-ble­zer­ko­wym i gar­ni­tu­rem, a nie chciał wy­glą­dać jak eks­pe­dient ze skle­pu z elek­tro­ni­ką.

Zła­pał tak­sów­kę na Cen­tral Park West. Mówi się, że tak­sów­ka­rze na Man­hat­ta­nie to sami cu­dzo­ziem­cy, le­d­wo mó­wią­cy po an­giel­sku. To może być praw­da, ale My­ron co naj­mniej od pię­ciu lat z żad­nym nie roz­ma­wiał. Wbrew ostat­nio zmie­nio­nym prze­pi­som każ­dy no­wo­jor­ski tak­sów­karz miał w uchu słu­chaw­kę te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go i przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, sie­dem dni w ty­go­dniu, ci­cho roz­ma­wiał z kimś w swo­im oj­czy­stym ję­zy­ku. Po­mi­ja­jąc kwe­stię do­brych ma­nier, My­ron za­wsze się za­sta­na­wiał, kto z ich bli­skich chce roz­ma­wiać z nimi przez cały dzień. Pod tym wzglę­dem moż­na było uwa­żać ich za szczę­ścia­rzy.

My­ron spo­dzie­wał się dłu­giej ko­lej­ki, ak­sa­mit­nych sznu­rów lub cze­goś ta­kie­go, lecz gdy do­tar­li pod po­da­ny ad­res przy Sie­dem­na­stej Uli­cy, nie było tam śla­du noc­ne­go klu­bu. W koń­cu zdał so­bie spra­wę z tego, że „Trzy” ozna­cza trze­cie pię­tro, a „Do­wning” to na­zwa ka­mie­ni­cy, przed któ­rą stoi. Ktoś tu ukoń­czył Szko­łę Do­słow­ne­go Na­zew­nic­twa MB Reps.

Win­da za­wio­zła go na trze­cie pię­tro. Gdy tyl­ko jej drzwi się roz­su­nę­ły, My­ron po­czuł w pier­si wi­bro­wa­nie ba­sów. Dłu­ga ko­lej­ka roz­pacz­li­wie pra­gną­cych wejść za­czy­na­ła się tuż za pro­giem. Po­dob­no lu­dzie cho­dzą do ta­kich klu­bów, żeby do­brze się ba­wić, lecz praw­da wy­glą­da tak, że więk­szość z nich stoi w ko­lej­ce, aby w koń­cu prze­ko­nać się, że nie są god­ni tego, żeby za­siąść do sto­łu w po­pu­lar­nej mło­dzie­żo­wej re­stau­ra­cji. VIP-y prze­cho­dzi­ły obok nich, le­d­wo za­szczy­ca­jąc ich spoj­rze­niem, co jesz­cze pod­sy­ca­ło ich chęć do­sta­nia się do środ­ka. Oczy­wi­ście był tam sy­gna­li­zu­ją­cy ich pod­rzęd­ny sta­tus ak­sa­mit­ny sznur, strze­żo­ny przez trzech na­pa­ko­wa­nych ste­ry­da­mi bram­ka­rzy z ogo­lo­ny­mi gło­wa­mi i wy­stu­dio­wa­ny­mi groź­ny­mi mi­na­mi.

My­ron pod­szedł do nich swo­im naj­lep­szym sty­li­zo­wa­nym na Wina kro­kiem.

– Cześć, chło­pa­ki.

Bram­ka­rze go zi­gno­ro­wa­li. Naj­więk­szy z nich no­sił czar­ny gar­ni­tur bez ko­szu­li. Na go­łym cie­le. Ma­ry­nar­ka, bez ko­szu­li. Pierś miał ład­nie wy­de­pi­lo­wa­ną, z ro­bią­cym wra­że­nie me­tro­sek­su­al­nym de­kol­tem. Wła­śnie roz­ma­wiał z czte­re­ma naj­wy­żej dwu­dzie­sto­jed­no­let­ni­mi dziew­czy­na­mi. Wszyst­kie mia­ły na no­gach prze­sad­nie wy­so­kie szpil­ki – szpil­ki zde­cy­do­wa­nie były mod­ne w tym roku – więc bar­dziej chwia­ły się, niż sta­ły. Stro­je mia­ły tak ską­pe, że kwa­li­fi­ko­wa­ły się do oskar­że­nia o ob­ra­zę mo­ral­no­ści, ale to aku­rat nie było ni­czym no­wym.

Bram­karz mie­rzył je tak­su­ją­cym spoj­rze­niem. Dziew­czy­ny eks­po­no­wa­ły swo­je wdzię­ki i uśmie­cha­ły się. My­ron nie­mal spo­dzie­wał się, że za­raz otwo­rzą usta, żeby bram­karz mógł obej­rzeć ich uzę­bie­nie.

– Wy trzy je­ste­ście w po­rząd­ku – oznaj­mił im Sze­ro­ki Tors. – Jed­nak wa­sza przy­ja­ciół­ka jest zbyt pulch­na.

Pulch­na dziew­czy­na, któ­ra była za­le­d­wie szczu­pła, za­czę­ła pła­kać. Jej trzy wy­chu­dzo­ne przy­ja­ciół­ki zbi­ły się w gro­mad­kę i roz­wa­ża­ły, czy po­win­ny wejść bez niej. Pulch­na dziew­czy­na ucie­kła z pła­czem. Jej przy­ja­ciół­ki wzru­szy­ły ra­mio­na­mi i we­szły. Trzej bram­ka­rze uśmie­cha­li się zło­śli­wie.

– Kla­sa – rzekł My­ron.

Uśmiech­nię­ci spoj­rze­li na nie­go. Sze­ro­ki Tors wy­zy­wa­ją­co po­pa­trzył My­ro­no­wi w oczy. Ten na­po­tkał jego spoj­rze­nie i nie od­wró­cił wzro­ku. Sze­ro­ki Tors naj­wy­raź­niej uznał go za jed­ne­go z roz­pacz­li­wie pra­gną­cych wejść.

– Ład­ny strój – rzekł. – Wy­bie­rasz się opro­te­sto­wać man­dat za nie­wła­ści­we par­ko­wa­nie w są­dzie miej­skim?

To spodo­ba­ło się jego kom­pa­nom, no­szą­cym ob­ci­słe jak opa­ski uci­sko­we ba­weł­nia­ne ko­szul­ki Eda Har­dy’ego.

– Ra­cja – rzekł My­ron, wska­zu­jąc sze­ro­ką pierś bram­ka­rza. – Po­wi­nie­nem zo­sta­wić ko­szu­lę w domu.

Bram­karz po le­wej ręce Sze­ro­kie­go Tor­su sze­ro­ko otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia.

Sze­ro­ki Tors wład­czym ge­stem wy­sta­wił kciuk.

– Na ko­niec ko­lej­ki, ko­leś. Albo jesz­cze le­piej, spa­daj stąd.

– Przy­sze­dłem zo­ba­czyć się z Le­xem Ry­de­rem.

– A kto mówi, że on tu jest?

– Ja to mó­wię.

– Czy­li kto?

– My­ron Bo­li­tar.

Ci­sza. Je­den z nich za­mru­gał. My­ron o mało nie za­wo­łał „ta-da”, ale się po­wstrzy­mał.

– Je­stem jego agen­tem.

– Pań­skie­go na­zwi­ska nie ma na li­ście – rzekł Sze­ro­ki Tors.

– I nie wie­my, kim pan jest – do­dał Zdzi­wio­ny.

– A więc – trze­ci bram­karz po­ru­szał gru­by­mi jak pa­rów­ki pa­lu­cha­mi – baju-baj.

– Za­baw­ne – mruk­nął My­ron.

– Co?

– Nie wi­dzi­cie, ja­kie to za­baw­ne? – za­py­tał My­ron.

– Je­ste­ście stró­ża­mi lo­ka­lu, do któ­re­go nig­dy was nie wpusz­czą, a za­miast zda­wać so­bie z tego spra­wę i oka­zy­wać ludz­kie uczu­cia, za­cho­wu­je­cie się jak trzech na­dę­tych po­czu­ciem wła­snej waż­no­ści bła­znów.

Za­mru­ga­li, a po­tem wszy­scy trzej ru­szy­li na nie­go jak ścia­na mię­śni. Krew ży­wiej za­czę­ła krą­żyć mu w ży­łach. Za­ci­snął pię­ści. Po­tem roz­luź­nił pal­ce, od­dy­cha­jąc mia­ro­wo. Po­de­szli bli­żej. My­ron się nie cof­nął. Sze­ro­ki Tors, ich przy­wód­ca, na­chy­lił się do nie­go.

– Le­piej spa­daj stąd, fa­cet.

– Dla­cze­go? Ja też je­stem zbyt pulch­ny? Na­wia­sem mó­wiąc, po­waż­nie, czy w tych dżin­sach mój ty­łek wy­da­je się za duży? Po­wiedz mi.

Dłu­ga ko­lej­ka pra­gną­cych wejść za­mil­kła na wi­dok tego zaj­ścia. Bram­ka­rze spo­glą­da­li po so­bie. My­ron skar­cił się w my­ślach. To było bez sen­su. Przy­szedł tu­taj po Lexa, a nie bić się z mię­śnia­ka­mi.

– No, no, wy­glą­da na to, że mamy tu ko­mi­ka – po­wie­dział z uśmie­chem Sze­ro­ki Tors.

– Taak – za­wtó­ro­wał mu Zdzi­wio­ny. – Ko­mi­ka. Ha, ha.

– Taak – do­dał jego part­ner. – Je­steś praw­dzi­wym ko­mi­kiem, no nie, żar­tow­ni­siu?

– No cóż, ry­zy­ku­jąc, że wy­dam się chwa­li­pię­tą, po­wiem, że je­stem tak­że uta­len­to­wa­nym wo­ka­li­stą. Zwy­kle za­czy­nam od The Te­ars of a Clown, a po­tem prze­cho­dzę do okro­jo­nej wer­sji Lady, ra­czej Ken­ny’ego Ro­ger­sa niż Lio­ne­la Ri­chie­go. Wszy­scy pła­czą.

Sze­ro­ki Tors na­chy­lił się do ucha My­ro­na. Jego kum­ple sta­li w po­bli­żu.

– Oczy­wi­ście zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że sko­pie­my ci ty­łek?

– A ty oczy­wi­ście zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że od ste­ry­dów kur­czą ci się ją­dra? – od­pa­ro­wał My­ron.

– On jest ze mną, Kyle – po­wie­dzia­ła za jego ple­ca­mi Espe­ran­za.

My­ron od­wró­cił się, zo­ba­czył ją i zdo­łał nie po­wie­dzieć „o rany”, cho­ciaż nie było to ła­twe. Znał Espe­ran­zę od dwu­dzie­stu lat, pra­co­wał z nią i cza­sem, kie­dy wi­du­jesz co­dzien­nie ko­goś, z kim je­steś za­przy­jaź­nio­ny, po pro­stu za­po­mi­nasz, jaka to po­wa­la­ją­ca pięk­ność. Kie­dy się po­zna­li, Espe­ran­za była ską­po odzia­ną za­wo­do­wą za­pa­śnicz­ką zna­ną jak Mała Po­ca­hon­tas. Ślicz­na, zgrab­na i olśnie­wa­ją­co uro­dzi­wa, prze­sta­ła być iko­ną WDW (Wspa­nia­łe Damy Wre­stlin­gu), aby zo­stać jego asy­stent­ką i uczęsz­czać na wie­czo­ro­we stu­dia praw­ni­cze. Z cza­sem awan­so­wa­ła, je­śli moż­na tak po­wie­dzieć, i te­raz była wspól­nicz­ką My­ro­na w MB Reps.

Twarz Kul­tu­ry­sty Kyle’a roz­pro­mie­nił uśmiech.

– Poca? Dziew­czy­no, to na­praw­dę ty? Wy­glą­dasz tak ape­tycz­nie, że moż­na by cię li­zać jak loda.

My­ron ski­nął gło­wą.

– Nie­zły tekst, Kyle.

Espe­ran­za na­sta­wi­ła po­li­czek do ca­łu­sa.

– Cie­bie też miło wi­dzieć – po­wie­dzia­ła.

– Daw­no się nie wi­dzie­li­śmy, Poca.

Śnia­da uro­da Espe­ran­zy wy­wo­ły­wa­ła my­śli o księ­ży­co­wych no­cach, noc­nych spa­ce­rach po pla­ży i oliw­ko­wych drze­wach ko­ły­sa­nych przez ła­god­ny wie­trzyk. W uszach mia­ła wiel­kie kol­czy­ki. Jej dłu­gie czar­ne wło­sy za­wsze były ide­al­nie ucze­sa­ne. Prze­świ­tu­ją­ca bia­ła bluz­ka zo­sta­ła do­pa­so­wa­na przez ja­kieś życz­li­we bó­stwo, może była ciut za bar­dzo roz­pię­ta, ale wszyst­ko to ro­bi­ło wra­że­nie.

Trzej sil­no­rę­cy się cof­nę­li. Je­den opu­ścił ak­sa­mit­ny sznur. Espe­ran­za na­gro­dzi­ła go olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem. Gdy My­ron ru­szył za nią, Kyle usta­wił się tak, żeby go po­trą­cić. My­ron na­piął mię­śnie i po­sta­rał się, żeby Kyle go­rzej wy­szedł na tym zde­rze­niu.

– Męż­czyź­ni – mruk­nę­ła Espe­ran­za.

– Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy, go­ściu – szep­nął do My­ro­na Kul­tu­ry­sta Kyle.

– Może zje­my ra­zem obiad? – spy­tał My­ron.

– I pój­dzie­my na po­po­łu­dnio­wy spek­takl So­uth Pa­ci­fic.

Kie­dy wcho­dzi­li do środ­ka, Espe­ran­za po­pa­trzy­ła na My­ro­na i po­krę­ci­ła gło­wą.

– No co?

– Mó­wi­łam, że­byś się ubrał tak, by ro­bić wra­że­nie. Wy­glą­dasz, jak­byś szedł na wy­wia­dów­kę pią­to­kla­si­sty.

My­ron wska­zał swo­je sto­py.

– W mo­ka­sy­nach od Fer­ra­ga­mo?

– I po co za­czy­na­łeś z tymi ne­an­der­tal­czy­ka­mi?

– Na­zwał dziew­czy­nę pulch­ną.

– A ty ru­szy­łeś jej na ra­tu­nek?

– Cóż, nie. Jed­nak po­wie­dział jej to pro­sto w oczy. „Two­je przy­ja­ciół­ki mogą wejść, ale ty nie, bo je­steś zbyt pulch­na”. Kto tak po­stę­pu­je?

Głów­na sala klu­bu była mrocz­na, z neo­no­wy­mi ak­cen­ta­mi. W jed­nej jej czę­ści sta­ły sze­ro­ko­ekra­no­we te­le­wi­zo­ry, po­nie­waż – jak do­my­ślał się My­ron – przy­cho­dząc do noc­ne­go klu­bu, tak na­praw­dę chcesz so­bie po­oglą­dać te­le­wi­zję. Sys­tem na­gła­śnia­ją­cy, ma­ją­cy w przy­bli­że­niu roz­mia­ry i moc apa­ra­tu­ry uży­wa­nej na sta­dio­nach przez kon­cer­tu­ją­cy ze­spół Who, ata­ko­wał zmy­sły. Di­dżej pusz­czał „wła­sną mu­zy­kę”, przez co ro­zu­mie się za­bieg po­le­ga­ją­cy na tym, że „uta­len­to­wa­ny” di­dżej bie­rze coś, co mo­gło być zwy­czaj­nie nie­złym utwo­rem, i go psu­je, do­da­jąc syn­te­tycz­ny bas lub elek­tro­nicz­ny pod­kład. Mi­go­ta­ły świa­tła la­se­rów, któ­re zda­niem My­ro­na wy­szły z mody po ob­jaz­do­wych kon­cer­tach Blue (Oy­ster Cult w 1979 roku, a na par­kie­cie tłum chu­dych jak pa­ty­ki dziew­czyn wy­da­wał „ochy” i „achy” na wi­dok tych efek­tów spe­cjal­nych, pod­czas gdy rze­czo­ny par­kiet wy­plu­wał kłę­by dymu, jak­by nie moż­na było tego zo­ba­czyć na uli­cy przy każ­dej fur­go­net­ce Con-Ed.

My­ron spró­bo­wał prze­krzy­czeć mu­zy­kę, ale bez­sku­tecz­nie. Espe­ran­za za­pro­wa­dzi­ła go w nie­co cich­szy kąt, gdzie sta­ły – nie do wia­ry – ter­mi­na­le kom­pu­te­ro­we. Wszyst­kie sta­no­wi­ska były za­ję­te. My­ron znów po­krę­cił gło­wą. Przy­cho­dzić do noc­ne­go klu­bu, żeby po­sur­fo­wać w sie­ci? Od­wró­cił się twa­rzą do par­kie­tu. W tym przy­ćmio­nym świe­tle wszyst­kie ko­bie­ty wy­glą­da­ły atrak­cyj­nie, choć mło­do, ubra­ne jak dzie­ci uda­ją­ce do­ro­słych. Więk­szość z nich trzy­ma­ła w rę­kach te­le­fo­ny ko­mór­ko­we, ko­ści­sty­mi pal­ca­mi wy­stu­ku­jąc wia­do­mo­ści tek­sto­we. Tań­czy­ły w ospa­łym ryt­mie, jak po­grą­żo­ne we śnie.

Espe­ran­za się uśmiech­nę­ła.

– Co zno­wu? – spy­tał My­ron.

Wska­za­ła par­kiet po pra­wej.

– Spójrz na ty­łek tej cizi w czer­wo­nym.

My­ron spoj­rzał na opię­te szkar­łat­nym ma­te­ria­łem po­ślad­ki i przy­po­mniał mu się tekst Ale­jan­dra Esco­ve­da: „Po­do­ba mi się bar­dziej, kie­dy od­cho­dzi”. Od daw­na nie sły­szał, żeby Espe­ran­za mó­wi­ła coś ta­kie­go.

– Ład­ny.

– Ład­ny? – zdzi­wi­ła się Espe­ran­za.

– Fan­ta­stycz­ny?

Espe­ran­za ski­nę­ła gło­wą, wciąż uśmiech­nię­ta.

– Mo­gła­bym zro­bić parę rze­czy z po­sia­dacz­ką ta­kie­go tył­ka.

Gdy My­ron pa­trzył na zmy­sło­wo tań­czą­cą ko­bie­tę, a po­tem na Espe­ran­zę, ocza­mi du­szy uj­rzał sce­nę, o któ­rej po­sta­rał się na­tych­miast za­po­mnieć. W pew­ne rze­czy le­piej się nie za­głę­biać, je­śli pró­bu­jesz się sku­pić na in­nych spra­wach.

– Two­je­mu mę­żo­wi na pew­no by się to spodo­ba­ło.

– Je­stem za­męż­na, nie mar­twa. Mogę so­bie pa­trzeć.

My­ron ob­ser­wo­wał ją, pa­trzył na jej pod­eks­cy­to­wa­ną twarz, ma­jąc dziw­ne wra­że­nie, że Espe­ran­za znów jest w swo­im ży­wio­le. Kie­dy przed dwo­ma laty przy­szedł na świat jej syn Hec­tor, Espe­ran­za na­tych­miast prze­isto­czy­ła się w tro­skli­wą ma­mu­się. Na­gle na jej biur­ku po­ja­wił się sze­reg ty­po­wych zdjęć: Hec­tor z wiel­ka­noc­nym kró­licz­kiem, Hec­tor ze Świę­tym Mi­ko­ła­jem, Hec­tor z po­sta­cia­mi z kre­skó­wek Di­sneya i na ku­cy­ku w par­ku Her­shey. Jej naj­lep­sze biu­ro­we ubra­nia czę­sto były po­pla­mio­ne tym, co wy­pluł dzie­ciak, a ona za­miast to ukry­wać, z lu­bo­ścią opo­wia­da­ła, w jaki spo­sób te reszt­ki po­kar­mo­we zna­la­zły się na jej ubra­niu. Przy­jaź­ni­ła się z in­ny­mi ma­mu­sia­mi, któ­rych daw­niej nie zno­si­ła, roz­ma­wia­ła z nimi o wóz­kach spa­ce­ro­wych Mac­la­re­na, przed­szko­lach Mon­tes­so­ri i tra­wie­niu, a tak­że o tym, w ja­kim wie­ku ich po­tom­stwo za­czę­ło racz­ko­wać, cho­dzić lub mó­wić. Cały jej świat, tak jak wie­lu in­nych ma­tek – co owszem, jest nie­co sek­si­stow­ską uwa­gą – skur­czył się do roz­mia­rów dzie­cię­ce­go ciał­ka.

– Gdzie tu może być Lex? – za­sta­na­wiał się My­ron.

– Za­pew­ne w jed­nym z po­koi dla VIP-ów.

– Jak tam wej­dzie­my?

– Ro­ze­pnę jesz­cze je­den gu­zik – od­par­ła Espe­ran­za.

– A po­waż­nie, po­zwól mi po­pra­co­wać nad tym przez chwi­lę. Sprawdź ła­zien­kę. Za­ło­żę się o dwa­dzie­ścia do­lców, że nie wy­si­kasz się do pi­su­aru.

– Co ta­kie­go?

– Za­łóż się i idź – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc na pra­wo.

My­ron wzru­szył ra­mio­na­mi i po­szedł do to­a­le­ty. Była ciem­na, czar­na i mar­mu­ro­wa. Pod­szedł do pi­su­aru i na­tych­miast zro­zu­miał, co mia­ła na my­śli Espe­ran­za. Pi­su­ary były przy­mo­co­wa­ne do ol­brzy­miej szkla­nej ta­fli przy­po­mi­na­ją­cej okno we­nec­kie­go lu­stra w po­li­cyj­nej sal­ce prze­słu­chań. Krót­ko mó­wiąc, wi­dać było przez nią cały par­kiet. Le­ni­wie tań­czą­ce ko­bie­ty znaj­do­wa­ły się do­słow­nie metr od nie­go, przy czym nie­któ­re prze­glą­da­ły się w tym lu­strze, nie wie­dząc (a może do­sko­na­le wie­dząc), że pa­trzą na męż­czy­znę usi­łu­ją­ce­go się wy­si­kać.

Wy­szedł. Espe­ran­za cze­ka­ła z wy­cią­gnię­tą ręką. My­ron po­ło­żył na jej dło­ni dwu­dzie­sto­do­la­ro­wy bank­not.

– Wi­dzę, że wciąż masz kło­po­ty z pę­che­rzem.

– Czy dam­ska to­a­le­ta wy­glą­da tak samo?

– Nie chcesz tego wie­dzieć.

– I co da­lej?

Espe­ran­za ru­chem bro­dy wska­za­ła męż­czy­znę z gład­ko za­cze­sa­ny­mi do góry wło­sa­mi, któ­ry prze­my­kał ku nim przez tłum. My­ron był prze­ko­na­ny, że wy­peł­nia­jąc po­da­nie o pra­cę, ten fa­cet w ru­bry­ce „na­zwi­sko” wpi­su­je „Śmieć”, a jako imię po­da­je „Euro”. My­ron spraw­dził, czy gość zo­sta­wia smu­gę ślu­zu na pod­ło­dze.

Euro uśmiech­nął się, uka­zu­jąc ostre jak u ła­si­cy zęby.

– Poca, mi amor.

– An­ton – po­wie­dzia­ła Espe­ran­za i po­zwo­li­ła, by z nie­co prze­sad­nym en­tu­zja­zmem uca­ło­wał jej dłoń.

My­ron oba­wiał się, że ła­si­co­wa­ty za­to­pi w niej ostre zęby, prze­gry­za­jąc cia­ło do ko­ści.

– Wciąż je­steś ta­kim wspa­nia­łym stwo­rze­niem, Poca.

Mó­wił z za­baw­nym ak­cen­tem, może wę­gier­skim, a może arab­skim, jak­by wy­gła­szał tekst ske­czu. Był nie­ogo­lo­ny i za­rost na jego twa­rzy nie­przy­jem­nie błysz­czał. Cho­ciaż w klu­bie było ciem­no jak w ja­ski­ni, An­ton no­sił oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne.

– To jest An­ton – po­wie­dzia­ła Espe­ran­za. – Mówi, że Lex jest w ser­wi­sie bu­tel­ko­wym.

– Och – sap­nął My­ron, nie ma­jąc po­ję­cia, co to ta­kie­go.

– Tędy – po­wie­dział An­ton.

Brnę­li przez mo­rze ciał. Espe­ran­za szła przed nim. My­ron z przy­jem­no­ścią pa­trzył, jak wszyst­kie gło­wy ob­ra­ca­ją się, żeby przyj­rzeć jej się do­kład­niej. Gdy tak się prze­dzie­ra­li, wie­le ko­biet spo­glą­da­ło My­ro­no­wi w oczy, cho­ciaż nie tyle co rok, dwa czy pięć lat temu. Czuł się jak pod­sta­rza­ły mio­tacz, któ­re­mu mier­nik ra­da­ro­wy mówi, że jego pił­ki tra­cą szyb­kość. A może cho­dzi­ło o coś in­ne­go? Może ko­bie­ty po pro­stu wy­czu­wa­ły, że My­ron jest za­rę­czo­ny i wy­padł z ryn­ku za spra­wą ślicz­nej Te­re­se Col­lins, tak więc nie na­le­ży go trak­to­wać jako żeru dla oczu.

Taak, po­my­ślał My­ron. Tak, na pew­no o to cho­dzi.

An­ton wy­jął klucz i otwo­rzył drzwi do po­miesz­cze­nia jak­by z in­nej epo­ki. Pod­czas gdy wła­ści­wy klub re­pre­zen­to­wał styl oszczęd­ne­go tech­no z ostry­mi ką­ta­mi i gład­ki­mi po­wierzch­nia­mi, ta loża dla VIP-ów mia­ła wy­strój wcze­sne­go ame­ry­kań­skie­go bur­de­lu. Sofy z plu­szo­wy­mi obi­cia­mi w ko­lo­rze bur­gun­da, krysz­ta­ło­we ży­ran­do­le, sztu­ka­te­rie na su­fi­cie, za­pa­lo­ne świe­ce w kin­kie­tach. W tym po­miesz­cze­niu jed­na ścia­na też była ze szkła, więc VIP-y mo­gły pa­trzeć na tań­czą­ce dziew­czy­ny i może wy­bie­rać so­bie nie­któ­re do to­wa­rzy­stwa. Szczo­drze ob­da­rzo­ne si­li­ko­nem pa­nien­ki, jak­by żyw­cem wzię­te z fil­mów soft por­no, w sty­lo­wych gor­se­tach z pod­wiąz­ka­mi, krą­ży­ły z bu­tel­ka­mi szam­pa­na. My­ron do­my­ślił się, że dla­te­go na­zwa­no to „ser­wi­sem bu­tel­ko­wym”.

– Pa­trzysz na bu­tel­ki? – spy­ta­ła Espe­ran­za.

– Mmm, pra­wie.

Espe­ran­za kiw­nę­ła gło­wą i uśmiech­nę­ła się do szcze­gól­nie hoj­nie ob­da­rzo­nej ho­stes­sy w czar­nym gor­se­cie.

– Hmm… Chęt­nie sko­rzy­sta­ła­bym z tego bu­tel­ko­we­go ser­wi­su, je­śli wiesz, co mam na my­śli.

My­ron się za­sta­no­wił.

– Praw­dę mó­wiąc, nie wiem. Prze­cież obie je­ste­ście ko­bie­ta­mi, no nie? Dla­te­go nie je­stem pew­ny, czy ro­zu­miem wzmian­kę o bu­tel­ce.

– Boże, ależ ty wszyst­ko bie­rzesz do­słow­nie.

– Py­ta­łaś, czy pa­trzę na bu­tel­ki. Dla­cze­go?

– Po­nie­waż po­da­ją tu szam­pan Cri­stal – wy­ja­śni­ła Espe­ran­za.

– Co z tego?

– Ile wi­dzisz bu­te­lek?

My­ron się ro­zej­rzał.

– Nie wiem. Dzie­więć, może dzie­sięć.

– Bu­tel­ka kosz­tu­je osiem ty­się­cy plus na­pi­wek.

My­ron przy­ci­snął rękę do pier­si, uda­jąc, że do­stał pal­pi­ta­cji.

Za­uwa­żył Lexa Ry­de­ra wy­cią­gnię­te­go na so­fie z barw­ną grup­ką ślicz­no­tek. Po­zo­sta­li męż­czyź­ni w po­ko­ju wy­glą­da­li na pod­sta­rza­łych mu­zy­ków roc­ko­wych – dłu­gie wło­sy, opa­ski, bro­dy i wąsy, ży­la­ste ręce, wy­dat­ne brzu­chy. My­ron prze­ci­snął się mię­dzy nimi.

– Cześć. Lex.

Lex prze­krzy­wił gło­wę i po­pa­trzył.

– My­ron! – wy­krzyk­nął zbyt do­no­śnie.

Spró­bo­wał wstać, lecz nie zdo­łał, więc My­ron po­dał mu rękę. Lex chwy­cił ją, uda­ło mu się wstać i uści­skał My­ro­na z nie­zdar­nym en­tu­zja­zmem męż­czy­zny, któ­ry za dużo wy­pił.

– Och, czło­wie­ku, jak do­brze cię wi­dzieć.

Hor­se­Po­wer za­czy­na­li od przy­gry­wa­nia w lo­ka­lu w ro­dzin­nym mie­ście Lexa i Ga­brie­la – au­stra­lij­skim Mel­bo­ur­ne. Na­zwa ze­spo­łu po­wsta­ła w wy­ni­ku sko­ja­rzeń, ja­kie wy­wo­ły­wa­ło na­zwi­sko Lexa (Ry­der, stąd Hor­se-Ry­der) i Ga­brie­la (Wire, więc Po­wer-Wire), lecz od chwi­li gdy po­łą­czy­li siły, Ga­briel do­mi­no­wał. Oczy­wi­ście Ga­briel Wire miał cu­dow­ny głos, był nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­ny i miał nie­mal nie­ziem­ską cha­ry­zmę, ale tak­że ten nie­uchwyt­ny, wi­docz­ny na pierw­szy rzut oka ma­gne­tyzm, któ­ry wy­no­si wiel­kość do ran­gi le­gen­dy.

My­ron czę­sto my­ślał o tym, że Le­xo­wi – czy ko­mu­kol­wiek – musi się trud­no żyć w cie­niu ta­kiej oso­by. Ja­sne, Lex był sław­ny, bo­ga­ty i teo­re­tycz­nie wszyst­kie utwo­ry ze­spo­łu były wspól­ną wła­sno­ścią obu mu­zy­ków, ale My­ron, któ­ry zaj­mo­wał się jego fi­nan­sa­mi, wie­dział, że udział Lexa wy­no­si dwa­dzie­ścia pięć pro­cent, a Ga­brie­la sie­dem­dzie­siąt pięć. Pew­nie, ko­bie­ty wciąż do nie­go lgnę­ły, męż­czyź­ni nadal chcie­li się z nim za­przy­jaź­niać, ale Lex był tak­że obiek­tem nie­wy­bred­nych żar­tów, wy­śmie­wa­ją­cych jego pod­rzęd­ną rolę w du­ecie.

Hor­se­Po­wer wciąż był na to­pie, może bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, mimo że Ga­briel Wire znik­nął z ży­cia pu­blicz­ne­go po tra­gicz­nym skan­da­lu sprzed po­nad pięt­na­stu lat. Oprócz paru zdjęć zro­bio­nych przez pa­pa­raz­zich i mnó­stwa plo­tek przez cały ten czas Ga­briel Wire nie da­wał zna­ku ży­cia – nie grał kon­cer­tów, nie udzie­lał wy­wia­dów, nie po­ka­zy­wał się pu­blicz­nie. Ta ta­jem­ni­czość jesz­cze bar­dziej pod­sy­ca­ła cie­ka­wość pu­blicz­no­ści.

– My­ślę, że po­wi­nie­neś iść do domu, Lex.

– Nie, My­ro­nie – rzekł Lex ochry­płym gło­sem. My­ron miał na­dzie­ję, że tyl­ko od pi­cia. – Daj spo­kój. Do­brze się ba­wi­my. Czy nie tak, ban­da?

My­ron usły­szał nie­skład­ny chór po­twier­dzeń. Ro­zej­rzał się. Może spo­tkał już paru tych fa­ce­tów, ale na pew­no znał tyl­ko Buz­za, dłu­go­let­nie­go ochro­nia­rza i asy­sten­ta Lexa. Buzz na­po­tkał jego spoj­rze­nie i wzru­szył ra­mio­na­mi, jak­by chciał po­wie­dzieć: „No i co na to po­ra­dzisz?”.

Lex ob­jął My­ro­na, za­rzu­ca­jąc mu rękę na szy­ję ni­czym pa­sek apa­ra­tu fo­to­gra­ficz­ne­go.

– Sia­daj, sta­ry przy­ja­cie­lu. Na­pij się, roz­luź­nij, od­pręż.

– Suz­ze mar­twi się o cie­bie.

– Ach tak? – Lex uniósł brew. – I dla­te­go przy­sła­ła swo­je­go chłop­ca na po­sył­ki, żeby mnie przy­pro­wa­dził?

– For­mal­nie rzecz bio­rąc, Lex, je­stem tak­że two­im chłop­cem na po­sył­ki.

– Ach, agen­ci. Naj­bar­dziej na­jem­ny z za­wo­dów.

Lex miał na so­bie czar­ne spodnie oraz ka­mi­zel­kę z czar­nej skó­ry i wy­glą­dał, jak­by wła­śnie wró­cił z za­ku­pów w Roc­kers R Us. Wło­sy miał siwe, krót­ko ob­cię­te.

– Sia­daj, My­ro­nie – po­wtó­rzył, opa­da­jąc na sofę.

– Może się przej­dzie­my, Lex?

– Je­steś tak­że moim chłop­cem na po­sył­ki, praw­da?

Po­wie­dzia­łem: usiądź.

Miał tro­chę ra­cji. My­ron zna­lazł wol­ne miej­sce, po czym po­wo­li opadł na ka­na­pę. Lex prze­krę­cił gał­kę apa­ra­tu­ry po swo­jej pra­wej ręce i mu­zy­ka przy­ci­chła. Ktoś wrę­czył My­ro­no­wi kie­li­szek szam­pa­na, tro­chę przy tym roz­le­wa­jąc. Więk­szość dam w ob­ci­słych gor­se­tach – spójrz­my praw­dzie w oczy, ten strój dzia­ła na fa­ce­tów w każ­dej epo­ce – zni­kła gdzieś, jak­by wto­pi­ły się w ścia­ny. Espe­ran­za ga­wę­dzi­ła z tą, któ­rą za­uwa­ży­ła, gdy we­szli do tego po­ko­ju. Sie­dzą­cy tam męż­czyź­ni ob­ser­wo­wa­li flir­tu­ją­ce ko­bie­ty z fa­scy­na­cją ja­ski­niow­ców po raz pierw­szy wi­dzą­cych ogień.

Buzz pa­lił pa­pie­ro­sa, któ­ry pach­niał… hm, dziw­nie. Pró­bo­wał prze­ka­zać go My­ro­no­wi. Ten po­krę­cił gło­wą i od­wró­cił się do Lexa. Mu­zyk wy­cią­gnął się bez­wład­nie, jak­by ktoś po­dał mu śro­dek zwiot­cza­ją­cy mię­śnie.

– Suz­ze po­ka­za­ła ci ten ko­men­tarz? – za­py­tał Lex.

– Tak.

– I co o tym są­dzisz, My­ro­nie?

– Są­dzę, że to ja­kiś czu­bek pró­bu­ją­cy mie­szać lu­dziom w gło­wach.

Lex upił dłu­gi łyk szam­pa­na.

– Na­praw­dę tak my­ślisz?

– Na­praw­dę – od­parł My­ron. – Jed­nak tak czy in­a­czej mamy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek.

– I co z tego?

– To, że to nic ta­kie­go. Je­śli tak się tym przej­mu­jesz, mo­żesz zro­bić ba­da­nie DNA i usta­lić, czy je­steś oj­cem.

Lex po­wo­li ski­nął gło­wą i upił ko­lej­ny łyk. My­ron pró­bo­wał wyjść z roli agen­ta, ale w bu­tel­ce było sie­dem­set pięć­dzie­siąt mi­li­li­trów, czy­li oko­ło dwu­dzie­stu pię­ciu un­cji, więc osiem ty­się­cy do­la­rów daje trzy­sta dwa­dzie­ścia za un­cję.

– Sły­sza­łem, że je­steś za­rę­czo­ny – rzekł Lex.

– Tak.

– Wy­pij­my za to.

– Albo wy­sącz­my. Są­cze­nie jest tań­sze.

– Od­pręż się, My­ro­nie. Je­stem obrzy­dli­wie bo­ga­ty.

Miał ra­cję. Wy­pi­li.

– Za­tem co cię drę­czy. Lex?

Mu­zyk zi­gno­ro­wał py­ta­nie.

– Jak to moż­li­we, że jesz­cze nie po­zna­łem przy­szłej pan­ny mło­dej?

– To dłu­ga hi­sto­ria.

– Gdzie ona te­raz jest?

My­ron uni­kał wy­ja­śnień.

– Za mo­rzem.

– Mogę dać ci radę w kwe­stii mał­żeń­stwa?

– Może taką: nie wierz w głu­pie in­ter­ne­to­we plot­ki o oj­co­stwie?

Lex się uśmiech­nął.

– Do­bre.

– Mhm – przy­tak­nął My­ron.

– Oto moja rada: bądź­cie szcze­rzy wo­bec sie­bie. Zu­peł­nie szcze­rzy.

My­ron cze­kał, ale Lex nie kon­ty­nu­ował.

– To wszyst­ko? – spy­tał My­ron.

– Ocze­ki­wa­łeś cze­goś głęb­sze­go?

My­ron wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Tak jak­by.

– Jest jed­na pio­sen­ka, któ­rą uwiel­biam – rzekł Lex.

– Ma taki re­fren: Two­je ser­ce jest jak spa­do­chron. Wiesz dla­cze­go?

– Zda­je się, że to cho­dzi o umysł, któ­ry jest jak spa­do­chron: do­brze dzia­ła, tyl­ko je­śli jest otwar­ty.

– Nie, znam tam­ten tekst. Ten jest lep­szy. Two­je ser­ce jest jak spa­do­chron: otwie­ra się tyl­ko wte­dy, gdy spa­dasz.

– Uśmiech­nął się. – Do­bre, nie?

– Chy­ba tak – mruk­nął My­ron.

– Wszy­scy mamy zna­jo­mych, no wiesz, tak jak ci tu­taj moi kum­ple. Ko­cham ich, ba­lu­ję z nimi, roz­ma­wia­my o po­go­dzie, spo­rcie i go­rą­cych la­skach, ale gdy­bym nie wi­dział ich przez rok, albo na­wet już nig­dy, nie­wie­le zmie­ni­ło­by to w moim ży­ciu. Tak jest z więk­szo­ścią lu­dzi, któ­rych zna­my.

Na­pił się szam­pa­na. Drzwi za nimi otwo­rzy­ły się i we­szła grup­ka roz­chi­cho­ta­nych ko­biet. Lex po­krę­cił gło­wą i na­tych­miast zni­kły.

– A od cza­su do cza­su – cią­gnął – spo­ty­kasz praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la. Ta­kie­go jak Buzz. Roz­ma­wia­my o wszyst­kim. Wie­my o so­bie wszyst­ko, na­wet o pa­skud­nych, wstręt­nych wa­dach. Czy masz ta­kich przy­ja­ciół?

– Espe­ran­za wie, że mam kło­po­ty z pę­che­rzem – rzekł My­ron.

– Co?

– Nie­waż­ne. Mów da­lej. Wiem, co chcesz po­wie­dzieć.

– Wła­śnie, no cóż, praw­dzi­wych przy­ja­ciół. Po­zwa­lasz im zo­ba­czyć świń­stwa, któ­re przy­cho­dzą ci do gło­wy. Brzyd­kie my­śli. – Usiadł pro­sto, naj­wy­raź­niej się roz­grze­wał.

– I wiesz, co jest w tym na­praw­dę dziw­ne? Wiesz, co się dzie­je, kie­dy cał­kiem się otwo­rzysz i po­zwo­lisz ko­muś zo­ba­czyć, że je­steś de­ge­ne­ra­tem?

My­ron po­krę­cił gło­wą.

– Twój przy­ja­ciel ko­cha cię jesz­cze bar­dziej. Przy wszyst­kich in­nych ukry­wasz brud za fa­sa­dą, żeby cię lu­bi­li, jed­nak praw­dzi­wym przy­ja­cio­łom po­ka­zu­jesz ten brud, a im jesz­cze bar­dziej na to­bie za­le­ży. Kie­dy po­zby­wa­my się fa­sa­dy, zbli­ża­my się do sie­bie. Za­tem dla­cze­go nie ro­bi­my tego przy każ­dym, My­ro­nie? Py­tam się.

– Są­dzę, że za­mie­rzasz mi to po­wie­dzieć.

– Niech mnie dia­bli, je­śli wiem. – Lex opadł na opar­cie ka­na­py, upił spo­ry łyk i w za­du­mie prze­chy­lił gło­wę.

– Jed­nak jest tak. Fa­sa­da z na­tu­ry rze­czy jest kłam­stwem. Zwy­kle to jest w po­rząd­ku. Je­śli jed­nak nie otwo­rzysz się przed tym, kogo naj­bar­dziej ko­chasz, je­śli nie ujaw­nisz swo­ich wad, nie zdo­łasz się zbli­żyć. Po pro­stu bę­dziesz miał ta­jem­ni­ce. A te ta­jem­ni­ce ją­trzą i dzie­lą.

Drzwi zno­wu się otwo­rzy­ły. We­szły czte­ry ko­bie­ty i dwaj męż­czyź­ni, śmie­jąc się i trzy­ma­jąc w rę­kach kie­lisz­ki z kosz­mar­nie dro­gim szam­pa­nem.

– A więc ja­kie ta­jem­ni­ce skry­wa­łeś przed Suz­ze? – za­py­tał My­ron.

Lex tyl­ko po­krę­cił gło­wą.

– To uli­ca dwu­kie­run­ko­wa, ko­le­go.

– Więc ja­kie ta­jem­ni­ce Suz­ze mia­ła przed tobą?

Lex nie od­po­wie­dział. Pa­trzył na dru­gi ko­niec po­ko­ju. My­ron po­dą­żył wzro­kiem za jego spoj­rze­niem.

I wte­dy ją zo­ba­czył.

A przy­najm­niej tak mu się wy­da­wa­ło, gdy rzu­cił okiem na dru­gi ko­niec loży dla VIP-ów, za­dy­mio­nej i oświe­tlo­nej tyl­ko bla­skiem świec. My­ron nie wi­dział jej od tam­tej śnież­nej nocy przed szes­na­sto­ma laty, z brzu­chem, łza­mi pły­ną­cy­mi po po­licz­kach i krwią spły­wa­ją­cą przez pal­ce. Nie in­te­re­so­wał się nimi, ale kie­dy ostat­nio o nich sły­szał, miesz­ka­li gdzieś w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej.

Spoj­rze­li so­bie w oczy, przez se­kun­dę, nie dłu­żej. I choć to wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we, My­ron już wie­dział.

– Kit­ty?

Gło­śna mu­zy­ka za­głu­szy­ła jego głos, ale Kit­ty się nie za­wa­ha­ła. Jej oczy lek­ko się roz­sze­rzy­ły – może ze stra­chu – a po­tem ob­ró­ci­ła się na pię­cie i po­bie­gła do drzwi. My­ron pró­bo­wał ze­rwać się z ka­na­py, ale mięk­kie obi­cie spo­wol­ni­ło jego ru­chy. Za­nim zdo­łał wstać, Kit­ty Bo­li­tar – szwa­gier­ka My­ro­na i ko­bie­ta, któ­ra tak dużo mu za­bra­ła – zni­kła za drzwia­mi.

5

My­ron ru­szył za nią.

Gdy biegł do drzwi loży dla VIP-ów, przez gło­wę prze­mknął mu taki ob­raz: je­de­na­sto­let­ni My­ron i jego brat, sze­ścio­let­ni Brad z roz­wi­chrzo­ną strze­chą krę­co­nych wło­sów, gra­ją w swo­im po­ko­ju w mi­ni­ko­szy­ków­kę. Ta­bli­ca była z cien­kiej tek­tu­ry, a za pił­kę słu­ży­ła im okrą­gła gąb­ka. Ob­ręcz przy­cze­pi­li do drzwi sza­fy za po­mo­cą dwóch przy­ssa­wek, któ­re trze­ba było po­li­zać, żeby chwy­ci­ły. Gra­li go­dzi­na­mi, wy­my­śla­jąc dru­ży­ny i na­da­jąc so­bie roz­ma­ite prze­zwi­ska. Był Strze­la­ją­cy Sam, Ska­czą­cy Stan i Pod­ska­ku­ją­cy Paul, a My­ron, jako star­szy brat, kon­tro­lo­wał wszyst­ko, two­rząc fik­cyj­ny świat do­brych i złych gra­czy, dra­ma­tycz­nych roz­gry­wek i me­czów wy­gra­nych tra­fie­niem rów­no z sy­re­ną. Jed­nak naj­czę­ściej w koń­cu po­zwa­lał Bra­do­wi wy­grać. Wie­czo­rem, gdy kła­dli się do pię­tro­we­go łóż­ka – My­ron na gó­rze, Brad na dole – po ciem­ku od­twa­rza­li me­cze, ni­czym ko­men­ta­to­rzy spor­to­wi ana­li­zu­ją­cy grę.

To wspo­mnie­nie na nowo zła­ma­ło mu ser­ce.

Espe­ran­za za­uwa­ży­ła bie­gną­ce­go My­ro­na.

– Co jest?

– Kit­ty.

– Co?

Nie było cza­su na wy­ja­śnie­nia. Do­padł do drzwi i prze­le­ciał przez nie. Znów zna­lazł się w klu­bie z ogłu­sza­ją­cą mu­zy­ką. Sta­ry czło­wiek w za­ka­mar­ku jego umy­słu za­sta­na­wiał się, kogo cie­szy ta­kie ży­cie to­wa­rzy­skie, je­śli nie sły­szysz, co do cie­bie mó­wią. Jed­nak za­raz sku­pił wszyst­kie my­śli na tym, jak zła­pać Kit­ty.

My­ron był wy­so­ki – metr dzie­więć­dzie­siąt trzy cen­ty­me­try – więc sto­jąc na pal­cach, pa­trzył nad gło­wa­mi więk­szo­ści obec­nych. Ani śla­du Może Kit­ty. Co mia­ła na so­bie? Tur­ku­so­wy top. Szu­kał tur­ku­so­we­go ko­lo­ru.

Tam. Ty­łem do nie­go. Kie­ro­wa­ła się do wyj­ścia.

Mu­siał dzia­łać. Gło­śno prze­pra­sza­jąc, pró­bo­wał prze­drzeć się przez tłum, lecz ten był zbyt gę­sty. Stro­bo­sko­po­we świa­tła i pro­mie­nie la­se­rów też mu nie po­ma­ga­ły. Kit­ty. Co ona tu robi, do dia­bła? Przed laty Kit­ty też była obie­cu­ją­cą te­ni­sist­ką i tre­no­wa­ła ra­zem z Suz­ze. Tak się po­zna­ły. Może przy­ja­ciół­ki znów były w kon­tak­cie, ale czy to wy­ja­śnia, dla­cze­go Kit­ty była dziś wie­czo­rem tu­taj, w tym klu­bie, bez jego bra­ta?

A może Brad też tu był?

My­ron przy­spie­szył kro­ku. Sta­rał się nie wpa­dać na ni­ko­go, ale to – rzecz ja­sna – było nie­moż­li­we. Lu­dzie rzu­ca­li mu nie­chęt­ne spoj­rze­nia i po­krzy­ki­wa­li „Hej!” albo „Gdzie się pali?”, lecz My­ron igno­ro­wał ich i parł da­lej. Cała ta sy­tu­acja za­czy­na­ła przy­po­mi­nać sen, je­den z tych, w któ­rych bie­gniesz i nie mo­żesz do­trzeć do celu, a two­je nogi sta­ją się co­raz cięż­sze albo brniesz w śnie­gu.

– Au! – wrza­snę­ła ja­kaś dziew­czy­na. – Ba­ra­nie, na­dep­ną­łeś mi na pa­lec!

– Prze­pra­szam – rzu­cił My­ron, nadal pró­bu­jąc prze­ci­snąć się przez tłum.

Na ra­mie­niu My­ro­na wy­lą­do­wa­ło wiel­kie łap­sko i ob­ró­ci­ło go. Ktoś moc­no po­pchnął go od tyłu, o mało nie zwa­la­jąc z nóg. My­ron zła­pał rów­no­wa­gę i zo­ba­czył grup­kę jak­by żyw­cem wzię­tą z te­le­wi­zyj­ne­go se­ria­lu Jer­sey Sho­re. Mnó­stwo żelu na wło­sach, sztucz­na opa­le­ni­zna, wy­sku­ba­ne brwi, wy­de­pi­lo­wa­ne tor­sy i po­zer­skie mu­sku­ły. Na twa­rzach mie­li szy­der­cze gry­ma­sy, dziw­ne miny u fa­ce­tów, któ­rzy nie­ustan­nie się stro­ją i pie­lę­gnu­ją. Rąb­niesz ta­kie­go w nos, to go za­bo­li, ale jesz­cze bar­dziej bę­dzie cier­piał z po­wo­du ze­psu­tej fry­zu­ry.

Było ich czte­rech, pię­ciu, a może sze­ściu – zle­wa­li się w jed­ną masę, śli­ską i roz­ta­cza­ją­cą odór wody ko­loń­skiej Axe – i wy­raź­nie pod­nie­ca­ła ich moż­li­wość wy­ka­za­nia się mę­sko­ścią w obro­nie ho­no­ru pal­ca ja­kiejś dziew­czy­ny.

My­ron nadal pró­bo­wał dy­plo­ma­cji:

– Prze­pra­szam, lu­dzie, to na­gła spra­wa.

– O, a gdzie się pali? – po­wie­dział je­den z pięk­ni­siów.

– Wi­dzisz gdzieś tu ogień, Vin­ny?

– Tak, gdzie ten po­żar? – za­wtó­ro­wał Vin­ny. – Bo ja­koś żad­ne­go nie wi­dzę. Wi­dzisz ja­kiś, Slap?

Za­nim Slap zdą­żył coś po­wie­dzieć, My­ron go uprze­dził:

– Ta, ro­zu­miem. Nie ma po­ża­ru. Słu­chaj­cie, po­wta­rzam: na­praw­dę bar­dzo mi przy­kro, ale strasz­nie się spie­szę.

Jed­nak Slap mu­siał po­wie­dzieć swo­je.

– Nie, ja też nie wi­dzę tu ognia.

My­ron nie miał na to cza­su. Ru­szył – do li­cha, nig­dzie nie wi­dać Kit­ty – ale tam­ci zwar­li sze­re­gi. Pięk­niś, wciąż trzy­ma­ją­cy dłoń na ra­mie­niu My­ro­na, za­czął za­ci­skać pal­ce.

– Po­wiedz San­drze, że ją prze­pra­szasz.

– Nie sły­sza­łeś, jak mó­wi­łem, że na­praw­dę bar­dzo mi przy­kro?

– Do San­dry – po­wtó­rzył tam­ten.