World Classics. Oliver Twist - Charles Dickens - ebook

World Classics. Oliver Twist ebook

Dickens Charles

4,0
9,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Oliver Twist jest spędza dzieciństwo w ponurym sierocińcu. Głód, zimno i nieludzkie traktowanie to codzienność wychowanków "bidula". W dniu dziewiątych urodzin zostaje przeniesiony do innego przytułku, z którego zostaje wyrzucony na bruk, gdy prosi o dokładkę jedzenia. Od tej chwili młody bohater jest zdany tylko na siebie. Na naiwnego i dobrodusznego chłopca czekają mroczne strony życia wykluczonych. Czy los chłopca ma jeszcze szansę się odmienić?

Losy Olivera od lat niezmiennie wzruszają serca czytelników. Powieść Dickensa była wielokrotnie ekranizowana, a w najnowszej adaptacji (reż. Roman Polański, 2005) w tytułową rolę wcielił się Barney Clark.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 657

Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Charles Dickens

Oliver Twist

 

Saga

Oliver TwistTytuł oryginału Oliver Twist Copyright © 1837, 2019 Charles Dickens i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726106558 

 

1. Wydanie w formie e-booka, 2019  Format: EPUB 2.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

 

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

TOM I.

ROZDZIAŁ I.

O miejscu urodzenia Oliwera Twista i okolicznościach towarzyszących jego przyjściu na świat.

 Pomiędzy wielu innymi zakładami publicznymi, powszechnymi po wszystkich prawie, czy to mniejszych, czy większych miastach Anglii, znajdują się także i domy robocze. Posiadaniem podobnego domu roboczego szczyciło się także i pewne miasteczko, którego nazwiska z wielu i bardzo ważnych przyczyn wymienić nie mogę, a nieprawdziwego mu nadać nie chcę. W tym tedy pomniku nędzy urodził się na tym padole płaczu i przypadkowości ów śmiertelnik, którego imie na czele tego rozdziału stoi. Kiedy to nastąpiło, nadmieniać nie myślę; nie sądzę bowiem, aby ta wiadomość wielką wagę dla czytelnika mieć mogła.

 Gdy ta dziecina przez lekarza gminy w ten świat cierpień i boleści wprowadzoną została, długo wielka wątpliwość zachodziła, czyli tak długo przynajmniej pożyje, iżby mu jakie imie nadawać potrzeba. W przeciwnym bowiem razie jak największe podobieństwo było, iżbyśmy żadnych pamiętników o nim nie byli mieli; a gdyby kiedykolwiek jakie były wyszły, w kilku wierszach zawarte, byłyby przynajmniej tę zasługę nieoszacowaną miały, iżby za wzór zwięzłości i prawdziwości w pisaniu życiorysów dla piśmiennictwa wszystkich wieków i narodów uchodzić mogły.

 Lubo twierdzić wcale nie myślę, że to jest wypadkiem najszczęśliwszym i najpomyślniejszym dla istoty ludzkiej, jeżeli się w domu roboczym urodzi, to jednak powiedzieć mogę, że w obecnym szczególnym przypadku, było to najszczęśliwszem wydarzeniem, jakie tylko Oliwera Twista spotkać mogło. Niezmierna bowiem trudność zachodziła, zniewolić go do tego, aby sam na siebie przejął urząd oddychania, — czynność bardzo niemiła, do której nas jednak przyroda zmusza, chcąc, abyśmy samodzielnie i swobodnie istnieć mogli; — leżał przytem stękając na kawałku lichego materaca, a los jego tak się między tym i tamtym światem ważył, iż się na chwilę zdawało, że się najpodobniej na korzyść ostatniego stanowczo przechyli. Gdyby Oliwer był pod ów czas był otoczony troskliwemi babkami i trwożliwemi ciotkami, zręcznemi akuszerkami i głęboko uczonymi a biegłymi lekarzami, byłby się niezawodnie i niezaprzecznie do wieczności przeniósł. Ale że nikogo przy nim nie było, prócz biednej starej kobieciny, nieco podchmielonej niezwykłą ilością piwa, i lekarza obowiązkowego, przez gminę utrzymywanego, Oliwer się bez wszelkiej przeszkody z przyrodą mógł rozprawić, a ta w końcu upór jego pokonała.

 Wypadkiem tej walki było, iż Oliwer po wielu wysileniach kichnął i mieszkańcom roboczego domu nowy ciężar, na gminę nałożony, takim wrzaskiem donośnym ogłaszać począł, jakiego się tylko po chłopcu, tego prawdziwie korzystnego narzędzia, głosu, nie dłużej jak trzy minut blizko dopiero posiadającego, rozumnie spodziewać można.

 Skoro tylko Oliwer dał ten pierwszy znak swobodnego i samodzielnego użycia płuc swoich, kołdra, z różnobarwnych płatków zeszyta, i na żelaznem łóżku niedbale porzucona, nagle się ruszyła, a głowa i twarz blada młodej kobiety zwolna z poduszki się podniosła i głosem słabym dość niezrozumiale te słowa wymówiła:

 — Pozwólcie, niech dziecię zobaczę, a potem umrę!

 Lekarz siedział obrócony twarzą do ognia na kominku, grzejąc sobie przy nim ręce po kolei, a potem je zacierając; lecz gdy głos młodej kobiety usłyszał, wstał, zbliżył się do łóżka i rzekł z daleko większą dobrodusznością i uprzejmością, niżby się tego po nim spodziewać można było:

 — Nie powinnaś jeszcze myśleć o śmierci, moja kochana!

 — Niechże Bóg uchowa, moja lubko! — zawołała dozorczyni, kryjąc śpiesznie do kieszeni wielką flaszkę zieloną, z której właśnie w kąciku kilka łyków namiętnie pociągnęła, — niech Bóg uchowa, moja lubko! Jak pożyjesz tak długo, jak ja, Sir, i będziesz miała trzynaścioro dzieci, jak ja, Sir, z których wszystkie pomarły prócz dwojga, będących tutaj przy mnie w domu roboczym, to inaczej mówić będziesz, moja lubko; niech cię Bóg uchowa! Pomyśl tylko, co to znaczy być matką! Oto jest to jagnie kochane.

 To wskazanie obowiązków macierzyństwa nie musiało widocznie zrobić na chorej wielkiego i pożądanego wrażenia, kiedy na to głową tylko wzruszyła i ręce po dziecię wyciągnęła.

 Lekarz jej podał syneczka, a ona swoje blade i zimne usta namiętnie do jego czoło przytuliła, potem ręką po czole i oczach przesunęła, wzrokiem osłupiałym po izbie potoczyła, zadrżała, upadła i — skonała. Wszelkich sposobów użyto, aby ją do siebie przywrócić; nacierano jej ręce, nogi, piersi, skronie; lecz krew w jej żyłach na wieki zastygła. Mówiono jej o nadziei i pocieszeniu, ....lecz nadziei i pociechy od dawna już dla niej nie było.

 — Już się z nią skończyło, pani Niedopytalska, — ozwał się lekarz nareszcie.

 — Biedna kobiecina! to prawda, już skończyła, — odpowiedziała dozorczyni, podnosząc z kołdry korek od butelki zielonej, któren jej wypadł przy schylaniu się po dziecko, gdy je z rąk trupa odbierała. — Biedna kobiecina!

 — Niekoniecznie po mnie posełać, gdyby dziecko w nocy bardzo krzyczało, moja pani Niedopytalska, — rzekł lekarz wdziewając rękawiczki z wielkim namysłem. — Będzie ono zapewne bardzo niespokojne. Dajcie mu trochę papki.

 Poczem zasadził kapelusz na głowę, a wychodząc jeszcze raz przy łóżku się zatrzymał i dodał:

 — Nie brzydka wcale była z niej kobieta!..... Czy nie wiesz z kąd przybyła?

 — Przywieziono ją tutaj przeszłej nocy na rozkaz Wójta Gminy, — odpowiedziała staruszka. — Znaleziono ją leżącą na ulicy.... Musiała ona nie małą odbyć podróż, bo trzewiki miała podarte. Lecz z kąd przyszła i dokąd szła, o tem nikt nie wie.

 Lekarz nachylił się do nieboszczki i podniósł lewą jej rękę.

 — Stare dzieje! — rzekł potrząsając głową, — nie ma obrączki ślubnej. Dobra noc!

 Szanowny lekarz poszedł sobie na objad, a dozorczyni, posiliwszy się jeszcze trochę z butelki, usiadła przy ogniu na małym stołeczku, i zaczęła dziecię powijać i ubierać.

 Jakże pięknym przykładem potęgi ubioru był ten młodziutki Oliwer Twist!.... Zawinięty w prześcieradło, stanowiące dotąd jedyne jego pokrycie, mógł tak dobrze uchodzić za dziecko wielkiego pana, jak i żebraka;...... a najdumniejszy nawet cudzoziemiec nie byłby w stanie rozpoznać i oznaczyć tego stopnia w układzie społeczeńskim, do którego on należał. Lecz gdy obwinięty został w starą, bawełnianą sukienkę, której barwa wypłowiała od długiego używania, czyniąc już mało sto razy tę samą usługę, został natychmiast naznaczony piętnem pewnego stanu, i spadł bardzo nisko, — bo aż na stopień wychowanka gminy, — sieroty z domu roboczego, — tej nędznej, na pół z głodu umierającej istoty, która w nędzy życie swoje wlokąc, od wszystkich pogardzana i potrącana, od nikogo litości nie doznaje.

 Oliwer krzyczał żwawo. Lecz gdyby mógł był wtedy już o tem wiedzieć, że był sierotą, zostającą na łasce Starszyzny Gminy i dozorców domu roboczego, byłby może jeszcze bardziej krzyczał.

ROZDZIAŁ II.

O młodości i wychowaniu Oliwera.

 Przez następne ośm do dziewięciu miesięcy, Oliwer Twist był ofiarą systematycznej zdrady i oszukaństwa; — gdyż go bez piersi karmiono. Władze domu roboczego doniosły w swojem urzędowem sprawozdaniu o wygłodniałym i zatrważającym stanie tej nędznej sieroty; a zwierzchność Gminy z wszelką powagą i godnością u władz domu roboczego wywiedzieć się kazała, czyli przypadkiem niema takiej kobiety w ich zakładzie, któraby Oliwerowi Twistowi tego pokarmu i pocieszenia dostarczyć zdołała, jakie mu koniecznie potrzebne było. Na co, po urzędowej zwłoce, pokornie odpowiedziano, iż podobnej kobiety w domu roboczym nie było.

 W skutek tego zwierzchność Gminy wspaniałomyślnie i miłościwie postanowić raczyła, aby Oliwera wydzierzawiono; czyli innemi słowy, aby oddany został do drugiego zakładu podrzędnego, o trzy mile prawie odległego, w którym już dwudziestu do trzydziestu podobnych jemu zbrodniarzy przeciwko ustawom dla ubogich po podłodze pełzało, nie obciążonych nigdy ani zbytecznem jadłem, ani też zbytecznym ubiorem. Ci mali złoczyńcy zostawali tam pod opieką macierzyńską pewnej staruszki, która ich za opłatę tygodniową siedmiu pensów od głowy niezmiernie czule do siebie przyjmowała i ciągle tak troskliwie opatrywała, iż żadne na przeładowanie żołądka nigdy nie zachorowało. Bo też to i siedm pensów (groszy polskich) tygodniowej zapłaty od głowy, zwłaszcza przy drożyznie angielskiej, ładna i okrągła sumka! — Za siedm pensów wiele dostać można, — za siedm pensów można nawet czasem i żołądek przeładować, i to niebezpiecznie.

 Owa staruszka była to kobieta niepospolitego doświadczenia i rozumu; znała się ona dobrze na tem, co pożytecznem było dla dzieci, lecz też i o tem jeszcze lepiej wiedziała, co, kiedy i pod jakiemi warunkami dla niej samej najkorzystniejsze być mogło. Ztąd też, idąc za roztropnością i przebiegłością swoją, większą część owej tygodniowej zapłaty jako rządna gospodyni dla siebie oszczędzała, a wzrastające pokolenie Gminy na mniejsze jeszcze porcyje wskazała, jak mu pierwotnie przeznaczone były; przez co, znalazłszy w tak wielkiej głębi, jeszcze większą głębię, jasno dowiodła, iż niepospolitą gospodynią i filozofką była.

 Komuż by nie była znajoma powieść o pewnym wielkim badaczu i praktycznym filozofie, który przez głębokie dociekanie do utworzenia tej bardzo przemyślnej i pożytecznej teoryi doszedł, że koń bez jadła żyć może. A ponieważ wszyscy filozofowie praktyczni wszystko zawsze na własną korzyść obrócić umieją i do osobistego zysku przedewszystkiem stosują, dla tego też i ów filozof swojej teoryi na własną korzyść poprzód chciał doświadczyć, nimby sposób wyszukał spieniężenia swojego wynalazku, lub przynajmniej ciągnienia z niego dochodu przez długie lata, uzyskawszy od rządu na to przywilej. Jakoż udało mu się było przyprowadzić swego konia już do tego, że się jednem źdźbłem słomy na dzień mógł obejść. I niezawodnie byłby się z niego tak dziarskiego i ognistego rumaka doczekał, jakiego nikt jeszcze dotąd nie miał, gdyby śmierć jego nie była nastąpiła właśnie na dwadzieścia cztery godzin przed tem, nim czysto-filozoficzną strawę z powietrza po raz pierwszy miał dostać.

 Nieszczęściem dla naszej praktycznej filozofki, której opiece i staraniom mały Oliwer Twist był poruczony, tenże sam skutek wieńczył ten system jej rządności i oszczędności; zwykle bowiem się wydarzało, iż tejże tak miłej dla staruszki chwili, kiedy dziecko sposób wynalazło żyć ile możności jak najmniejszą ilością ile możności jak najlichszej strawy, z dziesięciu pewnie ośm do dziewięciu jakby na złość umierało, i to albo z zimna lub głodu, albo też wpadłszy w ogień przez niedbałość, albo też udusiwszy się jakimkolwiek bądź przypadkiem. Zawsze jednak ta biedna, nędzna istota na tamten świat się przeniosła i do ojców swoich dostała, którzy jej tutaj na tym nie byli wcale znani.

 Jeżeli zaś przypadkiem śledztwo ściślejsze jak zazwyczaj nastąpiło z przyczyny niezwykłej śmiertelności sierót Gminy, które albo przy składaniu łóżek niespostrzeżono, albo też przez nieostrożność przy praniu bielizny gorącą wodą oparzono, — co się jednak bardzo rzadko wydarzyło, gdyż rządna staruszka jak najusilniej wszystkiego, co najmniejsze podobieństwo do prania bielizny miało, unikać umiała, — a Sądy przysięgłych sobie coś w głowie ubrdały, i żądały, aby im na ich nudne pytania odpowiadano; albo też jeżeli lud Gminy w nie swoje rzeczy wtrącać się zaczął, i zaskarżenie swoje z licznemi podpisami do władz wyższych podać zamyślał, wtedy zwykle podobnem nieprzyzwoitościom zaświadczeniem lekarza, lub też złożeniem przysięgi Woźnego Gminy natychmiast zaradzić umiano; pierwszy bowiem zawsze ciało trupa otwierał i nigdy w niem nic nie znalazł, — co było rzeczywiście jak największą prawdą; — drugi zaś bez pytania wszystko przysięgą swoją stwierdzał, co tylko powagę urzędników zakładu utrzymać mogło, a to nie małem poświęceniem z jego strony było. Prócz tego zbór zwierzchników Gminy czasami także pielgrzymki do owego zakładu odprawiał; zawsze jednak dniem poprzód Woźnego z tem uwiadomieniem wysłał, że przybędzie. Gdy tedy przybyli, zastali wszystko w porządku, dzieci umyte i czysto ubrane, a czegóż więcej naród od nich mógł żądać?..

 Niepodobna się spodziewać, aby takowy sposób wydzierzawienia dzieci miał korzyści nadzwyczajne przynosić. To było też powodem, że ósma rocznica urodzin Oliwera Twista zastała go chłopcem bladym, chudym, znędzniałym i bardzo szczuplutkim. Lecz przyroda, czyli też prawa dziedziczność pierś jego za to niepospolicie silnemi płucami uposażyła, które z powodu szczupłej strawy zakładu wiele miały miejsca do rozszerzenia się i rozrastania. A może też i tej okoliczności przypisać potrzeba, że Oliwer ósmych urodzin swoich dożył.

 Cokolwiek bądź, to jednak pewna, że to była właśnie ósma rocznica jego urodzin, a on ją obchodził w piwnicy na węgle, w dobranem towarzystwie dwóch innych rówienników swoich, którzy się z nim najprzód dla zdrowia pobili, później zaś do piwnicy za tę wielką zbrodnię zamknięci zostali, iż się głodnymi być poważyli, kiedy pani Mann, owa poczciwa gospodyni domu, niespodziewanym widokiem pana Bumble, Woźnego Gminy, przestraszoną została, który się do drzwiczek od bramy ogrodowej dobijał i je odemknąć usiłował.

 — O dla Boga najwyższego! Czy to wy , panie Bumble? — zawołała pani Mann, wychylając głowę przez okienko z przedziwnie udanem uniesieniem radości. — Zosiu, wyprowadź natychmiast Oliwera i jego dwóch towarzyszów z piwnicy i umyj ich spiesznie.... O dalibóg, panie Bumble! jakże się cieszę, że was oglądam, Sir.

 Lecz pan Bumble był to mężczyzna otyły i do tego bardzo popędliwy. Zamiast tedy mile i przyjaźnie odpowiedzieć na to przychylne i serdeczne powitanie, wstrząsnął gniewliwie małemi drzwiczkami i uderzył nakoniec nogą w nie z taką siłą, na jaką się tylko noga Woźnego Gminy kiedykolwiek zdobyć mogła.

 — O na miłość Boga! — zawołała pani Mann, wypadając ze swojego mieszkania,.... będąc teraz pewną, iż owych trzech chłopców pod ten czas z piwnicy wyprowadzono, ubrano i umyto; — o na miłość Boga! a ja zapomniałam całkiem, że drzwiczki z wewnątrz zamknięte, aby ta kochana dziatwa na ulicę nie wybiegła.... proszę wejść Sir, proszę wejść, proszę....

 A każdemu słowu tych zaprosin taki dyg wdzięczny i powabny towarzyszył, żeby nawet serce samego Wójta Gminy był zmiękczył, lecz serca pana Bumble zmiękczyć nie potrafił.

 — Czy sądzisz, moja mości pani Mann, — łajał w gniewie pan Bumble, chwyciwszy mocniej za laskę, — że to jest przyzwoicie i zgodne z winnem uszanowaniem dać tak długo czekać za bramą od ogrodu urzędnikowi Gminy, przybywającemu do ciebie w sprawie Gminy, dotyczącej się sierót Gminy, ha, co? Czyś może o tem zapomniała, moja mości pani Mann, że i ty jesteś w usługach Gminy i płatną od Gminy?

 — Wiem o tem, wiem, panie Bumble! Ja poszłam tylko te lube dzieci, które was tak bardzo kochają, o waszem przybyciu, Sir, uwiadomić, — odpowiedziała pani Mann z nadzwyczajną pokorą i uległością.

 Pan Bumble nie małe miał rozumienie o potędze swej wymowności i godności. Pierwszą okazał, a drugą sobie wywalczył. Spuścił tedy trochę z tonu.

 — Dobrze już dobrze, moja pani Mann, — odpowiedział Bumble cokolwiek spokojniej; — być może iż się rzecz tak ma jak mówisz, być może. Proszę iść naprzód, moja pani Mann. Ja tu przychodzę z urzędu i mam pewne polecenie dopełnić.

 Pani Mann zaprowadziła Woźnego do małej izdebki z posadzką cegłą wykładaną, podała mu krzesło i położyła własnoręcznie z uprzejmością nadzwyczajną jego kapelusz trójgraniasty i laskę urzędową przed nim na stoliku. Pan Bumble otarł pot z czoła, którym przechadzka ono pokryła, spojrzał z upodobaniem na swój kapelusz trójgraniasty i uśmiechnął się. Tak jest, on się uśmiechnął. Wszak Woźnemi są tylko ludzie; dla tego się też i pan Bumble uśmiechnął.

 — Gdybyście mi tego za złe nie wzięli, panie Bumble, co wam powiem.... — ozwała się pani Mann z ujmującem przymileniem; — droga trochę daleka, Sir,.... wy o tem sami wiecie, inaczej bym się wspomnieć nie poważyła;.... możebyście się kapkę czego dla posilenia napili, panie Bumble?

 — Ani kapki,.... ani kapki!.... — odpowiedział pan Bumble, posunąwszy prawą ręką poziomo w powietrzu z pewną spokojnością i godnością.

 — Ale przecie, — nalegała pani Mann, umiejąc dobrze ocenić i dźwięk głosu, z jakim to odmówienie wyrzeczono, i ruch ręki, który mu towarzyszył. — Tylko małą kapeczkę Sir, wraz z kropelką zimnej wody i odrobinką cukru.

 Pan Bumble krząknął.

 — Tylko kapeczkę, — nalegała pani Mann uporczywie.

 — Cóż tam masz takiego? — zapytał nareszcie Woźny.

 — Coś, co zawsze pod ręką mieć muszę dla dzieci na przypadek, gdyby które z nich zachorowało. Kontuszuwkę, jeżeli przyjąć zechcecie, panie Bumble, — odpowiedziała pani Mann idąc do szafki w kącie stojącej, z której butelkę i flaszkę wyjęła. — Czyściutką kontuszuwkę!

 — I ty, moja droga pani Mann, dzieciom wódkę dajesz? — zawołał Bumble z zadziwieniem, śledząc chciwie oczyma nader zajmujące widowisko żarcia się wódki z wodą.

 — Bóg widzi, że to czynię, chociaż w tych czasach bardzo droga, — odpowiedziała ta poczciwa gospodyni; — wszak wiecie sami Sir, żebym tego na sercu nie zniosła, gdyby które z tych biedaków cierpieć miało.

 — To prawda, to prawda, — potwierdził Bumble; — wiem ja o tem dobrze, iż jesteś kobietą litościwą; prawdziwą matką dla nich, moja pani Mann.

 Tutaj pani Mann szklankę przed nim postawiła.

 — Przy najbliższej sposobności zrobię o tem wzmiankę przełożonym Gminy, droga pani Mann.

 Tutaj szklankę przysunął do siebie.

 — Raz jeszcze powtarzam, żeby nawet rodzona matka tkliwszą dla nich być nie mogła.

 Teraz wodę z cukrem i wódką zamieszał.

 — Piję,.. piję za zdrowie twoje moja pani Mann!

 I za jednym łykiem szklankę odrazu do połowy wychylił.

 — A teraz pomówmy o naszych sprawach urzędowych, — ozwał się w końcu Woźny Gminy, dobywając z kieszeni bocznej skórzanego pularesu. — Znajduje się tutaj chłopiec, któremu na chrzcie imie Oliwer,.. Oliwer Twist dano. Temu się dzisiaj właśnie ośm lat skończyło.

 — Niech go Bóg od złego uchowa! — rzekła pani Mann, końcem fartuszka oczy sobie zaogniając.

 — Jednak, pomimo wypisaną nagrodę dziesięciu funtów, którą później na dwadzieścia podwyższono,.... pomimo to nadzwyczajne, i śmiało powiedzieć mogę, niesłychane, niepojęte wysilenie Zwierzchności Gminy i Władz domu roboczego, — rzekł Bumble w uniesieniu, — niepodobna było dotąd jeszcze wykryć, kto był jego ojcem, ani też imienia, godności, i rodu jego matki.

 Pani Mann załamała ręce z zadziwienia; po chwili namysłu jednak rzekła:

 — Jakimże więc sposobem on jednak ma imie i nazwisko?

 Woźny wyprostował się na to pytanie z dumą na krześle i odpowiedział:

 — Ja mu to jedno i drugie nadałem!....

 — Kto,.. wy panie Bumble?

 — Tak jest, ja, pani Mann. Nadajemy naszem sierotom nazwiska w porządku abecadłowym. Na ostatniego przed nim padło z kolei S., nazwałem go tedy Swubble. Ten przypadł na T., Twist się przeto nazywa. Następujący po nim zowie się Unwin, a ostatni Vilkins. Mam ja nazwiska wypisane na wszystkie głoski abecadła od początku aż do końca; a gdy do Z  dojdę, to znowu od A  zaczynam.

 — Jak widzę, to z was prawdziwy uczony, Sir, — rzekła pani Mann.

 — Być to może, — odpowiedział Woźny, któremu ta uwaga widocznie mocno pochlebiała, — być może,.. moja pani Mann.

 Skończywszy potem wódkę z wodą, dodał:

 — Oliwer już jest za stary, aby tutaj mógł dłużej pozostać; zwierzchność Gminy przeto postanowiła odebrać go napowrót do domu roboczego, a ja tu sam osobiście przyszedłem, aby go wziąść ze sobą;.... bądźże więc tak dobra, moja pani Mann, i każ mi go natychmiast przywołać.

 — Ja sama pójdę zaraz po niego, — odpowiedziała pani Mann i w tym celu z izby wyszła.

 Pan Bumble nie długo czekać musiał. Albowiem dobrotliwa opiekunka Oliwera, którego pod ten czas o tyle przynajmniej z grubej skorupy brudu, twarz i ręce jego pokrywającej, oczyszczono, o ile to się przez jednokrotne obmycie uczynić dało, niebawem go do izby wprowadziła.

 — Ukłoń-że się temu panu, Oliwerze! — rzekła pani Mann do niego.

 Oliwer się nizko skłonił; lecz wątpliwość pozostała, czyli Woźnemu na krześle, lub też jego kapeluszowi trójgraniastemu na stole.

 — Czy pójdziesz chętnie ze mną, Oliwerze? — zapytał pan Bamble uroczyście.

 Oliwer chciał właśnie odpowiedzieć, żeby z największą ochotą z kimkolwiek bądź poszedł, byle tylko z tego zakładu raz został uwolnionym, gdy podniósłszy oczy w górę, z wejrzeniem pani Mann, stojącej za krzesłem Woźnego, się spotkał, która, przenikając jego myśli, pięścią z wściekłością mu pogroziła. Zrozumiał on natychmiast to skinienie, gdyż ta pięść za nadto często po sobie wrażenia na jego ciele zostawiała, aby i w jego pamięci niemiłego wrażenia zostawić nie była miała.

 — Czy pani także pójdzie ze mną? — zapytał biedny Oliwer.

 — Nie, — odparł Woźny; — ale ona cię może czasami odwiedzić, jeźli zechce.

 Nie byłać to wprawdzie wielka pociecha dla biednego chłopczyny; lecz jakkolwiek jeszcze młody, tyle jednak rozsądku już posiadał, że natychmiast poznał, iż mu wielki żal udawać wypadało. Jeżeli zaś o to chodziło, aby się rzewnemi zalać łzami, trudność w tem wielka dla nieszczęśliwego chłopczyny nie była, albowiem głód i świeżo odebrane chłosty, silnie mu do tego pomagały. Oliwer tedy jak najszczerzej się rozpłakał.

 Pani Mann, widząc ten dowód dobrego serca chłopczyny, mało sto razy go uściskała, i przyniosła mu kromkę chleba z masłem, z czego Oliwer daleko bardziej rad był, a drugą dała mu na drogę, ażeby nie wyglądał bardzo wygłodniały, gdy do domu roboczego przybędzie.

 Z kromką tedy chleba z masłem w jednej ręce i małą szarą czapeczką na głowie, tem piętnem każdej sieroty Gminy, Oliwer w towarzystwie pana Bumble to smutne mieszkanie opuścił, w którem najmniejsze słówko przyjaźne, lub spojrzenie przychylne, pierwszych lat jego dziecieństwa nie rozweseliło. A jednak smutek i boleść serce jego dziecięce opanowała, gdy brama ogrodowa za nim się zamknęła. Jakkolwiek owi towarzysze wspólnej nędzy, których tutaj zostawiał, byli biedni i mali, byli oni jednak jedynemi przyjaciołami, których dotąd zaznał, a gorzkie uczucie zupełnego opuszczenia i usamotnienia na tym niezmiernym świata obszarze, zajęło po raz pierwszy serce tego chłopczyny.

 Pan Bumble szerokim krokiem pośpieszał, a mały Oliwer, uczepiwszy się poły jego złotemi galonami obszytej sukni, biegł obok niego, zapytując się za każdym ćwierć-milowym słupkiem, czy jeszcze daleko mają? na co pan Bumble zawsze krótko i gniewliwie odpowiadał; gdyż ta czułość chwilowa, którą wódka z wodą w sercu niektórych ludzi wznieca, dotąd już zupełnie wywietrzała, a pan Bumble, uczuciem swej godności na wskróś przejęty, napowrót się stał Woźnym całą gębą.

 Oliwer nawet ćwierć godziny spełna pomiędzy murami domu roboczego jeszcze niezabawił, zostając pod opieką staruszki, której go Woźny powierzył, i drugą kromkę chleba z masłem zaledwie pokonał, kiedy pan Bumble już powrócił i oświadczył mu, że to jest godzina zboru Władz domu roboczego, Wójta i ławników, a posiedzenie ich natychmiast nastąpi.

 Oliwer, nie mając jasnego i dokładnego pojęcia, co to jest zbór i ławnicy, przeląkł się na tę wiadomość, zdziwił, i nie wiedział, czy się ma śmiać lub płakać. Nie miał jednak na tyle czasu, by się dobrze nad tem zastanowić, gdyż pan Bumble raz laską w głowę go uderzył, aby go z tego rozmyślania obudzić, a drugi raz w plecy, aby mu pośpiech zalecić. Rozkazawszy mu potem iść za sobą, zaprowadził go do obszernej, wybielonej izby, w której ośmiu do dziesięciu Jegomości przy okrągłym stole siedziało, a na czele ich, w krześle poręczowem, nieco nad inne wywyższonem, Jegomość nadzwyczaj otyły z obliczem pełnem i rumianem.

 — Ukłońże się panom zboru i ławnikom, — napomniał go Woźny.

 Oliwer otarł kilka łez, które mu się z ócz potoczyły, i ukłonił się szczęśliwie stołowi.

 — Jak się nazywasz chłopcze? — zapytał go nareszcie ów rumiany Jegomość z wysokiego krzesła.

 Oliwer tak się przeląkł na widok tylu panów, że na całem ciele drżeć zaczął, a Woźny przytem tak silnie kułakiem nieznacznie z tyłu go uderzył, że się biednemu chłopczynie aż na płacz zebrało; te dwie przyczyny były zaś powodem, że zborowi głosem drżącym i niewyraźnym odpowiedział, z czego wynikło, iż jeden z przytomnych Jegomości, w białej kamizelce, głupim chłopcem go nazwał, co było oczywiście bardzo skutecznym środkiem do uspokojenia Oliwera, oddalenia od niego trwogi i wzniecenia w nim śmiałości i odwagi.

 — Chłopcze, — ozwał się powtórnie ów Jegomość z wysokiego krzesła; — posłuchaj mnie! Sądzę, że wiesz, iż jesteś sierotą?

 — Cóż to znaczy, Sir? — zapytał biedny Oliwer.

 — Ten chłopiec rzeczywiście głupi,.... wiedziałem o tem, — wtrącił Jegomość w białej kamizelce stanowczo.

 Jeżeli to prawda, że bywają stworzenia, obdarzone władzą poczucia istót, do tegoż samego rzędu, co i one należących, więc i nasz Jegomość w białej kamizelce był niezaprzecznie uzdolniony do wydania owego sądu i wyroku stanowczego.

 — Pst! — napominał Jegomość z wysokiego krzesła. — Spodziewam się przecież, iż o tem wiesz przynajmniej, że nie masz ani ojca, ani matki, i że cię Gmina na swoje koszta utrzymuje, nieprawdaż?

 — Wiem panie! wyjąkał Oliwer, płacząc rzewnie.

 — Czego ty płaczesz? — zapytał Jegomość w białej kamizelce. A musiało to być coś bardzo nadzwyczajnego. — Czego on tylko płakać może.

 — Spodziewam się, że mówisz przecież pacierz co rano i wieczór, — ozwał się znów inny Jegomość grubym głosem, — i modlisz się za tych, którzy cię żywią, odziewają i pielęgnują, jak na prawego Chrześcijanina przystoi?

 — Tak jest, — odpowiedział chłopczyna.

 Ten ostatni Jegomość mimowolnie wielką prawdę wyrzekł. Trzeba było na to być Oliwerowi rzeczywiście prawym Chrześcijaninem, i to nadzwyczajnie gorliwym i cnotliwym Chrześcijaninem, aby się za tych modlić, którzy go żywili, pielęgnowali, i staranie o nim mieli. Lecz on tego nie czynił, gdyż go nikt modlić się nie nauczył.

 — Kazaliśmy cię tutaj przyprowadzić, aby ci dać wychowanie i rzemiosła pożytecznego cię nauczyć, — rzekł rumiany Jegomość z wysokiego krzesła.

 — Zaczniesz przeto od jutra szóstej godziny z rana kłaki skubać, — dodał Jegomość w białej kamizelce.

 Za to połączenie owych dwóch dobrodziejstw w jednej tak prostej czynności skubania kłaków, Oliwer nizkim ukłonem podziękował na skinienie bardzo dobitne Woźnego, który go potem do obszernej izby zaprowadził, gdzie się ten biedny chłopczyna na łóżku twardem ułożyć musiał, i płaczem w sen ukołysał.

 Jaki piękny obraz praw litościwych naszego kraju błogiego!.... Wszak pozwalają zasnąć człowiekowi biednemu,.... jeżeli może!

 Biedny Oliwer!.... Kiedy snem błogim ujęty spoczywał, w zupełnej niewiadomości wszystkiego, co się w koło niego działo, ani mu się śniło, że zbór tego jeszcze wieczora postanowienie uchwalił, które wpływ największy na całą jego przyszłość wywrzeć miało. A jednak to w istocie się stało, rzecz zaś cała następnie się miała:

 Członkowie tego zboru byli to wszystko ludzie mądrzy, rozważni, głęboko rzeczy biorący. Kiedy więc całą swoją uwagę na dom roboczy zwrócili, na pierwszy rzut oka do razu to dostrzegli, czego by ludzie zwyczajni nigdy nie byli dociekli, to jest: że się tutaj ludziom biednym bardzo podobało! Wszakże ten dom roboczy był miejscem zwyczajnem zabawy dla biedaków;... gospodą, w której przez cały rok śniadanie, — objad, — herbatę i wieczerzę mieli,... a nic za to wszystko płacić nie potrzebowali,... niejako rajem ziemskim, gdzie tylko sama zabawa, a żadnej pracy nie było.

 — Hola! — zawołał wtedy zbór, potrząsając głową z wielką mądrością, — my właśnie jesteśmy ludzie do tego najstósowniejsi, aby te nadużycia znieść i wszystkie zboczenia na drogę porządku sprowadzić; my temu wszystkiemu złemu w krótce tamę położymy.

 W skutek tego zbór w swej mądrości postanowił, ażeby każdemu biedakowi, w tym domu roboczym pomocy szukającemu, do wolnego wyboru zostawiono, — gdyż oni przemocą nikogo do tego zmuszać nie chcieli, broń Boże! — czyli chce powoli umrzeć z głodu w domu roboczym, lub też szybko bez tego domu. W tym celu zawarli ugode z przedsiębiorcą, dostarczającym wodę do tego zakładu, o dostarczanie codziennie niezmierzonej ilości wody, a drugą z kupcem zboża i mąki o dostarczanie czasami szczupłej ilości owsianej mąki, i wyznaczyli dla ubogich w tym zakładzie zostających trzy razy na dzień cienkiej polewki owsianej, dwa razy na tydzień po główce cebuli i co Niedziela po półbułeczki na jednego.

 Prócz tego wiele jeszcze nie mniej mądrych i ludzkich rozporządzeń uchwalono, dotyczących się po większej części kobiet, które jednak pominąć wolemy. Przez nadzwyczajną dobroć serca, mając wzgląd na koszta znaczne rozwodów sądowych, postanowili także sami o rozwód dla zaślubionych się postarać, i zamiast do tego zniewalać, aby mąż rodzinę swoję utrzymywał,... czego się dotąd sumiennie trzymali, teraz przeciwnie, rodzinę mu odbierali, i człowieka bezżennego na powrót z niego robili.

 Czyliby się wielu z różnych stanów społeczeństwa było znalazło, którzyby z tego dobrodziejstwa byli korzystać chcieli, gdyby ono z domem roboczym nie było koniecznie połączone, to się na teraz z wszelką dokładnością powiedzieć nie da. Lecz Władze domu roboczego byli to ludzie przezorni, doświadczeni; wcześnie zatem tej niedogodności zapobiedz i trudności zaradzić umieli. Owe dobrodziejstwo było bowiem z domem roboczym i owsianką niezbędnie połączone, a to ludzi odstręczało.

 Przez pierwsze sześć miesięcy po przybyciu Oliwera do domu roboczego trzymano się jak najściślej i najsurowiej owego rozporządzenia. Z początku to wznowienie wielkie wydatki za sobą pociągnęło, a to z przyczyny coraz bardziej wzrastającego rachunku Przedsiębiorcy pogrzebów, i potrzeby koniecznej ścieśnienia odzieży wszystkich biedaków, na których ta odzież, po kilkutygodniowem użyciu owsianki, bardzo przestrona się stała, i na nich jak wory wisiała; lecz za to ilość mieszkańców domu roboczego znacznie się przerzedziła, a zbór się rozpływał w uniesieniu radości.

 Izba, w której sierotom jadło rozdawano, była obszerna, murowana; na jednym końcu wisiał kocioł, a przy nim stał kucharz, swoim fartuchem kucharskim opasany i rozdawał dzieciom owsiankę wielką warzechą, przy pomocy dwóch kobiet, umyślnie w tym celu mu przydanych. Każdy chłopiec dostał jednę taką warzechę tej strawy, ale też i nic więcej,... wyjąwszy jednak wszystkie święta, Niedziele i dnie uroczyste; wtedy bowiem dodawano im jeszcze do tej owsianki cztery łuty i ćwierć chleba.

 Talerzy nigdy myć nie potrzebowano. Chłopcy je bowiem swojemi łyżkami tak długo skrobali, dopokąd nie były na powrót tak czyste i lśniące jak szkło,.... a kiedy już tę całą czynność ukończyli, — co bardzo długo nigdy nie trwało, talerze bowiem nie wiele były większe od łyżek, — biedne dzieci, rzucając takie wygłodniałe spojrzenia na kocioł i ognisko, jakby i te kamienie nawet, z których się składało, pożreć były chciały, oblizywały sobie palce starannie, aby najmniejszej kropelki nawet na nich nie pozostawić, jeżeliby przypadkiem jaka na nie padła.

 Chłopcy zwykle apetyt niepospolity miewają.

 Oliwer Twist i jego towarzysze znosili cierpliwie te powolne męki konania z głodu przez całe trzy miesiące. Lecz w końcu tak im głód mocno dopiekać zaczął, że jeden z nich, nieco roślejszy, jakby na jego wiek wypadało, i do podobnego życia wcale nie przyzwyczajony, — gdyż jego ojciec małą garkuchnię utrzymywał, — nie mogąc dłużej znieść tych cierpień, z tą groźbą przed swoimi towarzyszami się oświadczył, iż tej nocy jeszcze najbliższego swego sąsiada nadkąsi, — a był to właśnie chłopiec bardzo wątły i słabowity, — jeżeli jednego talerza owsianki przynajmniej tego dnia więcej nie dostanie. Oczy jego przytem takim ogniem dzikości i żarłoczności pałały, że mu wszyscy natychmiast na słowo uwierzyli.

 Złożono tedy radę ogólną i puszczono na losy, który z nich tego jeszcze wieczora po wieczerzy przed kucharza ma wystąpić i od niego więcej zażądać. Los padł na Oliwera.

 Wieczór nadszedł; wszyscy chłopcy na swych miejscach zwyczajnych zasiedli; kucharz stał przy kotle w swym kucharskim ubiorze, a za nim obie pomocnice; rozdzielono owsiankę i zmówiono długi pacierz nad tem krótkiem jadłem. Owsianka znikła w oka mgnieniu, a chłopcy zaczęli szeptać pomiędzy sobą, na Oliwiera mrugać, najbliźsi zaś sąsiedzi łokciem go potrącać.

 Prawda że Oliwer był jeszcze wtenczas chłopcem małym, młodziutkim; lecz głód dopiekający przyprowadził go w końcu do rozpaczy i zupełnej niedbałości o siebie. Wstał tedy od stołu, zbliżył się z talerzem i łyżką w ręku do kucharza, i rzekł sam swoją śmiałością zdziwiony:

 — Proszę o więcej, panie!

 Kucharz był to człowiek otyły, krwisty, rumiany; na to żądanie Oliwera jednak zbladł jak chusta. Z przerażenia oparł się o kocioł, i spoglądał osłupiały przez kilka chwil na tego małego buntownika. Pomocnice stały jak wryte z zadziwienia, a resztę chłopców przestrach jakby poraził.

 — Co? — wybełkotał przecież nakoniec kucharz głosem słabym.

 — Proszę o więcej, panie, — odpowiedział Oliwer.

 Teraz dopiero kucharz się opamiętał, warzechą Oliwera w głowę ugodził, za kołnierz go chwycił i głośno za Woźnym wołać zaczął.

 Zbór przełożonych Gminy i Władz domu roboczego zgromadził się właśnie na uroczyste posiedzenie, gdy Bumble w największem pomięszaniu wpadł do izby obradowej, i zwróciwszy się do Jegomości na wysokiem krześle, odchodząc prawie od siebie, zawołał:

 — Panie Limbkins,.... proszę mi wybaczyć, Sir,.... Oliwer Twist żądał więcej!  Wszyscy struchleli, a zgroza i przerażenie na ich obliczu się malowało. Po chwili jednak ogólne wzburzenie nastąpiło.

 — Więcej!! — zawołał pan Limbkins. — Uspokój się trochę, panie Bumble, i opowiedz nam dokładnie: Czy to się ma znaczyć, że Oliwer żądał więcej, kiedy już część swoję, z urzędu przeznaczoną, dostał i spożył?

 — Tak jest, Sir, — odpowiedział Bumble.

 — Ten chłopiec będzie wisiał, — rzekł na to znany nam Jegomość w białej kamizelce. — Ja jestem przekonany, że ten chłopiec będzie wisiał.

 Nikt się nie sprzeciwiał temu zdaniu proroczemu Jegomości w białej kamizelce. Nastąpiła żywa i burzliwa narada, po której Oliwera do więzienia domowego natychmiast zamknięto. Nazajutrz zaś przybito zewnątrz na bramie obwieszczenie, ofiarujące pięć funtów nagrody każdemu, ktoby chciał zakład od Oliwera uwolnić, biorąc go do siebie. Czyli raczej, innemi słowy: pięć funtów i Oliwera Twista w dodatku ofiarowano każdemu, czy to mężczyznie czy kobiecie, który chłopca w naukę do jakiegokolwiek bądź zatrudnienia, zarobku lub rzemiosła potrzebował.

 Gdy Jegomość w białej kamizelce nazajutrz rano do bramy zapukał i powyższe obwieszczenie na niej przybite przeczytał, rzekł do siebie z uśmiechem:

 — Jeszcze nigdy w mojem życiu o niczem tak mocno przekonany nie byłem, jak teraz o tem, że ten chłopiec będzie wisiał.

 Że zaś moim jest zamiarem w dalszym ciągu tej powieści wykazać, czyli ten Jegomość w białej kamizelce w swojem przeczuciu się nie zawiódł, zniszczyłbym więc zaraz z góry całą ciekawość, — jeżeli tylko prawda, że ta powieść jest ciekawa, — gdybym teraz już chciał powiedzieć, czyli pasmo życia Oliwera takim zamachem gwałtownym rzeczywiście przerwane zostało.

 

ROZDZIAŁ III.

Oliwer Twist posady omal nie otrzymał, krórejby nikt z pewnością sinekurą nie nazwał.

 Przez cały tydzień prawie po popełnieniu tej wielkiej i ohydnej zbrodni, iż głodem do rozpaczy przywiedziony, więcej owsianki zażądał, Oliwer ciągle w tejże samej ciemnej i ciasnej komórce uwięziony zostawał, do której go zbór w swej mądrości i dobrotliwości ojcowskiej zamknąć kazał.

 Zdałoby się na pierwszy rzut oka, że to przypuszczenie rozsądkowi się wcale nie sprzeciwia, iżby Oliwer Twist sławę proroczą owego Jegomości w białej kamizelce raz na zawsze był mógł ustalić, gdyby cokolwiek przynajmniej czucia i uszanowania należytego dla jego ducha proroczego posiadając, jeden koniec chustki od nosa do mocnego haka w ścianie był przywiązał, a na drugim sam się powiesił; lecz wykonaniu tego zamiaru jedna okoliczność stała głównie na przeszkodzie, to jest: że zbór chustki od nosa jako rzecz niepotrzebną i zbytkową uznał, i wyraźnem rozporządzieniem swojem na walnem i uroczystem posiedzeniu należycie i wszechstronnie rozebranem, uchwalonem, podpisem własnoręcznem i pieczęcią zatwierdzonem, na wszystkie czasy i pokolenia przyszłe od nosów biednych ludzi je oddalił..... Wyznać jednak potrzeba, iż daleko większą jeszcze przeszkodą była zbytnia młodość i dziecinność tego chłopczyny.

 Przez całe dnie łzy gorżkie jedynie wylewał, a gdy noc długa i okropna nadeszła, zakrywał sobie oczy swojemi małemi rączętami, aby ciemności nie widzieć, i do kącika przytulony, zasnąć się starał. Często jednak drżąc ze zgrozy na całem ciele, z przerażeniem ze snu się zrywał i do ściany coraz bardziej tulił, jakby czuł, że i te ściany zimne, twarde, dla niego były pewną ochroną niejako w tej ciemności i samotności, zewsząd go otaczającej.

 Nieprzyjaciele tego systemu niechaj jednak nie sądzą, że Oliwer przez ten cały czas swego samotnego uwięzienia wszelkich dobrodziejstw ruchu, przyjemności w towarzystwie, lub też wszelkich korzyści, z pocieszenia religijnego wynikających, zupełnie był pozbawionym. Co się bowiem ruchu dotycze, była to właśnie pora zimowa, a Oliwer wszelką wolność posiadał, codziennie rano myć się przy studni, na podwórzu zamkniętem, w przytomności pana Bumble, który troskliwy o zdrowie jego, zapobiegając temu, aby biedny chłopczyna bardzo nie zziąbł, częstem użyciem swej laski urzędowej zbawienne i wskróś przenikające wstrząśnienie w jego ciele sprawiał.

 Oliwerowi podobnież i na towarzystwie nie zbywało; .....co drugi dzień bowiem prowadzono go do jadalni zakładu, w której to swoję zbrodnię wielką popełnił, i chłostano go w oczach wszystkich dzieci dla powszechnego przykładu i przestrogi. Nie chcąc go zaś pozbawić wszelkiego dobrodziejstwa modlitwy i pocieszenia religijnego, wtrącano go codziennie rano do tejże samej izby jadalnej, podczas ogólnej modlitwy porannej sierót domu roboczego, i pozwolono mu się przysłuchiwać i czerpać pociechy i spokojności serca w modlitwie dzieci, zawierającej w sobie prośbę osobną do Boga, przez Władzę zakładu umyślnie ułożoną i przydaną, aby je uczynił dobremi, cnotliwemi, posłusznemi i zachował je od grzechu i występku Oliwera Twista, którego w tej modlitwie jako utwór rąk samego szatana, jako chłopca wyłącznie pod opieką władz piekła zostającego, wyraźnie przedstawiono.

 Kiedy Oliwer w tak nader przyjemnem i pomyślnem położeniu zostawał, zdarzyło się pewnego poranku, że pan Gamfield, kominiarz, w smutnych myślach pogrążony, drogą koło domu roboczego wiodącą jechał, dręcząc sobie mózg nadaremnie nad wynalezieniem środków i sposobu zapłacenia czynszu za mieszkanie od dawna już zalegającego, a którego się gospodarz domu właśnie bardzo natarczywie upominał. Lubo pan Gamfield wszelkie źródła swego dochodu w myśli wyczerpał, niepodobna mu było żadną miarą więcej nad pięć funtów zebrać na całą sumę, którą był winien; w tej tedy rospaczy arytmetycznej niejako to siebie, to osła w głowę na przemian uderzał, i już wszelką nadzieję wydobycia się z tego położenia przykrego tracił, kiedy dom roboczy mijając, okiem na uwiadomienie, na bramie przybite, przez czysty przypadek rzucił.

 — Prrrrr!.... — zawołał Gamfield na osła.

 Osieł był właśnie w myślach głębokich pogrążony. Obliczał sobie z pewnością, ile też głąbiów, czyli jeden lub dwa dostanie, gdy te dwa wory sadzy na miejscu przeznaczenia złoży, któremi jego wózek mały był obładowany. Nie zważał tedy wcale na rozkaz pana i biegł sobie szczęśliwie dalej.

 Gamfield wyzionął okropne przekleństwo na wszystkich osłów w ogóle, a szczególnie na ich oczy, i biegnąc za nim, taki raz silny w łeb mu wymierzył, żeby od tego uderzenia czaszka była pęknąć musiała, gdyby to czaszka ośla nie była. Schwyciwszy potem za wodze, tak silnie niemi szarpnął, jakby szczękę chciał był urwać swemu osłowi, i dać mu przez to małe napomnienie, iż nie jest wcale panem swej woli. Tym sposobem udało się mu go na miejscu wstrzymać. Dopiąwszy raz tego celu, pan Gamfield powtórnie osła w łeb uderzył; to uderzenie miało być tylko upomnieniem dla niego, aby tak długo stał na miejscu, dopókąd jego pan nie powróci. Poczem pan Gamfield śpiesznie do bramy pobiegł, aby obwieszczenie wzwyż wspomnione przeczytać.

 Znany nam dobrze Jegomość w białej kamizelce stał sobie właśnie spokojnie w bramie, z założonemi w tył rękoma, spłodziwszy poprzód kilka głębokich myśli w izbie obradowej. Będąc świadkiem owej sprzeczki małej pomiędzy panem Gamfield i jego osłem, uśmiechnął się radośnie, gdy spostrzegł, że ten obcy do bramy zmierza, aby uwiadomienie przeczytać. Natychmiast się bowiem domyślił, że pan Gamfield był właśnie takim panem, jakiego im dla Oliwera Twista potrzeba było.

 Pan Gamfield także się uśmiechnął, skoro uwiadomienie przeczytał; gdyż owe pięć funtów przyobiecane właśnie dla niego wystarczały i z wszelkiego kłopotu wybawić go mogły. Znając przytem dokładnie system żywienia dzieci w domu roboczym, natychmiast pojął, iż ten chłopczyna, którym owe pięć funtów obciążono, był właśnie takim małym i cienkim wisusem, jakiego mu do wycierania teraźniejszych kominów wązkich potrzeba było. Przegłoskował tedy jeszcze raz całe uwiadomienie od góry do dołu, od początku do końca, i zdjąwszy czapkę futrzaną z głowy na znak uszanowania, zagadnął Jegomości w białej kamizelce.

 — Czy to w tym zakładzie ten chłopiec się znajduje, którego przełożeni Gminy chcą dać do nauki? — zapytał pan Gamfield.

 — Tak jest, mój poczciwcze, — odpowiedział Jegomość w białej kamizelce z uśmiechem łaskawym; — cóż chcesz od niego?

 — Jeżeli przełożeni Gminy chcą go dać w naukę do rzemiosła lekkiego i przyjemnego, czem się kominiarstwo zacne poszczycić może, — rzekł Gamfield, — to ja właśnie chłopca do nauki potrzebuję, i gotów jestem wziąść go do siebie.

 — Proszę wejść! — rzekł na to Jegomość w białej kamizelce.

 Lecz pan Gamfield poprzód do osła swego powrócił, raz jeszcze w łeb go uderzył i za wodze szarpnął, co miało być dla osła napomnieniem, ażeby podczas niebytności swego pana stał spokojnie i z miejsca się nie ruszył;.... poczem dopiero za Jegomością w białej kamizelce do owej izby się udał, w której go Oliwer po raz pierwszy zobaczył.

 — To bardzo brudne rzemiosło, — zarzucił pan Limbkins, gdy im Gamfield życzenie swoje przedłożył.

 — Zdarzyło się już nieraz, że się chłopcy w kominie podusili, — ozwał się inny.

 — To dla tego jedynie, że słomę pierwej w wodzie zmaczano, nim ją w kominie zapalono, aby chłopców do zejścia na dół zmusić, — objaśnił ich Gamfield. — Słoma zwilżona nie daje wcale ognia, tylko dym wielki; a dymem samym niepodobna chłopców z komina wypędzić. Dym ich tylko usypia, a oni sobie też tego najbardziej życzą. Bo to trzeba panom wiedzieć, że niema istót krnąbrniejszych i leniwszych, jak te chłopcy, a niemaż sposobu lepszego i skuteczniejszego do wypędzenia ich z komina, jak rozpalenie dobrego ognia. Sama ludzkość nawet użycie tego środka nam nakazuje, gdyż jeźli który w kominie uwięźgnie, a ogień mu w nogi dopiecze, tak długo się rzuca i nogami wierzga, dopokąd się sam nie uwolni.

 To objaśnienie zdawało się wielką radość sprawiać owemu Jegomości w białej kamizelce; lecz wesołość jego wkrótce jedno wejrzenie pana Limbkins rozproszyło. Zbór przystąpił do wspólnej narady, która przez pięć minut blisko trwała. Wszyscy jednak tak cicho pomiędzy sobą rozmawiali, że tylko te słowa: „oszczędzić wydatku,“.... „obwieszczenie wytłoczone do wiadomości powszechnej podane zostanie,“ nieco wyraźniej słyszeć się dawały, i to dla tego jedynie, że je często z wielką uroczystością powtarzano.

 Nakoniec przecież szepty te ustały, a gdy członkowie zboru do swych krzeseł i swej godności uroczystej powrócili, pan Limbkins się ozwał:

 — Rozważyliśmy dokładnie waszą prośbę i na nią przystać nie możemy.

 — Żadną miarą, — potwierdził znany nam Jegomość w białej kamizelce.

 — Ani myśleć o tem, — dodali inni członkowie.

 Że zaś o panu Gamfield ta krzywdząca wieść chodziła, iż niedawno dwom czy trzem uczniom swoim głowy na śmierć porozbijał, zdawało się mu tedy, że sobie zbór w sposób niepojęty to wbił do głowy, a ta okoliczność niemiła wpływ niekorzystny na ich postanowienie wywarła. Prawda, że postanowienie podobne wbrew wszelkiemu ich zwyczajowi w ułatwieniu podobnych spraw było, lecz, że mu wiele na tem zależało, aby wieści owe na nowo nie odświeżyć, zaczął tedy kręcić czapką w rękach, i zwolna od stołu się oddalać.

 — A zatem mi panowie tego chłopca dać nie chcecie? — rzekł Gamfield, do drzwi się zbliżając.

 — Nie, — odpowiedział Limbkins; — chyba że przy tak niemiłem zatrudnieniu tyle nagrody żądać nie będziesz, ile obwieszczeniem zapowiedziano.

 Oblicze pana Gamfield napowrót się wypogodziło; zbliżył się tedy śpiesznie do stołu i rzekł:

 — Ileż więc chcecie dać, panowie? Nie bądźcie za nadto surowi z biednym człowiekiem! Ileż dacie panowie?

 — Mnie się zdaje, że trzy funty i dziesięć szylingów wystarczy? — rzekł Limbkins.

 — O dziesięć szylingów nawet za wiele; — zarzucił Jegomość w białej kamizelce.

 — Ej moi panowie! — błagał Gamfield, — dajcie cztery funty spełna. Dajcie cztery funty, a pozbędziecie się go na zawsze i tanio.... Cóż,.... czy zgoda?

 — Trzy funty dziesięć szylingów, — powtórzył Limbkins niezachwiany.

 — Nie o wiele się rozchodzi,.. ustąpmy z obu stron połowę, moi panowie, — nacierał Gamfield, — niech będzie trzy funty piętnaście szylingów.

 — Ani grosza więcej nie damy, — było odpowiedzią stanowczą pana Limbkins.

 — Nie bądźcie tak twardego serca ze mną, moi panowie! — rzekł na to Gamfield wahając się i nie wiedząc co czynić.

 — Ba! brednie, mój poczciwcze! czyste brednie, — odparł Jegomość w białej kamizelce. — On i bez naszej nagrody jest jeszcze tanim dla ciebie. Bierz go, bierz! i nienamyślaj się długo. Jest to chłopiec, jakby umyślnie dla ciebie stworzony. Trzeba, prawda, czasami kija na niego, ale ten mu nic nie szkodzi; jest nawet owszem rzeczą bardzo zbawienną dla niego. Żywność jego wiele cię kosztować nie będzie, gdyż on już od dzieciństwa do skromności w jedzeniu przyzwyczajony ...ha!..ha!..ha!...

 Gamfield najprzód okiem podejrzliwem po obliczu wszystkich osób obecnych potoczył; dopiero gdy uśmiech na ustach wszystkich spostrzegł, sam się powoli uśmiechnął.

 Nakoniec przecież ugoda pomiędzy nimi stanęła, a panu Bumble natychmiast nakazano, tego jeszcze dnia po południu Oliwera do urzędu miejskiego zaprowadzić i świadectwo, na mocy którego panu Gamfield do nauki miał być oddany, do podpisu i sądowego potwierdzenia przedstawić.

 W skutek tego postanowienia biednego Oliwera z więzienia wypuszczono, i kazano mu świeżą wdziać koszulę, co go w niepospolite zadziwienie wprawiło. Zaledwie tego niepojętego i niesłychanego przeobrażenia na sobie dokończył, pan Bumble się zjawił, i własnoręcznie talerz owsianki mu przyniósł wraz niedzielnym dodatkiem chleba, cztery łóty i ćwierć wynoszącym. Oliwer, to widząc, rzewnie płakać zaczął, sądząc nie bez przyczyny, że zbór śmierć jego w jakimś celu szczególnym i niepojętym postanowić musiał, inaczej by mu nigdy na myśl nie było przyszło, w ten sposób go tuczyć.

 — Nie płacz, nie, Oliwerze! ale jedz co ci dają, i bądź za to wdzięcznym, — pocieszał go Bumble z powagą uroczystą; — w krótce nasz zakład opuścisz, Oliwerze, i pójdziesz do nauki.

 — Do nauki, Sir? — zapytał chłopczyna, drżąc na całem ciele.

 — Tak jest, do nauki, Oliwerze, — potwierdził Bumble. — Nasi panowie litościwi i dobroczynni, którzy się z tobą jak z własnym dzieckiem obchodzą, dla tego że nie masz ni matki ni ojca, chcą cię teraz oddać do nauki;... wysłać cię w świat, abyś wyszedł na człowieka, chociaż to Gminę całe trzy funty i dziesięć szylingów kosztuje!.... trzy funty dziesięć szylingów! tylko pomnij, Oliwerze! siedmdziesiąt szylingów!... sto czterdzieści sixpensów!.... i to wszystko dla sieroty nieznośnej, której nikt cierpieć nie może!

 Gdy Bumble przestał, aby po tej uroczystej przemowie na chwilkę odetchnąć, łzy się potoczyły z ócz biednego Oliwera, rzewnie i gorżko szlochającego.

 — No, no,.... nie płacz Oliwerze, nie płacz, — rzekł do niego Bumble nieco przyjaźniejszym głosem, biorąc to rozczulenie Oliwera z wielkiem upodobaniem swojem za dowód nieprzezwyciężonego wpływu swej wymowy; — uspokój się, uspokój, i otrzyj sobie łzy rękawem od kurtki, ażeby ci do owsianki nie padały; to prawdziwie wielkie głupstwo.

 I słusznie mówił, gdyż i tak już wody aż za nadto w owsiance było.

 Gdy się do urzędu królewskiego udali, pan Bumble zaczął Oliwera po drodze nauczać, że nic innego tam czynić nie potrzebuje, tylko wesoło wyglądać, a gdyby się go panowie urzędnicy pytali, czyli ma ochotę do rzemiosła, śmiało im odpowiedzieć, iż to jest jedynem jego życzeniem. Oliwer przyrzekł, iż wiernie to polecenie wykona, zwłaszcza, gdy pan Bumble mu z daleka dał do zrozumienia, iż ani wyobrażenia o tem nie ma, coby się z nim działo, gdyby przeciwko jednemu lub drugiemu poleceniu wykroczył.

 Gdy do urzędu przybyli, zaprowadzono ich do małej izdebki, w której pan Bumble Oliwera samego zostawił, napomniawszy go poprzód, aby siedział spokojnie, dopokąd po niego nie powróci i z sobą go nie weźmie.

 Tak więc ten biedny chłopczyna przez pół godziny blizko sam jeden w tym pokoiku zostawał, aż nakoniec pan Bumble drzwi nieco uchylił, głowę swoję, lecz ozdoby trójgraniastego kapelusza pozbawioną, przez nie do izdebki wsunął, i głośno na Oliwera zawołał:

 — Chodźże.... chodź, mój drogi Oliwerze! chodź do tych zacnych i godnych panów!

 Lecz przytem spojrzenie groźne i przeraźliwe na biednego chłopca rzucił, dodając po cichutku:

 — Pamiętaj na to, com ci mówił, ty mały łotrze!

 Oliwer, słysząc te dwie, tak sobie wprost przeciwne przemowy pana Bumble, z nie małem zadziwieniem w swej prostocie serca w oczy mu spojrzał. Ale pan Woźny tyle czasu mu nie dozwolił, aby w tej mierze jakie uwagi mógł uczynić, i wprowadził go natychmiast do przyległej izby radniej, do której drzwi stały otworem.

 Była to izba obszerna o jednym wielkim oknie, w której za biórkiem dwóch panów w podeszłym już wieku, mających głowy upudrowane, na krzesłach wysokich siedziało. Jeden z nich czytał gazetę, a drugi przebiegał za pomocą okularów, w żółwią skorupę oprawnych, kartę pergaminową przed nim leżącą.

 Pan Limbkins stał z jednej strony biórka, a pan Gamfield z twarzą starannie umytą z drugiej. Kilku napuszonych panów, w wielkich, palonych butach, przechadzało się po izbie i rozmawiało między sobą.

 Zdawało się, że ów stary Jegomość w okularach z żółwiej skorupy, znużony zapewnie zbytnią pracą przy czytaniu tego małego zwitku pergaminowego, szczęśliwie i błogo sobie zadrżemał, a chwila milczenia nastąpiła po przybyciu Oliwera do izby, któremu pan Bumble wprost naprzeciw biórka stanąć kazał.

 — Oto jest ta sierota, Wasza Godności! — ozwał się Bumble.

 Staruszek, czytający gazetę, podniósł oczy, i zwrócił je na Oliwera, któremu się przez chwilę przypatrywał; poczem towarzysza swego za rękaw szarpnął, przez co się tenże obudził.

 — A! czy to jest ten chłopiec? — zapytał ocknąwszy się staruszek.

 — Tak jest, Wasza Godności, to on! — odpowiedział Bumble. — Ukłońże się temu łaskawemu Jegomości, mój kochany Oliwerze.

 Oliwer zebrał wszystkie swoje siły, i jak mógł najlepiej, tak się ukłonił. Z wielkiem jednak zadziwieniem oczy swoje w mączkę na głowie urzędnika wlepił, zastanawiając się nad tem głęboko, czyli to wszyscy urzędnicy z tą mączką białą na głowie się rodzą i dla tego jedynie są urzędnikami, że tę mączkę na niej mają?

 — Dobrze, dobrze, — odrzekł staruszek; — spodziewam się przecież, że mu się kominiarstwo podoba?

 — Przepada za niem, Wasza Godności! — odpowiedział Bumble, uderzywszy przytem nieznacznie Oliwera kułakiem w plecy, niby dla napomnienia, że się czegoś lepszego jeszcze ma spodziewać, gdyby mu przypadkiem na myśl wpadło powiedzieć, iż kominiarstwo zacne nie odpowiada wcale jego życzeniom.

 — No i cóż, czy chcesz zostać kominiarzem, mój malcze? — zapytał staruszek Oliwera.

 — Gdyby go do jakiego innego rzemiosła oddano, Wasza Godności, toby jeszcze tego samego dnia od swego majstra uciekł, — odpowiedział Bumble z pośpiechem, uprzedzając Oliwera.

 — A ten człowiek oto, chce być jego majstrem?...... Jakże, mój panie?... czy będziesz się z nim dobrze obchodził,.... będziesz go żywił przyzwoicie,.... i we wszystkiem ojcowskie o nim miał staranie?..

 — Jeżeli powiadam że chcę,.... to i uczynić to myślę, — odpowiedział Gamfield zniecierpliwiony opryskliwie.

 — Twój język trochę za nadto uszczypliwy, mój przyjacielu!.... zdajesz się jednak człowiekiem być uczciwym i otwartego serca.

 Odparł staruszek urzędnik, zwracając swe okulary na ubiegającego się o nagrodę, na głowę Oliwera nałożoną, w którego twarzy ohydnej wyraz okrócieństwa wyraźnie był wybity. Lecz urzędnik staruszek był już na pół ciemnym, na pół zdziecinniałym, a tak ani podobna mu było tego dostrzedz i poznać, co światu całemu było jasne i widoczne.

 — Mam nadzieję, że nim jestem, Sir, — odrzekł pan Gamfield, spójrzawszy zyzem.

 — Nie wątpię o tem wcale, że nim jesteś, mój przyjacielu, — odparł staruszek, utwierdziwszy okulary mocniej na nosie i szukając oczyma kałamarza.

 Była to chwila stanowcza dla losu Oliwera.

 Gdyby się kałamarz był na tem miejscu znajdował, na którem według myśli staruszka znajdować się był powinien, byłby natychmiast pióro w nim zamaczał i świadectwo podpisał, a Oliwer byłby bez ratunku wpadł w ręce pana Gamfield. Ale że ten godny urzędnik miał go tuż pod nosem, musiał zatem pierwej po całem biórku oczyma za nim zbiegać, nim go nareszcie odkrył.

 Podczas tego śledztwa spojrzenie jego padło także przypadkiem i po za biórko, i nadybało twarz wylęknioną i zgrozą przejętą Oliwera Twista, który, pomimo wszelkie napominające spojrzenia i potajemne kułakiem uderzenia pana Bumble, na oblicze odrażające swego przyszłego majstra z takim wyrazem widocznym przestrachu i przerażenia spoglądał, że nawet ten urzędnik stary, na pół już ciemny, na pół zdziecinniały, to spostrzedz i poznać musiał.

 Staruszek się przeto zatrzymał, pióro na bok odłożył, i przez kilka chwil to na Oliwera, to na pana Limbkins spoglądał, który wesołego i obojętnego udając, z krwią najzimniejszą tabakę sobie zażywał.

 — Mój synu, — ozwał się nareszcie staruszek do Oliwera, wychyliwszy się z po za swego biórka.

 Oliwer, usłyszawszy ten głos, wzdrygnął się cały... Trzeba mu to jednak wybaczyć, gdyż głos ten był uprzejmy i dobrotliwy, a każdy głos niezwyczajny człowieka łatwo przestraszyć może. Biedny chłopczyna drżał na całem ciele i rzewnie się rozpłakał.

 — Mój synu, — powtórzył staruszek, — wyglądasz bardzo strwożony i wylękniony, cóż ci to takiego?

 — Odstąp od niego Woźny, i nie zasłaniaj go, — ozwał się drugi urzędnik, czytający gazetę, którą na bok odłożył, i z wyrazem wielkiej przychylności z po za biórka ku Oliwerowi się nachylił. — Mówże mój synu, mów śmiało, co ci jest, i nie lękaj się niczego.

 Oliwer padł na kolana, wyciągnął ręce złożone, i zaczął błagać: iż woli raczej, aby go do ciemnej komórki napowrót zamknięto,.... aby go głodem morzono,.... karano,.... bito,.... a nawet i zabito,.... byle go tylko temu groźnemu człowiekowi nieoddawano.

 — Otóż mamy! — zawołał pan Bumble, wznosząc w górę swe ręce i oczy z niewypowiedzianą uroczystością. — Wiele już sierót złośliwych i kłamliwych w życiu mojem widziałem, ale tak złośliwej i kłamliwej jak Oliwer, jeszcze się mi nigdy widzieć nie zdarzyło.

 — Lepiej milcz! — zgromił Woźnego urzędnik, do którego się Bumble z tą swoją świątobliwą i budującą przemową był zwrócił.

 — Za pozwoleniem Waszej Godności, — rzekł Woźny, niechcąc dać temu wiary, że dobrze słyszał, — czy Wasza Godność do mnie co mówiła?

 — Tak jest;.... mówiłem ci, abyś milczał!

 Pan Bumble stanął jak wryty z zadziwienia. Rozkazać Woźnemu, aby milczał! wszak to istny bunt moralny!

 Staruszek w okularach z żółwiej skorupy spojrzał na swego towarzysza, a ten ze znaczeniem głową kiwnął. —

 — My nie możemy tej ugody podpisać, — rzekł tedy urzędnik i odsunął na bok ów zwitek pergaminowy, który do podpisu mu był przedłożony.

 — Spodziewam się przecież, — rzekł pan Limbkins zmięszany, — spodziewam się, że przewielebny Urząd nie zechce na proste, niczem nie poparte oskarżenie prawdziwego dziecka, złego wyobrażenia powziąść o przyzwoitości Zwierżchników Gminy w obchodzeniu się z sierotami domu roboczego!

 — Urząd nie jest obowiązany wyjawiać i dawać swego zdania w tej mierze, — odparł drugi Urzędnik cierpko. — Weźcie tego chłopca napowrót do domu roboczego, i obchódźcie się z nim łagodnie, z większą ludzkością. Jak się zdaje, to mu na tem bardzo zbywa.

 Tego jeszcze wieczora znany nam Jegomość w białej kamizelce z największą pewnością twierdził, że Oliwera nietylko szubienica czeka, ale że i na miejsce stracenia powleczonym, i tam rozćwiertowanym zostanie.

 Woźny zaś głową ciągle tajemniczo potrząsał, i mówił, iż mu życzy, aby się mu dobrze powodziło; na co pan Gamfield zwykle dodawał, iż mu życzy, aby się do niego dostał. To życzenie było jednak wprost życzeniu pana Bumble przeciwne, lubo się zresztą obaj we wszystkiem prawie jak najlepiej zgadzali.

 Nazajutrz rano publiczność napowrót uwiadomiono, że Oliwer Twist jest na wydaniu, a ten, co go do siebie wziąść zechce, pięć funtów nagrody dostanie.

ROZDZIAŁ IV.

Oliwer dostaje inne miejsce, i poraz pierwszy w świat wstępuje.

 U rodzin znacznych i znakomitych jest to powszechnie przyjętym zwyczajem, że się syna młodszego na morze jako kadeta okrętowego wyseła, jeżeli się dla niego czy to przez zakupienie, czy też przez następstwo, puściznę, lub przydłuższe czekanie, miejsca korzystnego otrzymać nie może.

 Zbór tedy, naśladując przykład tak zbawienny, zaczął radzić nad uwolnieniem się od wszelkiego kłopotu wysłaniem Oliwera Twista na morze, na jakim małym, kupieckim okręcie, do byle jakiego portu bardzo niezdrowego, i jednogłośnie na to się zgodził, że miejsca lepszego dla tego chłopca znaleść nie można. Zrobili bowiem tę uwagę, że wielkie było podobieństwo, iż go kapitan okrętu, według swego zwyczaju, albo tak długo codziennie po objedzie chłostać każe, dopókąd go na śmierć nie zachłosta, albo też drążkiem żelaznym głowę mu rozbije;.... a wszystkim jest wiadomo, że te dwie zabawy są zwykłą i najmilszą rozrywką tych panów.

 Czem więcej tedy zbór nad tem rozmyślał, i ten wzgląd brał na uwagę, tem liczniejsze korzyści w tem postanowieniu upatrywał, tak dalece, iż w końcu do tego wniosku doszedł, że niezwłoczne wysłanie Oliwera na okręt, jedynym i najlepszym sposobem zapewnienia jego losu było.

 Wysłano tedy pana Bumble z poleceniem wywiedzenia się najprzód dobrze o wszystkiem, co z tym zamiarem pewną styczność miało, i wyszukania przytem jakiego kapitana okrętu, lub też jakiej inny osoby, któraby małego chłopca, sieroty bez rodziny i przyjaciół, do usług potrzebowała, i z sobą na okręt wziąść chciała.

 Bumble wracał właśnie z tej wyprawy do domu roboczego, aby zdać sprawę ze swego poselstwa, gdy się tuż pod bramą z panem Sowerberry, przedsiębiorcą pogrzebów tego miasteczka, spotkał.

 Pan Sowerberry był to wysoki, barczysty mężczyzna, w czarnym, wytartym surducie, łatanych pończochach bawełnianych tejże samej barwy, i odpowiednich całemu ubiorowi trzewikach. Oblicze jego nie miało wcale wrodzonej skłonności do uśmiechu, lubo powszechnie z tego był znany, że wesołość właściwą swego rzemiosła posiadał.

 Gdy się do pana Bumble zbliżał, chód jego był lekki, a oblicze wewnętrzną radością jaśniało. Powitawszy Woźnego, uściskał go serdecznie za rękę:

 — Wziąłem miarę tych dwóch kobiet, panie Bumble, które ostatniej nocy umarły, — rzekł przedsiębiorca.

 — Jeszcze się majątku z nas dorobisz, panie Sowerberry, — odpowiedział na to Woźny i zatopił głęboko swe dwa palce w tabakierkę pana Sowerberry, bardzo ładny i przemyślny wzorek mały uprzywilejowanej trumienki przedstawiającą, którą mu tenże uprzejmie podał.

 — Jestem przekonany o tem, że się jeszcze majątku dorobisz, panie Sowerberry, — powtórzył Bumble, poklepawszy go z lekka i po przyjacielsku laską swoją urzędową po ramieniu.

 — Czy tak myślisz? — odpowiedział na to Przedsiębiorca głosem na pół zaprzeczającym i na pół przypuszczającem prawdopodobieństwo tego wypadku. — Cena przez zbór naznaczona jest za nadto mała, mój p. Bumble.

 — Nie mniejsza od trumien, — odpowiedział Woźny, o tyle tylko usta do uśmiechu zmuszając, o ile na to powaga urzędowa zezwalała.

 Lecz pana Sowerberry ta uwaga bardziej rozśmieszyła, jak mu to roztropność nakazywała. Śmiał się tedy długo bez przestanku.

 — Prawda,.... prawda,.... panie Bumble, — rzekł nakoniec, — nie można tego zaprzeczyć, że od czasu, jakeście wasz nowy system żywienia ubogich w tym domu roboczym zaprowadzili, trumny trochę węższe i płytsze wypadają, jak dotąd zwykle bywały. Lecz i my przecież jaki taki zysk mieć musimy, panie Bumble. Dobre suche drzewo w tych czasach bardzo rzadkie i drogie, a rączki żelazne wszystkie z Birmingham kanałem sprowadzać muszemy.

 — Słuszna prawda! — odpowiedział pan Bumble. — I kura grzebie, aby coś wygrzebała, a zysk uczciwy nikogo nie krzywdzi.

 — Rzecz pewna,... rzecz pewna,... — potwierdził Przedsiębiorca, — a ja nie mogę mego zysku ciągnąć z tego lub owego osobno, lecz go muszę z mego całego długiego towaru wydobyć, jak sami wiecie panie Bumble,.... ha! ha! ha!

 — Wielka prawda, — odpowiedział Bumble.

 — Lubo wyznać muszę szczerze, — prowadził dalej Przedsiębiorca ciąg swoich uwag, które mu Woźny przerwał; — lubo wyznać muszę szczerze, panie Bumble, że nieraz z wielkiemi przeciwnościami walczyć muszę, gdyż właśnie ludzie najsilniejsi i najroślejsi najprędzej z tego świata schodzą;.... to jest, ja powiadam: że ludzie, którzy do lepszego życia przyzwyczajeni byli, i przez wiele lat podatki płacili, pierwsi umierają, jeżeli w tym domu przytułek znajdą. A proszę mi wierzyć, panie Bumble, że dwa lub trzy cale więcej na trumnie nad przyjęte obliczenie, zaraz uszczerbek znaczny w zysku nam robi, zwłaszcza, jeżeli człowiek ma w domu żonę, dzieci i na tylnie kółka oglądać się musi.

 Sowerberry to wyrzekł ze zwykłem oburzeniem człowieka, który się oszukanym być mniema; a że pan Bumble czuł, iż ta cała sprawa przy bliższem zastanowieniu nie wielki zaszczyt przełożonym Gminy przynosiła, uznał przeto za rzecz najroztropniejszą zmienić przedmiot rozmowy. Mając zaś ciągle Oliwera na myśli i w sercu, przeto też mowę zaraz na niego zwrócił.

 — Ale, ale,... — ozwał się pan Bumble: — Czy nie znasz panie Sowerberry przypadkiem kogo, coby chłopca do nauki lub usług potrzebował?.... co?.... chłopca z roboczego domu? który nam teraz jest ciężarem,.... kamieniem młyńskim u szyi Gminy, mówiąc po prostu. Nie zły to handelek panie Sowerberry,.... wierzajcie mi, że nie zły.

 Pan Bumble to mówiąc, wskazał przytem laską swoją urzędową na uwiadomienie na bramie przybite, i potrzykroć mocno nią uderzył w te słowa: pięć funtów, odbite pismem rzymskiem, olbrzymiego rozmiaru.

 — Dalibóg, — zawołał Przedsiębiorca, chwytając Woźnego za galonem złotym obszyte wyłogi jego urzędowej sukni, — właśnie chciałem o tem z wami pomówić, panie Bumble.... Co ja widzę!.... jakie piękne guziki, panie Bumble; jeszczem ich nigdy u was nie widział.

 — Prawda, że są ładne nie lada, — odpowiedział Woźny, spoglądając z dumą na te wielkie, świecące guziki, którymi ubiór jego był przystrojony. — Godło na tych guzikach to samo, co i na pieczęci Gminy: miłosierny Samarytanin, pielęgnujący rannego i chorego człowieka. Zbór mi ten ubiór na nowy rok podarował. Jak sobie przypominam, tom go wdział na siebie po raz pierwszy owego dnia, kiedyśmy przytomni byli śledztwu względem owego kupca zubożałego, który pewnej nocy tu pod bramą umarł.

 — Przypominam sobie bardzo dobrze to zdarzenie, — odpowiedział Przedsiębiorca. — Sądy przysięgłych wtedy wyrok wydały: Umarł z zimna i braku pierwszych potrzeb do życia!.... nieprawda?

 Pan Bumble kiwnął głową na znak potwierdzenia.

 — Jeźli się nie mylę, to nawet Sądy w wyroku swoim dodały, — mówił dalej Przedsiębiorca, — że, gdyby urzędnik dozorujący tego domu był....

 — Ot,.... lepiej bądź cicho,.... i nie powtarzaj takich głupstw; — przerwał mu Woźny w złości. — Gdyby Zbór miał na wszystkie niedorzeczności zważać, które mu Sądy przysięgłych, składające się z ludzi, żadnego wyobrażenia o świecie nie mających, nagadają, toby miał bardzo wiele do czynienia.

 — To wielka prawda, — potwierdził Sowerberry z przekąsem, — wielka i święta prawda.

 — Przysięgli, — mówił dalej Bumble, chwytając mocniej za laskę, jak to zwykle czynił, jeżeli w gniew wpadał; — przysięgli są to prostacy, bez wykształcenia, bez wiadomości, i tylko kłócić się lubią.

 — Nieinaczej,.... nieinaczej, — potwierdził Przedsiębiorca.

 — Oni tyle nawet filozofii i znajomości gospodarstwa społeczeńskiego nie posiadają, — zawołał w zapale pan Bumble i strzepnął z pogardą palcami.

 — Wielka prawda,.... wielka prawda! — potwierdził Sowerberry.

 — Ja nimi pogardzam, — zawołał Woźny, zapyrzony ze złości.

 — I ja to samo, — powtórzył Sowerberry.

 — Jabym sobie tylko życzył, abyśmy kilku tych zagorzałych przysięgłych na tydzień lub dwa przynajmniej do naszego domu dostali, — rzekł Woźny, — a ręczę, żeby ustawy i rozporządzenia naszego Zboru wkrótce ich ducha upokorzyły.

 — O niezawodnie, — odpowiedział Przedsiębiorca, i uśmiechnął się zarazem, aby gniew kipiący oburzonego Woźnego Gminy uspokoić.

 Bumble zdjął z głowy swój kapelusz trójgraniasty, wyjął z niego chustkę od nosa, obtarł nią czoło z potu, obficie z gniewu po niem ciekącego, zasadził potem kapelusz napowrót na głowę, i zwróciwszy się do Przedsiębiorcy, rzekł do niego z większą nieco spokojnością:

 — No i cóż?.... jakże będzie z chłopcem?

 — Jak?.. — odparł Przedsiębiorca, — wszak sami wiecie najlepiej, panie Bumble, że nie mało podatku na ubogich płacić muszę!....

 — Czy tak?.... — mruknął pan Bumble, — nie mało?

 — Nieinaczej, — odpowiedział Przedsiębiorca. — Sądzę przeto, że kiedy tyle na nich płacę, to i prawo mam, tyle na nich zyskać, ile tylko mogę,.... nieprawda panie Bumble?.... dla tego się mi zdaje,.... żebym sam tego chłopca mógł wziąść do siebie.

 Pan Bumble nic na to nie odpowiedział, lecz natychmiast pana Sowerberry za rękę chwycił, i z największym pośpiechem do izby radnej go zaprowadził.

 Pan Sowerberry nie długo się ze Zborem umawiał. Ugoda wkrótce pomiędzy nimi stanęła, a w skutek tejże Oliwer tego wieczora jeszcze na próbę do niego miał być oddany;.... co ze względu na sierotę Gminy tyle ma znaczyć, że gdy się majster przekona, iż pracą z chłopca więcej daleko zysku wydobyć może, jak żywnością w niego włożyć musi, wtedy go jako chłopca do nauki na tyle lat bierze, na ile mu się tylko podoba.

 Tego jeszcze wieczora przyprowadzono małego Oliwera przed oblicze Zboru, który mu oświadczył, iż tej nocy jeszcze panu Sowerberry, przedsiębiorcy pogrzebów, jako chłopiec do posługi w sklepie zostanie oddany. Przytem mu zagrożono, aby się nigdy nie poważył pana swego opuścić i do domu roboczego powrócić; inaczej, gdyby się mu to kiedykolwiek uczynić spodobało, natychmiast na morze wysłanym zostanie, gdzie go albo zabiją, albo też utopią, stósownie do woli i przywidzenia kapitana okrętu.

 Lecz Oliwer tak mało czucia na te groźby okazał, iż cały Zbór jednogłośnie oświadczył, że jest chłopcem krnąbrnym i niepoprawnym złoczyńcą. W końcu rozkazano Woźnemu natychmiast go z ich oczów oddalić.

 Lubo to nie jest rzeczą wcale zadziwiającą, owszem, najprościejszą nawet, iż Zwierzchnicy Gminy z wszystkich ludzi prawo największe mają natychmiast w gniew i cnotliwe oburzenie wpadać, jeżeli u kogokolwiek najmniejszy brak czucia dostrzegą, w obecnym jednak przypadku słuszności wcale za sobą nie mieli. Cała rzecz bowiem z Oliwerem tak się miała, iż on nie tylko nie mało, lecz owszem za nadto wiele czucia posiadał, i tylko przez złe i nielitościwe obejście się, którego od dzieciństwa, a szczególnie w ostatnich czasach doznawał, prosto do stanu zwierzęcej niedbałości i otrętwienia zupełnego dążył.

 W milczeniu przeto wysłuchał owej wiadomości o nowem przeznaczeniu swojem, okazując największą obojętność na całą przyszłość swoję; a gdy w końcu zawiniątko do rąk odebrał — które mu bardzo ciężyć nie mogło, wszystko bowiem co w niem było, zmieściło się w paczce z siwego papieru, pół stopy w przecięciu długości, tyleż szerokości, i trzy cale grubości mającej, — nacisnął czapkę na uszy, i uchwyciwszy się jeszcze raz poły złotemi galonami obszytej sukni pana Bumble, na nową widownię cierpień pod przewodnictwem tego człowieka zacnego się udał.

 Przez długi czas Bumble Oliwera wlókł za sobą, nie dając na niego najmniejszej baczności lub uwagi, i pośpieszał żywo, z głową dumnie do góry zadartą, jak na Woźnego Gminy przystoi. A że to był dzień właśnie bardzo wietrzny, małego Oliwera ani widać nie było z po za poły wierzchniej sukni pana Bumble, którą wiatr ciągle rozwiewał, i tym sposobem długą, białą kamizelkę jego i krótkie spodnie bardzo korzystnie rozkrywał.

 Jednak, gdy już nie daleko miejsca przeznaczenia byli, pan Bumble uznał za rzecz potrzebną głowę nachylić i na dół spojrzeć, czyli też chłopczyna w takim stanie się znajduje, aby go nowemu panu z zaletą przedstawić można; co też i natychmiast z całą dobrotliwością przychylnego opiekóna uczynił.

 — Oliwer! — zawołał na chłopca Woźny.

 — Słucham pana, — odpowiedział Oliwer głosem drżącym z bojaźni.

 — Usuń czapkę z oczów i wyprostuj głowę, mój chłopcze!

 Lubo biedny Oliwer natychmiast wszystko wypełnił, czego od niego zażądano, i grzbietem ręki wolnej łzy sobie z oczów otarł, łza jednak w nich na nowo zabłysła, gdy oczy do góry podniósł i na swego przewodnika spojrzał. A kiedy Bumble z powagą i surowością na niego okiem rzucił, ta łza po licu jego się potoczyła, a za nią druga, i trzecia i w końcu cały strumień.

 Biedny chłopiec wprawdzie wszelkich sił dokładał, aby je wstrzymać i zatamować, lecz nadaremnie. Wysunął tedy i drugą rękę z objęcia pana Bumble, zakrył sobie twarz obiema, i tak szczerze płakać zaczął, że się mu łzy aż z pomiędzy jego szczuplutkich i chudych palców potokiem sączyły.

 Na ten widok pan Bumble naraz się zatrzymał, i groźne spojrzenie na chłopca rzuciwszy, zawołał:

 — Jeszcze mi się nigdy w mojem życiu takiego chłopca niewdzięcznego i złośliwego, jak ty, Oliwerze, widzieć nie zdarzyło....

 — Ach dobry, kochany panie! — odpowiedział szlochając Oliwer, i chwycił Woźnego za rękę, uzbrojoną w ową dobrze nam znaną laskę urzędową; — nie jestem ja niewdzięcznym,.... nie, nie,..... mój drogi, kochany panie;.... ja się będę zawsze dobrze sprawował, doprawdy, doprawdy, że będę..... wszak ja jeszcze tak młodym chłopcem jestem, Sir, a już tak.... tak....

 — No i cóż tak? — zapytał Bumble z zadziwieniem.

 — Tak opuszczonym, Sir,.... od wszystkich opuszczonym! — zawołała z płaczem i żalem chłopczyna. — Wszyscy mnie nienawidzą. Ach, panie, błagam cię, nie gniewaj się i ty na mnie.

 Chłopczyna, to mówiąc, rękę na sercu położył, i z łzami rzewnemi najszczerszej boleści swojemu towarzyszowi w oczy spojrzał.

 Pan Bumble spoglądał przez kilka chwil z zadziwieniem na tego bolejącego i litości żebrającego chłopca, odkrząknął potem kilka razy chrypliwie, mruknął sobie pod nosem, coś nakształt: „ten przeklęty kaszel,“ kazał Oliwerowi otrzyć oczy, i wszelkich sił dokładać, aby zawsze być dobrym i posłusznym; a uchwyciwszy go nakoniec powtórnie za rękę, szedł z nim dalej w milczeniu.

 Pan Sowerberry kazał właśnie godła swoje z ulicy pozdejmować, okienice i drzwi od składu pozamykać, sam zaś zasiadł do biórka, aby przy świetle lichej, niestósownej świecy dochód dniowy do księgi obrachunkowej zaciągnąć, gdy pan Bumble wszedł do składu.

 — Witam, witam, panie Bumble! — zawołał Przedsiębiorca, ucinając pisanie w połowie słowa.

 — Nie jestem ja sam, panie Sowerberry, nie sam! — odpowiedział Woźny; — przyprowadziłem wam chłopca.

 Oliwer się ukłonił.

 — A zatem to jest ten chłopiec? — zapytał Przedsiębiorca i wzniósł świecę po nad głowę, aby się Oliwerowi lepiej mógł przypatrzeć. — Pani Sowerberry, czy nie raczysz do mnie wyjść na chwilkę do sklepu, moja droga?

 Pani Sowerberry się niebawem na progu małej izdebki, w tyle składu leżącej, pojawiła. Była to kobieta nizkiego wzrostu, szczupła, chuda, zawiędła, z obliczem, w którem złośliwość wyryta była.

 — Moja luba, — rzekł pan Sowerberry z wielkiem uszanowaniem, — oto jest ten chłopiec z roboczego domu, o którym ci niedawno mówiłem.

 Oliwer powtórnie się ukłonił.

 — Na miłość boga! — zawołała żona Przedsiębiorcy, — jakiż to chłopczyna mały!

 — Prawda, że jest mały, — odparł Bumble, spojrzawszy przytem z takim wyrazem na Oliwera, jakby to jego winą było, że nie był roślejszym; — prawda, że jest mały;.... temu zaprzeczyć nie można. Ale on jeszcze podrośnie, moja pani Sowerberry, on z pewnością jeszcze podrośnie.

 — O ja wiem bardzo dobrze, że on jeszcze podrośnie, — odpowiedziała Jejmość z przekąsem, — ale na naszym chlebie i jadle. Ja w tem żadnej oszczędności nie widzę, brać chłopców z roboczego domu do siebie, gdyż więcej tylko zjedzą, jak cały zarobek ich warta; ale ci mężowie zawsze chcą być mędrszymi, i wszystko lepiej wiedzieć muszą...... Ruszże się rusz z miejsca, i zejdź na dół po schodach, ty mały kościeniu!

 Pani Sowerberry to mówiąc, drzwi małe, boczne, otworzyła, i wepchnęła Oliwera po schodach do komórki ciemnej, wilgotnej, stanowiącej przedsionek do piwnicy, i kuchnią ochrzczonej, w której dziewczyna brudna, w trzewikach z zadeptanymi napiętkami i pończochach niebieskich, gwałtem pilnej i wielkiej naprawy się domagających, siedziała.

 — Słyszysz Karolino! — zawołała pani Sowerberry, zeszedłszy tuż za Oliwerem na dół; — daj temu chłopcu to mięso, co się dla psa pozostało. Od rana go jeszcze w domu nie było, to też i jeść nic nie dostanie. Mnie się zdaje, że to zjesz z ochotą, nieprawda chłopcze?

 Oliwer, którego oczy się na samo wspomnienie mięsa zaiskrzyły, zaczął drżeć z czystej chciwości pochłonięcia tego przysmaczku jak najprędzej, i odpowiedział potwierdzająco na zapytanie. Niebawem też i talerz mięsa z różnymi resztkami i kościami na stole przed nim postawiono.

 Byłbym sobie życzył, aby jaki filozof dobrze wykarmiony, w którego żołądku jadło i napój w żółć się zamienia,.... którego krew to lód, a serce to żelazo, mógł był widzieć tej chwili Oliwera, połykającego te przysmaczki mięsa, o które pies nawet nie dbał, i poświadczyć, z jaką żarłocznością okropną, z jaką chciwością wygłodniałego źwierzęcia te kęsy jeden po drugim pochłaniał!....

 — No i cóż, — ozwała się żona Przedsiębiorcy, gdy Oliwer wieczerzę swoję skończył, na którą się ze zgrozą wewnętrzną i obawą przed jego przyszłą żarłocznością, patrzyła, — czy masz już dosyć?

 Oliwer, nie widząc już nic więcej takiego przed sobą, coby mu się zjedzenia godnem być zdawało, odpowiedział z potwierdzeniem na to zapytanie swej pani.

 — To chodź za mną, — rzekła pani Sowerberry, biorąc z sobą kaganek brudny, smrodliwy, i wracając po schodach na górę. — Łoże twoje pod stołem. Może się boisz spać pomiędzy trumnami?... Czy ty się jednak boisz, lub nie boisz, o to wcale nie chodzi, gdyż dla ciebie innego miejsca niema. Chodź i nie zatrzymuj mię tutaj przez całą noc!

 Oliwer nie ociągał się dłużej i poszedł za swoją nową panią.

ROZDZIAŁ V.

Oliwer nową znajomość zawiera, a towarzysząc swemu panu po raz pierwszy na pogrzeb, złego wyobrażenia o zatrudnieniu swego pana nabiera.

 Oliwer, w składzie Przedsiębiorcy pogrzebów sam jeden zostawiony, postawił kaganek na warsztacie, i spojrzał w koło siebie ze zgrozą i trwogą, którejby nie jeden z wiele starszych od niego w podobnem położeniu doznał, i ukazać się nie wahał.

 Trumna, jeszcze nieskończona, stojąca na czarnych podstawkach na samym środku składu, tak ponuro i pogrzebowo wyglądała, że dreszcz zimny biednego chłopca każdego razu wskróś przejął, ile razy się jego oczy w kierunku tego groźnego przedmiotu zbłąkały; zawsze mu się bowiem zdawało, że jakaś postać okropna i przerażająca, głowę z niej koniecznie wychylić musi, i w obłąkanie go ze zgrozy wprawi.

 Wzdłuż ściany stał długi szereg desek, porządkiem ustawionych, wszystkie w jednym kształcie poprzyżynanych, i przy tem świetle bladem, ponurem, jego kaganka, niby widma szeroko barczyste, ręce w spodniach trzymające, wyglądających. Wieka od trumień, heblowiny, błyszczące goździe, i kawały czarnego sukna, to wszystko leżało rozrzucone na podłodze, a ściana nad biórem przyozdobiona była w obraz, przedstawiający jaskrawemi barwami dwóch pachołków pogrzebowych, w swoim właściwym żałobnym ubiorze, a obok nich karawan, przed wspaniałemi drzwiami jakiegoś pałacu stojący, do którego cztery, czarnymi kirami pokryte konie zaprzężone były.

 Skład, w którym Oliwer zamieszkał, był wązki i nizki, a powietrze w nim zdawało się być duszne, zapachem grobowym przesiąknięte. Nawet i łoże owe, pod stołem dla niego przeznaczone, wielkie podobieństwo do trumny miało.

 Były to wprawdzie wszystko uczucia niemiłe i przykre dla Oliwera, ale prócz nich jeszcze inne serce jego boleśnie udręczały.

 Wszak on sam jeden był w miejscu obcem, a my wszyscy bardzo dobrze o tem wiemy, jak smutnym i nieszczęśliwym by się czuł każdy z nas, choćby nawet najlepszy, gdyby się w podobnem położeniu znajdował. Biedny chłopczyna nie miał żadnych przyjaciół, którzyby się o niego byli troskali, lub on się przynajmniej o nich był mógł troskać.

 Jego pamięć nie pieściła żadnego żalu za świeżem rozstaniem, a żadne wspomnienie miłego i drogiego oblicza nie obciążało lubym smutkiem jego serca. A jednak to serce było strapione, i tem życzeniem zatęskniło, gdy się na swoje twarde i wązkie łoże rzucił, aby ono trumną dla niego się stało, i on już spokojnym, wiekuistym snem zdjęty, w grobie na cmentarzu spoczywał, trawa bujna nad jego głowami rosła, a dźwięk dzwonów kościelnych do tego snu wiecznego mu przyśpiewywał.

 Nazajutrz rano silne uderzenie we drzwi składu ze snu go przebudziło. To uderzenie powtórzyło się najmniej dwadzieścia razy z wszelkimi oznakami gniewu i oburzenia, nim się biedny Oliwer ubrać był w stanie. A gdy nakoniec łańcuchy i zapory od drzwi składowych odejmować zaczął, owe nogi zabawę swoję zaprzestały, i głos nieznajomy się odezwał:

 — Czemu drzwi nie otwierasz? — zawołał ów głos, należący do tych nóg, co się właśnie z takim hałasem do drzwi dobijały.

 — Natychmiast je otworzę, panie, — odpowiedział Oliwer, odjąwszy ostatnią zaporę, i zakręciwszy kluczem w zamku.

 — Czy to ty jesteś, chłopcze nowo przybyły? — zapytał głos przez dziurkę od klucza.

 — Tak jest, panie! — odpowiedział Oliwer.

 — Ile masz lat? — pytał dalej ów głos.

 — Dziesięć, panie, — odpowiedział Oliwer.

 — No, to dostaniesz cięgi, jak tylko do składu wejdę, — zawołał ów głos, — spuść się na to, ty młody wisusie z roboczego domu!

 Ów głos, dawszy Oliwerowi tę pocieszającą obietnicę, zaczął sobie świstać.

 Oliwer za nadto często temu ruchowi podlegał, którym go ów prawdziwie krótko, lecz dobitnie się wyrażający głos powitać przyrzekł, aby na chwilę przynajmniej wątpliwość najmniejszą był miał zachować, iż właściciel tego głosu, ktokolwiek on będzie, w sposób dla siebie najzaszczytniejszy tego słowa danego nie dotrzyma. Ręką drżącą przeto zasuwkę ostatnią odsunął, i drzwi na oścież otworzył.

 Przez kilka chwil Oliwer po ulicy to w tę, to w ową stronę spoglądał, w tem mniemaniu, że ów nieznajomy, który przez dziurkę od klucza z nim rozmawiał, po ulicy przejść się musiał, aby się cokolwiek rozegrzać; lecz nikogo nigdzie nie spostrzegł, wyjąwszy otyłego chłopca z domu miłosierdzia, siedzącego na kamieniu wprost naprzeciwko składu, i spożywającego spokojnie kromkę chleba z masłem, którą kozikiem na kawałki wielkości otworu swych ust krajał i potem je z wielką żarłocznością pochłaniał.

 — Proszę mi powiedzieć, — ozwał się nakoniec Oliwer, niewidząc nikogo więcej na ulicy, — czyście to nie wy przed chwilą do drzwi pukali?

 — Tak jest,.... ja to pukałem, — odpowiedział ów chłopiec.

 — Czy sobie może trumny życzycie, Sir? — zapytał Oliwer prostodusznie.

 Na to pytanie ów chłopiec z domu miłosierdzia groźnie na Oliwera spojrzał i odpowiedział, iż on sam w krótce dla siebie trumny potrzebować będzie, jeżeli sobie takie żarty ze swoim przełożonym pozwala.

 — Jak widzę, to nie wiesz, kto ja jestem, chłopcze z roboczego domu, ha? — zawołał chłopiec z domu miłosierdzia, podniósłszy się z nadzwyczajną godnością z kamienia, na którym siedział.

 — Nie, panie! — odpowiedział Oliwer.

 — Ja jestem pan Noa Claypole, — rzekł na to ów chłopiec z domu miłosierdzia, — a ty jesteś moim podwładnym. Pootwieraj okiennice i pozawieszaj godła, ty chłopcze przemierzły!

 Pan Noa Claypole, to wyrzekłszy, biednego Oliwera najprzód silnie kułakiem w plecy uderzył, a potem z wielką godnością do składu wszedł, co mu wielką powagę u niego zjednać miało, lubo to jest rzeczą bardzo trudną dla chłopca nizkiego, z łbem wielkim, małemi oczyma, twarzą głupkowatą w jakimkolwiek położeniu swego życia poważnie wyglądać, zwłaszcza, jeżeli się z tymi wdziękami osobistymi nos czerwony i spodnie skórzane, żółte, połączą.

 Gdy Oliwer okiennice pozdejmował i szybę już nawet przez swoje gorliwe natężenie wybił, aby je podnieść i na małe podwórze w domu zanieść, gdzie je przez cały dzień przechowywano, pan Noa dopiero wtedy do niego się zbliżył, i pocieszywszy go tem miłem zapewnieniem: że coś oberwie, tak dalece się poniżył, iż mu w pomoc przyjść raczył.

 Nie zadługo też pan Sowerberry się zjawił, a w kilka chwil po nim i jego droga małżonka, pani Sowerberry, w składzie się pokazała; poczem Oliwer, oberwawszy coś za stłuczoną szybą, jak mu to Noa przepowiedział, za tym chłopcem do kuchni na śniadanie się udał.

 — Siadaj bliżej przy ogniu, Noa, — rzekła Karolina. — Schowałam dla ciebie kawałek szynki z pańskiego śniadania. Oliwerze, zamknij drzwi za panem Noa, i weź sobie to, co tam leży na pokrywie od dzieżki, Oto jest twoja herbata, weź ją sobie tam na skrzynię i wypij ją, tylko żywo, bo cię wnet na górze w składzie potrzebować będą. Słyszałeś?

 — Słyszałeś, chłopcze z roboczego domu? — powtórzył Noa Claypole.

 — Oj ty niepoczciwy Noa! — rzekła Karolina, — jaki z ciebie człowiek dziwny! dla czegóż temu chłopcu nie dasz pokoju?

 — Jemu dać pokój! — odparł Noa. — Czyliż mu cały świat nie daje pokoju?.... Wszakże go jego własny ojciec i matka odstąpili i pokój mu dają; wszyscy krewni go opuścili i pokój mu dają. No i cóż, Karolino, czy nie dobrze? ha! ha! ha!

 — Oj ty dziwaku, ty! — odpowiedziała Karolina, i na całe gardło się rozśmiała.

 Ten śmiech i Noa podzielał, a oboje potem z gniewem i złością na biednego Oliwera spoglądali, który, drżąc z zimna, w najodleglejszym kącie kuchni na skrzyni siedział, i najlichsze kęsy jadła, naumyślnie dla niego wybrane, spożywał.

 Noa był chłopcem z domu miłosierdzia, lecz nie sierotą z domu roboczego.

 On nie był dzieckiem przypadku, albowiem swój rodowód aż do swoich rodziców, niedaleko nawet mieszkających, wyprowadzić zdołał. Jego matka była praczką, a ojciec żołnierzem, pijakiem, uwolnionym z wojska z jedną nogą drewnianą, i dwudziestu jeden fenikami dziennego żołdu, prócz małego jeszcze ułamku.

 Chłopcy z sąsiedztwa już od dawna za zwyczaj sobie wzięli Noego, właściwym ubiorem chłopca z domu miłosierdzia napiętnowanego, różnemi hańbiącemi przezwiskami, jak n. p. chłopiec w skórzanych spodniach, chłopiec z domu miłosierdzia, i t. d. na ulicy prześladować, a Noa to wszystko cierpliwie i pokornie znosić musiał. Lecz teraz, kiedy los sierotę bez imienia pod rękę mu poddał, na której się najostatniejszy nawet z ludzi mógł mścić bezkarnie, więc też i on na niej swoje cierpienia hojnie chciał powetować.

 Ta okoliczność podaje nam przedmiot do rozmyślania bardzo zajmujący.

 Pokazuje nam, jaką rzeczą piękną jest ludzkie serce, i jak bezstronnie przyroda te same przymioty i zalety miłe i przyjemne tak w lordzie najświetniejszym, jak i w chłopcu najnędzniejszym z domu miłosierdzia rozwinęła.

 Oliwer już więcej jak cztery tygodnie w domu Przedsiębiorcy pogrzebów zostawał, gdy pan Sowerberry, schroniwszy się do swej tylniej izdebki z godną swoją połowicą na wieczerzę, po wielu pokornych i błagających spojrzeniach na swoję żonę nakoniec rzec się ośmielił:

 — Kochana żono....

 Chciał jeszcze coś więcej powiedzieć, lecz ta kochana żona, takie szczególne, nieprzyjemne wejrzenie na niego rzuciła, że natychmiast uciął.

 — No i cóż takiego? — zapytała żona opryskliwie.

 — Nic, moja kochana żono, nic, wcale nic, — odpowiedział pan Sowerberry pokornie.

 — Jakież z ciebie głupie źwierze! — zawołała pani Sowerberry wzgardliwie.

 — Nie ze wszystkiem, moja kochana żono, nie ze wszystkiem, — odparł pan Sowerberry z pokorą. — Sądziłem, że mię zechcesz wysłuchać, moja droga. Ja ci tylko chciałem powiedzieć...

 — Ja zaś tego wcale słyszeć nie chcę, coś mi chciał powiedzieć, — przerwała mu jego kochana żona. — Ja nie jestem niczem, a zatem się mię nieradź wcale; bardzo cię o to proszę. Ja się niechcę wcale w twoje tajemnice wciskać.

 Gdy to pani Sowerberry wyrzekła, śmiech kurczowy, histeryczny, ją pochwycił, który bardzo złe skutki za sobą mógł pociągnąć.

 — Ależ moja kochana żono, — rzekł Sowerberry, — ja się tylko chciałem o twoje zdanie zapytać....