Womanizer - Katy Evans - ebook
lub
Opis

Ostatni tom bestsellerowej serii  Manwhore!

Młoda i ambitna Olivia Roth jest absolwentką prestiżowej uczelni i marzy o wielkiej karierze.  Kiedy brat załatwia jej staż w firmie swojego najlepszego przyjaciela, dziewczyna jest zachwycona. Jednak gdy poznaje swojego nowego szefa, wszystko zaczyna się komplikować.

Callan Carmichael jest zabójczo przystojnym mężczyzną, który nie ma czasu na związki. Dla niego liczą się tylko firma i przygody na jedną noc. Śliczna stażystka od razu wpada mu w oko. Wie, że Olivia jest siostrą jego najlepszego kumpla, ale nie może się powstrzymać, aby jej nie poderwać.

Choć wiedzą, że powinni zachować dystans, dzikie instynkty wygrywają i zawierają układ, o którym nikt nie może się dowiedzieć. Gdy zaczyna im bardziej na sobie zależeć, brudny sekret okazuje się być coraz trudniejszy do utrzymania w tajemnicy przed pozostałymi pracownikami firmy, a w szczególności bratem Olivii.

__

Katy Evans znowu przeszła samą siebie. Ta niedająca się odłożyć książka jest nieskrępowaną przyjemnością. To wyraz czystej perfekcji! - Karen McVino z literackiego bloga Bookalicious Babes Blog

Ta książka jest gorrrrąca. Tak super-hot-gorąca! Najgorętsza, jaką do tej pory Katy napisała. Sceny, od których kartki aż iskrzą, zdają się nie mieć końca. To tak rozogniona powieść, że musiałam się wachlować podczas czytania. – Angie’s Dreamy Reads, blog literacki

____

Katy Evans mieszka w południowym Teksasie z mężem, dwojgiem dzieci oraz trójką leniwych psów. Uwielbia piesze wycieczki, książki, pieczenie ciast, a także spędzanie czasu z rodziną i z przyjaciółmi. To bestsellerowa autorka serii REAL. Więcej informacji o Katy Evans można odnaleźć na jej stronie internetowej: KatyEvans.net.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 250

Popularność


Za wszystko, co w życiu niezaplanowane

PLAYLISTA

OneRepublic • I LIVED

Bluebox • ALL YOU ARE

Zayn • TIO

Adam Lambert • FOR YOUR ENTERTAINMENT

Ariana Grande • INTO YOU

Adam Levine • LOST STARS

Ferras • CHAMPAGNE

Enrique Iglesias • TURN THE NIGHT UP

Kygo • FICTION

Kevin Rudolf • YOU MAKE THE RAIN FALL

Dido • HERE WITH ME

Texas • PUT YOUR ARMS AROUND ME

Przeprowadzka do Chicago

Przez okienko w samolocie przyglądam się rozciągającemu się w dole Chicago. Mojemu domowi na trzy najbliższe miesiące.

Moje przyjaciółki, Farrah i Veronica, nie uwierzyły, jak im o tym powiedziałam.

Nie tylko one. Nie uwierzył mi nikt w całym Hill Country, nawet mój wymarzony pracodawca, Daniel Radisson, dyrektor Radisson Investments w Austin, który odrzucił mój wniosek o staż i oznajmił, żebym zdobyła doświadczenie i wróciła do niego, gdy będę gotowa. No więc poinformowałam go, że znalazłam pracę i że wrócę, kiedy skończę.

– Udało ci się samodzielnie dostać na staż w największej firmie w Chicago? – zapytał, kręcąc z niedowierzaniem głową i jednocześnie mierząc wzrokiem moje modne czółenka, spódniczkę mini, uroczy, wyszywany cekinami top i torbę listonoszkę.

Zamrugałam na ten kompletny brak wiary we mnie i zwalczyłam w sobie pokusę schowania ręki za plecami i skrzyżowania palców. Tak bardzo nie chciałam wyznać, że to brat załatwił mi tę pracę.

Nie znoszę kłamać, ale jeszcze bardziej nie znoszę być niedocenianą.

Może i dostałam tę pracę dzięki bratu, ale to ja będę osobą, która się w niej utrzyma i pokona kolejne szczeble korporacyjnej kariery. Od tej pory koniec ze specjalnymi względami. Pewnego dnia założę własną firmę i będę pomagać ludziom spełniać ich marzenia.

– Mój brat zna dyrektora generalnego i chętnie przyjęto mnie do zespołu – wyjaśniłam, formalnie rzecz biorąc, zgodnie z prawdą. Tahoe w sumie powiedział mi jedynie: Rozmawiałem z Carmichaelem. Wszystkie dokumenty wyślij na ten adres e-mailowy. Zaczynasz w pierwszym tygodniu czerwca.

Nie wspomniał o tym, czy przyjęto mnie chętnie, czy nie, no ale skoro jego przyjaciel wyraził zgodę, to pewnie się cieszy, że dołączę do zespołu.

Na pewno ja się cieszę.

Całe życie jestem niedoceniana. W ramach prezentu na osiemnastkę brat wysłał mnie na wakacje do Francji, a po powrocie jedyne, co potrafiłam powiedzieć to oui. Ogromny zawód dla rodziców, którzy chcieli, abym wróciła jako wyrafinowana, biegle władająca francuskim dama. No więc nie mam zdolności językowych. Ale to przecież nie koniec świata. Mam dyplom z biznesu i wielkie marzenia.

Tak oto w ostatnim tygodniu maja, spakowana i gotowa, obrzuciwszy ostatnim tęsknym spojrzeniem pokój, w którym mieszkałam przez większą część nastoletniego i dorosłego życia, podejmuję ryzyko – nie tylko opuściłam rodzinny dom, ale także ustąpiłam bratu. Tahoe uparł się przysłać swój odrzutowiec, który ma mnie zabrać do Wietrznego Miasta.

Łzy pojawiły się najpierw, kiedy rodzice zapakowali moje walizki do bagażnika rodzinnego SUV-a, a następnie na lotnisku. Zdecydowanie najwięcej łez było w moich oczach. Po prostu łatwo się wzruszam i tyle.

Co wcale nie znaczy, że nie potrafię być ostrą laską. Zapytajcie Ulyssesa Harrisona, który dostał ode mnie w jaja, kiedy próbował złapać mnie za dopiero co pączkujące piersi.

Wyściskałam rodziców, najpierw wdychając maminy zapach cynamonu i jabłek, a następnie Old Spice’a taty. Niechętnie wyplątałam się z ich objęć i weszłam po schodkach prowadzących do luksusowego samolotu brata. Na górze odwróciłam się i pomachałam. Odmachali mi, obejmując się. Tato uśmiechał się, a na jego twarzy malowała się mina pod tytułem: „twardy ze mnie gość, ale, do diaska, nie w tej chwili”. Mama założyła ciemne okulary, więc nie widziałam, czy oczy ma wciąż wilgotne.

Kiedy pilot zamknął drzwi, zajęłam miejsce w pobliżu skrzydeł, aby nie czuć, że nie ma nic pode mną. Tylko w ten sposób potrafiłam zmusić się do latania.

Silniki ryczały coraz głośniej, a ja oparłam się i zamknęłam oczy, obracając pierścionek na lewej dłoni, obracając i obracając…

Wysokość i ja… powiedzmy szczerze, że nie jesteśmy dobraną parą.

Mój brat uratował mnie kiedyś przed wysokością i jest to jak na razie jedyna osoba, z którą czuję się bezpiecznie. W życiu nie polecę liniami komercyjnymi. Ale to jest jego samolot. A kiedy w połowie lotu otworzyłam oczy, na jednym z foteli zobaczyłam wiadomość: Trzymaj się. Za chwilę koniec.

Roześmiałam się, a teraz sekundy dzielą mnie od lądowania. Raz za razem słucham piosenki I lived, żeby zająć czymś myśli, i w końcu samolot ląduje w Chicago. Moim domu na trzy kolejne miesiące. Mieście, w którym czeka na mnie staż będący pierwszym z wielu kroków na drodze do spełnienia moich zawodowych marzeń.

Tahoe i jego dziewczyna przyjeżdżają po mnie na lotnisko bardzo brudnym rolls-royce’em ghost. Mój brat lubi otaczać się luksusowymi przedmiotami, ale w ogóle o nie nie dba. A ja? Ja jestem tego typu dziewczyną, która ulubione torebki pakuje w dwa foliowe worki i pudełko, no i rzadko ich używa w obawie przed zadrapaniem. Tahoe ma to zupełnie gdzieś i nawet nie zapłaci komuś, żeby umył jego warte trzysta tysiaków auto.

Dojeżdżamy do pięknego, wysokiego wieżowca w Loop, a potem wsiadamy do windy.

Tahoe całuje mnie w policzek.

– Trzymaj się z dala od klubów, Liv – szepcze tytułem ostrzeżenia.

– Daj jej spokój, ty tyranie – broni mnie jego dziewczyna.

Mój brat jest wysokim blondynem, natomiast Regina to zmysłowa brunetka o krągłych kształtach.

Przyciąga ją do siebie i daje jej głośnego buziaka, a ona odsuwa się z jękiem, jakby jej się to nie podobało. Oblewa się przy tym rumieńcem, więc stwierdzam, że jednak jest inaczej.

– Jestem jej starszym bratem, taka moja rola. – Uśmiecha się do niej z tym szczególnym błyskiem w oku, jaki rezerwuje tylko dla niej, a następnie obrzuca mnie poważnym spojrzeniem. – Mówię serio. Trzymaj się z dala od klubów.

– Nie interesują mnie kluby, okej? – jęczę. – Przyjechałam tu do pracy. Poza tym udało mi się przeżyć w Teksasie siedem lat bez twojego nadzoru nad moimi wieczornymi aktywnościami.

Prawda jest taka, że kocham brata. Jest trochę szorstki, ale chce dla mnie dobrze. Kocham moją rodzinę i chcę, żeby byli ze mnie dumni.

– Dobrze. Carmichael wyświadcza mi w ten sposób przysługę – mówi, kiedy wysiadamy na moim piętrze.

– Dzięki za przypomnienie, że nie udało mi się samej załatwić sobie stażu.

– W spółce z listy 500 największych graczy? Siostra, dobra jesteś…

– Ale nie aż tak? – Marszczę brwi.

Patrzy na mnie z tym swoim krzywym uśmiechem, a potem mierzwi mi włosy.

– Jesteś dobra. Nie przynieś mi wstydu, okej? – Unosi mi brodę.

Kiwam głową.

Callan Carmichael. Nie znam go, choć to bliski przyjaciel mojego brata. Gdy Tahoe zamieszkał w Chicago, a ja przyjeżdżałam do niego z wizytą, zawsze kazał mi trzymać się z dala od swoich kolegów. Teraz jestem na tyle dorosła, aby pracować w jednej z ich spółek – Carma Inc. I to dla samego właściciela i dyrektora generalnego. Carma to konglomerat ponad dziesięciu ogromnych, wartych wiele miliardów dolarów spółek z branży mediów, nieruchomości i inwestycji, a Carmichael specjalizuje się w przejęciach. To rekin biznesu. Nie interesują mnie plotki, zwłaszcza te krążące po mieście, w którym zamieszkałam dopiero godzinę temu, ale wiem, że w Chicago mówi się o nim z nutką strachu w głosie. Carma Inc. sprowadza bezlitosną karmę na kiepsko zarządzane spółki.

Cóż, pora zająć się własną karmą. Biorę głęboki oddech i zatrzymuję się przed drzwiami mieszkania.

Może i się zgodziłam, aby Tahoe przysłał po mnie swój samolot, jednak kiedy oświadczył, że wynajmie mi lokum w swoim budynku, zdecydowanie zaprotestowałam. To kwestia niezależności. Ale ponieważ nie udało mi się znaleźć niczego w przystępnej cenie blisko pracy, osiągnęliśmy w tej kwestii kompromis.

Przejmę umowę najmu jego dziewczyny, jako że ona i tak praktycznie mieszka u Tahoe.

Jego kolega, Will Blackstone, jest właścicielem budynku w Loop, który zostanie zburzony, a w jego miejsce powstanie kompleks apartamentowców. Zdobycie wszystkich pozwoleń może jeszcze trochę potrwać, a tymczasem Gina wynajmuje za niewiarygodnie niską cenę świetne mieszkanie, w którym w zasadzie nie mieszka. Trzyma tam jeszcze część swoich rzeczy, ale i tak wszystko, czego potrzebuje, ma u Tahoe. Na kilka miesięcy to będzie zatem mój dom.

Nagle przepełnia mnie podekscytowanie, kiedy zupełnie nowym kluczem otwieram po raz pierwszy swoje zupełnie nowe mieszkanie.

– Otworzysz dzisiaj te drzwi, siostra? – pyta Tahoe, opierając się o ścianę.

– Daj mi chwilę! Pozwól mi się tym delektować! – protestuję.

Ręka lekko mi się trzęsie, co nie umyka uwadze mojego brata, a mimo to pozwala, abym to ja otworzyła drzwi.

W końcu to robię i wchodzę do środka.

Mieszkanie ma jedną sypialnię, dwie łazienki i szafę wnękową wielkości mojego pokoju w Teksasie, dużą kuchnię, salon z niesamowitym widokiem na miasto i cudnie pachnącą drewnianą podłogę.

– Och, będzie mi tego brakować – wzdycha Regina.

Tahoe unosi brew.

– Nie powiedziałam, że to mieszkanie podoba mi się bardziej niż twoje. – Szturcha go lekko stopą, a on się uśmiecha.

Podczas gdy robią do siebie cielęce oczy, ja podchodzę do okna i je otwieram. Kiedy zastanawiałam się nad tym mieszkaniem, decydujący okazał się argument, że powietrze pachnie tu czekoladą, bo niedaleko mieści się jej fabryka.

Pociągam nosem i stwierdzam, że powietrze nie tylko pachnie czekoladą, ale także nią smakuje.

Prześlizguję się wzrokiem po sąsiednich budynkach i nie mogę uwierzyć, że rzeczywiście tu jestem. Szczypię się i czuję lekki ból. A więc to prawda! Okoliczne budynki są piękne, ulice czyste. Zjeżdżamy na dół po moje bagaże.

W szafie po jednej stronie leżą rzeczy Reginy, ale i tak pozostaje tyle wolnego miejsca, że w życiu go nie zapełnię.

Wieszam swoje ubrania. W przeciwieństwie do koleżanek z Teksasu nie lubię mieć zapchanej szafy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że kiedy sprzątnie się w szafie, ma się miejsce na nowe rzeczy w życiu. W mojej zawsze jest tyle miejsca, że bez problemu mogę powitać coś nowego. W sumie to jeszcze nie wiem co. Coś.

Gina pomaga mi się rozpakować, a mój brat przynosi nam chińszczyznę na wynos na wspólny, późny lunch. Kiedy wychodzą, żeby się wyszykować na jakąś wytworną kolację, w której muszą wziąć udział, rozglądam się po mieszkaniu i nie mogę uwierzyć, że to miejsce jest tylko dla mnie.

Trochę dziwnie czuję się z tym, że nie słyszę na dole rodziców. Zza okien natomiast dobiegają odgłosy wielkiego miasta i wręcz czuć jego pulsującą energię. To mi się podoba.

W salonie dokładam przywiezioną z domu poduszkę, na której widnieje kolorowa korona i wyhaftowany napis: KRÓLOWA PIEPRZONEGO WSZYSTKIEGO.

Dostałam ją od babci. Jeśli Teksas miał jakąkolwiek królową, to właśnie ją.

W wieku osiemdziesięciu dwóch latach jest nadal najbardziej odlotową starszą panią, jaką znam. Babcia to moja własna Betty White* z idealnie ufryzowanymi białymi włosami i znajomością przekleństw lepszą niż u niejednego marynarza.

Jedyne, czego nie kupiła Gina, to krzesła do kuchennej wyspy. Jako że chcę się utrzymywać z tego, co zarobię, i mam zamiar unikać zbędnych wydatków, postanawiam, że w razie potrzeby będę po prostu przysuwać krzesło od biurka.

Ścielę łóżko, a na stoliku nocnym ustawiam oprawione w ramki zdjęcia Tahoe, mamy, taty i mnie. A potem nie bez wysiłku pakuję walizki na górną półkę w szafie, żeby nie zagracały mieszkania.

Tej nocy po raz pierwszy w życiu śpię zupełnie sama, mając dla siebie całe lokum.

Nie jestem pewna, czy mi się to podoba. Na razie.

W niedzielę kończę układanie rzeczy w szafie w moim nowym mieszkaniu, a do nowej teczki – prezentu od dumnych rodziców – wkładam przybory biurowe.

Dwudziestodwuletnia dziewczyna wyjechała z Teksasu, a jutro rano stanie się dorosłą, niezależną kobietą. Jestem gotowa. Muszę się wykazać, zwłaszcza wobec samej siebie. W końcu przyjechałam tu po to, aby się dowiedzieć, jak grać z ważniakami z pierwszej ligi.

Wybieram się na zakupy, aby zaopatrzyć się w idealny strój. Carma Inc. wymaga od swoich pracowników uniformów w odcieniach czerni, bieli lub szarości.

Kiedy wracam do domu, czekają na mnie torebki z popcornem i kartka:

Nie możesz nazywać się mieszkanką Chicago, jeśli nie spróbowałaś tego.

Twój ulubiony brat

Piszę do niego:

Jesteś moim jedynym bratem, tumanku.

T.R.: Dlatego właśnie ulubionym.

Ja: Pozdrów ode mnie Ginę.

Idę wcześnie spać.

JUTRO WAŻNY DZIEŃ!

T.R.: Mała, codziennie przez 3 miesiące będzie ważny dzień. Carmichael jest wyluzowany na maksa wszędzie z wyjątkiem pracy. Żeby nie było, że cię nie ostrzegałem.

Ja: Wyzwanie przyjęte.

T.R.: Jeśli się pietrasz, możesz odbyć staż u mnie.

Ja: U mojego ulubionego brata? Żeby w pracy mieć czas na piłowanie paznokci i oglądanie reality show? Dzięki, ale wolę zasłużyć na swoją pozycję.

T.R.: Odezwij się, kiedy zatęsknisz za byciem księżniczką, a wtedy zobaczę, co da się zrobić.

Ja: Obiecuję.

T.R.: Skoro o wilku mowa, idę dziś na kolację z twoim szefem.

Ja: Nie rozmawiaj o mnie, proszę, już ci mówiłam, nie chcę specjalnego traktowania tylko dlatego, że jestem twoją siostrą.

T.R.: Zrozumiałem za pierwszym razem.

Ja: Okej, obiecaj!

T.R.: Siostra, wierz albo nie, ale mamy z Carmichaelem inne tematy do rozmów.

Ja: Naprawdę?

No to przestań mnie wkurzać.

Dam sobie radę. Nie zadręczaj mnie swoją troską, od tego jest mama.

T.R.: No dobra.

Dzwoń do mnie albo do Reginy, gdybyś czegoś potrzebowała.

Ja: O ile nie zgubię waszych numerów.

T.R.: HA, HA.

Gina ma klucz od mieszkania i to pewnie ona podrzuciła mi popcorn. Zjadam go, jęcząc z zachwytu, jeszcze kiedy oblizuję palce z resztek. Następnie wchodzę do sypialni i ze zdumieniem odkrywam na łóżku mały koszyczek z prezerwatywami.

Liv, nie mów Tahoe, że to zostawiłam, chcę mieć

jedynie pewność, że w każdej dziedzinie dasz sobie radę.

Buziaki, Gina

Przyglądam się ze śmiechem gumkom w różnych smakach. Wszystkie są w rozmiarze XXL. Wolę się nie zastanawiać, dlaczego Gina uznała, że to najpopularniejszy rozmiar. Chowam koszyk za jedną z ramek na dolnej półce stolika nocnego, a potem dzwonię do rodziców.

– Wszystko w porządku, Olivio? Brat pomógł ci się zaaklimatyzować?

– Mamo, mało brakowało, a on i Gina by się do mnie wprowadzili – jęczę, ale w sumie cieszę się, że mam rodzinę, która mnie tak kocha i wspiera. Wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej. Ja również kocham moją rodzinę i chcę, żeby byli ze mnie dumni.

* Amerykańska aktorka, laureatka Nagrody Emmy. Betty jest przede wszystkim aktorką telewizyjną, jej kariera trwa nieprzerwanie od 60 lat.

Pierwszy dzień

Tak się denerwuję, że wstaję przed budzikiem.

Stresuję się nie tylko tym, że to moja pierwsza praca, ale także faktem, gdzie mam odbyć staż. Wiem, że zdobyte w Carma doświadczenie będzie moim atutem, kiedy wrócę do Radisson Investments, a później założę własną firmę. Praca w najbardziej ekspansywnej spółce w kraju nauczy mnie tych wszystkich brudnych gierek, dzięki czemu będę wiedziała, jak im przeciwdziałać i chronić firmy, które liczę, że będę obsługiwać. Ale choć jestem pełna determinacji, aby nauczyć się tyle, ile się tylko da, wiem, że muszę zadbać o to, by za trzy miesiące odejść z Carma, nie tracąc przy tym duszy.

Nie chcę, aby ta praca uczyniła mnie bezwzględną – a takie właśnie krążą plotki na temat wszystkich, którzy pracują w tej firmie.

Przywdziewam elegancki, korporacyjny strój: ołówkowa spódnica i krótki, dopasowany żakiet. Włosy związuję w niski kucyk. Tak jest ładnie, a poza tym lubię czuć włosy blisko szyi; ogrzewają mnie. To wrażliwe miejsce na moim ciele, wystarczy podmuch wiatru i czuję łaskotanie w kark.

Do tego zakładam czółenka i perłowe kolczyki. Najchętniej przewiązałabym kucyk chustką albo bandaną, no ale to nie studia. To prawdziwe życie.

W Chicago jest gorący, wietrzny dzień. Wysiadam z taksówki i lustruję budynek, w którym mieści się Carma Inc.

Jeśli reputacja tej firmy nie wystarczy, aby onieśmielić, to z pewnością zrobi to jej siedziba.

Wznosi się na ponad pięćdziesiąt pięter i zdaje się mnie połykać, kiedy tak stoję na chodniku przed imponującym, przeszklonym wejściem. Budynek jest zarówno wysoki, jak i rozciąga się w obie strony, obejmując sobą całą przecznicę.

Wow.

Nie mogę uwierzyć, że właśnie tu będę pracować.

Dzisiaj, razem z kilkunastoma innym stażystami, mam poznać zakres swoich obowiązków.

Robię wdech i przyciskam teczkę do piersi.

No dobrze.

Opuszczam teczkę i wchodzę do środka. Do mojej pierwszej pracy.

Kiedy jadę windą, w moim żołądku harcują motyle. Patrzę na swoje odbicie w lustrze. O rany, wyglądam na przerażoną. Weź się w garść, Livvy! Wcale nie wiem, czy go dzisiaj poznam. I czy w ogóle. Nie chcę, aby przysługa wyświadczona mojemu bratu miała oznaczać specjalne traktowanie i dałam to jasno do zrozumienia. A to oznacza, że Tahoe pewnie poinformował o tym Callana Carmichaela. Tak więc teraz jestem dziewczyną pracującą.

Choć w sumie mam nadzieję, że tak świetnie będzie mi szło, iż w końcu o mnie usłyszy. O tak, i wtedy się ucieszy, że oddał Tahoe przysługę.

No dobrze, pierwszy dzień.

Jak dobrze, że tylko raz jest się pierwszy dzień w nowej pracy.

Dzień nie zdążył się skończyć, a ja już usłyszałam o najnowszym przejęciu. Mówi się o nim na stołówce i w każdym telefonie do mojego szefa. Przydzielono mnie do działu zajmującego się researchem i odpowiadam bezpośrednio przed panem Henrym Lincolnem. To życzliwy, wyglądający na naukowca mężczyzna w średnim wieku z lśniącą łysiną i szorstkim głosem, ale ciepłymi oczami, które na okrągło wpatrują się przed siebie, jakby myślami błądził zupełnie gdzie indziej.

Pomagam mu w gromadzeniu informacji. To jeden z najgenialniejszych umysłów tej spółki, a naszym wspólnym zadaniem jest wyszukiwanie firm, które przykują uwagę Carmichaela.

Nie jestem osobą chcącą się specjalizować w przejęciach, lecz w znajdowaniu firm, które potrzebują pomocy, oraz w jej udzielaniu. Aby się tym jednak w przyszłości zajmować, najpierw muszę dowiedzieć się, w jaki sposób przejmuje się spółki i dlaczego. Rekiny pokroju Carmichaela znajdują w nich słabe punkty, doprowadzają je do upadku, a następnie przejmują. Ale znalezienie tego słabego punktu może mi także pomóc w poznaniu sposobów odbudowania spółki i jej wzmocnienia, aż w końcu – voilà – biznes znowu zakwitnie.

Przez część dnia zadręczam się zastanawianiem, czy w ogóle nadaję się do czegoś takiego. Kawa, notatki, teczki, badania.

Wrogie przejęcia, tak to się nazywa. Gromadzenie informacji zaczynam od pozycji spółki – sprawdzam, czy wchodzi w skład indeksu Dow Jones Industrial albo NASDAQ, poznaję listę jej inwestorów, historię, jej inwestycje, napływ gotówki, koszty własne.

Pracuję od dziewiątej do piątej, ale dzisiaj zostaję do szóstej, pomagając panu Lincolnowi przygotować jutrzejszą prezentację dla Carmichaela i zarządu.

Ze znajdującego się na trzecim piętrze pokoju ksero przynoszę ostatnie wydruki oraz piątą kawę dla Lincolna. Kiedy kładę wszystko na biurku, oblewam kawą swój obowiązkowo szary żakiet.

– Cholera! – mruczę pod nosem. – Panie Lincoln…

– Nic się nie dzieje. Nic się nie dzieje. Już prawie skończyliśmy. Zajmij się żakietem. Tylko nie pozwól, by ktoś cię zobaczył bez niego.

Czując, jak kawa przesiąka przez materiał, ściągam żakiet.

– Idź już, mówię. – Macha ręką, nie przestając sortować dokumentów.

Idę, ale najpierw dolewam mu kawy i przynoszę do biurka.

– Przepraszam.

– Nie przepraszaj. Radzisz sobie o wiele lepiej niż jakikolwiek inny stażysta w pierwszym dniu pracy. Idź do domu i odpocznij – powtarza nieco życzliwiej, kiedy widzi, że przyniosłam mu kawę.

Kiwam głową, a potem udaję się w stronę wind, z żakietem przerzuconym przez ramię. Zatrzymują się trzy windy i z każdej wychodzi mnóstwo osób. Wszystkie przyglądają się mojemu poplamionemu żakietowi.

Jezu!

A więc mam pokazać się jako stażystka, która dała ciała już pierwszego dnia?

Wciskam strzałkę do góry i okazuje się, że winda jadąca na najwyższe piętro jest zupełnie pusta.

Wsiadam do środka i oddycham głęboko. Próbuję zebrać myśli. Poczekam, aż opustoszeje cały budynek.

Wychodzę na oszałamiający taras.

Serce mi zamiera, kiedy coś dostrzegam.

Na samym końcu jakaś ciemna postać opiera się o balustradę.

Mężczyzna ma na sobie czarne spodnie i białą koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami. Widzę zarys jego umięśnionych pleców, wąskie biodra i tyłek.

O rety. Mrugam, bo to naprawdę niezły tyłek.

Z kącika jego ust zwisa papieros. Ja nie palę i nagle tego żałuję.

Wygląda na zrelaksowanego, jakby znajdował się na szczycie świata, i teraz ja też tego pragnę.

– Czy byłoby okropne, gdybym poprosiła o poczęstowanie? – Robię krok w jego stronę.

Nie odwraca się, aby na mnie spojrzeć. Nie wydaje się zaskoczony moją obecnością. Pewnie usłyszał dźwięk windy.

W milczeniu wyciąga rękę. Podchodzę do balustrady.

– To mój pierwszy dzień tutaj.

– Traktuj go jak każdy inny dzień, a dasz sobie radę.

Podskakuję, słysząc jego głęboki głos. Biorę z jego palców papierosa i zaciągam się. Wypuszczam dym, czując, że nieznajomy na mnie patrzy. Odpowiadam tym samym.

Widzę brązowe włosy z jaśniejszymi, rozjaśnionymi słońcem pasemkami, i parę oczu, które wpatrują się we mnie z niepokojącą intensywnością. Okalają je ciemne rzęsy i proste ciemne brwi. Do mojego umysłu zaczyna przenikać reszta jego cech i nie mogę uwierzyć, że można być jednocześnie tak męskim i doskonałym. Gładkie czoło, elegancki nos i silne usta, idealna linia żuchwy pokryta lekkim zarostem – ale tylko lekkim – i usta, na widok których robię się dziwnie świadoma własnych ust.

Gapię się na niego.

Przestań się gapić.

– Ja… eee…

Te oczy zaczynają tańczyć.

– Chcesz zapalić? – Jego głos brzmi bardziej chropawo niż przed chwilą.

– Słucham?

Pokazuje na prawie wypalonego papierosa, po czym sięga do kieszonki koszuli, z której wyjmuje paczkę i jednym ruchem ją otwiera.

Tak się cieszę, że mogę poznać kogoś innego oprócz mojego brata i jego dziewczyny. Tę akurat znajomość nawiązuję zupełnie sama.

Kiwam głową. Mężczyzna wkłada papierosa do ust, zapala go, zaciąga się, a potem mi podaje, powoli wypuszczając dym. Oczy mu błyszczą.

Biorę go od niego i się zaciągam. Równie powoli wypuszczam dym.

– Dziękuję. – Nie ruszam się z miejsca. – Mam lęk wysokości.

Przygląda mi się z ciekawością.

– Jest jakiś powód, poza masochizmem, dla którego tu jesteś? – Kąciki jego ust unoszą się delikatnie.

Moje także.

– Lęk wysokości pozwala utrzymać w ryzach inne moje lęki. Kiedy robi się niefajnie, szukam najwyższego możliwego miejsca i wszystko inne staje się wtedy do zniesienia. Wydaje się mniejsze.

Posyła mi uśmiech, a mnie serce zaczyna walić jak młotem. Wyjmuje papieros z moich ust i gasi go w stojącej obok popielnicy.

– Chodź tutaj, poważnie, nie pozwolę ci spaść.

Waham się.

Chowa paczkę do kieszeni spodni i przyciąga mnie w stronę balustrady.

– Widzisz? Nie ma się czego bać.

Jego głęboki głos zanurza się w moim brzuchu niczym kotwica. Przez moje ciało przebiega dreszcz. I wtedy dociera do mnie, że ten mężczyzna, nieznajomy, mnie dotyka. Jego dłoń spoczywa na mojej talii.

Eee, hello, rusz się, Livvy? Nie należę do dziewczyn, które pozwalają facetowi na tak wiele bez umówienia się na randkę.

– Możesz mnie puścić.

– Naprawdę? – Jego oczy nadal tańczą.

– Tak. Możesz. – Drżę.

Na jego twarzy maluje się jeszcze większe rozbawienie. Z uśmiechem spogląda na swoją dłoń.

– Jesteś pewna? – Lustruje mnie wzrokiem, jakby się upewniał, że utrzymuję równowagę.

– Tak – kiwam głową.

Puszcza mnie, a potem zerka na zegarek.

– A ja… spóźniony.

Wypuszczam z płuc powstrzymywane powietrze.

– Ja tu jeszcze chwilę zostanę.

Wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów i kładzie ją na balustradzie, po czym mruga do mnie i odchodzi.

Wpatruję się w papierosy. Robię jeden krok, potem kolejny, i choćby na tej balustradzie czekało na mnie wszystko, czego kiedykolwiek pragnęłam, nie jestem w stanie tego dosięgnąć, choćbym chciała.

Seksowny palacz

Nazajutrz mówię sobie, że dzisiaj nie wybiorę się na górę. Ale i tak przed wyjściem do domu wjeżdżam windą na taras. Tyle że to nie taras nie daje mi spokoju.

To Seksowny Palacz. Nie należę do dziewczyn, które dużo czasu spędzają na rozmyślaniu o facetach. W czasie studiów niemal w ogóle nie miałam do nich głowy – byłam zbyt zajęta nauką. Więc to, co się teraz ze mną dzieje, to nowość. Trochę się tym martwię.

Dzisiaj jest ubrany w niebieską koszulkę polo. Dość odważnie z jego strony, że nie przejmuje się tym, że mogą go zwolnić za nienoszenie przepisowej czerni, bieli albo szarości. To z pewnością facet roznoszący pocztę.

– Ty też masz gdzieś dress code, co? – zagajam.

Unosi brew, wyraźnie rozbawiony obecną w moim głosie nutką aprobaty.

– Dzisiaj masz na sobie polówkę, a wczoraj byłeś bez marynarki.

Choć wydaje się to niemożliwe, jego oczy błyszczą jeszcze bardziej.

– A więc rozgryzłaś już moje nawyki ubraniowe?

Z jakiegoś powodu oblewam się rumieńcem.

Odwraca krzesło i siada przede mną. Ręce kładzie na oparciu.

– Co jest nie tak z dress codem? Na moje oko doskonale sobie z nim radzisz.

Przewracam oczami.

Śmieje się ze mnie.

– Jest nudny, ot co. – Pokazuję na niego. – Żałuję, że nie mam twoich jaj.

– A gdzie konkretnie chciałabyś je mieć?

Śmieję się, a zaraz potem rumienię. O Boże.

On także się śmieje.

– Przepraszam – mówi, przysuwając się z krzesłem bliżej mnie. – Nie mogłem się oprzeć.

– Wiesz co? Naprawdę powinieneś – odpowiadam, marszcząc lekko brwi. – Czy ktoś w ogóle łyka te suchary?

– Zdziwiłabyś się, ile kobiet łyka moje… suchary.

Patrzę na niego z powątpiewaniem.

– Skoro tak twierdzisz. – Ma sporo uroku osobistego i przystojną twarz, ale także rozdęte ego, którego nie zamierzam dłużej łechtać. – I chodziło mi o to, że masz jaja, aby nie nosić… wymaganego stroju. Jak ci się to udaje?

– Potrafię zamydlić oczy recepcjonistkom.

– Gdyby to byli mężczyźni, mnie może też by się udało.

Mierzy mnie wzrokiem.

– Masz to jak w banku.

– Poważnie. Bycie perfekcjonistą to jedno, ale to już przesadny pedantyzm. Daj spokój! – wzdycham. – Nie chcę jednak rozczarować mojego brata. To on załatwił mi tę pracę. A ja zamierzam zrobić wszystko, żeby na nią zasłużyć.

Unosi brwi i mierzy mnie uważniejszym wzrokiem.

Jakby coś sobie nagle uświadomił.

Ciekawe, czy ma ambicje bycia kimś więcej niż roznosicielem poczty. Nie sprawia wrażenia kogoś, kto za wszelką cenę pragnie wspinać się po szczeblach kariery.

Zamyśliłam się, nie dostrzegając, że mój towarzysz marszczy brwi i siedzi ze wzrokiem wbitym w swój papieros. Śmieje się cicho, jakby do siebie, a potem wstaje, robi krok do tyłu i mówi:

– Do widzenia.

Zabiera marynarkę, telefon i kluczyki, po czym odchodzi.

Powiedziałam coś nie tak?

Następnego dnia dostrzegam go w windzie.

Kobieta, która wchodzi do niej razem ze mną, na jego widok momentalnie się prostuje. Dziwne, że nie poprawia do tego fryzury, choć w sumie wcale jej się nie dziwię. Wita się z nim grzecznym skinieniem głowy. Seksowny Palacz odpowiada tym samym, a następnie przenosi wzrok na mnie. Nie kiwa głową, a jedynie się patrzy. Uśmiecham się.

Jestem pod wrażeniem, że mój pozbawiony ambicji nowy kolega odstroił się w swój najlepszy czarny garnitur i zabójczy krawat. Tutaj nikt nie nosi czerwonego krawata, chyba że zjawia się na rozmowie w sprawie pracy. Później obowiązuje kolor srebrny lub czarny.

– Patrzcie, patrzcie! Przyszedłeś na rozmowę? – pytam, kiedy zostajemy w windzie sami. – Ale się wystroiłeś.

Zaczyna się śmiać, pociera ręką twarz i kręci głową.

– Pasujemy do siebie. – Pokazuję na czerwoną apaszkę, która pełni funkcję opaski na włosy; mój jedyny przejaw buntu wobec dress code’u.

– Aha, coś z tym będę musiał zrobić – stwierdza.

Unosi rękę i ściąga mi opaskę, po czym chowa ją do kieszeni. Ot tak. Nonszalanckim gestem krzyżuje ręce na piersi i wbija wzrok w zmieniające się cyferki.

Przechyla lekko głowę, aby na mnie spojrzeć, i mojej uwadze nie umyka fakt, że jego wzrok prześlizguje się po moich ramionach i włosach. Zaczyna mi brakować tchu.

Przyglądam się swojemu odbiciu w drzwiach windy. Niebieskooka blondynka z jasną cerą; wydaję się drobna i słaba. Natomiast on w tym głupim garniturze wygląda strasznie zmysłowo.

– Będziesz dziś po południu na tarasie? – wyrzucam z siebie.

Unosi ze zdziwieniem brwi, a potem ponownie lustruje moje włosy.

Wieki mijają, nim w końcu się odzywa.

– Zostawię ci papierosy, co ty na to? – Głos ma spokojny, w przeciwieństwie do spojrzenia.

– O nie, nie chodzi o papierosy. Właściwie to nawet nie palę. Ja tylko… cóż, nie mam tu wielu znajomych, wiesz? Fajnie jest dzielić się papierosem na tarasie.

Jego spojrzenie nieco łagodnieje, nic jednak nie mówi.

Na szczęście w końcu zatrzymujemy się na moim piętrze.

– To na razie. – Macham mu z uśmiechem, wysiadam z windy i zmuszam się do tego, aby się nie obejrzeć. Cholera. Kurwa. Cholerakurwa. Klnę pod nosem, czując, jak moje policzki oblewa rumieniec. Czemu tak się przejmuję tym, że nie odpowiedział twierdząco?

W końcu i tak jadę na górę.

Zastanawiam się przy tym, czemu w ogóle zawracam sobie głowę. Ostatnie, czego chcę, to facet. Prawdę mówiąc, na serdecznym palcu lewej ręki noszę nawet mały pierścionek z brylantem, który dostałam od rodziców na piętnaste urodziny, żeby faceci mnie nie zaczepiali, gdybym wybrała się do jakiegoś klubu.

Pewnie brakuje mi po prostu przyjaciela. I podoba mi się jego energia. Pewność siebie i męska siła. To coś, co uwielbiam w swoim bracie. Przy nim czuję się bezpieczna. Ale ten mężczyzna to nieznajomy, nie rozumiem więc, czemu tak chce mi się z nim rozmawiać, może z wyjątkiem tego, że kieruje mną ciekawość, a jego bliskość przepełnia mnie podekscytowaniem.

Kiedy wysiadam z windy, on stoi obok balustrady. Serce na chwilę mi zamiera i biorę kilka głębokich wdechów, żeby udawać spokojną i wyluzowaną.

Patrzy na mnie tak, jakby rzucał mi wyzwanie: zbliż się do krawędzi.

Zatrzymuję się metr od niego i zaciskam palce na skraju czarnego żakietu. Spojrzenie mężczyzny skupia się na moim pierścionku.

– Kim jest ten facet? – pyta lekkim tonem, nie odrywając od niego wzroku.

Śmieję się.

– Wow. A co z twoimi sucharami? Nie zapytasz: „kim jest ten szczęściarz”? Nie myśl, że nie zwróciłam na to uwagi.

– Nie jestem pewien, czy to szczęściarz, czy cholerny pechowiec – rzuca.

Mam ochotę wypowiedzieć pierwsze imię, jakie mi przychodzi do głowy.

Wzdycham.

– To prezent od rodziców, który pomaga mi poświęcać się w pełni moim celom – wyjaśniam.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

Robi krok w moją stronę, a ja się odruchowo cofam.

– A więc to podróbka?

– Żadna podróbka, to prawdziwy brylant!

– Podrabiany pierścionek zaręczynowy.

– Wcale nie. Jestem zaręczona z samą sobą.

Wsuwa ręce do kieszeni spodni i kiwa się na piętach.

– A, to pewnie dlatego, że nikt inny by cię nie zechciał? – pyta ze śmiertelną powagą.

Równie poważnie kiwam głową.

– Otóż to. Całe ciało mam upstrzone piegami, a charakter jeszcze paskudniejszy.

– Paskudniejszy niż piegi. – Drapie się po brodzie.

– Zdecydowanie.

– Może pewnego dnia znajdziesz kogoś – patrzy na pierścionek, a potem przenosi spojrzenie na moją twarz – dla kogo piegi stanowią fetysz. – Śmieje się. – I dla niego będziesz wyjątkowa. Ale ten pierścionek może go zniechęcić do próby odkrycia tych wszystkich piegów kryjących się pod twoimi ubraniami.

Ciekawe, jak by to było. Być tak kochaną. Tak, jak mój brat kocha Reginę. I moi rodzice siebie nawzajem.

– Jeśli przeszkadza mu odrobina rywalizacji i pozwoliłby, aby jakiś przedmiot zniechęcił go do poznania mnie, to w takim razie nie jestem zainteresowana. Nie dostanie ani jednego piega.

Uśmiecha się i milczy, a ja się zastanawiam, czy kiedykolwiek był kochany, czy w ogóle tego pragnie. Ale czy nie jest to coś, czego wszyscy pragniemy? Nawet jeśli ci się wydaje, że tego nie chcesz, właściwie i tak na to czekasz. Czekasz, aby się dowiedzieć, jakie to uczucie.

– Chyba teraz zapalę – mówię, rumieniąc się.

Tak bym chciała z kimś w końcu normalnie porozmawiać, choćby o pierdołach, i być po prostu sobą; porozmawiać z kimś, kto nie będzie mnie osądzał ani patrzył na mnie jak na pierwszą lepszą stażystkę, która trafiła tu tylko dzięki bratu.