Wspomnienia - Willy Brandt - ebook
Opis

Nieznane fakty, sekrety wielkiej polityki oraz barwne anegdoty czekają na czytelnika w książce Willego Brandta Wspomnienia. Słynny kanclerz odsłania kulisy zimnowojennych rozgrywek, tajnych układów Kennedy’ego, dyplomatycznej wojny o Berlin, kremlowskich zagrywek czy pamiętnego gestu przed pomnikiem ofiar getta w Warszawie. Jego nazwisko nawet po śmierci wywołuje spore kontrowersje. To najlepszy dowód, że polityk ten mocno zaznaczył się w powojennej historii Niemiec.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 701

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


I. POWRÓT DO WOLNOŚCI

Na granicy możliwości

13 sierpnia 1961 roku. Było między czwartą a piątą nad ranem, specjalny pociąg wyborczy dotarł właśnie do Hanoweru, gdy mnie obudzono. Urzędnik kolejowy przekazał pilną depeszę z Berlina. Nadawca: Heinrich Albertz, szef kancelarii Senatu. Treść depeszy: „Wschód zamyka granicę między sektorami. Powinieneś niezwłocznie wrócić do Berlina”.

Na lotnisku Tempelhof oczekują mnie Albertz i prezydent policji Stumm. Jedziemy na Potsdamer Platz i pod Bramę Brandenburską i wszędzie widzimy ten sam obraz: robotnicy budowlani, zapory, betonowe słupy, drut kolczasty, żołnierze NRD. W Ratuszu Schöneberg odebrałem meldunki o postawieniu w stan gotowości bojowej wojsk radzieckich stacjonujących wokół miasta i gratulacjach, które Walter Ulbricht już złożył jednostkom stawiającym mur.

W siedzibie Sojuszniczej Komendantury w Dahlem – była to moja pierwsza, a zarazem ostatnia tam wizyta – zdumiało mnie zdjęcie generała Kotikowa, byłego radzieckiego komendanta miasta. Zapewne zachodni sojusznicy uważali, że przynajmniej w ten sposób muszą zadośćuczynić statusowi czterech mocarstw. Ale strona radziecka właśnie go podeptała, przekazując tego dnia kompetencje nad swoim sektorem władzom NRD zainteresowanym podziałem miasta.

Zastanawiałem się, czy zachodnie mocarstwa zareagują? Jak przyjmą fakt wyznaczenia im przejść między sektorami? Po kilku dniach pozostało im tylko jedno – Checkpoint Charlie przy Friedrichstraße – i nic się nie wydarzyło. Prawie nic. A już z pewnością nic, co mogłoby pomóc wielu rozdzielonym niemieckim rodzinom.

Gdybym w to niedzielne przedpołudnie 13 sierpnia zachował zimną krew, dostrzegłbym, że szanowni panowie komendanci byli zagubieni, bezradni, skazani na samych siebie. Amerykański komendant z zafrasowaną miną dał mi do zrozumienia, że Waszyngton oznajmił mu, iż w żadnym razie nie może dojść do nieprzemyślanych reakcji, czy nawet powstania „trouble”, gdyż Berlinowi Zachodniemu przecież nic bezpośrednio nie zagraża.

Prezydent Stanów Zjednoczonych znajdował się wówczas na swoim jachcie. Później dowiedziałem się, że był na bieżąco informowany o wszystkim. Interesowało go wyłącznie to, czy w Berlinie Zachodnim zostały naruszone prawa sojuszników, a nie fakt, że prawa całego Berlina wylądowały na śmietniku historii. W rzeczywistości – co potwierdzają wspomnienia jego współpracowników – prezydenta Kennedy’ego dręczyła myśl o możliwości wybuchu wojny. Już na początku kryzysu powiedział: „Mogę wprowadzić NATO do akcji dopiero wtedy, gdy Chruszczow rozpocznie działania wymierzone w Berlin Zachodni, ale nie wtedy, gdy organizuje coś z Berlinem Wschodnim”.

W Białym Domu jeszcze 13 sierpnia sądzono, że strumień uciekinierów zdążających przez Berlin powinien zostać przyhamowany, ale nie zatrzymany.

Cóż to była za gruba omyłka! A jednak mówi ona więcej niż oficjalne reakcje Bonn. W dniu rozpoczęcia budowy muru zadzwonił do mnie minister spraw zagranicznych, Heinrich von Brentano. Poinformował jedynie, że teraz musimy ze sobą ściślej współpracować. Kanclerz zachowywał milczenie. Jeden z amerykańskich obserwatorów zanotował później, że w Bonn obawiano się dwóch rzeczy jednocześnie: po pierwsze, iż Amerykanie mogą okazać się słabi, a po drugie, że będą zbyt twardzi!

Ja również nie potrafiłem zaproponować skutecznych kontrposunięć. Nie kryjąc zdenerwowania, domagałem się od komendantów armii sojuszniczych, by przynajmniej zaprotestowali i to nie tylko w Berlinie, ale także w innych stolicach Układu Warszawskiego! Komitet Centralny SED ogłosił właśnie, że budowa muru granicznego wokół Berlina Zachodniego jest zgodna z decyzją podjętą przez wszystkie państwa Układu Warszawskiego.

Dodałem: „Przynajmniej wyślijcie natychmiast patrole na granice sektorów, żeby zapobiec szerzeniu się niepewności. Niech berlińczycy zobaczą, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo”.

Ale minęło dwadzieścia godzin, zanim na granicy przebiegającej w centrum miasta ujrzano pierwsze patrole wojskowe. Minęło czterdzieści godzin, zanim radzieckiemu komendantowi przekazano oficjalny protest. Minęły siedemdziesiąt dwie godziny, zanim rutynowo brzmiący protest dotarł do Moskwy.

Tymczasem popłynęło wiele łez. W moim okręgu wyborczym w dzielnicy Wedding ludzie skakali z okien domów stojących na granicy sektorów na płachty trzymane przez strażaków. Nie każdy skok kończył się szczęśliwie.

16 sierpnia, w liście do prezydenta Kennedy’ego pisałem o poważnej zmianie sytuacji i głębokim kryzysie zaufania. Jeśli nadal podejmowane będą próby utworzenia „wolnego miasta”, to wówczas należy obawiać się masowych ucieczek z Berlina Zachodniego. Proponowałem, żeby Amerykanie wzmocnili swój garnizon, trzy mocarstwa podkreśliły swoją odpowiedzialność za Berlin Zachodni i zapewniły, że problemu niemieckiego nie uważają za załatwiony, a sprawę Berlina Zachodniego przekażą pod obrady Organizacji Narodów Zjednoczonych. Z wielką goryczą myślę o tym, że wcześniej odrzucono rokowania ze Związkiem Radzieckim, gdyż, jak utrzymywano, nie można działać „pod naciskiem”. Ale teraz ledwo pojawił się „stan dokonanego szantażu”, słyszę, że rokowań nie będzie można dłużej odkładać. W takiej sytuacji tym bardziej należy wykazać inicjatywę polityczną, skoro możliwości innych działań są tak ograniczone. Jeśli zaakceptujemy ten krok Sowietów, który przecież jest nielegalny, został uznany za nielegalny, a także w obliczu wielu tragedii, jakie rozgrywają się dzisiaj w Berlinie Wschodnim i strefie sowieckiej w Niemczech, nikomu z nas nie zostanie oszczędzone ryzyko „okazywania stanowczości aż do końca”.

Kennedy rozkazał przerzucić do miasta dodatkowe oddziały wojska, a swoją odpowiedź przesłał mi przez specjalnego wysłannika. 19 sierpnia przybył do Berlina Lyndon B. Johnson, który z teksańską beztroską próbował bagatelizować sytuację. Prezydent przyznał szczerze w swoim liście, że nie można rozważać wywołania konfliktu zbrojnego, a większość zaproponowanych posunięć nie rekompensuje tego, co się wydarzyło. Czy to ten list odsunął kurtynę i ukazał pustą scenę?

Kilka dni po pierwszej rocznicy budowy muru, 17 sierpnia 1962 roku po wschodniej stronie Checkpoint Charlie wykrwawił się na śmierć osiemnastoletni robotnik budowlany, Peter Fechter. Nie mogliśmy – nie wolno nam było – mu pomóc. Wiadomość o jego śmierci rozeszła się szeroko i wywołała głębokie oburzenie. Powszechnie okazywano żal i gniew. Młodzi ludzie proponowali, by w murze wysadzić dziury; inni od pewnego czasu budowali tunele i pomagali w ucieczce rodakom z drugiej strony muru, czym zasłużyli na wielkie uznanie. Niestety, dość szybko nieodpowiedzialni ludzie uznali to za świetną okazję do zarobienia dużych pieniędzy. Jedna z brukowych gazet zarzuciła mi nawet zdradę, gdy użyłem policji do ochrony muru. Pewnego wieczoru wezwano mnie do Ratusza, ponieważ miała odbyć się demonstracja, której uczestnikami byli głównie studenci. Przemówiłem do nich przez głośniki policyjnego radiowozu. Powiedziałem, że mur jest twardszy od ich głów i że żadne bomby nie zmiotą go z powierzchni ziemi.

Tuż po zbudowaniu muru rozgrywały się przy nim przerażające sceny. Sceny bezsilnego gniewu, który należało wykrzyczeć, a jednocześnie powściągnąć. Czy istnieje trudniejsze zadanie dla mówcy? Po kryzysie z sierpnia 1962 roku odwiedziłem wiele firm i urzędów, próbując uzmysłowić berlińczykom, co było, a co nie było możliwe.

Gdzie więc leżały granice naszych możliwości? To pytanie towarzyszyło mi przez następne lata. Po zbudowaniu muru treść i forma przemówień przez krótki czas pozostawały niemal niezmienne, lecz utrwalił się pogląd, że jednak nic już nie było takie jak przedtem. Zaczęto szukać drogi do złagodzenia twardych realiów podziału. Zastanawialiśmy się, jak uczynić mur przepuszczalnym, skoro już będziemy musieli żyć z nim przez dłuższy czas? Jak wypracować normalne stosunki między wszystkimi częściami Niemiec? Jak zadbać o to, by w centrum Europy można było stworzyć strefę trwałego pokoju?

Jesienią 1957 roku zostałem rządzącym burmistrzem Berlina Zachodniego. Już od dziesięciu lat ponosiłem odpowiedzialność za mieszkańców tego udręczonego miasta. W 1949 roku zasiadłem w Bundestagu i tym samym przesunąłem się na pierwszą linię niemieckiej polityki. W młodości opowiedziałem się przeciwko panowaniu nazistów, które oznaczało zniewolenie i wojnę. W Berlinie stałem po stronie tych, którzy przeciwstawiali się komunistycznemu ujednoliceniu i dławiącemu uciskowi Stalina.

Była to czysta samoobrona, zobowiązanie wobec ludzi, którzy wiele przeszli i chcieli zacząć życie od nowa. A jednocześnie troska o kruchy pokój. Później byliśmy jeszcze bardziej przekonani o słuszności naszego postępowania: w 1948 roku, gdy nie poddaliśmy się w czasie blokady, w 1958, gdy Chruszczow wystosował swoje ultimatum, w 1961, gdy postawiono mur. Broniliśmy prawa do samookreślenia. Nie chcieliśmy, by nasza rezygnacja wywołała reakcję łańcuchową, która mogłaby zakończyć się nowym konfliktem zbrojnym.

Doświadczenia zdobyte w Berlinie nauczyły mnie, że nie warto bić głową o mur – chyba że jest to mur z papieru. Ale opór wobec samowolnie stawianych murów ma ogromny sens. Nie każdemu przyniesie to od razu korzyść, jednak życie wielu ludzi zależy od zdecydowania, z jakim będziemy opowiadać się po stronie rozsądku i porozumienia. Ani prawa człowieka, ani swobody obywatelskie nie spadają z nieba.

Byliśmy w Berlinie w na tyle korzystnej sytuacji, że mogliśmy przyjąć do wiadomości zmiany zachodzące w świecie i podążyć za „wiatrem przemian”, który John F. Kennedy przywoływał na spotkaniu z berlińskimi studentami półtora roku po zbudowaniu muru i kilka miesięcy przed swoją śmiercią w wyniku zamachu. Najważniejsze, aby nie czekać na ten wiatr jak na nieuchronnie nadchodzące zjawisko przyrody. Chodziło zwłaszcza o to, byśmy zbyt długo nie lamentowali i nie domagali się respektowania praw, a skoncentrowali się na maksymalnym polepszeniu własnej sytuacji.

Daleki jestem od przeceniania tego, czego dokonałem w Berlinie, a potem w Bonn. Wiem jednak, że nie osiągnąłbym niczego wartościowego, gdybym w młodości poszedł łatwiejszą drogą i gdybym nie zaakceptował nieporozumień i ran oraz zagrożeń dla życia, jakie wielokrotnie mnie spotykały. Nawet gdyby intuicja nie podpowiedziałaby mi tego, to i tak nauczyłbym się, że jeśli zamierzam w przyszłości pomagać Niemcom i innym społeczeństwom, nie mogę bać się błędów oraz adwersarzy. Terminując w Berlinie, musiałem borykać się nie tylko z pogróżkami dobiegającymi ze Wschodu, lecz również stawiać czoła tym, które rzucano we własnym – niemieckim i zachodnim – obozie, dla którego ucieczka przed rzeczywistością stała się substytutem polityki. Wybrałem takie życie i poświęciłem się takiemu wykorzystywaniu klucza znajdującego się w niemieckich rękach, by można było, idąc choćby małymi krokami i po czasem splątanych ścieżkach, otworzyć drzwi do głębszego odprężenia i przezwyciężyć dokonany przez jedną stronę podział kraju.

Okoliczności i urząd, ale z pewnością także doświadczenia młodości dały mi – już jako burmistrzowi, potem ministrowi spraw zagranicznych, a także kanclerzowi – szansę sprowadzenia do wspólnego mianownika w umysłach znacznej części świata pojęć: Niemcy i pokój. Nie było to mało, zważywszy wszystko, co wydarzyło się w przeszłości. Zwłaszcza, że historia nagromadziła znaczną dawkę nienawiści, ale jednocześnie uczyła, iż pokoju w Europie nie osiągnie się bez Niemców. Nie tylko Niemców Zachodnich, których w ogóle jeszcze nie było jako zastępczego narodu, kiedy w przededniu I wojny światowej ujrzałem świat na ziemi hanzeatyckiej.

Byłem przekonany, że dla dobra pokoju należy łagodzić nienaturalnie zaostrzoną sytuację w podzielonych Niemczech. Europy nie można było budować wokół Niemiec lub przeciw nim. Zrozumiałem, że muszę porzucić naiwną wiarę w przyszłość, którą żywiłem w młodości. Zawsze jednak potwierdzało się moje przekonanie, że przyszłości nie można budować choćby bez odrobiny nadziei. Ale nawet jeśli ktoś był przekonany, iż podjął właściwą decyzję, nie mógł być pewien, że oszczędzone mu będzie błądzenie. Sam niekiedy popełniałem niewybaczalne błędy, lecz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zawsze byłem świadomy, iż w miarę możliwości należy przełamywać lody w stosunkach międzynarodowych.

Berlinowi przypisywano zbyt wiele z tego, co obciążało konto nazistowskich władców (a przedtem cesarstwa). Zapewne miasto, z którego rządził Hitler, nie mogło cieszyć się dobrą sławą, ale jednocześnie stracono z oczu niezbity fakt, że berlińczycy nie byli tak zagorzałymi zwolennikami nazizmu jak przeciętni Niemcy. Jednak w latach powojennych wielu ludzi uważało, iż takie stwierdzenie przynosi im korzyść i ze szczególną gwałtownością przeciwstawiali się ulokowaniu siedziby rządu w starej stolicy Rzeszy. Na zachodzie mówiono o „pogańskim mieście”, na południu twierdzono, iż nowa stolica musi leżeć w pobliżu winnic, a nie pól kartoflanych. Plonem mojej działalności było także to, że pomogłem poprawić niesłusznie zniekształcony obraz Berlina.

Przyznaję otwarcie, że w myśleniu i działaniu żywiłem nadmierną ufność do ludzi – choć wiedziałem, że nikomu nie zostają oszczędzone pomyłki i wątpliwości. Patrząc wstecz, mogę powiedzieć, że było wiele spraw, którymi nie powinienem był w ogóle się zajmować, lub należało zrobić to w inny sposób. Gdyby tylko nadarzyła się ku temu ponowna okazja, prawdopodobnie osiągnąłbym więcej. Przyznaję, że jest wiele spraw, o których wolałbym raczej zapomnieć, niż się nimi chwalić. Wiele – od których powinienem był się w odpowiednim czasie zdystansować, lub dla których niepotrzebnie dałem się pozyskać. Poza tym ktoś, kto jak ja przez dziesięciolecia widział tak wiele chaosu i zniszczenia, ale miał także czas do przemyśleń, uważa za banały słowa o różnorodności i tempie zmian w życiu ludzi naszej epoki.

Tam, gdzie można było uniknąć konfrontacji, stawiałem na współpracę. Stale miałem nadzieję, że po upadku w czeluść piekielną nastąpi czas zmian. Jeszcze przed zakończeniem II wojny światowej pisałem o wspólnym bezpieczeństwie. Nie przeceniałem specjalnie dyskusji o celach aliantów w okresie pokoju, ale dokument, który premier Churchill i prezydent Roosevelt podpisali na okręcie wojennym na Atlantyku w sierpniu 1941 roku, przed przystąpieniem USA do wojny, uważałem za znacznie ważniejszy niż pierwszy lepszy tekst propagandowy. Z korzyścią dla odbudowy i zrozumienia odpowiedzialności, jaką ponosi Europa, byłoby, gdyby zimna wojna nie zastąpiła współpracy między aliantami. Po dwukrotnej ucieczce przed nazistami, będąc w Szwecji, obawiałem się, że kontrowersje utrzymujące się między Wschodem a Zachodem obok podziału Niemiec spowodują to, że Europa będzie rozwijać się w dwóch przeciwstawnych kierunkach. Wrodzony optymizm mówił mi jednak, iż w stałej współpracy zwycięskich mocarstw tkwi szansa na uporanie się z powojennymi zadaniami.

Jednym z rezultatów rozpadu koalicji wojennej i zimnej wojny był długoletni kryzys berliński i istnienie na ziemi niemieckiej dwóch państw. W tym konflikcie między Wschodem a Zachodem Niemcom przypadła rola ofiar, ale jednocześnie wynieśli z niego znaczne korzyści. Nie dostrzegali jednak, że tego konfliktu i przywrócenia jedności państwa nie uda się już sprowadzić do wspólnego mianownika. Były sprawy pilniejsze. Również i ja musiałem zająć się takimi sprawami. To właśnie z tego powodu pytano mnie później, dlaczego nie włączam się do dyskusji o problemach świata, choćby na przykład o przyszłości narodów przechodzących proces dekolonizacji.

Moja odpowiedź była prosta: w polityce zagranicznej nie ustala się naraz wielu kierunków. W każdym razie ja tego nie mogłem dokonać w warunkach istniejących w powojennych Niemczech.

W okresie przechodzenia od wielkiej wojny w czasy kruchego pokoju żywiłem zbyt optymistyczne poglądy, zwłaszcza jeśli chodziło o perspektywy międzynarodowej współpracy. Zbyt często własne życzenia brałem za rzeczywistość. Ale dlaczego niemiecki emigrant zadomowiony w Szwecji miałby mylić się bardziej od szefów demokratycznych państw, bądź ludzi o dużej wiedzy i znajomości polityki?

W następnych latach musiałem bronić mojej niemieckiej i europejskiej skóry – także dla dobra innych. Życie na Zachodzie pogrążyło się w chaosie, a na Wschodzie następowały wydarzenia, które napełniały nas przerażeniem. Nigdy jednak nie opuściła mnie nadzieja, że można złagodzić nawet najbardziej niebezpieczne napięcia i znaleźć kompromis pomiędzy przeciwstawnymi interesami.

Mylili się ci, którzy upraszczając sprawę przypuszczali, że dopiero mur berliński skłonił mnie do wkroczenia na drogę polityki wschodniej i odprężenia, którą mimo znacznego oporu przeforsowałem na początku lat siedemdziesiątych. Wnioski, które leżały u podstaw polityki małych kroków w Berlinie i moich starań w bońskim rządzie, były w rzeczywistości bliskie temu, co już w czasie wojny wydawało mi się nieodzowne.

Nie zawsze przy tym miałem poparcie większości, ale nigdy nie czułem się izolowany. Poza tym doświadczenie potwierdza, że opinia publiczna rzadko udziela dobrych wskazówek. Wypełniając demokratyczny mandat nie możemy oczekiwać, iż każdy codziennie będzie się z nami zgadzał. Nie wolno jednak nam zapomnieć, że polityka odprężenia i kompromisu musi mieć poparcie szerokich warstw społeczeństwa.

Sprawdzian w Berlinie

„Nasza waluta! Berlin wolny, nigdy komunistyczny!” Wiec był tak ogromny jak zapowiadające go tytuły w prasie. 24 czerwca 1948 roku na stadionie Herthy przy Gesundbrunnen stałem obok Ernsta Reutera, gdy ten zwracając się do dziesiątków tysięcy demonstrantów, powiedział: „Mieszkańcy Berlina! W godzinie najtrudniejszych decyzji wzywamy was: nie pozwólcie się zwieść nikomu ani niczemu. Niewzruszenie podążajcie własną drogą. Tylko jeśli zdecydujemy się przyjąć na siebie wszelkie ryzyko, będziemy wiedli takie życie, które dopiero warte będzie przeżycia, porządne, czyste, a nawet jeśli będzie ono biedne, to przynajmniej będzie życiem w wolności”.

Reuter, wybrany przez mieszkańców nadburmistrzem Berlina, powtórzył własne słowa wypowiedziane na pierwszej z potężnych prowolnościowych demonstracji 18 marca owego brzemiennego w wydarzenia roku. Mówił, że po Pradze miała przyjść kolej na Finlandię, ale naród fiński obronił swoją wolność. „Berlin nie stanie się kolejną ofiarą, jeśli w dniach kryzysu nie okaże lęku. W tym kryzysie prosimy nie tylko o to, byście nam zaufali. Wzywamy was raczej, byście zaufali sobie. Tylko tak znajdziemy drogę do wolności, a wiemy przecież, że dzięki wolności oddychamy. Musimy i będziemy o nią walczyć”. Musieliśmy zapobiec niebezpieczeństwu przyłączenia Berlina do strefy wschodniej, które groziłoby miastu, gdyby nie została w nim wprowadzona marka zachodnioniemiecka.

Warto może zastanowić się, jakie znaczenie ma osobowość człowieka, który ponosi polityczną odpowiedzialność w momentach historycznego przełomu? Szczęśliwy traf zrządził, że w pierwszych powojennych latach władzami Berlina kierował Ernst Reuter, który pociągnął za sobą rzesze mieszkańców miasta. Niespożyta energia i wielka osobowość pozwoliły mu sprostać tej trudnej i zarazem wspaniałej misji.

Reuter wywodził się z tego chaosu, o którym Juliusz Leber powiedział, że tylko on wydaje wielkich przywódców. W młodości uciekł od strzegącej mieszczańskich cnót rodziny do partii socjaldemokratycznej. Szybko zdobył uznanie jako zdolny agitator. Ranny na froncie wschodnim dostał się do niewoli rosyjskiej i stał się przywódcą jeńców popierających Rewolucję Październikową. W czerwcu 1918 roku został komisarzem, a Lenin delegował go do Niemców Nadwołżańskich, by utworzył dla nich republikę autonomiczną. Po powrocie do Berlina wstąpił do Komunistycznej Partii Niemiec (KPD), z której wydalono go w 1921 roku, gdyż nie chciał podporządkować się szaleńczym rozkazom Kominternu. W ten sposób znalazł się w SPD. Został redaktorem w „Vorwaerts”, radnym miejskim ds. komunikacji w Berlinie, nadburmistrzem Magdeburga. Po dwukrotnym odbyciu kary więzienia wyemigrował do Turcji i przeszedł na służbę rządu w Ankarze. Dlatego w Berlinie nazywano go „Turkiem”, nadając czasami temu przezwisku obelżywe znaczenie.

Wracając w 1946 roku na swoje dawne stanowisko radcy miejskiego ds. komunikacji i zakładów pracy, Reuter nie rezygnował jeszcze z wszystkich nadziei, ale z pewnością porzucił wiarę w jedność Rzeszy i miasta. Nie ona jednak stanowiła dla niego wartość najwyższą. Pół roku później radni wybrali go nadburmistrzem, ale nie został zatwierdzony, gdyż sprzeciwił się temu radziecki komendant. Urząd przeznaczony dla Reutera objęła Luise Schröder, wzbudzająca zaufanie była deputowana do Reichstagu. Reuter poświęcił się codziennym obowiązkom, które bardziej związane były z odgruzowywaniem niż budowaniem, a jednocześnie w swoich wystąpieniach przestrzegał berlińczyków przed nadmiernymi iluzjami. Ustrzegły nas przed nimi już choćby brutalne metody, za pomocą których przywleczono pod nasze drzwi zimną wojnę. Jedną z nich było porywanie ludzi z kręgu naszych znajomych.

Ani w 1947, ani w roku następnym Reuter nie uwierzył w nadchodzące ze wszystkich stron zapewnienia, że Związek Radziecki stara się jedynie zapewnić własne bezpieczeństwo i nie posunie się do prowokacji. W marcu Rosjanie opuścili Sojuszniczą Radę Kontroli, w czerwcu – Komendanturę. Od początku roku utrudniali dojazd do Berlina i ciągle słyszeliśmy, że mocarstwa zachodnie z własnej winy utraciły prawo do obecności w mieście. Reuter był realistą, nie stwarzał więc sobie żadnych iluzji. Czy w innym przypadku, na początku lata błagałby tak żarliwie zachodnie mocarstwa, by wbrew wcześniejszym zamierzeniom objęły jednak Berlin reformą walutową, a przynajmniej nie rezygnowały ze swoich kompetencji w sprawie polityki monetarnej w mieście? Czy pozostawiłby wolną rękę swojemu bojowemu koledze z rady miejskiej, pochodzącemu z Metzu, niezapomnianemu Gustawowi Klingelhöherowi, który walczył na barykadach Monachijskiej Republiki Rad i spędził wiele lat w bawarskich więzieniach? Czy tak ostro zbeształby w lipcu 1948 roku wewnętrzną opozycję na zjeździe berlińskiej organizacji partyjnej? Ludzie z sowieckiego kierownictwa – mówił – z ogromną bezwzględnością planują swoje działania. Dlatego zachodnia polityka nie może być uzależniona od zranionej dumy Sowietów.

W swojej krytyce Reuter nie oszczędzał nawet kierownictwa partii. Nie dlatego, że sam był człowiekiem wrażliwym i denerwował się, gdy Schumacher z pewną dozą pogardy nazywał go „prefektem Berlina”, a Ollenhauer krytykował proamerykańską politykę reuterowskiego skrzydła. „Czy trzeba być bardziej amerykańskim od Amerykanów?” spytał wiceprzewodniczący partii Ollenhauer, na tym samym zjeździe. Tym pytaniem udowodnił, że nie rozumie możliwości i potrzeb Berlina. Reuter domagał się, by poczyniono bardziej stanowcze kroki na drodze do konsolidacji Niemiec Zachodnich; było to sedno jego polityki, a co za tym idzie także jego krytyki pod adresem partyjnej góry. Mówił, że nie można jak osioł Bileama „stać ciągle między dwoma żłobami”, nie podejmując żadnej decyzji. Należy skończyć z gospodarczym chaosem w strefach okupacyjnych, jeśli zachodnie Niemcy mają się rozwinąć, a Berlin przeżyć. W niemal identycznie, a nawet ostrzej brzmiących zwrotach, co wynikało z podziału pracy między Reuterem i mną, sformułowałem przyjętą przez zarząd berliński SPD odezwę, która odpowiedzialnością za niepowodzenie rozwiązania problemu monetarnego w całych Niemczech obarczała sowiecką politykę w minionych trzech latach, a za jedyną drogę przywrócenia jedności i wolności Niemiec uznawała gospodarczy i polityczny awans stref zachodnich.

W polityce i w życiu prywatnym byliśmy sobie z Reuterem niezwykle bliscy, stanowiliśmy niemal jedną duszę i ciało. Dumny byłem z sympatii, jaką mi okazywał, i wsparcia, jakiego mogłem mu udzielać oraz z tego, że uchodziłem za „jego młodego ucznia”.

Co nas łączyło?

Po powrocie ze Skandynawii zafrapowała mnie przyjaźń, jaką ofiarowywał ludziom, jego dostępność, ciepło, umysł, odwaga w głoszeniu poglądów, zadowolenie z ponoszonej odpowiedzialności, wrodzony optymizm, daleka od autokratyzmu pewność siebie, jaką okazywał także wobec aliantów. Oczywiście, obaj spędziliśmy wiele lat za granicą, ale przecież byli tam także inni. Wszystko zależało od doświadczeń, jakie wyniosło się z emigracji, od poglądów na historię partii w republice weimarskiej, od osobistych losów i rozumienia rzeczywistości.

W 1953 roku Reuter przypominając na zjeździe SPD niezwykły rozwój Republiki Federalnej w ostatnich latach, powiedział: „Lansowana przez nas nieustannie teza, że jutro lub najpóźniej pojutrze dojdzie do gospodarczego i politycznego załamania, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością”. Tymi słowami Reuter, który był reformatorem zawsze poszukującym kompromisu, podsumował nie tylko wyborczą porażkę socjaldemokratów, ale także występujące od wielu lat problemy we własnej, berlińskiej organizacji partyjnej.

W 1952 roku zmęczony sporami Reuter zachęcił mnie, bym kandydował w wyborach na przewodniczącego organizacji partyjnej w Berlinie. Poniosłem jednak wyraźną porażkę. Zwyciężył Franz Neumann, odważny, lecz nazbyt zachowawczy polityk – 196 głosów przeciwko 135.

24 czerwca 1948 roku, stojąc z Ernstem Reuterem na stadionie przy Gesundbrunnen przeczuwaliśmy, że oto nadchodzą wydarzenia, które mieć będą ogromne znaczenie dla przyszłości. Ale oczywiście nie mieliśmy pojęcia, co to będą za wydarzenia, ani do czego doprowadzą. Myśleliśmy, że może będą punktem zwrotnym w historii świata. Poprzedniego wieczoru w sektorze amerykańskim i brytyjskim, a częściowo także we francuskim wprowadzono markę zachodnioniemiecką. Rano Wschód odpowiedział blokadą dostaw żywności. Wiedzieliśmy, że reforma walutowa była wygodnym pretekstem do walki o Berlin i że zachodnie mocarstwa dopiero zaczęły dostrzegać, iż ich sojusznik z czasów wojny zaczyna wyciągać ręce po Berlin. 11 kwietnia 1945 roku Amerykanie zatrzymali się na Łabie; gdyby poszli dalej, oszczędziliby sobie wielu kłopotów, a świat miałby inne oblicze. Pozwolili jednak Rosjanom na triumfalne wejście do stolicy hitlerowskiej Rzeszy. Naczelny dowódca wojsk alianckich, generał Eisenhower, uznał, iż Berlin „nie stanowi szczególnie ważnego celu”. Umknęła mu symbolika tego miasta; stolica Niemiec wydawała mu się tylko „jakimś punktem na mapie”. Gdy pod koniec lat pięćdziesiątych spytałem Eisenhowera, wtedy już prezydenta Stanów Zjednoczonych, o powody tamtej decyzji, przyznał szczerze, iż nie dostrzegł skutków, jakie może mieć rozkaz nieatakowania Berlina. Amerykanie, Anglicy i Francuzi weszli do miasta z opóźnieniem i zrezygnowali z wytyczenia bezpiecznych dróg dojazdowych. Na szczęście zdrowy rozsądek pozostawił wyraźniejsze ślady na dokumentach zwycięskich mocarstw niż na polach bitew staczanych przez okupacyjnych biurokratów.

Tak więc drogi dojazdowe do zachodnich stref zablokowano. Kabel dostarczający prąd ze strefy wschodniej przecięto, wszelkie dostawy ze wschodu do „zbuntowanych sektorów zachodnich” zawieszono. Do bezbronnej ludności nie powinny były docierać chleb, węgiel, mleko i prąd, dopóki nie zmusi ona do kapitulacji swoich – wybranych przecież legalnie – przedstawicieli i nie skłoni mocarstw zachodnich do wycofania się z Berlina. W kręgu bliskich znajomych Reuter powiedział wtedy, że „nawet gdybyśmy mogli wytrzymać tylko czternaście dni, bądź cztery tygodnie, to nasz opór wpłynie na rozwój historii”. Od początku blokady Reuter podkreślał, że nasza nieugięta wola wytrwania była jedyną szansą na skłonienie zachodnich mocarstw do udzielenia nam pomocy. „If necessary alone” – obwieścił Churchill w 1940 roku, gdy prawie wszystko wydawało się stracone. Reuter podziwiał Churchilla, ja również, mimo że premier Wielkiej Brytanii reprezentował inne poglądy. Wiedzieliśmy, że w zachodniej części Niemiec sympatia dla Berlina utrzymuje się w zaledwie skromnych granicach i modne są antypruskie resentymenty, ale w tamtych dniach nie uważaliśmy tego za tak istotne; trzeba pamiętać, że minister finansów Hesji nie był jedynym człowiekiem, który sądził, że nie warto się eksponować „przy finansowaniu politycznej akcji Amerykanów przeciw Rosjanom”.

Pewnego dnia pod koniec czerwca razem z Reuterem udałem się do domu Harnacka w Dahlem. Przedstawiciele amerykańskiej administracji wyjaśnili nam, że możliwe jest zaopatrywanie miasta z powietrza. Reuter, raczej pełen wątpliwości niż zdumiony, odparł: „Nie zejdziemy z naszej drogi i wypełnimy nasze zobowiązania, a wy panowie róbcie wszystko, co w waszej mocy”. Przedtem generał Clay zapewnił go, że alianci udzielą nam wszelkiej możliwej pomocy, jeśli uzyskają zapewnienie, iż berlińczycy zdadzą ten egzamin i wytrwają po stronie zachodnich sojuszników. Reuter odrzekł wtedy: „Panie generale, nie ma wątpliwości, po czyjej stronie stoją berlińczycy. Będą walczyć o swoją wolność i z wdzięcznością przyjmą każdą ofiarowaną pomoc”. Nieco później jeden z przedstawicieli administracji waszyngtońskiej stwierdził, że „nagle pojawili się w Berlinie ludzie, którzy nie wyciągali rąk po jałmużnę, lecz oświadczyli, że stanęli po naszej stronie”. Stąd właśnie wzięło się powiedzenie, że Berlin jest kolebką przyjaźni niemiecko-amerykańskiej.

Kiedy amerykański komendant Lucius D. Clay otrzymał zgodę swojego prezydenta – Truman powiedział: „Jesteśmy i pozostaniemy w Berlinie, kropka”. – na zorganizowanie mostu powietrznego, spodziewał się, że akcja potrwa najwyżej półtora miesiąca. W rzeczywistości prowadzono ją przez 322 dni. W jej szczytowym nasileniu, co 48 sekund lądował w Berlinie bombowiec z misją pokojową, a huk silników stał się synonimem przeżycia. Drogą powietrzną przerzucono ponad dwa miliony ton towarów. Było to wielkie osiągnięcie nie tylko amerykańskiego lotnictwa. Jedną trzecią lotów wykonali Anglicy. Francuzi byli wówczas zajęci w Indochinach.

Berlińczycy, którym musiały wystarczać coraz mniejsze racje żywności, nie poddali się. Objawów defetyzmu prawie nie było. Zimą, w środku blokady, gdy zanikały resztki jednolitej administracji, w wyborach do rady miejskiej oddano na Reutera i SPD 64,5 procenta głosów.

Dobrze znany mi jeszcze z okresu emigracji, pierwszy sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych, Norweg, Trygve Lie, nie był jedynym, który dostrzegał realne niebezpieczeństwo wybuchu wojny. Kiedy niedawno otwarto niektóre radzieckie archiwa, dowiedzieliśmy się, że Stalin podjął przygotowania do obrony na wypadek uderzenia amerykańskich czołgów, na które jednak generał Clay, mimo że rozważał taką akcję, nie otrzymał zgody prezydenta. W miesiącach kryzysu kontakty między Moskwą a zachodnimi stolicami nie zostały zerwane. Ale co to były za kontakty! W dniu 2 sierpnia 1948 roku Stalin przyjął ambasadorów USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Według protokołu tej rozmowy opublikowanego potem w Moskwie i Berlinie oświadczył, że Berlin przestał być stolicą Niemiec, „ponieważ trzy zachodnie mocarstwa dokonały podziału Niemiec na dwa państwa”. Powtórzył znaną tezę, że zachodnie mocarstwa utraciły prawo do „utrzymywania swoich wojsk w Berlinie Zachodnim”. Zdaniem Stalina, po zakończeniu blokady, marka obowiązująca w strefie wschodniej miała być wprowadzona również w Berlinie Zachodnim. Zgadzał się on na połączenie zachodnich stref w jednolity organizm gospodarczy, ale przeciwny był utworzeniu ich własnego rządu. Najpierw cztery mocarstwa musiałyby osiągnąć porozumienie na temat najważniejszych problemów dotyczących Niemiec. Gdyby się to nie udało, to według jego oświadczenia „wschodnia i zachodnia strefa będą rozwijały się w różny sposób”.

Próba wykorzystania Berlina jako środka politycznego nacisku, by zapobiec powstaniu Republiki Federalnej, nie powiodła się w takim samym stopniu, jak próba wypędzenia zachodnich mocarstw z miasta i przyłączenia go do radzieckiej strefy wpływów. Stalin nie docenił mostu powietrznego zorganizowanego przez jego byłych sojuszników, ani determinacji berlińczyków. Czy Stalin dostrzegł bezskuteczność swego postępowania, czy też obawiał się komplikacji, dość że nakazał znieść blokadę o północy 12 maja 1949 roku. Wśród mieszkańców zachodniej części miasta zapanowała olbrzymia radość. Pokojowa walka o niezależność uskrzydliła niemiecką demokrację. Berlin stał się tarczą, za którą trzy zachodnie strefy mogły połączyć się w Republikę Federalną. Ale spytajmy szczerze, czy nie marzyliśmy o czymś lepszym i większym?

Czy można było osiągnąć więcej?

Po zakończeniu blokady Ernst Reuter powiedział, że należy przeprowadzić zasadnicze rokowania na temat Niemiec. Pytaliśmy ostrożnie, czy zachodnie mocarstwa nie byłyby skłonne przynajmniej chwilowo zrezygnować z utworzenia zachodnioniemieckiego państwa? Czy tuż po zakończeniu wojny Zachód nie mógł zrobić więcej, by zapewnić Polsce, Czechosłowacji i Węgrom statusu, jakim cieszyła się Finlandia? Czy nie należało przekonać się, za jaką cenę moglibyśmy odzyskać od Związku Radzieckiego wschodnią strefę okupacyjną? Ale ani alianci, ani niemieccy politycy nie mieli na to ochoty. Czy sprawił to tylko przypadek, że w dniu zakończenia blokady wysłannicy Rady Parlamentarnej i wojskowi komendanci miasta odbyli końcową naradę na temat Ustawy Zasadniczej? Liczono na siłę przyciągania tworzonej właśnie Republiki Federalnej. Jedność Niemiec nie interesowała nikogo.

Reuter i ja uważaliśmy, że najważniejszą sprawą jest jak najsilniejsze połączenie Berlina ze Związkiem. Adwersarzy mieliśmy nie tylko we własnej partii. W ministerstwach spraw zagranicznych mocarstw zachodnich powstała grupa „teologów” od statusu Niemiec, którzy wkrótce – w zgodzie z bońskimi kolegami – potrafili podważyć wszystko, co mogłoby zachwiać ich papierową pozorną rzeczywistością. Nawet amerykański Wysoki Komisarz ds. Niemiec, John McCloy, nie znalazł posłuchu w Bonn, gdy w 1952 roku poparł poglądy Reutera i zaproponował rozważenie nadania Berlinowi statusu kraju związkowego. Również w dniach budowy muru, gdy zażądałem od sojuszników ponownego rozpatrzenia zastrzeżeń wobec projektu ustanowienia Berlina krajem związkowym, nakarmiono mnie prawniczymi wymówkami.

Na zjeździe berlińskiej organizacji SPD w maju 1949 roku wygłosiłem dłuższe przemówienie, w którym zapowiedziałem walkę z tym skrzydłem w partii, które nie tylko Reuterowi i mnie wydawało się zbyt konserwatywne. Mówiłem: „Kto chce uporać się z problemami naszych czasów, powinien zapomnieć o cytatach z Biblii. Kto ciągle patrzy wstecz, na pewno nie jest reformatorem. Partia mająca najwspanialszy nawet program może prowadzić kiepską politykę lub w ogóle zniknąć ze sceny. Zdarzało się jednak, że partie bez opracowanego do najdrobniejszych szczegółów i naukowo uzasadnionego programu dokonywały rzeczy zasługujących na szacunek”.

W polityce zmianom podporządkowana jest nie tylko mapa, ale także kompas. „Demokracja nie jest dla nas pytaniem o cel, lecz o moralność” – powiedziałem na zakończenie przemówienia na zjeździe, wyjaśniając tym zwrotem pomyłkę, którą popełniło już wielu niemieckich socjaldemokratów, a wśród nich i ja sam.

Przy okazji zjazdu Reuter poprosił mnie, bym wszedł do Rady Miejskiej jako radca ds. komunikacji i przemysłu. Podjąłem jednak już decyzję o kandydowaniu do Bundestagu i nie chciałem jej zmieniać. Dla wewnątrzpartyjnych sporów poglądy, z jakimi przychodziło się do Rady Miejskiej, nie miały znaczenia, a moja funkcja przedstawiciela zarządu partii w Berlinie i tak dobiegała końca. W Wilmersdorf, gdzie wtedy mieszkałem, w trakcie jednego z zebrań wybuchły takie spory, że dzielnicowej organizacji partyjnej groziło pogrążenie się w chaosie. Nie biorący bezpośredniego udziału w kłótni stwierdzili, że potrzebny jest najpierw porządny kierownik zebrania i wybrali nim mnie, sądząc, że potrafię skłonić delegatów do zgody. Kiedy prawie mi się to udało, stwierdzono, że skoro potrafię przywrócić spokój, to najlepiej będzie jeśli zostanę od razu przewodniczącym organizacji!

W ten zaskakujący sposób zostałem przewodniczącym obwodowej organizacji SPD w Wilmersdorf; jednocześnie objąłem stanowisko redaktora naczelnego partyjnej gazety „Berliner Stadtblatt”. W 1950 roku zostałem wybrany do berlińskiej Izby Deputowanych i tym samym, podobnie jak Franz Neumann, sprawowałem podwójny mandat.

W Bundestagu zajmowałem się polityką zagraniczną, a za najważniejsze zadanie uważałem pracę w „Komisji do spraw Berlina i problemów ogólnoniemieckich”. Chodziło bowiem o objęcie Berlina ustawami federalnymi, a tym samym związanie miasta z Republiką Federalną oraz o rozwiązanie przykrego konfliktu w berlińskiej organizacji SPD. Doskonale wiedziałem, że nie można wyszukać sobie wygodnych ustaw. Grupa Neumanna nie potrafiła jednakże dostrzec, że w imię pełnego włączenia Berlina do federacji należy zrezygnować z przywilejów, jakimi miasto cieszyło się dotychczas, to znaczy własnego systemu szkolnictwa i ubezpieczeń. Szef organizacji berlińskiej poczuł silniejszy grunt pod nogami, gdyż w grudniowych wyborach 1950 roku SPD spadła do 44,7 procenta zdobytych głosów, a on winą za porażkę obarczył Reutera, któremu zarzucał sprzyjanie idei „wielkiej koalicji”. Neumanna popierał wyraźnie także Kurt Schumacher, który ostro przywoływał do porządku zbyt prozachodnich krytyków reprezentowanego przez siebie kursu. W 1950 roku na zjeździe w Hamburgu głównym tematem dyskusji było przystąpienie Niemiec do Rady Europy, a tym samym wejście na drogę ku zachodnioeuropejskiej integracji. Szefowie partii kierując się własną logiką odrzucili ten pomysł, natomiast grupa burmistrzów – Reuter z Berlina, Brauer z Hamburga, Kaisen z Bremy, popierała go z całych sił. Tym razem jednak Kaisen, zwykle nieustraszenie krytykujący partyjną górę, wolał pojechać do USA, aby uzyskać przekazanie przez Amerykanów portu w Bremie w niemieckie ręce. Z rozbawieniem zareagował on na wiadomość o zemście kierownictwa partii, które wykluczyło go z zarządu.

Reuter nie był obecny na głosowaniu w Hamburgu; może podyktowała mu to ostrożność. Konsekwentnych oponentów można było policzyć na palcach jednej ręki. Razem z większością berlińskiej delegacji wstrzymałem się od głosu, gdyż nie dopuszczono do odrębnego głosowania nad obciążającym nas fragmentem rezolucji zarządu. Wskutek tego całymi latami traktowano mnie z niesłabnącą podejrzliwością. Z Kurtem Schumacherem bliższą znajomość zawarłem dopiero na kilka miesięcy przed jego śmiercią.

Schumacher był wyjątkowym przywódcą partyjnym. Wojna i terror ciężko go doświadczyły. Jego przemówienia były kąśliwe, porywające lub odpychające. Nie uznawał krytyki wobec swojej osoby. Jego idée fixe stało się zapobieżenie powtórce Weimaru i odsunięcie od lewicy podejrzeń, iż zaniedbuje interesy narodu. Nie rozumiał Europy i świata.

Minęło wiele czasu od berlińskich swarów. Trzecia ustawa o przekazaniu kompetencji określiła w 1952 roku prawne podstawy związania Berlina z Republiką Federalną i finansową odpowiedzialność federacji za miasto. Reuter odczuwał osobistą satysfakcję. Dla mnie ustawa stanowiła nagrodę za wieloletnie wysiłki. Ustawie przeciwstawiano się nie tylko w Berlinie, ale także w Bonn. W Bundestagu wielokrotnie wyjaśniałem, że nie mamy do czynienia z problemem charytatywnej pomocy, lecz polityki narodowej o zasadniczym znaczeniu. W 1952 roku sądziliśmy obaj z Reuterem, że ustawa pójdzie znacznie dalej w kierunku włączenia Berlina do federacji, dzięki czemu będzie można spokojniej spoglądać w przyszłość.

Pod koniec tego samego roku w imieniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych przedstawiłem w parlamencie raport na temat układów, które miały włączyć Republikę Federalną do zachodniego sojuszu. Chodziło o układ generalny i układ o Europejskiej Wspólnocie Obronnej, będący projektem europejskiej polityki obronnej, której jednak nie stworzono wskutek sprzeciwu Francji. W trakcie plenarnego posiedzenia w grudniu 1952 roku stwierdziłem, że do ponownego zjednoczenia Niemiec dojdziemy tylko wtedy, gdy zostanie znaleziony kompromis między dążeniami zainteresowanych mocarstw. W polityce zagranicznej nie osiągnie się niczego, zamykając w panice drzwi przed innymi. Chodzi raczej o cierpliwe dążenie do celu. Zaniepokojony stwierdziłem, że Berlin nie będzie przybliżać się do federacji, lecz się od niego oddalać. „Jest to niebezpieczna droga, która może nas wszystkich doprowadzić do niebezpiecznej sytuacji” – powiedziałem. Byłem przeciwny utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Obronnej, ponieważ w odróżnieniu od NATO nie obejmowała ona swoim zasięgiem Berlina.

17 czerwca 1953 roku. Powstanie ludowe w Berlinie Wschodnim miało dwie zasadnicze cechy – żądano wyzwolenia społecznego i narodowej wolności. Trzy miesiące wcześniej zmarł Stalin. Nowe kierownictwo na Kremlu rozwiązało Radziecką Komisję Kontroli, a Wysokim Komisarzem do spraw Niemiec, wydając mu jednocześnie nowe instrukcje, mianowało Władimira Siemionowa, którego znałem pobieżnie ze Sztokholmu; w latach siedemdziesiątych Siemionow został ambasadorem w Bonn. Masowe ucieczki z NRD – w marcu przedostało się na Zachód 50 tysięcy ludzi – uruchomiły dzwonki alarmowe. SED musiała, czy chciała tego czy nie, ukrócić nadużycia i przyglądnąć się, jak wśród mieszkańców NRD zaczyna budzić się nadzieja. Mordercze normy pracy były bezpośrednim powodem protestu, który znalazł ujście w hasłach: „Szpicbródka musi odejść!” i „Ruscy wynocha!”. Powstanie zdławiły dopiero czołgi okupantów, a do jego uczestników dobrała się służba bezpieczeństwa. Zachód poprzestał na słowach sympatii dla powstańców, którzy dostrzegli swoje osamotnienie. Nie skrywali ogromnego zwątpienia w politykę Zachodu. Utrwaliła się sprzeczność między twardymi słowami i pustymi gestami i przyniosła korzyść władcom NRD. Ludzie w końcu jakoś się dopasowali.

Powstanie ludowe z 17 czerwca 1953 roku stanowiło pewną cezurę. Przeczuwano, że może wybuchnąć, ale nikt nie chciał go dostrzec. Nikt nie był na nie przygotowany. Nie podejrzewaliśmy, iż w Moskwie przygotowują zmianę kursu w polityce niemieckiej i że w związku z tym w kierownictwie SED formuje się opozycja dążąca do usunięcia Ulbrichta. Akurat tego samego dnia przedstawiałem w Bundestagu projekt nowej ordynacji wyborczej. Następnie poinformowałem o rozmiarach powstania i zwróciłem uwagę na łatwość, z jaką Rosjanie odcięli wschodnią część miasta. Oświadczyłem, że pierwszeństwo przed wszystkimi celami polityki zagranicznej ma walka o zjednoczenie Niemiec w wolności. Naszymi czynami lub bezczynnością nie możemy narażać na niebezpieczeństwo osiemnastu milionów ludzi w strefie wschodniej. Stwierdziłem, że zacieśniają się stare więzy, które wydawały się poluzowane. Problem niemiecki można rozwiązać tylko w sposób pokojowy – mówiłem. Nie istnieją inne możliwości poza rokowaniami. Domagamy się większej aktywności, większego rozumienia, do czego dążymy, większego zdecydowania w walce o jedność Niemiec w pokoju i wolności. Winniśmy jednak odpowiedzieć na pytanie, kto, gdzie i o czym gotów byłby rozmawiać przy stole rokowań. Po trzech miesiącach, jakie upłynęły od 17 czerwca, Adenauer osiągnął triumf wyborczy dzięki nie pozbawionemu sprzeczności, ale robiącemu wrażenie rozwojowi gospodarki i popieranym przez niego układom zachodnim. A czyż to, co się niedawno wydarzyło w „strefie”, nie udowodniło, że dla naszych dążeń nie ma alternatywy – spytałem.

W Niemczech Zachodnich stworzono z „17 czerwca” wyprany z treści „Dzień Jedności Niemieckiej”. Nie udało się przeforsować propozycji, by nie czynić tego dnia dodatkowym świętem, a wypracowany dochód przeznaczyć na jakiś cel ogólnonarodowy. Propozycja ta upadła z powodu małostkowych zastrzeżeń. Być może rację mają ci, którzy twierdzą, że Niemcy ze szczególnym upodobaniem celebrują narodowe klęski.

Kto zliczy godziny i posiedzenia, które podkopały zdrowie Reutera? Kto zmierzy zazdrość i nikczemność, które w niego uderzały i złamały mu serce? Kto zmierzy rozczarowanie, jakie przyniosły mu drugie wybory do Bundestagu i spory w kierownictwie partii? Zabiegał, by po przegranych wyborach, w których liczba głosów oddanych na SPD spadła do 28,8 procenta, a CDU/CSU osiągnęły 45,1 procenta, kierownicze gremia partii jasno powiedziały, za czym opowiada się SPD, zamiast ciągle powtarzać, przeciw czemu występuje. Daremnie. Ernst Reuter zaczął wyraźnie odczuwać, że nikt nie potrzebuje jego rad. Nie gonił za władzą i z całą pewnością nie był politykiem myślącym wąskimi kategoriami partyjnymi. Nie zabiegał o stanowiska, nie wciskał swoich ludzi do różnych gremiów, nie dla niego była walka, czy gra. Był znacznie wrażliwszym człowiekiem, niż to okazywał.

29 września 1953 roku byłem właśnie u siebie w domu, gdy zadzwonił telefon z Oslo. Poproszono mnie o wspomnienie o Reuterze. Kwadrans później stanąłem przed jego domem na Bülowstraße. Kiedy wracałem do siebie, moim oczom ukazał się niezapomniany obraz. W oknach mijanych domów płonęły świece, a przecież nikt nie wezwał do takiej manifestacji. Ludzie stojący przy kiosku z gazetami płakali, dyskutując o śmierci Reutera. Miasto okryło się żałobą po burmistrzu, którego uważało za swego ojca. W jego pogrzebie wzięły udział niezliczone tłumy. 1 października, na placu, któremu potem nadano imię Reutera, powiedziałem: „Nigdy nie wątpiłeś w zwycięstwo wolności. Dlatego wszystkim swoim współpracownikom, wszystkim mieszkańcom miasta, a przede wszystkim młodym ludziom mogłeś dać nadzieję i wlać w nich siły. Czasami nazywano Cię nadmiernym optymistą. Ale co stałoby się z Berlinem bez Twojej nieugiętej woli i wiary w to, że jak się chce, to można nawet przenosić góry”.

Wspólnie z moim przyjacielem Richardem Löwenthalem zająłem się spisywaniem obszernej biografii Reutera. Ukazała się w 1957 roku.

W berlińskiej organizacji partyjnej stałem się jakby naturalnym przywódcą frakcji reuterowskiej. Na krajowym zjeździe, wiosną 1954 roku, drugi raz kandydowałem na przewodniczącego i przegrałem tylko dwoma głosami. Różnice poglądów między delegatami wystąpiły wyraźniej niż w przeszłości. Kierując się do całej partii, domagałem się, by ci, którzy nadal opowiadali się po stronie Neumanna, przeszli zdecydowanie na stronę Zachodu. Sam opowiedziałem się za układem bezpieczeństwa. Nie chciałem ani sobie, ani tym bardziej delegatom mydlić oczu możliwością szybkiego zjednoczenia. Twierdziłem, że polityka niemiecka musi być polityką długofalową, a taka wymaga, by Niemcy wniosły swój wkład do systemu NATO. Pragnienie ponownego zjednoczenia nie powinno dłużej zastępować praktycznej polityki. W połowie lat pięćdziesiątych polegała ona na umacnianiu w Republice Federalnej podstaw bezpieczeństwa socjalnego i demokracji, a w Berlinie wzmacnianiu gospodarki i nadrabianiu dystansu wobec Niemiec Zachodnich.

Na federalnym zjeździe SPD w lipcu 1954 roku w Berlinie takie „reformistyczne” myśli wydawały się zbyt podejrzane jeszcze wielu delegatom. Były im równie obce co moje słowa przypominające, że niemiecka lewica ciągle nie dostrzega różnicy między demokratycznym systemem a dyktaturą. W podsumowaniu powiedziałem, że SPD będzie mogła prowadzić odpowiedzialną i skuteczną – w kraju i za granicą – politykę tylko wtedy, gdy nauczy się obchodzić z władzą. Ale najpierw po raz kolejny nauczyłem się, czym jest władza w partii. Mimo że w wyborach do zarządu otrzymałem aż 155 głosów, przepadłem. Franz Neumann dostał ich 270. Również w następnej rundzie w Monachium w 1956 roku poniosłem porażkę.

Porażka nie zaszkodziła mojej pozycji w Berlinie. Przeciwnie. W wyborach do Izby Deputowanych, w grudniu 1954 roku, SPD zdobyła niewielką większość, wprawdzie nie głosów, ale mandatów. Po śmierci Reutera rozpadła się koalicja wszystkich partii: została zastąpiona przez sojusz CDU i FDP pod kierownictwem Walthera Schreibera. Jednak tym razem SPD ponownie desygnowała rządzącego burmistrza – jak brzmiał oficjalny tytuł szefa zachodnioberlińskiego rządu, od kiedy miasto otrzymało nową konstytucję i stało się krajem związkowym. Został nim Otto Suhr, po którym mimo sprzeciwu popleczników Neumanna objąłem stanowisko przewodniczącego Izby Deputowanych. Był to urząd honorowy.

Jednocześnie zachowałem mandat deputowanego do Bundestagu. Otto Suhr potrafił wyrobić sobie neutralną pozycję między zwaśnionymi grupami, mimo że, dopóki pozwalały mu siły, kontynuował politykę Reutera. W 1956 roku ciężko zachorował i funkcje reprezentacyjne coraz częściej zaczęły przechodzić na przewodniczącego Izby Deputowanych. Fakt ten zmienił układ sił wewnątrz berlińskiej organizacji na korzyść „frakcji amerykańskiej”, na której „wodza” wyniósł mnie żargon prasy i partii. Pomogły tu dodatkowo czas i przypadek. Po mojej stronie stanęli przyjaciele z centrali partyjnej, którzy dokładali starań, by Berlin stał się centrum ogólnopartyjnej odnowy. Odnowa oznaczała przyjęcie realistycznego spojrzenia na Niemcy i świat. Na krajowym zjeździe SPD w 1955 roku, tym wszystkim, którzy myśleli o neutralności Niemiec, próbowałem wyjaśnić, dlaczego zjednoczone Niemcy nie będą mogły odwrócić się od polityki światowej. Oś równowagi przebiega przez Niemcy, a wielkie mocarstwa, zwłaszcza Związek Radziecki, nie zgodzą się w stosunku do Niemiec podjąć takiego samego ryzyka, na jakie zdecydowały się w Austrii. Niemcy nie mogą i nie powinny odgrywać roli państwa buforowego, odizolowanego od reszty świata. „Z Europy nie można się wypisać, jak z klubu kręglarskiego” – powiedziałem.

W wyborach na przewodniczącego berlińskiej organizacji postanowiłem startować dopiero wtedy, gdy będę pewny zwycięstwa. Porażki hartują, ale tylko wtedy, gdy nie zdarzają się zbyt często. Tak więc, zadowoliłem się zasygnalizowaniem moich zamiarów i – jak dotychczas – stanowiskiem wiceprzewodniczącego.

Nadzieje na cud w Moskwie utonęły w budapesztańskiej krwawej łaźni. W mglisty listopadowy wieczór 1956 roku setki tysięcy berlińczyków napłynęły przed Ratusz Schöneberg, by wyrazić swój bezsilny gniew, ponieważ nie mogli pomóc Węgrom, tak jak nie mogli pomóc swoim rodakom trzy lata wcześniej. Demonstranci wygwizdali i zakrzyczeli przemawiających na wiecu Franza Neumanna z SPD i Ernsta Lemmera z CDU. Tłum domagał się czynów. Z rogów placu przed Ratuszem dolatywały okrzyki: „Pod Bramę Brandenburską!”, „Pod ambasadę sowiecką!”, „Rosjanie wynocha!”. Nie wiem, jak dostałem się do mikrofonu. Wcale nie miałem przemawiać. Pamiętam tylko, że ostrzegałem przed hasłami, które nie pomogą ani naszej sprawie, ani nieszczęsnym Węgrom. By zapobiec niekontrolowanemu przemarszowi tłumu do wschodniego sektora, zaapelowałem do zgromadzonych, byśmy udali się na Steinplatz i zebrali się przy pomniku ofiar stalinizmu. Tam wypowiedziałem słowa, które choć w pewnym stopniu odpowiadały sytuacji, a następnie zaintonowałem – podchwyconą przez tłum – pieśń o „Dobrych kolegach”. Nie przebrzmiały jeszcze jej ostatnie tony, gdy przekazano mi informację o niebezpiecznym zdarzeniu. Oto pochód kilku tysięcy młodych ludzi z pochodniami ruszył w kierunku Bramy Brandenburskiej. Na Strasse des 17. Juni policja zatrzymała część uczestników marszu, doszło do starć. W ułamku sekundy zrozumiałem, że zamieszki na granicy sektorów mogą oznaczać wojnę. Nie tylko policja NRD stała z bronią gotową do strzału, w przyległych do Unter den Linden uliczkach stały rosyjskie czołgi.

Wskoczyłem do samochodu i szybko dotarłem na miejsce wydarzeń. Przeskoczyłem do policyjnego radiowozu, którego szyby zostały wybite kamieniami. Aż nazbyt dobrze rozumiałem uczucia, jakie przepełniały tych młodych ludzi, wśród których było wielu studentów. Nie brali pod uwagę skutków swojego postępowania i dlatego ostrym tonem próbowałem ukazać im te konsekwencje. Zaledwie mi się to udało, a w powietrzu znów rozległa się pieśń o „Dobrych kolegach”, gdy wezwano mnie pod Bramę Brandenburską. Pojechałem radiowozem policyjnym. Wspiąłem się na dach i jeszcze raz przez głośniki wyjaśniłem, że krwawe zamieszki nie pomogą Węgrom, a być może wywołają wojnę. Potem sformowałem nowy pochód i odprowadziłem go spod tego symbolicznego miejsca pod pomnik ku czci poległych żołnierzy radzieckich w Tiergarten. Żądza zemsty ulotniła się, gdy zaśpiewaliśmy hymn narodowy – Jedność, Prawo i Wolność! W drodze powrotnej natknąłem się na grupę pobitych brytyjskich żandarmów wojskowych, na których berlińska młodzież wyładowała swoją bezsilną wściekłość. Gdy kilka dni później Brytyjczycy złożyli mi wizytę, ucieszyłem się, że wyrozumiale potraktowali ten incydent.

Nadzieje znikały i powracały. Im mocniej opierają się one o to, co się wyznaje, tym są bardziej żywotne. Takie przynajmniej wrażenie robi moja partia w 1957 roku, gdy wydarzenia ściągają ją zdecydowanie na grunt faktów. 30 sierpnia umiera Otto Suhr, a Franz Neumann, wiedząc, że sam nie ma żadnych szans na stanowisko burmistrza, zaczyna szukać kandydata, który mógłby je objąć. Wydawało się, że jego krokami kieruje tytuł w jednej z bulwarowych gazet, głoszący, że Berlin chce Brandta. 15 sierpnia Adenauer i jego partia osiągają w wyborach do Bundestagu absolutną większość – 50,2 procenta. Ollenhauer i SPD, którzy marzyli o zwycięstwie, otrzymują umiarkowaną liczbę głosów – 31,8 procenta – i otwierają tym drzwi do odnowy w partii. Przewodniczący SPD, Ollenhauer, z którym od tamtego czasu łączą mnie koleżeńskie stosunki, nie staje niczemu i nikomu na drodze. I rzeczywiście, bez niego jako gwaranta dawnych wartości nie udałoby się tak łatwo przekonać starej, przywiązanej do swojej tradycji partii do niezbędnych zmian. Po wyborach do Bundestagu, Ollenhauer odwołuje Franza Neumanna i bez zastrzeżeń popiera moją kandydaturę.

3 października 1957 roku Izba Deputowanych 86 głosami za, przy 10 przeciw i 22 wstrzymujących się, wybrała mnie rządzącym burmistrzem Berlina. W styczniu 1958 roku odbył się zjazd i wreszcie zmieniłem Franza Neumanna na stanowisku szefa berlińskiej SPD. Nawet w tej ostatniej godzinie niczego sobie nie oszczędziliśmy. Nikt w Berlinie nie twierdził, że chodziło tylko o osobistą rywalizację. Przyznaję, że o nią też, lecz przecież nie podniósł się ani jeden głos protestu, gdy w jednym z wywiadów prasowych powiedziałem: „Skoro pyta mnie pan o różnice programowe między mną a Franzem Neumannem, to muszę powiedzieć, że dzieli nas zasadniczo odmienne rozumienie tego, czym jest partia”.

W przemówieniu na zjeździe, przeczuwając że zostanę kandydatem partii na stanowisko kanclerza, wyjaśniłem, że istnieje „pewien rodzaj naturalnego przeciwieństwa między tym, czym jest socjaldemokracja sama w sobie, a tym, czym ona jest, gdy wchodzi do rządu”. Co w tym dziwnego, że berlińczycy wspaniałym dowodem zaufania uhonorowali trwającą od dziesięciolecia walkę o partię? W wyborach, w grudniu 1958 roku, berlińska SPD, której wtedy przewodniczyłem, zdobyła absolutną większość – 52,6 procenta głosów; mimo to pozostawałem w koalicji z CDU. Wcześniej, wespół z Helmutem Schmidtem, na zjeździe w Stuttgarcie udało mi się wreszcie wejść do zarządu partii.

Wybory w Berlinie już po raz kolejny nie były jedynie zwykłym wyborem między partiami i kandydatami. Szef radzieckiego państwa i partii, Chruszczow, 10 listopada w moskiewskim Pałacu Sportu ogłosił ultimatum pod adresem Zachodu. W ciągu sześciu miesięcy Berlin Zachodni miał zostać przekształcony w „wolne miasto”, jego status okupacyjny zlikwidowany, uprawnienia władz radzieckich przeniesione na rząd NRD. W przypadku nie zastosowania się do jego żądań, Chruszczow zapowiedział zawarcie odrębnego traktatu pokojowego z NRD i zagroził, specjalnie się z tym nie kryjąc, że siłą zablokuje drogi dojazdowe do miasta, z których zgodnie z prawem korzystały zachodnie mocarstwa. W czerwcu 1949 roku cztery mocarstwa uzgodniły powrót do stanu sprzed blokady i poprawę komunikacji z Berlinem. Ciągle zastanawiałem się, jak do tego nawiążą. Nietrudno było zrozumieć, że formuła „swobodnego dostępu” do miasta, nadużywana w miesiącach, w których obowiązywało ultimatum, nie wystarczała. A może jednak? Tymczasem przeciwstawienie się ultimatum i przetrwanie kryzysu kosztowało więcej sił poza miastem niż w jego granicach.

Nigdy nie dowiedziałem się, skąd Chruszczow czerpał wiarę w masowe ucieczki berlińczyków z miasta, które miało wpaść, jak dojrzały owoc, prosto w ręce władz NRD. Poprzez Halvarda Lange, wieloletniego ministra spraw zagranicznych Norwegii, Chruszczow – który wiedział o naszej przyjaźni – przekazał mi informację, że sprawa Berlina Zachodniego ulegnie samorozwiązaniu, ponieważ ludność ucieknie, a gospodarka upadnie. Jeszcze wiele lat później pewien wysokiej rangi polityk radziecki uważał za swój obowiązek ostrzec mnie, że samoistne rozwiązanie problemu berlińskiego to tylko kwestia czasu. Te poglądy nie przeszkadzały jednak radzieckiemu kierownictwu używać byłej stolicy Rzeszy w roli środka nacisku dla przeforsowania własnych interesów w innych częściach świata.

Moim zdaniem rzekomo „wolne” miasto byłoby w rzeczywistości pozbawione wszelkich praw, dlatego byłem za twardymi kontrposunięciami. Kiedy sytuacja osiągnęła punkt krytyczny, udałem się do jednej z berlińskich firm, gdzie dzięki bezpośrednim rozmowom z pracownikami, a także ich reakcji na moje przemówienie, przekonałem się, co berlińczycy poprą, a czego nie. W Bonn, gdzie uderzano w awanturnicze tony, zdania były podzielone. Dyrektor Wydziału Wschodniego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Georg Ferdinand Duckwitz, odwiedził mnie w przedstawicielstwie Berlina i błagał: „Niech pan się zgodzi na projekt Wolnego Miasta, niech pan rozszerzy ten status na cały Berlin. Niczego lepszego pan nie dostanie”.

„Ducky” był przy tym jedną z bardziej przyjaznych nam dusz, a jego rady ciągle miały swoją wagę; podczas wojny wykorzystywał swoje stanowisko referenta ds. żeglugi przy pełnomocniku Rzeszy w Kopenhadze i informacje, jakie otrzymywał, żeby umożliwić wielu duńskim Żydom ucieczkę do Szwecji.

Wysunięta przez niego w dobrej wierze rada nie pokrywała się z oficjalnymi opiniami. Aż do konferencji ministrów spraw zagranicznych państw zachodnich, która odbyła się w Paryżu na początku dramatycznego sierpnia 1961 roku, rząd boński nie chciał słyszeć o żadnej inicjatywie, która objęłaby cały Berlin. W Bonn nie lubili, żeby ktoś podejmował działania na własną rękę. Mimo to osobiście nawiązałem kontakt z prezesem Banku Federalnego, nie informując o tym ani rządu, ani aliantów; Karl Blessing przynajmniej mógł mi powiedzieć, jak funkcjonowałaby nasza waluta w Berlinie – formalnie własna, w rzeczywistości związana z marką zachodnioniemiecką.

Termin ultimatum, które Kreml uwiecznił 27 listopada w formie dyplomatycznej noty, upływał po sześciu miesiącach. W dniu 1 maja 1959 roku, na Placu Republiki zgromadziło się, według danych policji, około 600 tysięcy osób. W ich imieniu zaapelowałem do światowej opinii publicznej, mówiąc: „Spójrzcie na lud Berlina, a wtedy dowiecie się, czego pragną Niemcy!”. Powiedziałem następnie, że prawo do samostanowienia musi również dotyczyć naszego narodu. Nie możemy zaakceptować brutalnej ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy. ­Jeśli w innych częściach świata upadają systemy kolonialne, to w centrum Europy tym bardziej nie może utrwalić się nowy kolonializm.

Dzień 27 maja, kiedy upływał termin ultimatum, minął jak każdy zwykły dzień. Nic się nie wydarzyło. Nic. Po prostu nic, co mogłoby w zdecydowany sposób osłabić napięcie. Sceptycyzm, z jakim oczekiwaliśmy konferencji ministrów spraw zagranicznych, miał okazać się aż nadto uzasadniony. Ogarnął mnie gniew, gdy w trakcie konferencji zachodnie mocarstwa niepotrzebnie zgodziły się na osobne rozpatrzenie problemu Berlina i ani słowem nie sprzeciwiły się radzieckim dążeniom oderwania Berlina od Republiki Federalnej.

Przed konferencją Bonn przekonywało zachodnich ministrów spraw zagranicznych, że nie powinni w jej trakcie używać pojęcia NRD, lecz mówić o „so called” – tak zwanej – NRD. Szef Foreign Office Selwyn Lloyd zrobił sobie z tego temat do żartów i siedzącego przy osobnym stole wespół z Heinrichem von Brentano ministra spraw zagranicznych NRD tytułował „so called” Mr. Bolz. W rzeczywistości, dla rządu federalnego życiowy problem powiązań Berlina z federacją nie był problemem najważniejszym. Tak więc to w Bonn, a nie jak twierdzono w zachodnich stolicach, urabiano przewodniczącego Bundestagu, żeby nie wyznaczał Berlina na miejsce wyboru nowego prezydenta; podstawowy argument głosił, że nie wolno prowokować Rosjan. Jednak Eugen Gerstenmaier, jeden z ludzi „20 lipca”, wytrwał przy swojej decyzji.

Chruszczow cofnął ultimatum wobec Berlina w 1959 roku, podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych. W Camp David spotkał się z prezydentem Eisenhowerem. Jednak ten, kto wierzył, że sytuacja w Berlinie rychło ulegnie poprawie, ulegał wielkim złudzeniom, gdyż po cofnięciu ultimatum zmieniła się najwyżej forma, ale nie treść radzieckiej polityki. Używała ona nadal krzykliwych tonów. Szeroko rozpowszechnione było przekonanie, że nowy atak na Berlin jest tylko sprawą czasu i dogodnej okazji.

Pewnego majowego dnia w 1960 roku w przedstawicielstwie Berlina w Bonn pojawił się minister obrony Strauß i w trakcie rozmowy w cztery oczy przekazał mi raport o sytuacji militarnej. Na zakończenie powiedział, że „Berlina nie można obronić”. Powinienem zrozumieć – przekonywał Strauß – że Berlin staje się niewygodnym ciężarem dla zachodniej polityki, a zwłaszcza dla Republiki Federalnej i że musimy wspólnie poszukać „kompromisu”. By ujrzeć we właściwym świetle rady Straußa, z których nigdy w najmniejszym nawet stopniu nie skorzystałem, należy przypomnieć, iż Amerykanie wypytywali go wcześniej o to, jak zachowa się Bundeswehra w sytuacji kryzysowej. Wskazywali także na możliwość użycia taktycznych broni atomowych, gdyby doszło do walk o drogi dojazdowe do Berlina. Okazuje się więc, że tych, którzy krzyczą najgłośniej, najłatwiej jest zapędzić w kozi róg. W tych dniach, kiedy codzienne życie dawało nam się mocno we znaki – w niektórych informacjach prasowych mocniej niż w rzeczywistości – całkowicie niespodziewanie otrzymałem symbol zachęcający do wytrwania. Jedna z moich berlińskich znajomych, doktor medycyny, przywiozła mi z Lambarene kieł słonia. W dołączonym do niego liście Albert Schweizer napisał, iż jest przekonany, że burmistrz Berlina potrafi pokazać zęby!

Kryzys berliński wywołany przez Chruszczowa w 1958 roku skończył się 13 sierpnia 1961 odgrodzeniem wschodniej części miasta. Kreml zrozumiał, że szybko nie zdobędzie zachodnich dzielnic Berlina. We wszystkich krajach, które odwiedziłem w trakcie podróży dookoła świata na początku 1959 roku na zlecenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wyjaśniałem, że kryzys berliński nie był przyczyną, lecz skutkiem konfliktów w polityce międzynarodowej. Moja konkluzja z tamtych lat brzmiała, że Berlin odetchnie swobodnie dopiero wtedy, gdy minie zimna wojna. Twierdzenie to miało także drugi wydźwięk – Berlin nigdy nie będzie dźwignią służącą do podważania światowego porządku.

Ciągle musieliśmy walczyć o honor naszego miasta, mur miał dopiero stanąć. W 1959 roku zanotowałem słowa, które w 1971 roku stały się mottem do czterostronnego układu w sprawie Berlina Zachodniego: Berlin nie nadaje się do tego, by traktować go jako pierwsze osiągnięcie procesu odprężenia, ale raczej powinien być miejscem, w którym dokona się weryfikacja tego procesu.

Starzec znad Renu

Dzieliła nas z Adenauerem nie tylko różnica wieku; on był już od wielu lat nadburmistrzem Kolonii, gdy ja dopiero zacząłem uczęszczać do szkoły w Lubece. Także pochodzenie ukształtowało nas odmiennie, przynajmniej pod trzema względami.

Adenauer pochodził z drobnomieszczańskiej rodziny i wszedł w patrycjuszowskie środowisko o głęboko konserwatywnych, acz nie pozbawionych liberalnych elementów poglądach. Był praktykującym katolikiem, ale nie stał się klerykałem. Nie słyszano, by rozprawiał o walce „Królestwa Zła z Królestwem Dobra”. Starał się uzyskać od papieża Jana XXIII potwierdzenie „zadań stojących przed niemieckim narodem”, ale papież odmówił. Idée fixe Adenauera, i to bez poczucia wyższości misji, stanowił światowy komunizm, względnie to, co zań uważał i mógł z tego zrobić użytek. Jego system myślenia zakorzeniony był jeszcze w ubiegłym stuleciu; był już dojrzałym mężczyzną, gdy zaczął się dwudziesty wiek.

Ja, wychowany na samym dole nizin społecznych, związałem się z ruchem robotniczym, stałem się demokratycznym socjalistą i socjaldemokratą. Pod wieloma względami ukształtował mnie luteranizm, jednakże rosła we mnie skłonność do agnostycyzmu. Byłem świadom historycznego dziedzictwa, jednakże bardziej fascynowały mnie możliwości współczesnego świata.

Adenauer był Nadreńczykiem z dziada pradziada. Wolał być po prostu zachodnim Niemcem niż Niemcem. Obcy był mu Wschód, także ten niemiecki. Sam opowiadał, jak jadąc pociągiem do Berlina, on, przewodniczący pruskiej Rady Państwa, ciągle miał uczucie, że za Łabą kończy się Europa i za Magdeburgiem zaciągał zasłony, żeby – jak mówił – nie musiał oglądać azjatyckich stepów. Te poglądy wyłożył po wojnie w liście do deputowanego z Kolonii do Reichstagu, Sollmanna, który wyemigrował do USA. Adenauer twierdził, że Azja stanęła nad Łabą. Źle się czuł w „pogańskim” Berlinie. Wpływ na to mógł mieć także fakt, że w Berlinie, Saksonii i kilku innych miejscach głosowano raczej na „czerwonych” niż „czarnych”.

Dorastałem w hanzeatyckim mieście nad brzegiem Wezery. Również nie byłem Prusakiem, najwyżej stałem się nim „z przymusu”, ale do dziś protestuję, gdy nazywa się mnie zachodnim Niemcem; mówię potem, że nie urodziłem się w „West Germany”, czy „l’Allemagne de l’Ouest”, lecz w Niemczech – a jeśli ktoś chce wiedzieć dokładniej – to w Niemczech Północnych. Adenauerowi, nie tylko ze względu na odległość, bliższy był Paryż. Dla mnie Europa bez Wschodu była i jest torsem bez rąk i nóg.

Obaj nie szukaliśmy wspólnego języka z nazistami. Nie powtarzał ich haseł, a oni nie traktowali go uprzejmie. Nie potrafił jednak zdobyć się na radykalne zerwanie z latami panowania nazistów. Opowiadał się w znacznym stopniu za kontynuacją, restauracją i usunięciem z pamięci tamtego okresu. Należało przezwyciężyć ogromne rozdrobnienie partii politycznych z czasów ­republiki weimarskiej i stworzyć szeroki obóz partyjny sięgający od starego Centrum i części Niemieckich Demokratów po Niemieckich Nacjonalistów. Biurokratów, którzy – w szerokim sensie tego słowa – służyli brunatnemu reżimowi, chciał przywiązać do siebie, przede wszystkim dlatego, iż uważał ich za fachowców. Przyniosło to mu dodatkowy zysk – mógł być pewien ich wdzięczności. Uchylał się od rozważań nad problemem winy i uspokajał u wielu wyrzuty sumienia. Inaczej mówiąc, grał na zwłokę i przyczynił się, stosując odrobinę oportunizmu, do tego, że Niemcy nie załamali się z rozpaczy – w sporze o moralnym upadku, jaki właśnie przeżyli.

Nie podobał mi się model denazyfikacji, który piętnował płotki, a uwalniał od winy grube ryby. Zamierzałem pomóc w oczyszczeniu nadużytego idealizmu młodego pokolenia i spożytkować go w służbie lepszej, demokratycznej sprawy. Wskazane było pojednanie, ale także jednoczesna, nie oszczędzająca nikogo ani niczego, rozprawa ze złą przeszłością. Uważałem, że odrodzenie narodu wymaga zasadniczej duchowej, politycznej i społecznej odnowy. Życie potoczyło się jednak innymi torami: podczas gdy listonoszów i drobnych urzędników poddano drobiazgowej, a jednocześnie niewystarczającej denazyfikacji, wyższe stanowiska obsadzano głównie starym personelem; urzędnicy w ministerstwach, sędziowie, szefowie policji, nauczyciele akademiccy, ledwie przerażeni wyszli z wojny, od razu uniknęli poważniejszego rozliczenia się z reżimem, który nie mógłby bez nich istnieć. Do gospodarki nie szli lenie. Alianci musieli rehabilitować obciążonych przeszłością oficerów, ponieważ chcieli stworzyć nowe dywizje. Szczególnie niechlubnym rozdziałem było przejęcie ludzi Gestapo i podobnych im terrorystów przez służby wywiadowcze zwycięskich mocarstw. Klaus Barbie, „rzeźnik z Lyonu”, nie był tu wyjątkiem.

Nie od razu stałem się przeciwnikiem Konrada Adenauera; zostałem nim później i przyczyniłem się nieco do tego, że jego ostatnia kadencja trwała tylko dwa lata. Wielki adwersarz Adenauera z okresu narodzin Republiki Federalnej, Kurt Schumacher, nie ustępował mu pod względem siły woli i nienawiści do komunizmu. Jednak zdecydowanie różnił go od Adenauera sposób zachowania, gwałtowne wybuchy gniewu, które przechodziły w fanatyczne zacietrzewienie. Elokwentny Schumacher awansował do roli powszechnie znanej postaci już wcześniej, gdyż Adenauer był prawie nieznany poza Kolonią i Nadrenią. Była to jednak tylko chwilowa przewaga. Jego dążenie do osiągnięcia sprawiedliwości na drodze radykalnych przemian społecznych i agresywne dążenie do zachowania jedności narodu stanowiły przeciwwagę dla właściwej każdemu człowiekowi potrzeby spokoju. Kurt Schumacher przeżył tylko trzy pierwsze lata Republiki Federalnej. W 1952 roku schorowane ciało nie było już w stanie dotrzymać kroku bojowniczemu duchowi. Znaczenie tego ducha dla ruchu socjal­demokratycznego było ogromne.

Schumacher nie był przeciwny jedności Europy – kłóciłoby się to z tradycją jego partii. Chciano, również ze względu na zachodnią demokrację, zepchnąć go wraz ze współpracownikami w pobliże neutralizmu; ale także to się nie powiodło. Jednak nie udało mu się skłonić narodu – który z wdzięcznością oddał się pod opiekę najpotężniejszego z mocarstw – do zaakceptowania specjalnego statusu Niemiec, na który na Zachodzie nikt nie dał się złapać.

Adenauer nie należał do ludzi okazujących uczucia i prawie nigdy nie poddawał się uczuciu rozczarowania. Ludzkie słabości przypisywał innym i potrafił je wykorzystywać. Jego wypowiedzi były równie nieskomplikowane jak jego myśli. Właściwą mu cechą była niezwykła zdolność do formułowania uproszczeń – gdy np. rozpoczął się spór na temat dozbrojenia Bundeswehry i integracji zachodnieuropejskiej sugerował, że chodzi tu o wybór między Wschodem a Zachodem: „Moi państwo – mówił – przecież nie chcemy iść ze Wschodem; między krzesłami też nie możemy siedzieć, nie chcą tego nawet socjaldemokraci, a więc musimy iść z Zachodem”. Pewien skandynawski dziennikarz, któremu w trakcie kampanii przedwyborczej w 1953 roku zdarzyło się wysłuchać tego samego wieczora dwóch przemówień – Adenauera i mojego – powiedział mi później przy kolacji bez owijania w bawełnę: „Tej walki nie wygracie”.

Tak. Tak niezwykle prosto można było o tym mówić i tak też docierało to do ludzi, których uwolniono jeszcze od kłopotu myślenia. Do obietnic dołączono sporą dawkę bezwzględności. Przebiegłość splatała się z uporem, cel uświęcał wiele środków, a patriarchalna chytrość rozbrajała największych wrogów.

Kiedy wiosną 1961 roku odwiedziłem Adenauera na początku kampanii przedwyborczej i oburzony haniebnym zachowaniem nie tylko bawarskich polityków spytałem, czy w walce wyborczej musimy zniżać się do takiego poziomu, Adenauer przyjrzał mi się dobrodusznie i powiedział: „Ależ panie Brandt, gdybym miał coś przeciw panu, to bym panu przecież powiedział...”.

W czerwcu 1963 roku prezydent Kennedy przeżywający swój wielki dzień w Berlinie był niemniej zdumiony, gdy „stary”, jeszcze przed obiadem w Ratuszu, poprosił go o rozmowę w cztery oczy i surowo nakazał prezydentowi, żeby nie pozwolił się przeze mnie omotać, bo „do socjaldemokratów nie można mieć zaufania”. Kennedy, który w czasie obiadu siedział między Adenauerem a mną, szeptem opowiedział mi o tym ostrzeżeniu.

Adenauer odnosił sukcesy, gdyż mówił to, co chciała usłyszeć większość. Poza tym mówił to, co sam uważał zwykle za oportunizm i nie zawsze przy tym trzymał się dokładnie prawdy. Takie postępowanie nie było oczywiście nowością w polityce, chociaż nie zawsze było na tyle zręczne, by przynieść sukces. Adenauer chciał decydować. Chciał wcisnąć grupę swoich politycznych przyjaciół w szatki partii odpowiedzialnej za państwo i – korzystając z poparcia Amerykanów – zakotwiczyć niemal syte społeczeństwo w Zachodniej Europie.

To prawda, że wrażenia z późniejszych lat zachowały się najtrwalej w mej pamięci, ale przypominam sobie, że wcześniej łączyły nas wcale nie najgorsze stosunki. Nie należałem do szczególnie wpływowych deputowanych Komisji Spraw Zagranicznych, a mimo to poświęcał mi wiele uwagi. Po powrocie z Moskwy w 1955 roku przysłał mi karteczkę, na której zapisał, że Bułganin pytał, czy w Berlinie stoi jeszcze Hotel Kempinski; radziecki premier zachował o nim bowiem dobre wspomnienia. Gdy na początku 1959 roku wróciłem z „podróży dookoła świata”, Adenauer spytał mnie, kim są właściwie japońskie gejsze. Nie zadowolił go mój historyczno-kulturowy komentarz. Powołując się na pewnego szwajcarskiego handlarza dzieł sztuki, oświadczył apodyktycznie: „Tam jest tak samo, jak gdzie indziej”. Pewne zbliżenie między nami narodziło się z koniecznych kontaktów dwóch burmistrzów; żywił zwłaszcza zrozumienie dla utrzymywania miejskich finansów na odpowiednim poziomie i wielokrotnie – występując przeciw ministrowi finansów – pomógł mi zdobyć pieniądze, których potrzebował Berlin. Podczas wizyt w mieście bez ogródek i złośliwie opowiadał o swoich ministrach, dzięki czemu dowiedziałem się więcej o zakulisowych sprawach w Bonn, niż mogłoby to spodobać się jego partii. O jednym z ministrów, który właśnie siedział z nami przy stole i którego naciski w polityce niemieckiej nie podobały mu się, kanclerz powiedział, że jak już pewnie słyszałem, minister ów wygłaszając ostatnio przemówienie w Hali Kongresowej był „kompletnie pijany”; w Bonn Adenauer zmusił innego ministra – Ernsta Lemmera – do zmiany kwatery i wyprowadzenia się z przedstawicielstwa Berlina. Uzasadniał to tak: „Tam, gdzie teraz mieszka, zdradza wszystko socjalistom przy grze w karty”.

Czy rzeczywiście brał świat tak poważnie, jak to okazywał? Po wyborze na rządzącego burmistrza odwiedziłem go w Röhndorf. Tito właśnie uznał NRD. Robiąc nadzwyczaj interesującą uwagę, że przecież znam się dobrze na sprawach Wschodu, spytał, co sądzę o tym wydarzeniu. Próbowałem udzielić mu możliwie najbardziej wyczerpującej odpowiedzi, ale on i tak od dawna miał ją gotową: „Niech pan da spokój, powiem panu, jak ja to widzę – Tito to po prostu zwykły bandyta”. Kiedyś w Ratuszu Schöneberg wyśmiewał się z prezydenta federalnego, który pojechał polować na grubą zwierzynę do Afryki, a potem zrobił do mnie oko mówiąc, że w najbliższych latach mogę być zajęty pracą w parlamencie, i dodał: „Wie pan, tym panom trzeba dać porządne odszkodowanie i pozwolić na częste podróże i urlopy”.

Przez czternaście lat stał na czele rządu. We wrześniu 1949 roku potrzebny był jego własny głos, żeby w pierwszej turze został wybrany kanclerzem. Ludzi, którzy mieli wybrać go – wówczas 73-letniego starca – swoim przywódcą, zapewnił, że zgodnie z zaleceniami swojego lekarza mógłby sprawować ten urząd „najwyżej przez rok”; profesor Martiny był zdania, że Adenauer wytrzymałby nawet dwa lata. Takie samo znaczenie miało zdanie młodego bawarskiego ­deputowanego, Straußa. Wystąpił w imieniu tej części Unii, w nazwie której zamiast D figuruje S, i oświadczył, że w przypadku zawiązania wielkiej koalicji, której nie chcieli Adenauer i Ludwig Erhard, CSU nie stworzy wspólnej frakcji parlamentarnej z CDU; chadecy nie mogliby wtedy desygnować przewodniczącego parlamentu.

Adenauer był opętany przekonaniem – w każdym razie tak twierdził, co zawsze przynosiło mu głosy wyborców – że socjaldemokraci chodzą na pasku komunistów. Republika bońska narodziła się więc pod znakiem „prawicowego” sojuszu. Uzgodniono w nim, że prezydent kraju będzie pochodził z szeregów liberałów: został nim znany z demokratycznych przekonań profesor Teodor ­Heuss z Badenii-Wirtembergii, uczeń Friedricha Naumanna. Czasami był jak wosk w rękach Adenauera, ale przy tym był uduchowionym i pełnym godności reprezentantem naszego młodego państwa. Stał się dla mnie przyjacielem niemal tak serdecznym jak własny ojciec.

Adenauer i ja – również po jego wymuszonym ustąpieniu ze stanowiska kanclerza jesienią 1963 roku – nie straciliśmy się z oczu. Do marca 1968 roku pozostał przewodniczącym partii; ja zająłem takie stanowisko w SPD na początku 1964 roku. Również i potem przeprowadziliśmy kilka rozmów. W styczniu 1966 roku znalazłem się wśród gości zaproszonych na przyjęcie z okazji jego 90 urodzin, które zorganizowano w „Reducie”, znanym lokalu w Bad Godesberg. Tamtego wieczoru Adenauer stał wyprostowany jak świeca, opowiadał o swoich wspomnieniach z roku trzech cesarzy w 1888 roku i wizycie cesarza w Kolonii. Odniósł sukces na całej linii. Był szelmą o wyjątkowym wdzięku.

W marcu 1966 roku – na ostatnim zjeździe CDU, w którym wziął udział, wywołał niemniejsze zdumienie oświadczając, że Związek Radziecki znalazł się wśród państw, które chcą pokoju; mówił, że trzeba zrozumieć, że naród radziecki boi się Niemców, gdyż wojna pochłonęła piętnaście (Rosjanie podawali liczbę dwudziestu) milionów zabitych. Ciężkie rany, jakie Rosjanie zadali Niemcom, są „odwetem za ciężkie rany, jakie zadano Rosjanom w czasie panowania Hitlera”. W mniej więcej tym samym czasie powiedział mi, że „źle potraktowaliśmy Rosjan”.

Ale, jego zdaniem, przede wszystkim urzędnicy z MSZ zachowali się skandalicznie wobec radzieckiego ambasadora. Czyż nie było to potwierdzenie opinii wielu jego partyjnych kolegów, że starszy pan stał się sentymentalny. Uważam, że ta interpretacja była niesłusznym uproszczeniem. Jeden z niewielu jego zaufanych – Heinrich Krone – przekazał mi słowa Adenauera wypowiedziane pod koniec 1961 roku, roku budowy muru, że najważniejszą sprawą w przyszłości będzie „znośne uporządkowanie naszych stosunków z Rosją”. Ale z drugiej strony, na początku 1967 roku, na krótko przed śmiercią, dał się ponieść emocjom i nazwał „Układ o nierozprzestrzenianiu broni atomowej”, który supermocarstwa miały właśnie zawrzeć, „super Wersalem” i „planem Morgenthaua do kwadratu”. Cztery lata wcześniej, będąc jeszcze kanclerzem, odrzucił układ o wstrzymaniu prób z bronią atomową, gdyż do jego podpisania zaproszono także NRD.

W 1955 roku po powrocie z Moskwy, gdzie wbrew radom najbliższych współpracowników nawiązał stosunki dyplomatyczne z ZSRR, czekało go entuzjastyczne przyjęcie; w stolicy Związku Radzieckiego przyrzeczono mu bowiem zwolnienie wszystkich niemieckich jeńców i przestępców wojennych. Dla Adenauera najważniejszy polityczny zysk stanowiło jednak to, co wyjawił mu Chruszczow. Podczas rozmowy w cztery oczy radziecki przywódca poinformował go o swoich troskach z powodu Chin: już wówczas Chiny miały 600 milionów mieszkańców, których liczba zwiększała się rocznie o następnych dwanaście milionów. Adenauer, który nad poczciwego premiera i eksmarszałka Bułganina przedkładał „żądnego zemsty partyjnego agitatora” Chruszczowa, czerpał z tej wypowiedzi nadzieję, która uskrzydlała go przez lata. Sądził, że Rosjanie nie będą mogli wiecznie przeciwstawiać się naciskowi z dwóch stron i pewnego dnia będą musieli pójść na ustępstwa wobec Zachodu.