Wróżba. Wspomnienia dziewczynki - Agneta Pleijel - ebook
Opis

Chciałabym zrozumieć, co się wydarzyło. I w jakiej kolejności. Wydobyć z pamięci. Wszystkie pytania bez odpowiedzi. Kim byliśmy? Czym jest miłość? Chyba trochę miłości musi zostać, skoro kiedyś istniała?

Pierwsza miesiączka, pierwsze pocałunki, pierwsze orgazmy. Lęk, niepewność własnego ciała, pierwsze metafizyczne pytania. Nieszczęśliwa matka, która wpędza dziewczynkę w poczucie winy. Ojciec, który fascynuje i zawstydza. Ucieczka w literaturę. Pisanie. Narratorka wysnuwa opowieść ze strzępów wspomnień, urwanych zdań, zachowanych listów. Rekonstruuje swoje dzieciństwo i młodość w Szwecji lat 40. i 50., traumę rodzinnych relacji, przede wszystkim jednak siebie samą z tamtego czasu. Postać rozedrganej wewnętrznie, wrażliwej i czułej dziewczyny, która całą sobą doświadcza otaczającego ją świata i przeżywa go z wielką intensywnością. Widzimy ten świat jej oczami, współodczuwamy go razem z nią. Rwane zdania, elipsy i przemilczenia czynią z tej autobiograficznej prozy traktat o dojrzewaniu i potrzebie miłości. Piękna, pełna trudnych emocji powieść, która zostaje na długo.

Agneta Pleijel (ur. 1940) jest jedną z najciekawszych szwedzkich powieściopisarek. Z wykształcenia antropolożka, jest także poetką, dramaturżką i tłumaczką. W Polsce ukazały się przekłady kilku jej powieści (Kto zważa na wiatrZima w SztokholmieLord Nevermore – o przyjaźni Witkacego i Malinowskiego) oraz wybór poezji Anioły ze snu. Pleijel jest także członkinią jury Nagrody im. Zbigniewa Herberta. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


 

Wi­dzę, że żyje pani w po­świę­ce­niu. Opie­ku­je się pani star­szą oso­bą, być może swo­ją cho­rą mat­ką. Jest w pani coś, cze­go nie po­tra­fię roz­po­znać. Może w pani gło­wie, a może to coś poza pa­nią. Resz­tę wi­dzę wy­raź­nie. Uda się pani sama w da­le­ką po­dróż. Spo­tka ciem­ne­go męż­czy­znę. Jest zwią­za­ny, a pani musi znieść wiel­ki smu­tek. Je­śli się to pani uda, męż­czy­zna bę­dzie pani szu­kał. Bę­dzie­cie szczę­śli­wi, uro­dzi wam się dwóch sy­nów. Umrze pani w bia­łym zam­ku nad pły­ną­cą wodą.

 

Nie­zna­na wróż­ka pod ko­niec lat czter­dzie­stych

 

1.

Wy­lą­do­wać i odejść

 

Ob­co­wać sa­mot­nie z książ­ką, któ­ra jesz­cze nie zo­sta­ła na­pi­sa­na, to wciąż być po­grą­żo­nym w pier­wot­nym śnie ludz­ko­ści.

Li­sty krew­nych i li­sty od przy­ja­ciół ro­dzi­ny. Czy­ta­łam je w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych po śmier­ci ojca, jako tako je sor­tu­jąc. Ży­wo­ty, do któ­rych klu­czem jest śmierć, o nic nie pro­si­ły. A jed­nak po­ję­ki­wa­ły. Skar­ży­ły się. Wszy­scy nie­ży­wi.

Nie dla­te­go, że żalą się w li­stach, ale po­nie­waż ich ży­cie prze­mi­nę­ło, a jed­nak – ta­kie nie­do­koń­czo­ne. Kie­dyś zo­sta­li ści­śnię­ci, ni­czym ga­łę­zie wy­so­kich drzew nie­do­strze­gal­nie po­cie­ra­ją­ce o swo­je ko­ro­ny, jak te tu, przed sta­rym do­mem w ar­chi­pe­la­gu.

Na­słu­chu­ję, gdy nad ra­nem ścią­gam ze sznur­ka ręcz­nik. Brzmi me­lan­cho­lij­nie. Nie­co bez­rad­nie. Jest dzie­sią­ty sierp­nia, mój oj­ciec skoń­czył­by dziś sto lat, gdy­by żył. Sie­dzę w daw­nym po­ko­ju dzie­cię­cym ciot­ki Ric­ki, jest ma­leń­ki, z wi­do­kiem na zbo­cze ku cie­śni­nie. Od kie­dy by­łam dziec­kiem, drze­wa bar­dzo uro­sły. Na dole, przy po­mo­ście stoi wy­krę­co­na so­sna.

Jest sta­rusz­ką, któ­ra nie­ba­wem umrze, ale na­dal wy­cią­ga gru­be ra­mię w stro­nę wod­ne­go lu­stra. Ja­kieś dziec­ko mo­gło­by się tam po­ło­żyć i czy­tać, jak w an­giel­skiej książ­ce peł­nej ta­jem­nic.

Spo­koj­nie. W cie­śni­nie ani jed­nej ża­glów­ki.

Chcia­ła­bym zro­zu­mieć, co się wy­da­rzy­ło. I w ja­kiej ko­lej­no­ści. Wy­do­być z pa­mię­ci. Wszyst­kie py­ta­nia bez od­po­wie­dzi. Kim by­li­śmy? Czym jest mi­łość? Chy­ba tro­chę mi­ło­ści musi zo­stać, sko­ro kie­dyś ist­nia­ła?

W prze­ciw­nym ra­zie wszyst­ko jest śmier­cią i obo­jęt­no­ścią.

Pa­mięć to oczy­wi­ście oszust. Pły­wam w cie­płej sierp­nio­wej wo­dzie. Ona, któ­ra kie­dyś była mną, dziec­ko, dziew­czyn­ka, po­ja­wia się w od­da­li, jak w od­wró­co­nej lor­net­ce. Po­dob­nie cała resz­ta. W od­da­li. Jak za­sty­głe fo­to­gra­fie. Pa­mię­tam zdję­cie Ric­ki w wie­ku szes­na­stu lat. Szczu­płe, ży­la­ste cia­ło.

Sie­dzi na ogro­do­wym krze­śle na po­dwór­ku, ma na so­bie ko­stium ką­pie­lo­wy, na wło­sach ręcz­nik. Spo­glą­da na wodę i na so­snę, jesz­cze peł­ną wi­go­ru. Jak­by in­ten­syw­nie o czymś my­śla­ła. Spra­wia ta­kie wra­że­nie na wie­lu zdję­ciach.

Na więk­szo­ści z nich jesz­cze się nie uro­dzi­łam. Kie­dy mia­łam dwa­dzie­ścia lat, od­wie­dzi­łam Ric­ki w Szpi­ta­lu Po­łu­dnio­wym, z przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go wy­glą­dał jak za­mek. To ostat­ni raz, kie­dy ją wi­dzia­łam. Przed wi­zy­tą mia­łam no­co­wać w jej miesz­ka­niu przy Drot­t­nin­ghus­gränd.

Było tam dusz­no i mdło od let­nie­go upa­łu. Pa­mię­tam, że otwo­rzy­łam okna i od­su­nę­łam fi­ran­ki.

Że uklę­kłam przed re­ga­łem z książ­ka­mi.

Berg­son. Freud. Nie­tz­sche. Scho­pen­hau­er. Spi­no­za. Książ­ki Ric­ki. Nikt inny w ro­dzi­nie nie czy­tał ta­kiej li­te­ra­tu­ry. Po­ście­li­łam łóż­ko, w któ­rym mia­łam spać, wą­skie łóż­ko syn­ka Ric­ki. Obok le­ża­ły ko­mik­sy z Ka­czo­rem Do­nal­dem, w upo­rząd­ko­wa­nych sto­sach. Nie mo­głam za­snąć. Pa­mię­tam, że pró­bo­wa­łam się ona­ni­zo­wać.

Przed­się­bior­czo. Sys­te­ma­tycz­nie. Nie by­łam dzie­wi­cą, ale czy kie­dy­kol­wiek uda­ło mi się jak w Komu bije dzwon Er­ne­sta He­min­gwaya? Tam trzę­sie się cała zie­mia.

Ist­nia­ły dwa rów­nie sil­ne i prze­ciw­ne im­pul­sy. Ulec, po­wstrzy­mać się. Dać się po­nieść, opa­no­wać. Po­czu­łam, że to nie do znie­sie­nia, pod­da­łam się. Prze­ciw­ko ona­nii prze­ma­wia­ła głów­nie sa­mot­ność. Jak­by czło­wiek moc­no ją so­bie wte­dy uświa­da­miał. Ist­nie­nie skła­da­ło się z nie­zwią­za­nych czę­ści, któ­re trze­ba było do­pa­so­wać, uło­żyć w fazy, skon­so­li­do­wać.

W ła­zien­ce na­pi­łam się wody.

Nie wie­dzia­łam nic o czło­wie­ku, któ­re­go oczy na­po­tka­łam w lu­strze. Bar­dzo nie­pew­na, czy mi się po­do­bał. Nie­ko­niecz­nie. Nic nie ro­zu­mia­łam. Nie mia­łam bla­de­go po­ję­cia. Pra­gnę­łam tyl­ko trzech rze­czy. Być wol­na, pi­sać i do­stać or­ga­zmu. A po­tem, dużo póź­niej, być może mieć dziec­ko.

To ostat­nie le­ża­ło w tak od­le­głej przy­szło­ści, że zda­wa­ło się ilu­zo­rycz­ne. Nie­po­ko­iła mnie wi­zy­ta w szpi­ta­lu. Pró­bu­ję przy­po­mnieć so­bie Ric­ki, ale po­ja­wiam się tyl­ko ja. Czy ra­czej ona, dziew­czyn­ka.

Ciot­ka Ric­ki była ar­chi­tekt­ką. Przez dłu­gi czas pra­co­wa­ła w ko­ope­ra­ty­wie bu­dow­la­nej HSB. Moje pierw­sze wspo­mnie­nie zwią­za­ne z nią – kie­dy to było? W cza­sie woj­ny nie­zna­jo­ma mło­da ciot­ka przy­je­cha­ła w od­wie­dzi­ny do Lun­du. Pa­mię­tam, że mó­wi­ła po sztok­holm­sku.

Koń je zie­lo­ną trr­ra­wę.

Mu­sia­ła to po­wta­rzać; za każ­dym ra­zem rów­nie za­baw­ne. W jed­nym z li­stów – ale do tego doj­dzie­my póź­niej – jest na­pi­sa­ne, że oj­ciec zdjął ob­rącz­kę w 1948 roku, po­tem sta­rał się tyl­ko ja­koś wy­trzy­mać w mał­żeń­stwie. Czy to praw­da?

Praw­do­po­dob­nie. Ale było za póź­no. Mie­li tro­je dzie­ci. Od tego mo­je­go pierw­sze­go wspo­mnie­nia z Ric­ki do 1948 roku miną tyl­ko czte­ry lata.

Wró­ci­li­śmy z Ame­ry­ki póź­ną je­sie­nią. Świę­ta spę­dzi­li­śmy u dziad­ków. Apar­ta­ment, służ­bo­we miesz­ka­nie pro­fe­so­ra, pa­mię­tam nie­wy­raź­nie, jak­by w pół­mro­ku. Na sto­le znaj­do­wał się srebr­ny dzwo­ne­czek, za po­mo­cą któ­re­go wzy­wa­ło się słu­żą­cą (któ­rej już nie było, ale dzwo­ne­czek zo­stał).

Wy­mu­szo­na roz­mo­wa. Nikt nie przej­mu­je się dzieć­mi.

Gwiazd­ko­we pre­zen­ty roz­da­je się w po­miesz­cze­niu na­zy­wa­nym bi­blio­te­ką. Dym cy­ga­ra i kwa­sko­wa­ty za­pach my­dła idą­cy z dłu­gie­go ko­ry­ta­rza. Ścia­ny peł­ne ksią­żek, skó­rza­ne me­ble. Wszyst­ko jak na czar­no-bia­łej fo­to­gra­fii. Tyl­ko Ric­ki jawi się w ko­lo­rach: to z po­wo­du wspa­nia­łe­go po­da­run­ku od niej.

Błysz­czą­ca skrzy­necz­ka wy­nu­rza się z opa­ko­wa­nia. Na czer­wo­nym wiecz­ku wid­nie­je cza­ro­dziej w czar­nej pe­le­ry­nie, rę­ka­wicz­kach i w wy­so­kim ka­pe­lu­szu. W skrzy­necz­ce znaj­du­ją się ta­jem­ni­cze prze­gród­ki: pu­deł­ko z kul­ka­mi, różdż­ki i sze­ścia­ny, ta­lia kart, kost­ki i sznur­ki, je­dwab­na szar­fa, któ­ra zni­ka i wy­dłu­ża się. Jest to tak osza­ła­mia­ją­co ma­gicz­ne, że dziew­czyn­ka tra­ci od­dech.

Ćwi­czy ma­gicz­ne sztucz­ki w kuch­ni w År­scie. W no­wym miesz­ka­niu wszyst­ko jest obce. Sil­ne świa­tło z ze­wnątrz pada stro­mo. Z cza­sem za­czy­na za­mie­niać mały sznu­rek w na­szyj­nik ze zwi­sa­ją­cy­mi kul­ka­mi. Roz­ka­zy­wać kost­kom, by za­trzy­ma­ły się szóst­ką do góry. Wy­wo­ły­wać ukry­ty na­pis na bia­łym pa­pie­rze.

To pod­no­si na du­chu, ła­sko­cze w brzu­chu. Daje moc.

A Ric­ki, któ­ra wy­my­śli­ła ten po­da­ru­nek wła­śnie dla niej i wie coś na te­mat ta­jem­ni­cy prze­mia­ny, oto­czo­na jest po­tem szcze­gól­ną ma­gią.

Nowo wy­bu­do­wa­ny wie­żo­wiec. Dziad­kom uda­ło się za­ła­twić miesz­ka­nie, kie­dy oni byli w Ame­ry­ce, w prze­ciw­nym ra­zie nie mie­li­by gdzie miesz­kać po po­wro­cie. Z bal­ko­nu na siód­mym pię­trze wi­dać nagą ska­łę i zmar­z­nię­tą so­snę. Przed­mie­ście to wciąż plac bu­do­wy, pu­sto tu, spo­re od­le­gło­ści mię­dzy bu­dyn­ka­mi. Dziew­czyn­ka ma osiem lat.

Sku­lo­na na ka­na­pie w kuch­ni pil­nie ćwi­czy wy­wo­ły­wa­nie ukry­te­go na­pi­su za po­mo­cą ma­gicz­ne­go za­klę­cia. Mama chce po­mu­zy­ko­wać w spo­ko­ju. Ona ma za za­da­nie zwieźć młod­sze ro­dzeń­stwo win­dą. Ta za­trzy­mu­je się nie­zno­śnie wol­no.

Na dwo­rze ota­cza­ją je – ją, Nin­ne i Ię – nie­przy­ja­zne ba­cho­ry. Zim­ne, świ­dru­ją­ce oczy. Nikt nic nie mówi. Mały blon­dy­nek do­ska­ku­je do nich, prze­ry­wa­jąc ci­szę. Śmier­dzą si­ka­mi kota. Dzie­cia­ki śmie­ją się, po czym zni­ka­ją. W jed­nej chwi­li jak­by za­pa­dły się pod zie­mię. Plac za­baw jest pu­sty. Prze­sia­ne świa­tło i śle­pe kor­pu­sy bu­dyn­ków. Nie zo­sta­ją dłu­go na huś­taw­kach. To, co się wy­da­rzy­ło, znie­chę­ca je.

Co wię­cej: strach. Ona i Nin­ne, sze­ścio­lat­ka, za­czę­ły cho­dzić do szko­ły w År­scie. To spo­ry ka­wa­łek. Idą bli­sko sie­bie. Za nimi chi­cho­czą­ce wy­rost­ki rzu­ca­ją prze­zwi­ska­mi. Mają nie ta­kie ubra­nia jak trze­ba: ame­ry­kań­skie płasz­cze i apasz­ki.

Pada śnieg. Cały czas pada śnieg, z uko­sa, do tego wie­je.

Wy­as­fal­to­wa­ne po­dwór­ko szkol­ne ro­iło się od nie­zna­jo­mych dzie­ci. Dla­cze­go nie prze­mil­cza­ła Ame­ry­ki? Te­raz my­ślą, że się prze­chwa­la. Po­dob­nie jej czer­wo­ny tor­ni­ster, pach­nie wyż­szo­ścią. I ten ję­zyk, za­cią­ga po skań­sku i ame­ry­kań­sku. Bła­ga mamę o czap­kę z an­go­ry. Więk­szość dziew­czy­nek ta­kie ma. To weł­nia­ne czap­ki z osłon­ką na uszy przy­mo­co­wa­ną dru­ci­kiem. Nie­bie­skie albo ró­żo­we, po­żą­da­ne.

Mama nie oka­zu­je zro­zu­mie­nia.

Jest za­opa­trzo­na w be­ret, tak jak Nin­ne. Głu­pie na­kry­cie gło­wy, któ­re mama aku­rat lubi. Gu­staw Waza, wo­ła­ją dzie­ci na po­dwór­ku szkol­nym za kró­lem w be­re­cie z dnem jak okrą­gły su­cha­rek. Naj­chęt­niej w ogó­le nie cho­dzi­ła­by do szko­ły, ale musi. Wte­dy cza­ro­dziej jest jej sprzy­mie­rzeń­cem, po­da­ro­wu­je jej po­jazd, któ­ry za­bie­ra ją z okna w kuch­ni i sa­dza w szkol­nej ław­ce.

Po­dob­nie wy­glą­da po­wrót do domu. Dzię­ki temu nie musi z ni­kim roz­ma­wiać. Loty do szko­ły i z po­wro­tem od­by­wa­ją się z za­wrot­ną pręd­ko­ścią. Leci nad ska­ła­mi i nad wodą, ostro za­krę­ca nad la­sem i znów nad wodą. Czy się wy­wyż­sza? Nie. Jest zwią­za­na stra­chem.

Jest se­mestr let­ni w trze­ciej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej, to jej czwar­te spo­tka­nie z nową gro­ma­dą uczniów. Od daw­na wie, ja­kie to uczu­cie, gdy stoi się sa­mot­nie przed ob­cy­mi, wro­gi­mi ocza­mi. Dzie­ci w År­scie są jak do­tąd naj­gor­sze.

Cho­dzi sama po szkol­nym po­dwór­ku. W kie­sze­niach moc­no za­ci­ska dło­nie. Bar­dzo się boi. Wspo­mnie­nie jest sil­ne.

Wio­sną koń­czy dzie­więć lat. Ric­ki, któ­ra po­da­ro­wa­ła jej tę wspa­nia­łą skrzy­necz­kę z cza­ra­mi, przy­jeż­dża pew­ne­go wie­czo­ru do År­sty, by za­jąć się dzieć­mi. Na noc wkła­da pi­ża­mę z bia­łe­go je­dwa­biu. Je­dwab! Wol­no im do­tknąć ma­te­ria­łu; mięk­kie­go jak czu­ły do­tyk. Przy­jem­nie pach­nie per­fu­ma­mi albo ja­kimś dro­gim my­dłem. Żad­nej szmin­ki czy czer­wo­nych pa­znok­ci.

Twarz ma nie­co su­ro­wą, pra­wie jak u męż­czy­zny. Mówi po­wo­li, jak­by się ocią­ga­ła, po sztok­holm­sku i przez ten swój duży nos. Ni­g­dy nic nie­prze­my­śla­ne­go, zło­śli­we­go, wy­nio­słe­go. Resz­ta do­ro­słych glę­dzi o nie­istot­nych rze­czach, ale nie ona.

Wo­kół Ric­ki pa­nu­je spo­kój, któ­ry za­ra­ża oto­cze­nie.

Wzię­ła z pra­cy ry­sun­ki ar­chi­tek­to­nicz­ne i gdy młod­sze ro­dzeń­stwo za­snę­ło w po­ko­iku dzie­cię­cym, roz­kła­da szki­ce na sto­le w kuch­ni. Miesz­kan­ka dla ma­lu­teń­kich lu­dzi. To ty na­ry­so­wa­łaś to wszyst­ko? Ric­ki ją po­pra­wia: na­ry­so­wa­łam tyl­ko to­a­le­ty. Lek­kie roz­cza­ro­wa­nie – to­a­le­ty – ale w wy­obraź­ni me­blu­je ry­sun­ki, wy­bie­ra so­bie po­kój.

Ric­ki uwa­ża, że moż­na nie za­sy­piać od razu. Czy­tać wol­no tak dłu­go, jak się chce. Sama ma taki za­miar, kła­dzie się na le­żan­ce mamy w du­żym po­ko­ju. Jest ci­cho. Z du­że­go po­ko­ju żad­ne­go dźwię­ku. Po chwi­li za­uwa­ża, że ciot­ka gasi świa­tło, wte­dy rów­nież ona gasi lamp­kę nad ka­na­pą ku­chen­ną, któ­ra jest jej łóż­kiem.

Nad ra­nem znaj­du­je Ric­ki przy sto­le ku­chen­nym w jej pięk­nej je­dwab­nej pi­ża­mie. Ry­so­wa­nie to­a­let tak wcze­śnie rano zda­je się mar­nym za­ję­ciem.

Ric­ki, masz na­rze­czo­ne­go?

Ciot­ka pije kawę i prze­wra­ca stro­nę „Da­gens Ny­he­ter”. Po­trzą­sa gło­wą, nie pod­no­sząc jej znad ga­ze­ty. Dziew­czyn­ka wsty­dzi się swo­je­go py­ta­nia. Jej py­ta­nia, skrę­po­wa­nej dzie­wię­cio­lat­ki! Któ­ra na­wet nie ma ko­le­gów. Któ­ra sa­mot­nie spa­ce­ru­je po szkol­nym po­dwór­ku. Cho­dzi do tej sa­mej kla­sy co Ker­stin z pierw­sze­go pię­tra.

Nie zna jej. Tan­ja z pią­te­go pię­tra jest ko­le­żan­ką z kla­sy Nin­ne, jej ro­dzi­ce są ob­co­kra­jow­ca­mi. Tata Tan­ji za­bra­nia im jeść szyn­kę, a ma­mie nie wol­no pa­lić. Przed jego po­wro­tem z pra­cy mama stoi w oknie w kuch­ni i ręcz­ni­kiem od­ga­nia dym. Gdy­by ją na­krył, zbił­by ją rze­mie­niem słu­żą­cym do ostrze­nia brzy­twy.

Cza­sa­mi bije też Tan­ję. Mama Tan­ji po­wie­dzia­ła to ma­mie w pral­ni. Ni­ko­go nie zna. Dziew­czyn­ka na­dal wy­py­tu­je Ric­ki o spra­wy, któ­re jej nie do­ty­czą.

Ale chy­ba masz ja­kie­goś ka­wa­le­ra?

Ric­ki od­mie­rza pół ły­żecz­ki cu­kru i wsy­pu­je do fi­li­żan­ki. Nie wię­cej niż pół. Jest bar­dzo do­kład­na, je­śli cho­dzi o to, co je i pije. Nie za dużo cu­kru i bar­dzo oszczęd­nie z solą (któ­ra po­noć za­trzy­mu­je wodę i roz­sze­rza ko­mór­ki, przez co się tyje, tak po­wie­dzia­ła po­przed­nie­go wie­czo­ru).

Nie, od­po­wia­da Ric­ki i sze­le­ści ga­ze­tą.

Moż­na by ją uci­szyć za po­mo­cą jed­ne­go fuk­nię­cia, ale Ric­ki tego nie robi. Trak­tu­je ją jak rów­ną so­bie, co spra­wia, że dziew­czyn­ka jest za­sko­czo­na i wdzięcz­na, to uczu­cie, na któ­re brak jej słów. Za­miast trzy­mać ję­zyk za zę­ba­mi, robi się co­raz bar­dziej zu­chwa­ła. Wy­rzu­ca z sie­bie, że spo­dzie­wa się, iż Ric­ki nie­ba­wem spra­wi so­bie na­rze­czo­ne­go. Nie może tak dłu­go cze­kać. Ma trzy­dzie­ści lat, jest za­tem sta­ra; nie chce mieć dzie­ci?

Ric­ki rzu­ca jej ci­che spoj­rze­nie po­nad sto­łem. Ona sama koń­czy swą ty­ra­dę peł­nym wy­rzu­tów i wy­nio­słym wy­krzyk­ni­kiem.

Ric­ki, nie­ba­wem stra­cę co do cie­bie wszel­ką na­dzie­ję!

Ciot­ka na­chy­la się nad sto­łem i kroi kil­ka kro­mek chle­ba. Od­krę­ca wiecz­ko sło­ika z mar­mo­la­dą, któ­re tak przy­war­ło, że ni­ko­mu do­tąd nie uda­ło się go otwo­rzyć. Ze sznu­recz­kiem przy se­rze ob­cho­dzi się tak zwin­nie, że bia­łe pla­stry są rów­ne i cie­niut­kie. Bie­rze prysz­nic, wy­cho­dzi z ła­zien­ki ubra­na, je­dwab­ną pi­ża­mę zło­ży­ła i prze­wie­si­ła przez ra­mię.

Po­tem się wsty­dzi. My­śli, że zra­ni­ła Ric­ki. Że była nie­grzecz­na, nie­de­li­kat­na, tyl­ko po to, żeby się po­pi­sać i po­czuć się wy­jąt­ko­wą.

Wsty­dzi się. Przez dłu­gi czas. Dzie­wię­cio­lat­ka. Nie­pew­na, ale py­ska­ta. Do­my­ślam się, dla­cze­go tak jej do­ku­cza­no w szko­le w År­scie. Nie ze wzglę­du na jej wy­nio­słość. Ale po­nie­waż wciąż sta­ra­ła się za­cho­wy­wać w ten nie­zno­śnie do­ro­sły spo­sób.

O tym, że Ric­ki była u wróż­ki ze swo­ją przy­ja­ciół­ką Lisą – mia­ły na­dzie­ję od­mie­nić swój los – nie wie­dzia­łam. By­łam in­tu­icyj­na jak wie­le dzie­ci. Wstyd wbi­ja się kli­nem tam, gdzie znaj­dzie punkt za­cze­pie­nia.

Książ­ka uka­za­ła się w se­rii li­te­rac­kiej Ka­rak­te­ru

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Spådo­men. En flic­kas me­mo­arer

 

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek

Ko­rek­ta: Ewa Ślu­sar­czyk, Agniesz­ka Stę­plew­ska

Współ­pra­ca re­dak­cyj­na: Ka­ta­rzy­na Ko­ściel­niak

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

 

Dzię­ku­je­my Swe­dish Arts Co­un­cil za do­fi­nan­so­wa­nie prze­kła­du książ­ki.

 

Spådo­men © Agne­ta Ple­ijel, first pu­bli­shed by Nor­stedts, Swe­den, in 2015.

Pu­bli­shed by agre­ement with Nor­stedts Agen­cy.

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Ju­sty­na Cze­chow­ska, 2016

Fo­to­gra­fia na fron­cie ob­wo­lu­ty: ar­chi­wum au­tor­ki

 

ISBN 978-83-65271-32-7

 

 

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31–126 Kra­ków

 

Wy­da­je­my, co się nam po­do­ba

ka­rak­ter.pl