Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wyobraź sobie miejsce, gdzie pustynny wiatr niesie sekrety…
Gdzie cisza kryje więcej niż słowa, a skały pamiętają zaklęcia, których nie wolno wypowiadać lekkomyślnie.
Właśnie tam zaczyna się opowieść — pełna napięcia, magii i niebezpieczeństw.
Zapraszamy do wysłuchania baśni „Ali-Baba i czterdziestu zbójców” — jednej z najbardziej fascynujących historii ze zbioru Klechdy sezamowe autorstwa Bolesław Leśmian.
Ale tym razem… to nie tylko opowieść.
To brama.
Głos Jan Butruk prowadzi słuchacza przez świat ukrytych skarbów, tajemnych haseł i decyzji, które mogą zmienić wszystko. Każde zdanie pulsuje napięciem, a każda chwila przybliża do odkrycia sekretu, który przez lata pozostawał zamknięty.
„Sezamie, otwórz się…” — i nagle nic nie jest już takie samo.
Dzięki reżyserii dźwięku Aniela Mazur, historia nabiera głębi: słyszysz echo jaskini, szelest złota, kroki zbójców czających się w cieniu… i ciszę, która zwiastuje niebezpieczeństwo. Dźwięk nie tylko towarzyszy tej opowieści — on ją współtworzy.
To nowoczesna, w pełni udźwiękowiona interpretacja klasycznej baśni, która porwie zarówno młodszych słuchaczy spragnionych przygód, jak i dorosłych, którzy chcą znów poczuć dreszcz odkrywania nieznanego.
To historia o odwadze.
O pokusie.
I o tajemnicach, które mają swoją cenę.
Dostępna jako audiobook oraz ebook.
Dla tych, którzy lubią przygody.
Dla tych, którzy szukają emocji.
Dla tych, którzy wiedzą, że jedno słowo może otworzyć wszystko…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 68
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© 2026 4P Acoustic sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone.Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Żadna jej część nie może być powielana, reprodukowana, rozpowszechniana ani przetwarzana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, kserograficznej, nagraniowej lub innej — bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 978-83-68669-57-2
Wydanie IWarszawa 2026
Wydanie elektroniczne (EPUB)
Wydawca:4P Acoustic sp. z o.o.
Tytuł: Klechdy sezamowe. Ali-Baba i czterdziestu zbójców.
Autor: Bolesław Leśmian
Opracowanie redakcyjne: 4P Acoustic
Skład i opracowanie edytorskie: 4P Acoustic
Wszelkie znaki towarowe, nazwy własne i marki użyte w publikacji należą do ich prawnych właścicieli.
Bolesław Leśmian
W jednym z pomniejszych miast perskich mieszkali dwaj bracia. Starszy nazywał się Kassim, a młodszy — Ali-Baba. Ojciec, umierając, zostawił im w spadku szmat ziemi niewielki dla równego podziału. Każdy z braci swoją część otrzymał i na niej osiadł, aby ziemię uprawiać i na kawałek chleba żmudnie, w pocie czoła pracować. Obydwaj żyli w ubóstwie i wspomagali siebie nawzajem. Ale niedługo trwała miłość pomiędzy braćmi. Odmienny bowiem mieli charakter i różne dusze. Kassim był zły, pochmurny, zawistny i na dukaty łakomy, Ali-Baba zaś był łagodny, wesoły, nikomu bogactw nie zazdrościł i nie pragnął złota. Kassim narzekał na los, na ludzi i na swoje ubóstwo, Ali-Baba zaś na los nie narzekał, ludzi kochał i nie wstydził się swego ubóstwa. Kassim pomalował swoją chałupę na czarno i rzekł do Ali-Baby:
— Życie jest czarne, los jest czarny i dusze ludzkie są czarne, więc niechże i moja chałupa będzie czarna jak noc.
Ali-Baba zaś swoją chałupę pięknie i jasno pobielił i rzekł do Kassima:
— Życie jest białe, los jest biały i dusze ludzkie są białe, więc niechże i moja chałupa będzie biała jak dzień o świcie.
I każdy miał taką chałupę, jakiej sam zapragnął.
Kiedy Kassim ze swojej czarnej chałupy wchodził do białej chaty swego brata, wzruszał ramionami i mówił z zazdrością:
— Jakże tu jasno i biało, i wesoło! Widocznie Bóg się tobą bardziej niż mną opiekuje… O mnie zupełnie zapomniał. Smutno mi na świecie i czarno, i markotnie.
Na to Ali-Baba odpowiadał:
— Nie składaj winy na Boga, bo to nie Jego, lecz twoja własna wina. Bóg ci nie kazał chałupy na czarno malować i smucić się w jej wnętrzu. Przemaluj ją na biało, a zobaczysz, jak się oczy twoje rozweselą.
Ale Kassim nie usłuchał rady młodszego brata i nadal mieszkał w czarnej chałupie.
Pewnego poranka postanowili obydwaj bracia ożenić się i tegoż dnia wieczorem już byli żonaci. Ali-Baba wziął za żonę ubogą Zobeidę, córkę swego sąsiada, Kassim zaś wziął za żonę bogatą Aminę, córkę słynnego w mieście kupca. Natychmiast Kassim spalił swoją czarną chałupę, która mu tak obrzydła, i zamieszkał razem z piękną Aminą w olbrzymim pałacu w samym środku miasta.
Ali-Baba udał się wraz ze swoją ubogą Zobeidą do pałacu Kassima, żeby mu powinszować bogatego ożenku. Drzwi pałacu były zamknięte, więc Ali-Baba laską do drzwi zapukał. Kassim usłyszał pukanie i domyślił się, że to Ali-Baba przyszedł w odwiedziny. Nie kazał jednak drzwi otworzyć, jeno sam wybiegł na krużganek pałacu i stamtąd dumnie i wyniośle spojrzał na Ali-Babę, który wraz z żoną stał na ulicy i radośnie uśmiechnięty witał brata pokłonem.
Nie odkłonił mu się Kassim, jeno się sztywno wyprostował, pusząc się i nadymając od nadmiernej pychy.
— Kassimie, bracie kochany! — zawołał Ali-Baba, podnosząc ku niemu głowę. — Przychodzę wraz z moją żoną Zobeidą, aby ci powinszować bogatego ożenku i życzyć szczęścia i powodzenia!
— Jak śmiesz nazywać mnie bratem? — krzyknął gniewnie Kassim. — Nie znam ani ciebie, ani twojej żony! Chodzisz w łachmanach i masz minę nędzarza, więc nie możesz być bratem takiego jak ja bogacza!
— Kassimie, bracie rodzony! — zawołał znowu Ali-Baba. — Czy ci się rozum pomieszał? Czy też udajesz tylko, że mnie nie poznałeś? Nie żądam od ciebie złotych dukatów, jeno pragnę miłości braterskiej! Nie przychodzę z prośbą o wsparcie, lecz z życzeniami szczęścia i powodzenia! Czemu ze wstrętem odwracasz się od moich łachmanów? Przecież te łachmany starannie i przychylnie osłaniają ciało twego brata od deszczu i chłodu! Więc powinieneś szanować i cenić moje łachmany za to, że są dla mnie tak przyjazne i tak opiekuńczo przylegają do mego ciała.
Zaśmiał się na to Kassim — i śmiech natychmiast rozweselił, rozpogodził i rozjaśnił jego duszę. Udobruchany śmiechem, rzekł Kassim z krużganka do Ali-Baby:
— Śmieję się z tego, że tak szczerze wychwalasz swoje łachmany. Ponieważ widzę, że mnie naprawdę kochasz, więc ustępuję twoim żądaniom. Pozwalam ci odwiedzać siebie, ale bardzo rzadko i tylko wieczorem. Wieczorem bowiem świat się ściemnia i ściemniają się postacie przechodniów. W zmierzchu wieczornym możesz niepostrzeżenie wejść do mego pałacu. Nie chcę, aby ktokolwiek zauważył, że taki jak ty nędzarz odwiedza mnie w moim pałacu. I w tej chwili nie mogę cię przyjąć, bo mam bogatych gości. Wstyd by mi było, gdyby goście moi dowiedzieli się, że mam brata nędzarza. Wracaj więc razem z swoją żoną Zobeidą do chałupy. Odwiedzisz mnie kiedy indziej, w czasie odpowiedniejszym.
Pokłonił się Kassimowi Ali-Baba i pokłoniła się Zobeida. Wzięli się oboje za ręce i podybali do swojej białej chałupy. Odtąd Kassim spędzał życie w pałacu, na ucztach nieustannych. Ali-Baba zaś co dzień pędził do lasu dwa muły, rąbał w lesie drwa, narąbanym drzewem objuczał swoje muły, wracał z nimi do miasta i sprzedawał drzewo na targu. W ten sposób zarabiał na kawałek chleba. Lecz ów ciężko zarobiony chleb przyjemnie mu było spożywać w białej, jasnej, wesołej chałupie.
Smakował chleb Ali-Babie i smakował Zobeidzie. Oboje byli szczęśliwi i wieczorem po ukończonej pracy śpiewali pieśni rozmaite. Kassim jadł dużo i spał na łożu puchowym, ale żadnych pieśni nie śpiewał.
Razu pewnego popędził Ali-Baba swe muły do lasu, aby swoim zwyczajem wiązkami narąbanego drzewa objuczyć ich pracowite grzbiety. Dzień był pogodny. Słońce świeciło tak jasno i złociście, że trzeba było mrużyć oczy. Ali-Babie się zdawało, że ptaki, śpiewając, też mrużą na słońcu swoje błękitne i czerwone oczy w żółtych i czarnych obwódkach. A w lesie roiło się od ptaków.
Papugi pąsowe, zielone i białe napełniały powietrze krzykiem podobnym do szczekania.
Jedna olbrzymia papuga pąsowa, zwana Arą pąsową, mówiła w języku papuzim do swojej zielonej sąsiadki:
— Jak możesz ciągle chodzić w zielonej sukni! Ja bym za żadne skarby świata nie przywdziała nie tylko zielonej sukni, lecz nawet zielonego stanika. Nie znoszę koloru zielonego. Najładniejsza jest suknia pąsowa z pąsowym ogonem. — I mówiąc to, poruszyła z lekka swoim pąsowym ogonem.
Na to rzekła zielona papuga:
— Nie znoszę koloru pąsowego! Ani moja matka, ani moja babka, ani moja prababka nie nosiły sukien pąsowych. Kolor pąsowy od dawna wyszedł z mody, przynajmniej w naszej rodzinie. Kto mieszka w lesie, powinien być zielony jak las! Najładniejsza jest suknia zielona z zielonym ogonem. — I mówiąc to, poruszyła z lekka swoim zielonym ogonem.
Wówczas jedna z białych papug wtrąciła się do rozmowy.
— Nie kłóćcie się, moje kochane! — zawołała ze śmiechem. — Boję się, że kłótnia pobudzi was do złości, a złość może odmienić wasze kolory!… Sama na własne oczy widziałam miesiąc temu, jak jedna pąsowa papuga ze złości zzieleniała, a druga zielona — spąsowiała. Co do mnie, nie znoszę ani pąsowej, ani zielonej sukni. W mojej rodzinie istnieje przysłowie:
W życiu jeden tylko cel:
Białym być i kochać biel.
Tak, moje pąsowe i zielone kumoszki! Najładniejsza jest suknia biała z białym ogonem. — I mówiąc to, z lekka poruszyła swoim białym ogonem.
Ali-Baba nie rozumiał języka papuziego. Zdawało mu się, że papugi tylko szczekają bez sensu i bez związku. Szedł dalej, poganiając swe muły. W oczach migały mu co chwila kolibry — ptaszki małe jak chrabąszcze, z dziobkami cienkimi niby igły. Na gałęziach tu i ówdzie siedziały małpki drobne i płochliwe. Małpki te w dziób układały swe pyszczki i głośno gwizdały, zupełnie jak kanarki. Gdyby Ali-Baba znał język tych małpek, zrozumiałby piosenkę, którą gwizdały:
Las dokoła szumi, gwarzy,
Opowiada bajki-straszki.
Choć nam nie brak małpiej twarzy,
Chcemy gwizdać niby ptaszki.
Po jeziorze płynie woda,
Śpiew nasz płynie hen — po świecie.
Co za szkoda, co za szkoda,
Że nam skrzydeł brak na grzbiecie!
Tak śpiewały małpki.
Słońce świeciło coraz mocniej. Cienie od gałęzi padały na ziemię i poruszały się na niej, niby żywe. Kwiaty, zagrzane słońcem, pachniały. Ali-Baba szedł dalej, pędząc przed sobą swoje muły.
W ten sposób zaszedł w głąb lasu — w najdalsze szumy i gąszcze. Tam ujrzał skałę olbrzymią. Od skały cień padał na polanę leśną. Lecz cień skały nie poruszał się za wiatrem, jak cienie drzew. Leżał nieruchomo i zasłaniał trawę i kwiaty. A że cień skały był błękitny, więc i trawa, i kwiaty nabrały od tego cienia błękitnawej barwy.
