Wydawca: Filia Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Wotum nieufności ebook

Remigiusz Mróz

4.25925925925926 (27)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 642 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wotum nieufności - Remigiusz Mróz

Pierwsza polska seria political fiction!

Marszałek sejmu, Daria Seyda, budzi się w pokoju hotelowym, nie pamiętając, jak się w nim znalazła ani co się z nią działo przez ostatnich dziesięć godzin. Jest przekonana, że stała się ofiarą manipulacji, ale nie wie, kto ani dlaczego może za nią stać. Tymczasem Patryk Hauer, wschodząca gwiazda prawicy, podczas prac komisji śledczej odkrywa polityczny spisek sięgający najistotniejszych osób w kręgach władzy.

Seyda i Hauer znajdują się po przeciwnych stronach sceny politycznej. Dzieli ich wszystko, ale połączy jedna sprawa…

Opinie o ebooku Wotum nieufności - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Wotum nieufności - Remigiusz Mróz

Pamięci Bartosza Kranciocha (1987–2002),

przyjaciela i najzdolniejszego gościa, jakiego znałem.

Nie polityka powinna rządzić

ludźmi, lecz ludzie polityką.

Napoleon Bonaparte

CZĘŚĆ 1

Rozdział 1

Otworzyła oczy, ale ujrzała tylko ciemność. Nie obawiała się jej. Niepokoiło ją to, co zobaczy, kiedy mrok zniknie. Daria Seyda od razu zrozumiała, że nie obudziła się w hotelu sejmowym ani w wynajmowanym warszawskim mieszkaniu. Zapach był obcy, przesiąknięty stęchlizną i kurzem.

Przesunęła dłonią po łóżku, szukając komórki. Zawsze miała ją pod ręką, bo nieraz zdarzało się, że kryzysy wybuchały w środku nocy, a ona musiała być pod telefonem. Tym razem jednak nigdzie jej nie znalazła.

Usiadła na łóżku i cicho kaszlnęła, słysząc, jak coś zarzęziło jej w płucach. Wytężyła wzrok, przekonana, że oczy zaraz przywykną do ciemności. Nocna czerń wciąż jednak była nieprzenikniona.

Seyda podniosła się, ale natychmiast zakręciło jej się w głowie i opadła z powrotem na łóżko. Po omacku zlokalizowała lampkę nocną, nieomal ją przewracając, a potem powiodła ręką po kablu i zapaliła światło.

W pierwszej chwili miała ochotę krzyknąć. Zmysł wzroku zdawał się sparaliżowany nagłą jasnością, ale nawet przez wpółzamknięte oczy mogła się przekonać, że znajduje się w zupełnie obcym miejscu.

Dopiero teraz dotarło do niej, że nie tylko nie wie, gdzie jest, ale także nie ma pojęcia, co działo się z nią w ostatnim

czasie. Z trudem przełknęła ślinę, odnosząc wrażenie, jakby przez zaschnięte gardło przepychała kłębki waty.

Rozejrzała się. W niewielkim pokoju znajdowały się jedynie stolik, stare krzesło i łóżko. Okno było zasłonięte grubą kotarą, a komórka Darii leżała na parapecie.

Seyda podniosła się, tym razem powoli. Podeszła do okna, odsunęła zasłonę i spojrzała na niewielki parking, który kojarzył się raczej ze stacją benzynową niż z hotelem. Zrozumiała, że musi znajdować się w jednym z tych przydrożnych moteli, które na wypłowiałych billboardach kuszą kierowców niepoważnie niskimi cenami noclegu.

Drżącą ręką sięgnęła po telefon. Włączyła go, a potem przez moment czekała w bezruchu.

Po chwili rozbrzmiała kanonada dźwięków, zwiastująca nadejście przynajmniej kilkunastu SMS-ów. Parę informowało o tym, że próbowano się z nią skontaktować, dwa były od męża. Daria szybko je przejrzała, po czym wybrała numer jedynej osoby, do której mogła się zwrócić w każdej sprawie.

Szef Kancelarii Sejmu odebrał już po pierwszym sygnale.

– Wreszcie – rzucił z wyraźną ulgą. – Wszyscy pani szukają.

Seyda pomyślała, że w pewnym sensie ona także niebawem zacznie to robić.

– Pani marszałek?

Mimo że znali się jak łyse konie i pracowali ze sobą od lat, Hubert Korodecki stanowczo oponował, ilekroć proponowała, by mówił jej na „ty”. Twierdził, że dopóki będzie jego bezpośrednią przełożoną, on będzie trzymał się zasad.

Daria milczała, tocząc wzrokiem po parkingu. Nigdzie nie dostrzegła swojego samochodu ani auta Biura Ochrony Rządu. Jak się tu dostała? I gdzie było „tu”?

– Słyszy mnie pani?

Potrząsnęła głową.

– Tak, słyszę.

– Gdzie pani jest?

Każda odpowiedź, jaka przyszła jej na myśl, brzmiała wręcz niepoważnie. Postanowiła więc zrobić to, co politycy potrafią robić najlepiej. Zignorowała pytanie.

– Mamy problem… – powiedziała cicho.

– Poważny?

Cały Korodecki. Nigdy nie dopytywał, nie drążył, nie wyrażał zaniepokojenia i nie pozwalał sobie na niedowierzanie. Zamiast tego od razu przechodził do rzeczy.

– Trudno powiedzieć – odparła Seyda, otwierając okno.

Podmuch mroźnego powietrza wpadł do pokoju i rozwiał stęchliznę. Zima w tym roku była ostra, chłód ściągał skórę i zdawał się przeszywać na wylot, ale wciąż nie spadł jeszcze pierwszy śnieg. Warszawa przywodziła na myśl jedno z miast na dalekiej Północy, gdzie jest zbyt zimno i zbyt sucho, by wystąpiły opady.

Seyda otworzyła okno nieco szerzej. Przemknęło jej przez głowę, że nie może być pewna nawet tego, czy wciąż jest w Warszawie. Spojrzała na tablice rejestracyjne samochodów na parkingu, część kojarzyła. EL – Łódź, WA – Białołęka, TK – Kielce, WK – Ursus. Powtarzało się kilka ze stolicy, ale o niczym to nie świadczyło.

– Pani marszałek, co to za problem?

Zastanawiała się, jak wytłumaczyć szefowi kancelarii to, co właśnie przeżywała. W końcu uznała, że najlepiej będzie, jeśli powie prosto z mostu.

– Obudziłam się właśnie w jakimś przydrożnym motelu i… Hubert, nie pamiętam, jak się tu znalazłam. Ani tym bardziej, co robiłam przez ostatnich dziesięć godzin.

Każdy inny rozmówca upewniłby się, czy dobrze usłyszał. W najlepszym wypadku prychnąłby i uznał, że to jakiś żart. Mózg Korodeckiego był jednak stale ustawiony na myślenie zadaniowe.

– Co pani pamięta jako ostatnie?

– Że wróciłam wieczorem do siebie.

– Do mieszkania przy Sarmackiej?

– Tak.

Pytanie było całkiem zasadne, „do siebie” bowiem w przypadku Darii mogło równie dobrze dotyczyć pokoju w hotelusejmowym. Nieraz zostawała po nocach w gabinecie przy Wiejskiej i decydowała się nie wracać do mieszkania. Nie było sensu jechać na Wilanów tylko po to, by się przespać, szczególnie że w mieszkaniu nikt na nią nie czekał.

Kiedy została wybrana na posłankę z trzydziestego trzeciego okręgu, wraz z mężem postanowili, że przeniesie się do Warszawy sama. On został w Kielcach z ich córką, która miała wówczas iść do podstawówki. Początkowo Seyda przyjeżdżała często, ale od kiedy wybrano ją na marszałka sejmu, zdecydowaną większość czasu spędzała w Warszawie.

Rozbite rodziny. Była to jedna z rzeczy, o których w polityce się nie mówiło. Daria miała nadzieję, że podobna dyskrecja będzie dotyczyć rozbitych jednostek. Przynajmniej w jej przypadku.

– I co było potem? – zapytał Hubert.

– Zjadłam kolację, nalałam sobie lampkę wina i oglądałam mecz Flyersów.

– Z kim grali?

– Z Detroit Red Wings.

– Oglądała pani na GameCentre?

– Nie, była retransmisja w TVP.

– O której?

– Jakoś koło dwudziestej.

– Jaki był wynik?

– Przesłuchujesz mnie, Hubert?

– Tak – przyznał Korodecki. – Muszę wiedzieć, czy pani alibi trzyma się kupy.

– Alibi?

– Cokolwiek się wydarzyło, będzie go pani potrzebowała.

– Nie uprawiaj czarnowidztwa.

– Nie uprawiam – odparł ze spokojem. – Obudziła się pani w obcym miejscu, nie pamiętając, co się stało. Zakładam, że nic dobrego.

– Zakładasz więc najgorsze.

– A pani nie?

Odpowiedziała milczeniem. Przez moment rozglądała się po parkingu, szukając kogoś, kto by się jej przypatrywał. Kogoś, kto był za to odpowiedzialny. Kogoś, kto w jakiś sposób sprawił, że się tutaj znalazła.

Nikogo nie dostrzegła.

Może znalazła się tu z własnej woli? Może zanik pamięci spowodowało coś prozaicznego?

Mogła mnożyć pytania i łudzić się, że odpowiedzi nie okażą się niepokojące. Ostatecznie jednak musiała przyznać Hubertowi rację. Powinni założyć najgorszy możliwy scenariusz.

– Pięć do dwóch dla Flyersów.

– Kto strzelił?

– Dwa razy Wayne Simmonds, potem Giroux i… cholera, nie pamiętam.

– Nie szkodzi, zaraz to sprawdzę.

Zaaferowanie w jego głosie wzbudziło w niej jeszcze większy niepokój. Wciągnęła głęboko chłodne powietrze, a potem usiadła na łóżku.

– Naprawdę myślisz, że to konieczne? – zapytała. – Może to chwilowa przypadłość, może…

Urwała, uznając, że nie ma sensu dalej się oszukiwać.

– Wie pani, co zawsze powtarzam – odparł pod nosem Hubert. – Nie przygotowując się na najgorsze, przygotowujemy się na porażkę.

– Nie ty to powiedziałeś, a Benjamin Franklin.

– Być może – przyznał. – W każdym razie obaj mamy rację.

Daria przesunęła dłonią po udzie, a potem podciągnęła lekko bluzkę. Wzbraniała się przed pierwszym logicznym wnioskiem, jaki przychodził jej na myśl. Pigułka gwałtu i porwanie.

Odciągnęła pasek spodni. Bielizna była na miejscu, a ubranie nie było uszkodzone. Odetchnęła, choć zdawała sobie sprawę, że prawdziwą ulgę poczuje dopiero po wizycie u ginekologa. W tej sytuacji wydawało się to obowiązkowym punktem programu.

– Potrzebuję transportu, Hubert.

– Przyjadę. Proszę tylko powiedzieć gdzie.

– Zaraz się dowiem – odparła, podnosząc się. – Weź jakiś nierzucający się w oczy samochód. Media nie mogą tego zwęszyć pod żadnym pozorem.

– Oczywiście.

Seyda podeszła do okna i wystawiła komórkę na zewnątrz. Włączyła odbiornik GPS, a potem Mapy Google. Chwilę trwało, nim urządzenie pokazało jej aktualną lokalizację. Daria przez chwilę wbijała pusty wzrok w ekran.

– Jestem w Jankach – powiedziała. – Kawałek od krajowej siódemki. Przy Godebskiego.

Nic dziwnego, że było tutaj tak pusto. Od kiedy otwarto obwodnicę Raszyna, większość kierowców wjeżdżających do Warszawy wybierała trasę S8. Miejsca takie jak te chyliły się ku upadkowi. I były wprost idealne, by umieścić w nich porwaną, odurzoną osobę.

Seyda poczuła mrowienie na karku, kiedy wyobraziła sobie, jak ktoś wprowadza ją wpółprzytomną do przydrożnego motelu.

Dlaczego ktokolwiek miałby to robić? Owszem, przez wszystkie te lata spędzone w polityce narobiła sobie wrogów, ale żaden z nich nie porwałby się na coś takiego.

– Wychodzę z sejmu – rzucił Korodecki. – Widzimy się za pół godziny.

Daria podziękowała mu i się rozłączyła. Kusiło ją, by jak najszybciej opuścić motel i poczekać na podwładnego na ulicy, ale obawiała się, że ktoś ją dostrzeże. Niedawne badania opinii publicznej potwierdzały, że była jednym z najlepiej rozpoznawalnych polityków w kraju.

W odróżnieniu od większości kobiet w polityce stroniła od maskulinizmu. Przeciwnie, chętnie akcentowała swoją kobiecość. Nie nosiła krótkich włosów jak Angela Merkel, Hillary Clinton czy Theresa May. Jasną grzywkę zaczesywała na bok, a długi warkocz plotła w tradycyjnym, nierzucającym się w oczy stylu. Ubierała się tak, by podkreślić figurę, a nie ją maskować. Od czasu do czasu narażała się przez to na przytyki i krytykę, ale była na to przygotowana. Dobrze znała przypadek argentyńskiej prezydent, która przez swoją urodę długo musiała znosić ocenianie jej jedynie przez pryzmat powierzchowności.

Seyda uznała, że jeśli ma za pół godziny opuścić motel, najwyższa pora doprowadzić się do stanu używalności. A właściwie sprawdzić, w jakim w ogóle stanie się znajduje.

Podeszła do drzwi i przez moment nasłuchiwała. Kiedy uznała, że na korytarzu nikogo nie ma, uchyliła je lekko i wyjrzała na zewnątrz. Szybko przeszła do łazienki, zamknęła się w środku i spojrzała w lustro.

Wyglądała jak siedem nieszczęść. Włosy miała w nieładzie, pod oczami widać było głębokie cienie, a sucha skóra miejscami była niemal biała. Na Boga, co się z nią działo przez te dziesięć godzin?

Opłukała twarz zimną wodą, a potem zrobiła, co mogła, żeby wyglądem nie budzić podejrzeń. Efekt nie był najlepszy. Jeśli ktokolwiek ją zobaczy i będzie miał przy sobie komórkę, po kwadransie serwisy plotkarskie będą pisać o tym, że marszałek sejmu ostro zabalowała w nocy.

Może nie mijało się to z prawdą? Może zaczęła od lampki wina przy meczu uwielbianego przez nią hokeja, a potem straciła kontrolę? Nigdy jej się to nie przydarzyło, nigdy też nie sięgała po nic mocniejszego od alkoholu, ale czy naprawdę mogła wykluczyć, że sama wprowadziła się w taki stan?

Wszystko sprowadzało się do tego, czy sobie ufała. A doskonale wiedziała, że polityk nigdy nie powinien ufać drugiemu politykowi.

Hubert zjawił się po dwudziestu minutach. Zaparkował tuż pod motelem, sprawdził okolicę i nie dostrzegł nikogo, kto mógłby zrobić użytek z tej sytuacji.

Kiedy Daria chwilę później wsiadła do samochodu, w końcu odetchnęła.

– Nikt cię nie widział? – zapytała.

Pokręcił głową, wbijając wzrok przed siebie. Potem nerwowo przygładził zarost wokół ust i przesunął ręką po łysej głowie.

– Więc o co chodzi?

– Słucham?

– Wyglądasz, jakby od naszej ostatniej rozmowy świat zawalił się jeszcze bardziej. A takie reakcje są do ciebie niepodobne, Hubert.

W końcu na nią spojrzał. Zobaczyła w jego oczach coś, co widywała bardzo rzadko. Niepewność.

– Przed wyjściem z kancelarii rozmawiałem z szefem pani gabinetu.

– I?

– Twierdzi, że premier szuka pani od samego rana.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz.

– Nie była z nim pani na dziś umówiona.

– Nie, nie byłam.

– Dzwoniłem do KPRM-u. Tam też nic nie wiedzą o żadnym planowanym spotkaniu.

– Nie musimy się specjalnie umawiać, Hubert. Znamy się dość dobrze.

– Tyle że wszyscy zaprzeczają, by chciał się z panią skontaktować.

Uniosła brwi.

– Jedyną osobą, która twierdzi, że premier pani szukał, jest szef gabinetu. Skądinąd jego stary znajomy, zaufana osoba. I przypuszczam, że premier do pani nie dzwonił, bo wspomniałaby pani o tym.

– Nie, nie dzwonił.

– Tym bardziej niepokoi mnie ta sytuacja.

Intuicja rzadko go myliła. A jeszcze rzadziej wywoływała w nim niepokój. Darii przeszło przez myśl, że dziura w pamięci to dopiero początek jej problemów.

Rozdział 2

Jeśli przed południem ktoś chciał znaleźć Patryka Hauera, zazwyczaj mógł to zrobić na placu Trzech Krzyży. Poseł konserwatywnej Unii Republikańskiej spędzał w tamtejszym Starbucksie sporo czasu, zazwyczaj czytując „Rzeczpospolitą”, „Do Rzeczy” lub „wSieci”. Niektórzy twierdzili, że w okolicy spędza właściwie cały dzień. Zaczyna od oddalonego o kilka minut na piechotę budynku sejmu, potem przenosi się do Starbucksa na kawę, na obiad idzie do zainspirowanej Młodą Polską restauracji AleGloria Magdy Gessler, a na koniec dnia do teatru Studio Buffo na wieczorną sztukę. Jeśli dodać do tego fakt, że na placu znajdował się także sklep z garniturami Ermenegilda Zegny, a tuż obok salon Burberry, wychodziło na to, że Hauer rzeczywiście wszystko tam załatwia.

I miał nadzieję, że tak pozostanie. Jedyna zmiana, jaką w przyszłości dopuszczał, była związana z miejscem pracy. Nie zamierzał zostawać przy Wiejskiej przesadnie długo. Planował przenieść się na Aleje Ujazdowskie, prosto do Kancelarii Premiera. I zająć tam najważniejszy gabinet.

Przesunął palcem po tablecie, omijając reklamy w „Rzeczpospolitej”. Miał abonament na wydania elektroniczne, makulatury nie gromadził. Przynosiła ją za to zawsze osoba, z którą czasem spotykał się na kawie.

Osoba, która wprowadziła go w świat polityki – i jedna z niewielu, którą darzył bezgranicznym szacunkiem. Legenda opozycji z czasów PRL-u, która swego czasu miała zbyt radykalne poglądy, by po osiemdziesiątym dziewiątym znaleźć się w mainstreamowej polityce. Mimo niewątpliwych zasług musiała odczekać swoje na uboczu, zanim trafiła do głównego nurtu.

Hauer spojrzał na zegarek. Wiedział, że przewodnicząca partii zjawi się o umówionej porze, nigdy się bowiem nie spóźniała. Zdążył przeczytać jeszcze jeden artykuł, nim przyszła.

Teresa Swoboda nie musiała składać zamówienia. Bariści dobrze wiedzieli, że pija tylko jeden rodzaj kawy, Caffè Americano. Podobnie było w przypadku Patryka, choć on zawsze decydował się na podwójne espresso.

Jego przeciwnicy twierdzili, że mógłby pijać je wszędzie. I mieli rację. Tyle że nie wszędzie przychodziło tyle młodych osób, które chętnie robiły sobie „friendsie” ze znanym politykiem, a potem zamieszczały je na Facebooku, Instagramie i Twitterze. Ostatnio Hauer bił też rekordy popularności dzięki krótkim filmikom na Snapchacie. I cała ta reklama kosztowała go tylko tyle, ile wydawał na podwójne espresso.

Powitał swoją mentorkę, jak zawsze podnosząc się z krzesła. Ręka automatycznie sięgnęła do środkowego guzika marynarki. Był to wyuczony gest, ale tak naturalny, że Hauer miał wrażenie, jakby urodził się ze świadomością, że poły należy zapiąć, kiedy się stoi – i rozpiąć, kiedy się siada.

– Dzień dobry, pani premier.

Zawsze tytułował ją w ten sposób, mimo że po pierwsze nigdy nie była premierem, jedynie wice-, a po drugie minęło już wiele lat, od kiedy zajmowała to stanowisko.

Swoboda skinęła głową, postawiła kawę na stoliku i usiadła naprzeciw Patryka.

– Coś się dzieje – oznajmiła.

Usłyszał w jej głosie autentyczne napięcie, co zdarzało się coraz rzadziej. Ostatnimi czasy miał wrażenie, że nic w polityce nie jest jej w stanie zaskoczyć, a przez to nic nie sprawia jej przyjemności.

– Na Wiejskiej? – zapytał.

– Nie, w Kancelarii Premiera.

– Co konkretnie?

– Od rana panuje tam poruszenie – odparła Teresa, obracając filiżankę z kawą. – Kombinują coś. Coś dużego.

– Skąd o tym wiemy?

– Z dobrego źródła.

Hauer zmrużył oczy. Nie zamierzał dopytywać, wiedząc, że i tak nie uzyska odpowiedzi. Po dziesięcioleciach spędzonych na obrzeżach polityki Swoboda zyskała wielu przyjaciół –dawni opozycjoniści jakby czuli się winni tego, że nie znalazła się od razu w głównym nurcie. Sympatie przetrwały do dzisiaj, nawet polityczne podziały ich nie osłabiły.

– Jakiś kryzys? – zapytał.

– Wszystko wskazuje na to, że tak – odparła i upiła łyk. – Szykuje się coś dużego.

Patryk przez chwilę się zastanawiał, kątem oka dostrzegając, że grupa nastolatek ściąga go wzrokiem. Zerknął na swoje odbicie w wygaszonym ekranie tabletu. Wszystko byłojak należy. Lekko podniesiona grzywka trzymała się odpowiednio, wyraźnie odcinając się na tle mocno podgolonych boków. Ciemnoczerwony krawat dobrze komponował się z białą koszulą i szarą marynarką. Dziewczyny zaraz poproszą o zdjęcie lub krótki filmik, a on przybierze firmowy uśmiech i chętnie się zgodzi. Chwilę później ci ich znajomi, którzy jeszcze nie znali młodego polityka Unii Republikańskiej, dowiedzą się o nim i przekonają, że jest jednym z nich. Przedstawicielem nowego pokolenia.

– Nie było żadnych sygnałów o tarciach w partii – zauważył Hauer. – W koalicji też nie.

– I żadnych sygnałów nie będzie, bo najwyraźniej nie w tym rzecz.

– Możemy dowiedzieć się więcej?

– Z pewnością spróbujemy – powiedziała, wyciągając telefon. – Jeśli robią takie podchody, to coś kompromitującego musi być na rzeczy.

– Jakie podchody?

– Rzekomo premier wezwał do siebie najważniejsze osoby w państwie, ale formalnie nikt nic nie wie, nikt o niczym nie słyszał.

– Może więc chodzi o sprawy państwowe, a nie partyjne?

– Są tożsame.

Hauer uśmiechnął się lekko i skinął głową. Oczywiście miała rację. W tym wypadku należało przyjąć, że problemy, które napotkał premier, nie mają nic wspólnego z sytuacją polityczną w parlamencie.

Na kryzys partyjny nie było co liczyć. Partia Dobra Publicznego, przez wszystkich zwana Pedepem, miała zbyt dużą zdolność koalicyjną, by partnerzy polityczni mogli ją szachować. Największa zaleta bycia w centrum sprowadzała się do tego, że PDP mogła dogadać się zarówno z prawicą, jak i lewicą.

UR tak szerokiego wachlarza potencjalnych sojuszników nie miała. Właściwie w tej chwili wachlarz ten w ogóle nie istniał.

Kadencje sejmu i senatu były jednak dopiero na półmetku. Partia, której przewodniczyła Swoboda, miała jeszcze sporo czasu, by znaleźć sojuszników na następną kadencję.

– Niestety osoba, którą znam w KPRM-ie, nie jest zbyt blisko premiera – dodała po chwili Teresa. – A o sprawie wie jedynie ścisłe kierownictwo.

Dopiero teraz, kiedy Swoboda wbiła w niego wzrok, na dobre zrozumiał, że w istocie chodzi o coś poważnego. Odsunął tablet i oparł łokcie na stole.

– Bladym świtem zaczęli wysyłać ludzi od instytucji do instytucji – ciągnęła Teresa. – Nawet do siebie nie dzwonią.

– Czyli nie chcą zostawiać dowodów.

– Otóż to. Wszystko załatwiają w bezpośrednich rozmowach w cztery oczy.

– Do sejmu też kogoś wysłano?

– Szef gabinetu kręcił się od rana po korytarzach, szukał kogoś.

– Więc może podejdziemy do tego od tej strony?

Swoboda zmarszczyła czoło.

– Skoro szef gabinetu jest wtajemniczony, to z pewnością także jego przełożona. A więc możemy coś zdziałać w Prezydium Sejmu – dodał Hauer.

– Niewiele. Marszałek nigdzie nie ma.

– Jak to nigdzie?

– Zapadła się pod ziemię.

– Może więc chodzi o nią?

– Nie sądzę. Nie robiliby takiego szumu.

Patryk musiał się z nią zgodzić. Seyda była istotną zawodniczką we wszelkich rozgrywkach Pedepu, ale skandal z jej udziałem spowodowałby raczej, że premier chciałby się od niej zdystansować. Z pewnością nie organizowałby narady kryzysowejw KPRM-ie, a wszystko wskazywało na to, że właśnie to robił.

– Jeśli to jest tak dobre, jak pani się wydaje, musimy dotrzeć do szczegółów, zanim sami wyjdą z newsem – odezwał się Hauer. – Choćby krótki briefing pięć minut przed ich konferencją prasową.

– Zakładasz, że to upublicznią.

– Owszem – odparł bez wahania Patryk. – Będą chcieli kontrolować przepływ informacji. Szczególnie jeśli to sprawa dużego kalibru.

Teresa skierowała wzrok na grupę nastolatek, ale te zdawały się tego nie dostrzegać. Skupiały całą uwagę na polityku, którego musiały widzieć już gdzieś w mediach społecznościowych. W końcu jedna z nich zebrała się w sobie i podeszła do stolika. Zapytała, czy mogłaby nagrać krótkiego snapa z pozdrowieniami dla klasy. Hauer uśmiechnął się i skinął głową. Dziesięć sekund później, bo tyle najdłużej mogło trwać nagranie, było po wszystkim.

Ten niewielki wysiłek przekładał się na wymierne korzyści, ale Patrykowi daleko było do popularnych snapchaterów, którzy rzeczywiście zarabiali na kręceniu podobnych filmików. Za jednego snapa firmy potrafiły płacić internetowym celebrytom niemal tysiąc złotych. Jak na zarobek w dziesięć sekund była to całkiem niezła stawka. Ale być może mniej wartościowa od tego, co osiągał Hauer.

– Wciąż nie jestem przekonana, czy powinieneś się tak angażować w sieci – odezwała się Swoboda, kiedy nastolatka wróciła do koleżanek. – Twitter to dobra platforma politycznej promocji, ale wychodzisz dalece poza to, co utarte.

– To samo zarzucali Kennedy’emu, kiedy zaczął nagminnie udzielać się w telewizji.

– Nie jesteś Kennedym.

– Mówi pani tak tylko dlatego, że był demokratą, nie republikaninem.

Uśmiechnęła się na potwierdzenie. Wiedział doskonale, że to właśnie ona odpowiadała za zainspirowanie jednej z redakcji tygodników, by jakiś czas temu napisała o nim jako o „polskim Kennedym prawicy”.

– Obama zresztą zrobił to samo w 2008 roku. Bez YouTube’a nigdy nie wygrałby wyborów. Wyemitowano prawie piętnaście milionów godzin nagrań, co w telewizji kosztowałoby go…

– Nieomal pięćdziesiąt milionów dolarów – dokończyła Swoboda. – Tak, czytałam twoje publikacje.

– Więc zdaje sobie pani sprawę z tego, że kto idzie za trendami, ten dochodzi do celu.

– A jaki jest twój cel, Patryk?

Nie odpowiedział, bo właściwie nie musiała pytać. Premierostwo.

Gdyby w tej chwili odbyły się wybory, a UR wygrałaby w cuglach, nie potrzebując koalicjanta, to Swoboda zostałaby desygnowana na Prezesa Rady Ministrów. Hauer przypuszczał, że mu ufała – wiedziała, że nie zdecydowałby się na przewrót. Jednocześnie była zbyt długo w polityce, by zignorować ambicje młodych, wschodzących gwiazd.

– Doskonale go pani zna – powiedział. – Ale to plan dalekosiężny.

– Na pewno?

– Oczywiście. Przecież zdaje sobie pani sprawę…

– Zdaję sobie sprawę z tego, że za dwa lata mogę być za stara na fotel premiera – wpadła mu w słowo.

Spojrzał na nią z niepewnością. Trudno było przesądzić, czy był to zarzut, czy może raczej wstęp do złożenia propozycji. Teresa machnęła ręką, a potem rozejrzała się po Starbucksie.

– Teraz to nieistotne – rzuciła. – Najpierw musimy podreperować nieco sondaże. A żeby to zrobić, trzeba jak najszybciej dojść do tego, co dzieje się w Pedepie.

Hauer skinął głową.

– O której masz posiedzenie komisji?

– O czternastej w sali Trąmpczyńskiego.

– Jaki jest porządek obrad?

– Wybieramy prezydium i idziemy do domu.

– Świetnie – skwitowała Swoboda. – Masz więc czasu aż nadto, żeby dowiedzieć się, o co chodzi.

Patryk uniósł lekko kąciki ust. Przypuszczał, że ta rozmowa zakończy się właśnie w taki sposób. Teresa dopiła szybko kawę, wstała i uniosła rękę na pożegnanie. Hauer odprowadził ją wzrokiem, zastanawiając się, jak powinien podejść do problemu.

Nic nie przychodziło mu do głowy, wiedział jednak, że to na jego barkach spoczywa największa odpowiedzialność. Był prawą ręką Swobody, liczyła właśnie na niego.

Wykonał kilka telefonów, starając się coś ustalić. Znajomi politycy z innych partii, z którymi od czasu do czasu chodził na piwo, zarzekali się, że nie mają pojęcia, co było powodem porannego zamieszania.

Dziennikarze, którzy byli mu winni kilka przysług, również nie mieli żadnych informacji. Po niecałej godzinie spędzonej na kolejnych rozmowach Patryk doszedł do wniosku, że tym sposobem zabrnąć może jedynie w ślepą uliczkę.

Coś jednak było na rzeczy. Coś dużego. W głosie niektórych rozmówców, szczególnie tych z lewej strony sceny politycznej, słyszał realną obawę. Większość w istocie nie wiedziała, co spowodowało całe zamieszanie, ale jedno było pewne – chodziło o rzecz na tyle dużą, że obawiali się, nawet nie znając szczegółów.

Skandal z udziałem prominentnych polityków koalicji? Byłoby to najbardziej logiczne wytłumaczenie, ale Hauer miał wrażenie, że chodzi o coś poważniejszego. Sprawy obyczajowe zresztą wyciekłyby do tego czasu.

Zamówił jeszcze jedno espresso, wypił je szybko, a potem wyszedł na ziąb. Ściągnął poły długiego, grafitowego płaszcza i wciągnął nosem chłodne powietrze. Podziałało na niego orzeźwiająco.

Może była to zasługa mrozu, a może kofeiny, ale pewna myśl w końcu zakołatała w jego głowie. Była jak błyskawica podczas końcowego podejścia na wysoki szczyt. Rozświetlała wszystko wokół, ale jednocześnie powodowała przemożny strach.

Hauer nie był pewien, czy nie strzeli sobie w stopę, decydując się na zbyt ryzykowne posunięcie. Uznał jednak, że nie ma innego wyjścia.

Ruszył z powrotem do sejmu, po drodze wysyłając kilka SMS-ów do dziennikarzy. Poinformował ich, że za kwadrans urządza ważny briefing przed głównym wejściem. Informacja była lakoniczna, ale dzięki temu wzbudzała ciekawość.

Kiedy jeden z reporterów zadzwonił, by dopytać o szczegóły, Patryk powiedział jedynie, że musi podzielić się czymś istotnym z opinią publiczną. Nie czekał na dalsze pytania, od razu się rozłączył.

Wiedział, że staną się dwie rzeczy. Po pierwsze, dziennikarz połączy jego enigmatyczne oświadczenie z zamieszaniem w kuluarach. Po drugie, zaraz dowiedzą się o tym pozostałe redakcje.

Hauer przypuszczał, że będzie mógł liczyć na przyzwoitą frekwencję.

I nie pomylił się. Już dziesięć minut później przed budynkiem sejmu czekało na niego kilka kamer i kilkanaście mikrofonów. Wyjął telefon i napisał kolejny SMS, tym razem do jednego ze swoich współpracowników.

Potem podszedł do przedstawicieli mediów, nie chowając komórki. Przywitał się z nimi bez uśmiechu, co zdarzyło się chyba po raz pierwszy. Podobnie niespotykane było to, że nie rzucał anegdotami, nie żartował i nie wdawał się w rozmowy.

Co rusz zerkał nerwowo na telefon, jakby czekał na ważną wiadomość. Miał nadzieję, że wygląda na odpowiednio zaaferowanego. W końcu odchrząknął, przeciągnął dłonią po czerwonym krawacie i wyprostował się.

– Możemy zaczynać – powiedział.

Kilku operatorów skinęło głowami, reporterzy mrużyli oczy. Na kamerach zaświeciły się czerwone lampki, paru radiowców wyciągnęło mikrofony bliżej polityka. Patryk znalazł się w swoim żywiole.

– Jak państwo być może zauważyli, od rana w sejmie trwa wzmożony ruch. Politycy rządzącej partii przemykają korytarzami, szepcząc między sobą i szukając tej czy innej osoby. Przekazują sobie informacje z ust do ust, nie wtajemniczając nikogo spoza kręgów władzy w to, co się dzieje.

Hauer nabrał tchu, zerkając to w jedną, to w drugą kamerę. Na dłużej zatrzymał wzrok na obiektywie NSI. Jego elektorat oglądał tę stację informacyjną znacznie chętniej niż TVN24.

– Od samego rana przedstawiciele mediów, ale także politycy partii opozycyjnych starali się dowiedzieć, co się dzieje. Niestety mimo tego, że działalność organów państwa podlega zasadzie transparentności, politycy Pedepu po raz kolejny odbierają obywatelom prawo do informacji.

Kątem oka Patryk dostrzegł swojego współpracownika, któremu wysłał przed momentem wiadomość. Chłopak czekał na sygnał.

– Udało mi się jednak dotrzeć do informacji, które… – Urwał i pokręcił głową. – Cóż, starczy powiedzieć, że nie powinny dłużej być utrzymywane w tajemnicy. A skoro rząd i jego zaplecze polityczne nie mają zamiaru…

– Przepraszam! – rozległ się głos współpracownika Hauera. –Przepraszam!

Chłopak torował sobie drogę między przedstawicielami mediów, sprawiając wrażenie, jakby wyłącznym celem jego egzystencji było przebicie się do szefa. Dopadł do niego, złapał go za ramię, a potem wyszeptał mu coś do ucha.

Hauer zawczasu zasłonił najbliższy mikrofon, uznając, że dzięki temu efekt będzie jeszcze lepszy.

Kiedy współpracownik odstąpił o krok, Patryk powiódł wzrokiem po zebranych. Otworzył usta, ale przez moment się nie odzywał. Wśród reporterów przeszedł cichy szmer.

– Najmocniej państwa przepraszam, muszę przerwać konferencję – rzucił, a potem czym prędzej oddalił się w kierunku parlamentu.

Miał nadzieję, że wypadło to dokładnie tak, jak planował. I że przyniesie zamierzony efekt.

Nie pomylił się. Jeszcze w korytarzu sejmowym odezwała się jego komórka. Dzwonił ktoś z Kancelarii Prezydenta RP.

Rozdział 3

Zanim Daria stawiła się na wezwanie premiera, musiała doprowadzić się do porządku. Szybka wizyta w mieszkaniu przy Sarmackiej okazała się konieczna. Seyda zmyła makijaż, nałożyła nowy i poprawiła nieco fryzurę – jednak nawet najlepsze pokład, emulsja i puder nie mogły zdziałać cudów. Na pierwszy rzut oka było widać, że ma za sobą ciężką noc.

Trudno było jedynie powiedzieć, jak ciężką.

Wyszła z nowoczesnego, niedawno wzniesionego budynku, a potem wsiadła do samochodu Korodeckiego. Czekał cierpliwie, słuchając audiobooka. Daria miała wrażenie, że ostatnimi czasy warszawiacy stojący w korkach, czekający na parkingach czy dojeżdżający samochodami gdziekolwiek nie robią nic innego. Właściwie było to zjawisko pozytywne, choć odbijało się na słuchalności programów publicystycznych, w których ona i jej koledzy starali się zdobyć nieco poparcia.

Zapięła pas, a Hubert zatrzymał nagranie.

– Gotowa?

– Zależy na co.

Nie miał dla niej żadnej odpowiedzi. Wiedział tylko tyle, ile przekazał mu jeden ze współpracowników – w Belwederze miało dojść do spotkania najważniejszych osób w państwie.

– Próbowałeś dowiedzieć się czegoś jeszcze?

Skinął głową, włączając silnik.

– Dzwoniłem do ludzi z SORP, ale wszyscy twierdzą, że nic nie wiedzą.

Mimo to słusznie zrobił, że zwrócił się właśnie do nich. Jeśli spotkanie miało się odbywać na podwórku prezydenta, to od jego zaplecza politycznego należało spróbować się czegoś dowiedzieć.

Socjaldemokracja RP miała słabe wyniki w sondażach i niepewne perspektywy na przyszłość, ale wciąż broniła się przed ostatecznym upadkiem tym, że to z tej partii wywodziła się głowa państwa. Kolejną podporą była koalicja z Pedepem, choć niektórzy komentatorzy podkreślali, że partia rządząca kanibalizuje partnera.

Było w tym trochę prawdy. PDP robiła wszystko, by podebrać elektorat lewicy – przynajmniej do momentu, w którym nie zaczynała antagonizować swoich wyborców.

Podobnie postępowało stosunkowo nowe ugrupowanie na scenie politycznej, Wolność i Liberalizm. WiL miał raptem kilkanaście mandatów, ale po dwóch latach w sejmie cieszył się coraz lepszymi sondażami. Wielu publicystów nie wróżyło partii sukcesów, podkreślając, że libertariański program nie znajdzie zbyt wielu entuzjastów, ale prawdziwy powód rezerwy był inny.

WiL-owi przewodził Olaf Gocki. Mężczyzna sympatyczny, odnoszący niegdyś sukcesy w biznesie, a dziś się nimi niechełpiący. Z punktu widzenia marketingu politycznego właściwie idealny pod każdym względem, oprócz tego, że jeździł na wózku. Był sparaliżowany od pasa w dół po wypadku samochodowym, przez co wszelkie niepubliczne sondażownie nie dawały jego partii wielkich szans na sukces wyborczy. Mimo to Gocki wprowadził WiL do sejmu, a sam został jednym z wicemarszałków.

Seyda utrzymywała z nim dobre relacje. Wprawdzie Pedep nie zamierzał nawiązywać z WiL-em żadnej formalnej współpracy, ale niewielka partia sprawdzała się idealnie jako straszak na SORP. Koalicjant ze słabymi notowaniami nieustannie obawiał się, że w przyszłej kadencji zostanie zastąpiony przez partię Olafa Gockiego.

I być może tak się stanie, pomyślała Daria, kiedy wyjeżdżali z osiedla. Tyle że ona może tego nie doczekać. Jej polityczne życie może się skończyć, zanim na dobre się rozpoczęło.

Wciąż nie potrafiła sobie przypomnieć, jak znalazła się w przydrożnym motelu ani co wcześniej robiła. Przypuszczała jednak, że prędzej czy później ktoś odkryje przed nią karty, które teraz były dla niej niedostępne.

– Pani marszałek?

Dopiero teraz zorientowała się, że Hubert coś do niej mówił.

– Tak?

– Pytałem, czy jedziemy prosto do Belwederu.

– Jak stoimy z czasem?

– Zdążymy jeszcze na Puławską, jeśli zmieniła pani zdanie.

– Nie, nie zmieniłam.

Hubert proponował, by umówić się na spotkanie w cztery oczy z komendantem głównym policji. Powołano go za rządów Pedepu, był zaufanym człowiekiem. Tylko tam mogli szukać pomocy, o ile nie chcieli, by doszło do przecieku.

– Jeśli doszło do czegoś niezgodnego z prawem, lepiej zawczasu się ubezpieczyć – dodał Korodecki.

Rzadko upierał się przy czymś, kiedy jasno przedstawiła swoje zdanie. I zazwyczaj robił to tylko wtedy, gdy uznał, że to naprawdę konieczne.

– Pójście na policję to żadne ubezpieczenie.

– Nie na policję, ale do komendanta. To inna sprawa.

– Nie sądzę, Hubert.

– Nikt się o tym nie dowie – nie odpuszczał Korodecki. –A gdyby coś wyszło na jaw, będziemy mieć dupokrytkę, bo zgłosiliśmy…

– Co konkretnie miałoby wyjść na jaw?

– Nie wiem. Pani również nie. I dlatego to tak niebezpieczne.

Zawiesiła wzrok w oddali, kiedy wyjeżdżał na aleję Wilanowską. Czy rzeczywiście mogła dopuścić się czegoś, co miałoby dla niej przemożne konsekwencje? Czy ktoś mógłby wrobić ją w coś takiego?

Pytań było zbyt wiele, a nadzieja na znalezienie odpowiedzi nikła. W końcu Seyda uznała, że musi przestać o tym myśleć, przynajmniej na jakiś czas. Teraz powinna skupić się na nadchodzącym spotkaniu.

– Naprawdę sądzę, że powinniśmy chociaż…

– Nie – ucięła. – Nie ma mowy.

Zerknął na nią, a potem skinął głową. Przez moment milczeli.

– Dlaczego akurat Belweder? – zapytała. – To raczej niecodzienne miejsce.

– Chcą zmniejszyć ekspozycję na media. Jeśli nawet ktoś się dowie, że prezydent zainicjował spotkanie, będą czekali pod pałacem. Przed Belwederem nie dzieje się nigdy nic ciekawego.

Rzeczywiście było to mniej oficjalne miejsce, ale przedstawicieli mediów tam nie brakowało. Poza tym wystarczyła jedna zabłąkana informacja, by w okamgnieniu zgromadzili się pod Łazienkami.

– Wszyscy mają zjawić się o jednej porze – dodał Hubert. –I zaparkować za pomnikiem Piłsudskiego.

– Pod bocznym wejściem?

– Mhm – potwierdził Korodecki. – Najwyraźniej komuś naprawdę zależy na tym, żeby dziennikarze nic nie zwęszyli.

– Prędzej czy później i tak to zrobią. Trochę ludzi wchodzi tamtędy do Łazienek, ktoś z pewnością nas zobaczy.

Hubert wzruszył ramionami i uniósł wzrok.

– Tak to jest, jak półprofesjonaliści biorą się za organizację – orzekł.

– Akurat w tym względzie politycy SORP są fachurami.

– Hm?

– Ekipa prezydenta to w dużej mierze ludzie dawnych peerelowskich służb. Tajne spotkania organizują sprawniej niż jawne.

Uśmiechnął się lekko i skinął głową. SORP była bezpośrednią spadkobierczynią PZPR – powstała właściwie zaraz po tym, jak wyniesiono poczet sztandarowy po ostatnim zjeździe komunistów w Sali Kongresowej.

Partia przejęła całą infrastrukturę, organy prasowe, a przede wszystkim majątek komunistycznego ugrupowania. Przez lata spędzone w opozycji roztrwoniono większość środków, ale ostatecznie SORP pod przewodnictwem obecnego prezydenta wróciła do władzy. W poprzedniej kadencji uformowała rząd z Pedepem, a w tej sytuacja się odwróciła.

Wszystko wskazywało jednak na to, że trzeciej koalicji nie będzie. W sondażach coraz lepiej radziła sobie prawicowa UR, i to właśnie partia Teresy Swobody była typowana jako najbardziej prawdopodobny zwycięzca następnych wyborów.

Pozostały do nich jednak jeszcze dwa lata. W tym czasie Seyda miała zamiar zrobić wszystko, by odwrócić trend.

Powiodła wzrokiem za mijanym samochodem, a potem sięgnęła do radia. Wyłączyła audiobook i ustawiła TOK FM. Innej stacji właściwie nie słuchała, choć od czasu do czasu przechodziło jej przez myśl, że powinna odsapnąć i choćby na moment wyrwać się ze świata polityki.

Podgłośniła, gdy rozpoczynał się skrót wiadomości.

– Przekonajmy się, czy coś wywęszyli – powiedziała.

– Jeśli nawet, to nic konkretnego. Dawno byśmy wiedzieli.

Hubert mylił się rzadko, ale wszystko wskazywało na to, że w tym przypadku tak się stało. Reporter doniósł o sytuacji, która miała miejsce przed głównym wejściem do sejmu, i zaznaczył, że cokolwiek się dzieje, musi być sprawą najwyższej wagi.

– Do posła Hauera w pewnym momencie podszedł jeden z jego współpracowników, po czym polityk przeprosił zgromadzonych i natychmiast przerwał konferencję – relacjonował.

Daria przysłuchiwała się temu z zainteresowaniem. Najwyraźniej z jakiegoś powodu wschodząca gwiazda prawicy wiedziała więcej od innych. Może nie powinna się dziwić. Patryk Hauer był zaradnym człowiekiem, co w świecie polityki oznaczało, że potrafi dokopać się do brudów, do których inni nie mają dostępu. Szantażem i zawoalowanymi groźbami mógł zdziałać więcej niż Hubert dzwoniący do polityków SORP.

Reporter jeszcze przez chwilę opisywał nerwową atmosferę, która towarzyszyła briefingowi, a potem podkreślił, że ani Pedep, ani żadna inna partia nie wydały oświadczenia w sprawie.

Hubert i Seyda wymienili się spojrzeniami.

– Skurwysyn – odezwał się Korodecki.

Daria nie potrafiła przesądzić, czym w istocie jest ta uwaga – pochwałą czy krytyką. Jeśli wziąć pod uwagę sam ton Huberta, z pewnością tym pierwszym.

– Wie więcej niż my – dodał.

– Może.

– Może? Wyszedł do kamer, gotów wszystko zdradzić.

– Ale tego nie zrobił.

– Sugeruje pani, że blefuje? Że tak naprawdę nic nie wie?

– Być może – przyznała.

– Nie, nie ryzykowałby tak. Jeśli okazałoby się, że ta sprawa to błahostka, strzeliłby sobie samobója.

– Widocznie jest przekonany, że to nie błahostka.

– Nie może mieć pewności.

– Najwyraźniej jej nie potrzebuje.

Dlatego był tak groźnym przeciwnikiem, dodała w duchu Daria. Robił znacznie więcej od innych polityków, pozwalał sobie na rzeczy, które dla wielu były nie do przyjęcia. Zbliżał się niebezpiecznie do skraju urwiska, a potem spoglądał w dół, jakby to on był zagrożeniem dla przepaści, a nie odwrotnie.

I jeśli całe dzisiejsze zamieszanie wybuchło nie bez powodu, należało uznać, że zrobił właściwy krok.

– Prędzej czy później przeholuje, za bardzo się rozpędza –zauważył Hubert, a potem spojrzał na zegarek. – Tymczasem my musimy trochę przyhamować. Mamy zajechać pod pomnik dopiero za pół godziny.

– A zatem lunch?

Zatrzymali się na czerwonym świetle na skrzyżowaniu z Chełmską. Seyda spojrzała na bar mleczny po drugiej stronie ulicy, a potem powiodła wzrokiem po niewysokich białych blokach po lewej stronie. Trudno było uwierzyć, że kawałek za tymi bryłami o zaniedbanej elewacji znajdowały się Belweder i Łazienki Królewskie.

Wielu na to utyskiwało, dla niej jednak był to element uroku Warszawy. Na kilometrowym odcinku Belwederskiej znajdowały się zarówno peerelowskie bloki, niewysokie budynki przywodzące na myśl przedmieścia, siedziby wielkich firm, ważnych instytucji, jak i parki.

Spojrzała na obskurny szyld zachwalający przydrożnego kurczaka z rożna. Niewiele dalej mieściła się włoska restauracja, do której nie wchodzili ludzie ze zbyt cienkim portfelem.

– Zatrzymajmy się w jakimś bistro.

– Okej – odparł niemal bezwiednie Hubert.

Był przyzwyczajony. Seyda lubiła tanie knajpy znacznie bardziej niż wytworne miejsca. Zjedli w lokalu przy skrzyżowaniu z Turecką, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Mężczyzna w garniturze i kobieta w żakiecie powinni teoretycznie ją przykuć, ale ludzie przychodzili tutaj zjeść, a nie polować na znane osoby. Seyda przypuszczała, że we włoskiej restauracji byłoby zupełnie inaczej.

Kiedy podjechali pod Belweder, okazało się, że pozostali politycy są już na miejscu. Wszyscy zdecydowali się wziąć prywatne auta. Hubert zaparkował zaraz za czarnym audi A5, które oboje dobrze znali. Patrykowi Hauerowi oberwało się od lewicy za to, że z publicznych zarobków opłaca tak zgrabnego sportbacka.

– Zastawiłeś go – zauważyła z uśmiechem Daria.

Korodecki spojrzał na nią, a potem podjechał jeszcze bliżej. Stanął zderzak w zderzak.

Po chwili dwoje polityków Pedepu przywitało się z żołnierzem pilnującym bocznego wejścia i zostało wpuszczonych na teren Belwederu. Przeszli przez niewielki dziedziniec i skierowali się do północnego skrzydła budynku. Czekał na nich pracownik Kancelarii Prezydenta. Zbyt nisko postawiony, by dopytywać go o cokolwiek.

Poprowadzono ich korytarzami do Sali Lustrzanej, z której przez duże, przeszklone drzwi można było wyjść prosto do ogrodu. Stojący przed wejściem oficer BOR-u zmierzył Huberta wzrokiem.

– Tylko pani marszałek – powiedział.

Wyraz jego twarzy kazał sądzić, że nie ma sensu dyskutować. Daria przez moment patrzyła mu prosto w oczy, dochodząc do wniosku, że BOR-owiec zapewne wie znacznie więcej od niej. I nie napawało jej to optymizmem, minę bowiem miał taką, jakby Rosja przed momentem rozpoczęła ofensywę z obwodu kaliningradzkiego.

– Pozostali już czekają – dodał.

Seyda skinęła głową Hubertowi, a potem weszła do środka. Przy niewielkim stoliku siedział premier i zarazem przewodniczący jej ugrupowania, Adam Chronowski, a obok niego prezydent. Patryk Hauer stał przed wykuszem, rozglądając się po ogrodzie.

Kiedy drzwi się zamknęły, prezydent wskazał Darii miejsce przy stole. Potem wszyscy zwrócili wzrok na Hauera.

– Panie pośle? – odezwał się gospodarz.

Na miejscu prezydenta Seyda użyłaby zupełnie innego tonu. Mariusz Wimmer różnił się jednak od niej i innych polityków. Pozostawałby pokojowo nastawiony do całego świata, nawet gdyby wycelowano w niego cały arsenał atomowy na planecie.

Wygrana w wyborach była dla niego uśmiechem losu. Trafił w dobry czas, kiedy na scenie politycznej wrzało, a społeczeństwo potrzebowało człowieka ugodowego, który nie wikłał się w przepychanki słowne.

Wimmer przegrał nieznacznie w pierwszej turze, ale w drugiej okazał się górą w starciu z prawicowym kandydatem. Różnica między nimi była niewielka, ale nie miało to żadnego znaczenia. Wiedział, że utrzymując pokojowy kurs, uda mu się zostać w Pałacu Prezydenckim przez dwie kadencje.

Teraz pozostały mu jeszcze trzy lata drugiej. W sondażach zaufania wypadał całkiem nieźle, ponieważ nie antagonizował innych środowisk politycznych. Znacznie gorzej był oceniany, gdy chodziło o efektywność. Zarzucano mu, że jego największym osiągnięciem jest remont rezydencji prezydenckiej w Wiśle, gdzie przyjmował niektórych zagranicznych gości.

Daria była podobnego zdania. Mariusz Wimmer nadawałby się wprost idealnie na prezydenta w takich krajach jak Niemcy czy Włochy, gdzie głowa państwa miała wyłącznie reprezentacyjne kompetencje, a poza granicami kraju jej nazwisko właściwie pozostawało nieznane.

Jeśli doszło do jakiegoś kryzysu, Seyda nie chciałaby, by to Wimmer odgrywał rolę przewodnią. Najwyraźniej jednak tak się stało, skoro to właśnie tutaj zorganizowano spotkanie.

– Panie pośle – powtórzył nieco bardziej stanowczo prezydent, choć w jego głosie wciąż nie było nawet nuty irytacji.

Hauer w końcu się odwrócił.

– Usiądzie pan?

Patryk skinął lekko głową Seydzie na powitanie, a potem zajął miejsce. Skrzyżował ręce na piersi i powiódł wzrokiem po zebranych.

– Zaczniemy od wyjaśnień? – zapytał.

– Tak – odezwał się premier. – I to ty będziesz ich udzielał.

Adam Chronowski stanowił antytezę prezydenta. Nie wzbudzał wielkiego zaufania, ale był skuteczny. Za jego rządów Pedep zdobył władzę, a już w dzień po wyborach Chronowski zakasał rękawy i zaczął realizować swój program. Oceniano go dobrze – ale nie na tyle dobrze, by mógł walczyć z globalnym trendem, który w ostatnim czasie dawał wiatr w żagle prawicy w całej Europie.

– A mam się z czego tłumaczyć? – odparł Hauer.

– Owszem.

– Zazwyczaj to wygląda odwrotnie. Opozycja pyta, rząd wyjaśnia.

– Zazwyczaj nie znaczy zawsze.

– Nie, ale powinno. To na was ciąży ustawowy obowiązek informowania społeczeństwa o wszystkim, co…

– Daj sobie spokój z tymi bzdurami – uciął Adam. – I mów, jak się dowiedziałeś o sytuacji?

Patryk rozplótł ręce, a potem położył je na stole i się pochylił. Wbił wzrok w oczy rozmówcy, jakby miał zamiar zaatakować go nie tylko werbalnie, ale także fizycznie.

– Kluczem do sukcesu jest ukrycie jego źródła.

– Słuchaj…

– Nie zamierzam niczego ujawniać.

– Więc chyba nie rozumiesz, dlaczego cię zaprosiliśmy.

– Rozumiem doskonale – odparł Hauer z lekkim uśmiechem. – I pan także to rozumie, panie premierze. Jeśli nie dostałbym zaproszenia, stałbym teraz przed sejmem i obwieszczał przed kamerami to, co staracie się ukryć.

Chronowski zacisnął usta. Daria znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że tylko krok dzieli go od werbalnego wypatroszenia Patryka. Uchodził za bodaj najbardziej wulgarnego polityka w obecnej kadencji sejmu. Mimo to się nie odezwał.

– Podobnie stanie się, jeśli zostanę wykluczony z tej rozmowy – dodał Hauer. – Tyle że briefing zorganizuję pod Belwederem. A potem dziennikarze z pewnością poczekają, aż pan i pani marszałek opuścicie budynek.

Znów skrzyżował ręce i odgiął się na krześle. Właściwie wszystko zostało już powiedziane, ale Patryk sprawiał wrażenie, jakby czekał na ripostę.

W końcu prezydent uniósł lekko rękę i głośno nabrał tchu.

– Panowie – zaczął. – Naprawdę, to nie pora na takie przepychanki. Mamy do omówienia ważne kwestie, a potem czeka nas spotkanie z liderami pozostałych ugrupowań.

Hauer uniósł pytająco brwi.

– Zaprosiłem także przedstawicieli SORP oraz WiL-u – wyjaśnił Mariusz Wimmer. – Podejmę ich w Sali Jadalnej, będzie to oficjalne spotkanie. Nasza rozmowa zaś ma charakter nieformalny. – Skierował wzrok na Patryka. – Mam nadzieję, że pan to uszanuje.

– Uszanuję, czyli będę milczeć na jej temat jak grób?

– Przynajmniej do zakończenia formalnego spotkania.

– Taki jest nasz warunek – dodał Chronowski. – W przeciwnym wypadku…

– Z całym szacunkiem, ale warunki stawia ten, kto ma przewagę.

– A ty uważasz, że ją masz?

– W tej chwili tak.

Prezydent odchrząknął znacząco.

– Panowie, proszę – zaapelował i rozłożył ręce, jakby miał do czynienia z dwojgiem niesfornych dzieci.

Przez moment trwało ciężkie milczenie. Daria wciąż się zastanawiała, co było powodem tego spotkania – a tym bardziej, co skłoniło Wimmera do zorganizowania także kolejnego, oficjalnego.

– Jestem przekonany, że pan poseł zrozumie, jak tylko dowie się, w czym rzecz – dodał prezydent. – I uszanuje naszą prośbę.

Warunek zmienił się w prośbę. Seydzie przemknęło przez myśl, że trudno było o bardziej wymowne podsumowanie obecnej sytuacji politycznej. Wybory wyborami, funkcje państwowe funkcjami, ale tak naprawdę liczyły się słupki sondażowe. A te były dla UR wyjątkowo korzystne.

– Nie mylę się? – zapytał Wimmer.

Hauer skinął lekko głową. Mogło to znaczyć właściwie wszystko, jednak prezydent postanowił potraktować reakcję jako potwierdzenie.

– Świetnie – dodał. – A zatem pozwolę sobie przejść do rzeczy.

Po raz pierwszy spojrzał na Darię.

– Chyba że pani marszałek pragnie zgłosić jakieś obiekcje.

– Nie.

– Wyjątkowo pani milcząca.

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że rzeczywiście tak jest. Najwyraźniej nadal nie doszła do siebie po tym, co wydarzyło się rano. Powinna spodziewać się, że nie stanie się to prędko. Jeśli w ogóle.

– Po prostu zastanawia mnie ta sytuacja.

– Tak… owszem, to zrozumiałe – odbąknął Mariusz Wimmer. – Jest ona bowiem niecodzienna. Właściwie stanowi precedens. Jeszcze nigdy w historii do niczego podobnego nie doszło, stąd konieczność, by utrzymać wszystko w tajemnicy.

– Wszystko, czyli co? – odezwała się marszałek.

Prezydent przez moment się zastanawiał. W końcu poluzował krawat, skrzywił się, a potem go zdjął. Był to bodaj pierwszy raz, kiedy Daria widziała Wimmera pozbawionego tego politycznego atrybutu.

Złożył krawat na stole i powiódł wzrokiem po zebranych. Seyda dopiero teraz uświadomiła sobie, że z jakiegoś powodu chciał najpierw spotkać się z przedstawicielami Pedepu. Obecność Hauera była wymuszona, ale jej i Chronowskiego nie.

Rozmowa z premierem w cztery oczy byłaby zrozumiała, gdyby chodziło o sprawy najwyższej wagi państwowej. Ale dlaczego włączono także ją?

– Nie ma żadnego dobrego sposobu, by to powiedzieć, więc wyłożę od razu wszystkie karty na stół.

Mimo że miało to być oznajmienie faktu, prezydent nadal spoglądał na swoich gości, jakby czekał, aż któreś z nich zaoponuje. Jego krzesło zaskrzypiało, gdy pochylił się lekko.

– Choruję na SLA – powiedział.

Daria i Chronowski wymienili się zdezorientowanymi spojrzeniami.

– Stwardnienie boczne zanikowe – wyjaśnił Wimmer. – Rokowania nie są dobre. Będę stopniowo tracił sprawność ruchową, a w pewnym momencie stracę kontrolę nad własnym ciałem. Potem całkowicie odmówi mi ono posłuszeństwa, mięśnie oddechowe przestaną pracować.

Mówił to takim tonem, jakiego używał na co dzień przed kamerami, kiedy relacjonował spotkania z gośćmi z zagranicy. Wszyscy milczeli.

– Diagnozę postawiono zbyt późno – dodał po chwili prezydent. – Według optymistycznych szacunków zostały mi dwa lata życia.

Seyda spojrzała na Hauera. Trwał w bezruchu, wpatrując się w Wimmera. Ten odchrząknął i spuścił na moment wzrok. Potem jakby uświadomił sobie, że jako głowa państwa nie może sobie pozwalać na takie gesty, nawet w nielicznym gronie.

Wyprostował się.

– Problemy zaczną się jednak wcześniej. Najpierw z koordynacją, później z jedzeniem, komunikacją, a ostatecznie z oddychaniem. Nie muszę chyba dodawać, że to… cóż.

Dopiero teraz Seyda uświadomiła sobie, dlaczego została zaproszona.

– Nie możemy pozwolić na to, by prezydent kraju podczas wystąpienia publicznego miał kłopoty z mową, nie wspominając już o innych kwestiach.

– Ale… – zaczął niepewnie Hauer. – Nie ma leków?

– Właściwie nie. Prowadzone są testy, w USA i Kanadzie podaje się pacjentom lit, środek przeznaczony do leczenia choroby dwubiegunowej. Są oczywiście antybiotyki, jak minocyklina czy ceftriaxone, jest także memantine, które wykorzystuje się przy walce z chorobą Alzheimera, ale… nie, generalnie nie mogę liczyć na leki. Wyłącznie na siebie.

– To znaczy?

– Mogę zachować pewną sprawność, wykonując systematycznie ćwiczenia, walcząc do końca, nie poddając się. I mam zamiar to zrobić.

– Ale nie jako prezydent.

– Owszem – przyznał Wimmer, a potem popatrzył na Darię. – Na mocy artykułu sto trzydziestego pierwszego ustępu drugiego punktu drugiego Konstytucji RP zrzeknę się urzędu.

Seyda przełknęła ślinę. Wiedziała, co usłyszy jako kolejne, ale wydawało jej się to nierealne.

– I na tej samej podstawie Marszałek Sejmu przejmie obowiązki Prezydenta.

Rozdział 4

Hauer wbijał wzrok w marszałek sejmu i zastanawiał się, co musi teraz czuć. Kiedy parlamentarzyści wybrali ją na urząd, który obecnie sprawowała, zapewne nawet nie pomyślała o tym, że może kiedyś znaleźć się w Pałacu Prezydenckim. Przynajmniej nie w charakterze gospodarza.

Owszem, teoretyczna możliwość zawsze istniała, ale ile razy w historii taki scenariusz się ziszczał? Równie prawdopodobne wydawało się potrącenie przez samochód, kiedy wracało się do sejmu z obiadu w położonym nieopodal Czytelniku.

– Panie prezydencie… – zaczęła Seyda, ale potem urwała i nie dokończyła.

Wszyscy przez chwilę milczeli.

– Wiem, że to dla każdego sytuacja trudna – odezwał się w końcu Wimmer. – Ale najważniejsze jest w tej chwili to, by ten okręt miał sprawny ster.

Hauer uznał dobór słów za symptomatyczny. Nie sternik, lecz ster. Dokładnie tak postrzegał siebie prezydent.

Premier Chronowski potrząsnął głową, jakby starał się opędzić od koszmaru.

– To dla nas wszystkich wstrząsające wieści i… i niełatwa sytuacja – powiedział. – Najtrudniejsza jednak jest dla pana, panie prezydencie.

O ile Patryka nie myliła pamięć, był to pierwszy raz, kiedy premier odezwał się z takim szacunkiem wobec urzędującej głowy państwa. Oczywiście politycy Pedepu i innych partii postępowali tak, jak wymagała tego kultura polityczna, i publicznie nie krytykowali prezydenta, ale poza światłami kamer nie szczędzili pod jego adresem gorzkich słów.

Wimmer pokiwał głową w zamyśleniu.

– I zapewniam, że będziemy pana wspierać – dodał premier. – Jeśli tylko jest coś, w czym możemy pomóc, zaraz wykonam telefon do ministra zdrowia.

– Nie ma takiej potrzeby.

Chronowski zaprzeczył stanowczym ruchem głowy.

– Przeciwnie – oświadczył. – Nie tylko prezydent dba o kraj. Kraj musi także dbać o prezydenta.

– Doceniam to, ale…

– Skonsultuję tę sprawę z ministrem, kiedy tylko informacja zostanie upubliczniona. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by zapewnić panu odpowiednią pomoc.

– Nie mam zamiaru korzystać ze środków, które są niedostępne innym obywatelom.

– Proszę zostawić to mnie.

– Nie – zaoponował niezbyt przekonująco Wimmer. – Chcę być traktowany tak jak każdy inny pacjent.

– Nie jest pan…

– Naprawdę – uciął prezydent, unosząc otwarte dłonie. – W tej sprawie nie ustąpię. I proszę mnie zrozumieć.

Premier westchnął, a Hauer pomyślał, że uczestniczy w wyjątkowo nędznej farsie. Chronowski był politycznym bulterierem w przebraniu psa wystawowego. Na rękę byłoby mu, gdyby prezydent odmeldował się jak najszybciej – i w kulisach nie wstydziłby się nawet do tego przyznać.

– Oczywiście, rozumiem – powiedział w końcu.

– Czy aby na pewno?

– Słucham?

Mariusz Wimmer sprawiał wrażenie, jakby już żałował swojego pytania. Podniósł się, a potem podszedł do okna i wyjrzał na ogród. Pozbawione liści drzewa i skuta mrozem przyroda sprawiały przygnębiające wrażenie.

– Widzi pan… – podjął prezydent. – Moja choroba jest w zaawansowanym stadium. Będzie postępowała szybko.

– Tak, mówił pan.

Wimmer się odwrócił. Popatrzył na wszystkich po kolei.

– Pozostaje mi tylko jedno – dodał prezydent. – Znalezienie odpowiedzi na pewne pytanie.

Czekali, aż wyjaśni, ale gospodarz się nie spieszył. W końcu nabrał głęboko tchu i schował ręce do kieszeni.

– Pytaniem nie jest, kiedy umrę, bo to jest wiadome. Kwestią otwartą pozostaje jedynie to, jak odejdę.

Hauer spojrzał na premiera. Jego wzrok był nieprzenikniony, twarz nie zdradzała żadnych emocji. W duchu musiał jednak odbywać triumf niczym Cezar wracający do Rzymu po udanej kampanii. I to bez niewolnika, który szeptał rzymskim władcom do ucha, żeby pamiętali, iż są tylko ludźmi.

Prezydent z Pedepu. Było to spełnienie marzeń Chronowskiego. Nie ulegało wątpliwości, że będzie rozgrywał Seydę według własnych upodobań. Osiągnie pełnię władzy, nie zagrozi mu ani prezydenckie weto, ani kierowanie ustaw do Trybunału Konstytucyjnego. Przed wyborami przepchnie dwa, trzy projekty, tragiczne z punktu widzenia finansów publicznych, ale korzystne pod względem marketingowym, i będzie miał reelekcję w kieszeni.

Nie, tak się nie stanie, uznał Hauer. Za daleko wybiegł myślami. Do czasu wyborów ktoś inny może zająć miejsce prezydenta. A potem Seyda nie będzie miała wielkich szans w demokratycznym starciu.

Patryk zaklął w duchu. Kogo chciał oszukać? Daria będzie startowała nie z pole position, ale z połowy dystansu. O ile nie będzie miała nad innymi jeszcze większej przewagi. Kiedy już znajdzie się w Pałacu Prezydenckim, trudno będzie ją z niego wyeksmitować.

Pierwsza kobieta prezydent. I to niewybrana w demokratycznych wyborach.

Wimmer obszedł stół, a potem usiadł z powrotem na swoim miejscu. Podniósł krawat i go rozwinął.

– Rozumie pan, do czego zmierzam? – spytał premiera.

– Przyznam, że nie bardzo.

– Wszystko, co zrobię w nadchodzących dniach, stanie się moją spuścizną – powiedział prezydent. – Każdy mój krok zostanie zapamiętany, ale niewiele ponad to. Wszystko, co zrobiłem do tej pory, znajdzie się w cieniu tego zdarzenia.

– Nie sądzę, by tak miało być.

– W najbliższej przyszłości być może nie. Ale za piętnaście lat wszyscy będą pamiętać wyłącznie to, co Wimmer zrobił w ostatnich dniach urzędowania.

– To znaczy?

Dobre pytanie, uznał Hauer. Sam także nie rozumiał, co stara się zasugerować głowa państwa.

– Po prostu chciałbym, by to miało ręce i nogi.

– Co konkretnie?

– Przekazanie władzy.

Chronowski i Seyda znowu spojrzeli na siebie znacząco.

– Jest to sytuacja o tyle niecodzienna, że werdykt wyborczy był jasny – kontynuował Wimmer. – To SORP zwyciężyła w wyborach prezydenckich.

Patryk uśmiechnął się w duchu. A zatem o to chodziło.

I dlatego cała sprawa była utrzymywana w ścisłej tajemnicy.

– Nie wydaje mi się sprawiedliwe z punktu widzenia… cóż, zasad demokratycznego państwa prawnego, żeby wskutek choroby jednego człowieka zmieniać decyzję wyborców.

– Panie prezydencie…

– Uważam, że Pedep nie może zająć miejsca SORP w egzekutywie.

Daria poruszyła się nerwowo na krześle, a na czole premiera pojawiła się głęboka zmarszczka. Hauer żałował, że nie ma z nim Teresy, taki widok byłby dla niej na wagę złota.

– Mówi pan o partiach, podczas gdy wybory dotyczyły konkretnych osób – zauważył Chronowski. – Poza tym, jeśli dobrze rozumiem, sugeruje pan…

– Sugeruję ponowny wybór marszałka.

– To absurd.

– Wręcz przeciwnie. To uszanowanie zdania wyborców.

– Wyborcy zdecydowali, że to Partia Dobra Publicznego ma większość w sejmie, a zatem także prawo do wyznaczenia osoby, która w razie niemożliwości sprawowania przez pana urzędu…

– To sofistyka, panie premierze. Ja mówię o faktach. O konkretach.

Naraz gospodarz wydał się Hauerowi znacznie bardziej hardy niż kiedykolwiek wcześniej. Właściwie trudno było się dziwić. Odchodził, ale nie miał zamiaru tym samym wzmacniać politycznych oponentów. Przeciwnie, widział w tym szansę, by odbudować partię, której niegdyś przewodził.

Przy dobrym, przemyślanym wyborze SORP mogła utrzymać się w Pałacu Prezydenckim przez kolejnych dziesięć lat.

Hauer pokręcił głową i uniósł lekko kąciki ust.

– Coś cię bawi? – burknął Chronowski.

Patryk odsunął krzesło, a potem powoli się podniósł. Potoczył wzrokiem po wszystkich zebranych, nadal się uśmiechając.

– Tylko to, że wszyscy mają w dupie tę chorobę, łącznie z panem prezydentem – powiedział, krzyżując ręce za plecami. – Dla wszystkich w tym pokoju liczy się jedynie to, jak wykorzystać sytuację politycznie.

Mariusz Wimmer sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar zaoponować. Premier natomiast – jakby chciał skarcić niepokornego posła za tak okrutną diagnozę. Ostatecznie jednak ani jeden, ani drugi się nie odezwali. Na twarzy Seydy za to Patryk dostrzegł aprobatę.

Zapiął guzik marynarki, a potem ruszył ku wyjściu. Miał dosyć tego teatru.

– Panie pośle! – zaoponował Wimmer.

– Spokojnie. Nie odezwę się słowem przed kamerami.

– Musimy jednak mieć gwarancję, że…

– Bez obaw – rzucił Hauer, a potem złapał za klamkę. Obejrzał się jeszcze przez ramię, zanim otworzył drzwi. – Będę na spotkaniu oficjalnym. Do zobaczenia.

Wyszedł na korytarz, a potem jeden z BOR-owców zaprowadził go do samochodu. Patryk stanął przy audi i przez chwilę się zastanawiał. Rozejrzał się w poszukiwaniu dziennikarzy, ale najwyraźniej nikt jeszcze nie dowiedział się o spotkaniu w Belwederze. Sytuacja była wprost wymarzona i grzechem byłoby z niej nie skorzystać.

Pojechał prosto do sejmu, po drodze odbywając krótką rozmowę z Teresą. Zrelacjonował jej wszystko, co miało miejsce. W odpowiedzi przewodnicząca Unii długo milczała. I właściwie była to najbardziej wymowna reakcja, jakiej mogła udzielić.

– Pani premier?

– Zastanawiam się.

– Nad tym, czy powinniśmy zrobić medialną hucpę?

– Nad tym nie ma się co głowić – odparła, a on mógłby przysiąc, że machnęła przy tym ręką. – Bardziej zastanawia mnie fala uderzeniowa po tej eksplozji.

– Przypuszczam, że Pedep nie zgodzi się na żadną zmianę.

– Dobrowolnie z pewnością nie.

– A SORP nie ma żadnej karty przetargowej.

– Przeciwnie.

Patryk zwolnił, widząc przed sobą żółte światło na skrzyżowaniu.

– Sugeruje pani, że Wimmer uzależni rezygnację od tego, czy powołamy marszałka z jego partii?

– Tak mi się wydaje.

– Nie jest tego typu człowiekiem.

– Umiera – zaoponowała Swoboda, jakby to miało wszystko tłumaczyć. – Teraz niewiele rzeczy ma dla niego znaczenie. Liczy się pamięć, która po nim pozostanie. A jej piastunem może być tylko jego własne środowisko polityczne. Jeśli ono się zbiesi, on przepadnie jako anonimowa postać w historii. Jest tego świadom.

Hauer musiał przyznać, że trudno odmówić temu wywodowi logiki. Istniał jednak pewien kontrargument, który wydawał się przeważać.

– Nie ośmieszy urzędu – powiedział Patryk. – Nie dopuści do tego, żeby bełkotać podczas spotkania z inną głową państwa czy…

– Być może – przyznała Teresa. – Ale nie musi de facto pozostawać na stanowisku. Wystarczy mu przekonanie Pedepu, że to realny scenariusz.

– Ale nie jest. Trybunał złoży go z urzędu, jeśli stwierdzi przeszkodę w jego sprawowaniu.

Teresa westchnęła do słuchawki. Mogli deliberować bez końca, tworząc dziesiątki hipotetycznych wersji. Czasem Hauer miał wrażenie, że właśnie do tego sprowadza się cała ich praca.

– Zobaczymy, co wydarzy się na spotkaniu – rzuciła w końcu Swoboda. – Co zamierzasz do tego czasu?

– A skąd pani wie, że coś planuję?

– Znam cię.

Ruszył na zielonym, a potem zaczął streszczać jej swój plan. Był prosty i nie wymagał od Patryka wiele wysiłku. Jedna informacja puszczona w obieg po korytarzach sejmowych w zupełności wystarczała, by osiągnął swój cel.

Właściwie zabawne było, że wypuścili go z Belwederu. Na miejscu prezydenta czy premiera zrobiłby wszystko, by kontrolować sytuację.

Zajechał pod budynek sejmu, poczekał, aż otworzy się szlaban, a potem wjechał na parlamentarny parking. Ledwo wyszedł z samochodu, zobaczył kilku dziennikarzy. Plotka rozeszła się ze zwyczajową prędkością.

– Panie pośle! – krzyknął ktoś.

Reszta natychmiast zlokalizowała Hauera. Grupa kilku zainteresowanych powiększyła się w okamgnieniu do kilkunastu osób. Wszyscy ruszyli w jego kierunku, jakby byli głodni krwi. W pewnym sensie być może tak było.

Patryk odszedł dwa kroki od samochodu. Uwielbiał swojego sportbacka, ale nie chciał, by znalazł się w kadrze. Tymczasem operatorzy już podrzucali kamery, opierając statywy na ramionach.

Kiedy pierwsze mikrofony znalazły się kilkanaście centymetrów przed ustami Hauera, ten skrzywił się, jakby obecność mediów była dla niego kłopotliwa.

– Podobno ma pan jakieś informacje związane z tym, co się dzieje? – zapytał ktoś z lokalnej rozgłośni radiowej.

Patryk nie odpowiadał. Uśmiechnął się lekko, wodząc wzrokiem po zebranych.

– Panie pośle, co może pan powiedzieć? – spytał reporter NSI.

Hauer postanowił jeszcze przez moment przeciągnąć podanie odpowiedzi. W końcu wziął głęboki oddech.

– Obawiam się, że niewiele – powiedział. – Zobowiązałem się do zachowania tajemnicy. I mam przekonanie, że zobowiązuje mnie do tego także dobro państwa.

– Panie pośle…

– Wszystko zostanie przedstawione przez rząd w najbliższym czasie – dodał. – Nalegałem, by zrobiono to jak najszybciej, i mam nadzieję, że tak się stanie. Niestety to wszystko, co mogę państwu powiedzieć. A teraz przepraszam, niebawem zaczyna się posiedzenie komisji śledczej.

Nie czekając na kolejne pytania, Hauer ruszył przed siebie. Dziennikarze szybko zrobili mu miejsce, a on kątem oka dostrzegł, że przynajmniej jedna z kamer go odprowadzała.

Lepiej być nie mogło. Kiedy sprawa wyjdzie na jaw, on pokaże się z dobrej strony. Jego zachowanie będzie zaprzeczeniem politycznego oportunizmu, a media i obywatele szybko docenią, że mimo doskonałej okazji do ugrania kilku punktów procentowych w sondażach zdecydował się dotrzymać słowa danego prezydentowi.

Kilku reporterów ruszyło za nim i próbowało coś z niego wyciągnąć, ale milczał jak grób. Sprawiało mu to satysfakcję, zresztą nie jemu jedynemu. Każdy polityk czerpał ją z podobnych sytuacji. Pewien weteran parlamentarny UR powiedział mu nawet kiedyś, że nie ma nic przyjemniejszego od ignorowania idących za nim dziennikarzy.

Miał rację. I widać to było na twarzach wszystkich polityków, którzy tę sztukę praktykowali.

Hauer wszedł do sali Trąmpczyńskiego, nazwanej na cześćdziałacza Endecji, niegdysiejszego marszałka sejmu i senatu. Cieszyło go, że pierwsze posiedzenie komisji śledczej odbędzie się w miejscu, któremu patronuje tak wielki Polak. Jeden z setek tysięcy, o których historia zapomniała tylko dlatego, że w pewnym momencie zaczęli pisać ją zwolennicy Piłsudskiego.

Patryk powiódł wzrokiem po zebranych. Parlamentarzyści skupili na nim wzrok, co zapewne stałoby się nawet wtedy, gdyby nie znajdował się obecnie w centrum uwagi mediów. Wszyscy spodziewali się, że będzie wiódł prym w pracach komisji.

Pedep i SORP długo oponowały przeciwko jego kandydaturze, obawiając się, że dzięki sprawie zyska jeszcze większą popularność, ale praktyka parlamentarna była jasna – wybór kandydata UR nie należał do nikogo innego, jak samych posłów Unii.

To ustawiło go na najlepszej pozycji. Podczas gdy inni znajdowali się na tym samym poziomie, on dzięki kontrowersjom przy wyborze członków komisji znalazł się wyżej. I o to chodziło.

Walcz, zbiegając ze wzgórza, a nie wspinając się na nie.

Tak uczył Sun Zi, którego Hauer często cytował. Najlepsze fragmenty Sztuki wojny miał zresztą wydrukowane, oprawione w antyramę i zawieszone w swoim domowym gabinecie.

Spojrzał na jedyne puste krzesło, które miał zająć przewodniczący komisji. Mimo że formalnie dopiero na tym posiedzeniu dokona się wybór prezydium, nie mogło być wątpliwości, kto je zajmie.

Patryk usiadł na wolnym miejscu, a potem otworzył posiedzenie.

Przewodniczyłby mu zapewne ktoś z Pedepu lub SORP, jako że to oni posiadali większość głosów, ale konsens był inny. Pozostałe ugrupowania nie miały zamiaru pozwolić, by komisji śledczej przewodził ktoś związany z aferą, która jakiś czas temu wybuchła w kręgach władzy. Aferą, która miała dla Hauera stać się polityczną trampoliną.

Sprawa niestety na jakiś czas ucichnie, na pierwszy plan wysunie się kwestia ustąpienia prezydenta, ale Patryk nie miałwątpliwości, że kiedy sytuacja się unormuje, cały kraj będzie z zapałem przyglądał się efektom pracy komisji.

Hauer dopiero liznął temat, ale wiedział już, że sprawa miała potencjał. Jeśli odpowiednio ją rozegra, może doprowadzić do destabilizacji całego systemu politycznego. W połączeniu z zamętem, jaki spowoduje rezygnacja prezydenta, dojdzie do prawdziwego pandemonium.

Sytuacja dla Unii Republikańskiej będzie idealna. Nie bez powodu Mistrz Sun powiadał, że w samym środku chaosu czai się także okazja.