Wróć do Sorento? - Anna German - ebook

Wróć do Sorento? ebook

Anna German

4,5

Opis

W 1966 roku Anna German, nazywana wówczas „Białym Aniołem polskiej piosenki”, wyjechała do Włoch, aby zrobić światową karierę. Trasa koncertowa, występy telewizyjne, festiwal w San Remo, (to wtedy narzeczony Dalidy Luigi Tenco z rozpaczy, że jego piosenka „Ciao, amore, ciao” nie przeszła do finału, popełnił samobójstwo). German wszędzie budziła zachwyt. Niewysocy włoscy konferansjerzy mieli z nią kłopot, bo przerastała ich o głowę. Jeden z nich zapytał ją nawet bezczelnie: „Ile metrów pani sobie mierzy?”. Odpaliła mu natychmiast, po włosku: „To nie istotne ważne, że jestem wyższa od pana”. Publiczność zawyła z podziwu.

Szczęście trwało kilka miesięcy. 28 sierpnia 1967 roku, wracając z koncertu, Anna German została ciężko ranna w wypadku samochodowym na autostradzie Słońca koło Bolonii. Przez siedem dni pozostawała w śpiączce. Obudziła się ale miała urazy kręgosłupa nie było wiadomo, czy kiedykolwiek będzie jeszcze chodzić i śpiewać. Po dwóch latach trudnej, bolesnej rekonwalescencji, wróciła jednak na estradę. Stanęła przed mikrofonem prosta jak nigdy i zaśpiewała swój superprzebój, który napisała w czasie choroby „Człowieczy los”. Wkrótce ukazała się też jej książka „Wróć do Sorento??...”, w której opisała swoje przeżycia. To był bestseller. Wyrywano go sobie z rąk i dosłownie zaczytywano. Do dzisiaj przetrwało niewiele egzemplarzy.

W trzydziestą rocznicę śmierci znakomitej piosenkarki Instytut Wydawniczy Latarnik postanowił wznowić jej legendarną książkę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 192

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0

Popularność




Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Mar­cin Szczy­giel­ski

Re­dak­cja

Mar­cin Dą­brow­ski

© Co­py­ri­ght by Zbi­gniew A. Tu­chol­ski, 2012

© Co­py­ri­ght by In­sty­tut Wy­daw­ni­czy La­tar­nik, 2012

Zdję­cia z ar­chi­wum fan­klu­bu Anny Ger­man.

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i skład kom­pu­te­ro­wy

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza AS

ISBN 978-83-60000-96-0

IN­STY­TUT WY­DAW­NI­CZY LA­TAR­NIK

IM. ZYG­MUN­TA KA­ŁU­ŻYŃ­SKIE­GO

War­sza­wa, ul. Cy­pryj­ska 89

tel./fax 22 614 28 34

e-mail: la­tar­[email protected]­tar­nik.com.pl

[email protected]­tar­nik.com.pl

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Bar­tosz Dwo­rzyń­ski   e-mail: dwo­rzyn­[email protected]­tar­nik.com.pl

Za­pra­sza­my do księ­gar­ni in­ter­ne­to­wej

www.la­tar­nik.com.pl

oraz na nasz pro­fil na por­ta­lu Fa­ce­bo­ok

www.fa­ce­bo­ok.com/iw­la­tar­nik

War­sza­wa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wy­daw­ca dzię­ku­je ro­syj­skim ad­mi­ra­to­rom Anny Ger­man, a zwłasz­cza Iwa­no­wi Ili­czo­wo­wi, a tak­że Ma­rio­li Pry­zwan za po­moc we wzbo­ga­ce­niu książ­ki o cen­ne ma­te­ria­ły.

Zdu­mie­wa­ją­ca hi­sto­ria Bia­łe­go Anio­ła

„Wróć do Sor­ren­to?…” – na po­cząt­ku lat 70. ta skrom­na au­to­bio­gra­fia Anny Ger­man, pio­sen­kar­ki wra­ca­ją­cej po tra­gicz­nym wy­pad­ku do pu­blicz­ne­go ży­cia, kon­cer­tów i na­gry­wa­nia płyt, oka­za­ła się ab­so­lut­nym be­st­sel­le­rem. W księ­gar­niach moż­na ją było do­stać tyl­ko spod lady, gdy mia­ło się za­przy­jaź­nio­nych sprze­daw­ców. Po­ży­czo­ny eg­zem­plarz, któ­ry wpadł mi wte­dy w ręce, był nie­mal cał­ko­wi­cie za­czy­ta­ną (czy­li roz­pa­da­ją­cą się w wy­ni­ku zbyt czę­ste­go i gwał­tow­ne­go od­wra­ca­nia kar­tek) bro­szur­ką. Do­sta­łem ją tyl­ko na chwi­lę, bo w ko­lej­ce cze­ka­ło kil­ka­na­ście na­stęp­nych osób spra­gnio­nych lek­tu­ry. Być może dla­te­go do dzi­siaj oca­la­ło bar­dzo nie­wie­le oka­zów tam­te­go wy­da­nia. Jed­nak pra­gnie­nie po­zna­nia wspo­mnień le­gen­dar­nej gwiaz­dy po­zo­sta­ło. Nadal chce­my się do­wie­dzieć, jak do­szło do tego, że spo­śród wie­lu pol­skich wy­ko­naw­ców, któ­rzy wy­jeż­dża­li w świat, by zro­bić mię­dzy­na­ro­do­wą ka­rie­rę, tyl­ko jej jed­nej uda­ło się to osią­gnąć, choć nig­dy o tym nie ma­rzy­ła.

Anna Ger­man osią­gnę­ła coś wię­cej: zna­la­zła dro­gę do serc słu­cha­czy w Pol­sce, Ro­sji czy Wło­szech i… zo­sta­ła w nich bez oba­wy o prze­mi­nię­cie. Po­świę­co­no jej wie­le pry­wat­nych stron WWW, jej pły­ty wzna­wia się bez prze­rwy, jej imie­niem na­zy­wa się uli­ce, a na­wet pla­ne­ty.

25 sierp­nia 2012 roku mi­nę­ło 30 lat od śmier­ci „Bia­łe­go Anio­ła pol­skiej pio­sen­ki”, lecz jej na­gra­nia nie sta­ły się ani odro­bi­nę ar­cha­icz­ne.

Ta naj­bar­dziej pol­ska pio­sen­kar­ka o nie­miec­kim na­zwi­sku uro­dzi­ła się w Uz­be­ki­sta­nie (wte­dy, w 1936 roku, była to re­pu­bli­ka Związ­ku Ra­dziec­kie­go) w ro­dzi­nie ho­len­der­skich emi­gran­tów. Jej oj­ciec, za­mor­do­wa­ny przez wła­dze sta­li­now­skie dwa lata po na­ro­dzi­nach cór­ki, był sy­nem ewan­ge­lic­kie­go pa­sto­ra z Ło­dzi, z za­wo­du księ­go­wym, a z za­mi­ło­wa­nia dy­ry­gen­tem chó­ru. Na­to­miast mat­ka, Irma Mar­tens, wy­wo­dzi­ła się w pro­stej li­nii od ho­len­der­skie­go hra­bie­go, Jo­ha­na Frie­se­na, któ­ry przy­był z Fry­zji do Ro­sji w po­ło­wie XIX wie­ku, by upo­wszech­nić tam no­wo­cze­sne me­to­dy upraw rol­nych. Jak skom­pli­ko­wa­ne było jej po­cho­dze­nie, tak po­wi­kła­ne i nie­zwy­kłe oka­za­ło się ży­cie Anny Ger­man.

Po woj­nie zna­la­zła się wśród re­pa­trian­tów, któ­rych osie­dlo­no w Szcze­ci­nie. To był dom trzech ko­biet: bab­cia, mat­ka i cór­ka. Chcia­ły za­cząć nowe ży­cie i po­sta­no­wi­ły, że będą Po­lka­mi. Anna oka­za­ła się w tym szcze­gól­nie kon­se­kwent­na. Gdy stu­dio­wa­ła geo­lo­gię na Uni­wer­sy­te­cie Wro­cław­skim, na­wet się nie spo­dzie­wa­ła, że zo­sta­nie pio­sen­kar­ką. Za­de­biu­to­wa­ła we wro­cław­skim Te­atrze Ka­lam­bur, trak­tu­jąc te wy­stę­py jako do­ryw­cze za­ję­cie w cza­sie wa­ka­cji za­miast prak­tyk stu­denc­kich. Ale była za do­bra, by inni po­zwo­li­li jej prze­stać śpie­wać.

Gdy w 1964 roku, pod­czas II Fe­sti­wa­lu Pio­sen­ki Pol­skiej w Opo­lu, za­śpie­wa­ła Tań­czą­ce Eu­ry­dy­ki, było ja­sne, że na­ro­dzi­ła się gwiaz­da. A po­tem był ciąg na­gród, kon­cer­tów, płyt. Rów­ny en­tu­zjazm dla jej ta­len­tu z miej­sca oka­za­li Ro­sja­nie i Wło­si. We Wło­szech pod­pi­sa­ła na­wet kon­trakt pły­to­wy i wy­stą­pi­ła w San Remo. W 1966 roku we wło­skiej pra­sie roz­legł się chór za­chwy­tów: „Wczo­raj Anna Ger­man przy­je­cha­ła do Me­dio­la­nu i oka­za­ło się, że ma nie tyl­ko pięk­ny głos, wcze­śniej już zna­ny nie­któ­rym spe­cja­li­stom, ale i uro­dę: wy­so­ka, o ja­snych, fa­lu­ją­cych wło­sach i roz­ma­rzo­nym spoj­rze­niu. Krót­ko mó­wiąc: wspa­nia­ła dziew­czy­na” („La Not­te”).

„Jej głos to z jed­nej stro­ny szczo­dry dar na­tu­ry, z dru­giej – re­zul­tat in­te­li­gen­cji, któ­ra po­zwa­la jej z nie­go wszech­stron­nie ko­rzy­stać” („L’Uni­tà”).

„Zna­jo­mość pię­ciu ję­zy­ków (wło­skie­go, pol­skie­go, ro­syj­skie­go, an­giel­skie­go i nie­miec­kie­go) po­zwa­la jej do­ko­ny­wać na es­tra­dzie praw­dzi­wych sztu­czek” („Il Gaz­zet­ti­no di Ve­ne­zia”).

Ger­man wy­je­cha­ła do Włoch, aby ro­bić świa­to­wą ka­rie­rę. O tym wie­dział wte­dy każ­dy Po­lak. Tra­sa kon­cer­to­wa, wy­stę­py te­le­wi­zyj­ne, fe­sti­wal w San Remo (to wte­dy na­rze­czo­ny Da­li­dy, Lu­igi Ten­co, z roz­pa­czy, że jego pio­sen­ka „Ciao, amo­re, ciao” nie prze­szła do fi­na­łu, po­peł­nił sa­mo­bój­stwo). Wszę­dzie ro­bi­ła olśnie­wa­ją­ce wra­że­nie. Nie­wy­so­cy wło­scy kon­fe­ran­sje­rzy mie­li z nią kło­pot, bo prze­ra­sta­ła ich o gło­wę (wzrost współ­cze­snej mo­del­ki: 184 cm). Je­den z nich za­py­tał ją na­wet bez­czel­nie: „Ile me­trów pani so­bie mie­rzy?”. Od­pa­li­ła mu na­tych­miast, po wło­sku: „To nie­istot­ne; waż­ne, że je­stem wyż­sza od pana”. Pu­blicz­ność za­wy­ła z po­dzi­wu.

Szczę­ście trwa­ło kil­ka mie­się­cy. 28 sierp­nia 1967 roku, wra­ca­jąc z kon­cer­tu, zo­sta­ła cięż­ko ran­na w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym na Au­to­stra­dzie Słoń­ca koło Bo­lo­nii. Przez sie­dem dni po­zo­sta­wa­ła w śpiącz­ce. Obu­dzi­ła się, ale mia­ła ura­zy krę­go­słu­pa; nie było wia­do­mo, czy kie­dy­kol­wiek bę­dzie jesz­cze cho­dzić i śpie­wać. Po dwóch la­tach trud­nej, bo­le­snej re­kon­wa­le­scen­cji wró­ci­ła jed­nak na es­tra­dę. Sta­nę­ła przed mi­kro­fo­nem pro­sta jak nig­dy i za­śpie­wa­ła swój su­per­prze­bój, któ­ry na­pi­sa­ła w cza­sie cho­ro­by – Czło­wie­czy los. Nig­dy nie za­po­mnę fil­mu do­ku­men­tal­ne­go Ma­riu­sza Wal­te­ra pt. Po­wrót Eu­ry­dy­ki, któ­ry po­ka­zy­wał te chwi­le.

Ger­man zno­wu śpie­wa­ła, na­gry­wa­ła, po­dró­żo­wa­ła po ca­łym świe­cie. Naj­go­rę­cej wi­ta­no ją w Związ­ku Ra­dziec­kim. Tam też wy­da­ła wie­le płyt, do dzi­siaj pra­wie zu­peł­nie nie­zna­nych na pol­skim ryn­ku. Jed­ną z jej ro­syj­skich pio­se­nek, Na­dzie­ję, uzna­no za hymn ko­smo­nau­tów. To dla­te­go nada­li oni imię Anny Ger­man od­kry­tej przez sie­bie aste­ro­idzie.

Śmierć, któ­rej wy­mknę­ła się po wy­pad­ku na au­to­stra­dzie, do­pa­dła ją kil­ka­na­ście lat póź­niej. Nie uda­ło jej się obro­nić przed ra­kiem. Umar­ła ci­cho, kom­po­nu­jąc w ostat­nich dniach mu­zy­kę do mo­dli­twy Oj­cze nasz, w sa­mym środ­ku sta­nu wo­jen­ne­go. Mia­ła tyl­ko 46 lat. Nikt wte­dy nie miał gło­wy do ta­kich spraw. Pra­wie nie za­uwa­żo­no jej odej­ścia.

A jed­nak sła­wa Anny Ger­man nie mija. W skle­pach z pły­ta­mi re­edy­cje jej na­grań cią­gle sprze­da­ją się świet­nie. In­ter­ne­to­wi klien­ci mogą zo­sta­wiać swo­je ko­men­ta­rze na te­mat ku­pio­nych po­zy­cji. Pod pły­ta­mi Ger­man zna­la­złem mię­dzy in­ny­mi ta­kie wpi­sy: „Nie ma w pol­skim ję­zy­ku słów, któ­re by­ły­by w sta­nie okre­ślić wiel­kość ta­len­tu Anny Ger­man. Nie ma słów, któ­re mo­gły­by opi­sać bez­miar pięk­na, któ­rym Wiel­ka Ar­tyst­ka ob­da­ro­wu­je słu­cha­czy. Ten bez­kre­sny oce­an po­nad­cza­so­wo­ści Anny Ger­man za­pi­sa­ny jest jej gło­sem, któ­ry bę­dzie po­dzi­wia­ny i uwiel­bia­ny do koń­ca świa­ta. Nikt nig­dy nie bę­dzie w sta­nie jej za­stą­pić. Anna Ger­man nie śpie­wa pio­se­nek. Ona śpie­wa ar­cy­dzie­ła – Ję­drzej Ko­zak”.

„To, co mnie urze­kło w Wiel­kiej An­nie, to ogrom­na moc uczu­cia spo­ko­ju, cie­pła i nie­ogar­nię­tej mi­ło­ści, nie tyl­ko w tre­ści pio­se­nek, lecz przede wszyst­kim w bar­wie gło­su tej nie­po­wta­rzal­nej ko­bie­ty – Wi­told Mac­kie­wicz”.

A swo­ją dro­gą to cie­ka­we: jej imie­niem na­zy­wa się nowe wy­ho­do­wa­ne od­mia­ny kwia­tów (cle­ma­tis), uli­ce i gwiaz­dy, ale na­gra­ne za gra­ni­cą pły­ty Anny Ger­man (we Wło­szech i w Ro­sji), świad­czą­ce o tym, że jako je­dy­nej uda­ło jej się zro­bić praw­dzi­wie mię­dzy­na­ro­do­wą ka­rie­rę, bar­dzo rzad­ko moż­na zna­leźć w pol­skich skle­pach.

To­masz Ra­czek

Anna Ger­man w cza­sie pra­cy nad książ­ką (1969)

DRO­DZY CZY­TEL­NI­CY!

Wokre­sie pię­ciu nie­skoń­cze­nie dłu­gich mie­się­cy le­że­nia w sko­ru­pie gip­so­wej, jak też w cza­sie wie­lu na­stęp­nych, kie­dy prze­by­wa­łam w łóż­ku już bez gip­su, przy­się­ga­łam so­bie czę­sto, że nig­dy nie wró­cę do Włoch, na­wet wspo­mnie­niem.

Moje po­sta­no­wie­nie zro­dzi­ło się jesz­cze tam, we Wło­szech, kie­dy po raz pierw­szy od­zy­ska­łam przy­tom­ność na do­bre. Teo­re­tycz­nie od­zy­ska­łam ją wpraw­dzie siód­me­go dnia po wy­pad­ku, ale rze­czy­wi­stość do­cie­ra­ła do mnie tyl­ko „na raty“. Więc w chwi­lach, kie­dy zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, co mnie spo­tka­ło i gdzie się znaj­du­ję, po­cie­sza­łam się wła­śnie tym wy­po­wia­da­nym pod no­sem: „już nig­dy tu nie wró­cę“, przy czym – za­leż­nie od mego sta­nu psy­chicz­ne­go, uwa­run­ko­wa­ne­go bó­lem mniej lub bar­dziej ostrym – na­stę­po­wa­ło jesz­cze kil­ka epi­te­tów pod ad­re­sem Pół­wy­spu Ape­niń­skie­go i zdo­by­czy mo­to­ry­za­cyj­nych jego miesz­kań­ców.

Mu­szę tu zro­bić małą dy­gre­sję.

Nie prze­pa­da­łam nig­dy za tak zwa­nym moc­nym sło­wem. Jest to za­pew­ne wina mego wy­cho­wa­nia. Bab­cia jest temu win­na, że nie umiem (ba, nie lu­bię, co naj­gor­sze) pić al­ko­ho­lu, pa­lić pa­pie­ro­sów, ku­rzyć faj­ki, no i nie lu­bię „kwie­ci­stej mowy“.

Uwa­żam to za brak wy­obraź­ni. Nie zna­czy to jed­nak, że je­stem prze­ciw­nicz­ką tych cech bądź co bądź ludz­kich. Za­mie­rzam na­wet przy­znać, że może to być ko­ją­ce, a nie­kie­dy nie­zbęd­ne w pew­nych oko­licz­no­ściach.

Mam na my­śli „moc­ne sło­wo”. Ku bez­gra­nicz­ne­mu zdzi­wie­niu mo­jej mamy i na­rze­czo­ne­go (a na­wet mnie sa­mej) w naj­gor­szych chwi­lach mó­wi­łam wszyst­kie moc­niej­sze sło­wa, któ­re zna­łam ze sły­sze­nia czy też z li­te­ra­tu­ry. Tak po pro­stu, bez więk­sze­go lo­gicz­ne­go związ­ku, z rzę­du. A je­że­li po wy­re­cy­to­wa­niu mo­no­lo­gu nie od­czu­wa­łam wy­raź­nej ulgi – z bra­ku wy­kształ­ce­nia w tej dzie­dzi­nie – po­wta­rza­łam wszyst­ko da capo al fine.

Nie­chęć do roz­śpie­wa­nej Ita­lii prze­śla­do­wa­ła mnie tak dłu­go, aż w koń­cu uda­ło mi się prze­ko­nać mamę, że trze­ba mnie od­tran­spor­to­wać do Pol­ski. Tak jak sto­ję. Prze­pra­szam – leżę. W gip­sie po same uszy, zda­ną cał­ko­wi­cie na ła­skę oto­cze­nia. No i uda­ło się, o czym na­pi­szę da­lej.

Te­raz chcę wy­ja­śnić, dla­cze­go jed­nak pi­szę, wra­cam wspo­mnie­nia­mi do tam­tych dni.

W cza­sie mo­je­go po­by­tu w trzech szpi­ta­lach wło­skich, jak i póź­niej w Pol­sce, otrzy­my­wa­łam i nadal otrzy­mu­ję dużo li­stów od lu­dzi ob­cych, a prze­cież tak ser­decz­nie re­agu­ją­cych na moje nie­szczę­ście. Nie je­stem w sta­nie od­pi­sać na wszyst­kie li­sty, mimo że bar­dzo bym chcia­ła.

Poza tym od cza­su do cza­su do­wia­du­ję się o nie­sły­cha­nych hi­sto­riach, któ­re krą­żą na mój te­mat. Nie dzi­wią mnie na­wet, bo wiem, że spo­wo­do­wa­ne są bra­kiem in­for­ma­cji i szcze­rą życz­li­wo­ścią. Dla­te­go też po­my­śla­łam so­bie, że win­na je­stem moim słu­cha­czom po­wrót do Włoch, we wspo­mnie­niach.

Po­sta­no­wi­łam opi­sać wszyst­ko, co pa­mię­tam, jak naj­do­kład­niej i naj­praw­dzi­wiej. Tym bar­dziej że mało jest chy­ba lu­dzi w Pol­sce, któ­rzy nie mie­li­by swe­go zda­nia na te­mat pio­sen­ki i spraw z nią zwią­za­nych.

A może prze­czy­ta­ją moje wspo­mnie­nia i ci, któ­rzy nie ob­da­rzy­li mnie swo­im za­an­ga­żo­wa­niem, a po­trak­tu­ją moją re­la­cję jako zwy­czaj­ny re­por­taż z po­dró­ży.

Głów­nym po­wo­dem skła­nia­ją­cym mnie do na­pi­sa­nia li­stu otwar­te­go do mo­ich słu­cha­czy jest przede wszyst­kim wdzięcz­ność dla tych, któ­rzy byli i są ze mną my­śla­mi w tym trud­nym dla mnie okre­sie.

Czy­nię to tym ła­twiej, że je­stem da­le­ko od Włoch, je­stem w domu, wśród bli­skich i przy­ja­ciół.

Mimo że moja umo­wa trwa do koń­ca 1969 roku – nikt nie może żą­dać ode mnie po­wro­tu do pra­cy, do śpie­wa­nia we Wło­szech. Już cho­ciaż­by z tego po­wo­du, że śpie­wać jesz­cze nie mogę i mam przed sobą dłu­gi okres re­ha­bi­li­ta­cji. A za­tem mój sta­tek za­ko­twi­czo­ny jest w ro­dzi­mym por­cie, gdzie mnie nie do­się­gną obce sztor­my. Stąd moja od­wa­ga! Mimo to pro­szę o wy­ro­zu­mia­łość. Wpraw­dzie mia­łam w szko­le z pol­skie­go 5, ale od tam­tych cza­sów mój kon­takt z pió­rem ogra­ni­czał się do li­stów pi­sa­nych z Włoch w to­na­cji ra­czej roz­pacz­li­wej. A więc na­wet po­czu­cie hu­mo­ru zo­sta­ło we mnie za­gip­so­wa­ne. Ale za to wszyst­kie moje zwie­rze­nia będą praw­dzi­we jak w li­stach do mamy, nie­za­bar­wio­ne chę­cią po­pi­sa­nia się, bez ak­cen­tów re­kla­mo­wych. Do ce­lów re­kla­mo­wych wy­star­czył mi w zu­peł­no­ści sam wy­pa­dek.

Anna Ger­man

War­sza­wa, czer­wiec 1969 roku

Fo­to­gra­fia Anny z po­ło­wy lat sześć­dzie­sią­tych

Paź­dzier­nik roku 1966 był wy­jąt­ko­wo cie­pły i po­god­ny. Sie­dzia­łam w swo­im po­ko­ju w ho­te­lu „War­sza­wa”, kre­śląc w no­te­sie plan za­jęć na dzień na­stęp­ny. Było tego okrop­nie dużo.

Z po­wo­du bra­ku miesz­ka­nia w War­sza­wie (któ­re­go nie mam zresz­tą do dziś) sta­ra­łam się za­wsze za­ła­twiać jak naj­prę­dzej pa­lą­ce spra­wy war­szaw­skie, aby tym sa­mym skró­cić swój po­byt w ho­te­lach do mi­ni­mum. Ze wzglę­dów fi­nan­so­wych oczy­wi­ście. Po­waż­ną część mo­je­go wy­na­gro­dze­nia za wy­stę­py po­chła­nia­ły war­szaw­skie kasy ho­te­lo­we.

Moje me­dy­ta­cje nad pro­ble­mem, czy zdą­żę w cią­gu go­dzi­ny do­je­chać z ra­dia na Sa­dy­bę i z po­wro­tem, prze­rwał dzwo­nek te­le­fo­nu. Pod­nio­słam słu­chaw­kę i usły­sza­łam mę­ski głos, któ­ry po­in­for­mo­wał mnie, że dzwo­ni z Me­dio­la­nu, że bę­dzie w War­sza­wie za kil­ka dni, i spy­tał, czy nie ze­chcia­ła­bym pod­pi­sać umo­wy na okres trzech lat z wy­twór­nią CDI.

W trak­cie tych in­for­ma­cji moja myśl go­rącz­ko­wo szu­ka­ła wśród zna­jo­mych w War­sza­wie spraw­cy tego żar­tu. No, po­my­śla­łam w koń­cu, nikt inny tyl­ko ko­le­ga Bo­lek Grom­nic­ki przy­je­chał wi­docz­nie do War­sza­wy i za­ba­wia się jak zwy­kle kosz­tem bliź­nich przy po­mo­cy swe­go nie­po­ję­te­go dla nas, zwy­kłych śmier­tel­ni­ków, ta­len­tu. Pa­mię­tam, jak w cza­sie nie­daw­nej po­dró­ży 30-oso­bo­wej eki­py do USA i Ka­na­dy ko­le­ga Grom­nic­ki już na „Ba­to­rym” ro­bił taki wła­śnie uży­tek z te­le­fo­nów, przy czym nie było „moc­nych”. Sama pa­dłam nie­raz ofia­rą jego umie­jęt­no­ści. Nad­mie­nić na­le­ży, że ję­zy­ki obce wca­le nie były mu obce. Bo­luś Grom­nic­ki zna ab­so­lut­nie wszyst­kie ję­zy­ki świa­ta, je­śli za­cho­dzi taka ko­niecz­ność.

Trzy­ma­łam się więc twar­do, śmie­jąc się i za­pew­nia­jąc, po pol­sku oczy­wi­ście, że tym ra­zem mnie nie na­bie­rze. Ale już po chwi­li ude­rzył mnie cał­ko­wi­ty brak zro­zu­mie­nia po dru­giej stro­nie ka­bla. Nic dziw­ne­go, al­bo­wiem był to praw­dzi­wy Włoch i ani sło­wa po pol­sku nie ro­zu­miał. (Prze­pra­szam ko­le­gę Grom­nic­kie­go za nie­słusz­ne po­dej­rze­nia).

Po kil­ku dniach wy­lą­do­wał rze­czy­wi­ście pan Pie­tro Ca-riag­gi – praw­dzi­wy Włoch, choć ły­sie­ją­cy blon­dyn, wła­ści­ciel wy­twór­ni pły­to­wej Com­pa­ny Di­sco­gra­fi­ca Ita­lia­na (CDI), w któ­rej pro­po­no­wał mi pra­cę.

Pod­czas na­szej ofi­cjal­nej roz­mo­wy przy udzia­le za­stęp­cy dy­rek­to­ra Pa­gar­tu, pana Wła­dy­sła­wa Ja­ku­bow­skie­go, pan Ca­riag­gi sta­rał się przed­sta­wić w naj­ład­niej­szych ko­lo­rach wszyst­kie moż­li­wo­ści, ja­kie na mnie cze­ka­ją wła­śnie we Wło­szech, wła­śnie w jego wy­twór­ni. Nie zre­zy­gno­wał na­wet z moc­nych chwy­tów re­kla­mo­wych, za­pew­nia­jąc mnie, że w jego wy­twór­ni na­gry­wa­ją ta­kie sła­wy, jak Ma­rio del Mo­na­co.

Póź­niej się oka­za­ło, że ta­kie sła­wy są jak­by na­ro­do­wą wła­sno­ścią i nie do­ty­czy ich pra­wo wy­łącz­no­ści w żad­nej wy­twór­ni pły­to­wej. Mogą na­gry­wać wszę­dzie, na­wet w tak mało zna­czą­cej wy­twór­ni jak CDI. Wy­twór­nia ta robi to oczy­wi­ście dla wła­snej re­kla­my, pła­cąc do­sta­tecz­nie sło­no. Ale ja o tym nie wie­dzia­łam i po­my­śla­łam: „No, no, Ma­rio del Mo­na­co – to już musi być bar­dzo duża, li­czą­ca się na wło­skim ryn­ku pły­to­wym wy­twór­nia”.

Ale nie to za­de­cy­do­wa­ło o pod­pi­sa­niu umo­wy. Mia­łam za­wsze sła­bość do pio­se­nek wło­skich ze wzglę­du na ład­ne me­lo­die, ła­twość śpie­wa­nia w ję­zy­ku wło­skim. Za­nim za­dzwo­nił pan Ca­riag­gi, od kil­ku­na­stu dni ocią­ga­łam się z pod­pi­sa­niem umo­wy z za­chod­nio­nie­miec­ką wy­twór­nią pły­to­wą Espla­na­de.

Osta­tecz­nie wy­bra­łam Me­dio­lan.

Może jesz­cze wspo­mnę, jak do­szło do tego te­le­fo­nu z Me­dio­la­nu. Otóż re­dak­tor jed­nej z na­szych roz­gło­śni ra­dio­wych jest w sta­łym kon­tak­cie z wy­twór­nia­mi wło­ski­mi, któ­re przy­sy­ła­ją mu no­wo­ści pły­to­we z Włoch. W dro­dze re­wan­żu pan re­dak­tor wy­sy­ła pol­skie pły­ty. Mię­dzy in­ny­mi zna­lazł się mój pierw­szy long­play na­gra­ny w Pol­skich Na­gra­niach. Pły­ta spodo­ba­ła się, a moja kan­dy­da­tu­ra prze­szła jed­no­gło­śnie, jak się póź­niej do­wie­dzia­łam. Pie­tro Ca­riag-gi jest je­dy­nym wła­ści­cie­lem CDI bez wspól­ni­ków. Za­trud­nia oko­ło dwu­dzie­stu osób, w tym swe­go bra­ta i ojca.

Pie­tro za­wdzię­cza swą po­zy­cję nie­wąt­pli­wie ce­chom cha­rak­te­ru wy­bit­nie mę­skim, jak: twar­dość, rzut­kość, zde­cy­do­wa­nie, bez­względ­ność ze skłon­no­ścia­mi do dyk­ta­tu­ry. Nic dziw­ne­go, al­bo­wiem cięż­kie jest ży­cie biz­nes­me­na w cią­głej wal­ce ry­wa­li o byt, o ry­nek, o ko­bie­ty, o… wszyst­ko! Ale Pie­tro bywa cza­sem wspa­nia­ło­myśl­ny i bar­dzo lubi do­strze­gać uzna­nie w oczach pod­wład­nych. W tym celu więc po­zwa­la wy­po­wia­dać się i por­tie­ro­wi, i sprzą­tacz­kom na te­ma­ty mu­zycz­ne. A na­wet li­czy się z ich opi­nią.

Na­wia­sem mó­wiąc, do­brze wie, że nie ry­zy­ku­je, gdyż ci pro­ści lu­dzie oce­nia­ją bar­dzo obiek­tyw­nie i traf­nie. Tak też było tego dnia, kie­dy na­de­szła moja pły­ta. Do ogól­ne­go „tak” przy­łą­czy­ła się tak­że naj­waż­niej­sza oso­ba w tym za­mknię­tym świe­cie: drob­na, uro­cza, peł­na do­bro­ci star­sza pani – mat­ka rodu, pani Wan­da Ca­riag­gi.

Anna w domu mody w Me­dio­la­nie (1966)

Zaczę­ły się moje przy­go­to­wa­nia do pierw­sze­go wy­jaz­du do Me­dio­la­nu. Cza­su było ra­czej mało, więc tyl­ko jesz­cze jed­na wła­sno­ręcz­nie uszy­ta su­kien­ka, kil­ka eg­zem­pla­rzy nut, nowy słow­nik wło­sko-pol­ski z gra­ma­ty­ką i… nad­szedł dzień od­lo­tu.

Ostat­ni po­że­gnal­ny uśmiech zza szkla­nych drzwi na Okę­ciu…

W póź­nych go­dzi­nach wie­czor­nych wy­lą­do­wa­li­śmy w Me­dio­la­nie. Ocze­ki­wa­no mnie na lot­ni­sku. Po po­wi­ta­niu Pie­tro przed­sta­wił mi mło­de­go czło­wie­ka imie­niem Ra­nu­cio Ba­sto­ni, któ­ry miał być od tej chwi­li moim oso­bi­stym im­pre­sa­rio. „Ra­nu­cio – oznaj­mił Pie­tro – jest dzien­ni­ka­rzem. Bę­dzie ci to­wa­rzy­szył przez cały dzień we wszyst­kich spo­tka­niach, bę­dzie cię od­wo­ził, przy­wo­ził i dbał o wszyst­ko, co zwią­za­ne jest z two­im pu­bli­ci­ty we Wło­szech”. To brzmia­ło dość uspo­ka­ja­ją­co. Tro­chę mnie roz­cza­ro­wał u dzien­ni­ka­rza brak zna­jo­mo­ści ja­kie­go­kol­wiek ję­zy­ka ob­ce­go, ale „przy­najm­niej nie będę się pę­tać sama” – po­my­śla­łam.

Po­je­cha­li­śmy do ho­te­lu. Nie zdą­ży­łam jed­nak na­wet ro­zej­rzeć się w moim po­ko­ju ani umyć się po po­dró­ży. Oka­za­ło się bo­wiem, że już na­stęp­ne­go dnia mia­ło się od­być waż­ne spo­tka­nie z dzien­ni­ka­rza­mi na słyn­nej Te­raz­za Mar­ti­ni, do któ­re­go trze­ba mnie było od­po­wied­nio przy­go­to­wać.

Za­czę­ły się wę­drów­ki po do­mach mody (tych, któ­re jesz­cze były otwar­te). Z nie­po­ko­jem spo­strze­głam wkrót­ce, że cho­dzi im o suk­nię cock­ta­ilo­wą, któ­ra się­ga­ła­by mi do po­ło­wy uda. W Pol­sce w tym okre­sie co od­waż­niej­sze dziew­czy­ny już daw­no no­si­ły ta­kie wła­śnie su­kien­ki, ale ja cią­gle jesz­cze uzna­wa­łam dłu­gość odro­bin­kę po­wy­żej ko­la­na. Nie dla­te­go, że mi się wy­na­la­zek Mary Qu­ant nie po­do­bał. Prze­ciw­nie – po­do­bał mi się bar­dzo, ale ja, któ­ra by­łam usta­wicz­nie gnę­bio­na nad­mier­ną iro­nią bliź­nich (na te­mat mego wzro­stu), czyż mo­głam po­zwo­lić so­bie na taki strój, któ­ry by ścią­gał uwa­gę prze­chod­niów jak ma­gnes i zwie­lo­krot­niał moje cier­pie­nie?!

Nie, taką ma­so­chist­ką to ja nie będę, na­wet dla sztu­ki – po­my­śla­łam i za­pro­po­no­wa­łam nie­śmia­ło, że mo­gła­bym prze­cież pójść we wła­snej „ma­łej czar­nej”. Uzna­no to jed­nak za do­bry żart i przy­nie­sio­no mi ko­lej­ną ster­tę su­kie­nek. (Póź­niej moja „mała czar­na” zo­sta­ła w peł­ni zre­ha­bi­li­to­wa­na).

Żeby nie było nie­ja­sno­ści i nie­do­mó­wień – może wy­ja­wię moje wy­mia­ry. Moja współ­rzęd­na y wy­no­si 184 cen­ty­me­try, a resz­ta po­zo­sta­je w zu­peł­nie za­do­wa­la­ją­cej pro­por­cji do tego, Włosz­ki na­to­miast są na ogół nie­wy­so­kie. Gdy­by się to wszyst­ko od­by­wa­ło w Szwe­cji, An­glii, Ame­ry­ce czy Ho­lan­dii, do 23.00 by­ła­bym coś zna­la­zła dla sie­bie, ale to były Wło­chy i wszyst­kie cier­pie­nia dla mnie z tym zwią­za­ne po­tę­go­wa­ły się z każ­dą upły­wa­ją­cą go­dzi­ną. Wresz­cie po pół­no­cy – le­d­wo trzy­ma­jąc się na no­gach ze zmę­cze­nia – zdo­by­łam się na mały szan­taż: „ta albo idę w mo­jej pry­wat­nej”. Po­nie­waż i oni byli zmę­cze­ni, zgo­dzi­li się na suk­nię z dżer­se­ju w ko­lo­rze ko­ra­lo­wym, raj­sto­py tego sa­me­go ko­lo­ru i srebr­ne fran­cu­skie pan­to­fle. Fran­cu­skie, bo ja no­szę 40 nu­mer pan­to­fli, a wśród wło­skich nie ma ta­kie­go, to zna­czy jest, ale w rze­czy­wi­sto­ści od­po­wia­da on naj­wy­żej na­szej dzie­wiąt­ce (39). Na to mia­łam na­rzu­cić płasz­czyk ze sztucz­ne­go fu­tra w ko­lo­rze ró­żo­wym. Tyl­ko na­rzu­cić – nie z po­wo­du sprzy­ja­ją­cych wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych, lecz dla­te­go, że ubrać się w ten płasz­czyk po pro­stu nie mo­głam. Ple­cy były za wą­skie, a rę­ka­wy za krót­kie. Wło­sy ka­za­no mi roz­pu­ścić, a po­nie­waż nie mam pro­stych z na­tu­ry – dłu­go je pro­sto­wa­łam u fry­zje­ra. Ale i tak czu­łam się jak Ofe­lia w sce­nie obłę­du. Wsia­da­jąc na­stęp­ne­go dnia w kom­plet­nym „rynsz­tun­ku” do sa­mo­cho­du, po­my­śla­łam z go­ry­czą: „i po co to wszyst­ko, dla kogo?!”.

Rze­ko­mo dla mnie – ale dużo bym wte­dy dała za to, by móc pójść na to spo­tka­nie w mo­jej pry­wat­nej su­kien­ce, z wło­sa­mi ucze­sa­ny­mi w war­kocz opa­da­ją­cy na ple­cy, ak­tu­al­nie zresz­tą bar­dzo mod­ny. Nie – ta dziew­czy­na w ró­żo­wo­ściach, uśmie­cha­ją­ca się, po­zu­ją­ca do zdjęć, udzie­la­ją­ca au­to­gra­fów to nie by­łam ja.

Już po go­dzi­nie czu­łam się jak bok­ser na rin­gu tuż przed zno­kau­to­wa­niem. A tu do koń­ca run­dy jesz­cze nie­skoń­cze­nie da­le­ko. Trze­ba było cią­gle od­pa­ro­wy­wać nowe cio­sy prze­ciw­ni­ka, tzn. udzie­lać wy­wia­dów dla róż­nych ga­zet i cza­so­pism w paru ję­zy­kach, nie do­pusz­czać do po­wsta­nia spięć na tle po­li­tycz­nym, od­po­wia­dać na py­ta­nia głu­pie i pro­wo­ku­ją­ce – dow­ci­pem. To moja nie­za­wod­na broń, do któ­rej ucie­ka­łam się czę­sto, gdyż szcze­rość i praw­da były, nie­jed­no­krot­nie świa­do­mie, zu­peł­nie opacz­nie przyj­mo­wa­ne, wy­wo­łu­jąc od­wrot­ny sku­tek. Po­zy­ty­wem tej im­pre­zy było po­zna­nie wie­lu in­te­re­su­ją­cych lu­dzi – mu­zy­ków, kom­po­zy­to­rów, ak­to­rów. Był tam rów­nież obec­ny przed­sta­wi­ciel na­sze­go kon­su­la­tu w Me­dio­la­nie.

Przez cały czas trwa­nia tego spo­tka­nia z nie­na­gan­nie dzia­ła­ją­cych gło­śni­ków – umiesz­czo­nych tak spryt­nie, że zu­peł­nie nie­wi­docz­nych – pły­nę­ły dys­kret­nie dźwię­ki mo­ich pio­se­nek z pol­skiej pły­ty. To było dla mnie ostrze­że­nie, któ­re­go wte­dy jesz­cze nie ro­zu­mia­łam. Skoń­czyć się mia­ły nie­ba­wem cza­sy, kie­dy mo­głam so­bie śpie­wać. Te­raz nie śpie­wa­nie mia­ło być naj­waż­niej­sze, a na­wet wkrót­ce zna­la­zło się na mar­gi­ne­sie. Te­raz mia­łam mó­wić, mó­wić… przede wszyst­kim mó­wić i po­zo­wać do zdjęć, tego bo­wiem wy­ma­ga tak zwa­ne wej­ście na ry­nek. A po­nie­waż je­stem ra­czej po­god­na niż mści­wa, w mia­rę moż­li­wo­ści wy­ro­zu­mia­ła – nie ze­mści­łam się straj­kiem za te ró­żo­wo­ści, nie tup­nę­łam srebr­nym pan­to­fel­kiem, wo­ła­jąc „veto”, a na­wet przy­ję­łam ze zro­zu­mie­niem pla­ny śre­dnio­wiecz­ne­go wy­zy­sku czło­wie­ka przez czło­wie­ka na wszyst­kie dni na­stęp­ne, aż do po­wro­tu do domu. Mało tego, udzie­li­łam so­bie w du­chu na­ga­ny za sta­ro­świec­kość i nie­na­dą­ża­nie za du­chem cza­su. Ce­lo­wo uży­łam po­przed­nio okre­śle­nia „śre­dnio­wiecz­ny wy­zysk”, gdyż szcze­rym po­da­niem fak­tów pra­gnę osła­bić za­chwyt (tu i ów­dzie prze­ra­dza­ją­cy się w za­zdrość) nie­wta­jem­ni­czo­nych bliź­nich nad sy­tu­acją pio­sen­kar­ki pol­skiej za gra­ni­cą.

Pa­gart udzie­la ze­zwo­le­nia każ­de­mu ar­ty­ście wy­jeż­dża­ją­ce­mu na wy­stęp za gra­ni­cę na za­opa­trze­nie się w kil­ka do­la­rów, któ­re mają mu umoż­li­wić:

1. sko­rzy­sta­nie z te­le­fo­nu w wy­pad­ku nie­przy­by­cia ni­ko­go z or­ga­ni­za­to­rów na lot­ni­sko (czy dwo­rzec), 2. za­fun­do­wa­nie so­bie na­po­ju chło­dzą­ce­go w celu uspo­ko­je­nia sys­te­mu ner­wo­we­go. Jest to bo­wiem sy­tu­acja, w któ­rej naj­więk­sze po­czu­cie hu­mo­ru za­wo­dzi. Na tak­sów­kę ww. kil­ka do­la­rów już nie wy­star­cza, gdyż lot­ni­ska znaj­du­ją się za­zwy­czaj da­le­ko od cen­trum mia­sta, a sko­rzy­sta­nie z pań­stwo­wych środ­ków lo­ko­mo­cji w ob­cym mie­ście ob­ce­go kra­ju, do tego z ba­ga­żem, jest – przy­najm­niej dla mnie jako ko­bie­ty – na­der skom­pli­ko­wa­ne.

Po­nie­waż za wy­ży­wie­nie ho­te­lo­we, jak i za sam ho­tel, pła­cił pan Ca­riag­gi, a wo­żo­na by­łam przez straż oso­bi­stą – Ra­nu­cia, wy­da­wać by się mo­gło, że ni­cze­go mi nie bra­ko­wa­ło. Ale czło­wiek jest to ta­kie prze­wrot­ne stwo­rze­nie, któ­re chcia­ło­by cza­sem wyjść na uli­cę za róg i ku­pić ga­ze­tę. Moż­na jej na­wet nie czy­tać, by­le­by po­czuć przez chwi­lę swo­ją wol­ność i nie­za­leż­ność. Tego przy­wi­le­ju by­łam, nie­ste­ty, po­zba­wio­na.

Naj­więk­szym upo­ko­rze­niem jed­nak była chwi­la ce­lo­we­go ocią­ga­nia się kel­ne­ra w drzwiach po przy­nie­sie­niu po­sił­ku. Prze­cież nie mo­głam na­wet po­wie­dzieć: „prze­pra­szam, nie mam ani gro­sza”, bo re­pre­zen­to­wa­łam in­te­re­sy fir­my CDI, by­łam gwiaz­dą za­gra­nicz­ną, któ­rej zdję­cia uka­zy­wa­ły się w pra­sie, a pio­sen­ki brzmia­ły w ra­diu. Prze­ko­ny­wa­łam się co­raz bar­dziej, że lek­ce­wa­żą­cy uśmiech kel­ne­ra to jed­no ze zde­cy­do­wa­nie naj­więk­szych nie­szczęść w ży­ciu czło­wie­ka.

Ale nie każ­dy kel­ner ob­da­rzał mnie ta­kim uśmie­chem. W ma­łym bar­ku ho­te­lo­wym, miesz­czą­cym się na par­te­rze, pra­co­wał mię­dzy in­ny­mi czar­no­oki, mały, krę­py Sy­cy­lij­czyk – Giu­sep­pe. Uni­wer­sy­te­tów to on chy­ba nie koń­czył, ale za to wła­śnie znał się na lu­dziach i psy­cho­lo­giem był wy­bor­nym. To­też i moją sy­tu­ację przej­rzał w lot i dla­te­go w jego obec­no­ści nig­dy nie czu­łam się źle. Opo­wie­dział mi kie­dyś swą krót­ką ty­po­wą hi­sto­rię ży­cia czło­wie­ka z Po­łu­dnia. Po­cho­dził z bar­dzo licz­nej ro­dzi­ny wie­śnia­czej. „Pew­ne­go dnia – opo­wia­dał – głód zmu­sił mnie do trud­nej de­cy­zji. Po­wie­dzia­łem mat­ce, że idę po­szu­kać pra­cy. Nie mo­głem na­wet po­wie­dzieć, do­kąd idę. Roz­pła­ka­łem się przy po­że­gna­niu. Mia­łem do­pie­ro 13 lat. Nie mu­szę wy­ja­śniać, że chwy­ta­łem się każ­dej pra­cy, jaka mi się nada­rza­ła. Za za­ro­bio­ne gro­sze utrzy­my­wa­łem się w ob­cym mie­ście i oczy­wi­ście pa­mię­ta­łem za­wsze o mat­ce, to­też okres służ­by woj­sko­wej, któ­rą wła­śnie nie­daw­no od­by­łem, wspo­mi­nam po tym wszyst­kim jak naj­pięk­niej­sze wa­ka­cje. Nie­daw­no uda­ło mi się zna­leźć pra­cę w ho­te­lu w cha­rak­te­rze bar­ma­na”.

Jak już wspo­mnia­łam, był to ty­po­wy ży­cio­rys po­łu­dniow­ca. Przede wszyst­kim mło­dzież zmu­szo­na jest do po­rzu­ca­nia ro­dzin­nych stron i wę­dró­wek do miast „za chle­bem”, a po­nie­waż je­dy­nym ich bo­gac­twem są mło­de, sil­ne ręce – nie mają zbyt wiel­kie­go wy­bo­ru, je­śli cho­dzi o ro­dzaj pra­cy w mniej lub wię­cej uprze­my­sło­wio­nych mia­stach. Prze­cież na na­ukę nig­dy nie było ani cza­su, ani moż­li­wo­ści. Z róż­nych re­gio­nów po­łu­dnio­wych po­cho­dzi­ły rów­nież po­ko­jów­ki, sprzą­tacz­ki w moim ho­te­lu.

By­łam we Wło­szech pół roku, z prze­rwa­mi na krót­ki od­po­czy­nek w Pol­sce, ale na­wet tak krót­ki okres po­zwo­lił mi na zo­rien­to­wa­nie się w czy­sto we­wnętrz­nych spra­wach Włoch. Wło­si z Pół­no­cy od­no­szą się do swo­ich bra­ci z Po­łu­dnia je­śli nie po­gar­dli­wie (nie wiem, czy wol­no mi użyć tak moc­ne­go okre­śle­nia na pod­sta­wie mo­ich ob­ser­wa­cji), to w każ­dym ra­zie mało życz­li­wie, czę­sto dość iro­nicz­nie. Uwa­ża­ją się za ab­so­lut­nie lep­szych. Kon­fe­ran­sje­rzy i ko­mi­cy w pro­gra­mach roz­ryw­ko­wych, chcąc wzbu­dzić na wi­dow­ni śmiech – po­słu­gu­ją się na przy­kład dia­lek­tem ne­apo­li­tań­skim. To wy­star­czy, by zu­peł­nie mier­ny ka­wał wy­wo­łał ogól­ną we­so­łość. Albo inny do­wód po­dzia­łu na Pół­noc i Po­łu­dnie. Na zna­ny fe­sti­wal pio­sen­ki w Ne­apo­lu nie przy­jeż­dża żad­na z sza­nu­ją­cych się gwiazd Pół­no­cy, a kie­dy w Me­dio­la­nie po fe­sti­wa­lu w Ne­apo­lu chcia­łam włą­czyć do swo­je­go re­per­tu­aru kil­ka pio­se­nek w dia­lek­cie ne­apo­li­tań­skim – skwi­to­wa­no moją pro­po­zy­cję wzru­sze­niem ra­mion. Wiem, taka „dys­kry­mi­na­cja geo­gra­ficz­na” w mniej­szym lub więk­szym stop­niu ist­nie­je w każ­dym pań­stwie. Nie sły­sza­łam jesz­cze o ab­so­lut­nym bra­ter­stwie i jed­no­ści w ob­rę­bie jed­ne­go pań­stwa w nor­mal­nych wa­run­kach po­ko­jo­wych. Na­to­miast zna­ny jest fakt, że w ob­li­czu nie­bez­pie­czeń­stwa z ze­wnątrz – nie­waż­ne sta­ją się drob­ne wa­śnie i róż­ni­ce re­gio­nal­ne.

Nie za­mie­rzam wy­gła­szać kry­ty­ki pa­nu­ją­cych sto­sun­ków we Wło­szech ani tym bar­dziej ostro ich po­tę­piać. Po pro­stu nie mam do tego pra­wa ani pod­staw. Nie znam na tyle hi­sto­rii Włoch, by zna­leźć w dzie­jach mi­nio­nych przy­czy­ny uspra­wie­dli­wia­ją­ce obec­ną sy­tu­ację, ale jed­no mogę stwier­dzić bez wa­ha­nia, a na­wet przy­siąc, gdy­by ktoś tego wy­ma­gał – moja sym­pa­tia jest po stro­nie bra­ci bar­ma­na Giu­sep­pe. Na­wet nie dla­te­go, że za­wsze taką re­ak­cję wy­wo­łu­ją u nas wszy­scy skrzyw­dze­ni nie­słusz­nie, nie­spra­wie­dli­wie. Po pro­stu ci lu­dzie po­do­ba­ją mi się. Oni są na­praw­dę  ż y c z l i w i  in­nym. Obo­jęt­ne, czy z Pół­no­cy, czy z Po­łu­dnia. Nie po­ra­zi­ła ich jesz­cze naj­strasz­niej­sza cho­ro­ba na­szych cza­sów – znie­czu­li­ca, obo­jęt­ność na losy czło­wie­ka ży­ją­ce­go czy umie­ra­ją­ce­go obok. Wszyst­kich ce­chu­je ogrom­ne, głę­bo­kie i szcze­re umi­ło­wa­nie oj­czy­ste­go skraw­ka zie­mi. Kto raz usły­szał po­łu­dniow­ca śpie­wa­ją­ce­go o swo­jej oj­czy­stej wsi w cza­sie pra­cy tu w mie­ście – pę­dzą­ce­go na ob­ła­do­wa­nym ro­we­rze, za­mia­ta­ją­ce­go uli­cę czy my­ją­ce­go okna – ten mi uwie­rzy.

Wło­chów na ogół ce­chu­ją bar­dzo sil­ne wię­zy ro­dzin­ne. Zwłasz­cza mi­łość sy­nów do ma­tek sta­ła się już przy­sło­wio­wa. Ale czę­sto ta mi­łość do ma­tek jest tro­chę na po­kaz, w ce­lach au­to­re­kla­my – „po­pa­trz­cie, jaki ze mnie do­bry syn”. Zresz­tą każ­dy Włoch ma w so­bie żył­kę ak­tor­ską i próż­no by z tym wal­czyć, ale bar­man Giu­sep­pe nie miał chy­ba przed kim grać, gdy wy­sy­łał mat­ce swo­je mar­ne gro­sze. To samo do­ty­czy spraw zwią­za­nych z re­li­gią. Wie­rzą gor­li­wie i głę­bo­ko. Taki był wła­śnie Giu­sep­pe.

Kie­dy po raz dru­gi przy­je­cha­łam do Me­dio­la­nu, przy­wio­złam mu z Pol­ski drew­nia­ną ce­pe­liow­ską szop­kę. Zbli­ża­ło się Boże Na­ro­dze­nie i taka pa­miąt­ka wy­da­wa­ła mi się od­po­wied­nia. Ucie­szył się. Po­sta­wił szop­kę na pół­ce swe­go bar­ku i dłu­go po­dzi­wiał ręcz­ną pra­cę gó­ral­skie­go ar­ty­sty. Sta­ła tam aż do mego wy­jaz­du. Może tam jesz­cze stoi…

Po­nie­waż prze­mie­rza­łam uli­ce Me­dio­la­nu tyl­ko sa­mo­cho­dem, i to w naj­więk­szym po­śpie­chu, nie­wie­le mia­łam do opo­wie­dze­nia zna­jo­mym w Pol­sce o sa­mym mie­ście i jego za­byt­kach. Je­dy­nie dol­ne frag­men­ty prze­pięk­nej, ko­ron­ko­wej ka­te­dry wi­dy­wa­łam czę­sto, i to z róż­nych stron. Pi­szę „dol­ne frag­men­ty”, bo z sa­mo­cho­du wi­dzi się tyl­ko tyle, ale na­wet te frag­men­ty wpra­wia­ły mnie w szcze­ry za­chwyt za każ­dym ra­zem.

Już w sa­mo­lo­cie cie­szy­łam się na samą myśl o moż­li­wo­ści pój­ścia do słyn­nej „La Sca­li”. Nie­ste­ty, mój plan za­jęć tego nie prze­wi­dy­wał. Wpraw­dzie kil­ka dni póź­niej Ra­nu­cio za­wiózł mnie pod gmach ope­ry (na­wia­sem mó­wiąc, tro­chę się roz­cza­ro­wa­łam jego brzy­do­tą z ze­wnątrz), ale tyl­ko po to, by zro­bić se­rię zdjęć w to­wa­rzy­stwie bar­dzo przy­stoj­nych ka­ra­bi­nie­rów. Nie wiem, czym się kie­ru­ją Wło­si w wy­bo­rze mun­du­rów. Może mi­ło­ścią do te­atru, bo ci pięk­ni pa­no­wie w swo­ich pe­le­ry­nach, pió­ro­pu­szach i zło­tych heł­mach wy­glą­da­ją jak sta­ty­ści, któ­rzy z pró­by w te­atrze wy­sko­czy­li na szkla­necz­kę wina do po­bli­skie­go baru.

By­łam jed­nak w „La Sca­li” na Tru­ba­du­rze, ale póź­niej, w cza­sie ko­lej­ne­go po­by­tu w Me­dio­la­nie, z ini­cja­ty­wy i za pie­nią­dze przy­ja­ciół. Mu­szę choć w kil­ku sło­wach wspo­mnieć o re­ak­cji pu­blicz­no­ści na po­pi­so­we arie ulu­bień­ców. Było dużo ob­co­kra­jow­ców, gdyż se­zon te­atral­ny wła­śnie się za­czy­nał. Chwi­la od­po­czyn­ku w foy­er na­su­nę­ła mi myśl o wie­ży Ba­bel, tak wie­lo­ję­zycz­ny był szmer, któ­ry do­bie­gał do mo­ich uszu. Ale tak było tyl­ko w hal­lu. Na sali zde­cy­do­wa­ną prze­wa­gę mie­li Wło­si i tyl­ko ich było sły­chać. Każ­da aria wy­ko­na­na przez ulu­bień­ca pu­blicz­no­ści wy­wo­ły­wa­ła nie tyl­ko bu­rzę okla­sków w naj­bar­dziej nie­od­po­wied­nich mo­men­tach (np. cza­sem zu­peł­nie za­głu­sza­jąc so­li­stę), ale przede wszyst­kim z em­fa­zą wy­krzy­ki­wa­ne po­chwa­ły, po­par­te bra­wu­ro­wą ge­sty­ku­la­cją. Na przy­kład: „Cu­dow­na je­steś, je­steś naj­lep­szy! Niech się przy to­bie wszy­scy scho­wa­ją! Mój zwy­cięz­co! Ko­cham cię, ko-o-o-cham! Umie­ram z uwiel­bie­nia!”. Na ostat­nim pię­trze na­to­miast pra­co­wa­ła za­wzię­cie grup­ka męż­czyzn – naj­wi­docz­niej kla­kie­rów. Ich za­cho­wa­nie wy­raź­nie na to wska­zy­wa­ło, choć moim zda­niem wy­si­łek ten był zu­peł­nie nie­po­trzeb­ny. Całe przed­sta­wie­nie sta­ło bo­wiem na bar­dzo wy­so­kim, wy­rów­na­nym po­zio­mie.

Przez na­stęp­ne dni cze­ka­ła mnie cięż­ka pra­ca mo­del­ki. Ra­nu­cio przy­jeż­dżał po mnie do ho­te­lu naj­czę­ściej z ogrom­nym opóź­nie­niem i od­wo­ził do domu mody. Tam roz­po­czy­na­ła się wie­lo­go­dzin­na cięż­ka pra­ca. Może ktoś nie­wta­jem­ni­czo­ny uśmiech­nie się z po­bła­ża­niem w tym miej­scu, ale mo­del­ki za­wo­do­we zro­zu­mie­ją mnie na pew­no i w ra­zie po­trze­by po­twier­dzą praw­dzi­wość mo­ich słów.

Do czy­sto fi­zycz­ne­go zmę­cze­nia do­cho­dzi­ło zde­ner­wo­wa­nie, któ­re­go nie mo­głam prze­cież oka­zać. Za­wsze i wszę­dzie z po­wo­du tych nie­szczę­snych dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, któ­ry­mi mnie Stwór­ca nad stan ob­da­rzył. W każ­dym więc no­wym miej­scu przyj­mo­wa­łam z uśmie­chem wszyst­kie „wy­dzi­wia­nia” na ten te­mat i mie­rze­nie się ze mną. Co niż­si Wło­si pod­ska­ki­wa­li, aże­by po­cią­gnąć mnie za war­kocz. A po­nie­waż tak strasz­nie dużo było tych ni­skich – a po­dob­no na­wet świę­ci mają ogra­ni­czo­ną cier­pli­wość – po­trze­bo­wa­łam wie­lu go­dzin w nocy, aże­by się jako tako uspo­ko­ić i po­zbie­rać do na­stęp­nej ba­ta­lii.

Do tego do­cho­dzi­ły cza­sem uwa­gi fo­to­gra­fów. „Pro­szę pani – prze­ko­ny­wał mnie kie­dyś je­den z nich – pani nie jest oso­bą mi­ło­ści­wie pa­nu­ją­cą, jest pani dziew­czy­ną, któ­ra za wszel­ką cenę chce się po­do­bać”. Za wszel­ką cenę?! – Wca­le tego nie chcia­łam – po­my­śla­łam w od­po­wie­dzi na ten słusz­ny ską­di­nąd za­rzut. Rze­czy­wi­ście nie ma w mo­ich ży­łach ani jed­nej kro­pli błę­kit­nej krwi… a do du­szy mo­jej, już dość moc­no zbo­la­łej, na­pły­wa­ło co­raz wy­raź­niej­sze zwąt­pie­nie i znie­chę­ce­nie. Czło­wiek nie po­wi­nien ro­bić w ży­ciu nic wbrew so­bie, wbrew swo­im prze­ko­na­niom, wbrew wła­sne­mu cha­rak­te­ro­wi. Nic, coby się póź­niej mia­ło wspo­mi­nać z nie­chę­cią. Lu­bię się śmiać, ale tyl­ko wte­dy, gdy jest mi we­so­ło. Na­wet bez po­wo­du! Uwiel­biam ta­niec i za­ba­wę, ale nie mo­głam przy­brać na okre­ślo­ny z góry czas ma­ski ko­bie­ty zu­peł­nie mi ob­cej pod każ­dym wzglę­dem, tyl­ko na po­kaz, na sprze­daż, dla re­kla­my.

Zro­zu­mie­li to nie­ba­wem i moi fo­to­gra­fo­wie i na­wet stwier­dzi­li, że mi do twa­rzy z nut­ką „sło­wiań­skiej me­lan­cho­lii”.

A więc uśmiech, od któ­re­go bo­la­ły mię­śnie twa­rzy (i co gor­sza, ro­bi­ły się zmarszcz­ki!), mia­łam z gło­wy! Nie­ste­ty, zo­sta­ły ta­kie ce­chy mo­ich mi­łych go­spo­da­rzy jak nie­okieł­zna­na ru­basz­ność, któ­ra na mój wi­dok ka­za­ła im wdra­py­wać się ze zwin­no­ścią li­no­skocz­ków na krze­sło, przy­ja­zne kle­pa­nie po ple­cach czy też – cze­go już zu­peł­nie nie zno­si­łam – lek­kie szczy­pa­nie w po­li­czek. Na ten ostat­ni gest po­zwa­la­li so­bie tyl­ko oj­co­wie ro­dzin w obec­no­ści mał­żo­nek, a więc wszel­ka re­ak­cja bar­dziej ostra niż uchy­le­nie się, była wła­ści­wie nie na miej­scu, gdyż miał to być gest pe­łen oj­cow­skiej sym­pa­tii.