Wydawca: Poligraf Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 380 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wspulnicy - Sławek Michorzewski

"Mocna komedia kryminalna. Książka, przy której człowiek śmieje się na głos". Malina
"Jeżeli oczekujesz grozy Hitchcocka w wykonaniu Monty Pythona, to lektura tej książki gwarantuje spełnienie oczekiwań". Anna Kotecka
"Można powiedzieć, że Michorzewski to Guy Ritchie w książkowym wydaniu. Nikt w Polsce tak jeszcze nie pisał". Gabor Gill
"Nie wiem co trzeba mieć w głowie, żeby wymyślić coś tak zakręconego. Rewelacja, odjechany ubaw". Alicja Kucharczyk

Opinie o ebooku Wspulnicy - Sławek Michorzewski

Fragment ebooka Wspulnicy - Sławek Michorzewski

Wszyst­kie po­sta­ci i wy­da­rze­nia za­miesz­czo­ne w ni­niej­szej książ­ce są wy­two­rem fan­ta­zji i na­le­ży je trak­to­wać jako fik­cję li­te­rac­ką. Zbież­ność na­zwisk i po­do­bień­stwo do nie­któ­rych ży­ją­cych jak i zmar­łych osób jest cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­we i nie­za­mie­rzo­ne. Po­glą­dy wy­ra­ża­ne przez bo­ha­te­rów w ni­niej­szej książ­ce nie są po­glą­da­mi au­to­ra i po­wsta­ły w jego umy­śle wy­łącz­nie dla po­trzeb książ­ki.

© Co­py­ri­ght by Sła­wo­mir Mi­cho­rzew­ski

ISBN: 978-83-63506-25-4

Pro­jekt okład­ki – Mi­ko­łaj Wnęk

Re­dak­cja – Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza SZACH-MAT Po­znań

Ko­rek­ta i skład – Agen­cja Re­kla­mo­wa Stu­dio „Da­Vin­ci” Byd­goszcz

www.stu­dio-da­vin­ci.pl

Ofi­cjal­na stro­na książ­ki: www.wspul­ni­cy.pl

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy nie wol­no re­pro­du­ko­wać i prze­ka­zy­wać w żad­nej po­sta­ci – ani za po­mo­cą ja­kich­kol­wiek środ­ków elek­tro­nicz­nych czy me­cha­nicz­nych włącz­nie z fo­to­gra­fo­wa­niem i na­gry­wa­niem, ani za po­mo­cą in­ne­go sys­te­mu po­zy­ski­wa­nia i od­twa­rza­nia for­ma­cji – żad­nej czę­ści ni­niej­szej książ­ki.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

* * *

Męż­czy­zna sie­dział zgar­bio­ny w czar­nym, skó­rza­nym fo­te­lu i przy­glą­dał się apa­tycz­nym wzro­kiem kil­ku kart­kom pa­pie­ru, któ­re trzy­mał w ręce tak, aby słoń­ce wpa­da­ją­ce przez okno nie świe­ci­ło mu w oczy.

– Całe szczę­ście, że już wró­ci­łeś do kra­ju. Ro­zu­miem, że mogę li­czyć na two­ją po­moc w tej spra­wie. Wiesz, po­moc psy­cho­lo­ga i le­ka­rza psy­chia­try w jed­nej oso­bie by­ła­by mile wi­dzia­na – ode­zwał się w kie­run­ku te­le­fo­nu, któ­ry stał obok na biur­ku.

– Za bar­dzo bie­rzesz to do sie­bie, nie przej­muj się tak. Jak przy­ja­dę, to wszyst­ko mi do­kład­nie opo­wiesz – za­brzmiał ni­ski, cie­pły głos w apa­ra­cie.

– Oczy­wi­ście, że do­ło­żę wszel­kich moż­li­wych sta­rań, aby ci po­móc w two­jej nie­do­li.

– Sta­wiam na two­ją po­my­sło­wość i kre­atyw­ność. Do­brze, że za­dzwo­ni­łeś, bo se­rio mam po­twor­ne­go doła – tu za­wie­sił głos.

– Mu­szę koń­czyć, pa­cjent na mnie cze­ka. Będę po po­łu­dniu z flasz­ką, pal gril­la na osiem­na­stą. Nar­ka!

– Su­per! Je­ste­śmy zga­da­ni, mam na­dzie­ję, że mi po­mo­żesz wy­my­ślić coś na szyb­ko. Cześć!

Męż­czy­zna na­ci­snął przy­cisk, wy­łą­cza­jąc te­le­fon.

„Świet­nie, świet­nie – po­my­ślał – Co dwie gło­wy, to nie jed­na. Zresz­tą na Jar­ka Psy­cho­la za­wsze moż­na li­czyć. A te­raz ru­szę się i po­ja­dę po małe za­ku­py na gril­la, lo­dów­ka jest pu­sta… No tak, przed wcza­sa­mi nie ro­bi­łem za­ku­pów.

A może le­piej za­mó­wię przez in­ter­net?… Tak! Nig­dzie nie będę jeź­dził.

In­ter­net to naj­lep­sze roz­wią­za­nie”.

* * *

Był sło­necz­ny, so­bot­ni ra­nek, gdy pod ele­ganc­ki dom w wil­lo­wej dziel­ni­cy So­po­tu pod­je­chał bia­ły VW trans­por­ter okle­jo­ny w logo spół­ki ener­ge­tycz­nej.

Z auta wy­sia­dło dwóch mon­te­rów w nie­bie­skich kom­bi­ne­zo­nach. Je­den z nich otwo­rzył bocz­ne drzwi auta i wy­jął dra­bi­nę, a dru­gi skrzyn­kę z na­rzę­dzia­mi. Męż­czy­zna nio­są­cy dra­bi­nę miał z pew­no­ścią wię­cej niż dwa me­try wzro­stu, szczu­płą syl­wet­kę i ciem­ne opa­da­ją­ce na ra­mio­na wło­sy. Dra­bi­na w jego rę­kach wy­glą­da­ła jak pa­tyk, a jego po­stu­ra su­ge­ro­wa­ła, że ten czło­wiek nie po­trze­bu­je żad­nej dra­bi­ny, żeby się­gnąć gdzie­kol­wiek. Mon­ter nio­są­cy dużą, pro­sto­kąt­ną skrzyn­kę miał może sto sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i spo­rą nad­wa­gę, a jego gło­wę po­kry­wa­ły bia­łe, tle­nio­ne wło­sy, po­sta­wio­ne na jeża. Miał też ciem­ne, krza­cza­ste brwi i okrą­gły kol­czyk w no­sie. Mon­te­rzy nie­mal rów­no­cze­śnie po­pchnę­li otwar­tą furt­kę i po­de­szli pod pięk­ne, kre­mo­we drzwi ozdo­bio­ne spo­rym wi­tra­żem. Dłu­gi oparł się o dra­bi­nę, a Gru­by na­ci­snął przy­cisk dzwon­ka. Gong był wy­jąt­ko­wo do­no­śny i za­nim jego echo uci­chło, usły­sze­li szu­ra­nie przy drzwiach.

– Kto tam? – ze środ­ka do­biegł ko­bie­cy głos, a w wi­tra­żu w drzwiach mi­gnę­ła nie­wy­raź­na po­stać.

– Je­ste­śmy z po­go­to­wia ener­ge­tycz­ne­go, mamy zgło­szo­ną awa­rię sie­ci i spraw­dza­my na­pię­cie – po­wie­dział ba­so­wym gło­sem niż­szy mon­ter.

– Ale my mamy prąd – od­par­ła ko­bie­ta, uchy­la­jąc na pół cen­ty­me­tra drzwi za­bez­pie­czo­ne łań­cu­chem.

– My wie­my, że pani ma prąd, ale mamy tu­taj do­ko­nać po­mia­ru.

– Ale my mamy prąd. Ja­kie­go po­mia­ru? Mamy prze­cież prąd – pi­skli­wym gło­sem opo­no­wa­ła ko­bie­ta.

– Ko­cha­nie, co się sta­ło? – z wnę­trza domu do­biegł mę­ski głos.

– Pa­no­wie z elek­trow­ni mó­wią, że jest awa­ria, ale my prze­cież mamy prąd. Męż­czy­zna pod­szedł do drzwi, jed­nak nie uchy­lił ich sze­rzej.

– Słu­cham pa­nów, co się sta­ło? – za­ga­ił.

Niż­szy elek­tryk nie tra­cił ani­mu­szu, po­wtó­rzył to samo, tyl­ko dwa razy gło­śniej:

– Je­ste­śmy z ener­ge­ty­ki, do­ko­nu­je­my po­mia­rów na­pię­cia, bo po­dob­no jest awa­ria sie­ci w pań­stwa domu i oko­li­cy.

– Ale my mamy prąd – po­wie­dział go­spo­darz, pa­trząc w dół na Gru­be­go.

– Tak, pana żona mó­wi­ła nam to kil­ka razy. Wła­śnie dla­te­go mu­si­my do­ko­nać po­mia­rów wy­so­ko­ści na­pię­cia w pań­stwa domu, bo nie wia­do­mo, ja­kie mają pań­stwo na­pię­cie – wy­ce­dził przez zęby.

– Dwie­ście dwa­dzie­ścia volt – nie da­wał za wy­gra­ną męż­czy­zna – Wszyst­kie urzą­dze­nia w domu mamy na dwie­ście dwa­dzie­ścia volt i dzia­ła­ją.

– Ja pier­do­lę – Gru­by jęk­nął i osu­nął się na skrzy­nię z na­rzę­dzia­mi.

– Co ten pan po­wie­dział? – do­le­cia­ło zza drzwi.

– No, ko­le­ga chciał po­wie­dzieć… yyy… Pro­szę pana, pro­szę pana – za­piał fal­se­tem wy­so­ki mon­ter – Na­pię­cie u pana w domu może być za duże lub za małe i może uszko­dzić lo­dów­kę i te­le­wi­zor.

– Czy­li su­ge­ru­je pan, że mo­że­my stra­cić sprzęt z winy elek­trow­ni, je­że­li nie do­ko­na­cie po­mia­rów?

– Tak, wła­śnie tak.

– Aaaa, to my je­ste­śmy ubez­pie­cze­ni od ta­kich przy­pad­ków.

– Je­że­li pan nas nie wpu­ści, to po ubez­pie­cze­niu – za­wył wy­so­ki mon­ter, rów­no­cze­śnie pod­no­sząc gło­wę w ge­ście roz­pa­czy do lam­py za­wie­szo­nej nad gan­kiem. Za drzwia­mi dało się sły­szeć stłu­mio­ne szep­ty oży­wio­nej kon­wer­sa­cji.

– A, je­że­li tak, to co in­ne­go. Wejdź­cie, pa­no­wie – do­bie­gło po chwi­li.

Za­brzę­czał łań­cuch i drzwi wej­ścio­we otwar­ły się po­wo­li, oby­dwu mon­te­rom zaś ze zdzi­wie­nia opa­dły szczę­ki, a ich twa­rze przy­bra­ły dur­ny wy­gląd. W pro­gu stał męż­czy­zna łysy jak ko­la­no i z okrop­nie od­sta­ją­cy­mi usza­mi, któ­ry na do­da­tek miał spa­lo­ną na so­la­rium twarz, ak­tu­al­nie wy­krzy­wio­ną w sztucz­nym uśmie­chu, od­sła­nia­ją­cym dwa rzę­dy wiel­kich, bia­łych zę­bów. Zza jego ple­ców wy­glą­da­ła żona, któ­ra – choć wy­da­je się to nie­moż­li­we – była jesz­cze bar­dziej opa­lo­na. Do twa­rzy mia­ła przy­kle­jo­ny taki sam sztucz­ny uśmiech, któ­ry w po­łą­cze­niu z opa­le­ni­zną, ogrom­nym biu­stem i na­ta­pi­ro­wa­ny­mi, czar­ny­mi wło­sa­mi nada­wał jej iście sza­mań­skie­go wy­glą­du. Obo­je mie­li mniej wię­cej po sześć­dzie­siąt lat.

– Lu­do­żer­cy, ka­ni­ba­le – wy­szep­tał Dłu­gi, na­chy­la­jąc się tak moc­no do ko­le­gi, że przez mo­ment wy­glą­dał jak żu­raw wy­cią­ga­ją­cy wodę ze stud­ni.

– Za­mknij się i chodź – wy­ce­dził przez zęby Gru­by i od­po­wie­dział go­spo­da­rzom ta­kim sa­mym sze­ro­kim uśmie­chem.

Kie­dy za­mknę­ły się ma­syw­ne drzwi, ro­zej­rze­li się od­ru­cho­wo po hal­lu.

Jego prze­stron­ne wnę­trze ude­ko­ro­wa­ne było licz­ny­mi pa­miąt­ka­mi z eg­zo­tycz­nych po­dró­ży, wśród któ­rych prze­wa­ża­ły afry­kań­skie rzeź­by, ma­ski i włócz­nie. Ścia­nę zdo­bi­ła szkla­na ga­blo­ta z czar­ną pła­sko­rzeź­bą przed­sta­wia­ją­cą sce­nę z po­lo­wa­nia na lwa, a przy przej­ściu do sa­lo­nu stał wy­pcha­ny dzi­ki kot. Przez otwar­te drzwi znaj­du­ją­ce się za ple­ca­mi go­spo­da­rzy wi­dać też było wnę­trze du­że­go sa­lo­nu z cen­tral­nie umiesz­czo­nym ko­min­kiem, na któ­rym sta­ły róż­ne­go ro­dza­ju dzba­necz­ki, skó­rza­ne miesz­ki i ty­kwy. Wszę­dzie na pod­ło­gach le­ża­ły skó­ry za­bi­tych zwie­rząt.

– Ład­ny drze­wo­ry­cik – za­ga­ił Gru­by, sta­wia­jąc cięż­ką skrzy­nię.

– To pła­sko­rzeź­ba z eg­zo­tycz­ne­go drew­na – mó­wił, sze­ro­ko otwie­ra­jąc usta, pan domu. – Co pa­nom po­trzeb­ne do pra­cy?

– Mamy taką małą proś­bę… – Gru­by uniósł wie­ko skrzy­ni i spraw­nym ru­chem wy­cią­gnął z niej strzel­bę typu shot­gun. – Na zie­mię, łysy chu­ju! – wrza­snął, mie­rząc pro­sto w twarz go­spo­da­rza.

– Oczy ły­se­go je­go­mo­ścia wy­strze­li­ły z or­bit, a jego cia­ło przy­bra­ło nie­na­tu­ral­ną sztyw­ność. W tym sa­mym mo­men­cie Dłu­gi wy­cią­gnął rękę i przy­cią­gnął do sie­bie pa­nią domu, za­ty­ka­jąc jej dło­nią usta. Ko­bie­ta naj­wy­raź­niej nie mia­ła za­mia­ru się pod­dać i szar­pa­ła się na tyle moc­no, że Dłu­gi, chcąc ją obez­wład­nić, uniósł ją do góry na tyle wy­so­ko, że wierz­ga­jąc no­ga­mi, tra­fi­ła go w kro­cze. Ban­dzior za­wył i zgiął się wpół, a ko­bie­ta od­pa­dła od nie­go jak bom­ba od sztu­ka­sa i z pla­śnię­ciem ude­rzy­ła o ka­mien­ną pod­ło­gę.

W tym sa­mym mo­men­cie brą­zo­wy bo­żek z wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi ru­szył na Dłu­gie­go, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie ręce jak lu­na­tyk.

– Za­bi­łeś Dżu Dżu! – krzyk­nął.

Gru­by ob­ró­cił się na pię­cie i wal­nął męż­czy­znę kol­bą ka­ra­bi­nu mię­dzy ło­pat­ki. Ten na­brał przy­spie­sze­nia i z ca­łym im­pe­tem ude­rzył czo­łem w gło­wę zwi­ja­ją­ce­go się z bólu Dłu­gie­go, po czym obaj pa­dli nie­przy­tom­ni, ni­czym ra­że­ni pio­ru­nem. Gru­by ro­zej­rzał się po hal­lu. Dżu Dżu le­ża­ła na brzu­chu…

Dłu­gi zaś sie­dział opar­ty ple­ca­mi o ścia­nę i trzy­mał rękę na gło­wie go­spo­da­rza, któ­ra to spo­czy­wa­ła po­mię­dzy jego no­ga­mi.

– No to zro­bi­li­śmy na­pad, ale roz­pier­du­cha – po­wie­dział, dra­piąc się bez­rad­nie po si­wej gło­wie.

Ak­cję ra­tow­ni­czą Gru­by roz­po­czął od Dłu­gie­go, po­le­wa­jąc go przy­nie­sio­ną z kuch­ni wodą z kub­ka i wy­mie­rza­jąc re­gu­lar­ne po­licz­ki. Guz na czo­le wyż­sze­go „mon­te­ra” miał już oko­ło trzech cen­ty­me­trów i spra­wiał wra­że­nie, że cały czas ro­śnie.

– Eee… mmm… ciem­no mi w oczach – wy­beł­ko­tał Dłu­gi, pod­czas gdy Gru­by nie prze­sta­wał go ude­rzać po twa­rzy. – Za­bi­jesz mnie! Za­bi­jesz mnie i uto­pisz, prze­stań!

Dłu­gi, ję­cząc, pró­bo­wał się unieść i na­gle zwy­mio­to­wał bez ostrze­że­nia pro­sto w twarz Gru­be­go. Gru­by pu­ścił kontr­pa­wia, ob­fi­cie po­le­wa­jąc wszyst­kich le­żą­cych na pod­ło­dze. Po trze­cim skur­czu żo­łąd­ka z rzę­du padł na ko­la­na i zwie­sił gło­wę. Z jego ust wy­la­ty­wa­ły od­krztu­sza­ne i od­be­ki­wa­ne reszt­ki wy­mio­cin i cią­gną­ce się w nie­skoń­czo­ność plwo­ci­ny. W noz­drzu ozdo­bio­nym kol­czy­kiem po­ja­wi­ła się ogrom­na bań­ka, któ­ra zmniej­sza­ła się i po­więk­sza­ła w rytm od­de­chów. Gru­by par­sk­nął jak koń i po­słał bań­kę na ścia­nę. Na­stęp­nie wy­tarł twarz rę­ka­wem kom­bi­ne­zo­nu i wstał, śli­zga­jąc się na mo­krej pod­ło­dze. Nie było mu już do śmie­chu, czuł, że sy­tu­acja lek­ko od­bie­ga od do­sko­na­łe­go pla­nu, jaki uło­ży­li z Dłu­gim. Po­now­nie ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Dłu­gi nadal le­żał nie­przy­tom­ny przy ścia­nie, a na twa­rzy i kom­bi­ne­zo­nie miał dwa pa­wie w róż­nych ko­lo­rach. Go­spo­darz le­żał bez zna­ku ży­cia, w tym sa­mym miej­scu i w tej sa­mej po­zy­cji, z tym, że na ły­sej gło­wie i ple­cach miał reszt­ki po­kar­mu – spa­ghet­ti i inne bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne fry­ka­sy.

– Chuj­nia do kwa­dra­tu – krę­cąc gło­wą, po­wie­dział do sie­bie, a na­stęp­nie od­su­nął męż­czy­znę na bok i za­czął cią­gnąć wspól­ni­ka za nogi w kie­run­ku ła­zien­ki.

Nie było ła­two, ślizg pod bu­ta­mi po­wo­do­wał, że wy­wra­cał się kil­ka razy, za­nim do­tarł do celu. Wiel­ki, obrzy­ga­ny łeb z dłu­gi­mi wło­sa­mi za­jął cały bro­dzik. Gru­by od­krę­cił zim­ną wodę i usiadł za­sa­pa­ny na brze­gu wan­ny, któ­ra znaj­do­wa­ła się po prze­ciw­nej stro­nie ła­zien­ki. Dłu­gi za­czął po­ka­sły­wać, wi­dać było, że od­zy­sku­je przy­tom­ność. Po­wo­li za­czął się pod­no­sić i w koń­cu uda­ło mu się sta­nąć na czwo­ra­kach.

– Jezu, ale mnie gło­wa boli – po­wie­dział wol­no i od­wró­cił się w kie­run­ku Gru­be­go, wciąż jed­nak spra­wiał wra­że­nie nie­obec­ne­go. – Coś taki czer­wo­ny? – za­py­tał.

– Obrzy­ga­łeś mnie, kur­wa.

– Na czer­wo­no?

– Na czer­wo­no sam się obrzy­ga­łem, ty mnie obrzy­ga­łeś na żół­to! – po­ża­lił się Gru­by.

– To nie ja – za­opo­no­wał. – Prze­cież nie ja­dłem nic żół­te­go.

– Mia­łeś wstrzą­śnie­nie mó­zgu, tę­pa­ku! Zdej­mij ła­chy, trze­ba je prze­prać i się wy­kąp, a ja w tym cza­sie przy­cią­gnę tu tam­tych.

Dłu­gi, cały czas na czwo­ra­kach, spoj­rzał spode łba na Gru­be­go, któ­ry wy­cho­dził z ła­zien­ki, i po­wie­dział:

– To­śmy se na­pa­dli, co nie?

– Jest do­pie­ro dzie­wią­ta, mamy małe, nie­pla­no­wa­ne opóź­nie­nie, ale je­że­li Łysy i ten obrzy­dli­wy babsz­tyl żyją, to wszyst­ko nam się uda. A te­raz wska­kuj do wan­ny – rzu­cił z cha­ry­zmą Gru­by.

Na­stęp­nie pod­je­chał do go­spo­da­rza po obrzy­ga­nej pod­ło­dze jak na łyż­wach i od­wró­cił go na ple­cy. Przez dwa guzy na czo­le Łysy wy­glą­dał jak pół czło­wiek, pół dia­beł. Gru­by spraw­dził mu puls i za­czął go cią­gnąć do ła­zien­ki.

W du­chu cie­szył się, bo uda­ło mu się prze­być ten dy­stans, prze­wra­ca­jąc się tyl­ko raz. W ła­zien­ce Dłu­gi sie­dział na­gu­sień­ki w wan­nie i prał kom­bi­ne­zon.

– Ale się zje­ba­łem – po­wie­dział Gru­by, dy­sząc. – A te­raz wy­łaź z wan­ny, bę­dziesz go cu­cił pod prysz­ni­cem – do­koń­czył myśl, kła­dąc gło­wę Ły­se­go w bro­dzi­ku.

– Prze­cież do­pie­ro wla­złem do wan­ny. A gdzie jest baba? – za­beł­ko­tał Dłu­gi.

– Cuć go! Idę po babę i ka­ra­bin.

– Gdzie jest baba? Żyje baba?

– Nie wiem, kur­wa, nie wiem, nie wiem, nie wiem! Cuć go! – za­grzmiał moc­no po­iry­to­wa­ny Gru­by i szyb­kim kro­kiem wy­szedł z ła­zien­ki w kie­run­ku hal­lu. Prze­wró­cił Dżu Dżu na ple­cy, z nosa le­cia­ła jej krew, a obok gło­wy le­ża­ło kil­ka wy­ła­ma­nych pod­czas upad­ku sztucz­nych zę­bów. Jej wiel­ki biust roz­lał się po bo­kach, tak że wy­glą­da­ła jak ba­rył­ka. Od­dy­cha­ła tak głę­bo­ko, że gdy Gru­by prze­wró­cił ją na ple­cy, za­czę­ła po­chra­py­wać, nie miał więc żad­nych wąt­pli­wo­ści, że żyje. Chwy­cił ją moc­no za ręce i za­czął wlec z du­żym wy­sił­kiem w kie­run­ku ła­zien­ki. Wtem przy­po­mniał so­bie o ka­ra­bi­nie, któ­ry stał opar­ty o ścia­nę, pu­ścił więc jed­ną rękę ko­bie­ty i zła­pał ka­ra­bin za lufę.

Hol ustał, nie było mowy, aby cią­gnął ją jed­ną ręką, a w dru­giej niósł ka­ra­bin. Nie ma­jąc in­ne­go wyj­ścia, po­biegł z ka­ra­bi­nem pod ła­zien­kę, oparł go o ścia­nę i pę­dem wró­cił po Dżu Dżu. Kie­dy do­tarł z nią na miej­sce, Dłu­gi, wciąż na­gu­sień­ki, ku­cał przy bro­dzi­ku i po­le­wał prysz­ni­cem Ły­se­go, któ­ry za­czy­nał da­wać ozna­ki ży­cia.

– Co­ście nam zro­bi­li? – wy­beł­ko­tał, wy­plu­wa­jąc wodę, Łysy. – Gdzie jest moja żona?

– Żyje, ale prze­sta­nie żyć, jak się nie za­mkniesz, ro­zu­miesz? – Dłu­gi po­trzą­snął nim jak wor­kiem na kap­cie i po­sa­dził go pod ścia­ną, wy­raź­nie da­jąc upust swo­jej zło­ści. – A te­raz mnie uważ­nie po­słu­chaj, mu­rzyń­ski prze­bie­rań­cu.

Two­ja baba kop­nę­ła mnie w jaja, a ty na­bi­łeś mi lol­ka i przez to mia­łem wstrząs gło­wy. Za­bi­ję cię na oczach two­jej Dudu czy Bubu, jak, kur­wa, nie bę­dziesz nas słu­chał! Wy­ma­ga­ne jest bez­względ­ne po­słu­szeń­stwo, bez­względ­ne – na ko­niec ści­szył głos i zła­pał się za bo­lą­cą gło­wę. – A te­raz wsta­waj i się wy­kąp, bo trą­cisz strasz­nie pa­wiem i to zle­ża­łym.

Łysy dy­szał i wy­glą­dał na wy­stra­szo­ne­go, przy­najm­niej na pierw­szy rzut oka.

– Już, już, tyl­ko nie rób­cie nam krzyw­dy. PRO­OOSZĘ! PRR­RO­SZĘ! – roz­pła­kał się ko­micz­nie.

– Nie becz, fiu­cie, nie becz! – Gru­by, któ­ry stał w pro­gu i przy­glą­dał się sy­tu­acji, za­re­ago­wał krót­ko. – Masz pięć mi­nut na do­pro­wa­dze­nie się do po­rząd­ku, a po­tem żona.

Po tych sło­wach Łysy wpadł w jesz­cze więk­szą hi­ste­rię. Wył, za­no­sił się od pła­czu i za­sła­nia­jąc twarz rę­ko­ma, ob­ser­wo­wał wszyst­ko mię­dzy pal­ca­mi.

Dłu­gi wy­mie­rzył mu siar­czy­ste­go pla­ska­cza w po­li­czek, aż ten się po­smar­kał.

– Jesz­cze się nic ta­kie­go nie wy­da­rzy­ło, że­byś mógł pła­kać, ale jak mnie za­raz wkur­wisz tym be­cze­niem, to zro­bię ci ta­kie rze­czy, że bę­dziesz miał praw­dzi­wy po­wód do pła­czu, cioł­ku! – wy­krzy­czał mu pro­sto w twarz.

Te­raz Łysy oprócz gu­zów na czo­le miał lewą stro­nę twa­rzy w ko­lo­rze moc­no opa­lo­nych bu­racz­ków.

– Zbie­raj się, ale już! – wy­ce­dził przez zęby Dłu­gi, przy­su­wa­jąc swo­ją twarz jesz­cze bli­żej do twa­rzy Ły­se­go. Ten pod­niósł ręce, jak­by chciał za­sło­nić twarz i ener­gicz­nym ru­chem wsa­dził dwa wska­zu­ją­ce pal­ce w oczy Dłu­gie­go.

– Aaa, kur­wa­aa! – Dłu­gi od­sko­czył do tyłu i wpadł na zlew i pół­ki z ko­sme­ty­ka­mi, roz­bi­ja­jąc je w ka­wał­ki. – Je­zu­uu!

– O żesz ty – Gru­by do­sko­czył do Ły­se­go i wy­mie­rzył mu so­lid­ny cios w twarz. Łysy wiot­ki osu­nął się na zie­mię, po tym jak jego gło­wa ude­rzy­ła o ścia­nę.

Dłu­gi mio­tał się nagi na oślep po ła­zien­ce, zgi­na­jąc się wpół i pro­stu­jąc jak scy­zo­ryk. Tarł rę­ko­ma bo­lą­ce oczy i przy któ­rymś wy­pro­ście tra­fił gło­wą w wi­szą­cą szaf­kę z lu­strem, na któ­rej stał kar­ton z bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym, bia­łym prosz­kiem o kon­sy­sten­cji tal­ku, któ­ry wraz z la­wi­ną per­fum, bro­ka­tu, kre­mów i in­nych rze­czy spadł na gło­wę i ple­cy Dłu­gie­go. Po­nie­waż wła­my­wacz był jesz­cze mo­kry, pro­szek i bro­kat na­tych­miast przy­war­ły do jego cia­ła. Jak­by tego było mało, Dłu­gi, głę­bo­ko od­dy­cha­jąc, za­cią­gnął spo­rą ilość prosz­ku i bro­ka­tu do płuc. Za­tka­ło go i pró­bu­jąc zła­pać od­dech, od­giął się do tyłu tak moc­no, że pro­szek z gło­wy za­sy­pał mu oczy. Ośle­pio­ny i za­dła­wio­ny za każ­dym kaszl­nię­ciem wy­rzu­cał w po­wie­trze ob­łok bia­łe­go pyłu. Gru­by zła­pał go za ręce.

– Do wody, do wody, szyb­ko do wody! – krzy­czał i cią­gnął Dłu­gie­go w kie­run­ku wan­ny, w któ­rej była jesz­cze woda po ką­pie­li i le­żał w niej upra­ny kom­bi­ne­zon.

Kie­dy ban­dy­ta wy­ma­cał wan­nę, rzu­cił się do niej jak osza­la­ły, ner­wo­wy­mi ru­cha­mi, na oślep wy­ma­cał kran i pu­ścił wodę, pod któ­rą na­tych­miast pod­sta­wił gło­wę.

– Po­każ oczy! Nie ma­chaj łbem, tyl­ko po­każ mi oczy – po­wie­dział ner­wo­wo Gru­by.

– Aaa… boli i pie­cze – Dłu­gi wy­pro­sto­wał się i pod­niósł gło­wę z za­mknię­ty­mi ocza­mi w kie­run­ku, z któ­re­go do­cho­dził głos. – Tyl­ko de­li­kat­nie, de­li­kat­nie, sły­szysz?

Gru­by roz­chy­lił po­wie­ki Dłu­gie­mu.

– Wi­dzisz? Świa­tło wi­dzisz? – za­py­tał.

– Kur­wa! Ja­kieś ma­za­je wi­dzę. Boli i pie­cze. Ale mie­li­śmy świet­ny plan… – roz­pła­kał się jak dziec­ko. – To mia­ło być ta­aakie, ku­uur­wa, pro­ste… Dwo­je pra­wie eme­ry­tów. Może to i eme­ry­ci, ale kim oni, kur­wa, są? So­ma­lij­scy pi­ra­ci? Mo­sad?

– Oczy masz całe, tyle że czer­wo­ne ja­kieś ta­kie.

– A ja­kie mam mieć, jak mnie puj­nął pal­ca­mi w gały? Le­piej wi­dzę. Pła­kać mu­szę, to le­piej wi­dzę. I zwiąż te zwie­rza­ki, za­nim nam coś zro­bią. Pła­kać mu­szę…

– Jak pła­ka­nie ci po­ma­ga, to płacz, ale mnie po­słu­chaj.

– Po­ma­ga, po­ma­ga… Mów – Dłu­gi po­cią­gnął no­sem.

Gru­by za­my­ślił się chwil­kę.

– Za­nio­sę ich te­raz do sa­lo­nu i zwią­żę. Ty się do­pro­wadź do po­rząd­ku i przyjdź do sa­lo­nu. Słu­chasz mnie?

– Tak.

– Wte­dy ty ich po­pil­nu­jesz, a ja się ob­my­ję. Hm? – mruk­nął po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Ale w co ja mam się ubrać? Kom­bi­ne­zon mam mo­kry! M – o – k – r – y – prze­li­te­ro­wał sta­ran­nie.

– Fakt, ale po­my­śla­łem i o tym. Nie mo­że­my iść w mo­krych kom­bi­ne­zo­nach, więc weź­mie­my że­laz­ko i je pod­su­szy­my – Gru­by cią­gnął wy­wód ta­kim to­nem, jak­by po­zja­dał wszyst­kie ro­zu­my – Ka­pu­jesz?

– A cze­go mam nie ka­po­wać? No, cze­go? Pra­so­wa­nia kom­bi­ne­zo­nów? – od­po­wie­dział roz­draż­nio­ny Dłu­gi.

– Jak bę­dzie­my mie­li je su­che, to bie­rze­my Ły­se­go i jaz­da! Re­ali­zu­je­my dal­szą część pla­nu! O! – za­koń­czył wy­wód, po czym sta­nął nad Ły­sym, prze­rzu­cił go z wy­sił­kiem przez ple­cy i po­szedł z nim do sa­lo­nu. Kie­dy Dłu­gi wszedł po kil­ku mi­nu­tach do sa­lo­nu, miał na so­bie przy­cia­sny i przy­krót­ki szla­frok. Obo­je mał­żon­ko­wie sie­dzie­li na krze­słach twa­rza­mi w kie­run­ku ko­min­ka, a Gru­by wła­śnie koń­czył wią­zać ręce Ły­se­mu.

– No to za­ła­twio­ne, weź te­raz ka­ra­bin i po­patrz na nich, a ja idę się wy­prać – po­wie­dział Gru­by. – Me­ga­gu­stow­ny ciu­szek – do­rzu­cił, od­cho­dząc w kie­run­ku ła­zien­ki.

– Cie­ka­we, co ty ubie­rzesz, jak bę­dziesz miał wszyst­ko mo­kre – sko­men­to­wał z prze­ką­sem Dłu­gi, na­stęp­nie pod­niósł shot­gu­na, wziął krze­sło i usiadł okra­kiem na­prze­ciw­ko zwią­za­nych go­spo­da­rzy. Ma­jąc chwi­lę cza­su, ro­zej­rzał się po sa­lo­nie. Na sze­ro­kim fi­la­rze wi­siał łuk i koł­czan ze strza­ła­mi, a pod nim sta­ła ogrom­na waza z kil­ku­na­sto­ma dzi­da­mi skie­ro­wa­ny­mi gro­ta­mi do góry i dwa tam-tamy. Po prze­ciw­nej stro­nie wi­sia­ła skó­ra ze­bry, a nad nią fu­trza­ny kin­kiet. Prze­stron­ny sa­lon był wy­po­sa­żo­ny na wzór wnę­trza mu­rzyń­skiej cha­ty. Po chwi­li Gru­by wy­szedł z ła­zien­ki mo­kry i w sa­mych slip­kach. Niósł przed sobą mi­skę z wodą, przez co śmiesz­nie ki­wał się na boki. – Te­raz wy­bu­dzi­my ich ze śpiącz­ki, jak to mó­wią, far­ma­ko­lo­gicz­nej – za­żar­to­wał, po­ka­zu­jąc wzro­kiem na mi­skę.

– Cie­ka­we, co to jest? – Dłu­gi wy­ka­zał spo­re za­in­te­re­so­wa­nie na­czy­nia­mi i miesz­ka­mi sto­ją­cy­mi na ko­min­ku. – Cie­ka­we, do cze­go mo­gło im to słu­żyć – man­tro­wał do sie­bie.

Na sie­dzą­cych na krze­słach po­la­ła się woda – naj­pierw oczy otwo­rzy­ła Dżu Dżu i nie­mal od razu za­czę­ła krzy­czeć.

– Po­mo­czy, ra­tun­ku! Cze­go chcze­czie? Moje żem­by! Bo­sze nie mam mo­ich im­płan­tów! – ob­ma­cy­wa­ła się przez chwi­lę ję­zy­kiem po zę­bach i kie­dy stwier­dzi­ła, że bra­ku­je czte­rech, za­czę­ła krzy­czeć jesz­cze gło­śniej:

– Mor­der­czy! Moje im­płan­ty! Wy­bi­łesz mi ka­na­lio im­płan­ty! – kie­dy otwie­ra­ła usta wy­raź­nie wi­dać było spo­rą, czar­ną wy­rwę w uzę­bie­niu.

Dłu­gi był jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny i nie zwra­cał uwa­gi na to, co się dzia­ło wko­ło nie­go, tyl­ko oglą­dał z prze­ję­ciem ga­dże­ty z ko­min­ka. Wła­śnie trzy­mał w ręku ja­kąś dziw­nie wy­gię­tą faj­kę z ja­sne­go drew­na, któ­ra była przy­ozdo­bio­na kil­ko­ma po­lny­mi ka­mie­nia­mi.

– Nie­sa­mo­wi­te – po­wie­dział do sie­bie i od­pły­nął, uda­jąc, że ją pali, a po­nie­waż nadal miał moc­no czer­wo­ne oczy, spra­wiał upior­ne wra­że­nie.

– Nie ru­szaj, żło­dże­ju, faj­ki! Nie do­ty­kaj ni­cze­go, szły­szysz?! – dar­ła się ko­bie­ta.

Dłu­gi jed­nak był tak za­fa­scy­no­wa­ny swo­im od­kry­ciem, że nic in­ne­go dla nie­go nie ist­nia­ło.

– Uspo­kój się, ko­bie­to, bo cię ude­rzę! Milcz! – wrza­snął Gru­by.

– Nie będę czi­cho! Żło­dże­je! Nie będę czi­cho! Żło­dże­je! – dar­ła się nie­zra­żo­na da­lej. – Żosz­taw tę faj­kę! – krzyk­nę­ła tak moc­no, że aż pod­sko­czy­ła ra­zem z krze­słem.

Gru­by, nie wi­dząc szans na dia­log, ro­zej­rzał się po sa­lo­nie. Po­nie­waż nie zna­lazł ni­cze­go na­da­ją­ce­go się do za­kne­blo­wa­nia Dżu Dżu, zdjął z nóg Ły­se­go skar­pet­ki, zwi­nął je w kul­kę i wci­snął jej do ust. Łysy po­wo­li do­cho­dził do sie­bie, pod­niósł męt­ne oczy i spoj­rzał na mio­ta­ją­cą się żonę. – Nie krzycz, to zwy­kli idio­ci, uspo­kój się – po­wie­dział spo­koj­nym, po­zba­wio­nym emo­cji gło­sem. Po tych sło­wach za­pa­no­wa­ła ab­so­lut­na ci­sza, sły­chać było wodę ka­pią­cą do zle­wu w kuch­ni i ci­che mru­cze­nie do­cho­dzą­ce z pię­tra domu.

– Co to jest? – prze­ciął ci­szę Dłu­gi, pod­sta­wia­jąc pod nos Ły­se­go skó­rza­ny mie­szek, któ­ry stał na ko­min­ku.

– Mie­szan­ka ziół… do ry­tu­al­nej faj­ki Sza­ma­na Cza­ro­dzie­ja – od­parł jesz­cze bar­dziej bez­na­mięt­nym gło­sem Łysy.

– A to? – po­ka­zał na inny mie­szek sto­ją­cy na ko­min­ku.

– Inna mie­szan­ka ziół. To jest spe­cjal­na mie­szan­ka do faj­ki Sza­ma­na Uzdro­wi­cie­la.

– Jaja so­bie ro­bisz ze mnie? – bar­dziej za­py­tał niż stwier­dził Dłu­gi.

– Nie ro­bię jaj, jak chcesz to so­bie za­pal.

– Mmm – Dłu­gi wło­żył nos do wo­recz­ka, któ­ry trzy­mał w dło­ni – Ład­nie pach­nie, to se­rio moż­na pa­lić?

– Ja nie pa­li­łem, ale sza­ma­ni ple­mien­ni palą. Nie ra­dzę jed­nak ni­cze­go od nas za­bie­rać. Może ja sam nie je­stem groź­ny, ale za­pew­niam, że mam bar­dzo dłu­gie ręce – głos Ły­se­go za­czął na­bie­rać zło­wróżb­ne­go tonu, rów­nież Dżu Dżu za­re­ago­wa­ła na te sło­wa i za­czę­ła pod­ska­ki­wać na krze­śle, wy­da­jąc z sie­bie głu­che fuk­nię­cia.

– Nie strasz, nie strasz, bo źle skoń­czysz – włą­czył się Gru­by.

– Cze­go chce­cie? To jest pew­nie ka­wał są­sia­da, co? Jak nie, to kto was na­słał?

– Łysy spo­koj­nie kon­kre­ty­zo­wał.

– Za­raz się wszyst­kie­go do­wiesz, bam­bu­sie, ale naj­pierw po­wiedz, gdzie ma­cie że­laz­ko i de­skę? – tak jak­by sta­now­czo za­py­tał Gru­by.

– Za­bie­ram dwie faj­ki i te zio­ła – oznaj­mił Dłu­gi, któ­ry nadal był w swo­im świe­cie. – Odło­żę je so­bie tu­taj – wska­zał na fo­tel.

– Na­pa­dli­ście na nas, bo cho­dzi­ło wam o że­laz­ko i de­skę do pra­so­wa­nia? – Łysy ki­piał sar­ka­zmem.

– Nie będę się w kół­ko py­tał, więc gdzie ma­cie że­laz­ko i de­skę? – Gru­by zro­zu­miał, że Łysy się z nich na­śmie­wa, po­sta­no­wił nad­ro­bić utra­co­ną re­pu­ta­cję bez­względ­ne­go prze­stęp­cy i za­czął pod­su­wać lufę ka­ra­bi­nu pod jego nos.

– Że­laz­ko jest w kuch­ni na bla­cie, a de­ska w po­ko­ju na pię­trze – od­parł, od­su­wa­jąc do tyłu gło­wę.

– Sły­sza­łeś? Przy­nieś sprzęt – chcąc przy­jąć pozę sze­fa, wy­dał ko­men­dę Dłu­gie­mu.

Dłu­gi po­zo­sta­wił zło­dziej­skie tro­fea na fo­te­lu i ta­necz­nym kro­kiem, pod­śpie­wu­jąc so­bie pod no­sem, po­szedł w kie­run­ku kuch­ni. Kusy szla­fro­czek le­d­wie się­gał za jego po­ślad­ki. Ta­necz­ny pląs i dłu­gie ciem­ne wło­sy nada­wa­ły mu pra­wie ko­bie­cy wy­gląd. „Łysy nie ściem­niał, że­laz­ko było tam, gdzie mó­wił” – po­my­ślał, wcho­dząc do kuch­ni, i po­czuł, jak­by na­bie­rał do nie­go tro­chę za­ufa­nia. Ten ską­di­nąd suk­ces spo­wo­do­wał, że nu­co­na do­tąd po ci­chu przy­śpiew­ka za­czę­ła na­bie­rać kon­kret­ne­go brzmie­nia: – Ru­chał Tu­rek Tur­ka aż mu z chu­ja ze­szła skór­ka, Tu­rek my­ślał, że to żar­ty, na­gle pa­trzy chuj ob­dar­ty… na, na, na…

– Mam że­laz­ko – za­mel­do­wał Gru­be­mu.

– Włącz je i idź po de­skę.

– Te, Łysy, gdzie ta de­ska? – za­py­tał za­wa­diac­ko.

– Na gó­rze w po­ko­ju, w dru­gim po­ko­ju po le­wej – od­parł z lek­kim uśmie­chem. Dłu­gi, nadal pod­śpie­wu­jąc, lek­kim truch­tem wbiegł na górę. Pię­tro wil­li skła­da­ło się z an­tre­so­li nad sa­lo­nem i jak się wy­da­wa­ło sze­ściu po­koi, przy­najm­niej tyle było wi­docz­nych drzwi na ko­ry­ta­rzu. Ścia­ny po­dob­nie jak na par­te­rze ozdo­bio­ne były afry­kań­ski­mi ma­ska­mi, skó­ra­mi, z tym, że pię­tro do­dat­ko­wo ude­ko­ro­wa­ne było spre­pa­ro­wa­ny­mi gło­wa­mi dzi­kich zwie­rząt. Prze­wa­ża­ły gło­wy zwie­rząt ro­ga­tych, przez co Dłu­gi mu­siał iść moc­no po­chy­lo­ny. Spra­wi­ło to, że szla­fro­czek prze­su­nął się do przo­du i od­sło­nił jego na­gie owło­sio­ne po­ślad­ki. Wy­lu­zo­wa­ny, z bie­gu otwo­rzył dru­gie drzwi po le­wej i wszedł – jak się oka­za­ło – do ob­szer­ne­go po­ko­ju go­spo­dar­cze­go. De­ska, któ­ra sta­ła na­prze­ciw­ko wej­ścia, od razu rzu­ci­ła mu się w oczy, jed­nak oprócz de­ski rzu­cił się na nie­go z wrza­skiem pa­wian. Wbił zęby w udo Dłu­gie­go i jed­no­cze­śnie zła­pał go zwin­ną i sil­ną łapą za kro­cze.

– Uaa! Ku­uur­wa! – roz­niósł się krzyk prze­ra­że­nia po domu.

Gru­by tak się wy­stra­szył, że aż pod­sko­czył, a gdy spoj­rzał do góry, zo­ba­czył Dłu­gie­go krę­cą­ce­go się w kół­ko po an­tre­so­li z mał­pą wbi­tą zę­ba­mi w jego nogę. Dłu­gi, krzy­cząc, szedł, a ra­czej sztyw­no kuś­ty­kał po scho­dach z nie­pro­szo­nym go­ściem na so­bie. Dżu Dżu i Łysy, jak tyl­ko usły­sze­li jego krzy­ki, za­czę­li się śmiać, a te­raz, po kil­ku se­kun­dach, już za­no­si­li się śmie­chem. Im bar­dziej Dłu­gi sta­rał się ode­rwać mał­pę od nogi, tym bar­dziej za­ci­ska­ła ona łapę na jego ją­drach. Gru­by pró­bo­wał użyć ka­ra­bi­nu, ale eks­pre­sja ru­chów tej nie­co­dzien­nej pary unie­moż­li­wia­ła uży­cie bro­ni. Był zde­spe­ro­wa­ny, bo bar­dzo chciał po­móc ko­le­dze, chwy­cił więc za że­laz­ko, na­ci­snął przy­cisk do wy­twa­rza­nia pary i przy­pa­lił czer­wo­ną dupę pa­wia­na. Mał­pa z prze­raź­li­wy­mi wrza­ska­mi ucie­kła na górę domu, prze­wra­ca­jąc po dro­dze ławę i krze­sło. Kie­dy uścisk ma­łej łap­ki na ją­drach Dłu­gie­go ustą­pił, padł on bez­wład­nie na ko­la­na, a na­stęp­nie na twarz. Na­pad­nię­ci śmia­li się tak moc­no, że po ich twa­rzach lały się stru­mie­nie łez, wręcz rzu­ca­li się w spa­zmach śmie­chu i wyli. Gru­by nie zwra­cał na nich uwa­gi, schy­lił się nad ko­le­gą.

– Okay?

Wie­dział jed­nak, że już nic nie jest okay. Może przed dwo­ma mi­nu­ta­mi wy­da­wa­ło mu się, że jest jesz­cze okay, ale już na pew­no nie te­raz, nie po tym, co zo­ba­czył. Za­czy­nał mieć po­waż­ne wąt­pli­wo­ści.

– Okay? – po­wtó­rzył py­ta­nie.

– Okay – Dłu­gi od­po­wie­dział fal­se­tem przez zęby, jed­no­cze­śnie tłu­miąc płacz.

– Wszyst­ko jest… okay, kur­wa… okay! Nie dam się znie­chę­cić – mó­wił, wsta­jąc z pod­ło­gi i wspie­ra­jąc się na ra­mie­niu Gru­be­go. – Do­koń­czy­my nasz plan, nie dam się znie­chę­cić… To tyl­ko mała małp­ka… gnio­tła mi jaja… Nie dam się znie­chę­cić – szep­tał co­raz ci­szej, stę­ka­jąc co chwi­lę.

– A twój ko­le­ga to chy­ba jest w szo­ku – z roz­ba­wie­niem w gło­sie stwier­dził za­pła­ka­ny Łysy.

– Za­raz się tobą zaj­mę! Po­cze­kaj mi­nut­kę! – po­wie­dział Gru­by, ale wca­le nie był pe­wien, czy chce się do nie­go zbli­żać.

Ci lu­dzie na­praw­dę wy­da­wa­li mu się nie­bez­piecz­ni, mu­siał jesz­cze raz zre­wi­do­wać szan­se na po­wo­dze­nie swo­je­go kry­mi­nal­ne­go przed­się­wzię­cia. Dłu­gi pod­trzy­my­wa­ny przez Gru­be­go z wy­raź­ną ulgą usiadł na fo­te­lu. Jak na nie­ca­łą go­dzi­nę po­by­tu w tej luk­su­so­wej wil­li prze­szedł bar­dzo wie­le. Jego pra­we udo zdo­bi­ły czte­ry oka­za­łe dziur­ki, z któ­rych są­czy­ła się krew, w oczach nadal do­mi­no­wał ko­lor czer­wo­ny, po po­licz­kach go­ni­ły się dwa rząd­ki łez, a ob­rys czo­ła zwień­czał spo­ry guz. Nie to było jed­nak naj­gor­sze, znacz­nie go­rzej pre­zen­to­wał się pod wzglę­dem psy­chicz­nym. Wi­dać było, że pro­wa­dził wal­kę z sa­mym sobą, żeby nie uciec z tego domu.

– Bar­dzo boli? – za­py­tał Łysy.

– Za­mknij się! – szczek­nął Gru­by do go­spo­da­rza, sto­jąc na­prze­ciw­ko Dłu­gie­go.

– Zde­zyn­fe­kuj ko­le­dze tę ranę, żeby za­ka­że­nia nie do­stał. Ap­tecz­ka jest w kuch­ni w dru­giej szaf­ce z le­wej od wej­ścia – za­pro­po­no­wał.

– Ni­cze­go nie będę otwie­rał, żad­nej szaf­ki czy ap­tecz­ki! I stul tę łysą mor­dę, bo jesz­cze ni­ko­go dzi­siaj nie za­bi­łem, ale przy­się­gam, że jak się nie za­mkniesz, sta­niesz się moją pierw­szą ofia­rą! – wy­krzy­czał z fu­rią Gru­by.

– Już do­brze, ja otwo­rzę tę szaf­kę – Dłu­gi za wszel­ką cenę chciał po raz ko­lej­ny w dniu dzi­siej­szym po­zbie­rać się do kupy. – Mu­szę prze­cież zde­zyn­fe­ko­wać so­bie ranę.

– Nie! Nie! Zo­stań na fo­te­lu i się nie ru­szaj! Ja ci wszyst­ko przy­nio­sę – pra­wie rzu­cił się do kuch­ni Gru­by.

Ener­gicz­nie otwo­rzył lufą ka­ra­bi­nu wska­za­ną szaf­kę, drzwicz­ki otwo­rzy­ły się z hu­kiem. Gru­by naj­pierw od­sko­czył, póź­niej ostroż­nie, bar­dzo ostroż­nie, zaj­rzał do środ­ka. Sta­ła tam czer­wo­na ap­tecz­ka sa­mo­cho­do­wa i zwy­kłe ku­chen­ne rze­czy. Jesz­cze raz do­kład­nie obej­rzał wszyst­ko w szaf­ce, za­nim wło­żył do niej rękę po pu­deł­ko z bia­łym krzy­ży­kiem.

„Chy­ba zwa­rio­wa­łem – za­my­ślił się na se­kund­kę – Prze­cież to zwy­kli lu­dzie, wiem, czym się zaj­mu­ją i kim są. Te wszyst­kie zda­rze­nia to był nie­for­tun­ny zbieg oko­licz­no­ści… Zresz­tą Dłu­gi za­wsze miał pe­cha, tak było całe ży­cie”. Gru­by przy­po­mniał so­bie pew­ne zda­rze­nie sprzed dwu­dzie­stu lat, kie­dy byli jesz­cze na­sto­lat­ka­mi i szli przez las na ryby. Przed wy­pra­wą zje­dli syty obiad – ła­zan­ki z ka­pu­stą i grzy­ba­mi. Dłu­gi przez całą dro­gę był ja­kiś nie­swój, ga­dał i prze­ry­wał w pół zda­nia albo nie od­zy­wał się wca­le, tyl­ko gwał­tow­nie przy­spie­szał. W pew­nym mo­men­cie rzu­cił węd­kę i jak sza­lo­ny za­czął szyb­ko roz­pi­nać ogrod­nicz­ki i ner­wo­wym su­sem wsko­czył w za­ro­śla.

Tak jak szyb­ko w nie wsko­czył, tak szyb­ko z nich wy­sko­czył. Gru­by naj­pierw par­sk­nął śmie­chem, ale po chwi­li do­tar­ło do nie­go, że jego ko­le­ga na­srał żmii na gło­wę i naj­wy­raź­niej jej się to nie spodo­ba­ło, bo uką­si­ła go dwu­krot­nie w dupę i do tego tak nie­for­tun­nie, że przez dłuż­szą chwi­lę dyn­da­ła ucze­pio­na jego po­ślad­ka.

„Ale były jaja! Le­d­wo go wte­dy wy­ra­to­wa­li w szpi­ta­lu” – Gru­by, śmie­jąc się w du­chu na wspo­mnie­nie tam­tej przy­go­dy, wró­cił do sa­lo­nu, sta­nął koło fo­te­la, na któ­rym z gło­wą od­chy­lo­ną do tyłu sie­dział pe­cho­wiec, i otwo­rzył ap­tecz­kę.

– Po­każ nogę – zwró­cił się do Dłu­gie­go. Dziu­ry w no­dze były na­praw­dę spo­re.

– Po­le­ję ci nogę jo­dy­ną, bo nie ma spi­ry­tu­su – po­wie­dział, po­ka­zu­jąc małą bu­te­lecz­kę. – Uwa­żaj, może bo­leć.

– Uaa! Ku­ur­waa! – Dłu­gi krzyk­nął, po czym za­czął sy­czeć przez zęby, gwał­tow­nie wdy­cha­jąc i wy­dy­cha­jąc po­wie­trze. – Co za ból, chy­ba mniej bo­la­ło, jak mnie gryzł… gry­zła ta mał­pa. – Spoj­rzał na bla­dą nogę, po któ­rej roz­le­wa­ła się bru­nat­na ciecz. Ból usta­wał, ale nie było z nim naj­le­piej, te­raz czuł, jak pul­su­je w nim krew, a twarz za­le­wa fala go­rą­ca. Osu­nął się wiot­ki na opar­cie fo­te­la, jed­no­cze­śnie wy­su­wa­jąc dłu­gie nogi do przo­du. – Daj mi trzy mi­nu­ty, mu­szę dojść do sie­bie.

– Leż spo­koj­nie, wy­pra­su­ję kom­bi­ne­zo­ny – od­parł Gru­by, kle­piąc go tro­skli­wie po po­licz­ku. Na­stęp­nie bez sło­wa wziął le­żą­ce na zie­mi kom­bi­ne­zo­ny i roz­ło­żył je bez­po­śred­nio na pod­ło­dze i za­czął przy­ty­kać do nich roz­grza­ne że­laz­ko.

– Je­że­li to, co tu się do tej pory wy­da­rzy­ło, nie jest ka­wa­łem, to czy mo­żesz mi po­wie­dzieć, o co wam cho­dzi, za­nim się sami po­za­bi­ja­cie? – za­py­tał szy­der­czo Łysy. – Tyl­ko się, spa­śla­ku, po­spiesz z od­po­wie­dzią, bo że dłu­go nie po­ży­je­cie, to je­stem pe­wien.

– Nie strasz – Gru­by mó­wił sta­ra­jąc się opa­no­wać drżą­cy głos. – Za­raz przy­pa­lę ci dupę jak two­jej mał­pie – po­trzą­snął ze zło­ścią że­laz­kiem.

– To był anu­bis, pa­wian anu­bis. Ty tyl­ko stra­szysz, a tak na­praw­dę masz peł­ne pory ze stra­chu, zresz­tą jak­byś się nie bał, to po­szedł­byś na górę po de­skę do pra­so­wa­nia – pro­wo­ko­wał da­lej.

– W du­pie mam, jak ma na imię twój pa­wian. Za­mknij się!

– Anu­bis to nie imię pa­wia­na, tyl­ko na­zwa, pro­sta­ku. To tak jak pa­jąk krzy­żak. A mój pa­wian ma na imię Has­san.

Gru­by za­milkł – pod­niósł gło­wę i spoj­rzał na uśmiech­nię­te twa­rze Ły­se­go i Dżu Dżu. Zo­sta­li na­pad­nię­ci, a jed­nak ba­wi­li się świet­nie. Nie wy­stra­szy­li się ni­cze­go, co wy­da­rzy­ło się przez ostat­nie pół­to­rej go­dzi­ny. Gru­by nie mógł zro­zu­mieć, dla­cze­go… Ko­bie­ta ma prze­cież wy­ła­ma­ne zęby, męż­czy­zna dwa razy stra­cił przy­tom­ność, gro­zi­li im na­bi­tym ka­ra­bi­nem, zwią­za­li ich i nadal nic. Jest jesz­cze go­rzej! Łysy za­czął z nich szy­dzić, a on, upodlo­ny ban­dy­ta, na czwo­ra­kach, pra­su­je ciu­chy.

* * *

Bry­kiet na gril­lu zda­wał się mieć już od­po­wied­nią tem­pe­ra­tu­rę i moż­na było kłaść na rusz­cie kieł­ba­ski i kar­ków­kę. Męż­czyź­ni byli jed­nak tak za­ję­ci roz­mo­wą, że zda­wa­li się tego nie za­uwa­żać.

– Pa­mię­tasz, jak dwa, może trzy mie­sią­ce temu w ra­diu i te­le­wi­zji le­cia­ły re­kla­my pa­kie­tu lo­jal­no­ścio­we­go dla te­le­fo­nów sta­cjo­nar­nych? – za­py­tał go­spo­darz.

– Prze­cież wiesz, że by­łem po­nad dwa mie­sią­ce w Ni­cei i nie oglą­da­łem pol­skiej te­le­wi­zji. Zresz­tą tyle te­raz tego leci w me­diach, że i tak pew­nie bym nie za­uwa­żył – od­parł, upi­ja­jąc łyk ginu z to­ni­kiem, psy­chia­tra – Ale do­tar­ły do mnie plot­ki, że coś tam wy­gra­łeś.

– Do­bra, nie­waż­ne. Wy­obraź so­bie, że za­dzwo­ni­ła do mnie ko­bie­ta, któ­ra mi­łym gło­sem wy­mie­ni­ła moje imię i na­zwi­sko, py­ta­jąc, czy to ja. Oczy­wi­ście po­twier­dzam dane, bo prze­cież to ja, a ko­bie­ta mówi mi, że dzwo­ni w imie­niu ope­ra­to­ra sie­ci, do któ­rej na­le­ży mój te­le­fon do­mo­wy i oznaj­mia, że mój nu­mer, czy­li ja, wy­gra­łem wy­ciecz­kę, czter­na­sto­dnio­wą wy­ciecz­kę do Taj­lan­dii wraz z oso­bą to­wa­rzy­szą­cą. Więc wiesz… – opo­wia­da z co­raz więk­szym za­pa­łem go­spo­darz – na po­cząt­ku po­my­śla­łem, że to ście­ma i są­siad robi mi ka­wał, ale ko­bie­ta po­da­je nu­mer te­le­fo­nu do sie­bie, na in­fo­li­nię z ja­ki­miś ko­da­mi do­stę­pu. Na ko­niec mówi, że wszyst­kie szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje do­ty­czą­ce wy­jaz­du otrzy­mam pocz­tą w cią­gu naj­bliż­szych czter­na­stu dni. Odło­ży­łem słu­chaw­kę nadal prze­ko­na­ny, że to są­siad robi mi ko­lej­ny z rzę­du ka­wał. Ta myśl nie da­wa­ła mi spo­ko­ju, ale że w da­le­kiej po­dró­ży by­łem tyl­ko raz, w Izra­elu, po­sta­no­wi­łem za­ry­zy­ko­wać. Za­dzwo­ni­łem po ja­kichś dwóch dniach, tak dla pró­by, na in­fo­li­nię, ale by­łem ostroż­ny. Za­dzwo­ni­łem z biu­ra, bo ba­łem się, że za­pła­cę za te­le­fon jak za zbo­że. Zgła­sza się ja­kaś ko­bie­ta, po­da­ję jej moje dane i kod, ona po­twier­dza, że fak­tycz­nie wy­gra­łem wy­ciecz­kę. Mało tego, ona pyta, czy już mogę po­dać dane oso­bo­we oso­by to­wa­rzy­szą­cej, bo bę­dzie to po­trzeb­ne do wizy. Ale ja je­stem czuj­ny i nie daję się zwieść. Po­wie­dzia­łem, że jesz­cze nie znam i za­dzwo­nię póź­niej. Wiesz, my­ślę, że to prze­kręt, a du­cho­wo je­stem już tam… już w my­ślach kom­bi­nu­ję, z któ­rą je­chać, prze­glą­dam na stro­nach in­ter­ne­to­wych prze­wod­ni­ki po Taj­lan­dii. Po ko­lej­nych dwóch dniach dzwo­nię na dru­gi nu­mer te­le­fo­nu, od­bie­ra inna ko­bie­ta i sy­tu­acja się po­wta­rza. Wie­dzą, że wy­gra­łem wy­ciecz­kę i in­for­muj ą mnie, że for­mu­la­rze do wy­jaz­du zo­sta­ły wy­sła­ne na mój do­mo­wy ad­res. Po ko­lej­nych kil­ku dniach w skrzyn­ce znaj­du­ję dużą ko­per­tę z for­mu­la­rza­mi wy­jaz­do­wy­mi na dwie oso­by. „Więc to praw­da – po­my­śla­łem – to nie wkręt, tyl­ko praw­da i jadę na wy­ciecz­kę”. Pa­pie­ry były w po­rząd­ku, so­czy­ście okra­szo­ne zna­ka­mi fir­mo­wy­mi i wia­ry­god­ny­mi in­for­ma­cja­mi. Ter­min wy­lo­tu przy­pa­dał na maj, do­kład­nie 8 maja. Ho­tel, do któ­re­go le­cia­łem, był wy­pa­sio­nym pię­cio­gwiazd­kow­cem o na­zwie Ma­li­sa Vil­la Su­ites, a w za­łą­czo­nej ulot­ce ho­te­lu, któ­rą pra­wie całą umiem na pa­mięć, na­pi­sa­ne było: Prze­peł­nio­ny ka­me­ral­ną at­mos­fe­rą ho­tel Ma­li­sa Vil­la Su­ites ofe­ru­je go­ściom ro­man­tycz­ny kli­mat oraz do­sko­na­łe usłu­gi i za­kwa­te­ro­wa­nie w no­wo­cze­śnie wy­po­sa­żo­nych wil­lach, da­ją­cych po­czu­cie pry­wat­no­ści… coś tam, coś tam. Wszyst­ko pa­so­wa­ło mi ide­al­nie, więc po­sta­no­wi­łem się te­raz sku­pić na oso­bie to­wa­rzy­szą­cej. Wa­rian­ty mia­łem czte­ry… czy­li dwa.

– Ruda, blond, czar­na lub pies? – z sze­ro­kim uśmie­chem za­py­tał Ja­rek.

– He, he… le­piej, znacz­nie le­piej. Na po­cząt­ku na­wet nie roz­wa­ża­łem za­bra­nia ko­bie­ty. My­ślę so­bie tak… tam jest tyle oliw­ko­wych to­wa­rów za pięć do­lców, że jak za­bio­rę ko­bie­tę, a szcze­gól­nie ko­bie­tę, na któ­rej mi za­le­ży, to wy­jazd może za­koń­czyć się klę­ską. Co chwi­lę będę się na te ład­ne ar­bu­zy oglą­dał i w naj­lep­szym przy­pad­ku do­sta­nę po twa­rzy i się ob­ra­zi. Ale z dru­giej stro­ny po­my­śla­łem so­bie, że jak we­zmę Ka­się i ona zo­ba­czy, że wko­ło cho­dzi tyle atrak­cyj­nych ar­bu­zów i nic mnie nie ru­sza, po­nie­waż ko­cham tyl­ko ją, to wresz­cie mi ule­gnie i się we mnie za­ko­cha. Ko­kie­tu­ję ją od po­nad roku, a ona jest na moje za­lo­ty od­por­na, więc wy­de­du­ko­wa­łem, zresz­tą jak się oka­za­ło słusz­nie, że na pro­po­zy­cję ta­kie­go ul­tra­eg­zo­tycz­ne­go wy­jaz­du za­re­agu­je spon­ta­nicz­nie po­zy­tyw­nie.

– Na ta­kie wy­jaz­dy to one wszyst­kie są spon­ta­nicz­nie po­zy­tyw­ne… na­tu­ral­nie.

– W każ­dym ra­zie, zgod­nie z mo­imi prze­wi­dy­wa­nia­mi, za­re­ago­wa­ła spon­ta­nicz­nie po­zy­tyw­nie, bo jak tyl­ko za­pro­po­no­wa­łem jej wspól­ny wy­jazd do Taj­lan­dii, zo­sta­ła u mnie na noc. Ra­do­ści mo­jej nie było koń­ca, po­nie­waż do tej pory zo­sta­ła u mnie tyl­ko raz, jak się za­tru­ła moim bi­go­sem w dru­gie świę­to. A wła­śnie à pro­pos je­dze­nia – na­ło­żę kieł­bę i kar­ków­kę, bo nam się cał­kiem wę­giel upra­ży – ock­nął się go­spo­darz, po czym ener­gicz­nie wstał i na­kła­da­jąc na gril­la ka­wał­ki mię­sa, kon­ty­nu­ował opo­wieść – Krót­ko mó­wiąc, po tej nocy sta­li­śmy się so­bie na tyle bli­scy, że aż żal mi było cho­dzić do pra­cy. Już na dru­gi dzień ode­sła­li­śmy wy­peł­nio­ne for­mu­la­rze wy­jaz­do­we i wy­bra­li­śmy się na­wet na za­ku­py… nie tam ja­kieś dro­gie, ale też nie ską­pi­łem. Zresz­tą jak­bym mógł?! – tu wes­tchnął roz­ma­rzo­ny – Jest taka uro­cza. Ku­pi­łem jej ja­pon­ki za trzy­dzie­ści pięć zło­tych i dwa T-shir­ty po trzy­dzie­ści za każ­dy, i spin­kę do wło­sów za pięt­na­ście… Dro­ga ta spin­ka, nie?

– Za­le­ży, z cze­go było zro­bio­na.

– Jak to, z cze­go? Z pla­sti­ku, ta­kie­go prze­zro­czy­ste­go.

– No to dro­ga – po­wie­dział z uśmie­chem le­karz. – Tak, tak, ogól­nie to za­sza­la­łeś z tymi za­ku­pa­mi.

– No ba! Za­bra­łem ją jesz­cze po dro­dze na lody i kawę! Cie­szy­łem się strasz­nie, bo se­rio wi­dzia­łem, że mi ule­ga. Nie po­wie­dzia­łem jej co praw­da, że wy­jazd mam wy­gra­ny w pro­mo­cji, bo uzna­łem, że le­piej bę­dzie wy­glą­da­ło, jak bę­dzie my­śla­ła, że je­stem taki… no wiesz… nie po­wiem roz­rzut­ny, ale coś w tym sty­lu.

– I uwie­rzy­ła ci?

– Ja­sne. Tam­tej dru­giej nocy, kie­dy mnie ca­ło­wa­ła w ucho, to wy­szep­ta­ła mi: Mrucz­ku nie po­zna­ję cię z za­ku­pem tej wy­ciecz­ki, chy­ba by­łeś na­ćpa­ny. No i jak po ta­kim tek­ście mo­głem się przy­znać, że wy­ciecz­kę wy­gra­łem w kon­kur­sie dla abo­nen­tów? No przy­znał­byś się? Ha! – krzyk­nął w stro­nę Jar­ka, po­ka­zu­jąc na nie­go pal­cem – Pew­nie, że nie! Sam więc już ro­zu­miesz, że nie mo­głem.

– Tak, z psy­cho­lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia ro­zu­miem, po pro­stu nie chcia­łeś wy­pro­wa­dzać jej z błę­du z grzecz­no­ści lub chcia­łeś, aby my­śla­ła, że ku­pi­łeś tą wy­ciecz­kę, bo się zmie­ni­łeś i już nie je­steś taki oszczęd­ny. Tak?

– Tak, to dru­gie… tak. Ale po­wiedz, no po­wiedz… czy ja je­stem aż taki oszczęd­ny? Prze­cież by­łem z nią na za­ku­pach i…

– Ja nie oce­niam. Ja te­raz cie­bie słu­cham – wtrą­cił Ja­rek.

– No więc do brze­gu. Wzią­łem urlop w pra­cy, mia­łem za­le­gły za ze­szły rok, więc ka­dro­wa w cen­tra­li szcze­rze się ucie­szy­ła. Dzień przed wy­jaz­dem na urlop Ka­sia przy­je­cha­ła do mnie spa­ko­wa­na i spę­dzi­li­śmy cu­dow­ny wie­czór w łóż­ku i przy in­ter­ne­cie, ma­rząc, że już ju­tro taj­skie pla­że będą na­sze. Wsta­li­śmy o trze­ciej rano, przy­je­chał po nas Ry­sio. Wiesz, po­pro­si­łem go o przy­słu­gę, bo po pierw­sze ma bar­dzo oszczęd­ne­go die­sla, a poza tym nie opła­ca się zo­sta­wiać swo­je­go sa­mo­cho­du na par­kin­gu koło lot­ni­ska, po­dob­no to wy­cho­dzi strasz­nie dro­go. Tak więc w Ber­li­nie na lot­ni­sku Te­gel by­li­śmy oko­ło je­de­na­stej trzy­dzie­ści, wy­lot był do­pie­ro o czter­na­stej czter­dzie­ści pięć, póź­niej mie­li­śmy jesz­cze mię­dzy­lą­do­wa­nie w Mo­na­chium i o sie­dem­na­stej dwa­dzie­ścia wy­lot do Phu­ket. No wła­śnie, tego za­po­mnia­łem ci po­wie­dzieć… wy­lot był z Ber­li­na, tak te­raz się robi, bo jest znacz­nie ta­niej. Ry­sio nas wy­sa­dził, wzię­li­śmy wóz­ki do wa­li­zek i po­szli­śmy do ter­mi­na­la od­lo­tów. Czu­łem się fan­ta­stycz­nie! Ka­sia kle­iła się do mnie, ja jej mru­cza­łem do uszka i w ogó­le było bo­sko. Kie­dy na ta­bli­cy po­ja­wił się nasz lot, po­sta­no­wi­li­śmy się od­pra­wić i z nu­me­ra­mi re­zer­wa­cji ode­brać bi­le­ty. Ucha­cha­ni i szczę­śli­wi po­de­szli­śmy do pulch­nej ko­bie­ty z po­pa­lo­ny­mi blond wło­sa­mi na sta­no­wi­sku od­praw w hali od­lo­tów. Gu­ten Tag! Ja bit­te? - za­py­ta­ła się. No to ja jej po an­giel­sku, że tu mam nu­me­ry re­zer­wa­cji bi­le­tów na ta­kie i ta­kie na­zwi­ska, i że le­ci­my do Mo­na­chium, a póź­niej do Taj­lan­dii i żeby nas od­pra­wi­ła od razu do Phu­ket. Ko­bie­ta po­pa­trzy­ła na na­sze do­ku­men­ty, coś po­pu­ka­ła w kla­wia­tu­rę, jesz­cze raz po­pa­trzy­ła na do­ku­men­ty, póź­niej na nas i po­wie­dzia­ła też po an­giel­sku, że nie ma w ogó­le ta­kich nu­me­rów re­zer­wa­cji elek­tro­nicz­nych bi­le­tów i za­py­ta­ła, skąd je mamy? Te do­ku­men­ty zna­czy się. Na po­cząt­ku jej nie zro­zu­mia­łem, więc szcze­rzy­łem się do niej, ale kie­dy po­wtó­rzy­ła jesz­cze raz to samo, zro­bi­ło mi się go­rą­co, wbi­łem się pal­ca­mi w ka­mien­ny blat i uśmiech znik­nął z mo­jej twa­rzy. Za­czą­łem się tłu­ma­czyć, ale z ner­wów nie by­łem w sta­nie wy­du­kać ni­cze­go kon­struk­tyw­ne­go. Hel­ga wzię­ła na­sze pasz­por­ty i ukry­ła pod ladą, a se­kun­dę póź­niej bez zbęd­nej dys­ku­sji za­wo­ła­ła po­li­cję lot­ni­sko­wą. An­giel­ski Kasi nie jest może ide­al­ny, ale zro­zu­mia­ła wszyst­ko i za­py­ta­ła cierp­ko: Co to kur­wa jest? Nie ku­pi­łeś nam wy­ciecz­ki, tyl­ko wy­gra­łeś ją na ja­kiejś oszu­ka­nej pro­mo­cji pier­do­lo­nych chip­sów i te­raz chcesz mi po­wie­dzieć, że pro­du­cen­ci ziem­nia­ków zmó­wi­li się prze­ciw­ko to­bie? Ba­je­ru­jesz mnie ku­ta­sie od pra­wie dwóch mie­się­cy na nie­ist­nie­ją­cą wy­ciecz­kę, na któ­rą skne­ro nie wy­da­łeś na­wet zło­tów­ki?… Pło­ną­łem, nie mo­głem nic in­ne­go po­wie­dzieć oprócz try­wial­ne­go „Ależ Ka­siu!”. Po­li­cja zja­wi­ła się w pięt­na­ście se­kund i za­bra­ła nas ra­zem z le­wy­mi do­ku­men­ta­mi do kan­tor­ka re­wi­zji oso­bi­stych. Kie­dy opo­wia­da­łem po­li­cjan­to­wi w skró­cie, co się sta­ło, ja­kaś Nie­mra o ry­sach Ar­nol­da wkła­da­ła wiel­ką łapę w gu­mo­wej rę­ka­wicz­ce w dupę Kasi. Pa­trzy­łem na to i wie­dzia­łem, że będę na­stęp­ny. No, ale sam po­wiedz, że nie mu­sie­li tego ro­bić i mo­gli nas prze­świe­tlić? – Nie cze­ka­jąc na po­twier­dze­nie kon­ty­nu­ował opo­wieść.

– Po spi­sa­niu na­szych pro­to­ko­łów prze­słu­chań my­śla­łem, że nas wy­pusz­czą.

Ale wy­pu­ści­li tyl­ko Ka­się. Nie wiem, czy tak się na mnie zde­ner­wo­wa­ła, czy może źle ją zro­zu­mie­li, ale w jej ze­zna­niach było na­pi­sa­ne, że je­stem zbie­giem z za­kła­du kar­ne­go, przy­cią­gną­łem ją na lot­ni­sko siłą, mam fał­szy­we kar­ty kre­dy­to­we, pasz­port i na­praw­dę na­zy­wam się Waw­rzy­niec Wrzesz­czyń­ski i miesz­kam w Byd­gosz­czy. Wy­sze­dłem do­pie­ro po trzech dniach, kie­dy na­sza am­ba­sa­da po­twier­dzi­ła au­ten­tycz­ność pasz­por­tu, usta­li­ła, że nie je­stem zbie­giem i po­twier­dzi­ła moje per­so­na­lia – tu za­ła­mał nie­co głos. – I co ty na to? A to chuj, co?

– Ro­zu­miem, że po­dej­rze­wasz są­sia­da? I ten chuj to on? – z prze­ką­sem za­py­tał dok­tor.

– No ja­sne! A któż­by inny? Jak nie wy­jeż­dża, to sie­dzi w domu ty­go­dnia­mi i z nu­dów knu­je prze­ciw­ko mnie in­try­gi, poza tym tyl­ko on ma taki roz­mach! Kie­dy wró­ci­łem do domu z lot­ni­ska, to przed moim do­mem na masz­cie wi­sia­ła, i zresz­tą wisi do tej pory, fla­ga Taj­lan­dii! Sam jej prze­cież nie po­wie­si­łem! Per­fi­dia do po­tę­gi! – za­czął krzy­czeć. I te te­le­fo­nist­ki, ta in­fo­li­nia… ja­kie środ­ki on mu­siał w to wszyst­ko za­in­we­sto­wać, a ja ba­ran da­łem się na­brać! Dziw­ne, że są­sia­da jesz­cze u mnie nie było, bo za­wsze, jak ro­bi­my so­bie ka­wa­ły, to mamy zwy­czaj wpaść zo­ba­czyć minę po­ko­na­ne­go.

– Uspo­kój się, spo­koj­nie, bez ner­wów, opa­nu­je­my to. Po­my­śli­my coś na szyb­ko w re­wan­żu i coś w dal­szej per­spek­ty­wie. Ale na ra­zie po­lej i da­waj je­dze­nie. A tak przy oka­zji… mia­łeś kon­takt z Ka­sią? – za­py­tał uszczy­pli­wie Ja­rek, pu­ka­jąc rów­no­cze­śnie no­żem w brzeg ta­le­rza.

– Co za kom­pro­mi­ta­cja! Nie od­bie­ra ode mnie te­le­fo­nów… pew­nie mnie nie­na­wi­dzi. Są­dzę, że stra­ci­łem ją na za­wsze. Mama, tata, sio­stra, kot, ko­le­dzy, lu­dzie w pra­cy, wszy­scy my­ślą, że od pię­ciu dni je­stem w Taj­lan­dii. Wsty­dzę się za­dzwo­nić do ja­kie­go­kol­wiek ko­le­gi, na­wet z Ber­li­na wró­ci­łem wczo­raj po­cią­giem! Je­steś je­dy­ną oso­bą, z któ­rą mia­łem od­wa­gę się spo­tkać, ale chy­ba tyl­ko dla­te­go, że je­steś psy­chia­trą… Kur­wa, ale mnie pod­szedł, są­siad pier­do­lo­ny! – zmie­nił ton na bar­dziej szy­der­czy – Cho­dzi­łem i się chwa­li­łem, że jadę do Taj­lan­dii z la­ską! NE, NE, NE, NE, NE… U nie­go też by­łem z tą no­wi­ną, ale ten ku­tas mu­siał się ze mnie śmiać, jak wy­sze­dłem! Na­wet za­ku­py dziś ro­bi­łem przez in­ter­net, bo boję się wyjść z domu, żeby mnie nikt nie za­uwa­żył. A jak Ka­sia przej­dzie się po mie­ście i opo­wie, co nas spo­tka­ło, to chy­ba się po­wie­szę. Wiesz, że my­śla­łem przez mo­ment o sa­mo­bój­stwie? Jed­nak naj­pierw po­sta­no­wi­łem spo­tkać się z tobą. Boże, jak do­brze, że za­dzwo­ni­łeś, od ko­goś in­ne­go nie ode­brał­bym te­le­fo­nu – cał­ko­wi­cie roz­bi­tym gło­sem za­koń­czył opo­wieść.