Wspólny dom - Joan Elliott Pickart - ebook

Wspólny dom ebook

Joan Elliott Pickart

4,0

Opis

Cedar, lekarka, która wyspecjalizowała się w psychologii dziecięcej, wie, że nie wystarczy pomóc dziecku; trzeba również wesprzeć jego rodzinę. Potwierdza to przypadek siedmioletniego osieroconego Joeya i Marka, jego wuja i jedynego opiekuna. Terapia sprawia, że przerażony, zamknięty w sobie chłopiec przerywa milczenie, a Mark zaczyna rozumieć, że praca nie może całkowicie wypełniać życia. Pewnego dnia odkrywa, że żywi dla Cedar nie tylko wdzięczność…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 255

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (30 ocen)
13
7
6
4
0

Popularność




Joan Elliott Pickart

Wspólny dom

Toronto • Nowy Jork • Londyn 

Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg 

Madryt • Mediolan • Paryż 

Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa

Harlequin.Każda chwila może być niezwykła.

Czekamy na listy Nasz adres:

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 

00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21

Tytuł oryginału: Home Again 

Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 2005 

Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska 

Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Żywolewska 

Korekta: Agnieszka Janowska

© 2005 by Joan Elliott Pickart

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Orchidea są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 

00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona

ISBN 978-83-238-5034-2

Indeks 378577

ORCHIDEA – 138

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Wstęp

KOCHANY PUNCHO!

CHCIAŁBYM SIĘ ZAWSZE UŚMIECHAĆ I BYĆ TAKI SZCZĘŚLIWY JAK TY. JESTEM SMUTNY, BO MOJA MAMA I TATA JECHALI KIEDYŚ SAMOCHODEM I SĄ TERAZ ANIOŁAMI W NIEBIE, A JA STRASZNIE ZA NIMI TĘSKNIĘ. WUJEK MARK JEST NAWET FAJNY, TYLKO CZASAMI SIĘ WŚCIEKA, ALE RZADKO. ZA TO CEDAR JEST NAPRAWDĘ SUPER I MOGLIBYŚMY BYĆ FAJNĄ RODZINĄ. TYLKO NIE WIEM, CZY ONI CHCĄ. MOŻE MÓGŁBYŚ COŚ ZROBIĆ, ŻEBYŚMY ZAMIESZKALI WSZYSCY RAZEM I ŻEBYM JUŻ WIĘCEJ NIE BYŁ SAM NA ŚWIECIE?

TWÓJ PRZYJACIEL

JOEY

Rozdział 1

Doktor Cedar Kennedy spojrzała na zegarek i zmarszczyła brwi z dezaprobatą. Umówiony pacjent spóźniał się już kwadrans. Przypomniawszy sobie, że została w biurze sama, wstała z fotela i zaniosła do sekretariatu plik świeżo uaktualnionych dokumentów. Jej asystentka, Bethany wyszła tego dnia nieco wcześniej. Spieszyła się na umówioną wizytę u dentysty.

Cedar usiadła za jej biurkiem w recepcji i zaczęła kartkować oprawiony w skórę terminarz. Sprawdziła harmonogram wizyt na kolejny dzień i miała właśnie zamknąć zeszyt, gdy drzwi wejściowe otworzyły się z impetem i stanął w nich postawny mężczyzna.

Od razu rzucił jej się w oczy jego ponadprzeciętny wzrost. Wyblakła koszula w kratę opinała mu się na szerokich barach, jakby miała za chwilę pęknąć w szwach. Niesamowicie długie umięśnione nogi odziane były w przykurzone dżinsy i ciężkie robocze buty. Twarz… o matko, co za rysy! Nieregularne, ale jakże niebywale męskie! Silnie zarysowana szczęka, lekki zarost na podbródku… Gęste czarne włosy rozpaczliwie domagały się strzyżenia. Niepospolicie ciemne oczy omiotły pospiesznie pomieszczenie, by w końcu spocząć na Cedar, która spokojnie taksowała nowo przybyłego.

Trochę nieokrzesany, ale całkiem przystojny typ, oceniła, gdy podszedł bliżej. Hm, nawet bardzo przystojny. I bardzo spóźniony. Miała zamiar jasno dać mu do zrozumienia, że punktualność jest dla niej sprawą najwyższej wagi.

– Pan Chandler? – upewniła się, wstając z krzesła.

– Tak, Mark Chandler.

Doskonały głos, przemknęło jej przez myśl. Niski, nieco szorstki, a przy tym donośny – w sam raz dla mężczyzny tak słusznej postury.

Mark zerknął ukradkiem w głąb biura.

– Jestem trochę spóźniony – odezwał się konspiracyjnym szeptem. – Mam nadzieję, że ta lekarka nie ma obsesji na punkcie punktualności? – Odczytał imię z plakietki na biurku. – Sama rozumiesz, Bethany, nie chciałbym zaczynać znajomości od zgrzytów. Nie mogę jej się narazić na samym wstępie. Znalazłem się w podbramkowej sytuacji i rozpaczliwie potrzebuję pomocy pani doktor. – Otrzepał energicznie nogawki spodni, wzbijając przy tym olbrzymi tuman kurzu. -Pewnie nie będzie zachwycona moją garderobą. Przyniosłem na sobie tonę pyłu z budowy. Nie zdążyłem niestety wpaść do domu, żeby się umyć i przebrać.

Cedar z trudem poderwała do góry głowę. Odruchowo powędrowawszy wzrokiem za jego dłońmi, od dłuższej chwili wpatrywała się jak urzeczona w potężne uda mężczyzny. W życiu nie widziała u nikogo tak umięśnionych nóg. No, chyba że u kulturystów w telewizji.

Mark tymczasem wyprostował się i mimowolnie przeczesał palcami włosy, typowo męskim, zmysłowym gestem, który niejedną kobietę przyprawiłby o żywsze bicie serca.

Może i niejedną, ale na pewno nie mnie, stwierdziła z zadowoleniem Cedar. Zdążyłam się już uodpornić na męskie wdzięki… albo tak mi się tylko wydaje.

– Myślę… – urwała gwałtownie, nie rozpoznając ochrypłego skrzeku, który, o zgrozo, wydobywał się z jej własnego gardła.

– Nie miałem jeszcze nigdy do czynienia z psychiatrą. Podobno większość z nich kiwa tylko głową i potakuje, mamrocząc „mhm”. Martwię się, że doktor Kennedy będzie strasznie sztywna i zasadnicza. Rany, zupełnie nie pasuję do tego miejsca, ale co robić, jestem naprawdę zdesperowany. Poradzisz mi, jak najlepiej do niej dotrzeć? Wygląda na to, że jest dla mnie ostatnią deską ratunku.

– Mhm – mruknęła Cedar. Nie potrafiła odmówić sobie tej małej przyjemności. – Osobiście uważam, że doktor Kennedy nie jest ani trochę sztywna, panie Chandler. – Spojrzała na niego wyniośle. – Jeśli zaś chodzi o pańskie pytanie, proponuję, żeby przeprosił pan za spóźnienie i zapewnił, że na kolejne wizyty będzie się pan stawiał punktualnie. To powinno wystarczyć.

– Dobra, raz kozie śmierć. Powiedz pani Freud, że już dotarłem.

– Pani Freud? – Cedar otworzyła oczy ze zdziwienia. -Doktor Kennedy jest psychologiem, panie Chandler, nie psychiatrą – sprostowała zdegustowana.

– A co to za różnica? – Westchnął ze znużeniem. – Boże, ależ jestem skonany! Miałem wyjątkowo ciężki dzień w robocie. Jestem zmęczony, głodny i muszę się umyć, więc miejmy to jak najszybciej za sobą.

– Ależ naturalnie! Uchowaj Boże, żebyśmy niepotrzebnie pana przetrzymywały. Skoro wreszcie zaszczycił nas pan swoją obecnością, zostanie pan obsłużony ekspresowo. Oszczędność czasu to nasza podstawowa dewiza. Powinien pan to sobie zapamiętać.

– Oj, coś mi się zdaje, że ty też miałaś zły dzień. Co? Bethany? Nie jesteś dziś przesadnie uprzejma. Atrakcyjna z ciebie kobieta, ale założę się, że byłabyś jeszcze ładniejsza, gdybyś się od czasu do czasu uśmiechnęła.

– Proszę za mną. – Zignorowała jego uwagę i ruszyła do gabinetu.

– Gdziekolwiek rozkażesz, nawet do piekła – zażartował i natychmiast poczuł się niezręcznie, bo wyniosła recepcjonistka obejrzała się przez ramię i niemal wgniotła go wzrokiem w podłogę.

Całkiem niezła, pomyślał, przyglądając jej się bez skrępowania. Dziewczyna miała krótkie, lekko kręcone blond włosy, delikatne rysy i zmysłowe niebieskie oczy. Granatowe spodnie i bladobłękitny sweter nie były w stanie skutecznie zasłonić jej ponętnych kształtów. Mark gołym okiem dostrzegał ukryte pod eleganckim strojem apetyczne krągłości. Wszystkie dokładnie tam, gdzie trzeba. Mniam, mniam. Bardzo fajna babka z tej Bethany, tylko trochę antypatyczna.

Przestąpili próg przestronnego, praktycznie umeblowanego gabinetu. Sekretarka wskazała ręką jedno z dwóch pustych krzeseł. Mark rozsiadł się wygodnie, zakładając nogę na nogę. Dziewczyna spojrzała na niego przeciągle, po czym zajęła miejsce w wysokim skórzanym fotelu za biurkiem.

– Panie Chandler – odezwała się, splótłszy dłonie na leżącej przed nią teczce. – Nazywam się Cedar Kennedy. Proszę, żeby na następne spotkania przychodził pan punktualnie. Przykro mi, jeśli brzmi to trochę zasadniczo.

– No, nie… – jęknął Mark, zaciskając powieki. – Więc nie jest pani recepcjonistką?

– Nie.

– Mogła pani coś powiedzieć, zanim zrobiłem z siebie kompletnego idiotę.

– Szczerze mówiąc… tak świetnie panu szło, że nie miałam serca psuć zabawy.

– W porządku. – Uniósł pojednawczo ramiona. – Zacznijmy wszystko od nowa. Przepraszam za spóźnienie. To się więcej nie powtórzy. Przykro mi, że roznoszę kurz z budowy po pani nieskazitelnie czystym biurze. Zapewne zresztą nie ostatni raz. Moja lekarz rodzinna, doktor Gibson, poleciła mi panią jako najlepszą specjalistkę. Pomoże mi pani?

Cedar usiadła wygodniej w fotelu i uśmiechnęła się ciepło.

– Postaram się. Proszę powiedzieć, co pana do mnie sprowadza. Pozwoli pan, że będę robiła notatki. W ten sposób… Co się stało? Coś nie w porządku? Dziwnie mi się pan przygląda. Wyrosły mi nagle wąsy?

– Słucham? Przepraszam, nie zdawałem sobie sprawy, że się tak bezczelnie gapię. Miałem rację, mówiąc, że byłaby pani jeszcze ładniejsza, gdyby się pani uśmiechała. Co tam ładniejsza, zwyczajnie piękna. Uśmiech zupełnie zmienia pani twarz. Nawet oczy zaczynają pani błyszczeć. Nigdy nie widziałem, żeby komuś tak lśniły oczy. A może nosi pani szkła kontaktowe?

– Nie, nie noszę – odparła, czując na policzkach wykwitający powoli rumieniec.

Zazwyczaj komplementy nie robiły na niej tak piorunującego wrażenia. To doprawdy niedorzeczne, zbeształa się w duchu, nieprofesjonalne i zupełnie do mnie nie podobne. Ten kipiący testosteronem osiłek za bardzo na mnie działa. Trzeba zdusić zagrożenie w zarodku i jak najszybciej przejąć kontrolę nad sytuacją. Pacjentów należy traktować aseksualnie. Tak jest. Tego właśnie będę się trzymać.

– Panie Chandler – zaczęła chłodno – tracimy czas. Przejdźmy może do meritum. Podobno się panu spieszy?

– Aha, zjeżyła się pani. Pewnie macie taką niepisaną zasadę: nie wolno mówić psychiatrze, że jest piękną kobietą. Jak już wspominałem, nie poznałem dotąd żadnego psychiatry, to jest chciałem powiedzieć, psychologa. Mam nadzieję, że wprowadzi mnie pani w obowiązujące w waszej branży reguły gry.

– Nie omieszkam, przy najbliższej okazji. Proszę mi wreszcie powiedzieć, z czym pan do mnie przychodzi.

Mark w jednej chwili spochmurniał. Popatrzył zasępionym wzrokiem na czubki butów i westchnął jakby leżał mu na sercu ogromny ciężar. Zabrzmiało to jak przyznanie się do porażki.

Cedar wychyliła się nieco do przodu, próbując zachęcić go do zwierzeń.

– Chodzi o Joeya – odezwał się ledwie słyszalnym szeptem. – Jest tak niewyobrażalnie smutny, a ja w żaden sposób nie potrafię do niego dotrzeć. Próbowałem wszystkiego, ale zbudował wokół siebie mur nie do przebicia. Nie chcę dłużej patrzeć jak cierpi.

Kim jest Joey? – zastanawiała się, zapisując imię w aktach. Sądząc po bólu w głosie Chandlera, musi to być jakaś bardzo bliska mu osoba. Mogła jedynie snuć przypuszczenia, zważywszy, że doktor Gibson była pediatrą.

– Przepraszam, panie Chandler, ale jestem niedoinformowana. Zazwyczaj moja asystentka prosi przy pierwszej wizycie o wypełnienie stosownego formularza. Niestety wyszła dzisiaj nieco wcześniej… W związku z tym muszę zadać panu kilka pytań. Czy jest pan żonaty? Joey to pana syn?

– Nie jestem żonaty i nigdy nie byłem. Joey to mój siostrzeniec.

Hurrrra! Mark Chandler nie jest żonaty, podchwyciła z euforią, ale szybko wróciła na ziemię. Skąd jej przychodzą do głowy takie myśli? Na litość boską, jest przecież w pracy! To zupełnie nie do pomyślenia. Kompletny absurd! Nigdy wcześniej nie zdarzało jej się koncentrować wyłącznie na urodzie, tudzież stanie cywilnym nowo poznanego mężczyzny. To z pewnością ze zmęczenia. Ma za sobą długi dzień. Oj, doktor Kennedy, pora wziąć się w karby.

– Siostrzeniec – powtórzyła, notując informację w dokumentach. – Ile ma lat?

– Siedem.

– Proszę mi o nim opowiedzieć.

Mark nie potrafił opanować kolejnego westchnienia.

– Mały jest synem mojej siostry. Dwa miesiące temu doszło do tragedii: Mary i jej mąż, John, zginęli w wypadku samochodowym. Joeya nie było z nimi, bo w chwili wypadku akurat nocował u kolegi.

Cedar kiwnęła poważnie głową, nie przerywając robienia notatek.

– Po pogrzebie zostałem w Nowym Jorku jeszcze trzy tygodnie. Musiałem dopełnić różnych formalności. Joey spędził większość tego czasu u swoich sąsiadów. Byłem tak zajęty, że nie mogłem się nim zajmować. W końcu udało mi się przywieźć go do Phoenix. Jestem teraz jego prawnym opiekunem.

– Jak chłopiec zareagował na nową sytuację?

Mark wzruszył ramionami.

– Problem w tym, że właściwie w ogóle nie zareagował. Zachowuje się jak zombie. Nie chce ze mną rozmawiać, przesiaduje zamknięty w swoim pokoju. Stworzył sobie własny świat, do którego nikt poza nim nie ma dostępu. Niedawno zapisałem go do szkoły. Kilka dni później zadzwoniła do mnie wychowawczyni. Powiedziała, że Joey w ogóle nie bierze udziału w lekcjach. Twierdzi, że nic nie jest w stanie go zainteresować, że siedzi tylko w ławce jak zaklęty i wpatruje się w jeden punkt. Jednym słowem, nie ma z nim żadnego kontaktu. Nie wiedziałem, co robić, więc w końcu zaprowadziłem go do doktor Gibson. Myślałem, że może jest chory. Stamtąd trafiłem do pani.

– Jak dobrze Joey pana zna, panie Chandler?

– Proszę mi mówić Mark. Byłem bardzo zżyty z siostrą. Rozmawialiśmy przez telefon co najmniej raz w tygodniu. Nie odwiedzałem ich jednak zbyt często. Nie pozwalała mi na to praca. W zeszłym roku spędziliśmy razem Gwiazdkę… Joey wie, co prawda, kim jestem, ale nie mogę powiedzieć, że mnie zna. Jestem dla niego tylko wujkiem Markiem, którego widział kilka razy w życiu. Na pewno nie czuje się przy mnie swobodnie. Nie ma do mnie takiego zaufania, jak do rodziców.

– A pan? Czuje się pan przy nim swobodnie?

Wyprostował się nerwowo na krześle.

– Niespecjalnie – wyznał szczerze. Na jego czole pojawiła się głęboka zmarszczka. – Nie mam pojęcia, jak z nim rozmawiać. Unikam tematu rodziców jak ognia. Nie potrafię nawet porządnie zapytać, jak mu minął dzień. Nasze rozmowy przy kolacji wyglądają mniej więcej tak: „Jak tam dzisiaj w szkole, Joey?” „Normalnie”. Potem mały pyta, czy może odejść od stołu i zamyka się u siebie. Siedzi w pokoju dopóki mu nie powiem, że pora się wykąpać i iść spać.

– Wygląda na to, że chłopiec zamknął się w sobie i próbuje tłumić bolesne emocje.

– Oględnie mówiąc. – Mark uśmiechnął się niewesoło. – Wiem, że to moja wina. Chyba mnie to wszystko przerosło. Nie daję sobie z nim rady. Potrzebuję pomocy. Mamy listopad, a mały nic nie robi w szkole. Jak tak dalej pójdzie, zostanie na drugi rok w tej samej klasie. Poza tym, atmosfera w domu jest napięta jak… sytuacja na Bliskim Wschodzie.

– Dobrze – podsumowała Cedar. – Wiem już wystarczająco dużo, by móc zacząć terapię. Mimo wszystko dobrze by było, gdyby wypełnił pan… gdybyś wypełnił – poprawiła się pospiesznie – kwestionariusz, o którym wspominałam wcześniej. Na początek chciałabym widywać się z Joeyem trzy razy w tygodniu. Najlepiej zaraz po szkole, o ile to możliwe.

– Obawiam się, że z tym będzie mały problem. Pracuję do późna i odbieram go ze świetlicy dopiero około szóstej.

– Hm. Więc Joey spędza cały dzień poza domem. To bardzo męczące dla tak małego dziecka.

– Niestety, taką mam pracę. Prowadzę firmę budowlaną.

– Wrócimy jeszcze do tego. Muszę cię uprzedzić, że czasami będę wzywała na rozmowę także i ciebie. Skoncentruję się oczywiście na chłopcu, ale niektóre sesje będziecie musieli odbyć razem. Może się też zdarzyć, że będę chciała omówić coś tylko z tobą. Aha, jeszcze jedno, powinieneś wiedzieć, że pracuję nieco inaczej niż większość psychologów dziecięcych. Wiem z doświadczenia, że niektóre dzieci w gabinecie czują się nieswojo. Łatwiej nawiązać z nimi kontakt w przyjaznym dla nich otoczeniu. Dlatego często będę przyjeżdżała do was do domu albo zabierała Joeya na obiad lub w jakieś inne miejsce. Szczegóły ustalimy później.

– Oczywiście.

– Jeśli chodzi o godziny wizyt, uważam, że przywożenie go tutaj dopiero po świetlicy zupełnie nie ma sensu. Dziecko będzie zmęczone, głodne… Nie, musimy się spotykać zaraz po szkole. Tak jak mówiłam; trzy razy w tygodniu.

– O matko… – Mark zrobił nietęgą minę i przesunął ręką po włosach z tyłu głowy. – Dobrze. Coś wykombinuję.

– Świetnie. – Cedar podniosła się zza biurka z notatkami w dłoni. – Chodźmy zajrzeć do mojego terminarza. Umówimy się na konkretne dni.

– Jest jeszcze coś, o czym wcześniej nie wspomniałem – odezwał się, wstając z krzesła.

– Co takiego?

– Joey w ogóle nie płakał.

– Jak to?

– Nie zapłakał ani razu przez cały ten czas, odkąd…

– Jesteś pewien? A u sąsiadów, kiedy załatwiałeś sprawy spadkowe?

Pokręcił głową.

– Nie. Maggie, ich sąsiadka, specjalnie zwróciła mi na to uwagę. Mówiła, że mały nie chciał rozmawiać o rodzicach ani z nią, ani z jej dziećmi. W ogóle nie pozwalał im poruszać tego tematu. Nie płakał też na pogrzebie, ani później, kiedy przywiozłem go do siebie. Jestem absolutnie pewien, że nie uronił nawet jednej łzy, pani doktor.

– Wolałabym po prostu Cedar. – Uśmiechnęła się zachęcająco. – Nie lubię zbędnych ceregieli. Wracając do rzeczy – dodała poważnie – Joey musi jak najszybciej dać upust emocjom. Nie powinien tłumić wszystkiego w sobie. Zwłaszcza, że ma dopiero siedem lat. Przeżył ogromną traumę i nie był w stanie się rozpłakać. Już samo to dowodzi, w jak marnej kondycji psychicznej jest w tej chwili.

– Nawet go jeszcze nie znasz, a zabrzmiało to… sam nie wiem… jakby naprawdę ci na nim zależało.

– Oczywiście, że mi zależy. Przecież to małe dziecko, które w dodatku przeżywa poważny kryzys.

– A ty… masz własne dzieci?

– Nie, nie mam – odparła cicho. – Moją rodziną są pacjenci. No i jeszcze rozpieszczona gruba kocica, Łatka.

– Jestem pełen podziwu. Nie masz męża ani własnych pociech, a poświęcasz się cudzym dzieciakom i to takim z problemami. Nie dokucza ci czasem samotność?

– A tobie? – odpaliła Cedar, ruszając żwawo do sekretariatu.

– Aha, zagrywka typowa dla psychologów, jak sądzę? Zawsze odpowiadać pytaniem na pytanie.

– Jasne – roześmiała się swobodnie. – Uczą nas tego od razu na pierwszych zajęciach.

– Ładnie się śmiejesz – zauważył Mark. – Może zabrzmi to jak wyświechtany banał, ale co mi tam. Twój śmiech jest jak… Jest… muzyką dla ucha.

– Dziękuję – wymamrotała, spoglądając na zegarek. – Dochodzi szósta. Wypełnij ten formularz, a ja ustalę datę pierwszej wizyty. Lepiej się pospieszmy, bo nie zdążysz odebrać Joeya ze świetlicy. Gotujesz mu jakieś gorące posiłki?

– Tak jakby. Żywimy się głównie jajecznicą. Na tym niestety kończą się moje talenty kulinarne. Poza tym, zwiedzamy okoliczne fast foody albo zamawiamy coś do domu.

– Hm. – Pokręciła głową z wyraźną dezaprobatą. -O tym też będziemy musieli podyskutować.

Kiedy Mark uporał się z papierkową robotą, Cedar wręczyła mu kartkę z terminem pierwszej wizyty.

– Miło było cię poznać, Mark – powiedziała, wyciągając do niego rękę. – Czekam teraz na spotkanie z Joeyem.

– Dziękuję, że zechciałaś się nim zająć. – Uścisnął jej dłoń.

Czyżby zrobiło mi się gorąco? – zastanawiała się z niedowierzaniem. O Boże, tak! Przyjemna fala ciepła rozlała jej się po ramieniu i zagnieździła gdzieś w okolicach serca. Mark miał szorstką skórę, ale jego dotyk był taki delikatny…

Poczuła się nieswojo…

– Puścisz mnie już?

– O, przepraszam – odparł, niespiesznie uwalniając palce. – I jeszcze raz dziękuję. Cedar.

– Nie ma za co… Mark.

Wpatrywała się chwilę w zatrzaśnięte drzwi, po czym opadłszy z westchnieniem na fotel, oparła łokcie na biurku i ukryła twarz w dłoniach. Czuła, że pieką ją policzki.

Facet jest po prostu niebezpieczny. Wystarczy, że wejdzie do pokoju tym swoim niedbałym zamaszystym krokiem i zaczynają się z nią dziać dziwne rzeczy. Nie spotkała dotąd mężczyzny, który roztaczałby wokół siebie tak silną aurę zmysłowości. Jest taki potężny i muskularny, a te jego nieregularne rysy… Kobiety pewnie mdleją na sam widok. Kiwnie tylko palcem i może mieć każdą.

Ale na pewno nie ją. O, nie! Pozostanie odporna na wdzięki pana Chandlera. Nie może tylko dać mu się już więcej zaskoczyć. Wystarczy, że będzie się miała na baczności i skoncentruje się przede wszystkim na Joeyu.

To o niego przecież chodzi. Biedny mały! Musi się jak najszybciej wypłakać. Nie powinien dłużej powstrzymywać się przed okazaniem rozpaczy.

Rozdział 2

Przekręcając klucz w zamku, uzmysłowiła sobie, że w drodze do domu rozmyślała wyłącznie o Marku i Joeyu. To całkiem zrozumiałe – próbowała zbagatelizować. W końcu Chandler był dzisiaj jej ostatnim pacjentem.

Z formularza, który wypełnił w biurze, dowiedziała się, że chłopiec nie ma żadnych innych krewnych ani ze strony matki, ani ojca. Został mu tylko wujek, z którym, jak na razie, mały nie bardzo się dogaduje.

Zamknąwszy za sobą drzwi, postanowiła, przynajmniej przez jakiś czas, nie zaprzątać sobie nimi więcej głowy. Nie lubiła przynosić pracy do domu.

Dom, skrzywiła się z niechęcią. Ponad rok temu zdecydowała się kupić piękną dwupiętrową kamieniczkę z końca dziewiętnastego wieku. Zauroczyła ją wiktoriańska architektura i niepowtarzalny klimat minionej epoki. Lubiła wyobrażać sobie nadzwyczajne historie, w które mogłaby się wieczorami wsłuchiwać, gdyby mury potrafiły mówić.

Niestety, przedsięwzięcie okazało się kompletnym fiaskiem; istną katastrofą finansową. Inspekcja techniczna przed zakupem wykazała, że dom jest w doskonałym stanie.

Wkrótce okazało się jednak, że w budynku aż roi się od najrozmaitszych usterek. Naprawy pochłonęły prawie wszystkie oszczędności. W końcu Cedar zaczęła poważnie rozważać sprzedaż kamienicy i kupno nowego lokum.

Przed przeprowadzką powstrzymywał ją jedynie napięty grafik. Zyskała w Phoenix reputację znakomitego specjalisty i zgłaszało się do niej coraz więcej nowych pacjentów. Nie wystarczało jej czasu, żeby porządnie odpocząć, a co dopiero zająć się poszukiwaniem mieszkania.

Poza tym, na samą myśl o kolejnym pakowaniu i przewożeniu całego dobytku w inne miejsce robiło jej się słabo. Postanowiła więc na razie pozostawić sprawy własnemu biegowi, modląc się w duchu, by wiktoriański nabytek nie wykończył ostatecznie jej nadszarpniętego budżetu. Choć, prawdę mówiąc, już teraz wydawał się studnią bez dna.

– Łata, wróciłam! Chodź, przywitaj się ze swoją ukochaną panią!

Duża czarno-biała kotka wkroczyła leniwie do pokoju i, pomrukując z zadowoleniem, otarła się o nogi Cedar.

To doprawdy żałosne, stwierdziła dziewczyna. Trzydzieści dwa lata i pusty dom, w którym czeka na mnie tylko opasły kocur. Klasyczne objawy staropanieństwa.

„Nie dokucza ci czasem samotność?” – rozbrzmiały jej nagle w uszach słowa Marka Chandlera. Nie wiedzieć czemu, wstrząsnął nią silny dreszcz.

Schyliła się i wzięła kotkę na ręce.

– Cześć, śliczna – Pogłaskała czule aksamitną sierść. -Wcale nie jesteśmy samotne, prawda? Dobrze nam razem. Nie potrzebujemy nikogo do szczęścia. Po co ktoś jeszcze miałby nam się pętać po domu?

Łatka wyrwała jej się z objęć i, zeskoczywszy na podłogę, czmychnęła do kuchni.

– Powstaje tylko pytanie – krzyknęła za nią Cedar – czy kochasz mnie z powodu moich licznych zalet, czy też wyłącznie dlatego, że codziennie napełniam ci miskę ulubioną karmą? Chyba wolę pozostać w błogiej nieświadomości. – Potrząsnęła głową, z niesmakiem wykrzywiając usta. – Super. Po prostu wspaniale. Zaczynam gadać sama do siebie. Że-nu-ją-ce!

Poszła na górę przebrać się w wytarte dżinsy i spłowiałą bluzę z nadrukiem Uniwersytetu Arizona. Powróciwszy do kuchni, zastała Łatkę krążącą niecierpliwie wokół miski. Dała kotce jeść, po czym zlustrowała zawartość lodówki. Na co by się tu dzisiaj skusić?

Jak można żywić się wyłącznie jajecznicą? Natychmiast stanął jej przed oczami Mark. Dlaczego mężczyźni wciąż upierają się przy skostniałych stereotypach? Może wygodniej im z góry zakładać, że są beznadziejni w kuchni i że gotowanie to babska rzecz.

W dobie poprawności politycznej taki sposób myślenia jest zupełnie niedopuszczalny. Pan Chandler powinien kupić sobie dobrą książkę kucharską i opracować dla Joeya pożywną, odpowiednio zbilansowaną dietę. W okresie dorastania odżywianie jest niezwykle istotną kwestią. Nie wolno jej zaniedbywać. Poza tym wspólne gotowanie mogłoby stać się czynnością integrującą tę maleńką rodzinę. Kto wie, może po jakimś czasie chłopiec by się przełamał. W każdym razie, łatwiej byłoby mu zbudować emocjonalną więź z wujkiem.

Będzie musiała porozmawiać o tym z Markiem…

– No nie, znowu Mark – odezwała się na głos, wyjmując z lodówki sałatę i pomidora. – A podobno zostawiłam go za drzwiami. A kysz, wracaj tam, skąd przyszedłeś! No już!

Zacisnęła powieki i odpędziła jego obraz ręką.

Ale uparty pan Chandler najwyraźniej nigdzie się nie wybierał. Przyczepił się do niej jak rzep. Czaił się za plecami Cedar, kiedy przygotowywała sobie posiłek, a potem towarzyszył jej przy stole, gdy z apetytem pochłaniała makaron z sałatką i ostrym sosem. Udało mu się nawet przysiąść na poręczy jej ulubionego fotela, kiedy, uprzątnąwszy naczynia, zabrała się do porzuconej poprzedniego wieczoru lektury.

Po przeczytaniu trzech akapitów i stwierdzeniu, że nie rozumie z nich ani jednego słowa, dziewczyna zmarszczyła brwi i z hukiem zatrzasnęła książkę.

Co się z nią, u diabła, dzieje? Opętało ją, czy co?

Miesiąc temu umówiła się na randkę z pewnym dentystą. Spędziła z facetem kilka godzin, a zapomniała o jego istnieniu w ciągu niespełna pięciu minut. Pewnie nawet nie zdążył odjechać z parkingu przed jej domem.

Dlaczego z Markiem nie może być tak samo? Jest przecież klientem, płaci jej za terapię siostrzeńca, a to automatycznie przekreśla go jako mężczyznę w jej oczach. Nie może się nim interesować. Jakiekolwiek stosunki poza służbowymi w ogóle nie wchodzą w rachubę. Dlaczego więc tak bardzo na nią działa? Pcha się jej do głowy z butami… Całkowicie opanowuje myśli… To niesprawiedliwe.

Jego obecność w pokoju była tak namacalna, że wydawało jej się, iż wystarczy wyciągnąć rękę i będzie mogła go dotknąć.

Hm, mruknęła rozmarzona. To by dopiero było coś. Dotykać Marka Chandlera. Wyobraziła sobie twarde jak skała mięśnie pod swoimi palcami, silne ramiona obejmujące jej talię… swoje dłonie w jego ciemnych włosach… jego usta na swoich.

– Aaaa! – wrzasnęła jak opętana.

Łatka wyrywała ją nagle z rozkosznego transu, wskakując bezceremonialnie na fotel.

– Ale mnie wystraszyłaś, niedobra kocico. O mało nie dostałam zawału. Wybaczam ci, bo sama sobie na to zasłużyłam. Co za głupie myśli chodzą mi po głowie! Powiedz mi, tylko szczerze, bez owijania w bawełnę, odbija mi, prawda? Coś takiego nigdy mi się jeszcze nie przytrafiło. To wyjątkowo niepokojące uczucie, oględnie mówiąc. Sama zresztą pomyśl, facet nie jest nawet w moim typie. Wiesz o co mi chodzi? Podobają mi się tacy w garniturze i pod krawatem, a nie oblepieni pyłem, napakowani… drągale z budowy. Ale Mark ma w sobie coś takiego…

Łatka najwyraźniej nie miała ochoty na rozmowę. Przeskoczywszy przez poręcz fotela, wybiegła z pokoju.

Cedar westchnęła zrezygnowana.

– No pięknie – mruknęła sama do siebie. – Sprawa jest tak beznadziejna, że nawet twój własny kot uznał, że nie warto wysłuchiwać tych bzdurnych wynurzeń. Pora wrócić do rzeczywistości, doktor Kennedy. Mamy czwartek. Jesteś sama w domu. Zobaczysz się z Markiem dopiero w poniedziałek, kiedy przywiezie Joeya na wizytę. Masz zatem całe trzy dni, żeby wziąć się w garść i skończyć z tym… absurdem. Tak, uda ci się, bo jesteś silną i niezależną kobietą, która zawsze panuje nad sytuacją.

Sięgnąwszy zdecydowanie po książkę, otworzyła ją na odpowiedniej stronie i zaczęła czytać. Na szczęście nikt nie będzie jej przepytywał i sprawdzał, ile zrozumiała z lektury.

Upewniwszy się, że Joey śpi, Mark opatulił chłopca kocem. Chwilę później wyszedł z zawalonej zabawkami sypialni siostrzeńca i powlókł się apatycznie do salonu. Ziewając ze znużenia, opadł na stary, wysłużony fotel. Jakoś nie mógł się zebrać, żeby sprawić ulubionemu meblowi nowe obicie. Postanowił włączyć telewizor i niemal natychmiast pożałował tej decyzji. Ta sama co zwykle popołudniowa papka. Skrzywił się zdegustowany i uciszył odbiornik.

Kolejny milczący wieczór, pomyślał ponuro. Choćby nie wiem jak bardzo się starał, w żaden sposób nie potrafił skłonić Joeya do rozmowy. Na nic zdawały się zachęty i pogodny ton. Dzieciak odpowiadał na pytania wyłącznie monosylabami. I tylko patrzył na wujka tymi swoimi wielkimi smutnymi oczyma. Aż ściskało za serce. W końcu Mark dał sobie spokój i dokończyli jajecznicę w grobowej ciszy.

– Niech to wszyscy diabli! – Potarł rękami twarz po czym splótł dłonie na piersi.

Brakowało mu siostry. Zawsze byli sobie bardzo bliscy. Mark nie potrafił pogodzić się z jej stratą. Czasami łapał się na tym, że chce do niej zadzwonić. Jakby wystarczyło chwycić za słuchawkę, żeby usłyszeć jej roześmiany głos.

Mary powierzyła mu opiekę nad synem. Byłaby załamana, gdyby wiedziała, jak bardzo Joey czuje się nieszczęśliwy w nowym domu i jakim kiepskim ojcem okazał się jej brat.

– Niech to diabli! – powtórzył zdesperowany.

Nie pierwszy raz siedział w samotności, robiąc sobie wyrzuty i bijąc się z myślami. Jak dotąd mur, który wzniósł wokół siebie Joey, był dla niego kompletnie nie do przebicia. Teraz to się zmieni. Zrobił wielki krok naprzód, spotykając się z doktor Kennedy. Tak, Cedar na pewno pomoże małemu wyjść z depresji.

Cedar.

Ładne imię. Takie niespotykane i wdzięczne. Zdecydowanie coś w sobie ma. Podobnie jak właścicielka. Podobał mu się jej uśmiech. I włosy. Ślicznie układają jej się wokół buzi. Są takie jasne i na pewno miękkie w dotyku… Jak to możliwe, że taka piękna kobieta nie jest mężatką? Faceci w tym mieście muszą być chyba kompletnie ślepi albo głupi…

A może to Cedar nienawidzi mężczyzn? Pytanie tylko, dlaczego? Czyżby zranił ją kiedyś jakiś skończony drań? Już on by mu pokazał, gdyby go znał. Długo by się koleś nie pozbierał. Zaraz… chyba ponosi go fantazja. Przecież tak naprawdę nie wie, czemu dziewczyna nie ma męża.

Może jest zbyt zajęta karierą zawodową i po prostu nie starcza jej czasu na życie rodzinne. Podobnie zresztą jak jemu. W końcu on też nie był jeszcze do tej pory w stałym związku. Tak, to by się nawet zgadzało. Kiedy wygłupił się z pytaniem, czy nie jest samotna, z miejsca go zgasiła.

Samotność, zadumał się. Hm… może powinien zadać to pytanie także i sobie? Czy nie bywa czasem samotny?

Nawet jeśli, jakie to ma znaczenie? Ledwie wystarcza mu dnia, żeby należycie doglądać spraw związanych z prowadzeniem firmy. Na dodatek został nagle pełnoetatowym ojcem chłopca, który jest tak nieszczęśliwy i smutny, że serce się kraje na sam jego widok.

Od poniedziałku wszystko jakoś się ułoży. Joey trafił w dobre ręce. Mark był pewien, że Cedar im pomoże. Zamierzał stosować się do wszystkich jej zaleceń.

Chociaż… O co jej chodziło z tym gotowaniem? Nie każe mu chyba kupić książki kucharskiej i codziennie pitrasić? Jajka są przecież bardzo pożywne i zdrowe. W hamburgerach i pizzy też nie ma nic złego, a dzieciaki je uwielbiają.

Nie mógł się doczekać poniedziałku. Cieszył się, że znowu zobaczy doktor Kennedy. Był przekonany, że okaże się ona najlepszym lekarstwem dla Joeya i chciał jak najszybciej rozpocząć terapię. Jego podekscytowanie nie miało nic wspólnego z tym, że Cedar podobała mu się jako kobieta. Chociaż trzeba przyznać, że to wyjątkowo atrakcyjna dziewczyna. I tak ładnie się śmieje.

– Dosyć tego dobrego, panie Chandler – przywołał się do porządku i sięgnął po pilota. – Pora wyłączyć myślenie i obejrzeć wiadomości.

– Pewnie pani chce, żebym oddała dziecko do adopcji. Jest pani taka sama jak wszyscy. Ale nic z tego. Nie obchodzi mnie, co myślicie. I tak je zatrzymam.

Cedar podniosła wzrok na rozzłoszczoną piętnastolatkę po drugiej stronie biurka.

– Nic takiego nie powiedziałam – odezwała się łagodnie. -Pytałam tylko, z czego zamierzasz utrzymać siebie i dziecko.

– Coś wymyślę. – Zdenerwowana Cindy zaczęła mimowolnie obgryzać paznokieć.

– Twój chłopak ulotnił się z miasta, na wieść o tym, że jesteś w ciąży. Jak się z tym czujesz?

– Nie potrzebuję go. – Pogłaskała dłonią zaokrąglony brzuch. – Byłam głupia, sądząc, że mnie kocha. Zostawił mnie, trudno. Jego strata. Zresztą on i tak nie nadaje się na rodzica. Nie wiedziałby jak być ojcem.

– Nie uważasz, że to nierozsądne, upierać się, że dasz radę samotnie wychować dziecko? Jak sobie poradzisz bez wykształcenia? Nie masz nawet szkoły średniej.

– No to co? Pójdę do pracy. Mogę być na przykład kelnerką. Kelnerki dostają całkiem spore napiwki, jeśli są miłe dla klientów. Znajdę sobie jakieś fajne małe mieszkanko. Ładnie je urządzę. Pracowałam dużo jako opiekunka, więc na pewno będę umiała zająć się własnym dzieckiem. Niech pani nie myśli, że się nad tym nie zastanawiałam. Wiem, co robię.

– W porządku. – Cedar skinęła głową. – Dam ci pewne zadanie. Wykonasz je na następną sesję, czyli na poniedziałek.

– O Jee-zu – jęknęła Cindy, przewracając oczami. – Co to ma niby być?

– Przejrzysz ogłoszenia i znajdziesz odpowiednie dla siebie mieszkanie. Potem dowiesz się, ile wynoszą opłaty: kaucja, wynajem, czynsz i inne świadczenia. Zorientujesz się, ile obecnie zarabiają kelnerki i ile trzeba zapłacić za żłobek. Potem razem zrobimy listę innych niezbędnych rzeczy, takich jak pieluchy, mleko, odżywki, wózek i tym podobne. Wspólnie podliczymy wszystkie koszty. Zanim zaczniesz się kłócić, pamiętaj, że podpisałaś zobowiązanie. Masz ze mną współpracować i stosować się do wszystkich moich zaleceń.

– Dobrze. Zrobię, co pani każe.

– Cieszę się. Skończył nam się czas. Twoi opiekunowie już pewnie czekają. – Cedar odprowadziła dziewczynę do wyjścia. – Do zobaczenia. W przyszłym tygodniu spotkamy się jeszcze tutaj, potem może pomyślimy o jakimś parku albo przytulnej kawiarni.

– Jak pani uważa – burknęła Cindy, zatrzaskując za sobą drzwi.

Nawet nie wiesz jak mi przykro, dzieciaku, pomyślała Cedar, ale będę musiała sprowadzić cię z hukiem na ziemię.

Otworzyła akta ciężarnej nastolatki i zaczęła spisywać raport z sesji. Matka Cindy była rozwiedziona. Miała jeszcze czworo młodszych dzieci. Kiedy najstarsza córka zakomunikowała jej, że jest w ciąży, kobieta załamała się. Uznała, że sobie nie poradzi i zawiadomiła opiekę społeczną. Cindy została umieszczona w rodzinie zastępczej. Postanowiono również poddać ją obowiązkowej terapii i tym sposobem trafiła do Cedar. Nie ona jedna zresztą.

Nie tylko opieka społeczna przekazywała swoich podopiecznych w ręce doktor Kennedy. Polecały ją również szkoły oraz lekarze rodzinni. Na przykład lekarka Marka Chandlera… który czeka już pewnie z Joeyem w recepcji i którego nie potrafiła wybić sobie z głowy przez cały weekend. Nie odstępował jej ani na krok, natrętny typ!