17 osób interesuje się tą książką

Opis

Mimo wielu życiowych kłopotów oraz tragicznej śmierci ojca, Joanna stara się nie poddawać smutkowi. Nie jest to jednak łatwe. Każdego dnia na nowo musi szukać w sobie siły, by wspierać siostrę oraz matkę i radzić sobie z codziennością małego miasteczka nad Czarnym Potokiem. Żeby zapomnieć o złamanym sercu, coraz więcej czasu poświęca nowemu hobby - genealogii - w czym wspierają ją przyjaciółki: Marta i Elwira.

Szukając informacji o urodzonej we Lwowie babci Danusi, Joanna zaczyna odkrywać, że losy jej rodziny były trudne i równie pogmatwane jak jej własne. Zakazana miłość, porzucenie, wojenne tragedie, niebezpieczeństwa i cudowne ocalenia - skrawki rodzinnej historii powoli zaczynają się układać w całość, tworząc opowieść o kobietach, które nie poddawały się losowi bez walki nawet w najbardziej dramatycznych okolicznościach. Szukając śladów z przeszłości, Joanna nie podejrzewa jednak, że czeka ją kolejna ciężka próba - gdy na jej drodze staną nagle dwaj mężczyźni: były narzeczony oraz tajemniczy Filip.

Jak skończy się walka z duchami przeszłości? Czy Joanna stawi czoła swym lękom i na nowo uwierzy w szczęście?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 488

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


[…] I nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości

czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą

ks. Jan Twardowski, Śpieszmy się kochać ludzi

Moim chrześniakom, aby pamiętali

ROZDZIAŁ I

A.D. 1903, Galicja Wschodnia

Przez uchylone okno do pokoju wpadało rześkie powietrze. Gęste, dekoracyjnie upięte firanki tylko częściowo zasłaniały widok na dworski dziedziniec, po którym krążyła służba folwarczna zajęta codziennymi obowiązkami. Monotonne tykanie zegara stojącego na kominku mieszało się z dźwiękami płynącymi zza okna: pokrzykiwaniem praczki z tylnego podwórka, odgłosem rąbania drzewa, nawoływaniem stajennego i gęganiem gęsi wypędzanych na ścieżkę za dworem.

Tuż obok szerokiego biurka z ciemnego dębu stała bez ruchu jasnowłosa dziewczyna. Zniszczone od pracy ręce opuściła na szeroką spódnicę sięgającą kostek, przykrytą czystym, ale wymiętym fartuchem. Luźny biały kaftan skrywający jej obfite kształty kontrastował barwą z ciemnym wyposażeniem gabinetu.

Bez krztyny onieśmielenia i z widoczną ciekawością wodziła wzrokiem po męskim pokoju, ponieważ rzadko dostępowała zaszczytu oglądania prywatnych części dworu. Ciężka metalowa kasa, skrywająca zapewne jakieś bogactwa, nie zrobiła na niej jednak żadnego wrażenia, podobnie jak szklane gabloty pełne książek i różnych dokumentów, których nawet nie umiałaby przeczytać. Równie obojętnym spojrzeniem prześlizgnęła się po rzeźbionym barometrze wiszącym na ścianie i portretach jakichś przodków, natomiast przez dłuższą chwilę z zainteresowaniem myszkowała wzrokiem wśród rozłożonych na biurku przyborów do pisania, które przyciągały uwagę blaskiem srebrnych okuć i delikatnych zdobień. Wreszcie zatrzymała spojrzenie na fotelu ustawionym za biurkiem i raptem uśmiechnęła się nieznacznie.

Fotel, z mocno wytartym na siedzisku materiałem, musiał być często używany przez pana domu. Nieświadomie uśmiechając się coraz szerzej, dziewczyna przez dłuższą chwilę wpatrywała się w to miejsce. Jej oczy zmrużyły się pożądliwie, a oddech przyspieszył, jakby spoglądała nie na mebel, lecz na żywą osobę siedzącą za biurkiem. Mimowolnie rozchyliła usta i delikatnie przygryzła białymi zębami dolną wargę, a płatki jej nosa zadrżały, gdy z widoczną przyjemnością wdychała otaczający ją zapach męskiego gabinetu: drażniącą woń zwierzęcych skór leżących na podłodze, tytoniowy aromat fajek, które ustawiono równo w szafce pod oknem oraz wytrawny zapach starych dębowych mebli.

Kroki dobiegające z sąsiedniego saloniku przywróciły ją do rzeczywistości.

– Jaśnie pani? – bąknęła zdezorientowana, bo na progu zacienionego gabinetu zobaczyła kobiecą sylwetkę spowitą w luźny koronkowy peniuar. Dygnęła niezręcznie. – Ochmistrzyni kazała, żebym przyszła do kancelaryji, do jaśnie pana – wyjaśniła.

– Tak, wiem. – Szczupła, eteryczna kobieta starannie zamknęła za sobą drzwi.

Szeleszcząc koronkami, podeszła do fotela i usiadła w eleganckiej pozie na tym miejscu, które przed chwilą wzbudziło w dziewczynie namiętne skojarzenia. Przez chwilę ze zmarszczonym czołem przyglądała się służce.

– To ja prosiłam, by ochmistrzyni przysłała cię tu zaraz po śniadaniu. Mój małżonek objeżdża teraz pola, więc nikt nam nie przeszkodzi… Sądzę, że wiesz, o czym będziemy rozmawiały, Katarzyno. – Dama znacząco uniosła ciemną brew. Jej głos, choć cichy i melodyjny, zabrzmiał niepokojąco.

Dziewczyna spuściła głowę, krzywiąc się nieznacznie. Nie miała pewności, jakiej reprymendy udzieli jej dziedziczka, ale najwyraźniej nie zamierzała się tym zbytnio przejmować. Choć udawała zawstydzoną, nieufnie śledziła każdy grymas na bladej twarzy rozmówczyni, skubiąc przy tym koniec grubego jasnego warkocza przewiązanego kawałkiem starej tasiemki.

– Milczysz? Cóż, w takim razie powiem otwarcie – dziedziczka przerwała ciszę. – Jeśli sądzisz, że udało ci się mnie oszukać, mylisz się. Już od dawna znam prawdę o tobie i moim mężu.

– Jaką prawdę, proszę jaśnie pani?

– Dość. Wystarczy już tych kłamstw, Katarzyno. Nie oczekuję żadnych wyjaśnień. – Wypielęgnowane, białe dłonie o smukłych palcach zacisnęły się nerwowo na koronkach peniuaru. – Wiem, że mężczyzna inaczej pojmuje kwestię wierności, szczególnie kiedy żona… To nieistotne. – Ciemnowłosa dziedziczka potrząsnęła głową, jakby przypomniała sobie, że rozmawia ze sługą i nie musi się z niczego tłumaczyć. – Chcę po prostu oznajmić, że po tym, czego się dowiedziałam, nie możesz dłużej zostać we dworze.

– Jakże to?! – zaskoczona służąca z pewnym oburzeniem spojrzała na swą chlebodawczynię.

– Powiedziałam. Chyba nie sądziłaś, że będę to nadal tolerować? Zwłaszcza w obecnej sytuacji.

– Ale ja…

– Powiedziałam: dość! – Biała dłoń machnęła ze zniecierpliwieniem, powstrzymując dalsze słowa protestu. – Bez względu na okoliczności nie zamierzam dłużej znosić tej rozpusty w moim domu. – Oschły ton kobiety tylko częściowo maskował drżenie jej głosu. – Sprawy zaszły za daleko. Chyba to pojmujesz?

Dziewczyna niepewnie przestąpiła z nogi na nogę, ale nic nie rzekła. Szybkie spojrzenie, którym obrzuciła siedzącą w fotelu kobietę, mówiło wyraźnie, że te słowa ją zdenerwowały, lecz nie wiedziała, jak powinna na nie zareagować.

– Teraz, gdy mój mąż został ojcem, mam prawo wymagać od niego więcej. Nie może już dłużej folgować swoim zachciankom – mówiła dalej dziedziczka, z widocznym trudem hamując rozdrażnienie. – Na szczęście zrozumiał, że musi zająć się rodziną, jak Pan Bóg przykazał. Dlatego właśnie oboje postanowiliśmy wczoraj, że nadeszła pora, byś na zawsze opuściła mój dom i folwark – oświadczyła, starając się nadać głosowi rzeczowe brzmienie, jakby ta dziwna rozmowa z kochanką męża była czymś najzwyklejszym na świecie.

– Ale proszę jaśnie pani!

– Nie chcę już o niczym słyszeć. Moja Zofia ma dopiero cztery miesiące, jednakże ani ja, ani jej ojciec nie uznajemy za stosowne, by nasza córka wychowywała się w pobliżu… bękarta. – Ostatnie słowo zabrzmiało wyjątkowo pogardliwie.

Urażona do żywego Katarzyna szybkim ruchem odrzuciła na plecy długi warkocz i buntowniczo oparła ręce na szerokich biodrach. Przez krótką chwilę patrzyła śmiało i nieprzyjaźnie na drobną postać kobiety roztaczającej wokół słodką woń kosztownych perfum.

– Pani myśli, że ja swego rozumu nie mam? – spytała ostrym tonem. – Może to i bajstruk[1], ale pański. A ja mego dzieciuka ukrzywdzić nie dam! – stwierdziła zuchwale. W jednej chwili zniknęła cała jej udawana pokora. – A bo to pan dziedzic mi wiele nie obiecywał? A bo to ja nie wiem, co mi trza zrobić?! – rzucała napastliwie kolejne zdania. – Do sędzi pójdę i przysięgnę się przed krzyżem, że to dziecko…

– Katarzyno! – Stanowczy głos kobiety przywołał ją do porządku. – Grzechy rodziców nie są winą dziecka. Dlatego nie zostaniesz bez pomocy. Wszystko już ustaliłam z twoją matką.

– Z matką? – Dziewczyna się zmieszała.

– Tak. Wyrządziłaś jej wielką przykrość. Marzyła, że dokończysz nauki w kuchni i obejmiesz po niej miejsce kucharki. I zapewne tak właśnie by się stało, gdybyś nie zawiodła mojego zaufania. Wiem, jak wszyscy byli ci tu życzliwi i jak bardzo lubił twoje towarzystwo mój świętej pamięci świekier[2]. Jednak ty zmarnowałaś swoją szansę – powiedziała z wyrzutem. – Dlatego teraz musisz pomyśleć o innej przyszłości. Już nie w moim domu – podkreśliła twardo.

Tykanie zegara rozbrzmiewało przez chwilę wśród przedłużającej się ciszy. Obie kobiety zastygły na swoich pozycjach, jakby chciały złapać oddech przed dalszą walką, której wynik wydawał się już w zasadzie przesądzony, choć wciąż nie było do końca wiadomo, jakie jeszcze rany zada przeciwniczka.

– Mój małżonek wyznaczył ci sowity posag i znalazł dla ciebie narzeczonego – odezwała się w końcu dziedziczka.

– Narzeczonego?

– Rządcę z sąsiedniego majątku. Jest wdowcem. To dobry, wykształcony człowiek, choć już niemłody. Ucieszył się, że jesteś zdolna do rodzenia dzieci, bo chce mieć dużą rodzinę, której na razie się nie doczekał – mówiła szlachcianka zmęczonym głosem. Widać było, że ta rozmowa wiele ją kosztuje.

– Mam iść za rządcę? – nagła propozycja zastanowiła Katarzynę, choć jej nie zdziwiła.

– Owszem, taka jest wola mojego męża. To chyba znacznie więcej, niż mogłaś oczekiwać w swoim położeniu? Po ślubie zamieszkacie w zasobnym gospodarstwie, które twój narzeczony kupi za posagowe sumy. Już znalazł odpowiednie miejsce.

– Gdzie?

– Pod Lwowem. Twój narzeczony ma tam owdowiałą bratową, więc będziesz przy rodzinie.

– To daleko – mruknęła dziewczyna.

– Owszem.

– Jaśnie pani galopem mój los obmyśliła – stwierdziła kpiąco.

– W twojej sytuacji, Katarzyno, nie ma już na co czekać. – Kobieta znaczącym gestem wskazała na delikatnie zaokrąglony brzuch służącej. – I jeszcze jedno: nigdy więcej się tu nie pojawisz.

– Nigdy?

– Nigdy – powiedziała z naciskiem dziedziczka. – Ani ty, ani nikt z twojej nowej rodziny. Przynajmniej dopóki ja żyję. Inaczej będziesz musiała zwrócić posag, a będą to niemałe sumy. Ach, prawda! – Przypomniała sobie coś jeszcze. – Mój małżonek wyraził życzenie, by zadbać o edukację twojego dziecka, stosowną do waszej nowej pozycji. Chce zapewnić mu odpowiednią przyszłość, a ja… cóż, postanowiłam, że nie będę tego kwestionować. Dobre wykształcenie na pewno zapewni twemu dziecku lepszą przyszłość. Są tylko dwa warunki.

– Jakie?

– Po pierwsze, gdy się już urodzi, przy zapisie w urzędzie nie wyjawisz, kto jest prawdziwym ojcem, ale nie wpiszesz tam również nazwiska swego męża. W dokumentach dziecko będzie nosiło twoje panieńskie nazwisko. Natomiast co powiecie ludziom, to już nie nasza sprawa.

– A czemu nie mogę zapisać, że to będzie dzieciuk mojego chłopa?

– Ponieważ mój małżonek uważa, że dziecko powinno się kiedyś dowiedzieć prawdy o swoim pochodzeniu – odparła zimno dziedziczka. – Kiedy będzie dorosłe. Byłam temu przeciwna, ale skoro on tego chce… – Wzruszyła ramionami z pewnym zniecierpliwieniem. – Ponadto masz wychować to dziecko w obrządku rzymskokatolickim.

– Co?

– To, co słyszysz. Nie będziesz mieć z tym trudności, bo twój narzeczony nie jest prawosławny, więc ci pomoże.

Katarzyna milczała, ale jej zmarszczone czoło sugerowało, że intensywnie rozważa tę osobliwą propozycję. W jej oczach dziedziczka dostrzegła jednak wahanie. Zrozumiała je błyskawicznie i stanowczo pokręciła głową.

– Mój mąż już się z tobą nie zobaczy. Nigdy – oświadczyła twardo. – Cokolwiek postanowisz, jeszcze dziś przed wieczorem przeniesiesz się na wieś do swego kuzyna. Jeżeli przyjmiesz moje warunki, twój kuzyn zajmie się weselem. Będzie huczne i zgodne z waszymi tradycjami. My pokryjemy koszta uczty weselnej.

– Pełna kabza[3] to nie wszystko! – odparła dumnie dziewczyna.

– Nie, ale masz jeszcze czas, by ułożyć sobie życie godne i uczciwe. A przede wszystkim, by zadbać o przyszłość dziecka, bo ono nie jest winne tego grzechu. Jaka jest zatem twoja decyzja, Katarzyno?

– Czy moja matka… czy ona zostanie przy dworze?

– Jeżeli będzie chciała, zostanie. Tak znakomitej kucharki długo musiałabym szukać. – Westchnęła szlachcianka i znużonym gestem przytknęła do czoła batystową chusteczkę. – A zatem?

Jędrne młode usta służącej zacisnęły się ze złości.

– Niech pani powie dziedzicowi, że zgadzam się – odparła. – Odejdziemy stąd na zawsze. Ja i moje dziecko. – Położyła rękę na zaokrąglonym brzuchu i hardo uniosła podbródek. – Pójdziemy na swoje, bo się nam to należy! Ale co przyniesie przyszłość, to już ino jeden Pan Bóg wie.

* * *

Listopad 2012 roku, Małopolska

Dłonie Janiny coraz mocniej zaciskały się na ręce siostry. Nerwowo przełykała ślinę, jak ktoś, komu z emocji zaschło w gardle. Nie wiedziała jednak, jak zacząć.

W cichym domu rozlegało się jedynie wycie jesiennego wiatru za oknem oraz bulgotanie gotującej się na kuchence zupy.

Joasia już dawno zauważyła, że Janinę coś gryzie, ale siostra wciąż zbywała ją półsłówkami. Teraz, gdy wreszcie zostały same, poczuła, że nadszedł właściwy moment, by dowiedzieć się prawdy. Należało ją tylko mocniej przycisnąć.

– Janeczka, powiesz mi wreszcie, o co chodzi? – spytała stanowczym tonem. – Od kilku tygodni jesteś jakaś nieobecna, wszystko ci leci z rąk. Myślałam, że już lepiej się czujesz… – Urwała przestraszona, że niepotrzebnie przypomina o tamtej tragedii.

Janina pokręciła głową, uśmiechając się blado.

– To nie to, co myślisz – mruknęła. – Przynajmniej nie do końca.

Sięgnąwszy po szklankę z sokiem pomarańczowym, wypiła go duszkiem do dna.

– Więc co się dzieje? Martwię się o ciebie.

– Wiem, Asiu. Ja też się martwię. Właśnie w tym problem, bo powinnam się raczej cieszyć – stwierdziła zagadkowo.

Joasia westchnęła i niemal ugryzła się w język. Choroba siostry wymagała w ostatnich miesiącach sporo wytrzymałości od wszystkich członków rodziny, dlatego miała okazję częściej niż zwykle ćwiczyć się w panowaniu nad emocjami. Musiała zachować spokój, choć miała ochotę tak po prostu zmyć jej głowę za te tajemnice. Niecierpliwiąc się w duchu, patrzyła, jak zamyślona siostra obraca w palcach lepką od soku szklankę.

– No więc?

– Będę musiała odstawić antydepresanty – odparła Janina i uśmiechnęła się lekko, błądząc wzrokiem po staroświeckim, haftowanym błękitną nitką obrusie.

– Jak to odstawić? Bierzesz je dopiero… ile? Pół roku? Takich rzeczy nie wolno robić bez porozumienia z lekarzem! – Joasia zdenerwowała się w ciągu sekundy. – Janka, to nie są żarty!

– Wyluzuj, siostra, nie jestem dzieckiem. Byłam już u swojego psychiatry i będę stopniowo zmniejszać dawkę, tylko nieco szybciej niż normalnie.

– I lekarz się zgodził?

– Nie miał wyjścia.

– Ale dlaczego?! Przecież depresja to przewlekła choroba, trzeba ją porządnie wyleczyć. Chcesz mieć nawrót?

– Nie, nie chcę. Ale są ważne powody.

– Jakie znowu powody? Co ty wymyśliłaś? – niecierpliwiła się.

– Aśka, uspokój się. Właśnie po to dzisiaj przyszłam, żeby wam o tym powiedzieć: tobie i mamie. Nie mogłam wcześniej, bo nawet Mateusz dowiedział się dopiero w zeszłym tygodniu. Musiałam mieć pewność. – Janina mówiła z takim wysiłkiem, jakby przerzucała głazy w kamieniołomie.

Joasia czuła, że rośnie jej ciśnienie.

„Za chwilę oszaleję i odwiozą mnie do Tworek! – pomyślała, wolnym ruchem odgarniając z czoła krótką brązową grzywkę. Ten wyćwiczony przez lata gest zawsze dawał jej kilka sekund na wyciszenie emocji. – Jestem spokojna i cierpliwa! Raz, dwa, trzy…” – policzyła w duchu.

Starając się zapanować nad wyrazem twarzy, przybrała jedną z tych łagodnych min, jakimi obdarza się chorych lub zagubione dzieci, by ich nie przestraszyć.

– Możesz trochę jaśniej? – poprosiła. – Nie wiem, kiedy mama wróci z zakupów, więc nie trzymaj mnie w niepewności, bo zwariuję.

– Jestem w ciąży – rzuciła krótko Janina.

W pierwszej chwili Joasię zatkało.

– Słucham?!

– To dziewiąty tydzień. Gdyby nie badania kontrolne, pewnie do tej pory myślałabym, że to tylko stres i przemęczenie. Ale znowu jestem w ciąży, choć tym razem to czysty przypadek.

Joasia przez chwilę nie bardzo wiedziała, jak zareagować. Zdjęła okulary i odruchowo przetarła szkiełka brzegiem kwiecistego kuchennego fartucha.

– Cudownie – powiedziała oszołomiona. – To dlatego ostatnio znowu tak ładnie nabrałaś ciała. No widzisz! A tak się bałaś, że nie będziesz miała więcej dzieci – palnęła. Zaraz potem ugryzła się w język, tym razem naprawdę boleśnie.

– Wiem. I nadal się boję.

– Ale czego?

Janina rzuciła siostrze spojrzenie będące mieszaniną krytyki i politowania. Doskonale wiedziała, że pod maską radości i wsparcia Asia skrywa taki sam niepokój, jaki trawił ją od kilku tygodni.

– Chyba nie trzeba kończyć psychologii, żeby to zrozumieć – stwierdziła z przekąsem. – Nie obawiaj się, dam sobie radę. Na szczęście mam was wszystkich do pomocy. Tak?

Zdenerwowanie, które przez chwilę ogarnęło Joasię, raptem opadło. Powoli docierało do niej, że Janina rzeczywiście bardzo chciała uwierzyć w swoje szczęście, choć jeszcze kilka miesięcy temu była w czarnej rozpaczy po śmierci synka.

– No dobrze, nie dąsaj się. – Zagarnęła ją ramieniem i serdecznie uściskała. – To wspaniała wiadomość, a nasza mama będzie zachwycona. Zobaczysz, że tym razem wszystko będzie dobrze – dodała pogodnym tonem.

– Wiem, tylko… Zanim oficjalnie powiemy całej rodzinie i znajomym, chcę trochę odczekać.

– Jasne. Jeśli sądzisz, że tak będzie lepiej, to zachowamy tajemnicę – zapewniła Joasia.

– Wytrzymasz nawet przy Marcie?

– Wytrzymam – mruknęła rozbawiona Joasia, myśląc jednocześnie o tym, że niełatwo jej będzie ukryć swoje emocje przed przyjaciółką.

– To dobrze. Najpierw chcę pojechać do Krakowa, do profesora, żeby zrobić wszystkie badania. Zresztą my z Mateuszem ciągle jesteśmy w żałobie, a tu taki numer.

– Oj, Janeczko! Proszę cię, nie myśl o tym. Dziecko musi czuć, że jego mama jest szczęśliwa.

– Ostatnim razem też byłam bardzo szczęśliwa, a jednak małe serduszko wytrzymało zaledwie kilka godzin. Gdyby mój synek nie urodził się tak wcześnie… W siódmym miesiącu nie miał szans z tą wadą. – Oczy Janiny zwilgotniały.

– Proszę cię, przestań.

– Tylko skąd miałam wiedzieć? Wszystko przebiegało normalnie. Moje bliźniaczki są przecież zdrowe, dzięki Bogu. – Janina ożywiła się nieco sztucznie, mrugając powiekami, by powstrzymać łzy. – Ale gdybym wiedziała wcześniej, od razu jeździłabym do profesora, a nie do zwykłego położnika. Profesor mówił, że to może być dziedziczne – paplała nerwowo.

Joanna czuła, że siostrze jest teraz zupełnie obojętne, co mówi, byle tylko zagłuszyć bolesne wspomnienia. Przywołała więc na twarz najpogodniejszy uśmiech, na jaki było ją w tej chwili stać.

– Tym razem nie będzie żadnych problemów. Słyszysz, Janeczko? – powiedziała cichym, melodyjnym głosem, jakby usiłowała zahipnotyzować siostrę. – Pamiętasz, co mówił profesor? Że nie ma powodu do strachu, bo kolejne dzieci mogą być zdrowe jak rydze.

– No właśnie: mogą.

– Daj spokój. Ten maluch potrzebuje radosnej mamy. – Delikatnie położyła dłoń na brzuchu siostry. – A ty musisz nad tym jeszcze trochę popracować. Sama wiesz.

– Wiem.

– To przestań się zadręczać. No już, uspokój się, odetchnij i pokaż mi, jak się cieszysz ze swojego szczęścia.

Nieśmiały, lecz pełen wdzięczności uśmiech rozjaśnił twarz Janiny.

– Masz rację. Muszę się po prostu czymś zająć, żeby za dużo nie myśleć. Tylko czym? – zastanawiała się. – Od kiedy obcięli etat pedagoga do połowy, dostaję wariacji, siedząc w domu całymi popołudniami! Dawniej miałam tyle zajęć dodatkowych, a teraz… Wypełniłam już całą dokumentację na pół roku do przodu i nawet napisałam scenariusz na akademię na Dzień Dziecka. Rozumiesz? Na czerwiec.

– Hmm… Może wydziergasz te misie, które mi obiecałaś? Wybieram się do Sącza, do sklepu Marczewskiej, bo skończyłyśmy z mamą to zamówienie na serwety i ozdoby choinkowe. Zabrałabym wszystko razem.

– Jakoś nie mam ostatnio cierpliwości do szydełka – westchnęła Janina. – Potrzebuję działać, organizować, a nie siedzieć na tyłku w fotelu.

– No to nie wiem… Może zaczniesz planować chrzciny?

– Aśka! Takich rzeczy nie robi się przed porodem!

– No już dobrze, dobrze, ty zabobonna poganko – zaśmiała się Joasia. – Ale chyba możesz o tym pomyśleć, co? Sama wiesz, ile jest zamieszania z organizowaniem takiej imprezy. Potem wszystko załatwia się na ostatnią chwilę. Poza tym, zapewniam cię, że to będzie wielkie święto i wielka radość, bo ten maluszek przyjdzie na świat i bez żadnych komplikacji. Wierzysz mi?

– Wierzę – odparła Janina. – A co do chrzcin, to masz rację: pomyślę. Bylebyś mi się zaraz nie pchała z jakimiś pomysłami – zastrzegła szybko. – Sami zajmiemy się tym z Mateuszem.

– Nie ma sprawy. Spróbuję się trzymać na uboczu – obiecała rozbawiona Joasia.

[1]Bajstruk (gwar.) – dziecko nieślubne.

[2]Świekier – ojciec męża.

[3]Kabza – dawniej: woreczek z pieniędzmi.

ROZDZIAŁ II

Maj 2013 roku, Małopolska

Wibrujące harmonijne dźwięki wzlatywały pod sufit, obijały się o zielony plastikowy żyrandol, prześlizgiwały po ścianach wyłożonych starą boazerią i łagodnie opadały na kartki z nutami, które wyglądały w tej chwili jak wachlarze w rękach stojących w trzech rzędach śpiewaków. Białe powierzchnie papieru pokryte pięcioliniami i maczkiem czarnych znaków poruszały się rytmicznie, zastygając na chwilę tu i ówdzie, gdy któryś z chórzystów zerkał na zapis, po czym znów rozpoczynały szeleszczący ruch: w górę i w dół, w prawo i w lewo, w zależności od upodobań.

– Dzięki Ci, Paaanie, za Ciało Twe i Kreeew… – Wspólna pieśń płynęła przez szeroko otwarte okno na podwórze plebanii.

– Nie, nie! Stop! – wrzasnął nagle łysiejący, niski mężczyzna z batutą w dłoni. Zamachał gwałtownie rękami, jakby oganiał się od roju atakujących pszczół.

– Ludzie! Błagam, skupcie się, do cholery. Co to ma być? To jest hymn dziękczynienia? – irytował się. – Co robią basy? Śpią w tym kącie? A soprany czemu tak ziewają? Ja tego nie wytrzymam, to będzie katastrofa! – Jęknął i opadł bez sił na krzesło. – Armagedon! Proboszcz mnie zwolni.

– Niech pan nie miesza do tego proboszcza. – Potężny bas Stanisława Kolińskiego odbił się echem w salce parafialnej. – On dobrze wie, jak śpiewamy. Zresztą poprzedni organista był z nas zadowolony.

Chórzyści pokiwali głowami na znak poparcia. Zdesperowany dyrygent już otwierał usta, by zripostować, ale barczysta postura starszego pana najwyraźniej go powstrzymała. Zdenerwowany przeciągnął więc ręką po głowie, a wtedy naelektryzowane włosy, mocno przerzedzone na czubku, stanęły mu dęba.

Z różnych stron sali rozległy się stłumione chichoty i parsknięcia. Chór wyraźnie się rozluźnił.

– Ale Stanisław już chyba nie pamięta, że poprzedni organista był głuchy jak pień – rzuciła nagle w kierunku siwego mężczyzny księgowa z urzędu gminy. – Nietrudno było go zadowolić.

Niektórzy śpiewacy znów przytaknęli, a szmer cichych komentarzy zaczął narastać.

– Przecież ja znam wasze możliwości. – Organista spojrzał na nich błagalnie. – Macie piękne głosy, tylko musicie się skupić, zamiast myśleć o pierdołach. Harmonia, tempo, pamiętajcie o tym!

– Niech się pan tak nie przejmuje, ojciec ma rację. – Rozbawiona Marta wzięła w obronę Stanisława. – Jesteśmy po prostu zmęczeni, ćwiczymy już drugą godzinę.

– I ta nieznośna duchota! – odezwały się z pretensjami kobiece głosy. – Za oknem pochmurno, a tu nie ma czym oddychać.

– A co ja paniom poradzę, że mamy takie warunki? – Organista się naburmuszył. – To już przedostatnia próba przed uroczystością. Generalna odbędzie się jutro w kościele, to będziecie mieć wystarczająco dużo tlenu. Błagam, ludzie kochani, skupcie się jeszcze trochę.

– Przepraszam uprzejmie. Chciałam tylko przypomnieć, że za dwadzieścia minut mam tu aerobik z paniami – wtrąciła Joasia, poprawiając zsuwające się okulary. – I rzeczywiście muszę wpuścić trochę świeżego powietrza, bo mi tu wszystkie pomdleją.

– Ależ ja pamiętam, pani Asiu! – Organista poderwał się z krzesła z przymilnym uśmiechem i spojrzał przelotnie na zegarek. – Zaraz kończymy, jeszcze tylko całość hymnu i do domu. Altówka i wiolonczela! – Podskoczył do grupki młodzieży siedzącej w kącie z instrumentami. – Popatrzcie no w nuty, bo chwilami…

Jego dyskusję z zespołem grającym zagłuszył narastający szum rozmów.

– Aśka, mówię ci, że on cię podrywa – szepnęła wesoło Elwira, trącając Joannę łokciem w bok. – Za każdym razem, gdy jest okazja, łasi się do ciebie jak kot. Pani Asiu to, pani Joasiu tamto – przedrzeźniała.

– Au! Moje żebro! – Joanna stęknęła i popatrzyła kwaśno na pulchną koleżankę. – Czyś ty już całkiem zgłupiała, Elwirka?

– No w sumie… – Marta też była rozbawiona tym spostrzeżeniem. – Co chcesz od faceta? Trzydziestkę już skończył, dzięki mamusi dostał ciepłą posadkę przy kościele, brat rzeźnik opływa w dostatki. Zasadniczo rodzina jest bogata, zasiedziała, więc mogłabyś się za niego wydać. – Chichotała, zakrywając usta śpiewnikiem. – Zupełnie niezła partia jak na tutejsze warunki.

– Na dodatek artysta! – dorzuciła Elwira, coraz bardziej rozbawiona.

– Małpy! – mruknęła w odwecie Joanna. – Nie wiecie, kto mi zamienił przyjaciółki na jędze?

– O co ci chodzi? Że jest ciut obleśny i kurduplowaty? Co to ma do rzeczy? – droczyła się z nią Elwira, potrząsając burzą rudych loków. – Za to jaki ambitny muzycznie! Coś za coś, moja droga.

– Chyba dostałyście głupawki ze zmęczenia. Uspokójcie się albo was dzisiaj wyrzucę z aerobiku! – ostrzegła, ale choć starała się wyglądać groźnie, oczy się jej śmiały.

– Nie wiem, co wy chcecie od tego człowieka? – wtrąciła się stojąca obok nich wysoka młoda kobieta ze starannie związanymi w kok jasnymi włosami. – Nie każdy musi być adonisem – powiedziała z godnością.

– Adonisem? – Elwira aż parsknęła. – Teresa, ty to masz porównania, że pozazdrościć. Powinnaś uczyć literatury, a nie historii.

– Tereska ma rację. – Joanna starała się opanować nieprzystojny uśmieszek. – Dajcie już spokój.

Zmęczony długą próbą chór coraz bardziej się ożywiał. Organista najwyraźniej dostrzegł niebezpieczeństwo, więc szybko wrócił na swoje miejsce za pulpit z nutami.

– No, moi państwo! – Jego tubalny głos uciął śmiechy i szepty. – Nie rozpraszamy się. Ja wszystko widzę, piękne damy. – Komicznie pogroził palcem w kierunku Elwiry i Marty. – Jeszcze raz od początku. Raz, dwa, trzy… – Wyciągnął przed siebie ręce.

Batuta ruszyła wraz z muzyką, po chwili dołączyły głosy śpiewaków, a kartki z nutami znów zbiorowo zaszeleściły.

Organista przez chwilę dyrygował bez słów, stopniowo robił się jednak coraz bardziej czerwony, jakby go coś dusiło. Wreszcie sapnął, stęknął i opuścił batutę.

– Nie, no nie! Ja zwariuję. – Jęknął. – Stooop!

– Co znowu, chłopcze? – zagrzmiał Stanisław ze swojego miejsca w ostatnim rzędzie.

– Proszę mi wybaczyć, ale co państwo robicie z tymi nutami? Ile razy mam tłumaczyć, do czego służą nuty? – spytał z rozpaczą w głosie. – Co za profanacja! Co za ignorancja! – bełkotał do siebie. – Jak można było tak rozpuścić chór? Takie głosy i zero profesjonalizmu.

– Ale o co chodzi? – wyrwało się Teresie.

– O co? Wyglądacie państwo jak jakaś cholerna łąka, którą obsiadło stado oszalałych bielinków! Co to za wymachiwanie? Ludzie! Zmieniacie tonację, gubicie przez to rytm!

– Ale tu jest gorąco – zaprotestował ktoś.

– Sztuka wymaga poświęceń! Czy ja tu ćwiczę z klimatyzatorem, czy z chórem?!

Śpiewacy rozejrzeli się po sobie. Wachlujący ruch białych kartek na tle ich różnokolorowych ubrań rzeczywiście mógł rozpraszać zdesperowanego dyrygenta. Nim ktokolwiek zdobył się na reakcję, rozległo się głośne i energiczne pukanie. W otwartych drzwiach ukazała się świeżo zaondulowana głowa właścicielki piekarni.

– Och, przepraszam – powiedziała nieco teatralnie. – Tu jeszcze próba? A my już czekamy na korytarzu przebrane na ćwiczenia. – Poszukała wzrokiem Joanny. – Pani Asiu, czy to dzisiaj nie będzie fitnessu? Dochodzi dziewiętnasta.

Organista klapnął na krzesło, aż zaskrzypiało.

– Poddaję się – mruknął. – Koniec próby. Idźcie sobie! Tańczcie, śpijcie, oddychajcie i co tam wam jeszcze potrzebne do życia. Wszystko mi jedno! – jęczał. – Trzeba było wziąć tę posadę w szkole muzycznej, a nie wracać do tej dziury – rozpaczał po cichu, tak że właściwie nikt nie mógł zrozumieć jego mamrotania.

– Niech się pan tak nie zadręcza, młody człowieku. – Stanisław jowialnie poklepał go po ramieniu. – Tu nie Filharmonia Narodowa. Proboszczowi i tak się spodobamy.

Organista zerwał się na równe nogi, przypominając sobie o swoich obowiązkach.

– Tylko proszę się jutro nie spóźnić na generalną, bo niedługo zabraknie mi włosów do wyrywania – zażądał stanowczo. – Moja reputacja zawodowa i tak już leży w błocie.

– On ma nawet poczucie humoru – zauważyła Elwira, pomagając Joannie odsuwać ławki pod ścianę. – Mówię ci, Aśka, zakręć się koło niego. Wolnych facetów teraz jak na lekarstwo.

Joasia spojrzała na nią krytycznie, ale nie zdążyła odpowiedzieć, bo Marta błyskawicznie przedarła się przez ruszający do wyjścia tłum.

– Proszę państwa! – powiedziała donośnym głosem, zasłaniając sobą drzwi. – Proszę jeszcze o chwilę uwagi. Mam ogłoszenie.

Ludzie przystanęli.

– Kochani, mamy z panią dyrektor wielką prośbę. Wiecie, że we wrześniu nasza szkoła podstawowa będzie obchodziła stulecie założenia.

– I co z tego? – mruknął stary Ignacy.

– Cicho, szwagier – upomniał go Stanisław. – Dajżesz dziewczynie powiedzieć.

– Ja muszę na fajeczkę, bo mnie ssie – mruknął Ignacy, ale zamilkł.

Marta spojrzała z wdzięcznością na ojca. Choć dawno przekroczyła trzydziestkę, uwielbiała, gdy brał ją w obronę przed gderliwym wujem.

– Z tej okazji w porozumieniu z urzędem miejskim urządzamy w szkole festyn rodzinny i kilka innych uroczystości towarzyszących – kontynuowała. – Wpadliśmy też na pomysł zorganizowania wystawy na temat historii naszej szkoły i naszej miejscowości. Chcemy ją nazwać: „Zapomniany świat naszych przodków”

– Szybciej, Martuśka – burknął Ignacy pod nosem.

– Już kończę, wuju. Dlatego mamy wielką prośbę. Gdybyście mogli państwo przeszukać swoje strychy czy piwnice i znaleźć dla nas stare przedmioty związane z życiem waszych przodków, szczególnie tych zasiedziałych tu z dziada pradziada, bylibyśmy wdzięczni. Chcielibyśmy je wypożyczyć albo otrzymać jako dar dla szkoły, jeśli nie są już wam potrzebne.

– Każdy ofiarodawca zostanie wpisany do specjalnej księgi – wtrąciła się Teresa, stając obok Marty. – Być może uda się później przenieść tę wystawę w jakieś godne miejsce jako stałą ekspozycję. Wszystko zależy od tego, co mogliby nam państwo dostarczyć.

Tęga farmaceutka podniosła rękę.

– Ale o jakie dokładnie przedmioty chodzi?

– W zasadzie o rzeczy codziennego użytku, których historia sięga przynajmniej drugiej wojny światowej: tradycyjne ubrania, stare żelazka, kołowrotki, dzieże, kołyski i tak dalej. Przedmioty, których wasi przodkowie używali na co dzień, a które poniewierają się zapomniane gdzieś po kątach. Zwłaszcza takie, które mają lokalną historię.

– Chcielibyśmy pokazać dzieciom, że jeszcze nie tak dawno istniał świat, w którym jadało się ze wspólnej miski, chodziło w drewniakach, a wodę nosiło z rzeki na koromysłach i w wiadrach – dodała Teresa. – Rozumiecie państwo?

Ludzie pokiwali głowami.

– A komu to dostarczać? – padło pytanie z sali.

– W szkole niedługo zacznie się remont wakacyjny, więc ustaliłam z proboszczem, że większe przedmioty można przynosić tu, na plebanię, a drobiazgi albo na rynek do salonu optycznego moich rodziców, albo do Teresy – odparła Marta. – Najlepiej do końca lipca. Dziękujemy.

Ponieważ chór błyskawicznie się rozproszył, przyjaciółki zabrały z ławki swoje torby i pobiegły do szatni przebrać się w stroje do ćwiczeń.

– Coś ty właściwie, Marta, wymyśliła z tą wystawą? – spytała Elwira, walcząc z bujnymi włosami, które wciąż wysuwały się z gumki. – Myślałam, że we wrześniu wracasz do Warszawy, do męża.

Marta przez chwilę grzebała w swojej torbie, nie podnosząc wzroku.

– Tego jeszcze nie wiem – stwierdziła enigmatycznie.

– A kiedy będziesz wiedzieć? – drążyła Elwira.

Joanna spojrzała na nią krytycznie, chwiejąc się na jednej nodze podczas zakładania butów.

– Elwira – mruknęła. – Daj spokój. To nie nasza sprawa.

– I tak miałam wam powiedzieć, tylko ostatnio jestem taka zabiegana. – Marta wzruszyła ramionami. – Dyrektorka szkoły zaproponowała, że podpisze ze mną umowę na kolejny rok.

– A co ty na to?

– Im bliżej wakacji, tym bardziej czuję, że chciałabym zostać. Tylko…

– No mówże! – ponagliła ją Elwira.

– Adam nagle zaczął się starać. To znaczy: chce ratować nasze małżeństwo – odparła Marta z dziwną miną.

– A co wymyślił?

– W czerwcu, zaraz po zakończeniu roku szkolnego, wyjeżdżamy z Uleńką na wczasy. Wyobraźcie sobie, że sam wszystko załatwił – mówiła Marta ze szczerym zdziwieniem. – Rozumiecie? Adam załatwił. Sam. Powiedział, że powinniśmy na nowo do siebie przywyknąć po tej rozłące – wyznała. – Jeszcze nie wiem, co to dla niego znaczy, ale chyba muszę spróbować. Dla córki.

Joanna milczała. Widziała po minie przyjaciółki, że Marta ciągle się waha, ale jednocześnie propozycja męża miło ją zaskoczyła. Nie zdziwiło jej to.

Marta odnalazła w rodzinnym domu nie tylko spokój i wsparcie rodziców, odnalazła też dawną siebie. Po przeprowadzce z Warszawy wiele zmieniło się w jej życiu. Joasia z radością obserwowała, jak Marta ponownie staje się pewną siebie kobietą, spełnioną matką i malarką.

Gdy po raz pierwszy od wielu lat zaczęła malować, Joanna wiedziała, że przyjaciółka wychodzi powoli z psychicznego dołka, w który wpędziły ją życiowe trudności. Praca w szkole i w firmie kuzyna postawiły ją na nogi także finansowo. Wreszcie nie musiała prosić o każdą złotówkę swojego męża, który wyjechał na Wyspy Brytyjskie, gdzie przez kilka miesięcy pracował jako archeolog. Joanna trochę się martwiła, że ciemną stroną tych zmian jest oddalenie się Marty od Adama, ale nie wiedziała, jak to między nimi jest naprawdę. Nigdy nie starała się wyciągać od przyjaciółki nic ponad to, co Marta sama zechciała jej wyznać, bo nie umiała być tak bezpośrednia jak Elwira w relacjach z ludźmi, czego czasem żałowała.

Bez trudu zauważyła jednak, że od marca, gdy kontrakt Adama się skończył, Marta częściej niż zwykle się zamyślała. Jej mąż wrócił do Warszawy na swoje stanowisko w muzeum, a ona najwyraźniej czuła się coraz bardziej zdezorientowana. Została u rodziców nie tylko ze względu na pracę, ale i na córkę, która zaczęła w miasteczku chodzić do przedszkola i znalazła wreszcie koleżanki. Marta przyznała się jednak, że boryka się znowu ze starym problemem: nie wiedziała, co dalej robić ze swoim życiem.

Joanna przypuszczała, że gdyby nie córka, Marta zapewnie wolałaby zostać w rodzinnym miasteczku na stałe, bo czuła się tu naprawdę dobrze, w odróżnieniu od Warszawy. Jednak dziecko zawsze było dla Marty najważniejsze, a każda weekendowa wizyta Adama w domu teściów pokazywała, jak bardzo Ula tęskni za ojcem.

Joanna nie dała się jednak tak łatwo zwieść. Czuła, że pod przykrywką niezdecydowania w Marcie wciąż tlą się uczucia do męża. Marzyła jednak o dwóch sprawach nie do pogodzenia: chciała zostać w miasteczku i jednocześnie mieć przy sobie Adama.

Zaprzątnięta potrzebami swojej ciężarnej siostry Joanna nie zauważyła wcześniej dziwnego nastroju przyjaciółki. Teraz zrozumiała, w czym tkwił problem, ale postanowiła nie wtrącać się do czasu, aż Marta sama poprosi ją o radę. Tym bardziej że w obliczu własnych problemów związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej nie była pewna, czy umiałaby doradzić Marcie zupełnie obiektywnie.

Obie wiedziały bowiem, że w Warszawie Marta nie może liczyć na równie interesującą pracę, jaką miała tutaj. Joasia nie miała jednak na utrzymaniu córki, ani małżeńskich problemów, dlatego nie wiedziała, co uczyniłaby na miejscu przyjaciółki.

Od kiedy, z powodu niżu demograficznego, straciła etat wuefistki w liceum, starała się łapać każdą okazję, która pozwalała jej zdobywać nowe doświadczenia. Doskonale rozumiała zatem pragnienia Marty, która wreszcie po wielu latach siedzenia w domu mogła rozwijać swoje talenty na gruncie zawodowym. Przewidywała jednak, że przyjaciółka będzie miała spore trudności w podjęciu kolejnej życiowej decyzji.

Informację o zorganizowanych przez Adama wspólnych wakacjach Joanna przyjęła z prawdziwą radością, ciesząc się razem z Martą. Pamiętała z jej opowieści, że takie zaangażowanie ze strony Adama było czymś absolutnie niezwykłym. Mogło się zatem okazać ich wielką szansą na uratowanie sypiącego się małżeństwa. Choć Joanna po rozstaniu z wieloletnim narzeczonym patrzyła raczej sceptycznie na wszystkie związki, z całego serca życzyła przyjaciółce szczęścia. Sama już dawno przestała wierzyć, że coś takiego jak szczęście istnieje w świecie bombardowanym przez kryzysy, tragedie i choroby, ale nawet przez myśl jej nie przeszło, by cokolwiek radzić Marcie w tej delikatnej sprawie. Chciała ją wspierać, jednak starała się robić to dyskretnie i taktownie.

– To świetna wiadomość, Martusia – powiedziała, zawiązując buty do ćwiczeń. – Będę trzymać za was kciuki, żeby się wam wszystko poukładało.

– A gdzie jedziecie? – zainteresowała się Elwira, wracając do walki z opornymi włosami.

– Do Toskanii.

– E, banał.

– Może i banał, Elwira, ale sama byś pojechała – skwitowała Joanna. – Zazdrościsz trochę, co?

– E tam, zazdroszczę. Za gorąco. Mój chłop zaraz by narzekał i tylko by leżał przy basenie jak placek.

– A ja owszem – przyznała się Joanna. – Nie byłam na porządnych wakacjach od wielu lat. Chociaż nie lubię podróżować, bo zawsze przytrafiają mi się dziwne sytuacje, to do Toskanii bym pojechała.

– Ja się cieszę głównie ze względu na Ulę – podsumowała Marta. – I obiecuję przywieźć wam dużo fajnych zdjęć. Jestem gotowa. Idziemy?

Przyjaciółki zebrały swoje rzeczy i poszły do salki. Grupa kilkunastu kobiet w różnym wieku już czekała, więc Joanna włożyła do odtwarzacza płytę z odpowiednią muzyką i już po chwili popłynęły dźwięki energicznej samby.

– No, moje panie – powiedziała z uśmiechem. – Dzisiaj trochę potańczymy. Niedawno wróciłam z warsztatów i mam dla was parę nowości. Najpierw rozgrzewka – zarządziła wesołym tonem.

Nagle do środka wpadła zdyszana kobieta.

– Hej, Mariola. Znowu się spóźniłaś. – Marta pomachała przyjaźnie, widząc w drzwiach żonę swojego kuzyna Piotra. – Zaczęłyśmy bez ciebie.

Mariola zignorowała ją jednak i szybko podeszła do Joanny.

– Niech się pani ubiera – stwierdziła półgłosem z dziwną miną.

– Co się stało?

– Musi pani szybko wracać do domu. Chyba ma pani wyciszoną komórkę, bo na pewno już rodzina wydzwaniała.

– Wyłączyłam, bo mieliśmy próbę. O co chodzi?

– Kiedy przejeżdżałam obok domu pani siostry, zobaczyłam, jak zabiera ją karetka.

– Moją Jankę? – Joanna momentalnie zbladła.

– Tak. Pewnie rodzi.

– Jezus Maria! – przeraziła się. – Trzy tygodnie przed terminem? Tylko nie to! Nie po raz drugi!

Wybiegła w panice, trzaskając drzwiami.

* * *

A.D. 1918, miasteczko w pobliżu Radomia

– Matko! Wypuść mnie! – Przytłumiony chłopięcy głos mieszał się z łomotem walenia w drzwi. – Nie masz prawa mnie zamykać! Muszę spełnić obowiązek wobec ojczyzny! Matko!

Pomalowane na biało drzwi od sypialni trzęsły się pod ciosami silnych młodzieńczych pięści. Tuż obok framugi stała tęga kobieta w prostej czarnej sukni sięgającej do ziemi. Spoconymi dłońmi trzymała mosiężną klamkę.

– Walek, uspokój się w tej chwili! Nigdzie nie pójdziesz, słyszysz?! Wojna nie jest dla dzieci!

– Nie jestem dzieckiem! – Młody głos zatrząsł się z oburzenia. – Mam prawie siedemnaście lat i chcę się zaciągnąć! Nie zatrzymasz mnie! – Mocne kopnięcie szarpnęło zawiasami, ale drzwi nie puściły.

– Boże, mój Boże! – jęknęła kobieta z rozpaczą. – Za co to wszystko? – lamentowała, ściskając klamkę coraz mocniej. – Mąż zginął na służbie, pierworodny syn do wojska poszedł, a teraz jeszcze na to dziecko spadło szaleństwo. W kim znajdę oparcie?

– Co tu się dzieje? – Tubalny męski głos przywrócił ją do przytomności. – Cóż to za brewerie w moim domu?

– Szwagier! – Oderwała się od framugi i z nadzieją spojrzała na siwego mężczyznę, który pojawił się w przedpokoju. Nie czekała, aż zdejmie płaszcz i kapelusz. – Jak to dobrze, że szwagier już wrócił! – Rzuciła się ku niemu z wyciągniętymi rękami. – Może przemówisz do rozsądku temu wariatowi, bo mnie już całkiem sił brak. – Demonstracyjnie zawisła mu na ramieniu całym ciężarem swego korpulentnego ciała. – Może stryja posłucha, bo matkę własną, co mu życie poświęciła, za nic ma! Za nic! Samą mnie chce zostawić na tym świecie. Bez opieki! Boże, mój Boże! – desperowała.

Postawny mężczyzna z pewnym trudem podparł rozszlochaną kobietę, usiłując nie stracić równowagi.

– A powie mi Matylda, co się stało? Bo w tym harmidrze trudno pojąć.

– Walek chce do wojska uciekać, jak jego brat! Skaranie boskie z tymi chłopakami! Tylko im mundur pokazać i oczy honorem zamydlić, a już o matce swojej i siostrze nieletniej zapominają – wyrzekała rozemocjonowana. – Myślałam już stróża na pomoc wzywać, ale udało mi się Walka podstępem zamknąć w sypialni – tłumaczyła przejęta. – Jeśli szwagier nie pomoże, to już nie wiem, co będzie dalej.

Mężczyzna kulturalnie, ale stanowczo odsunął od siebie roztrzęsioną bratową.

– Ach, więc to taka sprawa – mruknął i spojrzał na zamknięte drzwi, zza których co jakiś czas dobiegały gniewne okrzyki młodego człowieka.

Wolnym ruchem zdjął płaszcz, jakby celowo opóźniał swoją interwencję. Przygładził włosy, z pewnym zniecierpliwieniem pociągnął się za siwy wąs, po czym znów popatrzył w stronę sypialni.

– Bratowa doskonale wie, że popieram ideały chłopców. Choć przyznaję, że takie zachowanie jest niedopuszczalne – dorzucił z potępieniem na odgłos kolejnego kopnięcia. – Tę zapalczywość dyktują im młodość i otwarte serca. Ale bez tego ojczyzny na nowo nie zbudujemy.

Kobieta załamała ręce.

– To już mi chyba przyjdzie iść na żebry w tej wolnej ojczyźnie, kiedy mnie tak synowie opuszczają! – jęknęła z rozpaczą. – Po to ich do szkół posyłałam? Po to sobie i córce od ust odejmowałam ostatnie kęsy, żeby wolę nieboszczyka mojego świętej pamięci wypełnić i przyszłość im zapewnić? Teraz na starość mam zostać bez opieki? – wpadła w histeryczne tony i zalała się łzami.

Mężczyzna pokręcił głową. Spokojnie objął bratową ramieniem i zaprowadził do salonu. Posadził ją na sofie, nalał do szklanki wody i w milczeniu poczekał, aż kobieta wypije zawartość.

– Niech się Matylda uspokoi i o nic nie martwi. Czy u mnie czegoś Matyldzie albo dzieciom brakuje? – spytał rzeczowo.

– Boże broń! – żachnęła się, pociągając nosem. – Ale jak długo szwagier zamierza nas, sieroty, utrzymywać? W tych okropnych czasach, kiedy los nasz taki niepewny.

– Niech Matylda nie narzeka, bo na naszych oczach dzieje się historia. I nic w tym dziwnego, że po tylu latach niewoli o granice naszej ojczyzny trzeba się upomnieć siłą. Naczelnik państwa wie, co robi – tłumaczył spokojnie.

– Naczelnik daleko, a puste garnki tuż obok. Samą ojczyzną brzucha się nie napełni. Czasy dla kupców nastały trudne. Niech szwagier nie zaprzecza! Czy pokój, czy wojna, skład apteczny w miasteczku zawsze był potrzebny, ale teraz i ceny, i konkurencja rosną jak grzyby po deszczu. Więc z czego żyć?

Mężczyzna już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale potok rozgorączkowanych słów płynął dalej.

– Z dobrego serca nas pod swój dach przygarnąłeś, ale nie możemy tak bez końca tu siedzieć. A przy okazji: mydła by szwagier przyniósł i proszku do zębów, bo się skończyły – dodała zupełnie innym tonem, ocierając mokry policzek wierzchem dłoni.

Widząc ten gest, sięgnął do kieszeni i podał jej haftowaną chusteczkę, po czym usiadł obok niej.

– Jesteście jedynymi krewnymi, jakich mam – powiedział. – I raz na zawsze proszę Matyldę, żeby takich głupstw nie wygadywała. – Pogroził jej palcem z żartobliwym uśmiechem. – Zostaniecie u mnie tak długo, jak zechcecie. W końcu to ja zarządzam spadkiem zmarłego brata i mam obowiązek się wami opiekować.

– Spadkiem! – parsknęła. – Wielki mi spadek. Mój nieszczęsny małżonek, dopóki żył, zapewniał nam godną egzystencję w leśniczówce, ale oszczędności po sobie wiele nie zostawił. Myślałam, że na pożytek synów je obrócę, wykształcenie dam. A teraz? Nieszczęście za nieszczęściem. – Machnęła ręką w stronę sypialni, krzywiąc się znowu.

– Zaraz się tym zajmę. – Mężczyzna podniósł się z sofy, w progu jednak przystanął. – Chciałem jednakże powiedzieć, że rozumiem i wielce szanuję zapał twoich chłopców – stwierdził. – I jestem z nich dumny. Dlatego wsparłem Wacława w jego decyzji. Da Bóg, twój najstarszy syn bezpiecznie do ciebie powróci już jako prawdziwy mężczyzna.

– Jakim cudem szwagier kupcem został, kiedy jest takim idealistą? – przerwała mu zirytowana. – Ja jestem matką i żadne wojny ukraińskie mnie nie obchodzą! Niech sobie prawdziwymi żołnierzami granic polskich bronią, a nie dziećmi. Mało, że mi jednego syna upartego zabrali, to teraz jeszcze drugiego mam oddać na śmierć? Niedoczekanie! Co mnie obchodzi jakiś Lwów?! W życiu tam nie byłam i nigdy nie będę! – złościła się.

Mężczyzna westchnął. Pokręcił głową niezadowolony.

– Niech Matylda takich rzeczy przy ludziach nie opowiada – zażądał stanowczo. – Galicja jest nasza, bo tak było przed zaborami i od wieków. Żyjemy w historycznych czasach, a to wymaga poświęceń. Ale… – uniósł dłoń, by powstrzymać kolejne pretensje. – Powiedziałem, że się tym zajmę. – Nie oglądając się już, ruszył do sypialni, w której od dłuższej chwili panowała cisza.

Przekręcił klucz w zamku. Gdy tylko wszedł do środka, Matylda zerwała się z sofy, na palcach zbliżyła się do półotwartych drzwi i nadstawiła uszu.

– Walerianie, powinieneś zostać surowo ukarany za tak grubiańskie względem matki zachowanie – usłyszała stanowczy głos szwagra. – Przebywasz w moim domu i już po raz kolejny jestem zmuszony przypomnieć ci, że obowiązują tutaj pewne zasady.

– Ale stryju…

– Od kiedy to młodzikowi wolno przerywać, gdy mówi do niego starsza osoba?

Przez moment w pokoju było cicho.

– Przepraszam – bąknął chłopak.

– Przeprosisz także matkę. Serce jej pęka, gdy się tak zachowujesz. To niedopuszczalne.

– Stryju!

– Posłuchaj mnie, Walerianie. – Głos mężczyzny złagodniał.

Zaszurało krzesło.

– Ja doskonale rozumiem twoje pobudki. Gdyby nie wiek, sam chętnie wziąłbym w tym udział, ale mam inne obowiązki. Ty także. Ojczyzna potrzebuje nie tylko obrońców. Już bardzo niedługo będą tu potrzebni młodzi wykształceni ludzie, którzy pomogą odbudować nasze państwo. Wacław naraża teraz swoje życie w wojsku, ale przed wyjazdem o coś cię prosił. Pamiętasz?

– Tak. – Odpowiedź chłopca była ledwie słyszalna.

– Zatem?

– Prosił, żebym zaopiekował się matką i siostrą.

– Tylko tyle?

– I żebym przekazał nasze nazwisko potomkom, jeśli jego zabraknie.

– No właśnie. Oboje z twoją matką wierzymy, że twój brat wróci cały i zdrów z tej wyprawy. Jest bystry i zawsze miał szczęście. Może nawet zostanie zawodowym żołnierzem? Dla niego to całkiem dobra kariera, jednak tobie pisana jest inna przyszłość. Zdolny z ciebie chłopak i trzeba to wykorzystać.

– Ale ja…

– Nie! Dość już tych dyskusji. – Krzesło znów zgrzytnęło po podłodze. – Poza wszystkim chyba niedokładnie czytałeś odezwy i rozkazy mobilizacyjne. Nawet gdybyś uciekł z domu, nikt cię do wojska nie przyjmie. Jesteś za młody.

– Za dwa miesiące kończę siedemnaście lat!

– I cóż z tego? Wojsku potrzeba karnych, mądrych obywateli, a nie buntowników. Kto nie umie słuchać poleceń, do wojska się nie nadaje. Zresztą tacy jak ty młodzi ochotnicy muszą przedstawić w komisji świadectwo moralności i zgodę rodziców, zanim ktokolwiek rozpatrzy ich zgłoszenie.

– Jak to?

– Tak właśnie. Znając twoją matkę, jestem pewien, że będziesz musiał jeszcze długo poczekać z tym zaszczytnym obowiązkiem. – W głosie mężczyzny dało się słyszeć rozbawienie. – A teraz wypełnisz swoją powinność wobec rodziny. Tak?

– Tak, stryju – burknął chłopak.

Kobieta stojąca za drzwiami odetchnęła z ulgą. Na palcach wróciła do salonu. Z triumfującym uśmiechem zasiadła na sofie, starannie wygładziła na kolanach czarną suknię, poprawiła włosy i przybrała zgnębioną minę, wyczekująco zerkając w głąb korytarza.

* * *

Czerwiec 2013 roku, Małopolska

Ciepły zapach świeżego chleba otoczył Joannę, gdy tylko weszła do piekarni. Kilka osób stojących w kolejce natychmiast wbiło w nią ciekawski wzrok.

– Pani Joasiu, jak dobrze, że panią widzę. – Właścicielka piekarni pomachała do niej zza głów klientek. – Proszę, proszę – zachęciła gestem – niech pani podejdzie. Nikt się nie obrazi, bo przecież wiadomo, że się pani spieszy do siostry do szpitala.

– Nie, dziękuję, nie trzeba – zaprotestowała cicho i ruszyła na koniec ogonka, jednak w tym momencie kolejka zafalowała.

Klientki cofnęły się posłusznie jak wyćwiczone wojsko, robiąc jej miejsce na samym przedzie. Ten ruch wywołał konsternację u Joanny. Dobrze wiedziała, o co im chodzi, ale nie miała ochoty na przesłuchanie przy licznej widowni. Ponieważ jednak wszystkie panie były od niej wyraźnie starsze, więc odruchowo poczuła się w obowiązku przyjąć ich gest za dobrą monetę. Jakoś nie wypadało upierać się przy swoim, skoro w ich mniemaniu wyświadczały jej grzeczność. Zresztą w tej sytuacji szybkie opuszczenie piekarni wydało się dobrym pomysłem.

– Dziękuję – mruknęła, zbliżając się do kasy.

– Ależ nie ma za co, pani Joasiu. Jak zwykle ten na zakwasie z ziarnami?

– Tak, poproszę dwa bochenki.

– A co tam u Janinki? Jak się czuje, biedulka? – wypytywała bez żenady właścicielka, wpychając chleb do maszyny krojącej. – Po takich przeżyciach musi być wyczerpana.

– Wszystko dobrze. Powoli wraca do sił – odparła Joanna ogólnikowo.

Bezwiednie przybrała miły wyraz twarzy, uśmiechając się uprzejmie, ale mało zachęcająco. Zacisnęła dłonie na portfelu, wpatrując się w hałasującą maszynę, jakby samym wzrokiem mogła przyspieszyć jej działanie. Była zdeterminowana, bo siostra wyraźnie ją prosiła, aby nie dawała okazji do wywoływania w miasteczku kolejnej sensacji.

W małej miejscowości niewiele dało się ukryć, a ponieważ Janina była pedagogiem w tutejszej szkole i musiała dbać o swoją opinię, irytowało ją, że w ostatnich latach ciągle krążyły jakieś plotki o ich rodzinie: rozprawiano a to o rozstaniu Asi z narzeczonym tuż przed ślubem, a to o ciężkiej chorobie ich ojca, a to o rozpaczy i depresji Janiny po stracie trzeciego dziecka.

Joasia w zasadzie przyznawała siostrze rację. Lubiła swoje miasteczko, w którym życie toczyło się wolno i w zgodzie z naturalnym biegiem rzeczy, jednak ostatnio coraz częściej zastanawiała się, co by było, gdyby kilka lat temu zgodziła się wyjechać z Tomkiem za granicę. Perspektywa wyrwania się choć na chwilę z dobrze znanych miejsc wydawała się jej bardziej nęcąca właśnie w takich chwilach jak ta w piekarni.

– Kiedy usłyszałam o tej karetce, mówię pani, tak się zdenerwowałam! – Z zamyślenia wyrwał ją głos piekarzowej. – Biedna Janinka. Drugie cesarskie cięcie w tak krótkim czasie to okropnie niebezpieczna rzecz! Dobrze, że chociaż dojechali na czas do szpitala.

„Skąd one to wiedzą? – zżymała się w myślach Joanna. – Wywiad jakiś mają czy co?”

Nie odpowiedziała jednak nic, tylko nadal się uśmiechała. Miała zamiar kupić jeszcze na śniadanie bułki dla małych siostrzenic, ale kiedy wyobraziła sobie, jak długo sprzedawczyni będzie wybierać pieczywo, zrezygnowała. Otworzyła portmonetkę i z banknotem w dłoni czekała, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę, bo maszyna właśnie kończyła krojenie drugiego bochenka.

– To mówi pani, że wszystko z nimi w porządku? A kiedy Mateusz przywiezie ich do domu?

– Jeszcze nie wiadomo. Muszą dokładnie zbadać malucha, więc zapewne w przyszłym tygodniu.

– Niech ją pani od nas serdecznie pozdrowi.

– Naturalnie. Ile płacę?

– Podobno pani Janina kazała ochrzcić dziecko zaraz po narodzinach – wtrąciła się do rozmowy jedna z klientek.

Joanna uniosła wolno dłoń i odgarnęła z oczu opadającą grzywkę.

– Owszem – przyznała niechętnie.

– To co teraz będzie z chrzcinami?

– Właśnie, po co się tak spieszyli? Przecież dziecko jest zdrowe – posypały się komentarze. – A może jednak nie?

W tym momencie szczęknęły drzwi i w progu stanęła Marta. Wystarczyło jej jedno spojrzenie na minę przyjaciółki, by w mgnieniu oka zrozumiała sytuację.

– O, tu jesteś! – oznajmiła radośnie. – Szukam cię po całym miasteczku. Płać i chodź szybko, bo mam sprawę.

Gdy znalazły się na rozświetlonym słońcem rynku, Joanna odetchnęła.

– Martusia, dzięki. Miałam już dość tego śledztwa.

– Nie przejmuj się tak bardzo, one to robią z życzliwości.

– Tak, tak. Znam twoje zdanie na ten temat. – Zaśmiała się Joasia. – Tylko że w ostatnich latach trochę za dużo tej publicznej życzliwości na mnie spadło. Jestem już zmęczona ciągłymi plotkami o mojej rodzinie.

– No wiesz, ja dzięki takiemu zainteresowaniu dostałam pracę w szkole, znalazłam miejsce w przedszkolu dla Uli i załatwiłam jeszcze parę innych spraw. Między swojakami człowiek zawsze lepiej się czuje, nawet jeśli to czasem wkurzające. Wierz mi, mówię szczerze, bo po kilku latach spędzonych w Warszawie tutaj czuję się jak w niebie.

Nagle z piętra jednej z kamieniczek otaczających niewielki rynek dobiegł je delikatny brzęk szyby.

– Pani Joasiu! Jedzie pani do siostry?– zawołała cienkim głosem jakaś kobieta.

Przyjaciółki podniosły wzrok. Z okna kamienicy tuż obok piekarni machała do nich żona miejscowego dentysty. Joanna westchnęła. Uniosła dłoń do czoła, aby osłonić oczy od blasku porannego słońca.

– Tak – odparła krótko.

– To proszę przekazać siostrze, że po moim Kubusiu zostało mnóstwo ubranek w idealnym stanie. Jeśli tylko będzie chciała, niech przyśle po nie męża, bo u mnie się marnują. I proszę ją pozdrowić ode mnie.

– Dobrze, pozdrowię.

– To nie przeszkadzam. Do widzenia! – Okno zamknęło się z brzękiem.

– Dziękuję! – krzyknęła Joanna, ale pani dentystowej już nie było.

– No widzisz – triumfowała Marta. – Są wścibscy, ale pomocni. Coś za coś. A jak się czuje mały Kacperek?

Na wspomnienie siostrzeńca Joanna od razu się rozpogodziła, bo zarówno maluch, jak i matka czuli się dobrze.

– Jest zupełnie zdrowy. Mówię ci, moja siostra jest taka rozanielona, że nie może od niego oczu oderwać i z tego szczęścia już na drugi dzień po porodzie zaczęła planować uroczyste chrzściny.

Marta się zdziwiła.

– Ale mówiłaś, że już został ochrzczony. W szpitalu.

– Tak, rozmawiałam o tym z proboszczem, bo też byliśmy trochę zdezorientowani. Myślałam, że trzeba będzie się ograniczyć do imprezy w domu, ale okazuje się, że Kościół przewiduje na takie okazje specjalny obrzęd. Janka zna szczegóły, bo oczywiście wszystko chce załatwić sama. Dostała jakiegoś szaleństwa, jak twoja mama w zeszłym roku na tym waszym zjeździe rodzinnym z Amerykankami.

– No to nie zazdroszczę – skomentowała nieco kąśliwie Marta. – A kiedy uroczystość?

– Chyba dwudziestego piątego sierpnia. Janka chce, żeby dziecko było silniejsze. No i musi wszystko zorganizować. Ja muszę tylko wymyślić jakiś świetny prezent.

– Będziesz chrzestną?

– Nie. Wystarczy, że obie bliźniaczki mają mnie za chrzestną. Janka chce znowu poprosić tę naszą kuzynkę z Warszawy, która miała być chrzestną poprzednio… – urwała niepewnie. – No wiesz. Nie chciałam jej tego odradzać, ale to trochę dziwny wybór.

– Dlaczego? To tylko dowód, że Janina zakończyła już żałobę po zmarłym synku. Teraz będzie się już czuła coraz lepiej. – Marta spojrzała przelotnie na zegarek. – Oj, przepraszam cię, ale muszę zaprowadzić Ulkę do przedszkola! – oznajmiła.

– Okej. Pogadamy później.

– Byłabym zapomniała! – Marta zawróciła. – Mam wielką prośbę. W sprawie tej wystawy w szkole, którą organizujemy z Teresą.

– O co chodzi? Mogę jakoś pomóc?

– Możesz. Widzisz, proboszcz bardzo mnie prosił, żeby mu już niczego nie znosić na plebanię – wyznała Marta z pewnym zażenowaniem. – Od kiedy Grabowski przyniósł mu do garażu prawie całe wyposażenie warsztatu rymarskiego, a ta z pasmanterii przywlokła jakąś drabinę po dziadku kominiarzu, proboszcz nie może wjechać do środka samochodem. A wiesz, jak dba o tego swojego poloneza.

– Wiem – zaśmiała się Joanna. – W zasadzie to także obiekt muzealny. Skąd właściwie wzięłaś ten pomysł z wystawą? Dyrekcja ci zleciła? – zainteresowała się.

– Nie, to w gruncie rzeczy inicjatywa Teresy. Niedawno sprzątaliśmy z ojcem nasz strych i znalazłam kilka sentymentalnych pamiątek z dzieciństwa, a kiedy przypadkiem wspomniałam o tym Teresie w pokoju nauczycielskim, natychmiast to podchwyciła. Stwierdziła, że to świetny pomysł na działanie z zakresu współpracy z lokalnym środowiskiem.

– Sprzątanie zagraconych strychów? Chętnie udostępnię wam mój własny – zaśmiała się Joasia.

– Chodzi o odnajdywanie zapomnianych pamiątek z przeszłości. Tereska zgłosiła to dyrekcji jako naszą wspólną propozycję. Chce się wykazać, bo obawia się o swój etat jak większość nauczycieli. Wiesz, znowu władze twierdzą, że jest niż demograficzny i zagęszczają klasy do wypęku. – Marta wzruszyła ramionami.

– Przecież wiem. A po co sprzątaliście strych? Planujecie remont? Jakiś dodatkowy pokój? – spytała Joasia, bo pomyślała, że może Adam zamierza się jednak sprowadzić do Marty i potrzebna im będzie dodatkowa sypialnia.

– No coś ty! Mama nas prosiła. Chciała odnaleźć resztę albumów, bo od kilku tygodni tworzy kronikę rodzinną dla Uleńki. Odnoszę wrażenie, że niepokoi się możliwością naszego powrotu do Warszawy i chce jak najwięcej przebywać z wnuczką. Ula jest naturalnie zachwycona pomysłem babci i gorliwie jej pomaga. Kleją, wycinają…

– Kronikę rodzinną? – Joannę niespodziewanie zaintrygował ten pomysł, ale myśl, która pojawiła się jej w głowie, szybko umknęła zagłuszona przez nagły ryk silnika.

Tuż obok nich z dużą prędkością przejechał błyszczący czerwony samochód. Pęd powietrza szarpnął powłóczystą sukienką Joanny.

– Świr – mruknęła, kichając, bo pył z ulicy dostał się jej do nosa. Przez chwilę patrzyła na auto znikające za rogiem, jakby coś ją zaniepokoiło, tylko nie rozumiała co. – No dobrze, Marta, ale mów, co to za prośba, bo przecież się spieszysz po Ulę. – Wróciła do tematu.

– Co? Ach, tak! O matko, jak już późno!

– To mów szybko!

– Bo widzisz, ani u Teresy, ani w domu moich rodziców nie ma gdzie tego wszystkiego trzymać, za mało miejsca. A ludzie ciągle coś przynoszą. Nie sądziłam, że będzie taki odzew.

– Oj, ty artystko! Miejscowi są pragmatyczni. Przecież niedługo wchodzi w życie ta reforma śmieciowa. Ludzie na wyścigi pozbywają się różnych rzeczy, zwłaszcza wielkogabarytowych. Potem musieliby długo czekać na wywóz.

– O cholera! O tym nie pomyślałam. Może to dlatego młody Kotlicki usiłował mi wcisnąć zardzewiałą pralkę Franię?

– Co?

– No autentycznie! Upierał się, że to przedpotopowy zabytek i że wyświadcza mi przysługę, oddając to szkole za darmo na wystawę. Uprzejmie mu wyjaśniłam, że wbrew jego osądowi ta pralka nie ma jeszcze stu lat, ale nie wyglądał na przekonanego.

Roześmiały się.

– Za to inni przynoszą świetne okazy, tylko już doprawdy nie wiem, gdzie je bezpiecznie ulokować. Dlatego pomyślałam o tobie. Masz przecież wielki strych i nawet kilka wolnych pokoi… – Marta umilkła, wpatrując się w przyjaciółkę znacząco.

– No dobrze. Nie wiem, co na to powie mama, ale postaram się jakoś rozlokować te twoje eksponaty. Tylko z góry uprzedzam, że jeśli ktoś mi wtoczy na podwórko wóz drabiniasty albo przytaszczy żurawia ze studni, to wystawię wszystkie te klamoty na ulicę – zagroziła Joasia z rozbawioną miną.

– Cały wóz, to może nie, ale kawałek… – mruknęła Marta.

– Co?!

– Nie panikuj! Po prostu Elwira przyniesie jakieś koło czy coś. Tak mi jakoś wspominała.

– No to super się zaczyna. – Joanna pokręciła głową.

– Bądź dobrej myśli. Muszę lecieć, bo już jestem okropnie spóźniona. Pa, Asiu.

* * *

Przy odgłosach sapania, stękania, a nawet cichych przekleństw mruczanych pod nosem stara skrzynia z wielkim trudem została wepchnięta w kąt strychu, zostawiając za sobą wyraźny ślad na zakurzonych deskach. Przy okazji mocne światło jarzeniówki wydobyło z mroków to, czego Joanna wolałaby nie zobaczyć: uciekające w popłochu pająki.

Odrapany kufer musiał być kiedyś ładnym przedmiotem, ręcznie malowanym w kolorowe wiejskie wzory, lecz niebieska, żółta i czerwona farba wyblakły z upływem czasu, a zardzewiałe okucia i odpryski uszkodzonego drewna dodatkowo świadczyły o jego wieku, ukrytym pod warstwą kurzu i pajęczyn, które przykleiły się do tyłu skrzyni.

– O matuśku! – jęknęła Joanna na ten widok i bezwiednie otrzepała ręce. – Teraz będę musiała zrobić tu generalne porządki!

– Czemu? – spytała umorusana Elwira, prostując się i ocierając wierzchem dłoni spocone czoło.

– Bo nie zasnę spokojnie, dopóki cały ten brud i wszystkie pająki nie znikną z mojego domu. – Otrząsnęła się z obrzydzeniem. – Fuj! Do głowy by mi nie przyszło, że jest tu tak brudno.

– Brudno? – zdumiała się Elwira. – Obie z Martą macie jakiegoś fisia na punkcie sprzątania. W porównaniu z moim strychem u ciebie to istny Wersal. Pudła, pudełeczka, skrzynki… Wszystko posegregowane jak w magazynie. Założę się, że sprzątałaś tu przed Wielkanocą.

– Zgłupiałaś? – spytała Joanna zupełnie życzliwym tonem. – Ostatnio chyba ze trzy lata temu, kiedy wynosiłam rzeczy po… – urwała nagle i posmutniała.

– Po swoim tacie? – domyśliła się Elwira współczująco.

Joanna tylko kiwnęła głową i szybko zmieniła temat.

– No dobra. Zrobiłyśmy tyle miejsca, ile się dało – stwierdziła, ocierając czoło. – Mam nadzieję, że zmieszczą się tu wszystkie eksponaty dla Marty. A przy okazji: co też ci przyszło do głowy, żeby przynosić jej koło od furmanki? Czy jest z nim związana jakaś historia?

Elwira odpowiedziała rozbawionym spojrzeniem. Nie miała czasu ani ochoty szarpać się z przekopywaniem wielkiego strychu w swoim domu, dlatego wybrała najprostsze rozwiązanie: wzięła pierwszy z brzegu stary przedmiot, który wydawał się jej na tyle pokaźny, by przyniesienie go sprawiało wrażenie, że się bardzo napracowała. Z pomocą nieco zdziwionego męża zniosła zatem ze strychu wielkie drewniane koło – zapewne od jakiejś dawno spróchniałej furmanki lub bryczki – które dziadek z niewiadomych powodów wepchnął na strych. Następnie zapakowała to do samochodu męża i kazała się przywieźć do Joanny. Zadowolona z siebie dała się nawet namówić na pomoc w przesuwaniu gratów u przyjaciółki. Miała wolne popołudnie i nigdzie się jej nie spieszyło.

– Nawet jeśli ten rupieć ma jakąś historię, nic o tym nie wiem – odparła, wzruszając ramionami. – A co właściwie jest w tej twojej skrzyni? Ciężka jak cholera!

– Głównie książki.

– Książki?

Joanna bez słowa podniosła wieko. W środku na samym wierzchu leżała mocno zużyta brązowa walizka z oderwaną rączką. Pod spodem można było zauważyć równiutko poukładane książki. Elwira odsunęła trochę walizkę i sięgnęła w głąb skrzyni.

– Po co wy to trzymacie? Białych kruków to tu na pewno nie ma. – Wzięła do rąk jeden tom oprawiony w bury papier, jakim okładano książki w peerelowskich bibliotekach.

– Zostaw – mruknęła Joanna, wyjmując jej z rąk powieść. – To Kraszewski. Babcia Danusia uwielbiała Kraszewskiego. Mówiła, że pięknie pisze o przeszłości.

– No błagam cię! Kraszewski? To straszna nuda.

– Ja też nie przepadam – wyznała Joanna z uśmiechem. – Wolę Sienkiewicza. Ale babcia gromadziła te tomy latami. Kiedy po jej śmierci sprzedawano dom w Starym Sączu, zabrałam całą jej biblioteczkę na pamiątkę. Niech leży.

– Twoja rodzina pochodzi ze Starego Sącza?

– Nie. Podlascy, czyli rodzina mojego taty, są tutejsi z dziada pradziada – wyjaśniła. – Ale mama urodziła się w Starym Sączu. Babcia Podlaska żartowała z taty, że Laszkę[4] sobie wziął za żonę zamiast miejscową Pogórzankę[5]. Niby niedaleko, ale zawsze „z innej wsi”, jak się mówiło.

– Masz tam jeszcze jakąś rodzinę? – zainteresowała się Elwira, bo fryzjerką została między innymi dlatego, że charakteryzowała się wrodzoną ciekawością i otwartością wobec ludzi.

– Wujek Edek tam został, ale on ma własny dom. Inni przeprowadzili się do Tarnowa i do Łodzi… Ach, to tutaj się schowały najstarsze albumy! – odkryła z radością Joanna, kiedy otworzyła walizkę.

Wewnątrz leżały kwadratowe woluminy w twardych bordowych okładkach.

– Szukałam ich kiedyś. Ten jest chyba najstarszy. – Joanna sięgnęła głębiej.

– Fajne. – Elwira bez pytania rozchyliła sztywne czarne kartki poprzedzielane półprzeźroczystą cieniutką bibułką. – Takie staroświeckie.

Na kartach albumu przyklejono nieco sfatygowane czarno-białe fotografie.

– Wiesz, właśnie przyszło mi do głowy, że bardzo dużo wiem na temat historii Podlaskich, ale o rodzinie mojej mamy nie za wiele. O, popatrz! To moja babcia Danusia, kiedy była całkiem małą dziewczynką. – Popukała palcem w staroświecką fotografię w kolorze sepii. – To jedyne ocalone zdjęcie z jej dzieciństwa. Miała jeszcze wtedy jasne włosy. Ja też byłam blondynką jako małe dziecko.

– Naprawdę?

– Tak. Nam wszystkim włosy ciemnieją z wiekiem. A to zdjęcie już dużo późniejsze, chyba ze Starego Sącza.

– To twoi wujkowie?

– Owszem. Ten chłopak jest najstarszy, więc pewnie to wuj Andrzej, ten mniejszy to Edward, a te dwa maluchy to ciocia Marysia i wujek Wacek.

– A to twoja mama?

– Tak. – Joanna uśmiechnęła się na widok małej rozczochranej dziewczynki. Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. – Wiesz co? Rodzice Marty robią dla wnuczki kronikę rodzinną. Może to jest pomysł na ciekawy prezent? Co o tym myślisz?

– Prezent?

– No wiesz, na chrzciny Kacperka. Chociaż nie, kronika to dużo roboty. A szkoda, bo byłabym oryginalna.

– No to… poproś Martę, żeby ci namalowała drzewo genealogiczne rodziny – zaproponowała Elwira. – Jedna babeczka u nas w salonie fryzjerskim opowiadała, że zamówiła takie coś przez internet, zdaje się, że z okazji jakiejś rocznicy. No co się tak gapisz?

– Elwira, jesteś genialna!

– Wiem – odparła kobieta z satysfakcją, potrząsając lokami.

Nagle z dołu rozległo się szczekanie.

– Cicho, Tofik! – krzyknęła Joanna i podniosła się z klęczek. – Chodź na dół na kawę, bo ten zwierzak nie da nam spokoju. Jest już głodny. Resztę zdjęć obejrzymy w kuchni.

Wyjęła albumy z walizki i już chciała zamknąć skrzynię, gdy Elwira wskazała palcem na podniszczone papierowe teczki leżące na dnie.

– A tam co trzymasz? Też zdjęcia?

Joanna otworzyła pierwszą z brzegu.

– E, to tylko stare świadectwa i jakieś dokumenty. – Machnęła ręką. – Moje, Janki i pewnie nawet rodziców. Kiedyś muszę znaleźć chwilę, żeby uporządkować te papierzyska. Ale raczej niczego ciekawego tu nie ma.

– To czemu tego po prostu nie wyrzucisz?

– Wyrzucić? Dokumenty? Przecież to kawał historii. – Zaskoczona Joanna spojrzała na przyjaciółkę z taką dezaprobatą, że Elwira aż parsknęła śmiechem.

– Jesteś taką samą wariatką jak Marta – śmiała się. – Do czego może ci się przydać na przykład świadectwo ze szkoły podstawowej twojej mamy? – spytała, biorąc do rąk papier z wierzchu.

– Zostaw – mruknęła Joanna. – Może kiedyś dzieci Janki będą ciekawe, jakie oceny dostawała ich babcia w szkole?

– Na pewno. – Elwira chichotała rozbawiona. – Daj, wezmę albumy i chodźmy już na tę kawę. A przy okazji sprawdzimy w internecie, jak wygląda sprawa z tymi wykresami rodowodów. Ja się zupełnie nie znam na genealogii. – Otrzepała pobrudzone kurzem dżinsy.

– Ja też nie bardzo, ale już widzę, że będę z tym mieć kłopot.

– Dlaczego?

– Bo w korzeniach drzewa genealogicznego najczęściej wpisuje się przodków z obu stron. Z dziadkami Podlaskimi nie będzie problemu, ale z babcią Danusią to już zupełnie co innego.

– Czemu?

– Bo zdaje się, że niewiele nam wiadomo o jej rodzinie. Mam tylko jakieś mgliste wspomnienia. Babcia Danusia przyjechała do Polski po wojnie prosto z robót w Niemczech z tą jedną walizką, w której leżały albumy – wyjaśniła, widząc pytające spojrzenie Elwiry. – Nie ocaliła praktycznie nic z rodzinnego domu, żadnych papierów. Nie wiem, czy uda mi się zidentyfikować wszystkich moich przodków po jej stronie.

– Czekaj, pogubiłam się. Mówiłaś, że ona pochodziła ze Starego Sącza.

– Nie. Mówiłam, że tam mieszkała i tam urodziły się jej dzieci. To dziadek był ze Starego Sącza. Babcię przywiózł sobie ze świata.

– To gdzie ona się w końcu urodziła?

– Babcia Danusia? We Lwowie.

* * *

A.D. 1920, wieś w pobliżu Lwowa

Zaskrzypiały drzwi chałupy. Młody chłopak wszedł do izby, tupiąc bosymi stopami. Rozejrzał się po ciepłej kuchni wypełnionej lekko kwaśnym zapachem fermentującego ciasta chlebowego.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – mruknął.

– Na wieki wieków – odparła gruba kobieta odwrócona do niego plecami.

Pochylała się właśnie nad dębową dzieżą i starannie wyskrobywała z niej resztki ciasta.

– Siadaj no, synuś – stęknęła. – Zjedz co, bo już słońce wysoko i do obory trza zajrzeć. Parobek wałkoni się ostatnio i trza go ciągle do roboty gonić. Miej na niego oko, bo jeszcze nam do wojska ucieknie.

– Przecież kulawy jest.

– A bo to zatrzyma jego? Do wojaczki go ciągnie.

– Dobrze, matko.

Ziewnął przeciągle, usiadł przy stole nakrytym pożółkłym obrusem i sięgnął po gliniany dzbanek ze zsiadłym mlekiem. Z chlupotem nalał sobie pełny kubek, rozpryskując wokół białe krople.

– Gdzie to ojciec? – spytał mrukliwie.

– A gdzieżby? W polu. Zboże i ziemniaki poszedł obejrzeć. Modlę się, żeby Bóg w tym roku zesłał nam trochę spokoju, bo trza zebrać z pól co bądź, nim znowu wojska zagony poniszczą. Inaczej na przednówku z głodu pomrzemy. – Kobieta wyprostowała się z pewnym trudem. Otarła pot z czoła przedramieniem, żeby nie ubrudzić się od dłoni oblepionych szarawym ciastem. – Każdy by ino z cudzej pracy brał i krzyczał, że mało dają, a robić nie ma komu. Przyszłyby te urzędniki z Warszawów zaorać pole bez koni, skoro je pobrali tak chętnie dla wojska! Ręki by potem po nasz chleb tak bez wstydu nie wyciągali – marudziła.

– Żołnierz też musi coś jeść. – Chłopak wzruszył ramionami.

– A mało to nam wzięli? Pół wsi przy kwaterunku[6] spustoszyli i tylko czekać, kiedy następni przyjdą. Swoich lękaj się, człowieku, bo ostatnią skibkę chleba zabiorą, band uzbrojonych się bój, bo podpalą, złodziei strzeż się, bo pomordują we śnie… Nijakiego porządku nie ma na tej ziemi, nie tak jak dawniej! – wyrzekała. – Ojciec wczoraj w gazetach wyczytał, że znowu jakaś ruchawka na miasto idzie. Ledwo z jednym jaki taki koniec nastał, to drugie nieszczęście przywloką.

– Gadają, że w mieście już szykują się do wojowania – potwierdził chłopak.

– To i nas nie ominie.

– Dobrze, że nasze chałupy na uboczu i blisko lasu. Jest gdzie odskoczyć.

Kobieta z resztki wyskrobanego ciasta uformowała mały bochenek i włożyła go do pustego słomkowego koszyka. Pozostałych kilka bochenków, ładnie wyrośniętych, leżało już w równym rzędzie na ławie pod ścianą.