Wołaj mnie, kwiecie - Janina Dobrowolska - ebook
Opis

Zmysłowość, subtelność wyrazu, wrażliwość na sztukę i przyrodę to tylko niektóre cechy poezji Janiny Dobrowolskiej. Autorka z odwagą i powodzeniem sięga często do kunsztownej formy sonetu. To prawdziwy sprawdzian umiejętności poetyckich. W tej twórczości zaklęte są ulotne chwile: zmysłowego poranka, ciszy przed burzą, schyłku lata, listopadowego dnia czy nocy w mieście. Poetyckie refleksje nad przemijaniem, istotą piękna i fundamentalnymi sprawami w życiu człowieka skłaniają czytelnika do wnikliwej analizy otaczającej go rzeczywistości i własnego życia wewnętrznego. Poezja Janiny Dobrowolskiej jest niepowtarzalna, bo wyczuwa się w niej optymizm autorki i nieukrywany zachwyt nad światem. Warto delektować się każdym słowem!

Wołaj mnie, kwiecie to kolejny tomik autorki. Do tej pory ukazały się "Z Tobą, poezjo" (2012), "O świcie zaczynam żyć..." (2012), "Pisz do mnie..." (2014) oraz "Wychodząc z burz" (2015).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 70

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

LII. MYŚLI W GWIAZDACH

Wielkie jest unoszenie nieba w gwiazd krysztale,

W głębokie sfery, głębsze niż wiedza tajemna,

Której dotąd nie śmiała dotknąć myśl rzetelna,

Choć nie brak mędrców jasno patrzących w dal, ale

 

Niepozyskanych głębi i z mnóstwem kojarzeń,

Jakby z wyroku sądu uwięzionych w sobie...

Ach, gdzie są gwiazd spichlerze i gdzie są bogowie,

Mamiący nas szafiru znikliwym obrazem?

 

Niechby myśl tak bogata była jak zbóż kłosy,

I czymś więcej niż wicher, co smaga okręty,

Czymś więcej niż nad nimi burza się kłębiąca;

 

Musi mieć głębię morza, ale jasność słońca,

I cel aż po horyzont w czasie rozciągnięty,

A jej plony noc niechaj ku gwiazdom unosi.

LIII. BYĆ W DRODZE

Iść, ciągle iść przed siebie, stawiać mocne stopy

Na ziemi uświęconej potęgą istnienia.

Dłońmi rozsuwać knieje, przeniknąć kamienie,

Za nic mając gniew nieba, arki i potopy.

 

Zdusić niepokój rzeczy, zanim go wywoła

Przeciwność losu, i przejść przez siebie, i góry.

Wstrzymać rwące potoki, widzieć po raz który,

Że droga ta mnie wiedzie nieomylnie zgoła.

 

Bo jest w tym coś z ciosania żywego granitu

Młotem ducha jedynie, by w nowej jasności,

Idąc schodami życzeń, móc dosięgać szczytów

 

I tam pozwolić słowom stawanie się ciałem...

W przeciwnym razie skrywać twarze oniemiałe,

Lub zginąć nagle w glorii tej niespełnialności.

Adamowi Jurczyńskiemu

LIV. WOŁAJ MNIE, KWIECIE

Wołaj mnie, Kwiecie, do tej ze swoich rabatek,

Co strzeże twych tajemnic w opłotkach ogrodu.

Ale, kiedy – nabrzmiały słońcami zachodów –

Sklejasz ze sobą każdy pojedynczy płatek,

 

Sam sobie jesteś więźniem, trwożliwie przeczącym

Swej smukłości wśród nocy niebem osrebrzonej,

Swej duszy ponad wszystko tak uszlachetnionej,

Że cenniejsza jest nawet od gwiazd spadających.

 

Przeto wołaj mnie nocy swych mową tajemną,

Jakbyś szukał dla siebie jedynej przystani,

Nie stroniąc przy tym od mych oddalonych progów,

 

Od krzywo nań patrzących wiekuistych bogów...

Lecz czemu głos twój nagle jawi się jak z grani?

Czemu, błądząc, przemienia się w ciszę kamienną?

LV. TO IDZIE MIŁOŚĆ

Miłość niesie na skrzydłach głód szczytów niesyty.

To z niej powstają: barwa i nazwa wszechrzeczy

W płynności złotych świateł, które mkną naprzeciw

Ptakom w chmurach i drogom jeszcze niezdobytym.

 

Wszystko może się spełnić! spójrzmy jak obłoki

W skier zawierusze rzeźbią śmiałe krajobrazy.

Można znów się narodzić: wszystko jest bez skazy,

Można przenosić góry i wstrzymać potoki.

 

Bo jest w niej coś z tłoczenia kształtu w barwach burzy;

Kiedy tkliwość, cierpienie, żar rozkoszy całej

Przeleją się w harmonię i ciała, i duszy

 

Tą anielską mądrością, to nic jej nie skruszy...

Jak wyrzeźbionej w skale i jedynie trwałej

Postaci, ponad wszystkim górującej róży!

LVI. PO BURZY

Po burzy całe w rzęsach drżą fiołkowe wonie,

Prężą się bzy fioletem na tle nieboskłonu.

W powietrzu przesyconym kryształem ozonu,

Rój brzęczących żyjątek w smugach słońca tonie.

 

Obłok słowiczych treli mknie po łuku tęczy,

Przenikając słodyczą jej przemyślne sploty...

Wiem, że zawsze trwać będę u progu tęsknoty,

Rozkwitłej kolorami na nieba obręczy.

 

Lecz daremnie pochwycam tej tęczy znikliwość,

Jakbym nagle stanęła przed zamkniętą bramą.

Nastała cisza, a ja – wsłuchana w swe tchnienie –

 

Chłonę zbryzgane deszczem i słońcem przestrzenie.

Lecz wiem, że głos słowika zabrzmi znów tak samo

I zamknie w płatkach bólu kwiat, co zwie się miłość.

LVII. WYJMIJ RTĘĆ Z OCZU

Jakże poważnym jesteś dzieckiem swej natury,

Przyjacielu mych dali, gdy stąpasz ostrożnie

Po tym, co dla stóp twoich ścieli się przemożnie –

Jak parkiet dla ćwiczących taneczne figury,

 

Które w lustrze są serią żywych malowideł.

Ty patrzysz na tył jego, jakby ci ktoś wzbraniał,

Jakbyś wolał wsłuchiwać się w puls przemijania.

Jaki ból ci wyznacza patrzenie lękliwe?

 

Wyjmij rtęć z oczu, rozświetl się własnym istnieniem

Jak czas, co swoim rytmem ożywia przestrzenie.

Niech twoja niespożytość kwitnie w tym, co ziemskie –

 

Jak bliskość w oddaleniu. Niech to, co anielskie

U progów nieba czeka, aż – z mozolnych ćwiczeń –

Twe nowe zajaśnieje pośród gwiazd oblicze.

LVIII. TĘSKNOTA

Noszę w swym sercu wiosnę, noszę ją dla Ciebie;

Jestem jak drzewo szumne, ptactwem rozćwierkane.

Słyszysz te dźwięki wiatrem pachnącym owiane?

Spójrz, jak kwiaty na łąkach wpatrzone są w siebie!

 

Nocą na mych oddechach gwiazdy jak na falach

Drżą blaskami, a każde najmniejsze wzruszenie

Płynie i jest niesione w swobodne przestrzenie,

Gdzie w szafirowej ciszy wdzięcznie się utrwala.

 

Te powiewy i słońcem zbryzgane obłoki,

Bzy w liliowej ekstazie, mokrych fiołków wonie,

I to jak z gór tryskają srebrzyste potoki...

 

Widzę zwiewnych aniołów wyciągnięte dłonie

Tak dalekie – jak rozkosz, bliskie – jak głęboki

Żal, gdy samotne serce w utęsknieniu tonie.

LIX. POLUBIENIA

Lubię Twą melancholię bezbronną na jawie,

Przez którą wieją wiatry przemoczone deszczem;

Ten zdławiony krzyk burzy w Twym wnętrzu i jeszcze,

Gdy się temu, co nowe, przyglądasz ciekawie.

 

Lubię też, gdy owiany gwiezdnym kurzem nocy,

Wyciągasz ku mnie ufne, dalekie ramiona;

Czuję się, jakbym była dla Ciebie stworzona,

Jakby mnie już nieziemskość trzymała w swej mocy.

 

Wtedy jesteś pogodny jak kwitnące gaje;

Pod promieniem Twych oczu budzą się kamienie,

Piętrzą się pełne łaski najcichsze ołtarze,

 

Znikają gdzieś obrazy i prześnione twarze.

A każde Twe przejrzyste, wyzwolone tchnienie

Sprawia, że z dna mojego serca róża wstaje.

LX. BURZA

Jak dziwnie wyglądają tkwiące w chmurach drzewa

W ciszy tak wielkiej jak czas, gdy ciężar utraci.

I wszystko, zda się, grzęźnie w bezkształtnej postaci,

Niepokój kurze swych tchnień w powietrzu rozwiewa.

 

Nagły grot błyskawicy jasność w krąg rozlewa;

W drzewach wzbiera już burza, w trawach coś majaczy,

Dreszcz przemyka przez gęstwę, słychać jęk puchaczy,

I głos z gardzieli nieba ponuro pobrzmiewa.

 

W lepkim powietrzu tłoczą się brzęki owadzie,

Mrok jest już pełen jadu, przestrach ciężko dyszy.

Aż wiatr bez tchu się wyrwał z bezszumnej uwięzi,

 

Piorun uderzył z trzaskiem łamanych gałęzi.

Strwożonych drzew modlitwy ciemne niebo słyszy

I zsyła strugi deszczu w zwichrzonym nieładzie.

LXI. BAL W MOULIN DE LA GALETTE

Wirują w tańcu pary w gwarze wesołości.

Ogród w blaskach magiczną bramę już otwiera.

Niedzielna huczność tłumów z każdą chwilą wzbiera.

Girlandy latarń bielą się wśród zieloności.

 

Dziewczęta wpół przegięte w zuchwałych ramionach,

Zwiewny czar roztaczają jak kwietne kielichy,

Pod niebem rzucającym zachodu przepychy.

A światło w pawich barwach błądzi w drzew koronach,

 

I przez baldachim liści kleksy plam rozsiewa:

Na ubraniach i w kurzu ekstatycznej gamy.

I triumfuje w tańczącym tłumie ton radosny,

 

Choć nie przebrzmiały jeszcze echa pewnej wiosny;

Widać to w czujnych oczach pamiętliwej damy

Ledwie widocznej zza pnia wysokiego drzewa.

LXII. NIECHCIANE GŁOSY

Głosy szepczą coś do nas – złe głosy jesienne,

Coraz to natrafiając na opory słuchu.

Aż pobladłe zmierzają w falującym ruchu