WSPOMNIENIA POŚMIERTNE BRÁSA CUBASA - MACHADO DE ASSIS - ebook

WSPOMNIENIA POŚMIERTNE BRÁSA CUBASA ebook

Machado de Assis

0,0

Opis

Brás Cubas nie żyje. I to jest jego najlepsza cecha.
Zazwyczaj wspomnienia pisze się pod koniec życia. Brás Cubas idzie o krok dalej – pisze je po śmierci. Jako „nieboszczyk-autor” nie musi już nikomu schlebiać, ukrywać swoich romansów ani wstydzić się politycznych porażek. Zza grobu, z ironicznym uśmiechem i szklanką wirtualnego wina, serwuje nam opowieść o swoim życiu w XIX-wiecznym Rio de Janeiro.
Co znajdziesz w środku?
* Wielką miłość, która utknęła w konwenansach.
* Ambicje, które rozbiły się o... datę w kalendarzu.
* Filozofa-szaleńca, który uważa, że ból to tylko błąd w myśleniu.
* I przede wszystkim: najinteligentniejszy czarny humor w historii literatury.
Machado de Assis stworzył arcydzieło, które wyprzedziło swoją epokę o stulecie. To literacki rollercoaster – czasem zabawny do łez, czasem brutalnie szczery, a zawsze genialnie błyskotliwy.
„Pamiętniki pośmiertne Brása Cubasa” to książka dla tych, którzy wiedzą, że życie jest zbyt absurdalne, by traktować je poważnie – zwłaszcza gdy ma się je już za sobą.

„Największy pisarz, jakiego kiedykolwiek wydała Ameryka Łacińska”.
— Susan Sontag
„Arcydzieło epikurejskiej ironii”.
— The New York Times
„Machado to cud. Najjaśniejsza gwiazda na niebie XIX-wiecznej powieści”.
— Carlos Fuentes

Wydanie w nowym, bezpośrednim przekładzie z oryginału. Przetłumaczone z pasją, by oddać każde mrugnięcie okiem autora.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 201

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Joaquim Maria Machado de Assis

WSPOMNIENIA POŚMIERTNE BRÁSA CUBASA

DEDYKACJA

ROBAKOWI,

KTÓRY JAKO PIERWSZY DORWAŁ SIĘ DO ZIMNEGO MIĘSA MOICH ZWŁOK,

DEDYKUJĘ NA PAMIĄTKĘ NASZEGO SPOTKANIA TE WSPOMNIENIA POŚMIERTNE

DO CZYTELNIKA

Stendhal przyznał kiedyś, że napisał jedną ze swoich książek dla setki czytelników. To zdumiewające i nieco smutne. Mnie jednak nie zdziwi (i pewnie nikogo nie zmartwi), jeśli ta książka nie znajdzie nawet połowy tej grupy. Może przeczyta ją dziesięć osób? A może tylko pięć.

To fakt – to dzieło jest specyficzne. Ja, Brás Cubas, wybrałem luźną formę, ale wymieszałem ją z porządną dawką pesymizmu. Możliwe, że przesadziłem. Cóż, to w końcu książka zmarłego. Pisałem ją piórem maczanym w żarcie i atramentem z melancholii – łatwo zgadnąć, co z takiej mieszanki wyszło. Poważni ludzie uznają, że to zwykłe czytadło, a fani lekkich romansów nie znajdą tu tego, czego szukają. I tak oto moja książka zostaje bez wsparcia jednych i drugich.

Mimo to liczę, że kogoś jednak do siebie przekonam. Moja metoda? Unikać długich i nudnych wstępów. Najlepszy wstęp to taki, który mówi mało i konkretnie. Dlatego daruję sobie opisywanie tego niezwykłego procesu, w jaki sposób spisałem te wspomnienia, będąc już „po tamtej stronie”. Byłoby to ciekawe, ale za długie i w sumie niepotrzebne, by zrozumieć samą historię. Książka broni się sama: jeśli ci się spodoba, drogi czytelniku, uznam, że moja praca miała sens. Jeśli nie – cóż, pstryczek w nos i żegnam.

Brás Cubas

ROZDZIAŁ I: ŚMIERĆ AUTORA

Przez chwilę zastanawiałem się, czy zacząć te wspomnienia od początku, czy od końca. Czyli: najpierw narodziny czy śmierć? Choć zwykle zaczyna się od urodzin, wybrałem inną drogę z dwóch powodów. Po pierwsze: nie jestem zwykłym autorem, który zmarł, ale zmarłym, który został autorem – dla którego grób stał się nową kołyską. Po drugie: taki układ wydał mi się po prostu ciekawszy i świeższy. Mojżesz też opisał swoją śmierć, ale umieścił ją na końcu, a nie na wstępie. To zasadnicza różnica między moją książką a Biblią.

Skoro to wyjaśniliśmy: wyzionąłem ducha o drugiej po południu, w piątek, w sierpniu 1869 roku, w mojej pięknej posiadłości w Catumbi. Miałem 64 lata, byłem w dobrej formie (jak na kogoś, kto właśnie umiera), byłem singlem i miałem na koncie sporą sumkę. Na cmentarz odprowadziło mnie jedenastu przyjaciół. Tylko jedenastu! Ale uczciwie przyznam: nie było żadnych ogłoszeń w prasie ani zaproszeń. Do tego padało – taka drobna, upierdliwa mżawka, tak smutna, że jeden z moich wiernych druhów poczuł wenę i palnął nad moim grobem taką mowę:

„Panowie, wy, którzy go znaliście, możecie potwierdzić: sama natura płacze po stracie tak wspaniałego człowieka! To niebo, te ciemne chmury, ten deszcz – to szczery ból świata, który cierpi po odejściu naszego wybitnego przyjaciela!”

Dobry, lojalny kumpel! Nie żałuję tych pieniędzy, które zapisałem mu w spadku. I tak właśnie dobiłem do końca; ruszyłem w stronę tego „nieodkrytego kraju” z Hamleta, ale bez lęku i rozterek młodego księcia. Szedłem powoli i ociężale, jak ktoś, kto wychodzi z teatru bardzo późno. Późno i nieco znudzony.

Patrzyło na mnie dziewięć, może dziesięć osób. Były wśród nich trzy kobiety: moja siostra Sabina, jej córka (prawdziwy skarb) oraz... no dobrze, miejcie cierpliwość. Za chwilę powiem wam, kim była ta trzecia dama. Na razie wiedzcie tylko, że ta tajemnicza kobieta, choć niespokrewniona, cierpiała po mnie bardziej niż rodzina. Naprawdę. Nie mówię, że rozdzierała szaty czy rzucała się na ziemię w konwulsjach. Moja śmierć nie była aż tak dramatyczna – facet po sześćdziesiątce, który umiera jako kawaler, to raczej nie materiał na wielką tragedię. A nawet gdyby tak było, jej nie wypadało tego pokazywać. Stała przy łóżku z pustym wzrokiem i otwartymi ustami, jakby nie mogła uwierzyć, że to naprawdę koniec.

„Nie żyje! Nie żyje!” – powtarzała w myślach.

Jej wyobraźnia poleciała daleko wstecz, do czasów naszej młodości... Ale zostawmy ją teraz. Wrócimy do tego później, kiedy sam cofnę się do moich młodzieńczych lat. Teraz chcę umrzeć spokojnie, zgodnie z planem: słuchając szlochu kobiet, cichych rozmów mężczyzn, deszczu bębniącego o liście w ogrodzie i dźwięku ostrzonej u sąsiada brzytwy. Przysięgam wam, że ta „orkiestra śmierci” była o wiele przyjemniejsza, niż mogłoby się wydawać. W pewnym momencie zrobiło się wręcz błogo. Życie pulsowało mi w piersi jak morska fala, traciłem przytomność, nieruchomiałem i czułem, jak moje ciało staje się rośliną, kamieniem, błotem... aż w końcu stało się nicością.

Zabiło mnie zapalenie płuc. Ale jeśli powiem wam, że tak naprawdę przyczyną mojej śmierci nie była choroba, a pewna genialna i pożyteczna idea, pewnie mi nie uwierzycie. A jednak to prawda. Pozwólcie, że krótko to wyjaśnię. Oceńcie sami.

ROZDZIAŁ II: PLASTRY

Pewnego ranka, gdy spacerowałem po ogrodzie, w mojej głowie nagle pojawił się pomysł. I to jaki! Zaczął fikać koziołki, wyczyniać akrobacje i tak bardzo wiercić mi dziurę w brzuchu, że nie mogłem przestać o nim myśleć. Nagle ten pomysł stanął przede mną jak wielki znak zapytania: „Rozgryź mnie albo cię wykończę!”.

Tym pomysłem był wynalazek genialnego leku: Plastra przeciw hipochondrii, który miał przynieść ulgę naszej pogrążonej w melancholii ludzkości W oficjalnym piśmie do rządu podkreślałem, jaki to szczytny i chrześcijański cel. Przed przyjaciółmi nie ukrywałem jednak korzyści finansowych, jakie z pewnością przyniosłaby sprzedaż produktu o tak szerokim i zbawiennym działaniu.

 Ale teraz, skoro jestem już po drugiej stronie, mogę być szczery: najbardziej kręciło mnie to, że zobaczę w gazetach, na witrynach i na każdym rogu wielki napis: PLASTRY BRÁSA CUBASA.

Po co kłamać? Kochałem szum wokół siebie, transparenty i fanfary. Skromni ludzie pewnie mnie za to potępią, ale ci ambitni doskonale mnie zrozumieją. Mój pomysł miał dwie strony: jedną dla ludzi (pomoc i zysk), a drugą tylko dla mnie – pragnienie sławy. Nazwijmy to miłością do chwały.

Mój wujek, ksiądz, zawsze powtarzał, że pogoń za ziemską sławą to prosta droga do zatracenia. Na co drugi wujek, wojskowy, odpowiadał, że chęć bycia sławnym to najbardziej ludzka rzecz na świecie.

Sami zdecydujcie, który miał rację. Ja wracam do plastrów.

ROZDZIAŁ III: GENEALOGIA

Skoro wspomniałem o wujkach, nakreślę wam krótko historię mojej rodziny.

Wszystko zaczęło się od niejakiego Damiana Cubasa w XVIII wieku. Z zawodu był bednarzem (robił beczki). Pewnie umarłby w biedzie i zapomnieniu, gdyby tylko tym się zajmował. Ale nie – zajął się rolnictwem, sadził, zbierał, zarabiał ciężkie pieniądze i zostawił niezły majątek synowi, Luísowi. Od Luísa tak naprawdę zaczyna się historia naszych przodków, do których rodzina oficjalnie się przyznaje. Bo wiecie, Damian był tylko rzemieślnikiem, a Luís studiował na prestiżowym uniwersytecie, robił karierę w państwie i kumplował się z wicekrólem.

Ponieważ nazwisko „Cubas” (Beczka) zbyt mocno kojarzyło się z warsztatem bednarskim, mój ojciec wymyślił bajeczkę. Twierdził, że to nazwisko nadano pewnemu rycerzowi, który podczas wypraw w Afryce dokonał wielkiego czynu. Mój ojciec miał wyobraźnię – uciekł od robienia beczek dzięki zgrabnemu kłamstwu. Był dobrym człowiekiem, naprawdę godnym i lojalnym, choć miał swoje za uszami (ale kto nie ma?). Zanim jednak wymyślił historię o rycerzu, próbował po prostu „podpiąć się” pod słynnego odkrywcę o tym samym nazwisku. Prawdziwa rodzina tamtego Brása Cubasa jednak go wyśmiała, więc ojciec musiał wrócić do swojej legendy o afrykańskich przygodach.

Wciąż żyje kilku członków mojej rodziny, na przykład moja siostrzenica Venância – prawdziwa gwiazda salonów. Żyje też jej ojciec, Cotrim, facet, który... Ale nie uprzedzajmy faktów. Skończmy najpierw z tymi plastrami.

IV. FIX IDEE

Moja idea, po tych wszystkich fikołkach w głowie, stała się moją obsesją – fix idee. Czytelniku, niech cię Bóg broni przed taką myślą, co nie daje spokoju; lepszy już piasek w oku. Spójrz na Cavour’a: zabiła go obsesja na punkcie zjednoczenia Włoch. Bismarck co prawda przeżył, ale historia to kapryśna dama. Raz robi z kogoś głupca, a raz bohatera, by po latach jakiś profesor udowodnił, że było dokładnie na odwrót.

Niech żyje więc historia, która jest tak zmienna, że dopasuje się do wszystkiego. Wracając do obsesji: to ona tworzy albo wielkich ludzi, albo szaleńców. Ci, którzy nie mają w głowie jednej, mocnej myśli, zostają tylko tłem.

Moja idea była stała jak... no właśnie, co na tym świecie jest naprawdę stałe? Może piramidy? Nieważne, wybierz sobie porównanie, jakie chcesz, tylko nie kręć nosem, że jeszcze nie zacząłem właściwej akcji. Zaraz do niej dojdziemy. Wiem, że wolisz anegdoty od filozofowania, jak każdy czytelnik. Ale muszę zaznaczyć: tę książkę piszę bez pośpiechu. To dzieło kogoś, kto już nie musi się ścigać z czasem. To filozofia na luzie – raz poważna, raz kpiąca. Coś więcej niż zwykły zabijacz czasu, ale mniej niż życiowa misja.

Więc wyprostuj nos i wróćmy do plastrów. Zostawmy wielką historię historykom. Nikt z nas nie walczył pod Salaminą. Ja, jeśli już myślę o kimś takim jak Cromwell, to tylko dlatego, że pewnie tą samą ręką, którą zamykał parlament, wciskałby Anglikom moje Plastry Brása Cubasa. Nie śmiejcie się z tego połączenia apteki i polityki. Często to właśnie te małe, prywatne interesy przeżywają wielkie idee i imperia.

V. POJAWIA SIĘ KOBIETA

W samym środku prac nad moim genialnym wynalazkiem dopadł mnie przeciąg. Rozchorowałem się, ale zbagatelizowałem sprawę. W głowie miałem tylko plastry – obsesję szaleńca i wizjonera. Widziałem siebie, jak unoszę się ponad tłumem ku niebu niczym nieśmiertelny orzeł. Kto by się przejmował jakimś kłuciem w boku przy takim widoku? Następnego dnia było gorzej. Zacząłem się leczyć, ale na pół gwizdka, bez ładu i składu. I tak oto trafiłem do wieczności. Już wiecie, że zmarłem w pechowy piątek i sądzę, że udowodniłem: zabił mnie mój własny wynalazek.

A mogłem przecież dożyć setki, być okazem zdrowia i lądować w gazetach jako rekordzista długowieczności. Miałem krępą budowę i siłę. Ale wystarczy jeden podmuch wiatru, który jest skuteczniejszy niż wszystkie ludzkie plany, i po wszystkim. Taki już los człowieka.

Z tą myślą pożegnałem się z kobietą – może nie najmądrzejszą, ale na pewno najpiękniejszą w tamtych czasach. To ta sama tajemnicza dama z pierwszego rozdziału. Miała wtedy pięćdziesiąt cztery lata i była „imponującą ruiną”. Wyobraźcie sobie: kochaliśmy się wiele lat wcześniej. I nagle pewnego dnia, gdy leżę już schorowany, widzę ją w drzwiach mojej sypialni...

VI. KTO BY POMYŚLAŁ? KTO BY UWIERZYŁ?

Widzę ją w progu sypialni: blada, poruszona, cała w czerni. Przez minutę nie miała odwagi wejść, może przez obecność innego mężczyzny, który u mnie siedział. Patrzyłem na nią z łóżka, nie mogąc wydusić słowa. Nie widzieliśmy się dwa lata. Teraz widziałem ją nie taką, jaka była, ale taką, jaką zapamiętałem. Czas jakby cofnął się do naszych młodych lat. Ta garść prochu, którą śmierć miała zaraz rozsiać w nicości, okazała się silniejsza niż czas. Zwykła nostalgia zadziałała lepiej niż jakakolwiek kuracja odmładzająca.

Wierzcie mi: wspomnienia to jedyna pewna rzecz. Nie ufajcie chwilowemu szczęściu, bo zawsze jest w nim jakaś kropla goryczy. Prawdziwa przyjemność przychodzi dopiero po czasie, gdy ból mija i zostaje sama słodka iluzja.

Wizja nie trwała długo – rzeczywistość szybko wzięła górę. Może kiedyś wyłożę wam moją teorię o „ludzkich wydaniach”. Na razie ważne jest to, że Virgília – tak miała na imię – weszła do pokoju z powagą godną swoich lat i podeszła do łóżka. Obcy mężczyzna, który odwiedzał mnie codziennie, by nudzić o giełdzie i nowych liniach kolejowych (świetne tematy dla umierającego!), w końcu wyszedł. Zostaliśmy sami.

Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Kto by pomyślał? Z dwóch wielkich kochanków, z tej szalonej namiętności, po dwudziestu latach nie zostało prawie nic. Tylko dwa serca zmęczone życiem i nim nasycone. Virgília wciąż była ładna, ale była to uroda dojrzała, niemal matczyna. W jej ciemnych włosach pojawiały się pierwsze srebrne nitki.

– Odwiedzasz nieboszczyków? – zapytałem.

– Jakich tam nieboszczyków! – prychnęła, ściskając moją dłoń. – Przyszłam sprawdzić, czy nie udajesz.

Jej głos był ciepły i słodki, choć już nie tak zalotny jak dawniej. Usiadła. Byłem w domu sam z pielęgniarzem, więc mogliśmy rozmawiać swobodnie. Virgília zaczęła mi opowiadać, co słychać w świecie – robiła to czarująco, doprawiając wszystko szczyptą złośliwych plotek. Ja, stojąc nad grobem, czułem diabelską satysfakcję z wyśmiewania tego świata, wmawiając sobie, że wcale nie żal mi go opuszczać.

– Co ty wygadujesz! – przerwała mi trochę zła. – Nie strasz śmiercią, bo więcej nie przyjdę. Każdy z nas kiedyś umrze, to norma.

Spojrzała na zegarek: – Jezu, już trzecia! Muszę lecieć.

– Już?

– Tak, wpadnę jutro albo pojutrze.

– Nie wiem, czy wypada – zażartowałem. – Chory to stary kawaler, w domu nie ma żadnej przyzwoitej kobiety...

– A twoja siostra?

– Będzie dopiero w sobotę.

Virgília pomyślała chwilę i wzruszyła ramionami:

– Jestem już stara! Nikt na mnie nie zwraca uwagi. Ale żeby nie było plotek, przyjdę z Nhonhô.

Nhonhô był jej dorosłym synem, który jako pięciolatek nieświadomie „pomagał” nam w naszych potajemnych spotkaniach. Przyszli dwa dni później. Przyznam, że poczułem się głupio, widząc ich obu w mojej sypialni. Virgília od razu mnie przejrzała.

– Nhonhô, nie przejmuj się tym marudą. Milczy, żebyśmy myśleli, że naprawdę umiera – zaśmiała się.

Wszyscy zaczęliśmy żartować. Virgília była spokojna, uśmiechnięta, wyglądała jak ucieleśnienie niewinności. Żadnego podejrzanego spojrzenia, nic, co mogłoby nas zdradzić. Ta jej kontrola nad sobą była niesamowita. Kiedy rozmowa zeszła na temat jakiegoś innego nielegalnego romansu w towarzystwie, Virgília z pogardą potępiła tamtą kobietę. Jej syn słuchał tego z dumą, a ja zastanawiałem się w duchu, co by o nas powiedziały drapieżne ptaki, gdyby umiały mówić...

I wtedy zaczął się mój odlot.