Wolność i łaska. Rozważania o Szekspirze - Peter Brook - ebook
Opis

Dziewięć esejów Petera Brooka to zapis refleksji praktyka – wybitnego inscenizatora dzieł Szekspira. Brytyjski reżyser okrasza swoje rozważania licznymi anegdotami, a ponieważ, jak sam stwierdza we wstępie: „Traktowanie czegokolwiek zbyt poważnie nie jest zbyt poważne”, to w Wolności i łasce znalazło się miejsce dla Billie Holiday i Edith Piaf, dla kiczu Werony czy choćby skandalu z aktorką Vivien Leigh.

„Ta książka to bezcenny dar od największego reżysera szekspirowskiego naszych czasów, którego inscenizacje na zawsze zmieniły nasze rozumienie sztuk tak różnych, jak Miarka za miarkę, Król Lear, Burza, Tytus Andronikus czy Sen nocy letniej. Z każdej stronicy przebija geniusz, skromność i błyskotliwość Brooka”.
James Shapiro

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 94

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

To nie jest dzieło na­uko­we. Sta­ram się Szek­spi­ra nie wykładać. Jest to zbiór mo­ich im­pre­sji, doświad­czeń i nie­osta­tecz­nych wniosków.

Wyjątko­wość Szek­spi­ra po­le­ga na tym, że choć każda re­ali­za­cja te­atral­na czy fil­mo­wa musi zna­leźć własny kształt i formę, słowa tek­stu nie należą do przeszłości. Są źródłami, które po­tra­fią stwa­rzać i wypełniać wciąż nowe for­my.

To, co można zna­leźć u Szek­spi­ra, nie ma kre­su. Dla­te­go sta­ram się iść za jego przykładem i uni­kać pe­dan­te­rii.

Afry­ka­nie mają ta­kie po­wie­dze­nie: „Trak­to­wa­nie cze­go­kol­wiek zbyt poważnie nie jest zbyt poważne”.

Alas, poor YorickCZY­LI CO BY BYŁO, GDY­BY TO NIE SZEK­SPIR BYŁ SZEK­SPIREM

Byłem w Mo­skwie, gdzie wygłaszałem od­czyt o Szeks­pi­rze na Fe­sti­wa­lu Cze­cho­wa. Kie­dy skończyłem, pe­wien mężczy­zna wstał i kon­tro­lując bu­zujący gnie­wem głos, oznaj­mił słucha­czom, że po­cho­dzi z jed­nej z muzułmańskich re­pu­blik na południu.

„W na­szym języku – po­wie­dział – Sha­ke zna­czy szejk, aPir zna­czy mędrzec. Nie mamy naj­mniej­szych wątpli­wości. Hi­sto­ria na­uczyła nas od­czy­ty­wać szy­fry. Ten jest śmiesz­nie łatwy”.

Zdzi­wiłem się, kie­dy nikt nie ri­po­sto­wał, że w ta­kim ra­zie Cze­chow na pew­no był Cze­chem.

Odtąd wie­le razy zda­rzało mi się słyszeć o ko­lej­nych rosz­cze­niach do au­tor­stwa dzieł bar­da. Ostat­nio pe­wien uczo­ny na Sy­cy­lii od­krył, że jakaś ro­dzi­na uciekła z Pa­ler­mo do An­glii przed prześla­do­wa­niem in­kwi­zy­cji. Lu­dzie ci no­si­li na­zwi­sko Crol­lo­lan­cia. A wia­do­mo: crol­lo to po an­giel­sku sha­ke, lan­cia – spe­ar. Ko­lej­ny szyfr, który na­wet dziec­ko umiałoby złamać.

Jakiś czas temu pre­stiżowe cza­so­pi­smo dla in­te­lek­tu­alistów po­pro­siło gro­no ba­da­czy o od­po­wiedź na py­ta­nie: „Kto na­pi­sał dzieła Szek­spi­ra?” Nie wia­do­mo dla­cze­go zwrócono się również do mnie, a ja na­pi­sałem hu­mo­ry­stycz­ne re­duc­tio ad ab­sur­dum wszyst­kich ist­niejących teo­rii.

Re­dak­tor odesłał mi tekst z krótkim li­stem, w którym oświad­czył chłodno, że co praw­da zamówili moją wy­po­wiedź, lecz nie mogą jej opu­bli­ko­wać, po­nie­waż nie spełnia ona stan­dardów ocze­ki­wa­ne­go od re­spon­dentów dys­kur­su aka­de­mic­kie­go.

Nie do przełknięcia oka­zało się przede wszyst­kim zakończe­nie, nawiązujące do Maxa Be­er­boh­ma, wy­bit­ne­go an­giel­skie­go hu­mo­ry­sty. Otóż Be­er­bohm, wyśmie­wając do­szu­ki­wa­nie się szyfrów naj­pokrętniej­szy­mi me­to­da­mi, dowiódł, że dzieła Ten­ny­so­na stwo­rzyła królowa Wik­to­ria. Skru­pu­lat­nie prze­cze­sał cały po­emat In Me­mo­riam, aż zna­lazł taki wers, z którego wszyst­kich li­ter dało się ułożyć od­po­wied­ni ana­gram: „Alf didn’t wri­te this I did Vic” [Nie Alf to na­pi­sał, tyl­ko ja, Vic].

Wszy­scy zga­dza­my się przy­najm­niej w jed­nej kwe­stii – że Szek­spir był i jest kimś wyjątko­wym. Prze­wyższa wszyst­kich po­zo­stałych dra­ma­to­pi­sa­rzy. Taka szczęśliwa kom­bi­na­cja genów – czy ko­niunk­cja pla­net w go­dzi­nie na­ro­dzin, jeśli komuś bar­dziej od­po­wia­da taki ob­raz – mogła się zda­rzyć raz na kil­ka tysięcy lat. Po­wia­da się, że gdy­by po­sa­dzić mi­lion małp przy mi­lionie ma­szyn do pi­sa­nia i kazać im stu­kać w kla­wi­sze przez mi­lion lat, stwo­rzyłyby dzieła wszyst­kie Szek­spira. Ale czy rze­czy­wiście? Nie ma ta­kiej pew­ności.

Szek­spir do­ty­ka wszyst­kich aspektów życia człowie­ka. W każdej jego sztu­ce to, co ni­skie – brud, odór, nędza zwykłego ist­nie­nia – prze­pla­ta się z pięknem, czy­stością i wzniosłością. Widać to zarówno w kre­owa­nych prze­zeń po­sta­ciach, jak i w słowach, których używa. Jak to możliwe, żeby je­den mózg mógł objąć taki ogrom doświad­cze­nia? Ten ar­gu­ment długo wy­star­czał, by wy­klu­czać au­tor­stwo człowie­ka wy­wodzącego się z gmi­nu. Taką roz­piętością umysłową mogła się od­zna­czać tyl­ko oso­ba wy­so­ko uro­dzo­na i świet­nie wy­kształcona. Nie wy­obrażano so­bie, by chłopak z pro­win­cji, który po­bie­rał na­uki w miej­sco­wej szko­le po­wszech­nej, mógł zgłębić tyle roz­ma­itych po­ziomów doświad­cze­nia, na­wet gdy­by miał ta­lent.

To byłby może prze­ko­nujący ar­gu­ment, gdy­by ten chłopak nie miał umysłu, jaki zda­rza się raz na mi­lion.

Gdy przy­go­to­wy­wa­liśmy się do wy­sta­wie­nia The Man Who1, do­wie­działem się spo­ro o mózgu. Jed­nym ze zja­wisk budzących naj­większe zdu­mie­nie jest niesłycha­na pamięć występująca cza­sem u zwykłych, wy­da­wałoby się, lu­dzi. Jako ty­po­wy po­da­je się przykład li­ver­po­ol­skie­go taksówka­rza, który miał w umyśle szczegółowy rozkład wszyst­kich po­koi ho­te­lo­wych w swo­im mieście. Wioząc pasażerów z lot­ni­ska, mógł im za­tem do­ra­dzać: „Nie, pokój 204 jest nie dla pana. Łóżko stoi za bli­sko okna. Niech pan po­pro­si, żeby poka­zali panu 319. Albo jesz­cze le­piej: niech pan po­dej­dzie do The Li­ver­po­ol Arms i po­pro­si o nu­mer 5 – to będzie właśnie to, cze­go pan szu­ka”. Tak wyjątko­wa pamięć nie jest owo­cem wy­kształce­nia i sama w so­bie nie wy­star­czyłaby do stwo­rze­nia dzieł Szek­spi­ra. Szek­spir mu­siał jed­nak mieć nadzwy­czajną zdol­ność chłonięcia i od­twa­rza­nia najróżniej­szych wrażeń. Po­eta chłonie wszyst­ko, co się wokół nie­go dzie­je – ge­nial­ny po­eta tym bar­dziej; każde doświad­cze­nie prze­pusz­cza przez swo­isty filtr, ce­chu­je się przy tym rzad­kim da­rem ko­ja­rze­nia ze sobą wrażeń po­zor­nie ze sobą nie­związa­nych, czy wręcz prze­ciw­staw­nych.

Dziś rzad­ko się używa słowa „ge­niusz”. Ale wszel­kie dys­ku­sje o Szek­spi­rze muszą się roz­po­czy­nać od zro­zu­mie­nia, że w jego wy­pad­ku mamy do czy­nie­nia właśnie z ge­niuszem – i na­tych­miast cały sta­roświec­ki sno­bizm kla­so­wy zni­ka. Ge­niusz może prze­cież przyjść na świat w naj­skrom­niej­szych wa­run­kach. Przyglądając się żywo­tom świętych, łatwo za­uważyć, że większość z nich, w odróżnie­niu od kar­dy­nałów i teo­logów, wy­wo­dziła się z bar­dzo zwy­czaj­nych ro­dzin. Przykład ko­ron­ny: Je­zus. Da­lej: Le­onar­do. Jakoś nikt nie wątpi, że Le­onar­do był Le­onar­dem da Vin­ci, choć uro­dził się w małej włoskiej wio­sce jako nieślub­ne dziec­ko. Dla­cze­go więc tak sil­ne jest prze­ko­na­nie, że Szek­spir mu­siał być ciem­nym kmiot­kiem? W epo­ce elżbie­tańskiej edu­ka­cja stała na nie­zwy­kle wy­so­kim po­zio­mie. Zgod­nie z obo­wiązującymi prze­pi­sa­mi chłopak ze wsi miał być wy­po­sażony w wiedzę kla­syczną nie go­rzej niż sy­no­wie ary­sto­kratów. W sta­tu­cie szkoły w Strat­for­dzie czy­ta­my: „Na­ucza­ni będą chłopcy wsze­la­kie­go po­cho­dze­nia, cho­ciażby ro­dzi­ce ich byli na­der ubo­dzy, a oni sami wy­ka­zy­wa­li wielką do na­uki nie­zdol­ność”. W sztu­kach Szek­spira widać, że lubił natrząsać się z na­uczy­cie­li. W ogrom­nym ma­ga­zy­nie jego pamięci za­pi­sały się i zna­jo­mość kla­syków, i pre­ten­sjo­nal­ność pe­dantów.

Na­ukow­cy podjęli nie­pojęty trud od­two­rze­nia przeszłości. Wspa­niałą ro­botę wy­ko­nał przede wszyst­kim Ja­mes Sha­pi­ro2, który od­two­rzył at­mos­ferę i puls czasów Szek­spi­ra. Jego opi­sy są tak szczegółowe, że – co rzad­ko uda­je się osiąg­nąć – miej­sce teo­rii zastępuje żywe doświad­cze­nie. Możemy so­bie wy­obra­zić tego młode­go mężczyznę z pro­win­cji, jak pod­czas pierw­szych dni w Lon­dy­nie cho­dzi po tłocznych uli­cach, na których pa­nu­je nie­znośny hałas, prze­sia­du­je w ta­wer­nach i zagląda do bur­de­li, oczy i uszy ma sze­ro­ko otwar­te, chłonie opo­wieści podróżników o przy­go­dach z wy­praw, plot­ki o in­try­gach dwor­skich i re­li­gij­nych waśniach, zgrab­ne ri­po­sty i bru­tal­ne wy­zwi­ska. Gdy weźmie się pod uwagę jego wyjątkową spo­strze­gaw­czość i chłonność, to na­wet je­den dzień – a nie­chby i ty­dzień, jeśli kto woli – mógł do­star­czyć mu aż nad­to ma­te­riału, społecz­ne­go, po­li­tycz­ne­go i inte­lek­tu­al­ne­go, na cały ka­non sztuk. A on rok po roku miesz­kał w tym oce­anie in­for­ma­cji, który sta­no­wił pożywkę dla krążących mu po głowie nie­u­kształto­wa­nych hi­sto­rii. Nic dziw­ne­go, że na pozór był spo­koj­ny!

Gdy­by po­dej­rze­nie o pla­giat po­ja­wiło się w gro­nie uczo­nych, każdy, kto jest związany z uczel­nią, wie, co by się działo po­tem – ja­kie pod­eks­cy­to­wa­ne roz­mo­wy to­czyłyby się w ko­ry­ta­rzach i na dzie­dzińcach. Bar­dzo dziw­ne, że ucze­ni nie sko­ja­rzy­li, iż w wy­pad­ku Szek­spi­ra od­po­wied­ni­kiem uni­wer­sy­te­tu był te­atr. A te­atr to wspólno­ta, która rządzi się swo­imi pra­wa­mi. Do­cie­ka­nie praw­dy należy więc zacząć od przyj­rze­nia się temu, jak wyglądało na co dzień życie człowie­ka te­atru.

Kim był ten mężczy­zna, że choć grał na sce­nie, długie go­dzi­ny spędzał na próbach, prze­sia­dy­wał w ta­wer­nach, wdając się w roz­mo­wy z każdym, nikt nie posądził go o oszu­stwo? Ak­to­rzy za­rzu­cają au­torów sztuk py­ta­nia­mi i prośbami: „Można by zmie­nić ten wers?” albo „Źle mi się to mówi, dałoby się to trochę skrócić?”, albo „Mam za mało cza­su na zmianę ko­stiu­mu, może pan na­pi­sać mo­no­log albo krótką scenkę, żebym mógł zdążyć?”.

Wy­obraźmy so­bie, że taka prośba zo­sta­je skie­ro­wa­na do oszu­sta po­dającego się za Szek­spi­ra. Musi wpro­wa­dzić zmia­ny, do­pi­sać nową scenę. Przez dłuższą chwilę mil­czy, kal­ku­lując, ile cza­su zaj­mie do­tar­cie umyślne­mu kon­no do Oks­for­du czy do Yor­ku, za­cze­ka­nie na nowe stro­ni­ce od ta­jem­ni­cze­go au­to­ra oraz powrót do Lon­dy­nu. Słysząc taką prośbę, mu­siałby po namyśle od­po­wia­dać: „To zaj­mie pięć dni”. I nikt ani słowem tego nie ko­men­to­wał, choć po­wta­rzało się to raz za ra­zem przez wie­le lat? Tylu złorzeczących, za­zdro­snych ry­wa­li, a żaden się nie zo­rien­to­wał, że coś tu śmier­dzi? Bar­dzo prze­pra­szam, dro­dzy ucze­ni – gdy­byście bra­li udział w przy­go­to­wa­niach do wy­sta­wie­nia choćby jed­nej sztu­ki, za nic byś­cie w to nie uwie­rzy­li. Wy­obraźmy so­bie au­to­ra oszu­sta dzi­siaj. Ak­to­rzy plot­ko­wa­li­by o tym, że kie­dy o coś za­py­tają, on za­wsze gdzieś zni­ka z te­le­fo­nem komórko­wym.

Jako szef tru­py, doświad­czo­ny w za­wo­dzie, Szek­spir często mu­siał zda­wać so­bie sprawę, że jeśli prędko nie na­pi­sze no­we­go hitu, to za­brak­nie mu pie­niędzy na wypłaty i zespół może się roz­paść. W jego tek­stach nie za­cho­wały się żadne ślady po­pra­wek, na co zwra­ca uwagę Ben Jon­son. Nie ma żad­ne­go do­wo­du na to, że w szu­fla­dach leżały nie­do­kończo­ne sztu­ki, ani też ni­cze­go, co wska­zy­wałoby na pa­ra­liż twórczy – ani zresztą na per­fek­cjo­nizm w sty­lu Bec­ket­ta, cy­ze­lo­wa­nie ko­lej­nych wer­sji. Umysł Szek­spira nie­ustan­nie po­szu­ki­wał i eks­pe­ry­men­to­wał. Pod tym względem przy­po­mi­nał Mo­zar­ta. Jeśli ktoś pil­nie cze­goś od nie­go po­trze­bo­wał, Szek­spir z miej­sca sięgał do sta­le wi­brującego w nim ma­te­riału.

Te­atr żyje i sta­je się na bieżąco, nie w bi­blio­te­kach czy ar­chi­wach. W te­atrze i wczo­raj, i dziś, wszędzie na świe­cie, au­tor jest obec­ny jako żywy człowiek. Szek­spir nie mógł się po­ja­wiać w dniu występu i – po roz­da­niu ak­to­rom kar­tek z kwe­stia­mi – ocze­ki­wać, że kil­ka go­dzin później za­grają Ham­le­ta czyKróla Le­ara bez przy­go­to­wa­nia, bez prób, nie przećwi­czyw­szy wy­cho­dze­nia i scho­dze­nia ze sce­ny, prze­miesz­cza­nia się między różnymi jej po­zio­ma­mi czy mo­mentów, w których ma roz­brzmieć mu­zy­ka. A czy tego ro­dza­ju przy­go­to­wa­nia mogły się od­by­wać bez dys­ku­sji, bez pytań, bez prób i błędów?

Trze­ba było roz­strzygnąć kwe­stie prak­tycz­ne. Wy­star­czy so­bie przy­po­mnieć Pio­tra Klo­ca i jego trupę „zwykłych rze­mieślników” ze Snu nocy let­niej czy rady, ja­kich udzie­la ak­to­rom Ham­let, żeby so­bie uzmysłowić, że na­wet jeśli w cza­sach Szek­spi­ra z re­ali­zacją przed­sta­wie­nia nie wiązało się tyle kom­pli­ka­cji co te­raz, to prze­cież nie była ona dziełem przy­pad­ku. Niewątpli­wie wy­ma­gała cza­su i przy­go­to­wań, nie mogło się również obyć bez pytań, czy na­wet pro­testów kie­ro­wa­nych do au­to­ra – zwłasz­cza gdy był on równo­cześnie człon­kiem tru­py i sam wi­dział pro­ble­my, które należało roz­wiązać, niezwłocznie i wspólnie.

Aż nie do wia­ry, że całe rze­sze uczo­nych, zbie­rając do­wo­dy na po­par­cie swych teo­rii, prze­oczyły coś tak ele­men­tar­ne­go. Szek­spir nie był ode­rwa­nym od życia poetą – pisał dla gru­py lu­dzi pro­wadzących ry­zy­kow­ny tryb życia.

W Glo­be, tak samo jak w dzi­siej­szym te­atrze, poza ak­to­ra­mi pra­co­wa­li su­fle­rzy i fa­chow­cy niezbędni do po­mo­cy na sce­nie, tak zwa­ni sta­ge ke­epers [obsługa sce­ny]. Zarówno pod­czas prób, jak i w trak­cie występów wszędzie ich było pełno – mie­li prze­cho­wy­wać i w od­po­wied­nim mo­men­cie po­da­wać re­kwi­zy­ty, dbać o to, żeby ak­to­rzy we właści­wych chwi­lach wcho­dzi­li na scenę, a przede wszyst­kim pil­no­wać porządku na sce­nie oraz na wi­dow­ni – także pod­czas scen bi­tew­nych, kie­dy trze­ba było okiełznać co­dzien­nie inną liczbę sta­tystów z tłumu. Sta­ge ke­epers cza­sa­mi na głos wyrażali swo­je zda­nie o gra­nej sztu­ce – zupełnie tak samo, jak ga­lan­ci siedzący na skra­ju sce­ny te­atru Black­friars, którzy stro­ili so­bie żarty z ak­torów; tak samo, jak dwo­ra­cy oglądający Pi­ra­ma i Ty­zbe.

To dziw­ne, sur­re­al­ne wręcz, próbować so­bie wy­obra­zić, że przez całe lata tacy współpra­cow­ni­cy, prze­ciążeni pracą, wiecz­nie nie­za­do­wo­le­ni, ani razu nie za­kwe­stio­no­wa­li kwa­li­fi­ka­cji Szek­spi­ra. Żadna z teo­rii do­tyczących au­tor­stwa sztuk, które nie uwzględniają prób w te­atrze ani przed­sta­wień, nie ma opar­cia w rze­czy­wi­stości.

Oczy­wiście i wśród ak­torów, na­wet dziś, zda­rzają się wy­znaw­cy ta­kiej czy in­nej teo­rii. Ale jest ich garst­ka.

Cza­sy Szek­spi­ra ob­fi­to­wały w dra­ma­to­pi­sa­rzy, do­brych i złych, wiel­ko­dusz­nych i podłych. Większość zmarła w bie­dzie. Szek­spir jako je­den z bar­dzo nie­licz­nych prze­szedł w stan spo­czyn­ku z majątkiem, który po­zwo­lił na za­kup zie­mi. Po­wodów do zawiści nie bra­ko­wało. Elżbie­tański Lon­dyn nie był wyjątkiem – pi­sa­rze, jak za­wsze i wszędzie, próbo­wa­li utrzy­mać się z pióra i byli go­to­wi ob­sma­ro­wy­wać ry­wa­li w pasz­kwi­lach. Szek­spir ide­al­nie nada­wał się na cel ataków. Czy to nie dziw­ne za­tem, że nie za­cho­wały się żadne do­ku­men­ty de­nun­cjujące tego ak­to­ra, a za­ra­zem kie­row­ni­ka ze­społu, udającego, że sam na­pi­sał bar­dzo po­pu­lar­ne sztu­ki, które wy­sta­wiał, i pu­bli­ko­wał je pod własnym na­zwi­skiem? Mamy je­dy­nie często cy­to­wa­ne określe­nie Ro­ber­ta Gre­ene’a, an upstart crow [dosłownie: ka­rie­ro­wi­czow­ska wro­na], równo­ważone ciepłymi, apo­lo­ge­tycz­ny­mi wręcz słowa­mi Bena Jon­so­na, który la­ta­mi jaw­nie ry­wa­li­zo­wał z Szek­spi­rem, a mimo to go­dzi­na­mi prze­sia­dy­wał z nim w Mer­ma­id Ta­vern. I jak to możliwe, że nie za­cho­wał się żaden pam­flet na co­mic rhy­me [ko­micz­ne ry­mo­wan­ki] Szek­spi­ra? Ta­kie pam­fle­ty szłyby jak woda i zy­skałyby taką po­pu­lar­ność, jak dzi­siaj każda teo­ria spi­sko­wa i każda de­ma­ska­cja podwójne­go życia.

W hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry pięknej ist­nie­je wie­le przy­padków pla­giatów i pod­szy­wa­nia się pod czyjąś tożsamość, po­dob­nie jak w ma­te­ma­ty­ce – i w jed­nym, i w dru­gim wy­pad­ku bo­wiem pra­ca po­wsta­je w od­osob­nie­niu. Te­atr zaś, o czym nie możemy za­po­mi­nać, ma cha­rak­ter wspólno­to­wy. Lu­dzie te­atru często mówią o so­bie jako ro­dzi­nie. A w ro­dzi­nie nie da się ukryć se­kretów ani kłamstw.

Albo