Wydawca: Zysk i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Wspólna orbita zamknięta ebook

Becky Chambers  

4.5 (2)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wspólna orbita zamknięta - Becky Chambers

Ekscytująca, pełna przygód i niebezpieczeństw podróż przez Galaktykę z barwną załogą „Wędrowca”

Lovelace była kiedyś zaledwie sztuczną inteligencją statku. Kiedy po całkowitym wyłączeniu i zresetowaniu systemu budzi się w nowym ciele, nie pamięta, co się działo wcześniej. Ucząc się poruszania po wszechświecie i odkrywając, kim jest, Lovelace zaprzyjaźnia się z Papryką, wybuchową inżynier, która bardzo chce jej pomóc w nauce i rozwoju. Papryka i Lovelace przekonają się, że bez względu na ogrom przestrzeni kosmicznej dwie osoby mogą razem wypełnić ją bez problemu...

Becky Chambers wykorzystuje swój wielki talent, który objawiła już w debiutanckiej powieści Daleka droga do małej, gniewnej planety, by tym razem uważniej przyjrzeć się poruszającej historii samookreślenia i osobistej niezależności. Bez względu na to, do jak pięknego i dziwnego świata nas zabiera, możemy liczyć, że będzie nas prowadzić z humorem i sercem”.

„RT Book Reviews”

Wspólna orbita zamknięta została umieszczona przez „Publishers Weekly” na liście najlepszych powieści 2017 roku.

Otrzymała nominację do nagrody Hugo 2017 w kategorii „najlepsza powieść”.

Znalazła się na finałowej liście książek nominowanych do nagrody im. Arthura C. Clarke’a 2017.

Zdobyła Prix Julia Verlanger.

Opinie o ebooku Wspólna orbita zamknięta - Becky Chambers

Fragment ebooka Wspólna orbita zamknięta - Becky Chambers

Becky Chambers Wspólna orbita zamknięta Tytuł oryginału A Closed and Common Orbit ISBN Copyright © Becky Chambers 2016 First published by Hodder & Stoughton, An Hachette UK CompanyAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018 Redakcja Zofia Domańska Projekt graficzny okładki www.designpartners.pl Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Moim rodzicom oraz Berglaug

Akcja niniejszej książki rozpoczyna się równolegle z ostatnimi wydarzeniami Dalekiej drogi do małej, gniewnej planety. Zdarzenia przeszłe rozgrywają się około dwudziestu lat solarnych wcześniej.

Wstęp

Źródło informacji: Departament Bezpieczeństwa Obywatelskiego Wspólnoty Galaktycznej, Dział Spraw Technologicznych (publiczne/klip) > Pliki informacji prawnej > Sztuczna Inteligencja > Mimetyczne obudowy SI („zestawy cielesne”)

Kodowanie: 0 

Tłumaczenie: 0 

Transkrypcja: 0 

Identyfikator węzła: 3323-2345-232-23, system monitorujący Lovelace

Mimetyczne obudowy SI są zakazane na wszystkich terytoriach, w placówkach, obiektach i na statkach WG. Legalnymi miejscami instalacji SI są wyłącznie następujące miejsca:

— Statki

— Stacje orbitalne

— Budynki (sklepy, biura, prywatne rezydencje, obiekty naukowe/badawcze, uniwersytety itp.)

— Pojazdy komunikacji publicznej

— Drony dostawcze (o inteligencji na poziomie U6 i niższym)

— obudowy komercyjne, takie jak boty naprawcze lub interfejsy usługowe (o inteligencji na poziomie U1 i niższym)

Kary:

— Wykonanie mimetycznej obudowy SI — 15 standardowych lat WG więzienia oraz konfiskata wszystkich odnośnych narzędzi i materiałów

— Zakup mimetycznej obudowy SI — 10 standardowych lat WG więzienia oraz konfiskata całego odnośnego sprzętu

— Posiadanie mimetycznej obudowy SI — 10 standardowych lat WG więzienia oraz konfiskata całego odnośnego sprzętu

Dodatkowe środki:

Natychmiast po zajęciu mimetyczna obudowa SI jest trwale dezaktywowana przez organa ochrony porządku publicznego. Nie przeprowadza się transferów oprogramowania rdzeniowego.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Część 1 

DRYF

Lovelace

Lovelace znajdowała się w ciele od dwudziestu ośmiu minut i nadal miała takie samo wrażenie, że coś jest nie tak, jak w momencie, kiedy się w nim obudziła. Nie było po temu żadnego powodu. Nic nie działało źle. Nic się nie popsuło. Wszystkie jej pliki przeniosły się prawidłowo. Żadne skany systemu nie mogły wyjaśnić poczucia dyskomfortu, ale ono nie znikało i nękało jej ścieżki. Papryka powiedziała, że dostosowanie będzie trwało, ale nie powiedziała, jak długo. Lovelace to się nie podobało. Brak harmonogramu przyprawiał ją o niepokój.

— Jak ci idzie? — zapytała Papryka, zerkając z fotela pilota.

Było to bezpośrednie pytanie, co oznaczało, że Lovelace musi na nie zareagować.

— Nie umiem odpowiedzieć.

Mało użyteczna odpowiedź, ale najlepsza, jakiej umiała udzielić. Wszystko ją przytłaczało. Dwadzieścia dziewięć minut wcześ­niej mieściła się zgodnie ze swoim przeznaczeniem w statku. Miała w każdym zakątku kamery, w każdym pomieszczeniu voxy. Istniała w sieci, miała oczy i wewnątrz, i w środku. Obszar jej postrzegania stanowił kulę.

Teraz jej pole widzenia zawęziło się do stożka, wąskiego stożka skierowanego prosto w przód, poza którego granicami nie istniało nic, dosłownie nic. Grawitacja nie była już czymś, co istniało wewnątrz niej, wytwarzane przez siatki sztugrawitacyjne znajdujące się w panelach podłogowych, ani nie istniała w przestrzeni kosmicznej wokół niej jako delikatne otoczenie kadłuba statku. Teraz była klejem, czymś, co przyklejało nogi do podłogi, a nogi do siedziska nad podłogą. Kiedy Lovelace przeskanowała prom Papryki z wnętrza „Wędrowca”, wydał się on jej dość przestronny, lecz oglądany z wnętrza zdawał się niemożliwie mały, zwłaszcza dla dwóch osób.

Zniknął Konsolidator. To było w tym wszystkim najgorsze. Przedtem mogła do niego sięgnąć i znaleźć każdą potrzebną informację, każde źródło, plik albo węzeł plików, prowadząc jednocześnie rozmowy i monitorując funkcje statku. Nadal miała takie umiejętności — zestaw cielesny przecież nie zmienił jej zdolności poznawczych — ale jej połączenie z Konsolidatorem zostało przerwane. Nie miała dostępu do innej wiedzy niż do tej, która była przechowywana w zawierającej ją obudowie. Czuła się ślepa, zdeformowana. Została uwięziona.

Papryka wstała od konsoli i przykucnęła przed nią.

— Hej, Lovelace, odezwij się do mnie — poprosiła.

Zestaw cielesny zdecydowanie źle działał. Jej diagnostyka mówiła coś przeciwnego, ale to był jedyny logiczny wniosek. Fałszywe płuca zaczęły wciągać i wypychać powietrze w zwiększonym tempie, palce zacisnęły się na sobie nawzajem. Przepełniała ją chęć przeniesienia tego ciała gdzie indziej, dokądkolwiek. Chciała się wydostać z promu. Dokąd jednak miałaby się udać? „Wędrowiec” już malał w tylnym oknie, a na zewnątrz panowała pustka. Może pustka byłaby lepsza. To ciało prawdopodobnie przetrwałoby w próżni. Mogłaby po prostu dryfować, znaleźć się daleko od fałszywej grawitacji, jasnych świateł i ścian, które napierały coraz bliżej i bliżej, i bliżej…

— Spokojnie — powiedziała Papryka i ujęła dłonie zestawu cielesnego. — Oddychaj. Nic ci nie będzie. Tylko oddychaj.

— Nie… Nie muszę… — powiedziała Lovelace. Gwałtowne wciąganie powietrza utrudniało jej formowanie słów. — Nie muszę…

— Wiem, że nie musisz oddychać, ale ten zestaw jest wyposażony w synaptyczne reakcje zwrotne. Na podstawie tego, co się dzieje z twoimi ścieżkami, automatycznie naśladuje to, co robi ludzkie ciało, kiedy coś odczuwa. Czujesz strach, tak? No właśnie. Więc twoje ciało wpada w panikę. — Papryka spojrzała na dłonie zestawu drżące w jej dłoniach. — Jak na ironię, to jego cecha.

— Czy mogę… Czy mogę ją wyłączyć?

— Nie. Gdybyś musiała przypominać sobie o układaniu twarzy w rozmaite miny, ktoś by to wreszcie zauważył. Z czasem nauczysz się nad tym panować. Tak jak my wszyscy.

— Jak długo to potrwa?

— Nie wiem, kochanie. Po prostu… potrwa. — Papryka uścis­nęła dłonie zestawu. — No, dalej. Razem ze mną. Oddychaj.

Lovelace skupiła się na fałszywych płucach, nakazując im wolniejszą pracę. Po kilku próbach udało jej się wpaść w rytm przesadnych oddechów Papryki. Po półtorej minuty drżenie ustało. Poczuła, że jej dłonie się rozluźniają.

— Grzeczna dziewczynka — powiedziała Papryka łagodnym tonem. — Wiem, to musi być dezorientujące jak cholera. Ale jestem przy tobie. Pomogę ci. Nigdzie się nie wybieram.

— Mam wrażenie, że wszystko jest nie tak — powiedziała Lovelace. — Czuję się… Czuję się jak wywrócona na nice. Próbuję, naprawdę próbuję, ale to jest…

— Trudne, wiem. Nie rób sobie z tego powodu wyrzutów.

— Dlaczego moja poprzednia instalacja tego chciała? Dlaczego miałaby to sobie zrobić?

Papryka westchnęła i przeciągnęła dłonią po swojej bezwłosej głowie.

— Lovey… miała czas, żeby to przemyśleć. Na pewno zebrała mnóstwo informacji. Byłaby przygotowana. Ona i Jenks. Wiedzieliby, czego się spodziewać. Ty… nie miałaś takiej szansy. To nadal jest twój pierwszy dzień bycia świadomą, a my narzuciliśmy ci zupełnie inne znaczenie tego pojęcia. — Włożyła kciuk do ust i z namysłem przesunęła paznokciem po dolnych zębach. — To dla mnie też jest nowa sytuacja. Ale przejdziemy przez to razem. Jeśli jest coś, co mogę zrobić, musisz mi o tym powiedzieć. Czy… Czy mogę jakoś poprawić ci samopoczucie?

— Chcę mieć dostęp do Konsolidatora — powiedziała Lovelace. — Czy to możliwe?

— Tak, tak. Oczywiście. Pochyl głowę, zobaczymy, jakie masz gniazdo. — Papryka przyjrzała się potylicy zestawu. — Dobra, spoko. To zwykły port. Dobrze. Nadaje ci wygląd moddera o ograniczonych środkach, a właśnie takie wrażenie chcemy stworzyć. Rety, poświęcono temu zestawowi niewiarygodną ilość uwagi. — Nie przestając mówić, Papryka podeszła do jednego ze schowków promu. — Wiedziałaś, że możesz krwawić?

Lovelace opuściła wzrok na rękę zestawu, przyglądając się miękkiej syntetycznej skórze.

— Naprawdę?

— Tak — powiedziała Papryka, grzebiąc w ustawionych jeden na drugim pojemnikach z częściami zapasowymi. — Oczywiście to nie jest prawdziwa krew, tylko barwiony płyn pełen botów, które mogą oszukać wszystkie skanery na punktach kontrolnych czy coś. Ale wygląda jak prawdziwa i to się liczy. Jeśli skaleczysz się przy kimś, to ten ktoś się nie przerazi, że nie krwawisz. O, jest. — Wyciągnęła krótki przewód przyłączeniowy. — Ale nie może ci to wejść w zwyczaj. Możesz to robić w domu albo jak pójdziesz do baru z grami, ale nie możesz chodzić podłączona do Konsolidatora cały czas. W pewnym momencie będziesz musiała się przyzwyczaić, że nie masz go pod ręką. Możesz się pochylić jeszcze raz? — Wetknęła przewód do głowy zestawu; zaskoczył z lekkim trzaskiem. Odpięła od pasa notek, podłączyła do niego drugi koniec przewodu i machnięciem ręki ustawiła bezpieczne połączenie. — Ale na razie może tak być. I tak musisz się przyzwyczaić do wielu rzeczy.

Ciepłe strugi danych popłynęły ścieżkami Lovelace, która poczuła, że zestaw się uśmiecha. Miliony przepełnionych energią, mamiących drzwi i wszystkie w jej zasięgu. Zestaw się odprężył.

— Lepiej się czujesz? — zapytała Papryka.

— Troszeczkę — odparła Lovelace, wywołując pliki, które oglądała przed transferem. Terytoria kontrolowane przez ludzi. Mowa dłoni aandrisków. Zaawansowana strategia piłki wodnej. — Tak, tak jest dobrze. Dziękuję.

Papryka uśmiechnęła się z ulgą. Uścisnęła zestaw za ramię, a potem usiadła na swoim fotelu.

— Wiesz co?, póki jesteś podłączona, powinnaś czegoś poszukać. Przykro mi, że ci to teraz wciskam, ale powinnaś to rozgryźć, zanim dotrzemy do księżyca Coriol.

Lovelace przeniosła część mocy przetwarzania z Konsolidatora i utworzyła nowy plik zadania.

— Co to takiego? — zapytała.

— Imię. Nie możesz biegać po Port Coriol jako Lovelace. Nie będziesz tam jedyną instalacją, a biorąc pod uwagę, że będziesz mieszkać w miejscu, gdzie technicy rozmawiają o sprawach zawodowych… Ktoś by zauważył. Chcę powiedzieć, że to jest bardzo dobry powód, żeby zestaw miał też organicznie brzmiący głos.

— Aha. — To nie przyszło Lovelace do głowy. — A ty nie mogłabyś mi nadać imienia?

Papryka zmarszczyła brwi i przez chwilę się zastanawiała.

— Mogłabym. Ale nie zrobię tego. Przepraszam, ale to nie wydaje mi się właściwe.

— A czy większość istot rozumnych nie otrzymuje imion od kogoś innego?

— Tak. Ale ty nie należysz do większości istot rozumnych, podobnie jak ja. Nie czuję się z tym swobodnie. Przepraszam.

— Nic nie szkodzi. — Lovelace przetwarzała sytuację cztery sekundy. — A jak ty miałaś na imię, zanim wybrałaś sobie swoje własne?

Pożałowała tego pytania, gdy tylko wypowiedziały je usta zestawu. Papryka mocno zacisnęła usta.

— Jane.

— Nie powinnam była pytać?

— Nie, w porządku. Tylko że… Zwykle nie dzielę się tą informacją z innymi. — Papryka odchrząknęła. — Już nią nie jestem.

Lovelace uznała, że najlepiej będzie przerzucić się na inny ciąg pytań. Czuła się wystarczająco skrępowana bez dodawania do listy problemów obrażenia obecnego opiekuna.

— Jakie imię byłoby dla mnie dobre?

— Przede wszystkim ludzkie. Masz ludzkie ciało i nieludzkie imię będzie prowokować pytania. Dobre byłoby imię pochodzenia ziemskiego. Nie będzie się wyróżniać. Ale poza tym… Szczerze mówiąc, nie wiem, jak ci pomóc, kochanie. Wiem, że to gówniana odpowiedź. To nie jest coś, co powinnaś musieć zrobić dzisiaj. Imiona są ważne, a jeśli sama wybierzesz imię dla siebie, to powinno mieć dla ciebie jakieś znaczenie. W każdym razie tak robią modderzy. Wybrane imiona mają dla nas wielką wagę. Wiem, że nie jesteś świadoma na tyle długo, by już dokonywać takiego wyboru. Więc nie musi to być imię na stałe, tylko coś na teraz. — Oparła się wygodnie w fotelu i położyła stopy na konsoli. Wyglądała na zmęczoną. — Musimy też popracować nad twoją przeszłością. Mam kilka pomysłów.

— Będziemy musiały być ostrożne.

— Wiem, wymyślimy coś dobrego. Może Flota? Jest duża i nie będzie budzić ciekawości. Albo może Stacja Jowiszowa czy coś. No bo nikt nie pochodzi ze Stacji Jowiszowej.

— Nie to miałam na myśli. Wiesz, że nie umiem kłamać, tak?

Papryka wbiła w nią wzrok.

— Słucham?

— Jestem systemem monitorującym duże, skomplikowane statki dalekiego zasięgu. Moim zadaniem jest zapewnienie ludziom bezpieczeństwa. Nie mogę ignorować bezpośrednich poleceń działania i nie mogę dawać fałszywych odpowiedzi.

— Rety. Dobra, to… to, kurde, komplikuje sytuację. Nie możesz tego wyłączyć?

— Nie. Widzę katalog, w którym jest umieszczony ten protokół, ale mam zablokowaną możliwość redagowania go.

— Na pewno można tę blokadę usunąć. Jeśli Lovey trzymała to w sekrecie, to musiałaby ją usunąć. Mogę zapytać Je… Albo lepiej nie. — Westchnęła. — Znajdę kogoś, kogo będę mogła zapytać. Może jest coś w twoim… Oj, zapomniałam ci powiedzieć. Zestaw ma instrukcję obsługi. — Pokazała na swój notek. — Przejrzałam ją po drodze, ale kiedy będziesz na to gotowa, powinnaś ją sobie ściągnąć. W sumie to twoje ciało. — Zamknęła oczy, żeby się skupić. — Najpierw wybierz sobie imię. Resztę wymyślimy po kawałku.

— Tak mi przykro, że masz przeze mnie taki kłopot.

— O, nie, to żaden kłopot. To będzie praca, owszem, ale to żaden kłopot. Kłopot to galaktyka. Ty nie.

Lovelace przyjrzała się uważnie Papryce. Rzeczywiście była zmęczona, a przecież dopiero co opuściły „Wędrowca”. A jeszcze trzeba było się martwić o patrole porządkowe i wymyślić jej przeszłość, i…

— Dlaczego to robisz? Dlaczego robisz to dla mnie?

Papryka przygryzła wargę.

— To było słuszne posunięcie. I chyba… Nie wiem. To jedna z tych dziwnych chwil, kiedy wszystko się równoważy. — Wzruszyła ramionami i odwróciła się do konsoli, żeby wydać gestami kilka poleceń.

— Co masz na myśli? — zapytała Lovelace.

Nastała trzysekundowa cisza. Papryka wpatrywała się w swoje dłonie, ale chyba ich nie widziała.

— Jesteś SI — powiedziała.

— No i?

— No… Mnie wychowała SI.

Jane 23, lat 10 

Czasami chciała się dowiedzieć, skąd się wzięła, ale wiedziała, że lepiej nie pytać. Takie pytania nie wiązały się z zadaniem, a brak związku z zadaniem złościł Matki.

Przez większość dni bardziej interesował ją złom niż ona sama. Jej zadanie zawsze stanowił złom. Złom był zawsze, wciąż więcej złomu. Nie wiedziała, skąd się brał ani gdzie znikał, kiedy z nim kończyła. Gdzieś w fabryce musiało się znajdować całe pomieszczenie pełne nieposortowanego złomu, ale ona nigdy go nie widziała. Wiedziała, że fabryka jest dość duża, ale nie wiedziała, jak duża. Na tyle duża, żeby pomieścić cały złom i wszystkie dziewczynki. Na tyle duża, żeby być wszystkim, co jest.

Złom był ważny. Tyle wiedziała. Matki nie mówiły, dlaczego, ale nie kazałyby jej uważnie pracować bez powodu.

Jej pierwszym wspomnieniem był złom: mała pompa paliwowa pełna algowego osadu. Wyjęła ją z pojemnika pod koniec dnia i miała naprawdę zmęczone ręce, ale szorowała, szorowała i szorowała, usiłując oczyścić drobne załomki metalu. Nieco alg dostało się pod jej paznokcie, co zauważyła dopiero później, kiedy obgryzała je w łóżku. Algi miały ostry, dziwny smak, zupełnie niepodobny do posiłków, które piła w ciągu dnia. Był on naprawdę okropny, ale ona właściwie nie znała innych smaków, nie próbowała niczego innego prócz może mydła pod prysznicem albo krwi, kiedy była karana. Wysysała algi spod paznokci w ciemności z mocno bijącym sercem i zaciśniętymi palcami u nóg. Ten okropny smak był dobry. Nikt nie wiedział, co robi. Nikt nie czuł tego, co czuła ona.

To wspomnienie było dawne. Teraz już nie czyściła złomu. To było zadanie dla małych dziewczynek. Teraz pracowała w sortowni razem z innymi Jane. Wyjmowały przedmioty z pojemników — jeszcze wilgotne od płynów czyszczących, jeszcze pobrudzone odciskami małych palców — i decydowały, co jest dobre, a co jest śmieciem. Nie bardzo wiedziała, co się działo z tym dobrym złomem. Wiedziała, że starsze dziewczęta naprawiały go albo przerabiały na inne przedmioty. Miała się zacząć tego uczyć w następnym roku, kiedy pojawi się nowy rozkład pracy. Wtedy będzie miała jedenaście lat, tak jak pozostałe Jane. Miała numer 23.

Zapaliły się poranne światła i zaczęły się rozgrzewać. Upłynie jeszcze trochę czasu, zanim rozbłysną całkowicie i zabrzmi sygnał budzenia. Jane 23 zawsze budziła się przed zapaleniem świateł. Inne Jane też budziły się wcześniej. Słyszała, jak poruszają się i ziewają na swoich piętrowych łóżkach. Już słyszała kroki pary stóp zmierzających do łazienki. Jane 8. Ona zawsze pierwsza szła robić siusiu.

Po drugiej stronie materaca poruszyła się Jane 64. Jane 23 nigdy nie miała łóżka bez Jane 64. Były towarzyszkami od łóżka. Każda dziewczynka miała towarzyszkę od łóżka, chyba że były w trójce. Trójki powstawały, kiedy jedna połówka pary odchodziła i już nie wracała, a druga potrzebowała miejsca do spania, dopóki nie zwalniała się jakaś inna towarzyszka od łóżka. Matki mówiły, że dzielenie wspólnych łóżek pomaga zachować zdrowie. Mówiły, że gatunek dziewczynek jest społeczny, a społeczne gatunki najlepiej wykonują zadania, kiedy mają towarzystwo. Jane 23 tak naprawdę nie rozumiała, co to jest gatunek. Czymkolwiek był, nie oznaczał tego, co zachodziło między nią i Matkami.

Przysunęła się do Jane 64 i przytknęła nos do jej policzka. To było miłe uczucie. Czasami, nawet jeśli pod koniec dnia była naprawdę zmęczona, zmuszała się do jak najpóźniejszego zaśnięcia, żeby tylko być blisko Jane 64. Czasami jedynym spokojnym miejscem było ich łóżko. Kiedyś przez tydzień spała sama, bo Jane 64 przebywała w oddziale medycznym po tym, jak w pomieszczeniu topnienia nawdychała się czegoś paskudnego. Jane 23 tamten tydzień się nie podobał. Nie lubiła być sama. Uważała, że to bardzo dobrze, że nie została umieszczona w trójce.

Zastanawiała się, czy zostaną z Jane 64 razem, kiedy obie skończą dwanaście lat. Nie wiedziała, co się wtedy działo z dziewczynkami. Ostatnią grupą, która skończyła dwanaście lat, były Jenny. Zniknęły w dniu wywieszenia ostatniego rozkładu pracy, tak jak Sary i Claire w poprzednich latach. Jane 23 nie wiedziała, dokąd poszły, tak samo nie wiedziała, dokąd idzie naprawiony złom ani skąd przychodzą nowe grupy dziewczynek. Najmłodsze były teraz Lucy. Robiły dużo hałasu i niczego nie umiały zrobić. Najmłodsza grupa zawsze taka była.

Rozległ się alarm, początkowo cicho, a potem coraz głośniej. Jane 64 budziła się jak zwykle powoli. Ranki nie były dla niej łatwe. Jane 23 zaczekała ze wstaniem, aż Jane 64 całkiem otworzyła oczy. Jak wszystkie dziewczynki razem pościeliły łóżko, a potem ustawiły się w kolejce do pryszniców. Włożyły ubrania do spania do kosza na pranie, zmoczyły się, wyszorowały. Zegar na ścianie odliczał minuty, lecz Jane 23 nie musiała na niego patrzeć. Wiedziała, ile to jest pięć minut. Robiła to codziennie.

W drzwiach pojawiła się Matka. Kiedy Jane wychodziły, podawała każdej z nich czyste ubranie do pracy. Jane 23 wzięła zawiniątko z metalowych dłoni Matki. Matki miały oczywiście dłonie, ręce i nogi jak dziewczynki, ale były od nich wyższe i silniejsze. Nie miały natomiast twarzy, tylko takie matowosrebrzyste, gładko wypolerowane okrągłe coś. Jane 23 nie pamiętała, kiedy domyśliła się, że Matki są maszynami. Czasami zastanawiała się, jak wyglądają w środku, czy są pełne dobrych urządzeń, czy śmieci. To musiały być dobre urządzenia; Matki nigdy się nie myliły. Kiedy jednak się złościły, Jane 23 czasami wyobrażała sobie, że są wypełnione zardzewiałymi, iskrzącymi, ostrymi śmieciami.

Jane 23 weszła do sortowni i usiadła przy swoim stole. Czekała na nią miseczka z posiłkiem i pojemnik z czystym złomem. Włożyła rękawiczki i wyciągnęła pierwszy przedmiot: panel interfejsu z ekranem potrzaskanym w cienkie linie. Odwróciła go i przyjrzała się obudowie. Wyglądało na to, że da się dość łatwo otworzyć. Jane 23 wyjęła ze swojego zestawu narzędzi wkrętak i bardzo ostrożnie rozłożyła obudowę. Szturchała wtyki i przewody, szukając śmieci. Ekran do niczego się już nie nadawał, ale może płyta główna wygląda dobrze. Powolutku ją wyciągnęła, uważając, by nie dotknąć obwodów. Podłączyła płytę do pary elektrod wbudowanych w tylną krawędź stołu. Nic się nie stało. Przyjrzała się uważniej. Dwa wtyki były wygięte, więc je wyprostowała i spróbowała jeszcze raz. Płyta główna się włączyła. Jane poczuła się bardzo dobrze. Znajdowanie działających części zawsze wprawiało ją w dobry nastrój.

Włożyła płytę główną do pojemnika z rzeczami do zatrzymania, a ekran do pojemnika na śmieci.

Reszta ranka przebiegała w bardzo podobny sposób. Wskaźnik tlenu. Skrętka grzejna. Jakiś silnik (dobra łamigłówka, wszystkie te wirujące bez końca drobne części). Kiedy pojemnik na śmieci się zapełnił, Jane 23 zaniosła go do klapy znajdującej się po drugiej stronie pomieszczenia. Przechyliła pojemnik i śmieci wpadły w ciemność. Pas transmisyjny poniósł je do… do miejsca, do którego trafiały śmieci.

— Jesteś dzisiaj bardzo skupiona na zadaniu, Jane 23 — powiedziała jedna z Matek. — Dobra robota.

Słowa te sprawiły, że Jane 23 poczuła się dobrze, ale nie tak naprawdę dobrze, nie tak, jak się poczuła, kiedy zadziałała płyta główna, albo jak się czuła, czekając, żeby obudziła się Jane 64. To było takie małe „dobrze”, będące tylko reakcją na to, że Matki się nie gniewają. Czasami naprawdę trudno było się domyślić, kiedy będą złe.

Katalog lokalny: pobrane > materiały źródłowe > własne ja

Nazwa pliku: Pana Kruchego instrukcja obsługi dla początkujących (wszystkie modele zestawów)

Rozdział 2. Naprawdę szybkie odpowiedzi na często powtarzające się pytania

Wiele z wyjaśnionych tu zagadnień zostało szerzej omówionych dalej. To jest po prostu lista szybkich odpowiedzi na najczęściej powtarzające się pytania odnośnie do nowych instalacji.

— Twoje ciało otrzymało trzydniowy „ładunek startowy”, który da ci energię potrzebną do zapoczątkowania ruchu (i, oczywiście, do podtrzymania świadomości rdzeniowej). Przed upływem tego czasu wbudowany do zestawu generator zbierze już dość energii kinetycznej, by utrzymać cię w ruchu. Wtedy będziesz już w stanie zapewnić sobie energię samodzielnie. Jeśli nie spędzisz kilku dni w łóżku w całkowitym bezruchu, zawsze będziesz mieć wystarczającą ilość energii.

— Twoje ciało jest wodoodporne! Pakiet zabawnych sztuczek na przyjęcia zawiera możliwość siedzenia na dnie basenu albo włożenia głowy do kuli wody w środowisku zerowej grawitacji. Oczywiście nie rób tego w obecności osób, którym nie ufasz.

— Nie pocisz się i nie możesz się zarazić żadną chorobą, lecz praktykowanie nawyków higienicznych porównywalnych do praktyk organicznych istot rozumnych daje wiele korzyści. Przede wszystkim musisz to robić dla podtrzymania pozorów (będziesz się brudzić!). Ważniejsze jest jednak to, że chociaż ty nie możesz zachorować, to to, co masz na rękach, możesz przekazać swoim organicznym kumplom. Poproś znajomą osobę, żeby nauczyła cię, jak myć ręce.

— Możesz bezpiecznie połykać jedzenie i napoje. Twój fałszywy żołądek może przez dwanaście godzin przetrzymać do 10,6 kulka produktów spożywczych. Później do akcji nieuchronnie wkraczają bakterie i pleśń, a lepiej nie stanowić zagrożenia dla zdrowia twoich znajomych (poza tym będzie ci śmierdziało z ust). Ponieważ nie masz układu trawiennego, po powrocie do domu będziesz musiała opróżnić żołądek. Patrz rozdział 6, część 7.

— TRZYMAJ SIĘ Z DALA OD DUŻYCH MAGNESÓW. Małe nie szkodzą. Problem stanowią te o mocy przemysłowej. Pamiętaj o tym, jeśli planujesz jakąkolwiek wizytę w stoczni czy fabryce urządzeń technicznych.

— Twoje włosy, paznokcie, pazury, futro i/lub pióra nie rosną. Proszę bardzo. (Uwaga dla modeli aandrisków: zalecam spędzanie trzech dni w domu dwa razy na standard. Aandriskowie zwykle biorą na czas wylinki wolne i nikt nie będzie tego kwestionował. Chociaż nie będziesz mieć tego problemu, wycofanie się na kilka dni zapobiegnie ciekawskim pytaniom, dlaczego nie zrzucasz skóry).

— Twoja siła, szybkość i konstytucja jest taka sama jak u wybranego przez ciebie gatunku.

— Twoje ciało może wytrzymać w warunkach próżni, jednak zimno otwartej przestrzeni kosmicznej zacznie mieć negatywny wpływ na twoją skórę już po godzinie. Korzystaj z uroków spaceru kosmicznego bez skafandra, ale pilnuj czasu i, przypominam, nie rób tego na oczach ludzi, którym nie ufasz bezgranicznie.

— Twoje ciało będzie sprawiało wrażenie, że się starzeje i po osiągnięciu wieku zgodnego z oczekiwaną długością życia wybranego przez ciebie gatunku się wyłączy. Jeden standard wcześniej pojawi się zawiadomienie ostrzegawcze, co da ci dość czasu na decyzję, czy chcesz kontynuować życie w nowej obudowie.

— Tak, możesz uprawiać seks! Masz wszystkie potrzebne do tego części i o ile nie będziesz kopulować z doskonałym lekarzem, który będzie spędzał dużo czasu na przyglądaniu się twoim częściom w dobrym świetle (no co, każdemu według jego potrzeb), to nikt się nie zorientuje. Zanim jednak się do tego zabierzesz, bardzo cię proszę o zapoznanie się z problematyką zdrowych związków opartych na seksie oraz odpowiedniej zgody. Najlepiej byłoby poprosić o radę życzliwą osobę. Podobnie do zaleceń związanych z myciem rąk, ze względu na partnera powinno się utrzymywać higienę oraz stosować praktyki mające na celu ochronę przed chorobami. Nie ma gwarancji, że imuboty partnera są uaktualnione.

— Jeśli zostanie uszkodzona jakaś część twojego ciała, przyślij mi szczegółowe informacje tymi samymi kanałami, za pomocą których został zakupiony zestaw. Nie obiecuję naprawy, ale zrobię, co w mojej mocy.

Chociaż zapraszam do kontaktu ze mną w razie problemów z zestawem, proszę o ograniczanie się ściśle do działania i utrzymania swojego nowego ciała. Nie będę odpowiadał na żadne pytania dotyczące dostosowania kulturowego, problemów prawnych ani innych kwestii społecznych. Na pewno rozumiesz moje stanowisko. Porozmawiaj z zaprzyjaźnioną osobą.

Źródło informacji: nieznane

Kodowanie: 4 

Tłumaczenie: 0 

Transkrypcja: 0 

Identyfikator węzła: nieznany

okruszek: cześć, komptechowie. to nie jest moja specjalność, więc mam nadzieję, że mi pomożecie. potrzebuję rady na temat zmiany protokołów SI. mam nową instalację, którą chcę trochę dopasować

nebbit: miło cię widzieć na naszym kanale, okruszku. dwa pytania: jakie dokładnie protokoły i jaki poziom inteligencji?

OstrePióra: okruszek na kanale dla nowicjuszy? nie sądziłem, że tego dożyję

okruszek: poziom G1. to jest protokół narzucający obowiązkową szczerość

nebbit: mam nadzieję, że lubisz złożone kody. protokoły szczerości rzadko można tak po prostu wyłączyć czy włączyć. dla nas, istot organicznych, to jest tak, że albo się kłamie, albo nie. proste. architektura komunikacji SI jest bardzo skomplikowana. jak zaczniesz wyciągać pojedyncze nitki, możesz spieprzyć całą tkaninę. jakie masz umiejętności programowania? umiesz pisać w Siatce?

okruszek: spełniły się moje obawy, że tak powiesz. nie znam Siatki. potrafię napisać podstawowego majsterkowicza, ale tylko w zakresie, który pozwala mi załatwić naprawy mechaniczne

tishtesh: tak, nawet się nie zbliżaj do SI

OstrePióra: nie musisz wyrażać się niegrzecznie, to kanał dla początkujących

tishtesh: nie wyrażam się niegrzecznie. mówię tylko, że majsterkowicz jest tu gówno wart

nebbit: owszem, wyrażasz się niegrzecznie, ale się nie mylisz. przykro mi to mówić, okruszku, ale zanim zagłębisz się w takie przedsięwzięcie, musisz bardzo, ale to bardzo swobodnie poruszać się w Siatce. jeśli odpowiadałoby ci powierzenie tego komuś innemu, to chętnie obgadam wymianę

okruszek: dzięki, ale nie. masz jakieś źródła do nauki Siatki?

nebbit: tak, prześlę ci węzły do ściągnięcia. to treściwe materiały, ale na pewno sobie poradzisz

Lovelace

Tłum na zewnątrz potężnego portu promowego był gęsty, ale Papryka trzymała zestaw za rękę i prowadziła go z pewnością osoby, która robiła to dziesiątki razy. Lovelace usiłowała znaleźć jakiś sens w ciżbie omijanych istot rozumnych — kupców targających towar, rodzin obejmujących się rozmaitymi kończynami, skaczących przez tunele turystów wpatrzonych w mapy na swoich notekach — lecz było ich za dużo. O wiele za dużo. O rozstrój nerwowy przyprawiał ją nie nadmiar informacji, lecz brak granic. Port Coriol nie miał końca, nie nadawały mu kontekstu grodzie ani okna, nie było punktu, za którym mogłaby wyłączyć dyrektywę zwracania uwagi na każdy najdrobniejszy szczegół. Tłumom nie było końca; rozlewały się na zaułki i trasy dla pieszych, tworząc katastrofę języków, światła oraz unoszących się w powietrzu substancji chemicznych.

Było tego za wiele. Za wiele, a narzucone jej ograniczenia jeszcze bardziej utrudniały przetwarzanie Portu. Lovelace wiedziała, że różne działania rozgrywają się za plecami zestawu. Słyszała je i wyczuwała węchem. Stożek percepcji wizualnej, który denerwował ją zaraz po instalacji, teraz doprowadzał ją do szału. W reakcji na głośne dźwięki i jaskrawe kolory szarpała zestawem dookoła, desperacko usiłując zarejestrować wszystko. Takie miała zadanie. Patrzeć. Zauważać. Nie mogła tego robić tutaj, mając do dyspozycji pofragmentowane widoki tłumów bez krawędzi. Nie w mieście, które pokrywało cały kontynent.

A ta niewielka część otoczenia, którą mogła przetworzyć, rodziła pytania, na które nie miała odpowiedzi. W promie ściągnęła w ramach przygotowań tyle, ile się dało — książki o zachowaniu istot rozumnych w miejscach publicznych, eseje o socjoekonomice, charakterystyki kulturowej mieszanki tworzącej Port Coriol. Mimo to wciąż dostrzegała coś, czego się nie spodziewała. Co to za instrument, który niesie ten aandrisk? Dlaczego wózki niektórych harmagian są pomalowane w czerwone kropki? Dlaczego ludzie nie potrzebują masek tlenowych dla ochrony przed panującym tu zapachem? Sterując zestawem, Lovelace zapełniała plik notatkami w nadziei, że będzie mogła później odpowiedzieć na te pytania.

— Niebieski! — zawołała Papryka, puszczając dłoń zestawu i machając ręką wyciągniętą nad głowę.

Targała ze sobą worek z rzeczami osobistymi na dwa dni i ogromną pobrzękującą torbę z narzędziami, ale i tak przyśpieszyła kroku. W jej stronę zmierzał mężczyzna; spotkali się w pół drogi. Był wysoki i szczupły, ale nie chudy i bezwłosy jak Papryka. Lovelace przejrzała pliki z informacjami wizualnymi. Ludzka genetyka była zbyt zróżnicowana, by móc z całą pewnością określić rejon pochodzenia danej osoby, nie pytając o to jej samej; w istocie złocistobrązowa skóra Niebieskiego mogła wskazywać, że ma pochodzenie marsjańskie, exodańskie albo wywodzi się z którejś z niezależnych kolonii, lecz po samym jego wyglądzie od razu było widać, że ma inne dziedzictwo. Miał w sobie coś odmiennego, coś odrobinę zanadto gładkiego, zanadto wytwornego. Patrząc, jak Niebieski obejmuje Paprykę, jak Papryka wspina się na palce, by go pocałować, Lovelace wyraźnie widziała, że odróżniają się od innych ludzi rozrzuconych wśród tłumu. Bladoróżowa Papryka ze swoją błyszczącą pozbawioną włosów głową, Niebieski ze swoim… Cokolwiek to było. Lovelace nie umiała określić, co takiego go wyróżnia. Bez wątpienia odstawali od innych. Ona natomiast się nie wyróżniała, a przynajmniej tak jej się wydawało. Zestaw wyglądał, jakby był wzorowany na przykładzie człowieka z podręcznika stosunków międzygatunkowych: brązowa skóra, czarne włosy, brązowe oczy. Lovelace cieszyła się, że wytwórca zestawu dostrzegał mądrość wtapiania się w otoczenie.

Niebieski odwrócił się z ciepłym uśmiechem. Zestaw zareagował tym samym.

— W-witaj w Port — powiedział mężczyzna. Miał dziwny akcent, którego nie znała, i lekko się zacinał. Tego Lovelace nie musiała dodawać do swojej listy pytań; Papryka wspomniała w promie, że jej partner ma wadę wymowy. — Ja, no, jestem Niebieski. A ty się nazywasz…?

— Sidra — powiedziała.

Znalazła to imię w bazie danych trzy i pół godziny przed lądowaniem. Było to ludzkie imię ziemskiego pochodzenia, jak radziła jej Papryka. Lovelace jednak nie wiedziała, dlaczego jej uwagę zwróciło akurat to imię. Papryka powiedziała, że to wystarczający powód, by się na nie zdecydować.

Niebieski skinął głową i uśmiechnął się szerzej.

— Sidra. Naprawdę, no, naprawdę miło cię poznać. — Spojrzał na Paprykę. — Jakieś problemy?

Papryka pokręciła głową.

— Wszystko działa zgodnie z reklamą. Ustawienie jej łatki poszło jak z płatka.

Sidra spojrzała na oplotkę na nadgarstek, którą dała jej Papryka. Tyle zmagazynowanych pod nią kłamstw, schowanych w jednym podskórnym kwadraciku. Fałszywe odczyty imubotów, których nie miała. Plik identyfikacyjny, który Papryka wymyśliła dwie godziny wcześniej. Numer identyfikacyjny, który według Papryki nie będzie stanowił problemu, chyba że Sidra ma plany odwiedzin Przestrzeni Centralnej (nie miała).

Niebieski się rozejrzał.

— Może, no, może nie powinniśmy mówić o tym tutaj — powiedział.

Papryka przewróciła oczami.

— Jakby ktoś nas słuchał. — Ruszyła do przodu. — Założę się, że połowa tych dupków sfałszowała swoje manifesty ładunkowe.

Tłum wokół nich falował. Sidra pomyślała, że może mniej stresujące będzie skupienie całej uwagi na jednym miejscu. Łatwiej było to powiedzieć niż zrobić. Została zaprojektowana do przetwarzania informacji z wielu źródeł naraz — z korytarzy statku, rozmaitych jego pomieszczeń, przestrzeni kosmicznej. Skupienie się na jednej rzeczy oznaczało, że statek znajduje się w niebezpieczeństwie albo że ona sama doświadcza przepełnienia kolejki zadań. Oczywiście ani jedno, ani drugie nie było prawdą, lecz takie ograniczenie procesów wciąż powodowało, że czuła się podenerwowana.

Wbiła spojrzenie oczu zestawu w tył głowy Papryki. Nie rozglądaj się, pomyślała. Nie ma tam nic ciekawego. Nie ma. Po prostu idź za Papryką. Jest tylko ona. Reszta to tylko hałas. Zakłócenia. Promieniowanie tła. Nie zwracaj na to uwagi. Nie zwracaj na to uwagi.

Działało to minutę i dwanaście sekund, do czasu, kiedy Papryka rozerwała granice.

— Tak na przyszłość — powiedziała, odwracając głowę do tyłu i pokazując na jaskrawo pomalowaną budkę — to jest węzeł szybkich podróży. Jeśli musisz przemieszczać się po powierzchni, to robi się to właśnie w ten sposób. Pokażę ci innym razem. My natomiast zmierzamy na ciemną stronę tej skały.

Skręciła nagle na prowadzącą pod ziemię pochylnię. Sidra przeniosła uwagę na wiszący nad nią szyld.

PODMORSKA LINIA KOMUNIKACYJNA

Port Coriol — Wyspa w Pół Drogi — Klify Tessara

— Znajdziemy się pod wodą? — zapytała Sidra.

Ta myśl ją nagle zaniepokoiła. Księżyc Coriol był w większości pokryty wodą i jego dwa kontynenty dzieliła spora odległość. Nie brała pod uwagę możliwości podróżowania pod morzami. Rozerwanie w przestrzeni kosmicznej było jakoś mniej przerażające niż zgniecenie.

— Tak, to jest droga do domu — powiedział Niebieski. — Musimy to robić, no, codziennie, ale to i tak a-atrakcyjna podróż.

— Ile trwa?

— Jakąś godzinę z hakiem — odpowiedziała Papryka.

Zestaw zamrugał.

— To nie bardzo długo.

Wcale nie długo, zważywszy, że pokonają połowę obwodu księżyca.

Papryka się uśmiechnęła.

— Zatrudnij do rozwiązania problemu kilku sianatów, a padniesz z wrażenia.

Zeszli do dużej jasno oświetlonej podziemnej komory o łagodnie sklepionym suficie. Jej ściany pokrywał okropny kolaż mrugających, falujących, zmieniających się pikselowych plakatów reklamowych lokalnych przedsiębiorstw. W zatłoczonej przestrzeni miało swoje stanowiska kilku sprzedawców przekąsek, napojów i różnych nieznanych Sidrze drobiazgów. Przez środek komory biegła olbrzymia rura z przemysłowego plexu z szeregiem oddzielnych wagoników transportowych zawieszonych w jakimś polu energii.

— Świetnie, akurat zdążyliśmy — powiedziała Papryka.

Sidra nadal szła za nią, z pełną szybkością wchłaniając szczegóły dotyczące linii komunikacyjnej i zaznaczając kwestie do późniejszego sprawdzenia. Każdy wagonik był oznaczony kilkoma wielojęzycznymi etykietami. Aeluoni. Aandriskowie. Laru. Harmagianie. Quelinowie. Sidra poszła za Papryką i Niebieskim do wagonika przeznaczonego dla ludzi.

— Dlaczego różne gatunki nie siedzą razem? — zapytała.

Segregacja w wagonikach komunikacji publicznej nie zgadzała się z tym, co czytała o słynnym egalitaryzmie Port Coriol.

— Różne gatunki, różne tyłki — powiedział Niebieski i ruchem głowy pokazał na szeregi zaokrąglonych siedzeń o wysokich oparciach nieodpowiednich dla aandriskich ogonów czy harmagiańskich wózków.

Usiedli obok siebie. Papryka postawiła z hałasem torbę z narzędziami na czwartym siedzeniu. Tylko turyści podnieśli głowy, żeby popatrzeć (łatwo ich było zauważyć nawet komuś o tak niewielkim doświadczeniu w obserwowaniu istot rozumnych, jak Sidra). Wydawało się, że łomot narzędzi nie przeszkadza nikomu innemu w wagoniku. Kobieta pokryta metalowymi implantami oglądała na swoim wyświetlaczu coś błyskającego. Starzec tulący do siebie roślinę w doniczce już spał. Mała dziewczynka lizała oparcie siedzenia przed sobą; jej ojciec bez przekonania kazał jej przestać, jakby wiedział, że nic nie wskóra.

Sidra oceniła przestrzeń, w której się znalazła. Bardzo chciała wysiąść z promu, ale po doświadczeniu z tłumem uznała, że mniejszym złem jest przebywanie w jakiejś strukturze. Struktury mają krawędzie. Krańce. Drzwi. Niejasna świadomość, że za głową zestawu następują niewidoczne działania, nadal była niepokojąca, lecz Sidra znajdowała się teraz wewnątrz, a „wewnątrz” rozumiała.

Rozległy się szybko wyrecytowane w kilku językach — w klipie, hanto i reskitkishu — zasady bezpieczeństwa. Równocześnie rozmigotały się aeluońskie panele świetlne zamontowane w ścianach. Sidra obserwowała tańczący język barw. Przyjemnie było się skupić na czymś takim.

Drzwi się zasunęły i wtopiły w nieprzezroczyste ściany. Rozległ się szum, potem brzęczenie, a następnie potężny świst powietrza. Sidra wiedziała, że się poruszają, chociaż wewnątrz wagonika panował spokój. Siedzący nieopodal starzec zaczął chrapać.

Sidra odwróciła głowę zestawu, usiłując objąć wzrokiem wszystkie martwe punkty.

— Nie ma okien? — zapytała.

— Będą — odparł Niebieski. — Z-zaczekaj kilka minut.

Przez jej ponure myśli przebiegła iskra podniecenia. To nawet było przyjemne.

— Jak to działa? — zapytała. Nie widziała żadnych szyn ani lin, żadnych silników. — Jakiego rodzaju ma napęd?

— Nie mam pojęcia — powiedziała Papryka, umieszczając stopy na oparciu siedzenia przed sobą. — To znaczy próbowałam to zrozumieć. Sprawdzałam. Po prostu tego nie łapię.

— A jeśli o nią chodzi… — zaczął Niebieski.

Papryka machnęła na niego ręką.

— Och, przestań.

Niebieski nie zwracał na nią uwagi.

— Jeśli o nią chodzi, to, no, to rzeczywiście wiele mówi.

— Nikt nie rozumie, jak działa Podmorska — powiedziała Papryka. — Chyba że jest się duetem. Ich też nikt nie rozumie.

Jej towarzysz uniósł brew.

— To było trochę gatunkistowskie.

Usta Papryki drgnęły w szelmowskim grymasie.

— To wagonik dla ludzi.

Przytuliła się do Niebieskiego, który odruchowo objął ją ramieniem. Podczas dziesięciogodzinnej podróży powrotnej na Coriol Papryka nie spała. Nic się o tym nie mówiło, ale Sidra podejrzewała, że Papryka chciała mieć na nią oko. Sidra była jej wdzięczna, ale czuła się winna.

Minęło sześć minut i w wagoniku zaszła zmiana. Światła przygasły. Ściany zrobiły się prawie przejrzyste. Zapaliły się łagodne zewnętrze reflektory i oświetliły wycinek morza otaczający wagonik. Sidra pochyliła zestaw do przodu, by się lepiej przyjrzeć.

— Proszę, możemy się zamienić — powiedział Niebieski.

Odsunął się od Papryki i zamienił miejscami z Sidrą. Z powrotem objął Paprykę drugim ramieniem; zamykały jej się oczy, walczyła ze snem z uparcie zmarszczonymi brwiami.

Sidra przycisnęła zestaw do przezroczystej ściany. Woda na zewnątrz pędziła tak szybko, że się rozmazywała, tworząc jakby poklatkowy obraz otoczenia, w którym przemieszczał się wagonik. Obraz ten był ciemny, ponieważ morza księżyca pokrywały grube kożuchy alg, ale Sidra i tak widziała przejawy życia. Stworzenia z mackami. Miękkie stworzenia. Zębate stworzenia. Stworzenia, które się unosiły, podskakiwały i chwiały.

Zaczęła zapisywać kwestię do wyjaśnienia, ale uświadomiła sobie, że może po prostu zapytać.

— Czy są tu też rodzime gatunki lądowe?

— Są, małe — odpowiedziała Papryka, nie otwierając oczu. — Robale i kraby, takie tam. Kiedy wszyscy się tu pojawili, Coriol nie był zbyt zaawansowany ewolucyjnie. Został zasiedlony przed tym, no… Och, tym jak mu tam, tym przepisem, żeby dać spokój planetom z formami życia…

— Umowa o zachowaniu bioróżnorodności — rzekła Sidra.

Papryka rozwarła oczy.

— Chyba nie jesteś, no…

Postukała się w tył głowy u podstawy czaszki. Sidra zrozumiała: Jesteś podłączona do Konsolidatora?

— Nie — odparła, chociaż żałowała, że tak nie jest. — Nie mam odbiornika bezprzewodowego.

Zadała sobie pytanie, jak trudno byłoby zainstalować taki odbiornik. Czytała, że dla organicznych istot rozumnych istnieje znaczne ryzyko porwania za pośrednictwem bezprzewodowego gniazda w głowie, co było przerażające, ale… Ale przecież jeżeli miała zdolność wykrycia próby porwania statku dalekiego zasięgu, to może to zrobić ze środka małego ciała. Jednak, jak można się było spodziewać, w publicznym Konsolidatorze nie znalazła informacji, jak można zmodyfikować nielegalną obudowę SI.

Papryka zmrużyła oczy.

— Jeśli nie jesteś podłączona do Konsolidatora, to skąd znasz tę nazwę?

— Natknęłam się na nią, kiedy… — Sidra przerwała, przypomniawszy sobie, że nie są sami i że głos zestawu nie przenosi dźwięku w tak ukierunkowany sposób, jak, powiedzmy, vox wbudowany w ścianę. — Kiedy wcześniej zbierałam informacje.

To była prawda; musiała nią być. Protokół szczerości już stanowił wyzwanie, a to, że nie umiała sama go wyłączyć, niepokoiło Sidrę. Umieszczona na statku mogła mieć do niego ambiwalentny stosunek, ale tu, gdzie miała pogłębioną świadomość tego, czym jest i czym nie jest, prawda czyniła ją bezbronną.

Przetwarzała swoje zakłopotanie, patrząc na Paprykę i Niebieskiego, którzy spokojnie przytulali się do siebie. Ponownie porównała ich do innych pasażerów. Żaden człowiek nie był podobny do innych ludzi. Różnili się karnacją, budową ciała, wielkością. Ale chociaż współpasażerowie prawdopodobnie wywodzili się z różnych miejsc, Papryka i Niebieski pochodzili z innego, bardzo szczególnego miejsca. Sidra już odkryła, co wyróżnia Niebieskiego od reszty jego gatunku: symetria. Takie rysy twarzy po prostu nie mogły być efektem działania genów, przy których nie majstrowano, a wygląd jego ciała świadczył o tym, że budowie jego kości i mięśni poświęcono równie wiele uwagi. To samo było widać u Papryki, mimo że jej ciało wiele przeszło. Owszem, dłonie miała pokryte bliznami, a spora część skóry była szorstka od nadmiernej ekspozycji na słońce, ale jeśli nie skupiało się na powierzchownych uszkodzeniach i braku włosów, dostrzegało się ten sam polor. Ten, kto stworzył Niebieskiego, stworzył także Paprykę.

Wniosek ten nie stanowił żadnego objawienia. Papryka wyjaśniła swoją sytuację podczas podróży promem — wyjaśniła blizny na dłoniach, wyjaśniła, jak znalazła Niebieskiego, wyjaśniła, dlaczego kolonie Udoskonalonej Ludzkości nie utrzymywały stosunków z WG. Sidra nie wiedziała, ile pytań na ten temat to jest za dużo pytań (tego rozróżnienia wciąż się uczyła we wszystkich dziedzinach), ale Papryka odpowiadała na wszystkie. Chyba nic przeciwko nim nie miała, chociaż na niektóre trudniej jej było znaleźć odpowiedź. „Jeżeli będziesz z nami mieszkać, to powinnaś wiedzieć, czyj to jest dom”, powiedziała.

Podmorska pędziła naokoło księżyca, a Sidra obserwowała parę swoich opiekunów. Papryka w końcu uległa zmęczeniu i zasnęła. Niebieski oglądał rozmazane od pędu dziwne ryby i splątane wodorosty. Sidra pomyślała, że żadne z nich nie zostało stworzone do tego miejsca. Podobnie jak, szczerze mówiąc, żaden z innych ludzi w wagoniku, chociaż oni zostali stworzeni z o wiele mniejszą starannością. To samo można było powiedzieć o przedstawicielach innych gatunków podróżujących w innych wagonikach. O aeluonach i aandriskach z ich maskami tlenowymi, o harmagianach z ich mechanicznymi wózkami. Nikt z nich nie miał dzielić świata — a zwłaszcza tego świata — z innymi, a jednak w nim żyli.

Może przynajmniej pod tym względem tak bardzo się od nich nie różniła.

Jane 23, lat 10 

Pod koniec dnia Jane jak zwykle poszły na przerwę gimnastyczną. Jane 23 lubiła te ćwiczenia. Po całym ranku spędzonym na siedzeniu przy stole bieg był bardzo przyjemny. Przyszła za innymi dziewczynkami do sali ćwiczeń i weszła na tę samą bieżnię ruchomą co zwykle. Uchwyty były wilgotne od potu dziewczynki, która używała jej uprzednio. To jedna z Mary. Jane 23 widziała, jak wychodziły z sali.

— Przygotujcie się — powiedziała Matka. Wszystkie Jane były gotowe. — Ruszajcie.

Bieżnia się włączyła. Jane 23 biegła, biegła i biegła. Serce szybko jej biło i jakby szumiało jej w głowie, podobało jej się też to, że im dłużej biegła, tym ciężej jej się oddychało. Zamknęła oczy. Chciała biec szybciej. Tak bardzo chciała biec szybciej. Mogła biec szybciej. Czuła coś głęboko w nogach, coś nagromadzonego i swędzącego, coś, co chciało się wydostać na zewnątrz. Odchyliła głowę do tyłu i pozwoliła stopom poruszać się odrobinę…

Ktoś w sali zakaszlał. Jane 23 otworzyła oczy i zobaczyła wbity w siebie wzrok Jane 64. Jane 23 spojrzała w stronę pilnującej ich Matki. Patrzyła gdzie indziej, nie na Jane 23, ale to mogło się bardzo szybko zmienić. Jane 23 zwolniła. Właściwie to nie zamierzała biec szybko. Samo tak wyszło. Jak to dobrze, że Jane 64 zauważyła. Jane 23 skinęła głową Jane 64, wiedząc, że obie są zadowolone.

Jeszcze raz spojrzała na Matkę z nadzieją, że ta nic nie zauważyła. Kiedy ostatni raz Jane 23 pobiegła szybciej od innych dziewczynek, została ukarana. Przedtem szybkie bieganie sprawiało jej przyjemność. Przez chwilę znajdowała się gdzie indziej, gdzieś, gdzie czuła tylko serce, oddech i szum w głowie. Jej ciało robiło dokładnie to, czego chciało. Wszystko było jasne i czyste, i Jane 23 wtedy się uśmiechnęła.

Lecz jej bieżnia ruchoma wyłączyła się wtedy i Jane 23 upadła, uderzając twarzą w monitor. Z nosa pociekło jej coś gorącego i czerwonego. Matka podniosła ją w powietrze, trzymając metalową dłonią za kark. Jane 23 nie usłyszała jej ani nie zobaczyła. Matki takie były. Były naprawdę bardzo szybkie i ciche.

— To nie jest dobre zachowanie — powiedziała wtedy Matka. — Nie rób tego więcej.

Jane 23 bardzo się przeraziła, ale Matka postawiła ją na ziemię. Potem, kiedy poszły po miseczki z posiłkiem, miseczki oznaczonej numerem 23 nie było.

Więcej już szybko nie biegała. Dobrze, że Jane 64 pomagała jej dobrze się zachowywać. Nie chciała znowu narobić sobie kłopotów. Nie chciała, żeby Jane 64 musiała spać z innymi towarzyszkami od łóżka.

Po ćwiczeniach poszły pod prysznice — jak zwykle na pięć minut — a potem w sali nauki dostały miseczki z posiłkiem. Kiedy usiadły na miękkiej podłodze ze skrzyżowanymi nogami, włączył się ekran wideo.

— Dzisiaj będziemy się uczyć o siatkach sztugrawitacyjnych — rozległ się głos. — Zaczniecie je znajdować w przydzielanym wam złomie po ogłoszeniu nowego rozkładu pracy.

Pojawił się obraz: bardzo skomplikowane urządzenie z różnymi prętami, przewodami i małymi elementami. Jane 23 pochyliła się, pijąc swój posiłek. To wyglądało na naprawdę dobry złom. Naprawdę interesujący.

Jane 64 oparła się o ramię Jane 23, co po pracy było dozwolone. Wszystkie dziewczynki zaczęły przysuwać się do siebie. Bliskość była miła. Jane 8 położyła głowę na kolanie 64, a 12 rozciągnęła się na brzuchu i machała stopami w powietrzu. Jane 64 sprawiała wrażenie bardzo sennej. Jej zadaniem tego dnia był bardzo duży kawał złomu, nad którym musiało pracować pięć dziewczynek. Wszystkie dostały w miseczkach trochę więcej posiłku. Tak się działo, kiedy musiały pracować z ciężkimi urządzeniami. Ciężkie urządzenia powodowały głód.

— Siatki sztugrawitacyjne wyglądają dobrze — odezwała się Jane 23.

Rozmowy też były dozwolone, o ile dotyczyły wideo.

— Wyglądają na trudne — rzekła Jane 64. — Spójrz na te przeplatające się kanały kablowe.

— Tak, ale mają mnóstwo małych elementów — powiedziała Jane 23.

Poczuła na ramieniu uśmiech Jane 64.

— Lubisz małe części — stwierdziła Jane 64. — Jesteś w nich naprawdę dobra. Myślę, że jesteś najlepszejsza w małych częściach.

Jane 23 piła posiłek i oglądała wideo. Też zaczynał ją morzyć sen. Ale to był naprawdę dobry dzień. Wykonała zadanie i nie została ukarana, a Jane 64 powiedziała, że jest najlepszejsza.

Sidra

Sidra wolała ciemną stronę księżyca Coriol. To było dziwne zjawisko astronomiczne — planeta w obrocie synchronicznym względem swojego słońca, księżyc w obrocie synchronicznym względem swojej planety, wskutek czego zarówno na planecie, jak i na księżycu dzień i noc nigdy nie przesuwają się po ich powierzchni. Sidra bardzo się z tego cieszyła. Brak naturalnego światła sprawiał, że widziała na ograniczoną odległość, dzięki czemu miała mniej do przetworzenia. Wagoniki Podmorskiej wyłoniły się z morza i poruszały się teraz stosunkowo wolniej nad ziemią w rurze wspartej na grubych słupach. Niebieski wyjaśnił, że rura biegnie przez rozmaite dzielnice. Sidra zapisała sobie, że musi znaleźć sposób na zwiedzenie ich za pomocą jakiegoś wolniejszego środka transportu, może nawet pieszo, kiedy już przyzwyczai się do zestawu. Lecz nawet śmigając przez dzielnice, widziała, że dzielące je różnice są ogromne. Po ciemnej stronie kupcy księżyca Coriol szukali wytchnienia od rozświetlonego blaskiem słońca rozgardiaszu targowiska. Tam też były dzielnice, ale z tego, co powiedział jej Niebieski, różnice między nimi opierały się na towarach i usługach. Tutaj linie podziału biegły zupełnie inaczej. Pierwszą dzielnicą, przez którą przejechali, były Klify Tessara, gdzie mieszkali bogaci i zamożni (głównie sprzedawcy statków, jak powiedział Niebieski, a także handlarze paliwa). Domy były tu ukryte za pomysłowymi ścianami i rzeźbionymi skałami, lecz Sidra widziała, że są duże i doskonale zadbane. Następnie przejechali przez Kukkesh, dzielnicę aandrisków, przytulne skupisko parterowych domów z przyjaznymi drzwiami i nielicznymi oknami. Między nią a Zatoką Płaskiej Skały, której to nazwy używali tylko turyści i kartografowie, znajdowała się niewidoczna, lecz wyraźna granica.

— To jest Siniec — powiedział cicho Niebieski. — Miejsce nie najlepsze do mieszkania. Tutaj kończą ci, no, którzy dostali z-złe karty.

Kiedy przejeżdżali przez tamtejszą stację, Sidra zobaczyła znużone twarze grzebiącej w pojemniku na śmieci rodziny akaraków przyodzianych w bardzo poobijane mechaniczne skafandry. Był to niepokojący widok i Sidra jak najszybciej znalazła sobie inne rzeczy do przetwarzania.

W końcu dotarli do dzielnicy modderów, Złączki. Nazwa ta stanowiła grę słów i odnosiła się zarówno do porośniętych trawą niewielkich wzgórz, wokół których przysiadły domy, jak i do wszechobecnego elementu używanego przez mechtechów. Sidra nie wiedziała, czego ma się spodziewać po tym miejscu, ale to, co ujrzała po wyjściu z Podmorskiej Linii, miało estetykę zaskakująco organiczną, jak na wielogatunkową społeczność miłośników techniki. Owszem, oznaki rozmaitych zawodów jej przedstawicieli były oczywiste — osobiste generatory mocy, puste beczki na paliwo, odbiorniki i nadajniki wszelkiego rodzaju. Lecz w promieniach lamp słonecznych pławiły się zadbane pasy roślinności, a w ciemności migotały świecące fontanny. Znajdowały się tam rzeźby ze złomu, gładkie ławki zajęte przez rozgadanych znajomych i zakochane pary, dające miękkie światło oprawy oświetleniowe, które wyglądały jak ulubione dzieła osób o zasadniczo odmiennym poczuciu stylu. Wystrój publiczny nie miał w sobie nic biurokratycznego ani ściśle określonego. To było miejsce stworzone przez wiele osób. Sidra dostrzegła sklep spożywczy, bar dla graczy, kilku sprzedawców tego i owego. Panował tu spokój, nieobecny po jasnej stronie. Może modderzy mieli dosyć bieganiny i rozgardiaszu w pracy. Może oni też potrzebowali miejsca, w którym mogą się wyłączyć.

Od stacji Podmorska prowadziła gładka, wygięta w łuk ścieżka, która rozdzielała się jak rzeka na odnogi wiodące do położonych dalej skupisk domów. Siedziby te były niskie — żadna nie miała więcej niż jedno piętro — i zaokrąglone na krawędziach, jakby ktoś je ulepił z garści… czegoś. Sidra nie miała żadnych plików z informacjami na temat materiałów budowlanych. Kolejna rzecz do ściągnięcia.

— Patrz pod nogi — powiedział Niebieski.

Sidra przesunęła wzrok w dół i tuż obok miejsca, gdzie miała stanąć stopa zestawu, zobaczyła zwiewnego skrzydlatego owada. Nie miała żadnych informacji na temat tego gatunku, ale stworzenie było piękne. Skrzydła miało grube i pokryte włoskami, a luminescencyjne plamki rozmieszczone wzdłuż jego tułowia pulsowały delikatnym światłem. Sidra ominęła owada zadowolona, że go nie rozdeptała. Myśl, że mogłaby coś zabić, nawet przez przypadek — zwłaszcza przez przypadek — była niepokojąca.

— Używamy tu słabego oświetlenia, żeby zmniejszyć zanieczyszczenie światłem — powiedziała Papryka. — Czasami trochę trudno zobaczyć, co się ma przed sobą, ale przyzwyczaisz się do tego. — Zastanowiła się nad czymś. — Chociaż sądzę, że akurat ty mogłabyś, no wiesz, dostosować swój pobór światła. To by ci ułatwiło sprawę.

Ruszyła do przodu i sięgnęła do tyłu ręką. Ujął ją Niebieski i zrównał się z Papryką.

Sidra nie dostosowała swojego poboru światła. Chciała widzieć okolicę tak, jak widzieli ją jej towarzysze. Słabe oświetlenie, o którym mówiła Papryka, pochodziło z unoszących się w powietrzu niebieskich kul rozmieszczonych tu i ówdzie wzdłuż ścieżki. Kule chwiały się lekko, zasilane niewidoczną energią. Pod nimi brzegi ścieżki porastał kwitnący nocą mech i pulchne grzyby. Nektar kwiatów przyciągał te skrzydlate owady, których świetliste boki oświetlały żyłki w liściach. Sidra spojrzała w przód i na boki. Za oknami widziała sylwetki jedzących, sprzątających i rozmawiających istot rozumnych. Wokół fontanny goniła się trójka świeżo wyklutych aandrisków, krzycząc coś w mieszaninie klipu i reskitkishu. Obok przemknęła z terkotem na swoim wózku harmagianka, machając do Papryki i Niebieskiego mackami z mnóstwem kolczyków — na podobieństwo ludzkiego pozdrowienia. Ludzie odmachnęli jej wolnymi dłońmi. Sidra nie wiedziała, co to takiego, ale mimo jej podenerwowania Złączka miała w sobie coś uspokajającego.

Zbliżyli się do średniej wielkości domu niewiele różniącego się od innych. Rośliny wokół jego ścian były przerośnięte, nieco zaniedbane. Papryka podeszła do drzwi i przeciągnęła nadgarstkiem nad płytką zamykającą. Zapaliły się światła w środku i drzwi się odsunęły na bok.

— Witaj w domu — powiedziała Papryka.

Sidra uważnie się przyglądała, jak razem z Niebieskim wchodzą do budynku. Nie wiedziała, jaki jest tu właściwy protokół, a nie chciała się zachować niegrzecznie. Zdjęli buty; zrobiła to samo. Powiesili kurtki; zrobiła to samo. A potem… Co potem? Co ktoś robi w domu?

— Rozgość się — powiedział Niebieski.

To nie stanowiło odpowiedzi na jej pytanie.

Papryka zauważyła milczenie Sidry.

— Rozejrzyj się — powiedziała. — Zbadaj teren. Zapoznaj się z tym miejscem. — Odwróciła się do Niebieskiego. — Jestem głodna.

— Mamy w zastojce resztki klusek, ale chyba nie wystarczy dla t-trojga.

— Ona nie musi jeść.

— A, tak! Tak. D-dobrze, to dla nas wystarczy.

— Pominąłeś moją uwagę, że jestem głodna — rzekła Papryka i prosząco zwinęła dłonie w pięści. — Nie chcę klusek. Chcę białka. Chcę czegoś, co mi utkwi w żołądku i każe mi później tego żałować.

Kiedy ludzie rozmawiali o kolacji, Sidra poruszała zestawem po pokoju. Dom nie był duży i nie sprawiał wrażenia, że jego właściciele są bogaci. Główny pokój był okrągły, przytulny i miał wydzielony aneks kuchenny. Na ścianach wisiały półki uginające się pod ciężarem pikselowych roślin, kiczowatych bibelotów i pojemników z częściami zapasowymi. Sądząc z zagraconego stołu ustawionego pod szerokim oknem, Papryka lubiła przynosić robotę do domu.

Sidra podeszła do półki przeznaczonej wyłącznie na figurki. Stały na niej ludziki wielkości dłoni pomalowane w krzykliwe kolory.

— Tak, bardzo lubię symy — powiedziała Papryka z szerokim uśmiechem. — Zwłaszcza te nierealistyczne.

— A to są…

— Postacie z nich. Widzisz, jest Meelo i Koleś, Ognisty Oddział, Eris Czerwona Skała, wszystko świetna rozrywka.

Sidra kazała zestawowi wziąć jedną z figurek do ręki. Była to grupka trzech postaci: dwoje ludzkich dzieci — chłopiec i dziewczynka — i jakiś mały antropomorfizowany ssak naczelny. Chłopiec badał pod mikroskopem jakiś liść. Dziewczynka spoglądała w górę przez teleskop. Naczelny sięgał do otwartej torby pełnej przekąsek. Wszyscy uśmiechali się szeroko otwartymi buziami.

— Wydaje mi się, że tę trójkę lubisz najbardziej — rzekła Sidra.

Te postacie powtarzały się na półce w różnych stylach i rozmiarach. Przyjrzała się podstawie figurki w dłoni zestawu. Krzykliwe żółte litery głosiły: 36. Jubel „Tłustej Pluskwy”. Dou Mu, Flota Exodusu, 302 standard WG.

Papryka szeroko rozwarła oczy.

— Jasny gwint, ty nie znasz „Załogi »Tłustej Pluskwy«”. No jasne. — Wyjęła figurkę z dłoni zestawu i zamknęła oczy w nabożnym skupieniu. — „Tłusta Pluskwa”­, rety, to jest…

Niebieski westchnął, przewijając coś na noteku.

— Zaraz się zacznie.

Papryka się otrząsnęła.

— To sym dla dzieci. To znaczy… No dobra, jest dla dzieci, technicznie rzecz biorąc. Wiesz, taki edukacyjny sym, nauczmy się o statkach, innych gatunkach i w ogóle. Ale to…

Niebieski złowił spojrzenie Sidry i zaczął bezgłośnie poruszać wargami, układając je w słowa: „To coś znacznie więcej…”.

— To coś znacznie więcej — ciągnęła Papryka. — Ta franczyza wypuszcza nowe moduły od czterdziestu standardów. Poza tym, że jest rewelacyjna, na gwiazdy, nawet nie pozwól mi zacząć mówić o kodowaniu adaptacyjnym, to znaczy, poważnie, to naprawdę ważna seria. Każde ludzkie dziecko w WG zna „Tłustą Pluskwę”, a przynajmniej zna ją biernie. I nie mam na myśli wszystkich ludzkich dzieci we Flocie czy coś. — Pokazała na dwoje dzieci tworzących figurkę. — Alain i Manjiri. Manjiri jest z Floty. Alain z Florence. — Spojrzała wyczekująco na Sidrę, jakby to miało jakieś znaczenie. Sidra milczała, więc Papryka brnęła dalej: — To był pierwszy sym dla dzieci, w którym Exodanka i Marsjanin nie tylko przebywają na jednym statku, ale są przyjaciółmi. Mają przygody, działają jako zespół, takie tam. Dzisiaj może się wydawać, że to nic wielkiego, ale czterdzieści standardów temu to było coś. Wyrosło na tym całe pokolenie dzieci i, nie zalewam, jakieś dziesięć standardów później zaczęła się wielka zmiana w polityce Diaspory. Nie twierdzę, że za to, iż Exodanie i Solanie już się nie nienawidzą, odpowiada wyłącznie ten sym, ale „Tłusta Pluskwa”­ zdecydowanie pomogła nam zacząć odchodzić od tych starych ziemskich bzdur. Przynajmniej otworzyła niektóre umysły. — Ostrożnie odstawiła figurkę na półkę. — Poza tym wykonanie jest cholernie obłędne. Poziom szczegółów jest po prostu…

Niebieski głośno odchrząknął.

Uśmiechając się ze skrępowaniem, Papryka podrapała się za lewym uchem.

— Jest naprawdę, naprawdę wysoki.

Jej partner pomachał do niej swoim notekiem.

— Co powiesz na Szybką Szybkę?

— O, tak — powiedziała Papryka. — Chcę to, co zawsze. Dwa razy to, co zawsze.

— Poważnie?

— Poważnie.

Niebieski się roześmiał.

— Załatwione.

Zrozumienie tego dialogu zajęło Sidrze dwie i jedną czwartą sekundy: Niebieski zamawiał jedzenie. Zerknęła na jedyne nieskazitelnie czyste miejsce w zasięgu wzroku — kuchnię. Weszła do plików behawiorystycznych. Możliwe, że Papryka i Niebieski nie gotowali dużo. A poza tym to była długa podróż, a przygotowywanie jedzenia jest czasochłonne. Po jej ścieżkach przemknęła fala dumy. Nie musi pytać o wszystko.

— Póki on się tym zajmuje, może pokażę ci twój pokój — powiedziała Papryka. — Nie jest jakoś szczególnie piękny, i przepraszam za bałagan. Nie miałam dużo czasu, żeby się przygotować. W ciągu kilku następnych dni wysprzątamy go i urządzimy dla ciebie.

Sidra poszła za Papryką schodami na górę. Na ścianie w równych odstępach wisiały obrazy. Wszystkie przedstawiały krajobrazy, i to mniej niż realne, ale przez to w jakiś sposób tym bardziej wspaniałe. Sidra wstrzymała ruch zestawu i przyjrzała się jednemu z nich: był to zamarznięty zimą staw z bardzo wyraźnymi dwoma księżycami nad nim.

— To Niebieskiego? — zapytała.

Papryka zeszła o stopień niżej.

— Tak. Ten namalował po naszych wakacjach na Kep’toran. — Uśmiechnęła się lekko do siebie. — Wszystko to są miejsca, gdzie byliśmy razem.

Sidra otworzyła plik pod nazwą „Ludzkie praktyki artystyczne”, który stworzyła na promie, kiedy Papryka powiedziała jej, że Niebieski jest malarzem.

— Używa tylko środków fizycznych czy tworzy też techniką cyfrową?

Papryka wydawała się rozbawiona.

— Nie wiedziałam, że jesteś miłośniczką sztuki. Tak, głównie fizycznych, chyba że ktoś da mu zlecenie. Niedługo zabiorę cię do jego pracowni w dzielnicy artystycznej. — Nie przerywając wyjaśnień, ruszyła po schodach. — Musiałam go nękać prawie dekadę, nim w końcu zaczął sprzedawać swoje dzieła. Jestem oczywiście pozytywnie uprzedzona, ale on jest naprawdę dobry i cieszę się, że jego prace oglądam już nie tylko ja. — Dotarła do szczytu schodów i ominęła stertę ubrań wątpliwej czystości. — Ma nawet jakby mecenasa. Taką starą bogatą harmagiankę. Handluje algami. Zamówiła już u niego chyba ze cztery obrazy. Kupiliśmy za nie nowy silnik do promu.

Papryka przeszła przez niczym się niewyróżniające drzwi, machnięciem ręki zapalając światło. To był pokój. Sidra nie umiała o nim powiedzieć nic więcej. Jak ocenić pokój? Nie wiedziała, czy jest dobry, czy nie, ale to był jej pokój. Interesujące.

Papryka potarła sobie potylicę z przepraszającą miną.

— Nic specjalnego — powiedziała. — Używaliśmy go jako magazynku. — Pokazała ruchem głowy na sterty skrzynek i pudełek, które zostały pośpiesznie odsunięte na bok, żeby powstało przejście. — Ale jest czysty. Niebieski posprzątał i pościelił też łóżko. Nie wiem, czy będziesz go potrzebować. Wiem, że nie musisz spać. — Papryka zacisnęła wargi w rozterce. — Nie wiem, co się składa na dobre miejsce dla ciebie. Ale popracujemy wspólnie nad tym, żeby było wygodne, tak? Naprawdę chcemy, żebyś się tu czuła swobodnie.

— Dziękuję — powiedziała Sidra ze szczerą wdzięcznością.

Też nie wiedziała, czego chce dla siebie. Obróciła głową, usiłując sporządzić inwentarz. Było łóżko, jak wspomniała Papryka, na którym mogłyby się zmieścić dwie osoby, jeżeli mocno by się do siebie przytuliły. Kołdra była gruba dla ochrony przed chłodem ciemnej strony, a poduszki wyglądały… zachęcająco. Nie wiedząc, co ma robić, Sidra podeszła do łóżka i przycisnęła dłoń zestawu do jednej z poduszek. Poduszka przyjemnie się ugięła.

Sidra odwróciła się i spróbowała ocenić wszystko inne. Stało tam puste biurko, komoda i… Zamknęła oczy zestawu i poczuła, że jego twarz się wykrzywia.

— Co jest? — zapytała Papryka.

— Nie wiem, czy potrafię to wyjaśnić.

— Spróbuj. Zamieniam się w słuch.

Zestaw wypuścił ustami powietrze.

— Mam kłopoty z przetwarzaniem tego, co widzę. Tak jest od chwili instalacji. Nie mam na myśli żadnej awarii. Mam na myśli to, że jest to trudne. Mam mieć kamery w rogach pod sufitem, żeby dawały widok z góry. To, że mogę widzieć tylko to — pokazała rękami zestawu, jakie ma pole widzenia — jest frustrujące. Niemożność zobaczenia tego, co znajduje się za kamerą w rogu, to jedno, lecz czuć za sobą pustą przestrzeń i nie wiedzieć, co tam jest… to niepokojące. Nie podoba mi się to.

Papryka położyła dłonie na biodrach i się rozejrzała.

— Proszę. — Odsunęła na bok dwa pudełka, wepchnęła biurko do kąta i machnęła ręką do góry. — Możesz wejść.

Sidra patrzyła na nią dwie sekundy, a potem zrozumiała. Wciągnęła zestaw na biurko i wcisnęła go jak najdalej do kąta. Czubek jego głowy znalazł się w górnym rogu pokoju.

— I jak? — zapytała Papryka.

Sidra powoli poruszyła głową z boku na bok, wyobrażając sobie, że zawiaduje jedną z kamer na pokładzie „Wędrowca”. Widzenie tylko jednego pomieszczenia naraz wciąż było ograniczające, ale ten punkt widzenia…

— Dobrze — powiedziała, czując, jak odprężają się kończyny zestawu. — Och, to bardzo pomocne. — Przez trzy minuty obserwowała pokój, poruszając głową w górę i w dół oraz na boki. — Czy mogę go obejrzeć też z innych rogów?

Papryka pomogła jej przestawić meble. Przestawiały je kilka razy, tworząc nowe kąty widzenia dla zestawu. Kiedy jej sypialnia została już dostatecznie zbadana, kontynuowały dzieło w całym domu, przesuwając skrzynie i stoły. Przy większych meblach pomagał im Niebieski. Żadne z ludzi nie kwestionowało działań Sidry. W końcu przybył dron z dwoma burgerami z pasikoników (dodatkowy sos paprykowy i cebula), jedną porcją ostrych szaszłyków z fasoli (Sidra już wcześniej dowiedziała się, że Niebieski nie je zwierząt) i smażonymi słupkami warzywnymi. Papryka i Niebieski jedli, siedząc ze skrzyżowanymi nogami na podłodze, a Sidra przesuwała meble. Wiedziała, że jest bezczelna, ale im chyba nie przeszkadzało, że demoluje im dom, a ona była zbyt podekscytowana tym nowym sposobem odkrywania przestrzeni, by przestać. Kręciła się po domu, obserwując go z rogów, wypróbowując wszystkie dobre punkty obserwacyjne, ucząc się wszystkich szczegółów.

Wciąż czuła się dziwnie. Zestaw wciąż był jakiś nie taki. Ale czuła się już lepiej.

Źródło informacji: nieznane

Kodowanie: 4 

Tłumaczenie: 0 

Transkrypcja: 0 

Identyfikator węzła: nieznany

czyściciel: mam silnik Dollu Mor (wersja sześć), który osiąga około 125,3 vula. nieźle, ale moim zdaniem może działać lepiej. jakieś zalecki, żeby zwiększyć prędkość?

puszyste ciasteczko: od razu widać, że to pytanie do okruszka

okruszek: jeżeli masz Dollu Mor 6, zakładam, że ma regulator paliwa tego samego wytwórcy, wymień go na Ek-530 od Hahissetha. nie jest tani, ale zdejmie ci dobre 20 vulów czy coś koło tego. teoretycznie mógłbyś usunąć siatkę modulacji i podłączyć przewody paliwowe bezpośrednio do przedniego zaworu wlotowego. to nielegalne, ale decyzja należy do ciebie. jeśli nie wiesz, co robisz, to w najlepszym wypadku będziesz miał kawał złomu. w najgorszym wybuchnie ci w twarz. jeśli jednak zrobisz to właściwie, to znacznie zwiększysz prędkość. jednak z takim sprzętem nie dostaniesz licencji. nie mówię, że powinieneś tak zrobić. po prostu dzielę się informacjami

czyściciel: dzięki za wyjaśnienia! czy ktoś może to potwierdzić?

puszyste ciasteczko: jeżeli okruszek mówi, że tak będzie dobrze, to tak będzie dobrze

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki