Wydawca: Insignis Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

World of Warcraft: Cisza przed burzą ebook

Christie Golden  

4.23076923076923 (39)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 395 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka World of Warcraft: Cisza przed burzą - Christie Golden

NADSZEDŁ SĄDNY CZAS DLA AZEROTH!

Azeroth umiera.

Siły Hordy i Przymierza odniosły zwycięstwo nad zastępami Płonącego Legionu, ale pod powierzchnią świata czyha widmo prawdziwej katastrofy. W sercu Azeroth zieje śmiercionośna rana, otwarta ciosem miecza upadłego tytana Sargerasa w jego ostatnim akcie okrucieństwa.

Anduin Wrynn, król Wichrogrodu, i Sylwana Bieżywiatr, wódz Hordy i królowa Porzuconych, nie mają wiele czasu, by odbudować to, co zniszczyła wojna, i jeszcze mniej na opłakiwanie tego, co utracili. Straszliwa rana Azeroth sprawiła, że na powierzchnię wypłynął tajemniczy materiał zwany azerytem. We właściwych rękach ta dziwna złocista substancja zdolna jest tworzyć rzeczy niesamowite, w niewłaściwych – może doprowadzić do niewyobrażalnych zniszczeń.

Podczas gdy siły Hordy i Przymierza prześcigają się w staraniach, by odkryć tajemnice azerytu i uleczyć zraniony świat, Anduin wprowadza w życie desperacki pomysł zaprowadzenia trwałego pokoju między zwaśnionymi stronami. Azeryt zagraża równowadze sił, zatem Anduin musi zdobyć zaufanie Sylwany.

Mroczna Pani ma jednak własne plany.

Aby pokój był możliwy, lata krwawych waśni i wzajemnej nienawiści muszą raz na zawsze przejść do historii. Pozostają jednak sprawy, których żadna ze stron nie chce zaakceptować, ambicje, z których trudno zrezygnować, i odraza, której nie sposób przezwyciężyć. Zarówno Horda, jak i Przymierze pragną ujarzmić potęgę azerytu, a ich nieprzerwany konflikt grozi wybuchem wojny, która pochłonie wszystkich… i przypieczętuje zagładę Azeroth.

„Cisza przed burzą” to najnowsze dzieło Christie Golden, bestsellerowej autorki od lat związanej z literacką domeną uniwersum Warcrafta, która jak mało kto zna świat Azeroth. Książka Christie Golden stanowi prolog do wyczekiwanego dodatku gry World of Warcraft: Battle for Azeroth (premiera 14 sierpnia 2018) i opisuje szczegóły zbliżającego się konfliktu pomiędzy Hordą a Przymierzem.

Opinie o ebooku World of Warcraft: Cisza przed burzą - Christie Golden

Fragment ebooka World of Warcraft: Cisza przed burzą - Christie Golden

Tytuł oryginałuWorld of Warcraft: Before the Storm

Copyright © 2018 Blizzard Entertainment, Inc.

All rights reserved.

Warcraft, World of Warcraft i Blizzard Entertainment są znakami handlowymi i/lub zarejestrowanymi znakami handlowymi Blizzard Entertainment, Inc. w Stanach Zjednoczonych i/lub w innych krajach. Wszelkie pozostałe znaki handlowe w niniejszym dziele należą do ich poszczególnych właścicieli.

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Imiona, nazwiska, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autora i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami, instytucjami, przedsiębiorstwami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez zgody posiadacza praw. Niniejsza publikacja nie może być rozpowszechniana w jakiejkolwiek oprawie lub okładce innej niż ta, w której została opublikowana, oraz bez podobnego zastrzeżenia nałożonego na kolejnego nabywcę.

Przekład Dominika Repeczko | ragana.com.pl

Redakcja i korekta Małgorzata Koczańska, Julia Diduch, Marcin Piątek, Piotr Budak

Skład Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-65315-60-1

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Książkę tę dedykuję trzem osobom, które o nią walczyły, a potem walczyły, by uczynić ją jeszcze lepszą:

Tomowi Hoelerowi, mojemu redaktorowi w Del Rey, Cate Gary, mojej redaktorce oddalonej zaledwie kilka kroków tu, w Blizzardzie, oraz Aleksowi Afrasiabiemu, dyrektorowi kreatywnemu World of Warcraft.

Dziękuję Wam za miłość do bohaterów i do świata, za Waszą uwagę i przywiązanie do szczegółów, a także za umiejętność spoglądania z szerokiej perspektywy; za to, że odkrywaliście tę drogę ze mną i że pragnęliście, by ta książka stała się jak najlepsza.

PROLOG

Silithus

Po nieskończenie długim czasie, a przynajmniej takie miał wrażenie, Kezig Świstoklak wyprostował się na kolanach i wielką zieloną dłonią pomasował sobie kręgosłup, krzywiąc się boleśnie, gdy strzeliło mu w plecach, i to nie raz. Oblizał wyschnięte wargi i rozejrzał się, mrużąc oczy w palącym słońcu, po czym przetarł łysinę chusteczką sztywną już od potu. Tu i ówdzie wisiały w powietrzu chmary rozmaitych owadów. I oczywiście piach był wszędzie, jak okiem sięgnąć – jak nic większość tego piachu znajdzie się nie gdzie indziej, tylko w bieliźnie Keziga. Tak jak to się stało wczoraj. I przedwczoraj.

O rany, Silithus był jednak paskudnym miejscem.

Jego prezencji nie poprawiał bynajmniej gigantyczny miecz, wbity tutaj przez rozgniewanego tytana.

Miecz był potężny. Przepotężny. Kolosalny. Do opisu tej klingi z pewnością dałoby się zastosować wszystkie te podniosłe, wymyślne, wielosylabowe słowa, które umiałyby wymienić gobliny bystrzejsze od Keziga. Miecz został wrażony głęboko w serce świata, dokładnie tu, w malowniczym Silithusie. Pozytywną stroną sytuacji było niewątpliwie to, że gigantyczny artefakt dostarczył niemałych ilości tego, czego Kezig i mniej więcej setka innych goblinów poszukiwali dokładnie w tej chwili.

– Jixil? – Kezig zawołał swego towarzysza, który przeprowadzał właśnie analizę skały Spekt-o-Matem 4000.

– No? – Drugi goblin odczytał wynik pomiaru, pokręcił niezadowolony głową i spróbował ponownie.

– Nienawidzę tego miejsca.

– Nie? Hm. To dobrze o tobie świadczy. – Mniejszy, bardziej przysadzisty goblin obrzucił urządzenie spojrzeniem pełnym złości i uderzył w obudowę otwartą dłonią.

– Ha, ha, bardzo śmieszne – burknął Kezig. – Nie, ja poważnie mówię.

Jixil westchnął, podreptał do kolejnej skały i rozpoczął pomiary.

– Wszyscy nienawidzimy tego miejsca, Kezigu.

– Nie, ja mówię naprawdę poważnie. Nie jestem stworzony do życia w takich warunkach. Kiedyś pracowałem w Zimozdroju. Jestem śniegolubnym amatorem przytulanek przed kominkiem, kochającym święta piecuchem.

Jixil obrzucił towarzysza miażdżącym spojrzeniem.

– Co się zatem stało, że przybyłeś tutaj, zamiast zostać tam, gdzie nie działałeś mi na nerwy?

Kezig skrzywił się i potarł kark.

– Panna Luniksja Obsuwka się stała. Widzisz, pracowałem w jej sklepie ze sprzętem górniczym, ale od czasu do czasu pełniłem rolę przewodnika dla nieczęstych gości w naszej przytulnej osadzie Wieczystowo. Lunny i ja tak jakby… no ten. – Przez moment uśmiechał się nostalgicznie, ale zaraz zmarszczył brwi. – A potem ona nagle wyściubiła nos z naszej chatki i złapała mnie z dziewczyną o imieniu Gogo.

– Gogo – powtórzył Jixil sucho. – Rany. Nie mam pojęcia, dlaczego Luniksja miałaby się zdenerwować tym, że spędzałeś czas w towarzystwie dziewczyny imieniem Gogo.

– No wiem! Odpuść mi trochę. Tam jest czasami naprawdę zimno. A goblin musi się poprzytulać przed kominkiem albo zamarznie z kretesem, dobrze mówię? W każdym razie wtedy tam zrobiło się nagle goręcej niż tutaj w południe.

– Tu nic nie mamy. – Jixil najwyraźniej przestał już słuchać opowieści towarzysza o niedolach w Zimozdroju. Z ciężkim westchnieniem Kezig podniósł wielki plecak wyładowany sprzętem, bez większego trudu założył go sobie na plecy i przeszedł do miejsca, gdzie Jixil miał jeszcze nadzieję uzyskać pozytywne rezultaty analizy. Kezig zrzucił plecak na ziemię przy akompaniamencie złowróżbnego podzwaniania delikatnej zawartości.

– Nienawidzę piasku – kontynuował narzekanie. – Nienawidzę słońca. I, o rany, naprawdę, naprawdę nienawidzę robali. Nienawidzę małych robali, bo włażą do uszu i do nosa. Nienawidzę dużych robali, bo są dużymi robalami. Ale w jednym przypadku moja nienawiść płonie z siłą tysiąca słońc.

– Myślałem, że nienawidzisz słońc.

– Bo nienawidzę, ale…

Jixil nagle znieruchomiał. Szeroko otworzył karmazynowe oczy i wpatrywał się w swój Spekt-o-Mat.

– Chodziło mi o to, że…

– Zamknij się, durniu! – warknął Jixil, a Kezig też wlepił ślepia w instrument.

Miernik zwariował.

Maleńka igła skakała po skali w tę i we w tę, a światełko na szczycie urządzenia połyskiwało naglącym czerwonym blaskiem.

Gobliny wymieniły spojrzenia.

– Wiesz, co to znaczy? – spytał Jixil drżącym głosem.

Kezig rozciągnął wargi w uśmiechu tak szerokim, że odsłaniał niemal wszystkie nierówne żółte zęby. Goblin zacisnął pięść i uderzył nią we wnętrze drugiej dłoni.

– To znaczy – odpowiedział – że będziemy musieli wyeliminować konkurencję.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wichrogród

Deszcz padał, gdy ludzie zmierzali w milczeniu na Spoczynek Lwa, jakby samo niebo opłakiwało poległych w walce z Płonącym Legionem. Anduin Wrynn, król Wichrogrodu, stanął oddalony o kilka kroków od podwyższenia, z którego miał niedługo wygłosić mowę do żałobników wszystkich ras.

Patrzył poruszony, jak zbierają się w milczeniu, i za nic nie chciał do nich przemawiać. Przypuszczał, że ceremonia uhonorowania poległych będzie dla niego najtrudniejszą w stosunkowo niedługim życiu. Nie tylko z powodu zgromadzonych tu żałobników, ale dla samego Anduina, ponieważ uroczystość odbędzie się w cieniu pustego grobowca jego ojca.

Młodemu władcy przyszło brać udział w zbyt wielu, stanowczo zbyt wielu, ceremoniach ku czci poległych. I za każdym razem, jak wielu przywódców, wierzył, miał nadzieję i modlił się żarliwie, że to już ostatnia.

Ale zawsze nadchodziła kolejna.

Zawsze pojawiał się kolejny wróg. Czasami był to wróg nowy, który przybywał jakby znikąd. A czasami przedwieczny, eony temu skuty w łańcuchy i pogrzebany, pozornie zupełnie już niegroźny, który jednak powstawał nagle, po całych wiekach spędzonych w ciszy, by siać grozę i zniszczenie wśród niewinnych. Kiedy indziej wróg był doskonale znany, ale to, że posiadano o nim wyczerpujące informacje, nie czyniło go bynajmniej mniej groźnym.

Jak jego ojciec radził sobie z tymi wyzwaniami raz za razem? Anduin nieustannie się nad tym zastanawiał. Jak radził sobie jego dziad? Teraz nastał względny spokój, ale niewątpliwie kolejny wróg, kolejne wyzwanie nadejdzie stanowczo za szybko.

W rzeczywistości od śmierci Variana Wrynna nie upłynęło wiele czasu, ale dla syna wielkiego króla minęła cała wieczność. Varian poległ w pierwszej ofensywie ostatniej wojny przeciwko Płonącemu Legionowi – przyczyniła się do tego w tym samym stopniu zdrada rzekomej sojuszniczki, Sylwany Bieżywiatr, co napędzane energią spaczenia potwory, które wypluwała Wypaczona Otchłań. Jednak według innej relacji, zdanej przez kogoś, komu Anduin ufał, Sylwana nie miała wyboru. Anduin nie wiedział już, w co wierzyć. Na myśl o przebiegłej i zdradzieckiej przywódczyni Hordy jak zawsze wezbrał w nim gniew, zwrócił się więc do Świętej Światłości w poszukiwaniu spokoju. Nic dobrego nie mogło wyniknąć ze skrywanej w sercu nienawiści, nawet w stosunku do kogoś, kto tak bardzo na nią zasługiwał. Poza tym i tak nie mogło to przywrócić życia ojcu. Anduin znajdował ukojenie w świadomości, że legendarny wojownik zginął w walce, a jego ofiara ocaliła wiele istnień.

A książę Anduin Wrynn został królem.

Pod wieloma względami Anduin przygotowywał się do tej roli przez lata. Niemniej miał bolesną świadomość, że pod wieloma – bardzo ważnymi – względami, w ogóle nie był gotowy. Ani wtedy, ani zapewne i teraz. Jego ojciec wydawał się postacią tak wielką nie tylko w oczach młodego króla, ale też w oczach ludu Variana, a nawet w oczach jego wrogów.

Z powodu jego zajadłości i niezłomności w walce niektórzy nazywali go Lo’Gosz, czyli Duchem Wilka. Ale Varian był nie tylko potężnym, zaprawionym w bojach wojownikiem, lecz także wyjątkowym przywódcą. W pierwszych tygodniach po jego śmierci Anduin robił, co mógł, by ukoić i pocieszyć pogrążony w żalu lud królestwa, odmawiając sobie prawdziwej żałoby.

Oni opłakiwali Wilka. Anduin opłakiwał człowieka.

I kiedy nocami leżał, walcząc z bezsennością, zastanawiał się często, ilu trzeba było demonów, by pokonać króla Variana Wrynna.

Kiedyś podzielił się tą myślą z Gennem Szarogrzywym, królem upadłego Gilneas, który stanął u boku nieopierzonego władcy, by służyć mu radą. Stary wojownik uśmiechnął się, choć w oczach miał smutek.

– Mogę ci tylko powiedzieć, mój chłopcze, że zanim go dopadli, twój ojciec w pojedynkę położył największego grabieżcę spaczenia, jakiego w życiu widziałem, by ocalić statek powietrzny pełen wycofujących się żołnierzy. Nie mam wątpliwości, że Legion zapłacił słoną cenę, zanim zdołał dostać Variana.

Anduin w to nie wątpił. Niewielka pociecha, ale musiała wystarczyć.

Choć na uroczystości zjawiło się wielu strażników w pełnych zbrojach, Anduin zrezygnował z zakładania swojej w dzień upamiętniający tych, którzy odeszli. Założył białą jedwabną koszulę, rękawice z jagnięcej skóry, ciemnoniebieskie bryczesy i ciężki paradny surkot obszywany złotem. Jedyna broń, którą miał u pasa, była w tym samym stopniu narzędziem pokoju co wojny – buława Uśmierzyciel. Kiedy dawny król krasnoludów Magni Miedziobrody darował buławę młodemu księciu, powiedział, że w rękach niektórych właścicieli broń służyła przelewaniu krwi, w innych zaś tamowaniu.

Anduin chciał podziękować osobiście jak największej liczbie żałobników. Pragnąłby ukoić ich rozpacz, ale było to po prostu niemożliwe. Sam znajdował pocieszenie w głębokiej pewności, że Światłość opromienia swym blaskiem wszystkich… nawet zmęczonego młodego monarchę.

Uniósł głowę ku niebu, ku ukrytemu za chmurami słońcu, i pozwolił, by drobne krople padały mu na twarz. Pamiętał, że deszcz padał również wtedy, gdy odbyła się podobna ceremonia ku czci tych, którzy dokonali największego, ostatecznego poświęcenia, by powstrzymać potężnego Króla Lisza.

Dwie osoby, które Anduin szczerze kochał, uczestniczyły w tamtej ceremonii, ale dzisiaj ich zabrakło. Jedną był oczywiście ojciec Anduina. Drugą zaś kobieta, którą młodzieniec z uczuciem nazywał ciotką Jainą – Jaina Proudmoore. Kiedyś pani na Theramore i książę Wichrogrodu zgadzali się w swych pragnieniach, by doprowadzić do pokoju pomiędzy Przymierzem a Hordą.

I kiedyś było Theramore.

Jednak miasto Jainy zostało zniszczone przez Hordę w najstraszniejszy możliwy sposób i jego osamotniona władczyni nigdy nie zdołała otrząsnąć się całkowicie z rozpaczy i bólu po tej porażającej tragedii. Anduin miał okazję obserwować, jak bardzo się starała, tylko po to, by kolejna udręka ponownie rozdarła jej złamane serce. Wreszcie, niezdolna znieść myśli o współpracy z Hordą nawet w obliczu tak potwornego przeciwnika, jakim był demoniczny Legion, Jaina odeszła z Kirin Toru, któremu przewodziła, i od błękitnego smoka Kalegosa, którego kochała, a także od Anduina, którego inspirowała całe życie.

– Mogę? – rozległ się głos tak miły i pełen ciepła jak i jego właścicielka.

Anduin uśmiechnął się do najwyższej kapłanki, Laureny. Kobieta spytała, czy młody król życzy sobie jej błogosławieństwa. Skinął potakująco głową i poczuł, jak bolesny ucisk w piersi ustępuje, a duszę powoli wypełnia spokój. Młodzieniec z szacunkiem usunął się na bok, podczas gdy kapłanka przemawiała do tłumu, i czekał na swoją kolej.

Anduin nie zdołał wygłosić formalnej mowy na ceremonii upamiętniającej ojca. Rozpacz była wtedy zbyt świeża, zbyt dojmująca. Wraz z upływem czasu w sercu Anduina zaszła zmiana, a chociaż rozpacz nie osłabła, nie była już jednak tak niedawna, dlatego władca zgodził się powiedzieć kilka słów na dzisiejszej uroczystości.

Stanął przy grobowcu ojca. Trumna była pusta. Bez względu na to, co stało się z ciałem Variana, Legion zadbał o to, by nie można go było odzyskać. Nagrobną płytę wieńczyła kamienna figura, rysy Variana zostały uchwycone ze sporym podobieństwem i młody król, patrząc na nią, odczuwał ulgę i znajdował pocieszenie. Ale nawet najlepszy rzeźbiarz nie zdołałby oddać ognia, jaki płonął w Varianie, jego gwałtownego usposobienia, skłonności do wybuchania śmiechem, sposobu, w jaki się poruszał. W pewnym sensie Anduin cieszył się, że trumna jest pusta, bo w sercu mógł zachować na zawsze wizerunek ojca żywego i pełnego energii.

Wrócił myślami do chwili, gdy po raz pierwszy znalazł się w miejscu, gdzie poległ jego ojciec. Shalamayne, podarowany Varianowi przez Jainę, leżał tam uśpiony, pozbawiony dotyku dłoni swego pana, czekając, aż pochwyci go kolejna i będzie mógł odpowiedzieć na jej wezwanie.

Na dotyk dłoni syna wielkiego wojownika.

Kiedy Anduin ujął miecz, niemal poczuł obecność ojca i zaakceptował fakt, że teraz to on jest królem Wichrogrodu. Wtedy po raz pierwszy od śmierci Variana światło ponownie zawirowało w klindze – nie czerwono-pomarańczowy blask wojownika, ale ciepłe, złote światło kapłana.

Od tej chwili rany w duszy Anduina zaczęły się goić.

Genn Szarogrzywy nigdy nie nazwałby się elokwentnym, a jednak Anduin wiedział, że nigdy nie zapomni słów wypowiedzianych wtedy przez starego wojownika: „Czyny twojego ojca zaiste były heroiczne. Dla nas, jego ludzi, stanowiły wezwanie, byśmy nigdy nie pozwolili zwyciężyć lękowi… nawet stojąc u samych bram piekła”.

Genn mądrze podkreślił, że wcale nie chodziło o to, by się nie bać. Nie wolno było tylko pozwolić, by ten strach ich pokonał.

Nie dopuszczę do tego, ojcze. I Shalamayne wie to najlepiej.

Anduin zmusił się, by powrócić do rzeczywistości. Skinął głową Laurenie, potem odwrócił się i spojrzał na tłum. Deszcz wprawdzie padał słabiej, ale nie ustawał, zaś nikt z zebranych nie zamierzał opuszczać placu. Spojrzenie Anduina prześlizgnęło się po twarzach wdów i wdowców, rodziców pozbawionych dzieci, a także po sierotach i weteranach. Był dumny z żołnierzy, którzy polegli na polu bitwy. Miał nadzieję, że ich dusze zaznają spokoju, ukojone świadomością, że ich bliscy też byli bohaterami.

Ponieważ na Spoczynku Lwa nie było dziś nikogo, kto pozwoliłby zwyciężyć strachowi.

Anduin zauważył Szarogrzywego, który zatrzymał się nieopodal latarni. Ich spojrzenia spotkały się i stary wojownik skinął głową. Młody król pozwolił, by jego wzrok przesuwał się po twarzach zebranych, tych, których znał, i tych, których widział po raz pierwszy. Mała pandarenka ze wszystkich sił walczyła ze łzami. Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco, a ona przełknęła ślinę i odpowiedziała drżącym uśmiechem.

– Jak wielu z was znam doskonale ból straty. – Głos Anduina, czysty i dźwięczny, niósł się nawet do stojących najdalej. – Wiecie wszyscy, że mój oj… – Młody władca odchrząknął i zaczął mówić dalej. – Król Varian Wrynn… poległ w trakcie pierwszej wielkiej bitwy na Zniszczonych Wyspach, kiedy Legion po raz kolejny dokonał inwazji na Azeroth. Zginął, by ocalić swych żołnierzy, dzielnych mężczyzn i kobiety, którzy stawili czoła nieopisanej potworności, by chronić nas, nasze ziemie, nasz świat. Wiedział doskonale, że nikt, nawet sam król, nie jest ważniejszy od Przymierza. Każdy z was stracił swego króla albo królową, ojca lub matkę, brata czy siostrę, syna bądź córkę. I dzięki tej ofierze i poświęceniu wielu innych dokonaliśmy niemożliwego. – Widział w ich twarzach, jak bardzo głodni byli ulgi, jak bardzo spragnieni pokrzepienia. – Pokonaliśmy Płonący Legion. Teraz zaś oddajemy cześć tym, którzy poświęcili wszystko, by niemożliwe stało się możliwe. Oddajemy im cześć, nie umierając… ale żyjąc dalej. Lecząc swoje rany i pomagając uleczyć je innym. Śmiejąc się i wystawiając nasze twarze do ciepłych promieni słońca. Trzymając w objęciach tych, których kochamy, i upewniając się, że w każdej minucie każdego dnia będą wiedzieć, jak bardzo są ważni.

Deszcz ustał. Chmury rzedły powoli, tu i ówdzie pokazał się błękit.

– Ani nasz świat, ani my nie wyszliśmy z tego nietknięci. Wszyscy mamy blizny. Pokonany tytan przeszył Azeroth straszliwym mieczem wykutym z nienawiści, a my nie wiemy, jakie będą tego konsekwencje. W naszych sercach już na zawsze pozostaną puste miejsca. Ale jeśli pragniecie służyć królowi, który razem z wami opłakuje dziś poległych, jeśli chcecie uhonorować pamięć króla, który za was zginął, w takim razie powiadam wam: żyjcie. Za nasze życia, naszą radość, nasz świat oni ginęli. I musimy to zachować w pamięci. Za Przymierze!

Ludzie wiwatowali, choć niektórzy poprzez łzy. Nadszedł czas, by mogli przemówić inni. Anduin się wycofał i pozwolił im zająć miejsce na podwyższeniu. Jego wzrok padł na Szarogrzywego. Serce młodego króla ścisnęło się w piersi.

Obok zdetronizowanego króla Gilneas stał Matias Shaw, mistrz szpiegów i dowódca Wywiadu Wichrogrodu, WW:7. Obaj mieli ponure miny, po prawdzie Anduin jeszcze nigdy nie widział u żadnego z nich równie posępnego oblicza.

Nie przepadał za Shawem, choć szpieg wykonywał swoja robotę jak należy i służył lojalnie najpierw Varianowi, a potem Anduinowi. Młody król był wystarczająco inteligentny, by rozumieć, jaką wartość dla jego królestwa miały służby wywiadowcze. Nigdy tak naprawdę nie dowie się, ilu agentów poległo w ostatniej wojnie. W przeciwieństwie do wojowników szpiedzy działali w cieniu, żyli, służyli i umierali niedostrzegalnie, a mało kto wiedział, czego dokonali. Nie, to nie szpiegmistrza Anduin nie lubił. Po prostu nie mógł pogodzić się z myślą, że w ogóle potrzebuje takich ludzi.

Laurena dostrzegła jego wzrok i bez słowa zajęła miejsce Anduina, a młody władca ruchem głowy wskazał Gennowi i Matiasowi, że powinni porozmawiać z dala od zgromadzonych żałobników, którzy z pewnością jeszcze przez jakiś czas pozostaną na Spoczynku Lwa. Niektórzy wyraźnie ociągali się z odejściem, inni klęczeli zatopieni w modlitwie. Nieliczni ruszyli do domu, by opłakiwać utraconych w samotności. Byli też niewątpliwie tacy, którzy skierują swe kroki do karczmy, by przypomnieć sobie, że wciąż żyją i mogą cieszyć się jedzeniem, piciem i śmiechem. I aby uczcić samo życie, jak nakazał im Anduin.

Ale praca króla nigdy się nie kończy.

Trzech mężczyzn po cichu przeszło na tyły mauzoleum. Chmury już niemal całkiem zniknęły i promienie zachodzącego słońca iskrzyły się na wodach znajdującego się poniżej portu.

Anduin wsparł dłonie na kamiennym murku i odetchnął głęboko morskim powietrzem, słuchając krzyku mew. Przygotowywał się na ponure wieści, które na pewno przyniósł Shaw.

Gdy tylko Anduin usłyszał o wielkim mieczu w Silithus, natychmiast zlecił Shawowi przeprowadzenie śledztwa. Potrzebował raportu z pierwszej ręki, a nie steku najdzikszych bzdur wymyślanych przez mieszkańców Wichrogrodu. Wszystkie opisane w plotkach wydarzenia zdawały się niemożliwe, przerażające, a co gorsza – w żadnym razie nie mijały się z prawdą. Ostatni czyn zdeprawowanej istoty, ostatni i najbardziej druzgocący cios zadany w bitwie z Legionem zniszczył część Silithusu. Za pozytywny aspekt sytuacji można by uznać jedynie to, że Sargeras nie wbił swego oręża w tereny zamieszkałe, lecz wybrał sobie pustynne pustkowie. Gdyby uderzył tu, we Wschodnie Królestwa, zaledwie kontynent obok… Anduin wolał o tym nie myśleć, był wdzięczny nawet za ten nikły uśmiech losu.

Shaw jak dotąd przysyłał raporty na piśmie i Anduin nie spodziewał się zobaczyć szpiega osobiście po tak krótkim czasie.

– Mów – rozkazał.

– Gobliny, panie. Cała masa tych paskudnych stworzeń. Wygląda na to, że przybyły tam zaledwie dzień po…

Zamilkł. Nikt jak na razie nie wymyślił odpowiedniego określenia na ów miecz.

– Po wbiciu miecza – dokończył Matias.

– Tak szybko? – zdumiał się Anduin. Starał się zachować niewzruszony wyraz twarzy i nie odwrócił spojrzenia od wody.

Statki i marynarze wydają się stąd takie niewielkie. Jak zabaweczki. Takie kruche.

– Tak szybko – potwierdził Shaw.

– Gobliny może nie są czarujące, ale z pewnością przebiegłe. I niczego nie robią bez powodu – podsumował król.

– A tym powodem zwykle są pieniądze.

Tylko jedna grupa mogła tak szybko zebrać i sfinansować tak liczne oddziały goblinów – Kartel Wody Zęzowej, który miał wsparcie Hordy. W całej tej sprawie bez wątpienia maczał swoje lepkie paluchy obłudny i moralnie wybrakowany Jastor Galiwiasz. Anduin zacisnął usta.

– Zatem Horda odkryła w Silithusie coś cennego. Co tym razem? Kolejne starożytne miasto, które mogą ograbić?

– Nie, wasza wysokość. Znaleźli… to.

Król się odwrócił. Na dłoni Shawa leżała zmięta, niegdyś biała chusteczka. Rozwinął ją bez słowa.

W tkaninie kryła się niewielka złocista grudka. Przypominała miód zmieszany z lodem, ciepły i zachęcający, a zarazem chłodny i niosący ulgę. I… lśniący. Anduin przyjrzał się kamieniowi sceptycznie. Był piękny, jednak nie bardziej niż inne drogie kamienie. Zupełnie nie sprawiał wrażenia czegoś, co mogłoby przyczynić się do masowego napływu goblinów.

Skonfundowany zerknął na Genna, unosząc pytająco brew. Niewiele wiedział o pracy agenta wywiadu, a Shaw, choć ceniony, nadal stanowił zagadkę, którą młody władca dopiero zaczynał rozwiązywać.

Genn kiwnął głową, przyznając w ten sposób, że zachowanie Shawa było dziwne, a mały kamyk jeszcze dziwniejszy, ale sugerując zarazem, że Anduin powinien zaufać szpiegmistrzowi bez względu na to, do czego ten zmierzał. Król zdjął rękawicę i wyciągnął rękę.

Kamyk wpadł mu prosto w dłoń.

Anduin gwałtownie wciągnął powietrze.

Ciężar żałoby zniknął nagle, jakby rozpacz była zbroją, którą zeń po prostu zerwano. Zmęczenie się rozpłynęło zastąpione niesamowitym, wręcz iskrzącym przypływem energii i przenikliwości. Głowę Anduina wypełniły rozmaite strategie, a każda niezawodna, każda będąca zarazem źródłem zmiany w postrzeganiu, jak i początkiem trwałego pokoju między istotami Azeroth.

Nie tylko umysł młodego króla, ale i jego ciało gwałtownie i niespodziewanie osiągnęło zupełnie nowy poziom siły, zręczności i opanowania. Anduin był zdolny nie tylko zdobywać górskie szczyty, lecz wręcz przenosić góry. Mógł położyć kres wojnie, napełnić Światłością najmroczniejsze zaułki. Czuł radosny triumf, a zarazem był całkowicie spokojny i zupełnie pewien, jak spożytkować tę pędzącą falę… nie, to tsunami energii i siły. Nawet Światłość nie miała nań takiego wpływu jak… to. Wrażenie było podobne, ale mniej duchowe a bardziej fizyczne.

Bardziej alarmujące.

Przez chwilę Anduin nie był w stanie wykrztusić słowa, tylko wpatrywał się w nieskończenie cenny okruch. Wreszcie odzyskał głos.

– Co… co to jest?

– Nie wiemy – odpowiedział Shaw, nie bawiąc się w omówienia.

Czego można dokonać przy pomocy tej zdumiewającej rzeczy! Ilu można by uleczyć? Ilu wzmocnić, ukoić, pobudzić, zainspirować?

Ilu zabić?

Ta myśl była niczym cios w splot słoneczny i Anduin wyraźnie poczuł, jak rozwiewa się uniesienie spowodowane dotknięciem klejnotu.

Kiedy odezwał się ponownie, głos miał silny, a ton stanowczy.

– Wygląda na to, że Horda wie… A my musimy dowiedzieć się więcej. To nie może wpaść w niepowołane ręce.

W ręce Sylwany.

Taka moc…

Zamknął palce na niewielkim samorodku nieskończonych możliwości i ponownie spojrzał na zachód.

– Zgadzam się – odpowiedział mu Shaw. – Pilnujemy tego.

Przez chwilę stali w milczeniu, a Anduin rozważał następne słowa. Wiedział, że zarówno Shaw, jak i Szarogrzywy – nienaturalnie wręcz cichy, aczkolwiek pełen aprobaty – czekają na jego rozkazy, i cieszył się, że ma takich wiernych ludzi w swej służbie. Człowiek słaby, słabszy niż Shaw, zachowałby ten okruch dla siebie.

– Zbierz swoich najlepszych ludzi, Shaw. Jeśli zajdzie taka potrzeba, wycofaj, odwołaj ich rozkazy. Musimy dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Zwołam zebranie doradców. – Król wyciągnął dłoń po chusteczkę, po czym starannie owinął w nią tajemniczy, niewiarygodny klejnot i wsunął zawiniątko do kieszeni. Wrażenie nie było już tak intensywne, ale Anduin nadal czuł wpływ kamienia.

I tak zamierzał podróżować, odwiedzić sojuszników Wichrogrodu. Podziękować im i pomóc podźwignąć się po okrucieństwach wojny.

Teraz jego plany zostały gwałtownie przyspieszone.

ROZDZIAŁ DRUGI

Orgrimmar

Sylwana Bieżywiatr, dawna generał tropicieli Srebrnej Luny, Mroczna Pani Porzuconych, obecnie przywódczyni potężnej Hordy, była zirytowana, że przywołano ją do Orgrimmaru jak psa, który miał zaprezentować wszystkie swoje sztuczki.

Chciała wrócić do Podmiasta. Tęskniła za jego cieniami, wszechobecną wilgocią i ciszą zalegającą między kamiennymi ścianami.

Spoczywaj w spokoju, pomyślała ponuro i poczuła, że uśmiecha się mimowolnie, rozbawiona. Ale uśmiech zaraz znikł z jej twarzy, podczas gdy ona nie przestawała spacerować nerwowo po niewielkiej komnacie za tronem wodza w Fortecy Grommasza.

Zatrzymała się, czułe uszy wychwyciły odgłos znajomych kroków. Brązowa skóra zasłaniająca wejście została odsunięta i przybysz wszedł do komnaty.

– Spóźniłeś się. Jeszcze kwadrans, a byłabym zmuszona wyruszyć bez swego czempiona u boku.

Skłonił się w odpowiedzi.

– Wybacz, królowo. Zajmowałem się twoimi sprawami i zajęło mi to więcej czasu, niż przewidywałem.

Sylwana nie miała przy sobie broni, on zaś nosił łuk i kołczan pełen strzał. Jedyny człowiek, który został tropicielem – strzelec nad strzelcami. Jego umiejętności stanowiły jeden z powodów, dla których okazał się najlepszym strażnikiem jej królewskiej osoby. Istniały oczywiście i inne powody, powody, które sięgały dalekiej przeszłości, kiedy oboje spotkali się pod jasnym, pięknym słońcem, by walczyć o jasne i piękne sprawy.

Śmierć ich zabrała. Człowieka i elfkę. Nic już właściwie nie było jasne i piękne, a znaczna część ich wspólnej przeszłości stała się zamglona i niewyraźna.

Ale nie wszystko.

Chociaż Sylwana zostawiła za sobą cieplejsze emocje, gdy powstała z martwych jako banshee, jej gniew zachował żar. Niestety miała wrażenie, że teraz ów żar jedynie się tlił. Rzadko zdarzało jej się długo złościć na Nathanosa Marrisa, zwanego też Heroldem Plagi. Przecież załatwiał sprawy Sylwany i odwiedził Podmiasto, podczas gdy ją liczne obowiązki zatrzymywały w Orgrimmarze.

W pierwszej chwili chciała ująć jego dłoń, ale poprzestała na łagodnym uśmiechu.

– Wybaczam ci – oznajmiła. – A teraz opowiedz o naszym domu.

Spodziewała się, ze Nathanos wyrecytuje krótką listę niezbyt poważnych obaw i zapewnień o lojalności względem ich Mrocznej Pani.

– Sytuacja… jest skomplikowana, moja królowo – oświadczył tymczasem Nathanos.

Uśmiech Sylwany zgasł. Co tu mogło być „skomplikowanego”? Podmiasto należało do Porzuconych, a to był jej lud.

– Podmiasto dotkliwie odczuwa twoją nieobecność – wyjaśnił Nathanos. – Choć wielu czuje dumę, że wodzem Hordy został ktoś z Porzuconych, są i tacy, którzy mają wrażenie, że zapomniałaś o tych najbardziej wobec ciebie lojalnych.

Sylwana roześmiała się ponuro, ostro.

– Bain, Zaurzykieł i inni mówią, że nie poświęcam im wystarczającej uwagi, zaś mój lud twierdzi, że poświęcam im zbyt wiele uwagi. Czego bym nie zrobiła, ktoś protestuje. Jak w ogóle można tak rządzić? – Potrząsnęła głową. – Niech będzie przeklęty Vol’jin i te jego loa. Powinnam trzymać się cienia, gdzie mogłam działać skutecznie i nie byłabym nieustannie przesłuchiwana.

Gdzie mogłabym zrobić to, czego naprawdę pragnę.

Nigdy nie chciała takiego przywództwa. Nie tak naprawdę. Jak powiedziała Vol’jinowi w trakcie procesu zmarłego i wyjątkowo wręcz nieopłakiwanego Garosza Piekłorycza, była zwolenniczką subtelnego sprawowania władzy i kontroli. Ale Vol’jin, wódz Hordy, ostatnim dosłownie tchem rozkazał jej uczynić coś zupełnie przeciwnego. Twierdził, że loa, które czcił, zesłały mu wizję.

„Musisz wynijść z cienia i przewodzić.

Musisz być wodzem”.

Mroczna Pani Porzuconych szanowała Vol’jina, choć nie we wszystkim się zgadzali. Brakowało mu irytującej szorstkości, która często charakteryzowała orczych przywódców. Sylwana szczerze bolała nad jego śmiercią, i to nie tylko z powodu odpowiedzialności, jaką złożył na jej barkach.

Otworzyła już usta, żeby odezwać się ponownie do Nathanosa, gdy usłyszała łup-łup drzewca włóczni na kamiennej posadzce. Zamknęła oczy, przywołując całą swoją cierpliwość.

– Wejść – warknęła.

Do komnaty wkroczył jeden z kor’kronów, elitarnej gwardii fortecy i z nieprzeniknioną zieloną twarzą wyprężył się na baczność.

– Wodzu – zwrócił się do Sylwany. – Już czas. Twój lud cię oczekuje.

Twój lud. Nie. Jej lud był tam, w Podmieście, tęsknił za nią i czuł się zlekceważony, całkowicie nieświadom, że niczego nie pragnęłaby bardziej niż wrócić do swoich.

– Wyjdę za moment. Zostaw nas samych – zaznaczyła, na wypadek gdyby strażnik nie wychwycił aluzji.

Ork zasalutował i wyszedł posłusznie. Skóra w wejściu opadła za jego plecami.

– Będziemy kontynuować tę rozmowę po drodze – zapowiedziała Sylwana Nathanosowi. – I jest jeszcze kilka innych spraw, które chciałabym z tobą omówić.

– Wedle twego życzenia, królowo.

Kilka lat wcześniej Garosz Piekłorycz nalegał na wyprawienie w Orgrimmarze ogromnej uroczystości, by upamiętnić koniec kampanii na Północnej Grani. Nie był wtedy wodzem Hordy – jeszcze nie. Urządzono zatem paradę wszystkich weteranów, którzy chcieli wziąć w niej udział, wysypano im drogę importowanymi gałązkami sosen, a na zakończenie zapowiedziano ogromną ucztę.

Uroczystość była ekstrawagancka i kosztowna. Sylwana nie miała najmniejszego zamiaru naśladować Garosza nie tylko w tej sytuacji, ale w każdej innej. Był arogancki, brutalny i impulsywny. Decyzja, by uderzyć na Theramore niszczycielską bombą many sprawiła, że mniej twarde rasy wciąż jeszcze borykały się z wyrzutami sumienia. Sylwana miała mu tak naprawdę za złe jedynie wybór momentu, w którym dokonał tego ataku. Gardziła Garoszem, nienawidziła go i spiskowała – niestety bez powodzenia – by go zabić już po aresztowaniu, kiedy miał stanąć przed sądem oskarżony o zbrodnie wojenne. Kiedy Garosza spotkała wreszcie nieunikniona śmierć, Mroczna Pani była wyjątkowo zadowolona.

Varok Zaurzykieł, przywódca orków, i Bain Krwawe Kopyto, najwyższy wódz taurenów, również nie kochali Garosza, ale nalegali, by Sylwana dopełniła publicznego wystąpienia w Orgrimmarze i uczyniła jakiś publiczny gest, który byłby znakiem końca wojny.

„Dzielni członkowie Hordy, której przewodzisz, walczyli i ginęli, by Legion nie zdołał zniszczyć tego świata, jak zniszczył wiele innych” – zaintonował młody byk. Był zaledwie o krok od otwartego buntu przeciwko Sylwanie.

Pamiętała doskonale wygłoszone przez Varoka aż nazbyt jawne… ostrzeżenie? Groźbę?

„Jesteś teraz wodzem całej Hordy – orków, taurenów, trolli, krwawych elfów, pandarenów, goblinów – w tym samym stopniu co Porzuconych. Nie możesz o tym zapominać, w przeciwnym razie oni mogą zapomnieć”.

Tych słów, orku, z pewnością nie zapomnę, pomyślała wtedy, czując, jak gniew rozpala się w niej ponownie.

I właśnie dlatego teraz, zamiast wrócić do domu i odpowiedzieć na obawy wyrażane przez Porzuconych, Sylwana siedziała na grzbiecie jednego ze swych szkieletowych wierzchowców i machała ręką do tłumów gromadzących się na ulicach Orgrimmaru. Marsz – dopilnowała skrupulatnie, żeby nikt nie użył słowa „parada” – oficjalnie zaczynał się u bram stolicy Hordy. Po jednej stronie gargantuicznych wrót stały grupki tutejszych krwawych elfów i Porzuconych.

Elfy wystąpiły odziane z przepychem w swe zwyczajowe już barwy – czerwień i złoto. Przewodził im Lor’themar Theron. Dosiadał czerwonopiórego biegusa jastrzębiego i z wysokości siodła spoglądał Sylwanie prosto w oczy.

Byli przyjaciółmi. Theron służył pod żywą Sylwaną, kiedy jeszcze dowodziła elfimi oddziałami tropicieli. Łączyło ich braterstwo broni, podobnie jak Sylwanę i tego, który teraz jechał u jej boku jako czempion. Jednak Sylwana wiedziała, że Nathanos, zarówno przed laty, jako człowiek śmiertelny, jak i teraz, jako jeden z Porzuconych, był wobec niej niezłomnie lojalny, natomiast Theron lojalność zachowywał tylko wobec swoich poddanych.

Poddanych, którzy kiedyś byli tacy jak ona.

A teraz już w niczym jej nie przypominali.

Theron skłonił lekko głowę. Będzie służył, przynajmniej na razie. Sylwana nie przepadała za przemowami, więc tylko odpowiedziała podobnym skinieniem głowy i odwróciła się do grupy Porzuconych.

Stali cierpliwie jak zawsze, co przepełniło ją dumą, choć nie mogła okazać im żadnych szczególnych względów, nie tutaj. Przywitała ich zatem tak jak Therona i jego sin’dorei, po czym trąciła piętą wierzchowca i wyjechała za bramy. Elfy i Porzuceni ruszyli za nią, ale starali się nie tłoczyć wokół przywódczyni – wymagała tego, bezwzględnie licząc, że uda jej się skraść choć chwilę dla siebie. Miała do powiedzenia kilka kwestii przeznaczonych jedynie dla uszu swego czempiona.

– Opowiedz mi o tym, co mówią i myślą moi poddani – rozkazała.

– Z ich punktu widzenia byłaś stałym elementem Podmiasta. Uczyniłaś ich, pracowałaś, by przedłużyć ich egzystencję, stałaś się dla nich wszystkim. Twój awans na stanowisko wodza Hordy był tak nagły, a zagrożenie tak wielkie i tak bliskie, że nie zostawiłaś nikogo, kto by dbał o twój lud.

Przytaknęła milcząco. Tak, to chyba mogła zrozumieć.

– Zostawiłaś po sobie ogromną próżnię. A władza nie znosi próżni.

Sylwana otworzyła szeroko czerwone oczy. Mówił o przewrocie? Nagle jej umysł wypełniły przebłyski wspomnień sprzed kilku lat, kiedy to Varimathras, demon, który, jak sądziła, był jej posłuszny, dopuścił się zdrady. Połączył siły z niewdzięcznym łajdakiem Ropiarzem, – Porzuconym aptekarzem, który stworzył plagę zabijającą żywych oraz nieumarłych i niemalże zabił samą Sylwanę. Odebranie im Podmiasta było wyjątkowo krwawym przedsięwzięciem. Jednak nie. Niemal w tej samej chwili, gdy Sylwana o tym pomyślała, doszła do wniosku, że jej lojalny czempion nigdy nie użyłby tak lekkiego tonu, mówiąc o czymś równie przerażającym. Nathanos, co często mu się zdarzało, bezbłędnie odczytał wyraz jej twarzy i pospieszył z zapewnieniami.

– W Podmieście panuje spokój, królowo. Ale mieszkańcy powołali radę, która pod nieobecność jednego potężnego przywódcy zadba o ich potrzeby.

– A, rozumiem. Tymczasowa organizacja. Ten pomysł… jest nawet rozsądny.

Trasa przez miasto prowadziła najpierw przez aleję wzdłuż której ciągnęły się rzędy sklepów, tak zwaną Dziurę, a potem do Doliny Honoru. Dziura była kiedyś bardzo stosowną nazwą dla dzielnicy, która przylegała do ściany kanionu, w wyjątkowo mało ciekawej części miasta przed Kataklizmem. Ale w trakcie tej straszliwej katastrofy, podobnie jak i większość udręczonej Azeroth, ulica uległa fizycznej przemianie. Zupełnie niczym Sylwana, Dziura wyszła z cieni. Teraz słońce rozświetlało jej kręte uliczki. Pojawiły się tu przybytki o lepszej reputacji, jak sklepy z odzieżą albo z zapasami tuszu.

– Nazwali się Radą Opuszczonych.

– Ta nazwa to użalanie się nad sobą – mruknęła Sylwana.

– Może. Ale jest to też czytelna wskazówka dotycząca ich uczuć. – Zerknął na nią. – Królowo, krążą plotki na temat tego, co robiłaś w trakcie tej wojny. Niektóre z nich są nawet zgodne z prawdą.

– Jakie plotki? – zapytała, chyba nawet zbyt szybko. Sylwana układała plany wewnątrz planów i teraz zastanawiała się, które z nich wyszły na jaw jako plotki powtarzane przez jej lud.

– Dotarły do nich wieści o twych co bardziej ekstremalnych czynach, które miały przedłużyć ich istnienie.

Aha. Czyli o to chodzi.

– Zakładam, że dotarły też do nich pogłoski, jak to Genn Szarogrzywy unicestwił tę nadzieję – odpowiedziała z rozgoryczeniem.

Poprowadziła swój flagowiec, Bieżywiatr, do Stormheimu na Zniszczonych Wyspach w poszukiwaniu Val’kyr, by przywracać poległych. Jak na razie był to jedyny znany Sylwanie sposób na zwiększenie liczby Porzuconych.

– Niemal udało mi się zniewolić wielką Eyir. Dałaby mi Val’kyr na wieczność. Żaden z moich poddanych już nigdy by nie umarł. – Zamilkła na chwilę. – Ocaliłabym ich.

– To… właśnie ich niepokoi.

– Nie chodź opłotkami, Nathanosie. Mów otwarcie.

– Nie wszyscy pragną losu, jakiego ty pragniesz dla nich, królowo. Wielu z Rady Opuszczonych żywi głębokie zastrzeżenia. – Jego twarz, choć martwa, oczywiście, ale zachowana lepiej, niż to bywało w podobnych przypadkach po przeprowadzeniu na rozkaz Sylwany skomplikowanego rytuału, teraz wykrzywiła się w uśmiechu. – Sama stworzyłaś to zagrożenie, gdy podarowałaś im wolną wolę. Teraz mogą się z tobą nie zgadzać.

Jej blade brwi zetknęły się, na twarzy Sylwany pojawił się straszny grymas.

– Więc chcą unicestwienia? – syknęła z wściekłością. Gniew płonął w niej jasno. – Chcą gnić w ziemi?

– Nie wiem, czego chcą – odparł spokojnie Nathanos. – Pragną rozmawiać z tobą, nie ze mną.

Sylwana warknęła cicho pod nosem. Nathanos, jak zawsze cierpliwy, czekał. Mroczna Pani wiedziała, że Marris wypełni każdy jej rozkaz. Mogła choćby zaraz wysłać oddział złożony z wojowników Hordy, którzy nie byli Porzuconymi, aby pomaszerował do Podmiasta i ujął tę niewdzięczną radę. Ale nawet gdy wyobrażała to sobie z niemałą satysfakcją, wiedziała, że byłoby to niemądre posunięcie. Najpierw musiała dowiedzieć się więcej, o wiele więcej, zanim zacznie działać. Wolałaby przekonać do swoich racji każdego z Porzuconych, zamiast niszczyć radę.

– Hm… wezmę ich prośbę pod uwagę. Ale na razie chciałabym porozmawiać o czymś innym. Musimy w jakiś sposób zwiększyć zawartość kufrów Hordy – mruknęła cicho do swego czempiona. – Będziemy potrzebowali funduszy i będziemy potrzebowali ich.

Pomachała rodzinie orków. Zarówno ork, jak i jego partnerka mieli liczne blizny, ale oboje uśmiechali się szeroko, a dziecko, które podnosili nad głowy, by mogło zobaczyć wodza, było pulchniutkie i na oko zdrowe jak ryba. Najwyraźniej niektórzy członkowie Hordy kochali Sylwanę.

– Nie jestem pewien, czy zrozumiałem, królowo – przyznał Nathanos. – Oczywiście, że Horda potrzebuje funduszy i członków.

– Nie tylko członkowie mnie interesują, lecz także armia. Zdecydowałam, że jej nie rozwiążę.

Nathanos odwrócił się w siodle, by popatrzeć na nią z uwagą.

– Sądzą, że wrócili do domu. Są w błędzie?

– Chwilowo nie. Rany muszą się zabliźnić. Trzeba posiać zboża. Ale wkrótce ponownie wezwę dzielnych wojowników Hordy, by poprowadzić ich do kolejnej bitwy. Tej, na którą tak długo czekaliśmy.

Nathanos milczał. Sylwana nie postrzegała tego jako sprzeciwu czy przygany, Marris często milczał. A to, że nie domagał się dalszych szczegółów, znaczyło, że czempion doskonale pojął, czego pragnie jego królowa.

Wichrogrodu.

ROZDZIAŁ TRZECI

Orgrimmar

Spragniony pokoju król-chłopiec Anduin Wrynn stracił ojca i wszystko wskazywało na to, że źle to zniósł. Krążyły wprawdzie plotki, że odzyskał Shalamayne’a i walczył teraz zimną stalą równie dobrze jak Światłem, ale Sylwana w to wątpiła. Jakoś nie umiała sobie wyobrazić wrażliwego dziecka w takiej roli. Szanowała Variana. Nawet go lubiła. A widmo inwazji Legionu było tak porażające, że Mroczna Pani nie wahała się zapomnieć na czas jakiś o nienawiści, która podtrzymywała ją i dawała siłę jak jadło i napitek za życia.

Ale Wilk odszedł, młody lew był zaledwie kocięciem, a ludzie doznali druzgocącej straty. Byli słabi.

Byli wrażliwi na atak. Byli łatwą zdobyczą.

A Sylwana była myśliwym.

Horda zaś była twarda. Silna. Zahartowana w bojach. Jej członkowie odzyskają siły o wiele szybciej niż rasy Przymierza. Ludom Hordy potrzeba będzie mniej czasu na to, o czym Sylwana wspomniała wcześniej – na zasianie zboża, zebranie plonów, leczenie, przerwę i szansę na odzyskanie sił. Wkrótce zapragną krwi, a Mroczna Pani zaoferuje im karmazynowy płyn z żył mieszkańców Wichrogrodu – najstarszych wrogów Hordy – by zaspokoić to pragnienie.

Przy okazji Sylwana zyskałaby możliwość zwiększenia populacji Porzuconych – wszyscy ludzie, którzy zginęliby w mieście, zostaliby odrodzeni, by jej służyć. Czy naprawdę byłoby to coś strasznego? Byliby już zawsze z tymi, których kochają. Nie cierpieliby na skutek porywów furii, nie dotyczyłby ich już ból straty. Nie potrzebowaliby snu. Mogliby prowadzić swoje sprawy w śmierci równie łatwo jak za życia. Wreszcie zaznaliby zjednoczenia.

Gdyby tylko ludzie zrozumieli, jak straszne jest życie we wszystkich swoich przejawach, wtedy, w opinii Sylwany, rzuciliby się wykorzystać szansę, jaką im oferowała. Porzuceni rozumieli… a przynajmniej tak sądziła, póki Rada Opuszczonych nie zaprezentowała przeciwnej postawy.

Bain Krwawe Kopyto, Varok Zaurzykieł, Lor’themar Theron i Jastor Galiwiasz niewątpliwie wezmą pod uwagę, że zainteresowanie Sylwany tworzeniem ludzkich zwłok może wiązać się z jakimś jej planem. W końcu nie zostali przywódcami ze względu na swą głupotę. Ale zyskają okazję, by walczyć ze znienawidzonymi ludźmi, zagarnąć ich lśniące, białe miasto, sąsiednie puszcze i żyzne pola. Nie będą się krzywić na jej ciała, nie wtedy, gdy Sylwana podaruje im tak wspaniałe zwycięstwo – nie tylko korzystne ze względów praktycznych, ale też niezwykle wręcz symboliczne.

Ludzie nie mieli już bohatera, który stanąłby i zagrzał ich do walki przeciwko siłom Hordy. Żadnego Anduina Lothara, poległego z ręki Orgrima Zgładziciela, żadnego Llane’a czy Variana Wrynna. Jedynie Anduin Wrynn nosił jeszcze sławne imię, ale sam był nikim.

Sylwana, Nathanos i orszak weteranów przejechali Dolinę Honoru i zawrócili ku Dolinie Mądrości. Tam na Mroczną Panią czekał Bain. Miał na sobie tradycyjny uroczysty strój taureński i stał prawie nieruchomo, poruszając jedynie uszami i ogonem, by odpędzić brzęczące w letnim powietrzu muchy. Wokół wodza zebrało się wielu jego wojowników. W siodle Sylwana była na tyle wysoka, by każdemu popatrzeć prosto w oczy, i tak też zrobiła. Bain odwzajemnił to spojrzenie z całkowitym spokojem.

Jeśli nie liczyć pandarenów, którzy zdecydowali się sprzymierzyć z Hordą, Sylwana najmniej wspólnego miała właśnie z taurenami. Był to lud głęboko uduchowiony, solidny i spokojny. Łaknęli ciszy i spokoju natury i przestrzegali starożytnych tradycji. Kiedyś Sylwana rozumiała te uczucia, ale dzisiaj nie potrafiła się już do nich odnieść.

Najbardziej irytowało ją w Bainie to, że nawet gdy stracił ojca i kolejne niesprawiedliwości waliły mu się na rogatą głowę, młody byk nadal nade wszystko cenił pokój – pokój miedzy rasami i w sercu każdego.

Honor wymagał, by wódz taurenów służył Sylwanie, i młody byk nie zamierzał go splamić. O ile tylko Sylwana nie przekroczy granic, których jak na razie nie zdołała osiągnąć.

Położył szeroką dłoń na sercu i tupnął mocno w taureńskiej wersji salutu. Wojownicy powtórzyli ten gest i tupnięcie, a ziemia Orgrimmaru zadrżała lekko. Sylwana ruszyła, a taureni dołączyli do marszu za Porzuconymi i elfami.

Nathanos nadal milczał. Podążali wijącą się drogą ku Dolinie Duchów, wieloletniej siedzibie trolli. Wszyscy byli tacy z siebie dumni, te kilka „pierwszych” ras. Sylwana podejrzewała, że nigdy nie zaakceptowali tych, które dołączyły później – krwawych elfów, goblinów, jej ludu – jako „prawdziwych” członków Hordy. Bawiło ją, że kiedy do Hordy dołączyły gobliny, wręcz zalały Dolinę Duchów i doprowadziły tę okolicę niemalże do ruiny.

Podobnie jak taureni, trolle zaliczały się do pierwszych przyjaciół orczej rasy. Przywódca orków Thrall nazwał te ziemie Durotarem, na cześć swego ojca Durotana. Orgrimmar otrzymał swą nazwę ku pamięci jednego z pierwszych wodzów Hordy – Orgrima Zgładziciela. Po prawdzie, przed Vol’jinem wszyscy wodzowie hordy byli orkami. A przed Sylwaną wszyscy należeli do ras „założycielskich”. I byli mężczyznami.

Sylwana to zmieniła i była bardzo z tego dumna.

Podobnie jak ona, Vol’jin, przyjmując godność wodza Hordy, zostawił swój lud bez przywódcy. Trolle straciły swego reprezentanta. Może jeszcze Rokhan nadawał się do tej roli. Porzuceni mieli przynajmniej ją, nawet jeśli w roli wodza wszystkich ras. Sylwana zakonotowała sobie, żeby mianować przywódcę trolli, jak tylko będzie to możliwe. Kogoś, z kim będzie mogła pracować. I kogo zdoła kontrolować. Ostatnie, czego sobie życzyła, to przywódca trolli, który mógłby rzucić jej wyzwanie.

Choć dzisiaj wielu witało ją okrzykami radości i uśmiechami, Sylwana nie próbowała sobie wmawiać, że jest powszechnie kochana. Poprowadziła Hordę do zwycięstwa, które wydawało się niemożliwe, i przynajmniej na razie cieszyła się poparciem.

Dobrze.

Uprzejmie skłoniła się trollom i przygotowała się na spotkanie kolejnej grupy.

Nie przepadała za goblinami. Mimo że jej własne poczucie honoru było raczej elastyczne, potrafiła docenić honor innych – był dla niej niczym echo czegoś, co, jak wiele innych rzeczy, kiedyś słyszała. Ale gobliny, przynajmniej w jej odczuciu, nie były niczym więcej niż karłowatymi, paskudnymi, chciwymi pasożytami. Och, oczywiście były całkiem inteligentne, czasami wręcz niebezpiecznie – zarówno dla siebie jak i dla innych. Były też bez wątpienia kreatywne i pomysłowe. Jednak Sylwana tęskniła do czasów, gdy jej układy z tą rasą miały naturę czysto finansową. Teraz gobliny stały się pełnoprawnymi członkami Hordy i Sylwana musiała udawać, że się liczą.

Nie mogły oczywiście zjawić się bez swego przywódcy, opasłej bryły chciwości o wielu podbródkach, czyli kupieckiego księcia Jastora Galiwiasza. Stał na czele rozgęganej zbieraniny goblinów, które uśmiechały się, prezentując ostre i żółte zębiska. Patykowate nogi wydawały się zbyt zmęczone, by udźwignąć ciężar tułowia Galiwiasza, który na tę okazję założył swój ulubiony cylinder i wziął laskę. Gdy Sylwana się zbliżyła, pokłonił się tak nisko, jak mu na to pozwalała jego tusza.

– Wodzu – zagaił obłudnie przypochlebnym tonem. – Tuszę, że znajdziesz dla mnie później chwilę. Mam coś, co może cię bardzo zainteresować.

Nikt inny nie ośmielił się przy takiej okazji załatwiać swoich spraw. Ale w tych kwestiach na gobliny można było liczyć. Sylwana zmarszczyła gniewnie brwi i otworzyła usta, by mu odpowiedzieć. I wtedy uważniej przyjrzała się jego twarzy.

Sylwana miała długie życie, zanim Arthas Menethil przeciął jego nić. A teraz żyła, w pewnym sensie, ponownie. Większość tego czasu spędziła, przyglądając się rozmaitym obliczom, oceniając charakter ukryty za rysami twarzy i wypowiadanymi słowami.

Jastor często szczerzył zęby w sztucznym uśmiechu, mówiącym „jak wspaniale, że cię spotkałem”, który budził odrazę Mrocznej Pani. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj nie było w Galiwiaszu desperacji. Sprawiał wrażenie… spokojnego. Wyglądał jak gracz, który już wie, że wygrał. Śmiało zwrócił się do Sylwany, a to oznaczało, że naprawdę chciał z nią pomówić. Ale mowa jego ciała… nie garbił się służalczo, lecz stał prosto chyba po raz pierwszy, odkąd Sylwana go poznała. Zrozumiała, że ma do czynienia z kimś, kto jest gotów w każdej chwili odejść od stołu bez cienia żalu.

Tym razem to nie była gra. W istocie Galiwiasz miał coś, co mogło bardzo zainteresować Mroczną Panią.

– Porozmawiamy na uczcie – zadecydowała.

– Jak sobie tylko życzysz, pani. – Goblin uchylił cylindra.

Sylwana odwróciła się i zostawiła Jastora, aby kontynuować marsz.

– Nie ufam temu goblinowi – odezwał się ze wstrętem milczący dotąd Nathanos.

– Ani ja. Ale jeśli gobliny na czymś się znają, to na zyskach. Mogę go wysłuchać, nie czyniąc żadnych obietnic.

– Oczywiście, królowo. – Nathanos kiwnął głową.

Gobliny i trolle dołączyły do orszaku za Mroczną Panią. Galiwiasz jechał w lektyce za osobistą strażą Sylwany. Jak udało mu się zyskać tę pozycję, nie wiedziała. Kiedy ich oczy spotkały się na moment, Jastor pokazał Sylwanie uniesione kciuki i puścił oczko. Musiała się wysilić, by powstrzymać grymas odrazy. Już żałowała, że zgodziła się z nim później porozmawiać, skupiła się więc na czymś innym.

– Nadal się zgadzamy, prawda? – zwróciła się do Nathanosa. – Wichrogród musi upaść… a ofiary tej bitwy staną się Porzuconymi.

– Wszystko zgodnie z twym życzeniem, królowo. Aczkolwiek nie sądzę, żebyś musiała się przejmować akurat moim zdaniem na ten temat. Poruszyłaś tę kwestię z innymi dowódcami? Mogą mieć coś do powiedzenia. Nie sądzę, byśmy dotąd mieli pokój drożej okupiony czy bardziej wyczekiwany. Istnieje prawdopodobieństwo, że nie zechcą z niego zrezygnować tak szybko.

– Dopóki nasz wróg nie poległ, pokój nie jest zwycięstwem. Nie, kiedy właściwie bezbronna ofiara wciąż jeszcze czekała na śmierć z ręki myśliwego. I nie wtedy, gdy dalsze istnienie Porzuconych pozostawało tak niepewne.

– Niech żyje wódz Hordy! – ryknął tauren, a jego potężne płuca dały okrzykowi moc, by niósł się daleko.

– Wódz Hordy! Wódz Hordy! Wódz Hordy!

Długi „marsz zwycięstwa” miał się ku końcowi. Teraz Sylwana zbliżała się już do Fortecy Grommasza. Czekał tu na nią ostatni z przywódców, ten, do którego żywiła niechętny szacunek.

Varok Zaurzykieł był inteligentny, silny, niezłomny oraz, jak Bain, lojalny. Ale w oczach orka Sylwana dostrzegała coś takiego, co zawsze budziło w niej czujność i niepokój – przekonanie, że jeśli Mroczna Pani popełni zbyt wielki błąd, Varok może rzucić jej wyzwanie albo nawet od razu jej się sprzeciwić.

Dokładnie to przesłanie wyczytała w jego wzroku, gdy ork postąpił krok naprzód. Nie przestał patrzeć jej w oczy nawet wtedy, gdy ukłonił się lekko i odsunął na bok, by ruszyć za Sylwaną.

Jak pozostali.

Przywódczyni Hordy zeskoczyła z konia i weszła do Fortecy z wysoko podniesioną głową.

Nathanos niepokoił się, czy pozostali dowódcy poprą jej plan.

Powiem im, co mają robić… gdy nadejdzie odpowiednia chwila.

W fortecy ustawiono ciężki, grubo ciosany stół i proste ławy. W uroczystej uczcie mieli wziąć udział przywódcy wszystkich grup i kilku wybranych przez nich towarzyszy. Sylwana zasiadła u szczytu stołu, stosownie do swej pozycji.

Przyglądając się swoim współbiesiadnikom, uświadomiła sobie, że żaden z nich nie miał rodziny. W jej przypadku najbliższy roli małżonka czy obecnego towarzysza był czempion. Łącząca ich relacja była skomplikowana nawet dla nich samych.

Każdej z ras zaproponowano odprawienie rytuału celebrującego zwycięstwo lub też mającego uczcić weteranów wojny. Sylwana była gotowa przystać na ten pomysł, który z pewnością wielu ułagodzi, a do tego fundusze na ten cel zostaną wyłożone nie ze skarbca Hordy, ale każdej z ras. Pomysł wyszedł oczywiście od Baina, dla jego ludu praktykowanie takich rytuałów było integralną częścią kultury od… od czasu, gdy byli taurenami, jak sądziła Sylwana.

Trolle też się na to zgodziły, podobnie jak pandareni Hordy. Pozycja tych ostatnich była dość szczególna, stanowili w zasadzie zbiór jednostek, do których przemówiły ideały Hordy. Na pomysł odprawienia rytuału pokiwali swymi puchatymi głowami, obiecując piękny spektakl ku pokrzepieniu serc. Sylwana uśmiechnęła się sympatycznie w odpowiedzi i zapewniła, że taki występ będzie na pewno mile widziany.

Sama pamiętała, że w Quel’Thalas odbywały się wspaniałe, kolorowe, pełne blasku uroczystości z inscenizowanymi bitwami, przepychem i galą. Ale ostatnimi czasy dawne wysokie elfy zmagały się ze zdradą i uzależnieniem i stały się znacznie posępniejsze. Quel’Thalas odradzało się powoli, a krwawe elfy wprawdzie nadal kochały luksus i wygody, ale uznawały takie ostentacyjne ich przejawy za niesmaczne w obliczu tak okrutnej tragedii, jaka stała się udziałem ich ludu. Ich uczestnictwo w uroczystościach będzie krótkie i rzeczowe, zapowiedział Theron. Elfy pełne były goryczy. Podobnie jak Porzuceni. Sylwana twardo odmówiła wzięcia udziału w rytuałach, uznawszy je za stratę czasu i złota.

W tym przypadku gobliny stanęły po jej stronie, co było zabawne w pewien szczególny i ponury sposób.

Sylwana odczekała, aż szamani wszystkich ras zapoczątkują uroczystość stosownym rytuałem. Taureni zaproponowali odtworzenie jednej z istotniejszych bitew tej wojny. Wreszcie pandareni wystąpili na środek, odziani w jedwabne tuniki, spodnie i suknie w barwach jadeitowej zieleni, błękitu nieba i mdlącego różowego. Sylwana musiała przyznać, że jak na istoty tak duże, okrągłe i miękkie, jakimi wydawali się pandareni, poruszali się z zaskakującą gracją, gdy tańczyli, robili fikołki czy pozorowali starcia.

Bain wstał, by podsumować otwarcie. Powoli potoczył wzrokiem po wielkiej sali, po zgromadzonych, nie tylko przywódcach, ale i pozostałych, siedzących wokół na dywanach bądź skórach.

– Zebraliśmy się tutaj przepełnieni zarówno bólem, jak i dumą – zahuczał tauren. – Z bólem, bo wielu bohaterów Hordy poległo w straszliwej bitwie, jednak w słusznej sprawie. Vol’jin, wódz Hordy, prowadził awangardę naszych sił przeciwko Legionowi. Walczył z niezłomną odwagą. Walczył za Hordę.

– Za Hordę – odpowiedział mu posępny pomruk zebranych. Bain odwrócił się i spojrzał przed siebie. Sylwana też zwróciła się w tamtą stronę i zobaczyła broń Vol’jina oraz jego rytualną maskę powieszone na honorowym miejscu. Wszyscy pochylili głowy. Sylwana również.

– Ale nie zapominajmy, że te bitwy są dla nas powodem do dumy. Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu zniszczyliśmy Legion. Krwawo okupiliśmy nasze zwycięstwo, ale zwyciężyliśmy. Krwawiliśmy. Teraz leczymy rany. Teraz opłakujemy poległych. Teraz świętujemy! Za Hordę!

Tym razem odpowiedź nie była cicha i pełna szacunku, ale wykrzyczana pełną piersią, a radosne wiwaty niemal uniosły dach nad wielką salą.

– ZA HORDĘ!