Wolny walc żółwi - Katherine Pancol - ebook
Opis

"Kontynuacja losów bohaterów Żółtych oczu krokodyla. Joséphine przestaje się przejmować tym, czy krokodyl rzeczywiście pożarł jej męża, który zniknął w Kenii. Opuściła Courbevoie i zamieszkała w kamienicy w modnej paryskiej dzielnicy, dzięki pieniądzom zarobionym na bestsellerze, którego autorstwo starała się sobie przypisać jej siostra Iris. To oszustwo przypłaciła pobytem w klinice psychiatrycznej. Wolna, wiecznie nieśmiała i nie w pełni zadowolona ze swojego życia Joséphine ciągle czeka na wielką miłość, która nie nadchodzi. Aż do pewnego świątecznego wieczoru, kiedy to niespodziewany pocałunek całkiem odmieni jej dotychczasowe życie."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 885

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

LA VALSE LENTE DES TORTUES

Copyright © Editions Albin Michel, S.A. – Paris, 2008

Published by arrangement with Literary Agency “Agence de l’Est”.

Copyright © 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2010 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-429-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

„Straszne jest żyć w epoce, w której na słowo uczucie odpowiada się: sentymentalizm. Kiedyś wreszcie musi nadejść dzień, gdy wrażliwość zostanie uznana za największe z uczuć i przezwycięży dominację intelektu”.

ROMAIN GARY

Część pierwsza

– Przyszłam odebrać paczkę – oświadczyła Joséphine Cortès, podchodząc do okienka na poczcie przy rue de Longchamp, w szesnastej dzielnicy Paryża.

– Z kraju czy z zagranicy?

– Nie wiem.

– Na jakie nazwisko?

– Joséphine Cortès… C.O.R.T.È.S…

– Ma pani awizo?

Joséphine Cortès podała żółty druczek zawiadomienia.

– Dokument tożsamości – poprosiła znudzonym tonem tleniona blondynka o niezdrowej cerze, mrużąc patrzące w pustkę oczy.

Joséphine wyjęła dowód osobisty i podetknęła go pod nos urzędniczce, która rozpoczęła rozmowę z koleżanką o nowej diecie na bazie czerwonej kapusty i czarnej rzodkwi. W końcu wzięła dowód, podniosła jeden pośladek, a następnie drugi i wstała z taboretu, masując sobie krzyże.

Podreptała w stronę korytarza i zniknęła. Czarna wskazówka minutowa przesuwała się po białej tarczy zegara. Joséphine uśmiechnęła się z zakłopotaniem do wydłużającej się za nią kolejki.

To nie moja wina, że paczkę gdzieś odłożono i nie można jej znaleźć – zdawała się przepraszać, kuląc się. To nie moja wina, że najpierw wysłano ją do Courbevoie, a dopiero potem trafiła tutaj. A poza tym skąd ta paczka? Może od Shirley z Anglii? Przecież zna mój nowy adres. To byłoby w stylu Shirley, wysłać mi tę słynną herbatę, którą kupuje w sklepie Fortnum & Mason, pudding i grube skarpetki, żeby podczas pracy nie marzły mi nogi. Shirley zawsze powtarza, że nie ma miłości, są tylko świadczące o niej drobiazgi. Miłość bez drobiazgów – dodaje – to morze bez soli, trąbik bez majonezu, konwalia bez dzwonków. Brakowało jej Shirley. Przeprowadziła się do Londynu razem z synem Garym.

Urzędniczka wróciła, trzymając w ręku paczkę wielkości pudełka do butów.

– Zbiera pani znaczki? – spytała Joséphine, wspinając się na wysokie krzesło, które zaskrzypiało pod jej ciężarem.

– Nie…

– A ja tak. I powiem pani, że te są wspaniałe!

Oglądała je, mrużąc oczy, potem popchnęła paczkę w stronę Joséphine, która odczytała swoje nazwisko i dawny adres w Courbevoie na byle jakim papierze służącym za opakowanie. Sznurek, też byle jaki, rozdwajał się miejscami, tworząc girlandę pomponów pokrytych brudem, jaki się nagromadził na różnych półkach urzędów pocztowych.

– Nie mogłam jej znaleźć, bo się pani przeprowadziła. Przyjechała z daleka. Z Kenii. Przemierzyła spory kawał drogi! Pani też…

Powiedziała to z sarkazmem w głosie i Joséphine się zaczerwieniła. Wybąkała niezrozumiałe przeprosiny. Jeżeli się przeprowadziła, to nie dlatego, że przestało się jej podobać na przedmieściu, o, co to, to nie, lubiła Courbevoie, swoją dawną dzielnicę, mieszkanie, balkon z zardzewiałą balustradą, a szczerze mówiąc, wcale nie polubiła nowego adresu, czuła się tam obco, nie na miejscu. Nie, przeprowadziła się dlatego, że jej starsza córka Hortense nie mogła już znieść życia na przedmieściu. A gdy Hortense wbiła sobie coś do głowy, nie pozostawało nic innego, jak to wykonać, aby nie narazić się na jej bezbrzeżną pogardę. Dzięki pieniądzom ze sprzedaży praw autorskich do powieści Taka pokorna królowa i pokaźnemu kredytowi w banku Joséphine mogła kupić piękne mieszkanie w pięknej dzielnicy. Przy avenue Raphaël, niedaleko la Muette. Na końcu rue de Passy z luksusowymi butikami, na skraju Lasku Bulońskiego. Trochę miasto, trochę wieś – podkreślił z emfazą pracownik agencji nieruchomości. Hortense rzuciła się Joséphine na szyję: „Dziękuję, mamusiu, dzięki tobie odżyję, stanę się prawdziwą paryżanką!”.

– Jeżeli miałabym mówić za siebie, zostałabym w Courbevoie – mruknęła speszona Joséphine, czując, że koniuszki jej uszu czerwienieją i palą ją.

To coś nowego, przedtem nie czerwieniłam się z byle powodu. Przedtem byłam na swoim miejscu, nawet jeżeli nie zawsze czułam się tam dobrze, to było moje miejsce.

– No dobrze… A co ze znaczkami? Chce je pani zatrzymać?

– Boję się, że zniszczę opakowanie, jak zacznę je wycinać…

– Nieważne, niech pani da spokój!

– Mogę je pani przynieść, jeżeli pani chce…

– Przecież mówię pani, że to nieważne! Tak tylko powiedziałam, bo mi się spodobały, jak je zobaczyłam… ale już o nich zapomniałam!

Spojrzała na następną osobę w kolejce, ostentacyjnie ignorując Joséphine, która schowała dowód do torebki, po czym odsunęła się od okienka i wyszła.

Joséphine Cortès była nieśmiała, w odróżnieniu od matki i siostry, którym okazywano posłuszeństwo lub miłość po jednym ich spojrzeniu, uśmiechu. Starała się usuwać z drogi, przepraszała, że żyje, aż zaczynała się jąkać lub czerwienić. Przez moment sądziła, że sukces pomoże jej uwierzyć w siebie. Jej powieść Taka pokorna królowa nadal zajmowała wysokie miejsca na listach bestsellerów, choć ukazała się przed ponad rokiem. Pieniądze nie dały jej żadnej pewności siebie. Czasami wręcz ich nienawidziła. Zmieniły jej życie, stosunki z innymi ludźmi. Nie zmieniły jedynie mojego stosunku do siebie – westchnęła, rozglądając się za kawiarnią, w której mogłaby usiąść i otworzyć tajemniczą paczkę.

Na pewno istnieją jakieś sposoby, aby ignorować pieniądze. Pieniądze pozwalają nie bać się skrzeczącego jutra, ale jak tylko się je zgromadzi, pojawiają się kłopoty. Gdzie je ulokować? Na jaki procent? Kto się tym zajmie? Z pewnością nie ja – oświadczyła Joséphine, pokonując przejście dla pieszych i w ostatniej chwili uskakując przed nadjeżdżającym motocyklem. Poprosiła swojego doradcę bankowego, pana Faugerona, aby zdeponował je na koncie i przelewał jej co miesiąc pewną kwotę, która jej zdaniem wystarczała na życie, zapłacenie rachunków, zakup nowego samochodu, wydatki na szkoły i utrzymanie Hortense w Londynie. Hortense umiała korzystać z pieniędzy. Nie dostawała zawrotów głowy na widok wyciągów z banku. Joséphine pogodziła się z tym, że jej starsza córka w wieku lat 17 i sześciu miesięcy radziła sobie w życiu lepiej niż ona w wieku 43 lat.

Był koniec listopada i nad miastem zapadał zmierzch. Silny wiatr odzierał drzewa z ostatnich liści, a te, wirując w rytmie rudego walca, spadały na ziemię. Przechodnie szli, patrząc pod nogi, z obawy przed ostrymi podmuchami. Joséphine podniosła kołnierz płaszcza i spojrzała na zegarek. Była umówiona o siódmej z Lucą przy Place du Trocadéro w restauracji Le Coq.

Popatrzyła na paczkę. Nie było nazwiska nadawcy. Czy to przesyłka od Mylène? Od pana Weia?

Poszła w górę avenue Poincaré, dotarła do Place du Trocadéro i weszła do restauracji. Do spotkania z Lucą miała jeszcze dobrą godzinę. Odkąd się przeprowadziła, zawsze umawiali się w tej restauracji, zgodnie z życzeniem Joséphine. Był to dla niej sposób na oswojenie się z nową dzielnicą. Lubiła tworzyć przyzwyczajenia. „Uważam to miejsce za zbyt dęte i zbyt turystyczne – mawiał Luca zduszonym głosem – nie ma duszy, ale jeżeli pani na tym zależy…”. Zawsze właśnie po oczach poznaje się, czy ludzie są smutni czy szczęśliwi. Wzroku nie można podmalować. Luca miał smutne oczy. Nawet kiedy się uśmiechał.

Pchnęła szklane drzwi i rozejrzała się za stolikiem. Znalazła jeden wolny i usiadła przy nim. Nikt na nią nie patrzył, więc poczuła ulgę. Może właśnie stawała się prawdziwą paryżanką? Podniosła rękę do szydełkowego kapelusza w kolorze migdałowozielonym, który kupiła w zeszłym tygodniu, przez moment zastanawiała się, czy go nie zdjąć, a potem zdecydowała, że tego nie zrobi. Jeżeliby go zdjęła, rozczochrałaby się, a nie miałaby odwagi się przyczesać. Nie wypada czesać się publicznie. Tę zasadę wyznawała jej matka. Uśmiechnęła się. Chociaż już nie widywała się z matką, nadal nosiła ją w sobie. Wełniany, zrobiony na szydełku migdałowozielony kapelusz z potrójnym rondem przypominał trzy nadmuchane opony i kończył się płaskim naleśnikiem z prążkowanego aksamitu, z którego czubka sterczała mała antenka z szorstkiej flaneli, podobnie jak w klasycznym berecie. Zauważyła go na wystawie butiku przy rue des Francs-Bourgeois w Marais. Weszła, zapytała o cenę i przymierzyła. Wyglądała filuternie, jak nonszalancka kobieta z perkatym nosem. Rozświetlał jej brązowe oczy złotym blaskiem, wyszczuplał zaokrąglone policzki, nadawał lekkości sylwetce. W tym nakryciu głowy zyskiwała nową osobowość. Dzień wcześniej poszła do wychowawczyni Zoé, pani Berthier, aby porozmawiać o nauce swojej młodszej córki w nowej szkole, jej zdolnościach adaptacyjnych. Gdy spotkanie dobiegło końca, pani Berthier włożyła płaszcz i ubrała migdałowozielony kapelusz z potrójnym pękatym rondem.

– Mam taki sam – powiedziała Joséphine. – Nie założyłam go, bo nie starczyło mi odwagi.

– Powinna pani była go założyć! Poza wszystkim jest ciepły i nie przypomina niczego, co się dostrzega na co dzień. A widać go z daleka!

– Kupiła go pani przy rue des Francs-Bourgeois?

– Tak. W maleńkim sklepiku.

– Ja też. Cóż za zbieg okoliczności!

Fakt posiadania takich samych kapeluszy zbliżył je bardziej niż długa rozmowa na temat Zoé. Wyszły razem z gimnazjum i cały czas gawędząc, udały się w tę samą stronę.

– Podobno przeprowadziłyście się z Courbevoie, tak mi powiedziała Zoé.

– Mieszkałam tam prawie piętnaście lat. Podobało mi się. Nawet jeżeli były problemy…

– Tutaj problemu nie stanowią dzieci, lecz rodzice!

Joséphine spojrzała na nią zdziwiona.

– Wszyscy są przekonani, że ich dzieci są genialne, i mają nam za złe, że nie odkrywamy drzemiącego w nich Pitagorasa lub Chateaubrianda. Ogłupiają je korepetycjami, lekcjami gry na pianinie, w tenisa, wakacjami za granicą w ekskluzywnych college’ach, a wykończone dzieciaki śpią na lekcjach lub traktują nas jak służących…

– Naprawdę?

– A kiedy staramy się przypomnieć rodzicom, że to jeszcze dzieci, patrzą na nas z góry i zapewniają, że inne może tak, ale nie ich dziecko, co to, to nie! Mozart miał siedem lat, gdy skomponował Eine kleine Nachtmusik – między nami mówiąc, nudny, oklepany temat – a ich latorośl nie jest przecież gorsza od Mozarta! Nie dalej jak wczoraj pożarłam się z jednym ojcem, bankierem z wieloma dyplomami i odznaczeniami, który skarżył się, że jego syn ma średnią zaledwie czternaście na dwadzieścia. À propos! Jest w tej samej grupie co Zoé… Zauważyłam, że to całkiem nieźle, a on popatrzył na mnie tak, jakbym mu ubliżyła. Jego syn! Krew z krwi, kość z kości! Średnia tylko czternaście! Zionął napalmem. Wie pani, niebezpiecznie jest być dziś nauczycielem, a obawiam się nie tyle dzieci, ile rodziców!

Wybuchnęła śmiechem, przyklepując energicznie kapelusz, aby nie porwał go wiatr.

Kiedy doszły do domu Joséphine, musiały się rozstać.

– Mieszkam trochę dalej – powiedziała pani Berthier, wskazując ulicę po lewej stronie. – Będę czuwać nad Zoé, obiecuję!

Zrobiła parę kroków, po czym się odwróciła.

– A jutro niech pani włoży kapelusz! Dzięki temu rozpoznamy się nawet z daleka. Nie da się go przegapić!

To pewne – pomyślała Joséphine: sterczał prosto jak kobra wysuwająca się z koszyka; czekała, aż zabrzmi dźwięk fletu, a wąż zacznie się wić. Roześmiała się, skinęła głową na znak, że obiecuje i od jutra zacznie chodzić w kapelutku z potrójnym rondem. Zobaczymy, czy Luce się spodoba.

Spotykali się regularnie od roku i nadal nie przeszli na „ty”. Przed dwoma miesiącami, tuż po rozpoczęciu roku szkolnego, próbowali, ale było już za późno. Jakby w ich bliskość wkradło się dwoje nieznajomych. Dwie osoby zwracające się do siebie per „ty”, których nie znali. Wrócili do formy pan, pani, która mogła dziwić, ale bardzo im odpowiadała. Ich sposób życia we dwójkę także im odpowiadał: każdy w swoim domu, pilnie strzeżona niezależność. Luca pisał dzieło naukowe dla wydawnictwa uniwersyteckiego: historię łez od średniowiecza do czasów współczesnych. Spędzał większość czasu w bibliotece. W wieku 39 lat żył jak student, mieszkał w garsonierze w Asnières, butelka coli i kawałek pasztetu czekały w lodówce na lepsze czasy, nie miał samochodu ani telewizora i zakładał, niezależnie od pogody, granatową budrysówkę, która była jego drugim domem. Nosił w wielkich kieszeniach wszystko, co było mu potrzebne w ciągu dnia. Miał brata bliźniaka, Vittoria, który przysparzał mu kłopotów. Wystarczyło, żeby Joséphine przyjrzała się zmarszczce między oczami, żeby wiedzieć, czy u brata wszystko w porządku czy też nie. Kiedy bruzda się pogłębiała, zanosiło się na burzę. Nie zadawała pytań. W takie dni Luca był małomówny i mroczny. Brał ją za rękę i wkładał ją do kieszeni budrysówki, razem z kluczami, długopisami, notesami, pastylkami na gardło, biletami do metra, komórką, paczkami chusteczek higienicznych, portfelem ze starej czerwonej skóry. Nauczyła się rozpoznawać wszystkie przedmioty koniuszkami palców. Udawało jej się nawet odgadnąć markę pastylek po opakowaniu. Widywali się wieczorami, gdy Zoé spała u koleżanki, lub w weekendy, kiedy jechała do kuzyna Alexandre’a do Londynu.

Co drugi piątek Joséphine zawoziła Zoé na Gare du Nord. Philippe i jego syn Alexandre odbierali ją na Saint Pancras. Philippe wykupił Zoé abonament na Eurostar i Zoé wyjeżdżała, chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju w mieszkaniu wujka przy Notting Hill.

– To ty tam masz swój pokój? – wykrzyknęła zdumiona Joséphine.

– Mam nawet garderobę z masą ubrań, żebym nie musiała taszczyć walizki! Philippe myśli o wszystkim, super mieć takiego wujka!

Joséphine widziała w tej trosce dowód delikatności i szlachetności szwagra. Za każdym razem gdy miała jakiś problem, gdy wahała się z podjęciem jakiejś decyzji, dzwoniła do Philippe’a.

Odpowiadał zawsze: „Jestem, Joséphine, możesz o wszystko mnie zapytać, przecież wiesz”. Słyszała jego życzliwy głos i natychmiast się uspokajała. Często miała ochotę ogrzać się dłużej w cieple tego głosu, w czułości, jaką odgadywała z lekkiej zmiany intonacji, następującej po jej słowach: „Halo, Philippe, mówi Jo”, ale wewnętrzny głos ostrzegał: uwaga, niebezpieczeństwo! To mąż twojej siostry! Zachowaj dystans, Joséphine!

Antoine, jej mąż, ojciec jej dwóch córek, zmarł pół roku wcześniej. Kierował hodowlą krokodyli należącą do chińskiego biznesmena, pana Weia, którego został wspólnikiem. Interesy szły nie najlepiej, zaczął pić, prowadził dziwne rozmowy z gadami, które kpiły z niego, nie chcąc się rozmnażać, roznosząc w pył kraty ochronne i pożerając pracowników. Całymi nocami starał się odgadnąć, co czai się w żółtych ślepiach krokodyli, które unosiły się na powierzchni stawów. Chciał z nimi rozmawiać, zaprzyjaźnić się. Pewnej nocy zanurzył się w wodzie i został pożarty. O tragicznym końcu Antoine’a opowiedziała jej Mylène, kochanka Antoine’a, którą wybrał na towarzyszkę swojej kenijskiej przygody. Dla niej właśnie opuścił Joséphine. Nie! Nie opuścił mnie dla niej, opuścił mnie, bo nie mógł już znieść tego, że nie ma pracy, że szwenda się przez cały dzień i żyje z mojej pensji. Mylène była pretekstem. Rusztowaniem, na którym miał się odbudować.

Joséphine nie miała odwagi powiedzieć Zoé, że jej ojciec nie żyje. Wyjaśniła, że pojechał zbadać hodowle krokodyli w sercu dżungli, nie zabrał komórki, ale z pewnością niedługo się odezwie. Zoé potrząsnęła głową i odpowiedziała: „Więc teraz mam tylko ciebie, mamusiu, żeby tylko nie stało ci się coś złego”, i odpukiwała, żeby odpędzić nieszczęście. „Ależ nie, nic mi się nie stanie, jestem niezwyciężona, jak królowa Eleonora Akwitańska, która dożyła osiemdziesięciu dwóch lat w dobrym zdrowiu i bez słowa skargi!”. Zoé zastanawiała się przez chwilę i kontynuowała, podchodząc do sprawy praktycznie: „Ale gdyby ci się coś stało, mamusiu, to co ja bym zrobiła? Nie mogłabym przecież sama znaleźć tatusia!”. Joséphine rozważała, czy nie wysyłać jej kartek z podpisem: „Tata”, ale odstręczała ją myśl o fałszerstwie. Pewnego dnia trzeba będzie powiedzieć jej prawdę. Nigdy nie nadarzał się odpowiedni moment. A poza tym czy mógł nadejść idealny moment, aby oznajmić dziewczynce w wieku lat trzynastu i pół, że jej ojciec zginął w paszczy krokodyla? Hortense wiedziała. Napadła na Joséphine, a potem stwierdziła, że tak jest lepiej, bo ojciec za bardzo cierpiał z tego powodu, że nic mu się w życiu nie udawało. Hortense nie lubiła uczuć, uznawała, że to strata czasu, energii, podejrzana słabość, jaka prowadzi wyłącznie do użalania się nad sobą. Miała jeden cel w życiu: odnieść sukces. I nikt, absolutnie nikt, nie mógł jej od tego odwieść. Oczywiście kochała ojca, ale w żaden sposób nie mogła mu pomóc. Każdy odpowiada za własny los. Nie zapanował nad nim i przyszło mu za to zapłacić.

Wylewanie potoków łez nie przywróciłoby mu życia.

To było w czerwcu.

Joséphine wydawało się, że od tego czasu minęła wieczność.

Ze świetnie zdaną maturą w kieszeni Hortense wyjechała na studia do Anglii. Czasem spotykała się z Zoé u Philippe’a i spędzała z nimi sobotę, ale przeważnie wpadała tylko, całowała młodszą siostrę i natychmiast wybiegała. Zapisała się do Saint Martins College w Londynie i z zapałem się uczyła. „To najlepsza szkoła projektowania ubioru na świecie – zapewniała matkę. – Wiem, że jest droga, ale teraz nas na to stać, nie? Zobaczysz, nie pożałujesz inwestycji. Stanę się światowej sławy projektantką mody”. Hortense w to nie wątpiła. Joséphine też nie. Zawsze miała zaufanie do starszej córki.

Ileż się wydarzyło przez niecały rok! W ciągu kilku miesięcy w moim życiu nastąpiła rewolucja. Byłam sama, porzucona przez męża, poniewierana przez matkę, ścigana przez bank, tonęłam w długach, skończyłam pisać powieść dla mojej drogiej siostry Iris Dupin, aby ją wydała pod swoim nazwiskiem i mogła zabłysnąć w towarzystwie.

A dziś…

Dziś prawa do mojej książki kupił Scorsese i mówi się, że główną bohaterkę, Florine, zagra Nicole Kidman. Trudno policzyć tłumaczenia zagraniczne, właśnie dostałam pierwszą umowę po chińsku.

Dziś Philippe mieszka w Londynie z Alexandre’em. Iris śpi w klinice w regionie paryskim, gdzie leczy depresję.

Dziś szukam tematu do drugiej książki, bo wydawca przekonał mnie, żebym napisała kolejną. Szukam, szukam i nie znajduję.

Dziś jestem wdową. Śmierć Antoine’a stwierdziła lokalna policja, przekazała informację Ambasadzie Francji w Nai­robi, a ta – Ministerstwu Spraw Zagranicznych we Francji. Nazywam się Joséphine Plissonnier, jestem wdową po Antoinie Cortèsie. Mogę już myśleć o nim i o jego strasznej śmierci, nie płacząc.

Dziś odbudowałam własne życie: czekam na Lucę i razem pójdziemy do kina. Luca na pewno kupi „Pariscope” i wspólnie wybierzemy film. Zawsze Luca wybierał, ale udawał, że pozostawia jej inicjatywę. Położy mu głowę na ramieniu i trzymając rękę w jego kieszeni, powie: „Niech pan wybierze”. A on powie: „Dobrze, wybiorę, ale żeby się pani potem nie skarżyła!”.

Nigdy się nie skarżyła. Ciągle się dziwiła, że bycie z nią sprawia mu przyjemność. Kiedy spała u niego, gdy czuła, że zasnął przytulony do niej, dla zabawy na dłuższą chwilę zamykała oczy, a potem otwierała je i odkrywała, tak jakby widziała to po raz pierwszy, oszczędny wystrój mieszkania, białe światło prześwitujące między żaluzjami, stosy książek leżące na ziemi. Na każdym stosie roztargniona ręka położyła talerzyk, szklankę, pokrywkę od garnka, gazetę, która lada chwila mogła się zsunąć. Mieszkanie starego kawalera. Smakowała uczucie bycia panią domu. To jego dom, a to ja śpię w jego łóżku. Przytulała się do niego, całowała ukradkiem suchą jak czarny pęd winorośli rękę, którą obejmował ją w talii. Mam kochanka. Ja, Joséphine Plissonnier, wdowa po Antoinie Cortèsie, mam kochanka.

Jej uszy poczerwieniały i obrzuciła wzrokiem kawiarnię, żeby sprawdzić, czy nikt jej nie obserwuje. Oby spodobał mu się kapelusz! Jeżeli zmarszczy nos, zmiażdżę go i zrobię z niego beret. Albo zwinę, schowam do kieszeni i nigdy więcej nie założę.

Jej wzrok ponownie padł na paczkę. Rozwiązała gruby sznurek i jeszcze raz przeczytała adres. PANI JOSÉPHINE CORTÈS. Nie zdążyli się rozwieść. Czy starczyłoby im na to odwagi? Mąż i żona. Nie bierze się ślubu tylko na dobre, bierze się ślub na błędy, słabości, kłamstwa, uniki. Nie była już zakochana w Antoinie, ale nadal był jej mężem, ojcem Hortense i Zoé.

Delikatnie zdjęła papier, raz jeszcze spojrzała na znaczki – czy zaniesie je urzędniczce z poczty? – uchyliła pudełko na buty. Na wierzchu leżał list.

Szanowna Pani!

Oto, co udało nam się odnaleźć po Pani mężu Antoinie Cortèsie, po nieszczęśliwym wypadku, który przypłacił życiem. Bardzo Pani tu wszyscy współczujemy i zachowamy we wdzięcznej pamięci naszego kolegę, który zawsze gotowy był pomóc innym i postawić kolejkę. Życie bez niego nigdy nie będzie już takie samo, a jego miejsce w barze pozostanie puste w dowód naszej wiernej pamięci.

Przyjaciele i koledzy z Crocodile Café w Mombasie

Pod spodem widniały nieczytelne podpisy dawnych znajomych Antoine’a. Nawet jeżeli udałoby się je odszyfrować, nic by jej to nie dało: nie znała żadnego z nich.

Joséphine złożyła list i rozwinęła papier gazetowy, w który były zapakowane rzeczy Antoine’a. Wyjęła zegarek do nurkowania, piękny, z dużą czarną tarczą otoczoną rozetą rzymskich i arabskich cyfr. Pomarańczowy but sportowy numer 39 – cierpiał z powodu małych stóp, medalik od chrztu z przedstawionym z profilu aniołkiem opierającym podbródek na dłoni; na rewersie wygrawerowane było imię i data urodzenia, 26 maja 1963. Wreszcie, przylepiony do pożółkłego kartonika taśmą klejącą, kosmyk brązowych włosów opatrzony nagryzmoloną odręcznie legendą: „Włosy Antoine’a Cortèsa, francuskiego biznesmena”. To właśnie ten kosmyk włosów wywarł największe wrażenie na Joséphine. Kontrast pomiędzy tymi cienkimi, jedwabistymi włosami a sposobem, w jaki Antoine chciał być postrzegany. Nie podobało mu się jego imię, wolał, żeby nazywać go Tonio. Tonio Cortès. To brzmiało znacznie lepiej. Jak imię fanfarona, dzielnego pogromcy dzikich bestii, nieustraszonego mężczyzny, gdy tymczasem przepełniał go strach przed niepowodzeniem, przed tym, że nie stanie na wysokości zadania.

Jej palce przesunęły się po kosmyku włosów. Biedny Antoinie, nie byłeś stworzony do tego świata, ale do świata aksamitnego, lekkiego, operetkowego, gdzie można całkowicie bezkarnie prężyć tors, świata, w którym twoje przechwałki przeraziłyby krokodyle. Chapsnęły cię jednym kęsem. Nie tylko gady zanurzone w bagnie. Wszystkie krokodyle życia, które otwierają szczęki, aby nas pożreć. Świat pełen jest tych wstrętnych zwierzaków.

To wszystko, co zostało z Antoine’a Cortèsa: kartonowe pudełko, które trzymała na kolanach. Właściwie zawsze trzymała męża na kolanach. Dawała mu złudzenie, że jest szefem, ale to na niej spoczywała odpowiedzialność.

– Co mam podać szanownej pani?

Kelner stał przed nią i czekał.

– Proszę colę light.

Mężczyzna oddalił się sprężystym krokiem. Musi zacząć ćwiczyć. Obrastała tłuszczem. Wybrała to mieszkanie, żeby biegać alejkami Lasku Bulońskiego. Wyprostowała się, wciąg­nęła brzuch i obiecała sobie, że będzie siedzieć prosto przez długie minuty, aby ćwiczyć mięśnie.

Niektórzy przechodnie szli wolno chodnikiem. Inni wyprzedzali ich, popychając. Nie przepraszali. Para młodych ludzi szła, przytulając się czule. Chłopiec objął ramieniem dziewczynę, która przyciskała do piersi książki. Szeptał jej coś do ucha, a ona słuchała.

Co będzie tematem mojej następnej powieści? Czy akcja będzie się toczyć współcześnie, czy w moim ukochanym XII wieku? Tę epokę przynajmniej znam. Znam jej wrażliwość, kodeks miłosny, zasady życia społecznego. Cóż ja wiem o dzisiejszym życiu? Niewiele. Uczę się go teraz. Uczę się relacji z innymi, stosunku do pieniędzy, uczę się wszystkiego. Hortense wie na ten temat więcej niż ja. Zoé jest jeszcze dzieckiem, choć zmienia się w mgnieniu oka. Marzy o tym, żeby być podobna do siostry. Dla mnie także siostra była wzorem, gdy byłam dzieckiem.

Uwielbiałam Iris. Była dla mnie najwyższym autorytetem. Dzisiaj odpływa w półmroku pokoju w klinice. Jej wielkie niebieskie oczy stały się puste. Rzuca na mnie jednym okiem, podczas gdy drugie pogrąża się w wielkim znudzeniu. Ledwie mnie słucha. Gdy kiedyś prosiłam ją, żeby była milsza dla personelu, który okazywał jej taką troskę, odpowiedziała: „Jakim cudem miałabym umieć żyć z innymi, skoro nie umiem żyć sama ze sobą?” – i jej ręka opadła bezwładnie na kołdrę.

Philippe ją odwiedzał. Płacił za lekarzy, płacił za klinikę, płacił czynsz za mieszkanie w Paryżu, płacił pensję Carmen. Carmen, wierna i uparta służka, codziennie układała dla Iris bukiety, po czym zawoziła jej kwiaty, jadąc półtorej godziny komunikacją miejską z dwoma przesiadkami. Iris, której przeszkadzał zapach kwiatów, odsyłała je i więdły pod drzwiami. Carmen kupowała ciasteczka herbaciane w sklepie Ma­riage Frères, kładła na białym łóżku narzutę z różowego kaszmiru, rozpylała delikatny zapach do wnętrz i czekała. Iris spała. Carmen wychodziła na paluszkach około godziny 18. Wracała następnego dnia objuczona nowymi darami. Joséphine cierpiała z powodu oddania Carmen i milczenia Iris.

– Daj jej jakiś znak, powiedz coś… Przychodzi codziennie, a ty nawet na nią nie spojrzysz. To nieładnie z twojej strony.

– Nie muszę być miła, Joséphine, jestem chora. A poza tym zadręcza mnie tą swoją miłością. Zostaw mnie w spokoju!

Gdy nie była zblazowana, gdy odzyskiwała nieco życia i kolorów, potrafiła być bardzo złośliwa. Ostatnim razem, gdy Joséphine przyszła ją odwiedzić, z początku neutralny, lekki ton bardzo szybko przerodził się w napastliwy.

– Miałam tylko jeden talent – oświadczyła Iris, kontemplując siebie w małym lusterku kieszonkowym, które stale leżało na nocnym stoliku – byłam ładna. Bardzo ładna. I nawet to właśnie mi umyka! Widziałaś tę zmarszczkę tutaj? Nie było jej wczoraj wieczorem. A jutro pojawi się następna i następna, i następna…

Z hukiem odłożyła lusterko na pokryty sklejką stolik i przygładziła czarne, krótkie, równo obcięte włosy. Ta fryzura odmładzała ją o dziesięć lat.

– Mam czterdzieści siedem lat i wszystko przegrałam. Moje życie kobiety, matki, po prostu moje życie… A ty chciałabyś, żebym miała ochotę się obudzić? Po co? Wolę spać.

– A Alexandre? – szepnęła Joséphine, sama nie wierząc w ten argument.

– Nie udawaj głupszej, niż jesteś, Jo, wiesz dobrze, że nigdy nie byłam dla niego matką. Byłam zjawą, znajomą, nie mogę nawet powiedzieć, że koleżanką: nudziłam się w jego towarzystwie i podejrzewam, że on także się nudził ze mną. Bliżej mu do ciebie, ciotki, aniżeli do mnie, matki, więc…

Pytanie, które cisnęło się na usta Joséphine, ale nie śmiała go zadać, dotyczyło Philippe’a. Nie boisz się, że ułoży sobie życie na nowo z kimś innym? Nie boisz się, że zostaniesz sama? To byłoby zbyt brutalne.

– Spróbuj więc stać się kimś w porządku… – zakończyła. – Nigdy nie jest za późno, żeby stać się kimś w porządku.

– Ależ ty potrafisz być wkurzająca, Joséphine! Jak zakonnica, która przez pomyłkę znalazła się w burdelu i usiłuje ocalić zbłąkane duszyczki! Przyjeżdżasz aż tutaj, żeby mnie pouczać. Następnym razem daruj sobie tę podróż i zostań w domu. Podobno się przeprowadziłaś? Do pięknego mieszkania w pięknej dzielnicy. Dowiedziałam się o tym od naszej drogiej matki. Nawiasem mówiąc, umiera z pragnienia, aby cię odwiedzić, ale nie chce zadzwonić do ciebie pierwsza.

Uśmiechnęła się słabo i pogardliwie. Odkąd zachorowała, z całej jej twarzy widać było tylko wielkie niebieskie oczy, które nagle pociemniały z zawiści.

– Teraz masz pieniądze. Duże pieniądze. Dzięki mnie. Nigdy nie zapominaj, że to mnie zawdzięczasz sukces swojej książki. Beze mnie nie byłabyś w stanie znaleźć wydawcy, nie byłabyś w stanie odpowiadać na pytania dziennikarzy, pokazać się, dać się oskalpować na żywo, aby zwrócić na siebie uwagę! Więc oszczędź mi swoich kazań i korzystaj z tych pieniędzy. Niech się na coś przydadzą przynajmniej jednej z nas!

– Jesteś niesprawiedliwa, Iris.

Podniosła się. Kosmyk czarnych włosów, który wymknął się z doskonałej fryzury, spadał jej na oczy. Zaczęła krzyczeć, pokazując palcem Joséphine:

– Zawarłyśmy umowę! Miałam oddać ci wszystkie pieniądze, a ty pozostawić mi sławę! Ja dotrzymałam słowa. Ale ty nie! Ty chciałaś mieć jedno i drugie: pieniądze ORAZ sławę!

– Wiesz dobrze, że to nieprawda. Nic nie chciałam, Iris, zupełnie nic. Nie chciałam pisać książki. Nie chciałam pieniędzy za książkę, chciałam tylko móc wychowywać Hortense i Zoé w przyzwoitych warunkach.

– I jeszcze masz czelność utrzymywać, że nie sterowałaś tą małą zarazą, Hortense, która poszła donieść na mnie na żywo w telewizji! „To nie moja ciotka napisała tę książkę, tylko moja matka…”. Miej odwagę to powiedzieć! Ach! Było ci na rękę, że wszystko wypaplała! Zgrywałaś godną i zgarnęłaś wszystko, a w dodatku zrobiłaś mnie na szaro. Jeżeli dziś tu jestem, w tym łóżku, gdzie powoli zdycham, to twoja wina, Joséphine, twoja wina!

– Iris… proszę cię…

– I tego ci jeszcze mało? Przychodzisz kpić sobie ze mnie! Czego jeszcze chcesz? Mojego męża? Mojego syna? Ależ weź ich sobie, Joséphine, weź ich sobie!

– Na pewno nie myślisz tego, co mówisz. To niemożliwe. Kochałyśmy się tak bardzo, przynajmniej ja cię kochałam, i nadal cię kocham.

– Budzisz we mnie wstręt, Jo. Byłam twoją najwierniejszą sojuszniczką. Zawsze byłam przy tobie, zawsze za ciebie płaciłam, zawsze nad tobą czuwałam. Jeden jedyny raz poprosiłam cię, żebyś coś dla mnie zrobiła, a ty mnie zdradziłaś. Nieźle się zemściłaś! Skompromitowałaś mnie! Dlaczego twoim zdaniem tkwię w tej klinice, drzemiąc nafaszerowana środkami nasennymi? Bo nie mam wyboru. Jeżeli wyjdę, wszyscy będą wytykać mnie palcami! Wolę zdechnąć tutaj. I wtedy będziesz miała moją śmierć na sumieniu i zobaczymy, jak z tym będziesz żyć. Bo ja nie odpuszczę! Będę przychodzić i ciągnąć cię w nocy za stopy, twoje cieplutkie stópki splecione z zimnymi stopami mojego męża, na którego w tajemnicy masz chrapkę. Myślisz, że o tym nie wiem? Myślisz, że nie słyszę czułych tonów w jego głosie, gdy o tobie mówi  Nie jestem całkiem otępiała. Wyczuwam jego zauroczenie. Nie pozwolę ci spać, nie pozwolę ci umoczyć warg w kieliszku szampana, który ci poda, a kiedy przyłoży wargi do twojego ramienia, ugryzę cię, Joséphine!

Jej wychudzone ramiona wystawały ze szlafroka, zaciś­nięte żuchwy tworzyły dwie twarde kulki pod skórą, a oczy błyszczały najbardziej zajadłą nienawiścią, jaką kiedykolwiek zazdrosna kobieta żywiła wobec rywalki. Właśnie ta zazdrość, ta zwierzęca nienawiść zmroziła Joséphine. Mruknęła, tak jakby wyznawała coś sobie samej:

– Ależ, Iris, ty mnie nienawidzisz…

– Wreszcie zrozumiałaś! Wreszcie nie będziemy zmuszone odgrywać komedii kochających się sióstr!

Krzyczała, potrząsając gwałtownie głową. Potem ściszając głos, wbijając rozpalony wzrok w oczy siostry, dała jej znak, żeby sobie poszła.

– Idź sobie!

– Ależ Iris…

– Nie chcę cię więcej widzieć. Nie masz po co tu wracać! Będę miała święty spokój!

Nacisnęła dzwonek, aby wezwać pielęgniarkę, i opadła na poduszki, przyciskając ręce do uszu, głucha na wszelkie próby Joséphine, która starała się ponownie nawiązać dialog i pogodzić się z nią.

To było przed trzema tygodniami.

Nikomu o tym nie mówiła. Ani Luce, ani Zoé, ani Hortense, ani nawet Shirley, która nigdy nie lubiła Iris. Joséphine nie widziała potrzeby, aby ktokolwiek osądzał jej siostrę, której zalety i wady znała.

Ma mi za złe, ma mi za złe to, że zajęłam pierwsze miejsce, które należało się jej z urzędu. To nie ja popchnęłam Hortense, aby wszystko ujawniła, to nie ja zerwałam umowę. Ale co zrobić, aby Iris przyjęła tę prawdę do wiadomości? Była zbyt zraniona, aby jej wysłuchać. Oskarżała Joséphine o to, że ta zniszczyła jej życie. Łatwiej jest oskarżać innych, niż krytycznie spojrzeć na siebie. To Iris wpadła na pomysł, żeby Joséphine napisała powieść, którą ona wyda pod własnym nazwiskiem, to ona skusiła ją, oddając jej wszystkie pieniądze zarobione na książce – wszystko uknuła. Joséphine dała sobą manipulować. Wobec siostry była słaba. Ale gdzie dokładnie przebiega granica między słabością a tchórzostwem? Między słabością a dwulicowością? Czyż nie była szczęśliwa, gdy Hortense oświadczyła w telewizji, że prawdziwą autorką Takiej pokornej królowej jest jej matka, a nie ciotka? Przeżyłam szok, to prawda, ale wywołała go raczej postawa Hortense, która na swój sposób mówiła mi, że mnie kocha i szanuje, aniżeli fakt, że zostałam uznana za pisarkę. Mam gdzieś tę powieść. Mam gdzieś te pieniądze. Mam gdzieś ten sukces. Chciałabym, żeby wszystko było jak dawniej. Żeby Iris mnie kochała, żebyśmy razem jeździły na wakacje, żeby była najładniejsza, najinteligentniejsza, najelegantsza, żebyśmy krzyczały chórem: „Chrupik i Chrupek schrupali chrupkiego Chrupaka, który z chęcią by ich schrupał!”, jak wtedy gdy byłyśmy małe. Chciałabym znowu być kimś nieważnym. Nie czuję się dobrze w nowej roli, kobiety, która odniosła sukces.

Wówczas zobaczyła swoje odbicie w lustrze w kawiarni.

W pierwszej chwili się nie rozpoznała.

Czy ta kobieta to Joséphine Cortès?

Ta elegancka kobieta w tym pięknym beżowym płaszczu z szerokimi wyłogami z brązowego błyszczącego aksamitu? Ta piękna szatynka o jedwabistych włosach, ładnie wykrojonych ustach, oczach pełnych dziwnego światła? Czy to była ona? Kapelusz z potrójnym rondem dodawał szyku i był symbolem nowej Joséphine. Spojrzała na tę nieznajomą. Bardzo mi przyjemnie panią poznać. Jaka pani jest ładna! Wygląda pani na piękną i wolną! Tak bardzo chciałabym być do pani podobna, to znaczy być w środku równie piękną i pełną światła, jak to odbicie tańczące w lustrze. Patrząc na panią, mam dziwne uczucie rozdwojenia: pani i ja. A przecież stanowimy jedno.

Popatrzyła na stojącą przed nią szklankę coli. Nie tknęła jej. Lód się roztopił, tworząc szron na ściankach. Przez chwilę miała ochotę odcisnąć w nim palce. Dlaczego zamówiłam colę? Nienawidzę coli. Nienawidzę bąbelków, które wchodzą do nosa jak tysiąc czerwonych mrówek. Nigdy nie wiem, co zamówić w kawiarni, więc mówię cola, tak jak wszyscy, lub kawa. Cola, kawa, cola, kawa.

Podniosła wzrok na zegar w kawiarni: wpół do ósmej! Luca nie przyszedł. Wyjęła komórkę z torebki, wybrała jego numer, a kiedy włączyła się automatyczna sekretarka, która oznajmiła „Giambelli”, wyraźnie wymawiając sylaby, zostawiła wiadomość. Nie zobaczą się tego wieczoru.

Tak może będzie lepiej. Za każdym razem gdy na nowo przeżywała straszną scenę z siostrą, czuła, że ogarnia ją rozpacz i opuszczają siły. Nie miała już ochoty na nic. Jedynie, aby usiąść i patrzeć na przechodzących nieznajomych, całkowicie obcych ludzi na ulicy. Czy gdy się kogoś kocha, trzeba koniecznie cierpieć? Czy to okup, który należy zapłacić? Umiała tylko kochać. Nie umiała być kochaną. To dwie zupełnie różne rzeczy.

– Nie pije pani coli, szanowna pani? – spytał kelner, uderzając się tacą w uda. – Nie smakuje pani? Może nie odpowiada pani rocznik? Wymienić ją pani?

Joséphine uśmiechnęła się słabo i potrząsnęła głową.

Zdecydowała, że nie będzie dłużej czekać. Pójdzie do Zoé i razem zjedzą kolację. Wychodząc, zostawiła jej zimne danie na stole w kuchni, białe mięso z kurczaka i sałatkę z zielonej fasolki, serek owocowy i kartkę: „Jestem w kinie z Lucą, wrócę około 22.00. Przyjdę pocałować cię na dobranoc, kocham cię, moja śliczna, mój skarbie, Mama”. Nie lubiła zostawiać jej samej wieczorem, ale Luca nalegał na spotkanie. „Muszę koniecznie z panią porozmawiać, Joséphine, to ważne”. Joséphine zmarszczyła brwi. Tak właśnie powiedział, zapomniała.

Wybrała numer do domu. Oznajmiła Zoé, że ostatecznie wróci na kolację, a potem poprosiła kelnera o rachunek.

– Jest pod talerzykiem, szanowna pani. Zdecydowanie jest pani nie w sosie.

Zostawiła mu suty napiwek i wyszła.

– Proszę pani! Zostawiła pani paczkę!

Odwróciła się i zobaczyła, że kelner trzyma w ręce paczkę z rzeczami Antoine’a. Zostawiła ją na krześle. A może jestem bez serca? Zapominam pamiątek po Antoinie, zdradzam siostrę, opuszczam córkę, żeby udać się do kina z kochankiem, i co jeszcze?

Wzięła paczkę i przycisnęła ją do serca, pod płaszczem.

– Chciałem pani powiedzieć… Bardzo mi się podoba to coś na głowie! – rzucił kelner.

Poczuła, jak uszy czerwienieją jej pod kapeluszem.

Joséphine szukała taksówki, ale żadna nie pojawiła się w zasięgu wzroku. To nie była dobra pora. To pora, kiedy ludzie wracają do domu lub idą do restauracji, do kina, do teatru. Postanowiła wrócić pieszo. Padał drobny lodowaty deszcz. Ścisnęła w ramionach paczkę, którą ciągle trzymała pod płaszczem. Co ja z nią zrobię? Nie mogę jej trzymać w mieszkaniu. Gdyby Zoé ją znalazła… Schowam ją w piwnicy.

Panowały zupełne ciemności. Avenue Paul-Doumer była opustoszała. Szybkim krokiem szła wzdłuż cmentarnego muru. Zobaczyła stację benzynową. Świeciły się jedynie wystawy sklepowe. Odczytywała nazwy ulic przecinających aleję i próbowała je zapamiętać. Rue Schloesing, rue Pét­rarque, rue Scheffer, rue de la Tour… Opowiadano jej, że Brigitte Bardot urodziła syna w tej pięknej kamienicy na rogu rue de la Tour. Całą ciążę spędziła zamknięta w domu, za zaciągniętymi zasłonami: na każdej gałęzi drzewa, każdym balkonie czaili się fotografowie. Sąsiednie mieszkania wynajęto za bajońskie sumy. Była więźniem we własnym domu. Gdy wychodziła, jakaś jędza ścigała ją nawet w windzie, groziła, że wykłuje jej oczy widelcem, i wymyślała jej od dziwek. Biedna kobieta – pomyślała Joséphine – jeżeli to jest cena sławy, lepiej pozostać nieznaną. Po skandalu wywołanym przez Hortense w telewizji dziennikarze starali się zbliżyć do Joséphine, zrobić jej zdjęcie. Wyjechała do Shirley do Londynu i stamtąd uciekły na Moustique, do dużego białego domu Shirley. Po powrocie przeprowadziła się i udało jej się zachować anonimowość. Znane było jej nazwisko, ale żadne zdjęcie nie ukazało się w prasie. Nieraz, kiedy się przedstawiała: Joséphine Cortès, C.O.R.T.È.S., ktoś podnosił głowę i dziękował jej za to, że napisała Taką pokorną królową. Spotykała się wyłącznie z życzliwością i sympatią. Nikt dotychczas nie groził jej widelcem.

Avenue Paul-Doumer przechodziła w boulevard Émile­­-Augier. Mieszkała nieco dalej w ogrodach Ranelagh. Zauważyła mężczyznę, który podciągał się na rękach, zawieszony na gałęzi. Eleganckiego mężczyznę w białym trenczu. Zabawny to był widok: taki elegancki, uczepiony gałęzi, podnoszący się na rękach i opadający. Nie widziała jego twarzy: był do niej odwrócony plecami.

To mógłby być początek powieści. Człowiek zawieszony na gałęzi. Byłoby całkiem ciemno, tak jak tego wieczoru. Nie zdjąłby trencza i liczyłby każde podniesienie się na rękach. Mijające go kobiety odwracałyby się za nim, śpiesząc do domów. Powiesiłby się czy rzucił na jakiegoś przechodnia? To desperat czy morderca? Wówczas zaczęłaby się akcja. Ufała życiu i wierzyła, że przyniesie jej wskazówki, pomysły, szczegóły, które zmieni w historię. Tak właśnie napisała pierwszą książkę. Szeroko otwierając oczy na świat. Słuchając, obserwując, wdychając zapachy. To także sposób, żeby się nie zestarzeć. Starzejemy się, kiedy się zamykamy, kiedy nie chcemy widzieć, słyszeć czy oddychać. Życie i pisanie często idą w parze.

Szła przez park. Była bezksiężycowa noc, noc bez żadnego światła. Czuła się zagubiona w nieprzyjaznym lesie. Deszcz zamazywał tylne światła samochodów, słabe odbicia, które rzucały niepewne błyski na park. Gałąź pchnięta porywem wiatru dotknęła jej dłoni. Joséphine podskoczyła. Serce zaczęło jej mocno bić. Wzruszyła ramionami i przyspieszyła kroku. W takiej dzielnicy nic nie może się zdarzyć. Wszyscy zajęci są jedzeniem pysznej zupy ze świeżych jarzyn lub oglądaniem telewizji z całą rodziną. Wykąpane, ubrane w piżamy dzieci kroją mięso, podczas gdy rodzice opowiadają, jak minął dzień. Nie ma szaleńców, którzy włóczą się, szukając zwady, aby wyciągnąć nóż. Starała się myśleć o czym innym.

To dziwne, że Luca jej nie uprzedził. Coś się stało jego bratu. Coś poważnego, skoro zapomniał o ich spotkaniu. „Muszę z panią porozmawiać, Joséphine, to ważne”. O tej porze jest pewnie na komisariacie i próbuje wyciągnąć Vittoria z tarapatów. Zawsze wszystko rzucał, aby mu pomóc. Vittorio nie chciał jej poznać. Nie podoba mi się ta dziewczyna, zawłaszcza cię, a w dodatku wygląda na głupią. Jest zazdrosny – skomentował Luca z rozbawieniem. Nie bronił mnie pan, gdy powiedział, że wyglądam na głupią? Uśmiechnął się i powiedział, jestem przyzwyczajony, chciałby, żebym zajmował się wyłącznie nim, przedtem taki nie był, jest coraz bardziej wrażliwy, coraz bardziej drażliwy, dlatego nie chcę, żeby się pani z nim spotkała, mógłby być bardzo nieprzyjemny, a zależy mi na pani bardzo. Zapamiętała jedynie koniec zdania i wsunęła mu rękę do kieszeni.

A więc moja droga matka chciałaby przeprowadzić inspekcję mojego nowego mieszkania, ale nie chce się do tego przyznać. Henriette Plissonnier nigdy nie dzwoniła pierwsza. Należał się jej szacunek i posłuszeństwo. Wieczór, w którym stawiłam jej czoła, był moim pierwszym wieczorem wolności, pierwszym aktem niezależności. A jeżeli wszystko zaczęło się tego wieczoru? Pomnik Wielkiej Komendantki został zrzucony z cokołu i Henriette Grobz spadła głową w dół. To był początek nieszczęść Henriette. Dziś mieszkała sama w wielkim mieszkaniu, które wspaniałomyślnie zostawił jej mąż Marcel Grobz. Uciekł do łagodniejszej towarzyszki życia, z którą miał dziecko: Marcela Grobza Juniora. Muszę zadzwonić do Marcela – pomyślała Joséphine, która większą czułością darzyła ojczyma niż własną rodzicielkę.

Gałęzie drzew kołysały się złowieszczo. Przypominało to taniec śmierci: długie czarne gałęzie podobne do łachmanów czarownicy. Zadrżała. Krople lodowatego deszczu kłuły ją w oczy, cięły jej twarz niczym igiełki. Nie widziała już nic. Świeciła się tylko jedna latarnia z trzech, które stały wzdłuż alei. Smuga białego światła poprzecinana deszczem wznosiła się ku niebu. Woda unosiła się, przelewała, opadała delikatną mgiełką. Tryskała, wirowała, umykała, dzieliła się, a potem pojawiała na nowo. Joséphine starała się iść za świetlistą smugą, aż nie zginęła w ciemności, a potem szukała kolejnego wątłego snopa światła, starając się nie zgubić deszczowego szlaku.

Nie zauważyła, że za nią pojawiła się jakaś sylwetka.

Nie usłyszała szybkich kroków mężczyzny, który się do niej zbliżał.

Poczuła, że ktoś ciągnie ją do tyłu, dusi ramieniem, knebluje usta ręką, podczas gdy drugą zadaje jej kilka ciosów w samo serce. Pomyślała natychmiast, że ktoś chce jej ukraść paczkę. Lewym ramieniem zdołała przytrzymać paczkę An­toine’a, broniła się, stawiała opór ze wszystkich sił, ale zabrakło jej tchu. Dusiła się, pluła i wreszcie wszystko upuściła i upadła na ziemię. Zdążyła tylko dostrzec podeszwy gładkich, czystych, eleganckich butów, którymi ktoś kopał ją po całym ciele. Osłoniła się ramionami, zwinęła w kłębek. Paczka wysunęła jej się z rąk. Mężczyzna cedził przekleństwa, ty dziwko, ty dziwko, kurwo jebana, pieprzona ździro, przestaniesz się stawiać, przestaniesz się mądrzyć, zamkniesz się, dziwko, zamkniesz się wreszcie! Powtarzał przekleństwa, mocniej zadając ciosy. Joséphine zamknęła oczy. Znieruchomiała, strużka krwi spływała jej z ust, podeszwy oddaliły się, a ona dalej leżała na ziemi.

Długo czekała, potem się podniosła, oparła na rękach i kolanach, po czym wstała. Zaczerpnęła powietrza. Wzięła głęboki oddech. Stwierdziła, że krew spływa jej z ust i z lewej ręki. Potknęła się na paczce, która została na ziemi. Podniosła ją. Pokrywka paczki była pocięta. Pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy: Antoine mnie ocalił. Jeżeli nie trzymałabym paczki na sercu, paczki zawierającej to, co zostało po moim mężu, buta do biegania na grubej podeszwie, już bym nie żyła. Pomyślała o cudownych właściwościach, jakie przypisywano relikwiom w średniowieczu. Ten, kto nosił przy sobie kawałek sukni świętej Agnieszki czy strzęp podeszwy świętego Benedykta zamknięty w medalionie lub w skórzanym mieszku, był chroniony. Przyłożyła wargi do papierowego opakowania i podziękowała św. Antoniemu.

Pomacała brzuch, pierś, szyję. Nie miała ran. Nagle poczuła piekący ból w lewej ręce: rozciął jej wierzch dłoni, obficie krwawiła.

Tak się bała, że drżały jej nogi. Poszła się schronić za wielkim drzewem, zza którego nie było jej widać, i opierając się o wilgotną szorstką korę, starała się uspokoić. Najpierw pomyślała o Zoé. Przede wszystkim nie może jej nic mówić, nic a nic. Nastolatka nie zniosłaby myśli, że jej matka jest w niebezpieczeństwie. To przypadek, to nie ja byłam jego celem, to szaleniec, nie mnie chciał zabić, nie mnie, to szaleniec, któż mógłby chcieć mnie zabić, nie mnie, to szaleniec. Słowa kołatały jej się w głowie. Ugięła nogi w kolanach, sprawdziła, że trzyma się prosto, i skierowała się do dużych drzwi z lakierowanego drewna, stanowiących wejście do jej domu.

Na stole przy drzwiach wejściowych Zoé zostawiła kartkę: „Kochana Mamusiu, jestem w piwnicy z naszym sąsiadem, Paulem. Myślę, że się zakolegowaliśmy”.

Joséphine poszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Była u kresu sił. Zdjęła płaszcz, rzuciła go na łóżko, ściągnęła sweter, spódnicę, odkryła smugę krwi na mankiecie płaszcza, lewa poła była w dwóch miejscach rozerwana, zwinęła go w kłębek, poszła po duży worek na śmieci, włożyła do niego wszystkie ubrania i wrzuciła na dno garderoby. Pozbędzie się go później. Obejrzała ramiona, nogi, uda. Nie było żadnego śladu zranienia. Poszła wziąć prysznic. Przechodząc obok dużego lustra wiszącego nad umywalką, podniosła rękę do czoła – zobaczyła swoje odbicie. Była biała jak ściana. Spocona. Miała nieprzytomny wzrok. Dotknęła włosów, szukała kapelusza. Zgubiła go. Musiał się zsunąć na ziemię. Rozpłakała się. Czy powinna iść po niego, aby zniknęła wszelka poszlaka pozwalająca ją zidentyfikować? Nie miała na to odwagi.

Zadał jej cios. W samą pierś. Nożem. Z cienkim ostrzem. Mogłam umrzeć. Przeczytała w gazecie, że w Europie na wolności pozostaje około czterdziestu seryjnych morderców. Zastanawiała się, ilu z nich jest we Francji. Mimo to wulgarne słowa wskazywały, że chodziło o jakieś porachunki. „Przestaniesz się stawiać, przestaniesz się mądrzyć, zamkniesz się, dziwko, zamkniesz się wreszcie!”. Obsesyjnie rozbrzmiewały w jej uszach. Na pewno wziął mnie za kogoś innego. Zapłaciłam za kogoś innego. Musiała sobie to powtarzać, w przeciwnym razie życie byłoby niemożliwe. Bałaby się każdego. Cały czas odczuwałaby lęk.

Wzięła prysznic, umyła sobie włosy, wysuszyła je, włożyła podkoszulek, dżinsy, wymalowała się, aby ukryć ewentualne siniaki, lekko pociągnęła usta szminką, z wymuszonym uśmiechem przejrzała się w lustrze. Nic się nie stało, Zoé nie może się o niczym dowiedzieć, mam być wesoła, jak gdyby nigdy nic. Nie będzie o tym mogła nikomu powiedzieć. Musi żyć z tą tajemnicą. Lub opowiedzieć o tym Shirley. Mogę wszystko powiedzieć Shirley. Ta myśl ją uspokoiła. Odetchnęła głoś­no, pozbywając się napięcia i lęku, który przygniatał jej pierś. Zażyć arnikę, żeby nie mieć siniaków. Z szafki z lekarstwami wyjęła małą fiolkę, odkręciła ją, włożyła pastylkę pod język, poczekała, aż się rozpuści. Może zawiadomić policję? Poinformować, że w okolicy grasuje morderca? Tak, ale… Zoé by się o tym dowiedziała. Nic nie mówić Zoé. Otwarła właz pod wanną i ukryła w nim paczkę Antoine’a.

Nikt nie będzie tam grzebał.

W salonie nalała sobie dużą szklankę whisky i poszła do Zoé do piwnicy.

– Mamo, przedstawiam ci Paula…

Chudy jak szczapa chłopiec w wieku Zoé, z nastroszonymi kędzierzawymi blond włosami, w obcisłym czarnym podkoszulku, skłonił się przed Joséphine. Zoé czekała z nadzieją na aprobujący wzrok matki.

– Dzień dobry, Paul. Mieszkasz w naszej kamienicy? – spytała Joséphine bezbarwnym głosem.

– Na trzecim piętrze. Nazywam się Merson. Paul Merson. Jestem o rok starszy od Zoé.

Wydawało się, że dla niego ważne jest podkreślenie, iż jest starszy od tej smarkatej, która wpatrywała się w niego pełnym oddania wzrokiem.

– A jak się poznaliście?

Starała się mówić tak, jakby nie słyszała głuchego przerywanego bicia własnego serca.

– Usłyszałam hałas w piwnicy, takie bum-bum, zeszłam i zobaczyłam Paula, który grał na perkusji. Popatrz, mamo, urządził w piwnicy studio muzyczne.

Zoé zaprosiła matkę, aby rzuciła okiem na studio Paula. Zainstalował w nim perkusję akustyczną, bęben wielki, bęben mały, trzy tom-tomy, hi-hat i dwa czynele. Całość uzupełniał czarny podwyższany taboret, a na małym bębnie leżały pałeczki. Z sufitu zwisała żarówka, która kołysząc się, roztaczała migotliwe światło.

– Bardzo ładnie – skomentowała Joséphine, powstrzymując kichnięcie, bo kurz drażnił jej nozdrza. – Bardzo piękny sprzęt, naprawdę profesjonalny.

Mówiła, co jej ślina na język przyniosła. Nie miała o tym pojęcia.

– Normalka. To Tama Swingstar. Dostałem ją w zeszłym roku na Gwiazdkę, a w tym roku dostanę Ride Giant Beat Paiste.

Słuchała go zaskoczona precyzyjnymi odpowiedziami.

– A piwnicę wytłumiłeś?

– No tak… Nie było wyjścia, bo jak gram, jest straszny hałas. Tu ćwiczę, a jeżdżę grać do kolegi, który ma dom w Colombes. U niego można grać, nie przeszkadzając nikomu. Tu ludzie się skarżą… Zwłaszcza facet, który ma piwnicę obok.

Pokazał brodą sąsiednią piwnicę.

– Może niewystarczająco ją wytłumiłeś… – zasugerowała Zoé, patrząc na ściany piwnicy pokryte grubym białym materiałem izolacyjnym.

– Bez przesady! To przecież piwnica. Nie mieszka się w piwnicy. Tata powiedział, że zrobił co się dało, ale ten facet zrzędzi z natury. Jest wiecznie niezadowolony. Zresztą na każdym spotkaniu wspólnoty kłóci się z kimś.

– Może ma powody…

– Tata mówi, że nie. To zrzęda. Byle co go denerwuje. Jeżeli jakiś samochód jest zaparkowany na przejściu dla pieszych, wpada w histerię! My go dobrze znamy, mieszkamy tu od dziesięciu lat, więc rozumiecie…

Potrząsnął głową jak dorosły, którego nie można nabrać. Był wyższy od Zoé, ale na twarzy miał jeszcze ślady dzieciństwa, a jego wąskie ramiona nie przypominały męskich barków.

– Cholera! To on! Schowajmy się! – szepnął Paul.

Zamknął się w piwnicy z Zoé. Joséphine ujrzała wysokiego, bardzo dobrze ubranego mężczyznę, który przemierzał korytarz z miną właściciela, tak jakby cała piwnica należała do niego.

– Dobry wieczór – udało jej się wyjąkać, przytulając się do ściany.

– Dobry wieczór – odpowiedział mężczyzna i przeszedł obok, jakby jej nie widział.

Miał na sobie ciemnoszary garnitur i białą koszulę. Garnitur nienagannie przylegał do każdego mięśnia potężnego torsu, gruby węzeł od krawata połyskiwał, a nienaganne mankiety koszuli spinały dwie szare perły. Wyjął z kieszeni klucze, otworzył drzwi do swojej piwnicy i zamknął je za sobą.

Paul wyszedł, gdy się upewnił, że mężczyzny już nie ma.

– Nic nie powiedział?

– Nie – odparła Joséphine. – Sądzę, że nawet mnie nie zauważył.

– Z nim nie ma żartów. Nie traci czasu na pogaduszki.

– Twój ojciec ci to powiedział? – spytała Joséphine, rozbawiona powagą chłopca.

– Nie, mama. Zna wszystkich w kamienicy. Podobno ma świetnie urządzoną piwnicę. Ma w niej warsztat i wszystkie możliwe narzędzia! A w domu akwarium. Bardzo duże, z grotami, roślinami, świecącymi ozdobami, sztucznymi wyspami. Ale w środku nie ma ryb!

– No proszę, twoja mama jest najwyraźniej dobrze poinformowana! – oświadczyła Joséphine, rozumiejąc, że wiele się dowie o mieszkańcach kamienicy, rozmawiając z Paulem.

– A musi pani wiedzieć, że nigdy jej nie zaprosił do mieszkania! Weszła tam raz z dozorczynią, gdy ich nie było, bo uruchomił się alarm i trzeba go było wyłączyć. Wpadł w szał, gdy się o tym dowiedział. Nikt ich nie odwiedza. Ja znam dzieci, ale cóż, nigdy mnie nie zapraszają. Ich rodzice się nie zgadzają. Nigdy nie schodzą bawić się na podwórko. Wychodzą, gdy rodziców nie ma, a poza tym siedzą zamknięte w domu! A z kolei ci z drugiego piętra, Van den Brockowie, bez przerwy wszystkich zapraszają, mają wielki ekran na całą ścianę z dwoma kolumnami i dźwiękiem Dolby Stereo. Gdy są czyjeś urodziny, pani Van den Brock piecze ciasta i wszystkich zaprasza. Ja koleguję się z Fleur i Sébastienem, mógłbym ich przedstawić Zoé, gdyby chciała.

– A oni są mili? – zapytała Joséphine.

– Tak, strasznie mili. On jest lekarzem, a jego żona śpiewa w chórze w operze. Ma przepiękny głos. Często ćwiczy wokalizy i słychać ją na schodach. Zawsze mnie pyta, jak mi się gra. Zaproponowała, żebym przyszedł pograć na jej pianinie, jeżeli miałbym ochotę. Fleur gra na skrzypcach, a Sébastien na saksofonie…

– Ja też chciałabym nauczyć się na czymś grać… – powiedziała Zoé, która najwyraźniej czuła, że poszła w odstawkę.

Spojrzała w górę na Paula wzrokiem małej pokornej dziewczynki, drżącej na myśl o tym, że nikt na nią nie patrzy, a jej błyszczące oczy, osłonięte grzywą kasztanowych włosów, błagały o pomoc.

– Nigdy nie grałaś na żadnym instrumencie? – spytał zaskoczony Paul.

– No… nie – odpowiedziała zakłopotana Zoé.

– Ja zacząłem od gry na pianinie, od solfeżu i całej reszty, a potem miałem tego dość i przeszedłem na perkusję. Gra w zespole to większy fun…

– Grasz w zespole? A jak się nazywa?

– Les Vagabonds. To ja wymyśliłem nazwę… Niezła, nie?

Joséphine uczestniczyła w rozmowie dwójki dzieciaków i czuła, że się uspokaja. Paul, tak pewny siebie, mający swoje zdanie na każdy temat, i Zoé, na skraju rozpaczy, bo nie udawało się jej przyciągnąć jego uwagi. Na jej twarzy malowało się napięcie, zmarszczyła brwi, wargi układały się w pełen rozpaczy grymas. Joséphine słyszała, jak Zoé szuka w głowie apetycznych szczegółów, jakby je wyskrobywała z dna formy na ciasto, aby podnieść swoją wartość w oczach chłopca. Bardzo wyrosła w ciągu lata, ale jej ciało miało jeszcze miękkie, aksamitne kształty dziecka.

– Nie chcesz nam pokazać troszeczkę, jak grasz? – błagała Zoé, której brakowało argumentów, aby go oczarować.

– To może nie jest dobry moment – wtrąciła się Joséphine. Wskazała wzrokiem na piwnicę sąsiada. – Może innym razem…

– Ach! – westchnęła rozczarowana Zoé.

Poddała się i rysowała wielkie kręgi czubkiem buta.

– Teraz jest pora na kolację – ciągnęła Joséphine – i jestem pewna, że Paul też niedługo pójdzie na górę…

– Ja już zjadłem kolację. – Podwinął rękawy, chwycił pałeczki, zmierzwił sobie włosy i zaczął wybijać rytm. – Czy mogę was prosić, żebyście zamknęły za sobą drzwi?

– Cześć, Paul! – krzyknęła Zoé. – Nara!

Pomachała mu ręką na pożegnanie, jednocześnie nieśmiało i zuchwale, co znaczyło: chciałabym, żebyśmy się znów spotkali… oczywiście, jeżeli się zgodzisz.

Nie zadał sobie trudu, żeby odpowiedzieć. Miał zaledwie piętnaście lat i nie chciał dać się oczarować dziewczynce o niepewnym blasku. Był w tym wrażliwym wieku, kiedy zamieszkuje się ciało, którego nie zna się dobrze, i kiedy aby zrobić większe wrażenie na innych, można bezwiednie sprawić ból. Lekceważenie, z jakim traktował Zoé, świadczyło o tym, że zamierza okazać się silniejszy, i jeżeli ktoś miałby tu być ofiarą, to tylko ona.

Mężczyzna w eleganckim szarym garniturze czekał przed windą. Cofnął się, aby puścić je przodem, spytał, na które piętro jadą, i nacisnął guzik z cyfrą 5. Potem wcisnął czwórkę.

– To panie niedawno się wprowadziły…

Joséphine przytaknęła.

– Witamy w naszej kamienicy. Pozwoli pani, że się przestawię: Hervé Lefloc-Pignel. Mieszkam na czwartym piętrze.

– Joséphine Cortès, a to Zoé, moja córka. Mieszkamy na piątym. Mam jeszcze jedną córkę, Hortense, która mieszka w Londynie.

– Chciałem mieszkać na piątym piętrze, ale mieszkanie było zajęte, gdy się wprowadzaliśmy. Zajmowało je starsze małżeństwo, państwo Legrattier. Obydwoje zginęli w wypadku samochodowym. To piękne mieszkanie. Ma pani szczęście.

Można to tak określić – pomyślała Joséphine, której nie spodobało się, że mężczyzna tak szybko przeszedł do porządku dziennego nad śmiercią poprzednich właścicieli.

– Oglądałem je, gdy wystawiono je na sprzedaż – kontynuował – ale nie mieliśmy ochoty na przeprowadzkę. Dzisiaj żałuję…

Uśmiechnął się przelotnie, potem spoważniał. Był bardzo wysoki i ponury. Grubo ciosana twarz miała pełno kantów i zagłębień. Czarne sztywne włosy, przedzielone z boku wyraźnym przedziałkiem, opadały na czoło, brązowe oczy były bardzo szeroko rozstawione, brwi rysowały dwa grube czarne łuki, a nos, nieco mięsisty, miał garb. Bardzo białe zęby pokrywało nieskazitelne szkliwo, dowód zabiegów doskonałego dentysty. Jest naprawdę olbrzymi – pomyślała Joséphine, próbując dyskretnie go ocenić – musi mieć ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Szeroki w barach, wyprostowany, z płaskim brzuchem. Wyobraziła go sobie, jak odbiera puchar z rakietą tenisową w ręku. Bardzo przystojny mężczyzna. Na otwartych dłoniach niósł poziomo białą płócienną torbę.

– Wprowadziłyśmy się we wrześniu, zaraz na początku roku szkolnego. Trochę na chybcika, ale teraz jest już w porządku.

– Zobaczy pani, kamienica jest bardzo przyjemna, ludzie raczej mili, a dzielnica bezproblemowa.

Joséphine lekko się skrzywiła.

– Nie uważa pani?

– Ależ tak, ależ tak – pośpiesznie odparła Joséphine. – Tylko alejki nie są wieczorem dobrze oświetlone.

Nagle poczuła krople potu na czole i drżenie kolan.

– To szczegół. Dzielnica jest piękna, spokojna i nie ma tu ani nieprzyjemnych band młodzieży, ani szpecących budynki graffiti. Tak bardzo lubię białe kamienne paryskie budynki, że nie znoszę, jak się je niszczy.

W jego głosie zabrzmiała złość.

– A poza tym są drzewa, kwiaty, trawniki, wczesnym rankiem słychać śpiew ptaków, nieraz można spostrzec uciekającą wiewiórkę, to ważne, żeby dzieci zachowały kontakt z przyrodą. Lubisz zwierzęta? – spytał Zoé.

Dziewczynka stała z oczyma wbitymi w ziemię. Z pewnością pamiętała, co na temat sąsiada z piwnicy powiedział Paul, i trzymała dystans, chcąc okazać solidarność z nowym kolegą.

– Połknęłaś język? – zapytał mężczyzna, pochylając się nad nią z szerokim uśmiechem.

Zoé przecząco potrząsnęła głową.

– Jest nieśmiała – przeprosiła Joséphine.

– Nie jestem nieśmiała – zaprotestowała Zoé. – Jestem powściągliwa.

– Och! – wykrzyknął. – Pani córka ma bogate słownictwo i czuje subtelności języka!

– To normalne, jestem w szóstej klasie gimnazjum.

– Tak jak mój syn, Gaétan… A do której szkoły chodzisz?

– Przy rue de la Pompe.

– Jak moje dzieci.

– I jest pan zadowolony z tej szkoły? – spytała Joséphine, która obawiała się, że grzeczne milczenie Zoé stanie się kłopotliwe.

– Niektórzy nauczyciele są znakomici, inni beznadziejni. W tej sytuacji rodzice muszą nadrabiać braki szkoły. Chodzę na wszystkie zebrania rodzicielskie. Na pewno się tam spotkamy.

Gdy winda dojechała na czwarte piętro, wysiadł, niosąc ostrożnie na wyprostowanych ramionach białą torbę. Odwrócił się i ukłonił z szerokim uśmiechem.

– Widziałaś? – spytała Zoé. – Coś się ruszało w torbie!

– Ależ skąd! Pewnie wiózł galaretę albo koźlinę. Na pewno ma lodówkę w piwnicy. Ten facet musi być myśliwym. Słyszałaś, w jaki sposób mówił o przyrodzie?

Zoé nie wyglądała na przekonaną.

– Mówię ci, że coś się ruszało!

– Zoé, przestań bez przerwy wymyślać jakieś historie!

– Lubię sobie opowiadać historie. Dzięki temu życie nie jest takie smutne. Kiedy będę duża, zostanę pisarką, napiszę Nędzników…

Szybko zjadły kolację. Joséphine udało się ukryć zadrapania na ręce. Zoé kilka razy ziewnęła, kończąc serek owocowy.

– Jesteś śpiąca, moje maleństwo… Kładź się szybko spać.

Zoé chwiejnym krokiem udała się do pokoju. Kiedy Joséphine przyszła ją pocałować, dziewczynka już prawie spała. Na poduszce leżała przytulanka wymęczona wieloma pobytami w pralce. Zoé zawsze z nią spała. W swoim entuzjazmie posuwała się nawet do tego, że pytała matkę: prawda, mamusiu, że Nestor jest bardzo piękny? Hortense mówi, że jest paskudny jak kulawa wesz! Joséphine trudno było nie zgodzić się z Hortense, ale heroicznie kłamała, próbując doszukać się choćby szczypty piękna w bezkształtnym, jednookim i spranym kawałku szmaty. W jej wieku powinna była już się bez niego obejść – pomyślała Joséphine. – W przeciwnym razie nigdy nie dorośnie… Jej kasztanowe loki plątały się na białej pościeli, ręka leżała bezwładnie i małym palcem głaskała to, co było niegdyś nogą Nestora, a przypominało grubą miękką figę. Jądro – twierdziła Hortense, co wywoływało pełne niesmaku okrzyki Zoé. Mamo, mamo, ona mówi, że Nestor ma dwa wielkie jaja zamiast nóg!

Joséphine podniosła rękę Zoé i bawiła się jej palcami, całując je po kolei. Całusek dla tatusia, całusek dla mamusi, całusek dla Hortense, całusek dla Zoé, ale dla kogo będzie ostatni? Tak wyglądał rytuał kładzenia się spać. Jak długo jeszcze córka będzie się zgadzała dawać jej rękę, aby recytowała magiczne zaklęcia, które czyniły wszystkie noce słodkimi i szczęśliwymi? Czuła, że ogarnia ją smutek i czułość. Zoé przypominała jeszcze dziecko: zaokrąglone czerwone policzki, mały nosek, oczy zwężające się jak u łakomej kotki, dołeczki i zmarszczki na nadgarstkach. Wiek zwany niewdzięcznym nie zniekształcił jeszcze jej ciała. Joséphine podzieliła się swoim zdziwieniem z pediatrą, która ją uspokoiła. To przyjdzie nagle, pani córeczka rozwija się wolno. Nie spieszy jej się. Pewnego dnia obudzi się i nie pozna jej pani. Będzie miała piersi, zakocha się, nie będzie się do pani odzywać. Niech pani z tego korzysta, zamiast się martwić! A poza tym może ona nie ma ochoty dorosnąć? Widzę coraz więcej dzieci, które wczepiają się w dzieciństwo jak w słoik z konfiturami.

Ostra, brutalna Hortense długo droczyła się z małą wrażliwą siostrą. Jedna uległa, żebrząca o uczucie i uznanie, druga bezpardonowa, torująca sobie drogę szablą. Zoé – przezroczysta, czuła. Hortense – niejasna, nieprzejednana, twarda. Razem z córkami tworzyłabym doskonałą ostrygę. Hortense byłaby skorupą, a Zoé środkiem.

– Czy dobrze się czujesz w nowym pokoju, kochanie?

– Podoba mi się mieszkanie, ale nie lubię tych ludzi. Wolałabym wrócić do Courbevoie. Ludzie z tej kamienicy są dziwni…

– Nie są dziwni, kochanie, są inni.

– Dlaczego są inni?

– W Courbevoie wszystkich znałaś, miałaś kolegów na każdym piętrze, łatwo było rozmawiać, spotykać się. Chodziło się z jednego mieszkania do drugiego. Bez żadnych ceregieli. Oni tu są bardziej…

Szukała słów. Zmęczenie ciążyło jej na powiekach i zamykało je.

– Bardziej szykowni, bardziej eleganccy… Mniej bliscy.

– Chcesz powiedzieć, że są sztywni i zimni? Jak trupy.

– Nie użyłabym tych słów, ale nie mylisz się, kochanie.

– Czuję, że pan, którego spotkałyśmy w windzie, jest całkiem zimny w środku. Jakby miał łuski na całym ciele, żeby nikt się do niego nie zbliżał, i żył sam we własnym świecie…

– A Paul? Też uważasz, że jest sztywny i zimny?

– Och, nie! Paul…

Przerwała, a potem wyszeptała jednym tchem:

– Paul ma w sobie coś, mamo, chciałabym się z nim zaprzyjaźnić.

– Ależ zaprzyjaźnisz się z nim, kochanie…

– Myślisz, że on uważa, że mam w sobie coś?

– W każdym razie rozmawiał z tobą, zaproponował, że cię przedstawi Van den Brockom. To znaczy, że chce się znowu z tobą spotkać i uważa, że jesteś ładna.

– Jesteś pewna? Mnie się wydaje, że nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego. Chłopcy się mną nie interesują. Hortense, ta to ma w sobie coś.

– Hortense jest od ciebie cztery lata starsza. Poczekaj, aż będziesz w jej wieku, i sama zobaczysz!

Zoé patrzyła na matkę zamyślona, jakby bardzo chciała jej wierzyć, ale trudno jej było wyobrazić sobie, że pewnego dnia mogłaby być równie atrakcyjna i piękna jak siostra. Wolała zrezygnować i westchnęła. Zamknęła oczy i przytuliła twarz do jaśka, zwijając nogę przytulanki w palcach.

– Mamo, ja nie chcę być dorosła. Gdybyś wiedziała, jak nieraz się boję…

– Czego?

– Nie wiem. Tego właśnie boję się jeszcze bardziej.

Jej refleksja była tak trafna, że Joséphine się przeraziła.

– Mamo… kiedy wiadomo, że się jest dorosłym?

– Gdy można podjąć bardzo ważną decyzję samemu, nie pytając nikogo o zdanie.

– Ty jesteś dorosła… Nawet bardzo, bardzo dorosła!

Joséphine chciała jej powiedzieć, że często ma wątpliwości, często zdaje się na łut szczęścia, przypadek, odkłada decyzję do jutra. Podejmuje ją, kierując się instynktem, starając się naprawiać błędy, jeżeli się pomyli, i oddycha z ulgą, gdy się okazuje, że miała rację. Zawsze jednak przypisywała sukces przypadkowi. A jeśli nigdy do końca się nie dorośleje? pomyślała, głaszcząc nos, policzki, czoło, włosy Zoé, słuchając, jak jej oddech się uspokaja. Siedziała przy jej łóżku, dopóki nie zasnęła, czerpiąc z uspokajającej obecności córki siłę pozwalającą nie myśleć o tym, co się stało, a potem wróciła do swojego pokoju.

Zamknęła oczy i próbowała zasnąć; za każdym razem, gdy prawie się jej to udawało, słyszała obelgi mężczyzny i ze zdwojoną siłą czuła kopniaki. Bolało ją wszystko. Wstała, pogrzebała w plastykowym woreczku, który dał jej Philippe. To były środki nasenne znalezione na nocnym stoliku Iris. Nie chcę, żeby miała je pod ręką. Nigdy nic nie wiadomo. Weź je, Jo, schowaj u siebie w domu.

Wyjęła jeden stilnox, spojrzała na małą białą pastylkę, zastanawiając się, jaka jest zalecana dawka. Stwierdziła, że zażyje pół tabletki. Połknęła ją i popiła szklanką wody. Nie chciała o niczym myśleć. Spać, spać, spać.

Jutro, w sobotę, zadzwoni do Shirley.

Rozmowa z Shirley ją uspokoi. Dzięki Shirley wszystko wracało na miejsce.

Czy popełniła wykroczenie, nie informując policji? Powinnam może pójść na komisariat i poprosić o zachowanie anonimowości. Czy mogliby mnie oskarżyć o współudział, gdyby ten facet znowu kogoś zaatakował? Zawahała się, chciała wstać, ale zapadła w sen.

Na drugi dzień rano obudziła ją Zoé, która skakała po jej łóżku i machała listami. Podniosła ręce, aby osłonić się przed słońcem.

– Ależ kochanie, która jest godzina?

– Wpół do dwunastej, mamusiu, wpół do dwunastej!

– Mój Boże, tak długo spałam! Dawno wstałaś?

– Tralala! Właśnie się obudziłam, poszłam sprawdzić, czy na wycieraczce nie leży poczta, i zgadnij, co znalazłam?

Joséphine wyprostowała się, podniosła rękę do głowy. Zoé wymachiwała pękiem kopert.

– Katalog świąteczny? Sugestie prezentów?

– Nic z tych rzeczy, mamo, nic z tych rzeczy! Coś znacznie lepszego…

Mój Boże, jaką miała ciężką głowę! Defilował w niej cały regiment w butach podbitych ćwiekami. Bolała ją każda część ciała, gdy się ruszała.

– List od Hortense?

Hortense nigdy nie pisała. Dzwoniła. Zoé potrząsnęła głową.

– Zimno, mamo, bardzo zimno! Wcale nie gorąco!

– Poddaję się.

– Coś supersensacyjnego! Super-hiper-ultra-superowego! Taka nieziemska nowina, że gdy naciśniesz, zdobywasz Księżyc i wszystkie galaktyki świata! Kisses and love, and peace all around the world! Niech moc będzie z tobą, siostro. Yo! Brother!

Każdemu okrzykowi towarzyszył energiczny kopniak, który sprawiał, że podskakiwała na materacu niczym Siuks w transie świętujący zwycięstwo i wymachujący skalpem.

– Przestań, kochanie! Głowa mi pęknie!

Zoé wyrzuciła stopy w powietrze i całym ciężarem opadła na łóżko. Rozczochrana, triumfująca, z twarzą rozpromienioną uśmiechem zwyciężczyni w totolotka, oznajmiła:

– Pocztówka od taty! Pocztówka od mojego tatusieńka! Czuje się dobrze, jest nadal w Kenii, mówi, że nie mógł się z nami skontaktować, bo zgubił się w dżungli z masą krokodyli, ale nawet na minutę, słyszysz, mamo, nawet na minutę nie przestał o nas myśleć! I całuje mnie bardzo mocno! Kochany tatuś! Tralala! Odzyskałam tatusieńka!

I w ostatnim porywie radości rzuciła się na matkę, a ta skrzywiła się z bólu, gdy Zoé zmiażdżyła jej dłoń.

– Jestem taka szczęśliwa, mamo, pojęcia nie masz, jaka jestem szczęśliwa! Mogę ci teraz powiedzieć, że myślałam, że nie żyje. Że został pożarty przez krokodyla. Pamiętasz, jak się bałam, jak jechałam go tam odwiedzić, a wokół była cała masa tych ohydnych zwierząt? No właśnie, i byłam pewna, że pewnego dnia zjedzą go na surowo!

Otwarła szeroko usta i gryzła powietrze, robiąc chrup, chrup, naśladując dźwięk szczęk krokodyla przeżuwającego swoją ofiarę.

– On żyje, mamo, żyje! Niedługo przyjdzie i zadzwoni do drzwi…

Wyprostowała się, mocno zaniepokojona.

– Na pomoc! On nie ma naszego nowego adresu! Nigdy nas nie znajdzie!

Joséphine wyciągnęła rękę, żeby chwycić pocztówkę. Rzeczywiście, przyszła z Kenii. Data na znaczkach wskazywała, że wysłano ją przed miesiącem z Mombasy, oczywiście na adres w Courbevoie. Rozpoznała pismo Antoine’a, jego pełen przechwałek styl.

Moje Kochane!

Piszę tych kilka słów, żebyście wiedziały, że u mnie wszystko w porządku i wróciłem na łono cywilizacji po długim pobycie w groźnej dżungli. Pokonałem wszystko, dzikie bestie, ataki gorączki, bagna, komary, ale nigdy, nigdy nie przestałem o Was myśleć. Kocham Was ze wszystkich sił. Do zobaczenia bardzo, bardzo niedługo.

Tata

W wieku sześćdziesięciu siedmiu lat Marcel Grobz był wreszcie człowiekiem szczęśliwym, i nie nużyło go to szczęście. Od bladego świtu odmawiał modlitwy, dziękczynienia, nowenny, aby jego szczęście trwało. Dziękuję Ci, mój Boże, dziękuję za to, że opływam w Twoje łaski, że obsypujesz mnie szczęściem, karmisz delicjami, łaskoczesz mi dupę zachwytem, tuczysz rozkoszą, otaczasz dostatkiem, zwalasz z nóg ze szczęśliwości, zsyłasz tsunami euforii. Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

Mówił to sobie rano, kładąc stopę na podłodze. Powtarzał, goląc się przed lustrem. Podśpiewywał niczym psalm, wkładając spodnie. Wzywał Boga i Jego świętych, wiążąc krawat, obiecywał dać dziesięć euro pierwszemu napotkanemu na ulicy żebrakowi, spryskiwał się „Eau de Cologne Impériale” Guerlaina, potem, wymyślając sobie od podłych szczurów i bijąc się w pierś, dodawał jeszcze dwóch żebraków, którym da powody do radości. Przecież ja też mogłem skończyć na ulicy, gdyby Żabcia nie ocaliła mnie ze szponów Henriette i nie przytuliła do obfitej piersi. Ilu biedakom powinęła się noga, bo nie wyciągnięto do nich pomocnej dłoni, gdy upadali?

Wreszcie, wymyty, ogolony, wystrojony, pachnący lawendą i piołunem, wkraczał do kuchni, aby złożyć hołd przyczynie tego zachwytu, kwiatowi kobiecych wdzięków, Everestowi zmysłowości: Josiane Lambert, swojej towarzyszce życia, nazywanej Żabcią.

Żabcia krzątała się przy żeliwnej kuchence firmy Aga, pokrytej trzema warstwami szklistej emalii. Przygotowywała jajka sadzone dla swojego mężczyzny. Ubrana w różowy peniuar, który tworzył zwiewny obłoczek, czuwała ze zmarszczonymi brwiami i poważną miną nad doskonałością każdego gestu. Umiała lepiej niż ktokolwiek inny rzucić jajko na gorącą patelnię, tak aby ścięło się lepkie białko, lekko przysmażyć żółtko, potem je przekłuć, obrócić całość, znowu przysmażyć, a wreszcie, w ostatniej sekundzie, delikatnym ruchem nadgarstka polać odrobiną octu balsamicznego i podać je, zsuwając na uprzednio podgrzany talerz. W tym czasie szerokie kromki pełnoziarnistego chleba piekły się w tosterze firmy Magimix z czterema chromowanymi otworami. Dobre słone masło normandzkie spoczywało w maselniczce w starym stylu, kawałki szynki z kością i kawior z łososia leżały na białym półmisku ze złoconym brzegiem.

Wszystko to wymagało maksymalnej koncentracji, którą Marcel Grobz z trudem respektował. Po zaledwie dwudziestu minutach niewidzenia Żabci szukał jej jak pies, który wysłany w pogoń tropem jelenia grzebie nosem w suchych liściach i przerywa, gdy tylko wyczuje jego zapach w zasięgu nozdrzy. Ta przerwa wyrażała się u Marcela Grobza objęciem ramieniem Żabci, uszczypnięciem jej w talii i siarczystym pocałunkiem w kawałeczek jedwabistego ciała wystającego spod szlafroczka.

– Zostaw mnie, Marcel – mruknęła Josiane wpatrzona w jajka, których przygotowanie wkraczało w etap końcowy.

Cofnął się z żalem i poszedł usiąść przed nakryciem leżącym na serwetce z białego lnu. Szklanka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy, fiolka witamin „60+”, talerzyk z chińskiej laki, zawierający łyżeczkę pyłku z kasztanowca, uzupełniały całość. Oczy mu zwilgotniały.

– Ileż troski, uwagi, wyrafinowania! Wiesz, Żabciu, najlepsza ze wszystkiego jest miłość, którą mi dajesz. Bez niej byłbym jak pusta tykwa. Cały świat nic by nie był wart bez miłości. To niesłychana siła rażenia, którą większość ludzkości ma za nic. Wolą poświęcić się zdobywaniu forsy, debile! Podczas gdy troszcząc się o miłość, pokorną miłość na co dzień, miłość, którą darzysz wszystkich, bez niskich pobudek, jesteś bogatszy, gładszy, piękniejszy i lżejszy!

– Teraz zaczynasz mówić wierszem? – spytała Josiane, kładąc duży talerz na serwetce z białego lnu. – A kiedy mam się spodziewać aleksandrynu Racine’a?

– To szczęście, Żabciu. Ono czyni mnie lirycznym, radosnym, nawet pięknym. Nie uważasz, że wyprzystojniałem? Kobiety odwracają się za mną na ulicy i wodzą za mną wzrokiem. Udaję figlarnego, nie mówię nic specjalnego, ale śmieję się na całego…

– Oglądają się za