Wydawca: Insignis Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 357 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka #WstydźSię! - Jon Ronson

Nowa książka obecnego od wielu lat na listach bestsellerów Jona Ronsona – wciągająca i błyskotliwa opowieść o jednej z najbardziej niedocenianych sił rządzących światem: o wstydzie.

Przez ostatnie trzy lata Jon Ronson podróżował po świecie, spotykając się z ludźmi, którzy zostali publicznie napiętnowani. Ludźmi takimi jak my. Ludźmi, którzy opublikowali w mediach społecznościowych kiepski żart albo popełnili jakiś błąd, wykonując swoją pracę. A kiedy ich występek został ujawniony, wściekły tłum rzucił im się do gardeł – byli wyszydzani, odsądzani od czci i wiary, czasem nawet zwalniani z pracy.

Dzięki internetowi publiczne zawstydzanie przeżywa dziś renesans. Jesteśmy świadkami demokratyzacji sprawiedliwości. Milcząca większość w końcu doszła do głosu. Jak to wykorzystujemy? Jesteśmy bezlitośni w wytykaniu cudzych błędów. Tworzymy definicje normalności, rujnując życie tych, którzy nie spełniają naszych kryteriów. Używamy wstydu jako formy społecznej kontroli.

#WstydźSię! to książka poruszająca, a jednocześnie przesiąknięta typowym dla Jona Ronsona poczuciem humoru. Szczerze i wprost opowiada o naszym współczesnym życiu, uświadamiając nam, jak przerażającą rolę odgrywamy w zbierającej coraz większe żniwo wojnie wypowiedzianej ludzkim słabościom.

Opinie o ebooku #WstydźSię! - Jon Ronson

Fragment ebooka #WstydźSię! - Jon Ronson

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Tytuł oryginałuSo You’ve Been Publicly Shamed

Copyright © 2015 by Jon Ronson

First published 2015 by Picador

First published in paperback with a new afterword 2016 by Picador an imprint of Pan Macmillan 20 New Wharf Road, London N1 9RR Associated companies throughout the worldwww.panmacmillan.com

All rights reserved.

Przekład Katarzyna Dudzik Olga Siara (posłowie)

Redakcja i korekta Tomasz Brzozowski, Julia Diduch, Dominika Pycińska oraz Pracownia 12 A

Projekt okładki Matt Dorfman

Polska wersja okładki i konwersja Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-65743-20-6

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Dedykacja

Dla Elaine

1 | Waleczne serce

Ta historia zaczęła się z początkiem stycznia 2012 roku, kiedy zauważyłem, że jakiś inny Jon Ronson zaczął pisać na Twitterze. Na jego zdjęciu profilowym widniała moja twarz. Posługiwał się nazwą użytkownika @jon_ronson. Ostatni wpis, który pojawił się, kiedy w zdumieniu wpatrywałem się w jego oś czasu, brzmiał: „Wracam do domu. Muszę znaleźć ten przepis na małże w bułce z guaraną i majonezem :D #pychota”.

„Kim jesteś?” – napisałem do niego.

„Oglądam #KronikiSeinfelda. Mam ochotę na wielką porcję selera, granika i kebaba z kwaśnym sosem i trawą cytrynową #smakosz” – odćwierknął.

Nie miałem pojęcia, co powinienem zrobić.

Następnego ranka zanim sprawdziłem własną oś czasu, zajrzałem na profil @jon_ronson. W nocy pojawił się na nim wpis: „O tym śnię: #czas i #fiut”.

Tamtego drugiego Jona Ronsona obserwowało dwadzieścia osób. Te z nich, które znałem osobiście, zastanawiały się pewnie, dlaczego nagle zacząłem z takim entuzjazmem pisać o kuchni fusion i zwierzać się ze snów o fiutach.

Poszperałem trochę i odkryłem, że młody pracownik uniwersytetu w Warwick nazwiskiem Luke Robert Mason kilka tygodni wcześniej zamieścił komentarz na stronie internetowej „Guardiana”. Była to odpowiedź na mój krótki film o spambotach. „Stworzyliśmy dla Jona jego własnego infomorfa – napisał. – Możecie obserwować go na Twitterze: @jon_ronson”.

„Aha, więc to jakiś rodzaj spambota – pomyślałem. – OK, czyli nie ma żadnego problemu. Luke Robert Mason musiał dojść do wniosku, że lubię spamboty. Kiedy dowie się, że tak nie jest, usunie go”.

Napisałem mu na Twitterze: „Cześć! Czy mógłbyś usunąć swojego spambota?”.

Minęło dziesięć minut. Wreszcie otrzymałem odpowiedź: „Wolimy termin infomorf”.

Zmarszczyłem brwi. „Ale on ukradł moją tożsamość” – odpisałem.

„Infomorf nie ukradł twojej tożsamości – odpisał mi. – Przetwarza dane z mediów społecznościowych, nadając im charakterystyczny dla infomorfów styl”.

Poczułem ucisk w klatce piersiowej.

„#woohoo, o cholercia, mam ochotę na górę grillowanej cebuli z chrupiącym chlebem. #smakosz” – zatweetował @jon_ronson.

Toczyłem wojnę ze zrobotyzowaną wersją samego siebie.

Minął miesiąc. @jon_ronson dwadzieścia razy dziennie tweetował o zawirowaniach w swoim życiu towarzyskim, „wieczorkach”, w których brał udział, i rozległym kręgu swoich przyjaciół. Obserwowało go teraz pięćdziesięciu użytkowników Twittera. Z pewnością mieli oni zupełnie mylne wyobrażenie na temat tego, co sądzę o wieczorkach i bliskich mi osobach.

Spambot okrył mnie niesławą i sprawił, że poczułem się bezsilny. Moja tożsamość została całkowicie błędnie przedefiniowana przez nieznane mi osoby, a ja nie wiedziałem, do kogo mógłbym się z tym zwrócić.

Napisałem na Twitterze do Luke’a Roberta Masona. Skoro tak stanowczo odmawiał usunięcia spambota, może zgodziłby się chociaż ze mną spotkać? Mógłbym sfilmować naszą rozmowę i wrzucić nagranie na YouTube’a. Zgodził się i dodał, że cieszy go możliwość wytłumaczenia, jakie idee przyświecały stworzeniu infomorfa. Odpisałem, że chętnie posłucham, jakie idee przyświecały stworzeniu spambota.

Wynająłem pokój w centrum Londynu. Mason pojawił się w towarzystwie dwóch mężczyzn. Stanowili zespół, który stworzył spambota. Wszyscy byli pracownikami naukowymi i poznali się na uniwersytecie w Warwick. Luke Robert Manson, najmłodszy z nich, okazał się przystojnym dwudziestoparolatkiem, „badaczem technologii i cyberkultury oraz dyrektorem konferencji Virtual Futures”, jak wyczytałem w jego internetowym CV. David Bausola kojarzył mi się z dziarskim nauczycielem, a jednocześnie kimś, kto mógłby występować na konferencji dotyczącej twórczości literackiej Aleistera Crowleya. Pracował na stanowisku specjalisty nowych technologii i był dyrektorem zarządzającym agencji interaktywnej Philter Phactory. Dan O’Hara miał ogoloną głowę i świdrujące spojrzenie. Wyglądał na zirytowanego i mocno zaciskał szczęki. Miał niespełna czterdzieści lat, pracował jako wykładowca literatury angielskiej i amerykańskiej na Uniwersytecie w Kolonii; wcześniej wykładał na Oksfordzie. Napisał książkę o J.G. Ballardzie pod tytułem Extreme Metaphors (Niezwykłe metafory). Wydał także książkę zatytułowaną Thomas Pynchon: Schizophrenia & Social Control (Thomas Pynchon: schizofrenia i kontrola społeczna). Jeśli dobrze ich zrozumiałem, to David Bausola stworzył spambota, a pozostała dwójka zajmowała się „badaniami i doradztwem”.

Poprosiłem, żeby usiedli w jednym rzędzie na sofie, dzięki czemu mógłbym sfilmować ich wszystkich w jednym ujęciu. Dan O’Hara rzucił swoim kolegom spojrzenie.

– No cóż, dostosujmy się – powiedział do nich.

Wszyscy usiedli na sofie z Danem pośrodku.

– Co masz na myśli, mówiąc o dostosowaniu się? – zapytałem.

– Chodzi mi o psychologiczną kontrolę.

– Uważasz, że sadzając was w rzędzie na sofie, chcę mieć nad wami psychologiczną kontrolę?

– Dokładnie tak.

– W jaki sposób? – zapytałem.

– Sam tak robię ze studentami – odpowiedział Dan. – Siadam na krześle, a ich sadzam w rzędzie na sofie.

– W jakim celu chcesz mieć psychologiczną kontrolę nad swoimi studentami?

Dan przez chwilę wyglądał na zaniepokojonego, jakby został przyłapany na powiedzeniu czegoś trochę dziwacznego.

– Chodzi o nadzór nad warunkami nauczania – wyjaśnił.

– Czy to sprawia, że czujesz się niekomfortowo?

– Nie, raczej nie – powiedział Dan. – A czy ty czujesz się niekomfortowo?

– Tak.

– Dlaczego? – zapytał Dan.

Postanowiłem wylać swoje żale.

– Naukowcy – zacząłem – zazwyczaj nie pojawiają się nagle w czyimś życiu i nieproszeni nie wykorzystują tej osoby do przeprowadzenia jakiegoś akademickiego eksperymentu. Poza tym kiedy poprosiłem was o usunięcie spambota, odpowiedzieliście tylko: „Och, to nie jest spambot, to infomorf”.

Dan pokiwał głową i wychylił się w moją stronę.

– Na świecie istnieje pewnie wielu Jonów Ronsonów? – zagaił. – Wielu ludzi, którzy nazywają się tak samo jak ty, prawda?

Spojrzałem na niego podejrzliwie.

– Jestem pewien, że istnieją osoby, które noszą takie samo imię i nazwisko jak ja – odpowiedziałem ostrożnie.

– Mam ten sam problem – odparł Dan z uśmiechem. – Istnieje pewien naukowiec, który nazywa się tak samo jak ja.

– Twój problem wcale nie jest taki sam. Ponieważ, mówiąc ściśle, mój polega na tym, że trzech nieznajomych skradło moją tożsamość, stworzyło zrobotyzowaną wersję mnie samego, a teraz odmawia jej usunięcia, mimo że pracuje na prestiżowych uniwersytetach i wygłasza przemówienia na konferencji TED.

Dan wydał z siebie długie, zbolałe westchnienie.

– A więc twierdzisz, że istnieje tylko jeden Jon Ronson – powiedział. – Uważasz się za oryginała i w związku z tym chcesz zachować swoją integralność i autentyczność, tak?

Wlepiłem w niego wzrok.

– To ty irytujesz nas – ciągnął Dan. – Nie przekonują nas twoje argumenty. Naszym zdaniem kręcisz. Starasz się chronić nie tyle siebie, ile swoje internetowe wcielenie, markę Jon Ronson. Mam rację?

– NIE! PRZECIEŻ TO JA PISZĘ NA TWITTERZE! – krzyknąłem.

– Internet to nie jest prawdziwy świat – powiedział Dan.

– To ja piszę te wszystkie posty – odpowiedziałem. – I to ja klikam „wyślij”. Więc to ze mną macie do czynienia na Twitterze.

Mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem.

– Może nie brzmi to naukowo ani postmodernistycznie, ale taka jest prawda – podsumowałem.

– To kuriozalne – powiedział Dan. – Wydaje mi się, że naprawdę dziwnie do tego podchodzisz. Należysz do bardzo nielicznej grupy osób, które używają na Twitterze swojego prawdziwego imienia i nazwiska jako nazwy użytkownika. Kto tak postępuje? Dlatego twoje motywy wydają mi się trochę podejrzane, Jon. I właśnie dlatego twierdzę, że twoje konto służy ci do zarządzania marką „Jon Ronson”.

Nic na to nie odpowiedziałem i do dziś nie mogę sobie tego darować. Powinienem był wytknąć mu, że Luke Robert Manson występuje na Twitterze jako @LukeRobertMason.

Rozmawialiśmy tak jeszcze przez godzinę. Oświadczyłem Danowi, że nigdy w życiu nie użyłem terminu „zarządzanie marką”. Taki język jest mi zupełnie obcy.

– Tak samo jest z waszym spambotem. Jego język jest zupełnie inny niż mój – powiedziałem.

– Zgadza się – powiedzieli wszyscy trzej równocześnie.

– I właśnie to mnie tak denerwuje. Wasz spambot daje ludziom mylne wyobrażenie na mój temat.

– Wolałbyś, żeby był bardziej podobny do ciebie? – zapytał Dan.

– Wolałbym, żeby w ogóle go nie było – oświadczyłem.

– To dziwne – rzekł Dan i gwizdnął z niedowierzaniem. – I bardzo interesujące z psychologicznego punktu widzenia.

– A to dlaczego? – zapytałem.

– Dostrzegam u ciebie przejawy agresji. Chcesz uśmiercić te algorytmy? Musisz się czuć w pewien sposób zagrożony. – Posłał mi zatroskane spojrzenie. – Mało kto próbuje uśmiercić to, co go irytuje.

– Jesteś TROLLEM! – wrzasnąłem.

Kiedy skończyłem wywiad, ruszyłem na popołudniową przechadzkę po Londynie. Bałem się wrzucić to nagranie na YouTube’a, bo wiedziałem, jak bardzo piskliwie brzmi mój głos. W końcu przygotowałem się psychicznie na komentarze wyśmiewające ton mojego głosu i udostępniłem film. Poczekałem dziesięć minut. A potem z obawą spojrzałem na to, co pojawiło się pod nim. „To kradzież tożsamości – przeczytałem w pierwszym komentarzu. – Powinni uszanować wolność osobistą Jona”.

„Wow” – pomyślałem, starając się nie ulegać ekscytacji.

„Ktoś powinien założyć tym klaunom alternatywne konta na Twitterze i w kółko pisać o ich słabości do dziecięcej pornografii” – stwierdzał autor następnego komentarza.

Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.

„Ci ludzie to jacyś cholerni manipulatorzy – głosił trzeci komentarz. – Pieprzyć ich. Trzeba ich pozwać, złamać, zniszczyć. Gdybym spotkał się z nimi twarzą w twarz, powiedziałbym im, że są beznadziejnymi fiutami”.

Z radości aż zakręciło mi się w głowie. Byłem Walecznym Sercem – wojownikiem, który odważnie maszeruje przed siebie, na początku zupełnie sam, ale szybko staje się jasne, że podążają za nim tysiące.

„Nikczemni, irytujący idioci, którzy bawią się czyimś życiem, a potem wyśmiewają się z cierpienia i gniewu swojej ofiary” – przeczytałem w kolejnym komentarzu.

Pokiwałem głową.

„Nienawistne dupki – pisał autor następnego komentarza. – Te pieprzone mędrki z uniwersytetu zasługują na długą i bolesną śmierć. A ten kutas w środku to jakiś pieprzony psychopata”.

Zmarszczyłem lekko brwi. „Mam nadzieję, że nikt nie zrobi im krzywdy” – pomyślałem.

„Zagazować pojebów. Szczególnie tego środkowego pojeba. I łysego pojeba. I tego małomównego pojeba też. A potem naszczać na ich zwłoki” – zachęcał kolejny internauta.

Wygrałem. W ciągu kilku kolejnych dni Dan O’Hara, Luke Robert Manson i David Bausola usunęli profil @jon_ronson. Spotkali się z powszechnym potępieniem. Zawstydzenie ich przed całym światem było jak wciśnięcie guzika, który przywraca fabryczne ustawienia.

Coś było nie tak, więc społeczność zjednoczyła się dla sprawy. Równowaga została przywrócona.

O’Hara, Manson i Bausola postarali się, żeby usunięcie spambota nie przeszło bez echa. Napisali dla „Guardiana” artykuł, w którym tłumaczyli, że ich celem było zwrócenie uwagi opinii publicznej na tyranizujące nas algorytmy Wall Street. „Boty manipulują nie tylko życiem Jona Ronsona, ale także życiem nas wszystkich” – stwierdzili.

Wciąż nie rozumiem, w jaki sposób fałszywe doniesienia o tym, że objadam się pierożkami z nadzieniem wasabi, miałyby wzbudzić zainteresowanie problemem giełdowych algorytmów.

„Kazano mi cię zwolnić. Czy rozumiesz, co to oznacza?” – napisał do spambota na Twitterze David Bausola. I jeszcze: „Zostało ci tylko kilka godzin. Mam nadzieję, że spędzisz je w przyjemny sposób”.

„Po prostu kliknij »kasuj« – napisałem mu w e-mailu. – Chryste…”.

Cieszyłem się zwycięstwem. Smakowało cudownie. To wspaniałe uczucie podziałało na mnie jak środek uspokajający. Ludzie z całego świata zjednoczyli się, by powiedzieć mi, że miałem rację. Idealne zakończenie.

Wróciłem teraz myślą do innych przypadków napiętnowania w mediach społecznościowych, które mnie ucieszyły i sprawiły, że poczułem się dumny z internautów. Pierwsze tego typu zdarzenie miało miejsce w październiku 2009 roku. Stephen Gatley, członek boysbandu Boyzone, zmarł podczas wakacyjnego wyjazdu, który spędzał ze swoim życiowym partnerem Andrew Cowlesem. Koroner stwierdził zgon z przyczyn naturalnych, ale felietonistka Jan Moir napisała w „Daily Mail”: „Jakakolwiek była przyczyna tej śmierci, żadną miarą nie mogła ona być naturalna (…) To wydarzenie zadaje kolejny cios mitowi szczęśliwych i zgodnych związków partnerskich”.

Nie zamierzaliśmy tolerować powrotu staroświeckiej bigoterii. Nasz gniew sprawił, że Marks & Spencer oraz Nestlé zażądały usunięcia swoich reklam ze strony internetowej „Daily Mail”. To było coś pięknego. Pokonaliśmy ludzi z „Daily Mail” bronią, której nie znali – napiętnowaniem w mediach społecznościowych.

Od tamtej pory reagowaliśmy na wszelkie nadużycia ze strony możnych i wpływowych. Kiedy „Daily Mail” zakpił sobie z jednego z banków żywności (działający pod przykrywką reporter gazety otrzymał paczkę żywnościową, a jego dane nie zostały sprawdzone), użytkownicy Twittera wyrazili swój sprzeciw jeszcze tego samego dnia, przelewając na konto tej organizacji 39 tysięcy funtów.

„Właśnie to jest wspaniałe w mediach społecznościowych – napisał pewien użytkownik Twittera, komentując tę akcję. – »Daily Mail« zajmuje się głównie publikowaniem kłamstw na temat tego, co robią nasi sąsiedzi, i nie wie, jak reagować w sytuacji, kiedy ludzie komunikują się bezpośrednio i formułują własne opinie”.

Kiedy LA Fitness odmówiło anulowania karty członkowskiej parze, która straciła pracę i nie mogła pozwolić sobie na opłaty, również się zjednoczyliśmy. LA Fitness szybko wycofało się ze swojej decyzji. Gigantów zwyciężyli ludzie dotąd bezsilni – blogerzy i użytkownicy serwisów społecznościowych. Pokonano ich zupełnie nową bronią: internetowym napiętnowaniem.

Któregoś dnia uderzyła mnie pewna myśl. Oto mieliśmy do czynienia z czymś o naprawdę znaczących konsekwencjach. Byliśmy świadkami renesansu publicznego piętnowania. Po stu osiemdziesięciu latach przerwy (w Zjednoczonym Królestwie kary publiczne zniesiono w 1837 roku, a w Stanach Zjednoczonych – w 1839) powracało ono w wielkim stylu. Starając się zawstydzić innych, sięgamy po potężne narzędzie. Piętnowanie to działanie represyjne, nieznające ograniczeń, coraz częściej stosowane i wywierające coraz bardziej odczuwalne skutki. Została odwrócona hierarchia. Przemówili pozbawieni głosu. Nastąpiła demokratyzacja sprawiedliwości. I dlatego podjąłem decyzję. Następnym razem, kiedy jakiś wpływowy winowajca zostanie publicznie napiętnowany i zatriumfuje obywatelska sprawiedliwość, przyjrzę się temu od środka. Dokładnie zbadam to zjawisko i opiszę skuteczność takiego postępowania w naprawianiu zła.

Nie musiałem czekać długo. 2 kwietnia 2012 roku @jon_ronson został skazany na śmierć. Zaledwie dwanaście tygodni później, 4 lipca, pewien mieszkaniec brooklyńskiego Fort Greene, leżąc w środku nocy na sofie i szukając ciekawych tematów do swojego bloga, dokonał niespodziewanego odkrycia.

2 | Cieszę się, że taki nie jestem

W środku nocy 4 lipca 2012 roku Michael Moynihan leżał na sofie. Jego żona, Joanna, spała na piętrze z dzieckiem. Byli spłukani – jak zawsze. Chyba wszyscy dziennikarze zarabiali więcej niż Michael. „Nie potrafię czerpać z tego zysków – zwierzył mi się później. – Nie wiem, jak to robić”.

To były dla nich trudne czasy. Michael miał trzydzieści siedem lat i próbował związać koniec z końcem, pisząc blog i pracując jako freelancer ze swojego mieszkania w budynku bez windy, położonym w niezbyt prestiżowej części brooklyńskiego Fort Greene.

Ostatnio otrzymał ofertę pracy. „Washington Post” zaproponował mu, żeby przez dziesięć dni prowadził blog pod patronatem gazety. Nie był to najszczęśliwszy termin. „4 lipca. Każdy wyjeżdża wtedy na urlop. Nie ma czytelników i nie ma też zbyt wiele newsów”. Koniec końców, był to jakiś przełom w karierze Michaela, co bardzo go stresowało. Stres zepsuł mu już wakacje w Irlandii, gdzie pojechał wraz z żoną odwiedzić jej rodzinę, a teraz dopadł go na sofie.

Gorączkowo szukał pomysłów na artykuł. Pod wpływem impulsu ściągnął pierwszą pozycję z listy bestsellerów literatury faktu „New York Timesa”, książkę napisaną przez Jonaha Lehrera – młodego, przystojnego, znanego na całym świecie autora zajmującego się popularyzacją wiedzy psychologicznej. Była to książka o neurobiologii kreatywności zatytułowana Imagine: How Creativity Works (Wyobraź to sobie. Jak działa kreatywny umysł).

Ponieważ Michael był zapalonym dylanologiem, jego uwagę przykuł pierwszy jej rozdział („Mózg Boba Dylana”). Jonah Lehrer opisywał w nim najważniejszy moment w artystycznej karierze Dylana – proces myślowy, który doprowadził go do napisania piosenki Like a Rolling Stone.

W maju 1965 roku Dylan czuł się znudzony i zmęczony po wyczerpującej trasie koncertowej; był „wychudzony z powodu bezsenności i tabletek”. Miał dość muzyki. Uważał, że nie ma innym nic do przekazania. Jonah Lehrer napisał:

Był pewien jedynie tego, że nie może dłużej wieść takiego życia. Ilekroć czytał o sobie w gazetach, komentował to zawsze tak samo: „Boże, cieszę się, że nie jestem sobą – mówił. – Cieszę się, że taki nie jestem”.

Dylan oznajmił managerowi, że odchodzi z muzycznego biznesu. Przeprowadził się do drewnianej chatki w Woodstock, w stanie Nowy Jork. Planował zabrać się do pisania powieści.

Właśnie wtedy, gdy Dylan postanowił zaprzestać tworzenia muzyki, owładnęło nim dziwne uczucie.

„Trudno to opisać – wspominał później Dylan. – To po prostu wewnętrzne przekonanie, że masz coś do powiedzenia”.

Nic dziwnego, że Imagine stało się takim bestsellerem. Któż nie pragnąłby przeczytać, że doświadczając twórczej blokady i poczucia beznadziei, jest jak Bob Dylan na chwilę przed napisaniem Like a Rolling Stone?

Powinienem zaznaczyć, że Michael Moynihan nie kupił książki Lehrera dlatego, że czuł się zablokowany i potrzebował porady, jak zabrać się do pisania dla „Washington Post”. Jonah Lehrer był ostatnio uwikłany w mały skandal i Michael zamierzał poruszyć ten temat. Lehrer pisał dla „New Yorkera” i jak się okazało, niektóre z jego tekstów stanowiły przeróbki artykułów, które kilka miesięcy wcześniej opublikował w „Wall Street Journal”. W swojej notce Michael chciał zwrócić uwagę czytelników na fakt, że zjawisko autoplagiatu jest dużo mniej poważnym przewinieniem w Wielkiej Brytanii niż w Stanach, i zastanowić się, co mówi to o kulturze każdego z tych krajów.

Michael nagle przerwał lekturę. Cofnął się do poprzedniego zdania.

„Trudno to opisać – wspominał później Dylan. – To po prostu wewnętrzne przekonanie, że masz coś do powiedzenia”.

Michael zmrużył oczy. „Cholera, kiedy Bob Dylan powiedział coś takiego?” – pomyślał.

– Co nasunęło ci te podejrzenia? – zapytałem Michaela podczas wspólnego lunchu w Cookshop Restaurant w nowojorskiej dzielnicy Chelsea.

Michael to przystojny, energiczny mężczyzna. Ma jasne oczy, niespokojne niczym u psa husky.

– To po prostu nie brzmiało jak coś, co mógłby powiedzieć Dylan – wyjaśnił. – W tamtym okresie Dylan, udzielając wywiadów, zachowywał się jak palant. A to zdanie brzmi jak żywcem wyjęte z poradnika typu „Jak żyć”.

Michael, wciąż leżąc na sofie, przebiegł wzrokiem kilka wcześniejszych akapitów.

Ilekroć czytał o sobie w gazetach, komentował to zawsze tak samo. „Boże, cieszę się, że nie jestem sobą – mówił. – Cieszę się, że taki nie jestem”.

W filmie dokumentalnym D.A. Pennebakera zatytułowanym Dont Look Back (brak apostrofu w oryginalnym tytule to celowy zabieg reżysera) Dylan czyta artykuł o sobie samym: „Pali jak smok, osiemdziesiąt papierosów dziennie”, po czym śmieje się i rzuca: „Boże, cieszę się, że nie jestem sobą”.

Skąd Jonah Lehrer wiedział, co mówił Dylan, „ilekroć czytał o sobie w gazetach”? – zastanawiał się Michael. Skąd w ogóle wziął to „ilekroć”? Wiemy, jakie jest źródło słów: „Boże, cieszę się, że nie jestem sobą”. Ale: „Cieszę się, że taki nie jestem”? Kiedy Dylan powiedział: „Cieszę się, że taki nie jestem”? Skąd Jonah Lehrer wytrzasnął to: „Cieszę się, że taki nie jestem”?

Właśnie dlatego Michael Moynihan postanowił napisać do Jonaha Lehrera.

„Zainteresowałem się Pana książką i jako obsesyjny fanatyk twórczości Dylana błyskawicznie pochłonąłem pierwszy rozdział (…). Dobrze znam wszelkie kanoniczne materiały dotyczące Dylana, a jednak kilka cytatów wprawiło mnie w zakłopotanie i nie potrafiłem znaleźć ich źródła (…)”.

Tak brzmiał pierwszy e-mail Michaela do Lehrera. Michael przeczytał mi go w swoim salonie, kiedy wróciliśmy do Fort Greene. Przysiadła się do nas jego żona Joanna. Wszędzie wokół porozrzucane były dziecięce zabawki.

Zanim Michael wysłał drugi e-mail 7 lipca, namierzył sześć podejrzanych cytatów, a w wśród nich następujące: „To po prostu wewnętrzne przekonanie, że masz coś do powiedzenia”, „Cieszę się, że taki nie jestem”, a także gniewną odpowiedź na wścibskie pytania dziennikarza: „Nie mam nic do powiedzenia na temat swoich tekstów. Po prostu piszę. Nie ma w tym żadnego wielkiego przesłania. Przestańcie prosić mnie o wyjaśnienia”.

Rzeczywiście, w filmie Dont Look Back z ust Dylana padły słowa: „Nie mam nic do powiedzenia na temat swoich tekstów. Po prostu piszę. Nie ma w tym żadnego wielkiego przesłania”.

Jednak Dylan nie dodał: „Przestańcie prosić mnie o wyjaśnienia”.

Michael wspomniał jeszcze w swoim e-mailu o obowiązującym go terminie (prowadził blog dla „Washington Post” jedynie przez dziesięć dni), a następnie kliknął ikonkę „wyślij”.

Następnego dnia Jonah dwukrotnie napisał do Michaela. Jego e-maile utrzymane były w przyjaznym, rzeczowym, może trochę wyniosłym tonie. Z całą pewnością ten młody, inteligentny naukowiec rozumiał wątpliwości Michaela i obiecywał rozwiać je w bardziej dogodnej dla siebie chwili. Czyli za jedenaście dni. Wyjechał właśnie na dziesięciodniowy urlop do północnej Kalifornii. I wszystkie jego materiały zostały w domu. Nie chciał psuć sobie odpoczynku czternastogodzinną podróżą tylko po to, żeby je sprawdzić. Jeśli Michael zechce poczekać, Jonah wyśle mu szczegółowe przypisy.

Michael uśmiechnął się, kiedy odczytywał mi tę część wiadomości Lehrera. Jedenaście dni to bardzo dogodny okres, biorąc pod uwagę czas trwania kontraktu Michaela z „Washington Post”.

Jednak Jonah zaoferował, że spróbuje odpowiedzieć na pytania Michaela, polegając po prostu na swojej pamięci.

– I tu popełnił błąd – powiedział Michael. – Od tej chwili zaczynają się jego małe kłamstewka. Jonah się waha. Skłamać? Nie skłamać?

I w końcu wybrał – skłamać.

„Pomógł mi jeden z managerów Dylana” – napisał Jonah.

To właśnie ów manager dał Lehrerowi dostęp do dotychczas niewydanych, oryginalnych transkrypcji wywiadów Dylana. Jeśli istnieją jakieś rozbieżności między książką a źródłami dostępnymi w internecie, oto ich przyczyna.

Jonah napisał jeszcze kilka akapitów utrzymanych w podobnym tonie. Stwierdził na przykład, że Dylan powiedział „przestańcie prosić mnie o wyjaśnienia” podczas radiowego wywiadu w 1995 roku. Według Jonaha rozmowa ta została wydrukowana na stronach trudno dostępnego wielotomowego wydawnictwa zatytułowanego The Fiddler Now Upspoke: A Collection of Bob Dylan’s Interviews, Press Conferences and the Like from Throughout the Master’s Career (Skrzypek przemówił: zbiór wywiadów, materiałów z konferencji prasowych oraz innych dokumentów z okresu całej kariery Mistrza). I tak dalej. Na koniec Jonah podziękował Michaelowi za zainteresowanie, podpisał się, a na samym dole jego e-maila widniał dopisek „Wysłane z mojego iPhone’a”.

– Wysłane z iPhone’a – powiedział Michael. – To była bardzo długa wiadomość jak na e-mail wysłany z iPhone’a. Chyba trochę spanikował. Musiały mu się spocić kciuki, nie uważasz?

Czy Jonah Lehrer rzeczywiście był na wakacjach? Któż to wie. W każdym razie Michael zmuszony był uwierzyć mu na słowo. W ich kontaktach nastąpiła przerwa. Przerwa, która, biorąc pod uwagę nakład pracy, jakiej wymagało przejrzenie The Fiddler Now Upspoke, uniemożliwiła Michaelowi publikację artykułu na blogu „Washington Post”. To był naprawdę okropny materiał źródłowy. „Jedenaście, dwanaście, a może nawet piętnaście tomów. Koszt jednego z nich to 150, a nawet 200 dolarów”.

Jonah Lehrer uznał prawdopodobnie, że Michael nie będzie miał środków ani czasu, żeby znaleźć, kupić i dokładnie przeanalizować antologię tak trudno dostępną i obszerną jak The Fiddler Now Upspoke. Nie docenił jednak jego nieustępliwości. Pod pewnym względem Michael przypominał mi cyborga z Terminatora 2 – tego, który był jeszcze bardziej zawzięty od Arnolda Schwarzeneggera i który poruszał się szybciej niż najszybszy samochód. Żona Michaela Joanna powiedziała kiedyś: „Michael jest strażnikiem norm społecznych. – Następnie odwróciła się w jego stronę i dodała: – Jesteś miłym facetem, chyba że ktoś…” – w tym miejscu zawiesiła głos.

– Kiedy widzę kogoś rzucającego śmieci na ulicę, wydaje mi się to najgłupszą rzeczą na świecie. Tracę nad sobą kontrolę. Człowieku, dlaczego to robisz? – powiedział Moynihan.

– Potrafi tak w nieskończoność – skwitowała wypowiedź męża Joanna. – Spędzamy miło czas, spacerując, i nagle Michael zaczyna wygłaszać półgodzinną tyradę…

– Na moich oczach świat obraca się ruinę – smutno skonstatował Michael.

Michaelowi udało się wytropić elektroniczne wydanie The Fiddler Now Upspoke. Właściwie nie była to cyfrowa kopia tej antologii, ale „kompletne archiwum wszystkich udzielonych przez Dylana wywiadów zatytułowane Every Mind-Polluting Word (Każde zaśmiecające umysł słowo)”. Jak powiedział mi Michael, „ten dokument to w gruncie rzeczy cyfrowa wersja The Fiddler Now Upspoke, które jakiś fan zebrał i wrzucił do sieci”. Okazało się, że w 1995 roku Bob Dylan udzielił tylko jednego radiowego wywiadu, a zdanie: „Przestańcie prosić mnie o wyjaśnienia”, w ogóle w nim nie pada.

11 lipca Michael spacerował po parku z żoną i córką. Było gorąco. Latorośl Moynihanów raz po raz wskakiwała i wyskakiwała z fontanny. W pewnej chwili zadzwonił telefon Michaela. Głos w słuchawce powiedział: „Z tej strony Jonah Lehrer”.

Wiem już, jak brzmi głos Jonaha Lehrera. Gdybym miał opisać go za pomocą jednego słowa, najwłaściwsze byłoby „wyważony”.

– Naprawdę miło nam się rozmawiało – opowiadał Michael. – O Dylanie i o dziennikarstwie. Zapewniłem go, że nie staram się zdobyć rozgłosu dzięki tej sprawie. Powiedziałem mu, że zjadłem już zęby na dziennikarskiej robocie. Że robię to, co robię, i jakoś daję radę utrzymać rodzinę. Że jest OK – Michael wypowiedział słowo „OK” takim tonem, jakby miał na myśli „ledwo OK”. Równie dobrze mógłby smutno zwiesić głowę i wbić wzrok w podłogę. – Powiedziałem mu, że nie jestem jak ta dziennikarska młódź z plotkarskich portali, która działa według zasady: „Znajdź cel, który możesz publicznie spalić na stosie, a wtedy ludzie dowiedzą się, kim jesteś”. Jonah odpowiedział, że „naprawdę to docenia”.

Michael polubił Jonaha. „Dobrze mi się z nim rozmawiało. To była naprawdę przyjemna pogawędka”. Panowie pożegnali się i kilka minut później Jonah wysłał Michaelowi e-maila, w którym raz jeszcze dziękował mu za to, że jest tak przyzwoitym człowiekiem, w niczym nieprzypominającym dziennikarzy z plotkarskich serwisów, rozkoszujących się upokarzaniem innych. I że ludzie tacy jak Michael stanowią dziś rzadkość.

Po otrzymaniu tej wiadomości Michael przez jakiś czas nie kontaktował się z Jonahem. Zaczął szukać dodatkowych informacji na jego temat.

Michael dobrze wspominał ten okres. Czuł się wtedy jak Herkules Poirot. Jonah utrzymywał, że pomógł mu jeden z managerów Dylana. Zdaniem Michaela było to podejrzanie ogólnikowe stwierdzenie. Jak się okazało, Bob Dylan miał tylko jednego managera – Jeffa Rosena. Michaelowi udało się zdobyć jego adres e-mail, chociaż nie było to łatwe.

Napisał do Jeffa Rosena z pytaniem, czy rozmawiał kiedykolwiek z Jonahem Lehrerem. Rosen odpisał, że nie.

Michael wysłał zatem e-maila do Jonaha, w którym poinformował go, że ma jeszcze kilka pytań.

W odpowiedzi Jonaha pobrzmiewało zdziwienie. Czyżby Michael wciąż pisał swój artykuł? Jonah był pewien, że Moynihan porzucił już ten pomysł.

Michael kręcił głową z niedowierzaniem, kiedy mi o tym opowiadał. Najwidoczniej Jonah uznał, że za pomocą miłych słówek udało mu się odwieść Michaela od jego dziennikarskiego śledztwa. Tymczasem – nie.

– Kiepscy kłamcy zawsze myślą, że są w tym świetni – powiedział mi Michael. – Zawsze są tacy pewni, że cię pokonają.

„Rozmawiałem z Jeffem Rosenem” – oznajmił Jonahowi Michael.

Właśnie wtedy Jonah stracił pewność siebie.

– Po prostu się załamał. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego – opowiadał mi Michael.

*

Jonah zaczął wydzwaniać do Michaela i błagać go, żeby nie publikował swojego artykułu. Czasami Michael wyciszał na chwilę iPhone’a, a kiedy brał go ponownie do ręki, wyświetlało mu się tyle nieodebranych połączeń od Jonaha, że aż robił screenshoty – inaczej nikt by mu nie uwierzył. Zapytałem Michaela, w którym momencie ta sytuacja przestała wydawać mu się zabawna. Odpowiedział: „Kiedy zwierzyna zaczęła panikować. – Zamilkł na chwilę. – To tak, jakbyś polował w lesie. Czujesz się wspaniale. A potem strzelasz. Zwierzę leży, wstrząsają nim przedśmiertne drgawki; chce już tylko, żebyś grzmotnął je kamieniem w głowę. A ty myślisz sobie wtedy, że nie możesz być tym, który to zrobi. To jest, kurwa, okropne”.

Do Michaela zadzwonił także agent Jonaha Andrew Wylie. Wylie reprezentuje nie tylko Lehrera, ale również Boba Dylana, Salmana Rushdiego, Davida Bowiego, Davida Rockefellera, V.S. Naipaula, „Vanity Fair”, Martina Amisa, Billa Gatesa, króla Jordanii Abdullaha II oraz Ala Gore’a. Ściśle rzecz biorąc, Andrew Wylie nie zadzwonił do Michaela.

– Skontaktował się z kimś, kto skontaktował się ze mną i ten ktoś powiedział mi, żebym zadzwonił do Wylie’ego – opowiadał mi Michael. – Zupełnie jak w powieści Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg. Wylie uważany jest za najbardziej wpływowego agenta literackiego w Stanach Zjednoczonych. A ja jestem nikim, zwykłym nieudacznikiem. Więc zadzwoniłem do niego. Zrelacjonowałem mu fakty. Powiedział mi: „Jeśli opublikujesz ten artykuł, zniszczysz facetowi życie. Czy naprawdę uważasz, że ta sprawa jest warta tego, żeby zniszczyć komuś życie?”.

– I co odpowiedziałeś? – zapytałem.

– Powiedziałem: „Przemyślę to jeszcze”. Wydaje mi się, że Andrew Wylie dorobił się swojej fortuny dzięki spostrzegawczości. Jakiś czas potem zadzwonił do mnie Jonah i powiedział: „Andrew Wylie mówi, że zamierzasz opublikować artykuł”.

W niedzielę 29 lipca po południu Michael spacerował po Flatbush Avenue z telefonem przyciśniętym do ucha i krzyczał: „Chcę, żebyś udzielił mi oficjalnego wywiadu! Musisz to zrobić, Jonah! Musisz udzielić mi wywiadu!”.

– Wymachiwałem rękami jak szalony. Byłem wściekły i sfrustrowany. Wszystkie te jego kłamstwa, cały ten zmarnowany czas. A on jeszcze miał czelność się do mnie przymilać – wspominał Michael.

Ostatecznie coś w głosie Jonaha podpowiedziało Michaelowi, że ten wkrótce zgodzi się na wywiad.

– Popędziłem do Duane Reade, kupiłem notatnik z pieprzonym Hello Kitty na okładce i długopis. Dwadzieścia pięć sekund później Jonah wreszcie przyznał: „Spanikowałem. Bardzo mi przykro, że skłamałem”. No i proszę – powiedział Michael. – Stało się.

Śledztwo zajęło Moynihanowi dwadzieścia sześć dni, a spisanie całej historii – zaledwie czterdzieści minut. Wciąż nie wiedział, jak zarobić na dziennikarstwie. Zgodził się opublikować swój sensacyjny materiał w niskonakładowym żydowskim czasopiśmie „Tablet”. Właściciele magazynu, zdając sobie sprawę, jak bardzo im się poszczęściło, zapłacili Michaelowi cztery razy tyle, ile zwykle płacili swoim autorom. Jednak wciąż było to „cztery razy niewiele”, co w sumie dało dwa tysiące dwieście dolarów. Na całej tej historii Michael nie zarobił ani grosza więcej.

Czterdzieści minut pisania i samopoczucie jak po wypaleniu dziewięciu paczek papierosów.

– Jonah Lehrer omal mnie nie zabił. Wypaliłem w chuj papierosów na schodach pożarowych. Ćmiłem jednego peta za drugim, jednego za drugim. Jednym kliknięciem „wyślij” mogłem naprawdę zmienić czyjeś życie. A telefon nie przestawał dzwonić. Noc z niedzieli na poniedziałek to dwadzieścia kilka nieodebranych połączeń od Jonaha. Dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć. Nigdy wcześniej nie znalazłem się w takiej sytuacji.

– Wciąż dzwonił – do rozmowy włączyła się żona Michaela. – To było takie smutne. Nie mam pojęcia, dlaczego uznał, że te nieustające telefony to dobry pomysł.

– To była pewnie najgorsza noc w jego życiu – zauważyłem.

– O tak, z pewnością – przytaknął Michael.

W końcu Michael odebrał.

– Powiedziałem mu: „Jonah, przestań do mnie wydzwaniać. To już ociera się o nękanie”. Czułem się, jakbym rozmawiał z przyszłym samobójcą. „Obiecaj mi, że nie zrobisz niczego głupiego” – poprosiłem. Lehrer był tak spanikowany, że zacząłem się zastanawiać, czy nie wycofać się z publikacji artykułu. Powtarzał ciągle: „Proszę, proszę, proszę”, niczym zepsuta zabawka, która na prawie wyczerpanych bateriach wydaje ostatnie dźwięki. „Proszę, proszę, proszę…”.

Michael zapytał mnie, czy byłem kiedyś w podobnej sytuacji. Czy zdobyłem kiedyś informację, która po opublikowaniu mogła zniszczyć komuś życie? „Zniszczyć” w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zastanowiłem się przez chwilę.

– Zniszczyć komuś życie? – powtórzyłem i umilkłem. – Nie, chyba nie. Nie jestem pewien.

– Nigdy tego nie rób – powiedział Michael.

Po chwili dodał, że tamtej nocy naprawdę zastanawiał się, czy nie zrezygnować z kliknięcia w „wyślij”. Jonah ma córkę w tym samym wieku co córka Michaela. Michael nie potrafił oszukać samego siebie. Doskonale zdawał sobie sprawę, w jaki sposób ten jeden e-mail zmieni życie Lehrera.

– Kiedy spieprzymy sprawę, nie tracimy jedynie pracy. Tracimy rację bytu.

Michael miał na myśli byłych dziennikarzy takich jak pracujący niegdyś dla „New Republic” Stephen Glass. Glass był autorem słynnego w 1998 roku artykułu Hack Heaven o piętnastoletnim hakerze. Opisał w nim, jak pewien uczeń otrzymał propozycję pracy od firmy, na której serwery się włamał. Przedstawił także czytelnikom przebieg negocjacji finansowych w siedzibie firmy Jukt Micronics, zupełnie jakby był ich naocznym świadkiem:

„Chcę forsy. Chcę mazdę miata. I wycieczkę do Disneylandu. Pierwszy numer X-Menów. Dożywotnią prenumeratę »Playboya«. I »Penthouse’a«. Chcę forsy. Pokażcie, że macie forsę”. Po drugiej stronie stołu siedzą dyrektorzy, przysłuchują się słowom nastolatka i starają się zachowywać najuprzejmiej, jak tylko potrafią. „Przepraszam – niepewnie mówi do pryszczatego uczniaka jeden z mężczyzn w garniturach. – Przepraszam, że panu przerywam. Oczywiście możemy panu zapewnić lepsze warunki finansowe”.

Stephen Glass, Washington Scene: Hack Heaven, „New Republic”, 18 maja 1998

Tak naprawdę nie było żadnego pokoju konferencyjnego, żadnej firmy Jukt Micronics ani żadnego nastoletniego hakera. Adam Penenberg, dziennikarz Forbes Digital, zirytowany, że ktoś zgarnął mu sprzed nosa taką sensację, poszperał trochę na ten temat i odkrył, że Glass wszystko zmyślił. Stephen Glass stracił pracę. Zaczął studiować prawo, uzyskał dyplom magna cum laude (z wyróżnieniem) i w 2014 złożył podanie o możliwość wykonywania zawodu prawnika w stanie Kalifornia. Odmówiono mu. Glass był okryty niesławą niczym Pig-Pen z Fistaszków chmurą pyłu. W pewnym sensie on i Jonah Lehrer mieli ze sobą zadziwiająco wiele wspólnego – młodzi nerdowaci dziennikarze żydowskiego pochodzenia, odnoszący niesamowite sukcesy, którzy swoją błyskotliwą karierę oparli na zmyślonych historyjkach. Jednak Glass wymyślił całe zdarzenie, postaci i dialogi. To, że Jonah dopisał zdanie: „Cieszę się, że taki nie jestem”, następujące po: „Cieszę się, że nie jestem sobą”, było głupie i nieprofesjonalne, jednak byłoby dla mnie niezrozumiałe, gdyby spotkała go kara równie surowa co Stephena Glassa. Uważałem, że Michael przesadza, twierdząc, że przez jego artykuł Lehrera spotka taki sam społeczny ostracyzm jak Glassa.

Tak czy inaczej, dla Michaela były to czysto teoretyczne rozważania. Powiedział mi, że jego zdaniem on i Jonah zostali złapani w tę samą pułapkę. Zupełnie jakby obaj siedzieli wtedy w samochodzie z popsutymi hamulcami, pędząc w stronę urwiska. Jak Michael mógłby nie opublikować tego artykułu? Co pomyśleliby sobie o nim inni, gdyby historia wyszła na jaw? Że zatuszował ją, licząc na rozwój kariery? „Zostałbym uznany za osobę pozbawioną moralnego kręgosłupa, niezasługującą na miano dziennikarza. Byłbym facetem, który ugiął się pod naciskami Andrew Wylie’ego. Nikt by już mnie nie zatrudnił”.

Co więcej, kilka godzin wcześniej zdarzyło się coś, co sprawiło, że nie mógł zrezygnować z publikacji swojego artykułu. Po rozmowie telefonicznej, w której Lehrer przyznał się do tego, co zrobił, Michael aż trząsł się ze zdenerwowania. Żeby się uspokoić, postanowił wpaść do Café Regular Du Nord – kawiarni w brooklyńskim Park Slope. Kiedy zajął miejsce w ogródku, przysiadł się do niego znajomy dziennikarz z „Vanity Fair” Dana Vachon.

– Piszę artykuł i pewien facet przyznał mi się właśnie, kurwa, do oszustwa – Michael zwierzył się koledze.

– Kto to taki? – zapytał Dana Vachon.

– Nie mogę powiedzieć.

W tym momencie zadzwonił telefon Michaela, a na jego ekranie wyświetliło się nazwisko „Jonah Lehrer”.

– O, to Jonah Lehrer – skomentował Vachon.

– Kurwa mać! – żachnął się Michael. – Nikomu ani słowa!

O sprawie wiedział już Dana Vachon, redaktorzy z magazynu „Tablet” i Andrew Wylie. Nie dało się tego utrzymać w tajemnicy. Michael kliknął więc „wyślij”.

Michael odbył jeszcze jedną telefoniczną rozmowę z Jonahem; miała ona miejsce na kilka godzin przed ukazaniem się artykułu. Obaj wiedzieli już, że to koniec. Tamtej nocy Michael prawie nie zmrużył oka. Był wykończony. Powiedział Jonahowi: „Chciałbym tylko, żebyś wiedział, że czuję się przez to wszystko jak śmieć”.

– Jonah zamilkł wtedy na chwilę – opowiadał Michael – a potem powiedział mi, to nie żart, naprawdę tak powiedział: „Wiesz co, zupełnie nie obchodzi mnie, jak się czujesz”. – Michael pokręcił głową. – Aż mnie zmroziło. Potem Jonah dodał: „Naprawdę, naprawdę żałuję…”.

„Czego żałuje? – pomyślał wtedy Michael. – Tego, że oszukiwał? Że kłamał?”

„Naprawdę żałuję, że odpowiedziałem na twojego e-maila” – dokończył Lehrer.

– A ja nie wiedziałem, co mu na to odpowiedzieć – podsumował Michael.

Moynihan był zdruzgotany: „Czułem się strasznie. Nie jestem przecież, kurwa, jakimś potworem. Byłem wstrząśnięty i zdołowany. Moja żona może to potwierdzić”. Michael wciąż odtwarzał w głowie rozmowy telefoniczne z Lehrerem. Nagle nabrał podejrzeń. A co, jeśli lodowaty Jonah z ich ostatniej rozmowy to właśnie ten prawdziwy Jonah? Może Lehrer bawił się Michaelem, nakręcał jego emocje, żeby wywołać w nim poczucie winy. Być może uważał, że Michael jest podatny na wpływy i łatwo nim manipulować. Kiedy Michael powiedział Jonahowi, że rozmawiał z Jeffem Rosenem, Jonah stwierdził: „Więc jesteś pewnie lepszym dziennikarzem ode mnie”. W uszach Michaela zabrzmiało to bardzo protekcjonalnie, tak jakby Lehrer uważał go za „jakiegoś pętającego się kutasa, który próbuje podłapać zlecenie”. Być może wszystko, co Jonah mówił i pisał w ciągu ostatnich tygodni, było wyreżyserowane i nieszczere.

Zacząłem się zastanawiać: czy Jonah faktycznie był przebiegły, czy tylko przerażony? A może Michael zinterpretował w ten sposób jego zachowanie, żeby samemu lepiej się poczuć? Przebiegłość jest odrażająca, przerażenie – po prostu ludzkie.

– Rozmowa telefoniczna przypomina czytanie powieści – powiedział Michael. – Twój umysł tworzy sobie jakiś scenariusz. Dzięki zdjęciom zamieszczonym na obwolutach jego książek wiedziałem mniej więcej, jak Jonah wygląda, ale nie wiedziałem, w jaki sposób się porusza. Jak chodzi. Jakie nosi ubrania. Zauważyłem tylko, że pozuje do zdjęć w hipsterskich okularach. W ciągu tych czterech tygodni starałem się wyobrazić sobie, jaki jest z charakteru. Jak wygląda jego dom. Oczami wyobraźni widziałem mały domek; w końcu Lehrer zarabiał na życie jako dziennikarz. Ja też jestem dziennikarzem, pieprzonym nieudacznikiem. Płacę czynsz, jakoś sobie radzę, jestem zadowolony, ale nie mogę powiedzieć, żeby wiodło mi się wspaniale…

Był to trzeci raz, kiedy Michael określił samego siebie jako „nieudacznika”. Skupiając się na tym aspekcie swojej osobowości, dodawał dramatyzmu historii o konflikcie dwóch mężczyzn. Pan Nikt i szemrany celebryta. Dawid i Goliat. Czy robił to, bo chciał, żeby jego opowieść była ciekawsza? A może chodziło o coś więcej? Ciągle podkreślał, że natknął się na tę historię przez przypadek, że nic na tym nie zarobił, że stres omal go nie zabił i że to przez Dana Vachona i Andrew Wylie’ego nie mógł wycofać się z zamiaru opublikowania artykułu. I nagle to do mnie dotarło: Michael przeżył prawdziwą traumę. Kiedy mówił mi: „Nigdy tego nie rób” – nigdy nie publikuj artykułu, który może kogoś zniszczyć – to nie była figura retoryczna. On naprawdę tak myślał.

– Wyobrażałem sobie jego dom, jakiś skromny domek – ciągnął Michael. – Mierzyłem jego życie miarą własnego. Oczyma wyobraźni widziałem żonę Jonaha, krzątającą się po pokoju, dzieci bawiące się na podwórku i jego samego w przepoconej koszuli, siedzącego w jednej z dwóch sypialni znajdujących się na tyłach budynku – Michael urwał. – I wtedy mój kolega z „Los Angeles Times” wysłał mi artykuł o sprzedaży domu Juliusa Shulmana w 2009 roku.

Położona na wzgórzach Hollywood rezydencja i jednocześnie pracownia kultowego fotografa Juliusa Shulmana została sprzedana za dwa miliony dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Ten modernistyczny budynek o stalowej konstrukcji zaprojektowany przez Raphaela S. Soriano i wybudowany w 1950 roku stał się nieodłączną częścią pejzażu Los Angeles. Kupcem jest autor bestsellerów i wykładowca Jonah Lehrer. Jego książka How We Decide (Jak podejmujemy decyzje) została przetłumaczona na kilkanaście języków. Pisarz jest miłośnikiem klasycznego designu.

Lauren Beale, „Los Angeles Times”, 4 grudnia 2010

Dom Shulmana sfotografowany przez Michaela K. Wilkinsona; zdjęcie zamieszczone za zgodą autora

– To nie w porządku – powiedział Michael. – Czuję się głupio, że w jakiś sposób zazdroszczę mu jego sukcesów. A jednak zmieniło to mój ogląd całej sprawy.

*

Kilka tygodni po tym, jak Michael opowiedział mi swoją historię, byłem na przyjęciu w Londynie, podczas którego rozmawiałem z pewnym mężczyzną. Był dyrektorem teatru. Zapytał, o czym teraz piszę, a ja zrelacjonowałem mu, co przydarzyło się Michaelowi i Jonahowi. Czasami, kiedy opowiadam komuś o artykule lub książce, nad którą pracuję, na mojej twarzy pojawia się głupi uśmieszek. Dzieje się to wtedy, gdy opisuję, w jak absurdalne sytuacje potrafiły wpakować się osoby, z którymi przeprowadziłem wywiad. Tym razem było inaczej. Kiedy skończyłem mówić, mój rozmówca zadrżał. Ja również. Mężczyzna zapytał mnie: „To historia o strachu, prawda?”.

Mój rozmówca wydawał się poruszony samą wzmianką o tym konkretnym rodzaju strachu. Chodziło mu o to, że wszyscy ukrywamy coś, co mogłoby zaszkodzić naszej reputacji. Wszyscy mamy jakieś: „Cieszę się, że taki nie jestem”, następujące po: „Cieszę się, że nie jestem sobą”. Myślę, że miał rację. Nasz mroczny sekret nie musi być niczym naprawdę strasznym. Być może nikt nie czyniłby nam wyrzutów, gdyby nasza tajemnica wyszła na jaw. Ale nie możemy ryzykować. Dlatego dusimy to w sobie. Może to być jakieś niestosowne zachowanie w pracy. Albo boimy się, że któregoś dnia chlapniemy coś w trakcie ważnego spotkania i wszyscy zobaczą, że nie tylko nie jesteśmy profesjonalistami, ale trudno nas nawet zaliczyć do jednostek przystosowanych społecznie. W dzisiejszych czasach, kiedy nieraz zbyt chętnie dzielimy się różnym informacjami na swój temat, pewne rzeczy staramy się jednak utrzymać w tajemnicy. Kiedyś było tak na przykład z masturbacją (zanim każdy zaczął się tym chwalić w internecie). Teraz bez wahania się do niej przyznajemy, ale drżymy o naszą reputację.

Ta historia tak bardzo mnie wciągnęła, ponieważ podziwiałem Michaela i identyfikowałem się z nim. Według mnie Michael uosabiał społeczne poczucie sprawiedliwości. Jonah okazał się tymczasem zwykłym oszustem, który chciał zaistnieć w świecie literatury popularnonaukowej. Zbił fortunę, łamiąc reguły gatunku, choć ten nie jest jakoś szczególnie rygorystyczny. Całym sercem byłem po stronie Michaela. Ale kiedy poznany na przyjęciu dyrektor teatru wypowiedział słowa: „strach przed demaskacją”, poczułem, jakby otworzyły się przede mną drzwi do nieskończonego wszechświata pełnego zmartwiałych z przerażenia Lehrerów. Iluż to ludzi posłałem tam w trakcie mojej trzydziestoletniej kariery? I co musiał czuć Jonah Lehrer, kiedy jego życie zamieniło się w koszmar?

3 | Wygnanie

Kanion Runyon, zachodnie Hollywood. Gdybyście byli turystami, którzy przypadkowo natknęli się tutaj na Lehrera i nie zdawali sobie sprawy, że spotkało go – w gruncie rzeczy – społeczne wykluczenie, nigdy byście się tego nie domyślili. Wyglądał dokładnie tak samo jak na zdjęciach zamieszczanych na okładkach książek – przystojny, raczej powściągliwy, jakby rozmyślał o jakichś ważnych sprawach i w bardzo wyważony sposób dzielił się swoimi refleksjami z towarzyszem wycieczki. Czyli ze mną. Ale nasza rozmowa wcale nie była wyważona. Przez ostatnią godzinę Jonah łamiącym się głosem powtarzał mi: „Nie jestem dobrym materiałem do twojej książki”.

A ja wciąż odpowiadałem mu: „Ależ jesteś”.

Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. Pisałem książkę na temat publicznego zawstydzania. Lehrer został publicznie zawstydzony. Idealny materiał.

W pewnej chwili Jonah zatrzymał się na środku szlaku, spojrzał na mnie uważnie i powiedział:

– Moja historia zupełnie nie nadaje się do twojej książki.

– Dlaczego? – zapytałem.

– Jak to ujął William Dean Howells? Chyba jakoś tak: „Amerykanie lubią tragedię ze szczęśliwym zakończeniem”.

Dokładny cytat brzmi: „Amerykanie chcą oglądać w teatrze tragedię ze szczęśliwym zakończeniem”. Myślę, że Jonah nieźle oddał jego sedno.

Rozmawiałem z Jonahem, ponieważ to, co go spotkało, wydawało mi się naprawdę ważne i moim zdaniem stanowiło swego rodzaju prognostyk. Jonah był popularnym pisarzem, a jego nieuczciwe praktyki zostały odkryte przez kogoś, kto nie miał żadnej realnej władzy. Mimo że w trakcie naszej wycieczki na twarzy Jonaha malował się strach i cierpienie, wciąż uważałem, że powrót do publicznego zawstydzania jest pozytywnym zjawiskiem. Sami zobaczcie, kto został w ten sposób skarcony przez społeczeństwo: bigoteryjna felietonistka „Daily Mail”, skostniała sieć klubów fitness z żałosnymi zasadami dotyczącymi rezygnacji z abonamentu i okropni naukowcy, zajmujący się tworzeniem spambotów (chyba najbardziej odrażający z całego tego towarzystwa). Jonah w trakcie swojej krótkiej kariery napisał kilka naprawdę świetnych książek – wręcz doskonałych.

Wielokrotnie jednak przekraczał granicę przyzwoitości. Postępował źle i ujawnienie jego kłamstw było rzeczą ze wszech miar właściwą.

A jednak podczas tamtego spaceru współczułem mu. Poznawszy go bliżej, przekonałem się, jak bardzo cierpiał. Michael nazwał jego próbę zatuszowania faktów „wielkim, bardzo starannie przemyślanym oszustwem”. Mnie jednak wydaje się, że Jonah Lehrer działał chaotycznie, a ostatniego dnia przed publikacją artykułu wcale nie był obojętny, lecz kompletnie rozbity.

„Jestem przepełniony wstydem i żalem – napisał mi w e-mailu, jeszcze przed naszym spotkaniem w Los Angeles. – Proces zawstydzania jest cholernie brutalny”.