Wójt. Jak goliłem frajerów. O piłce, pieniądzach i kobietach - Przemysław Ofiara, Janusz Wójcik - ebook
Opis

Janusz Wójcik powraca. Tak ostro, dosadnie i zabawnie jeszcze nie było!

Były selekcjoner reprezentacji Polski znów przyłożył z grubej rury! Po raz kolejny barwnie i w charakterystycznym stylu opowiada o swoich przygodach: tym razem rywalizuje z Deyną i Gadochą o piękną blondynkę, przemyca Polkę przez afgańską granicę, poluje na tygrysa, rozkręca imprezę na promie do Skandynawii, zaprzyjaźnia się z Seppem Blatterem, a nawet upija i przesłuchuje… byłego esesmana!

Wójt. Jak goliłem frajerów przynosi jeszcze więcej prześmiesznych anegdot i ponownie odsłania kulisy polskiego sportu oraz polityki. Wszystko to okraszone aktualnymi komentarzami na temat reprezentacji Adama Nawałki, Euro 2016 czy Legii Warszawa, a także wywiadami z piłkarzami, politykami i ludźmi, którzy wspominają Wuja i związane z nim historie.

Janusz Wójcik ponownie zaprasza na przejażdżkę swoim życiowym rollercoasterem. Zapnijcie pasy, bo to będzie prawdziwa jazda bez trzymanki!

PO CO TA KSIĄŻKA?

Ogoliłem w życiu setki frajerów, doskonale o tym wiecie. Dałem łupnia śmierdzielom, którzy tylko myśleli, że potrafią grać w piłkę. Obracałem najlepsze panienki w Polsce i na świecie. Poznałem najważniejszych ludzi, spotykałem multimilionerów, prezydentów, dyktatorów, ważnych polityków, a nawet papieża. Zwiedziłem kawał świata, obejrzałem najdziwniejsze i najpiękniejsze zakątki kuli ziemskiej. Robiłem to, o czym moi dzisiejsi adwersarze mogą tylko pomarzyć. Tak, misie kolorowe, które tak bardzo mnie teraz nie lubicie. Kiedy wy sikaliście w pampersy, Wujo zwiedzał świat i zdobywał srebro na igrzyskach!
Janusz Wójcik

***

Janusz Wójcik to barwna, charakterystyczna postać. Dzisiejsi zawodnicy po jego zjebkach chyba zaczęliby się wieszać. Cieszę się bardzo, że mogłem z nim pracować. Cokolwiek o nim mówić, jest legendą.
Arkadiusz Onyszko

Charyzmatyczny trener. Wójcik potrafił z nas wycisnąć więcej, niż myśleliśmy, że jesteśmy w stanie z siebie dać. To między innymi dlatego zdobyliśmy medal olimpijski w Barcelonie.
Piotr Świerczewski

Zawsze ceniłem sobie kontakty z Januszem, a spotkania z nim były bardzo miłe. Jego sukcesy sportowe są bezspornym faktem. Mimo że wielu by chciało, nie da się ich wymazać z historii polskiej piłki.
Ryszard Kalisz

Janusz Wójcik nie należy na pewno do osób, które długo myślą i dopiero potem mówią, on raczej od razu wali prosto z mostu. A takie zachowanie nie jest i nigdy nie było w Polsce modne. Przez to jednak zjednuje sobie wielką rzeszę ludzi, którzy go szanują.
Robert Sowa, kucharz reprezentacji w latach 1998–2005

Kiedy mówił coś w szatni, zapadała cisza, nikt nie odważył się choćby poruszyć. Wszyscy z wielką uwagą słuchali tego, co mówi trener. Miał donośny głos, którym potrafił wzbudzić i strach, i szacunek. Działało to znakomicie.
Cezary Kulesza, były piłkarz Jagiellonii, obecnie prezes klubu


BIOGRAM

Janusz Wójcik –  trener, polityk, były piłkarz. Doprowadził olimpijską reprezentację Polski do srebrnego medalu na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 r. W latach 1997–1999 selekcjoner polskiej kadry. Prowadził także m.in. Legię Warszawa, reprezentację Syrii, Anorthosis Famagusta, Jagiellonię Białystok, Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław i Widzew Łódź. Trzykrotnie wybierany trenerem roku na Bliskim Wschodzie. W latach 2005–2007 poseł na Sejm z ramienia Samoobrony Andrzeja Leppera. Niezrównany motywator, autor kultowych powiedzonek, które na stałe weszły do piłkarskiego słownika.

Przemysław Ofiara – od 2006 roku dziennikarz sportowy „Super Expressu”, dla którego obsługiwał finały Euro 2012 i 2016, a na co dzień pisze o Ekstraklasie i reprezentacji Polski. Ponadto współpracował z „Magazynem Futbol”, „FourFourTwo” i telewizją Fokus.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 199

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Jechaliście kiedyś rollercoasterem? Jeśli tak, to wiecie, jak cholernie skrajne emocje temu towarzyszą. Kiedy człowiek czeka na start, jest podekscytowany, cieszy się, że za chwilę przeżyje fantastyczną przygodę. Jest jeszcze dość spokojny, bo zupełnie nie wie, czego się spodziewać. Widział wprawdzie taki przejazd w tele-wizji czy nawet na żywo w wesołym miasteczku, ale co z tego? Ludzie jadą, piszczą, generalnie strachy na lachy.

Kiedy maszyna rusza, jest fajnie. Wiatr targa włosy tak mocno, że człowiek wygląda, jakby go przed chwilą prąd popieścił. Ale ciągle jest fajnie. Prędkość, emocje, entuzjazm. To wszystko przez pierwsze kilka sekund sprawia, że chce się więcej.

Potem jednak prędkość staje się uciążliwa. Maszyna pędzi to w górę, to w dół. I te zakręty! One są najgorsze. Tak przeraźliwie ostre, że człowiek boi się, że teraz to już na pewno się wypierdoli i przywali łbem o jakieś okoliczne drzewo. Ale jeszcze raz i jeszcze raz się udaje. Jakiś cholerny fart! Znów góra, dół, zakręt. I tak przez kilkadziesiąt sekund, choć ma się wrażenie, jakby trwało to dużo, dużo dłużej. A na końcu, już po zatrzymaniu, kręci się człowiekowi we łbie i chce się rzygać jak po przechyleniu butelki whisky na raz. Po chwili się jednak otrząsa, jest pod wrażeniem i mówi: „Ależ to było dobre!”.

Pracowaliście kiedyś jako trener piłkarski? Dziewięćdziesiąt dziewięć procent z was nie, więc na swoim przykładzie opowiem wam, jak skrajne emocje towarzyszą tej robocie. Kiedy młody trener zaczyna, jest podekscytowany, wszystko wydaje się nowe, fascynujące, chce się podbijać piłkarski świat. Krok po kroku człowiek wspina się po szczeblach kariery. Oczywiście po drodze spotyka wiele mend, które chcą mu tę wspinaczkę utrudnić, ale musi je wszystkie ominąć lub rozdeptać i zostawić za sobą.

Tu też pojawiają się zakręty. Jak każdemu, przytrafiają się przegrane mecze. Podczas zagranicznych wojaży przeżywa się niesamowite historie, czasami mrożące krew w żyłach. Zawsze jednak, jak przebiegła jaszczurka, trener wygrzebie się z każdych tarapatów. I wróci jeszcze silniejszy.

Są momenty, że wjeżdża się na szczyt. Zdobywa medal olimpijski, prowadzi reprezentację narodową. Poznaje egzotyczny świat, który przyjmuje człowieka z otwartymi ramionami. Przeżywa się dziesiątki niezwykłych przygód, które wielu ludziom mogą się tylko przyśnić.

I tak przez wiele lat, choć myśli się, że upłynęło zaledwie kilkadziesiąt sekund. A po latach, choć jak po rollercoasterze kręci się w głowie, wspomina się wszystko z sentymentem i mówi: „Ależ to było dobre”.

Po to powstała ta książka. Chcę, żebyście wsiedli ze mną na ten mój trenerski i życiowy rollercoaster. Chcę, żebyście przenieśli się ze mną do Kabulu, gdzie ratowałem z opresji Polkę przetrzymywaną w afgańskim więzieniu, i byście towarzyszyli mi w Białymstoku końca lat osiemdziesiątych. Opowiem wam, jak żegnałem się z życiem, kiedy samolot, którym leciałem, prawie rozbił się o szczyty Andów, a także o tym, jak specjalnie dla mnie śpiewał słynny Zenek. Przeczytacie tu też, co sądzę o imigrantach, i dowiecie się, dlaczego wstyd mi za Legię. Będzie śmiesznie, strasznie i ciekawie – będzie Wójt, jakiego znacie i lubicie.

Zapraszam na przejażdżkę.

Kałasznikow – chyba każdy wie, jak wygląda ten słynny rosyjski karabin. Kaliber 7,62 mm, w magazynku trzydzieści śmiercionośnych naboi. Jeden z nich przed czterdziestoma laty mógł ugrzęznąć w mojej klatce piersiowej, kiedy ruski celnik na granicy z Afganistanem wycelował we mnie kałacha. Życie, które zależało w tamtym momencie wyłącznie od woli jakiegoś kacapa, przeleciało mi przed oczami. A wszystko dlatego, że zachciało mi się zostać „afgańskim łącznikiem”.

Są historie, które fajnie się opowiada, ale dużo trudniej przeżywa. Tak właśnie jest z przygodą, którą miałem w 1976 roku na granicy afgańsko-radzieckiej.

Pozwólcie, że zacznę od początku i opowiem, skąd, do cholery, wziąłem się w Afganistanie, i to w środku regularnej wojny z Rosją. Otóż byłem tam tylko przejazdem, bo kierowałem się do Pakistanu, gdzie… miałem wziąć ślub. Przebywała tam moja narzeczona, Wisława Janas, której ojciec pracował w pakistańskiej placówce dyplomatycznej. Odbyło się wielkie, huczne wesele, ale wcześniej kilka dni spędziłem w Afganistanie. Kilka kurewsko stresujących dni.

Wylądowałem w Kabulu, gdzie odebrał mnie konsul. Lotniskowi celnicy, kiedy spojrzeli na paszport kraju zaprzyjaźnionego z ZSRR, puścili mnie bez problemu. Za to ci z zachodniej Europy zostali i byli przesłuchiwani, bo każdy był podejrzewany o szpiegostwo. Takie czasy. W każdym razie z konsulem udałem się do jego mieszkania, gdzie miałem spędzić kilka dni.

Nazajutrz poznałem kobietę. Młodą, taką koło trzydziestki, ładną brunetkę. „Niezła polędwiczka”, pomyślałem. Wiedziałem, że gdybym nie był tuż przed ślubem, to zaraz bym ją klepnął w tę zgrabną dupeczkę. Zamiast tego posłałem jej uwodzicielskie spojrzenie. Tak, robaczki, na ten wzrok łapała się każda… Moja nowa znajoma była Polką, która poznała w naszym kraju Afgańczyka i dla niego przeprowadziła się do jego ojczyzny. Facet rzekomo był biznesmenem, ale jak się później okazało, z niego był raczej taki biznesmen z kiszką w teczce. Opowiadał jej, że zamieszkają w willi z basenem, że będą mieli wielkie luksusy… Bajerant i cwaniak. Przyjechała i szczęka jej opadła, kiedy zobaczyła ziemiankę, w której będzie koczować.

– Czym ten twój śniady mężuś handluje, czym się w ogóle zajmuje? – zapytałem.

– No… karmi ludzi – odpowiedziała nieśmiało.

Uznałem, że ma w Kabulu jakąś knajpę, choć tak po prawdzie trudno mi było sobie wyobrazić fajną restaurację w tym ogarniętym wojną mieście. Mimo to przyjąłem, że robi kebaby. Jak się później dowiedziałem, oceniłem go zdecydowanie za wysoko. Okazało się bowiem, że facet chodzi z przewieszonym przez szyję sznurkiem, na którym wisi mała deska do krojenia. Na tej desce serwował ludziom swoje specjały. To ci restaurator! Ciekawe, jak się ten jego biznes nazywał. Stawiam na Gówno i Powidło.

No ale dziewczyna raz, że się zakochała, a dwa – uwierzyła, że facet faktycznie zarabia kokosy. Nie przewidziała też, że tuż po jej przyjeździe w Afganistanie rozpęta się piekło. Co gorsza, piekło miała też w domu. W Afganistanie kobieta, zwłaszcza cudzoziemka, nie ma kompletnie żadnych praw. Niemal z dnia na dzień z milusińskiego śniadego Alvaro-Abdullaha facet zmienił się w tyrana. Kobieta stała się niewolnicą i popychadłem, nie wykluczam też, że była bita, do czego jednak nie chciała mi się przyznać.

Chciała stamtąd uciekać. Problem jednak w tym, że zupełnie nie miała jak tego zrobić. Zaczęła naprędce klecić jakiś plan ucieczki, szukać sposobu, żeby oszukać swojego oprawcę. Niestety, kolega mąż głupi nie był i szybko wyniuchał, że coś jest nie tak. Poszedł do sądu i doniósł na żonę, że próbuje opuścić kraj, mając jednocześnie ważne małżeństwo.

Niedługo potem odbyła się rozprawa. Kobieta oczywiście musiała stawić się przed sądem, który uznał ją winną zbrodni przeciwko mężusiowi. No i wpierdolił ją na trzy dni do pierdla. Powiecie, że trzy dni to niedużo i da się przetrwać. U nas może i tak, bo polskie więzienia to przy tych afgańskich hotel Hyatt Regency. Możecie uwierzyć mi na słowo, bo widziałem panujące w nich warunki na własne oczy. Syf, kiła i szambo. Brakowało tylko tego, żeby ktoś się wysrał na środku korytarza.

Kiedy dowiedzieliśmy się z konsulem, że nasza znajoma siedzi za afgańskimi kratkami, postanowiliśmy do niej pojechać, żeby chociaż zawieźć jej coś do jedzenia. Tam jest bowiem tak, że jak nikt ci nie przywiezie żarcia, to zdechniesz z głodu jak pies. Jak strażnicy mają ochotę, to wrzucą jakiś ochłap, a jak im się zapomni – musisz głodować. Dziś mogę powiedzieć, że w różnych przedziwnych miejscach na świecie byłem, ale czegoś takiego nigdy, kurwa, nie widziałem. W podłodze wyżłobionych było kilkanaście dziur, jam o kształcie wielkiego leja. Wszystko wyglądało jak świąteczna bombka. Na górze było wąskie (miało średnicę mniej więcej metra), a im bliżej dołu, tym bardziej się rozszerzało, by przy końcu osiągnąć średnicę jakichś trzech metrów. Zastanawiałem się, o co chodzi z tymi jamami, potem mi to wyjaśniono. Był to oryginalny rodzaj… więziennej celi. Delikwentowi dawali drabinę, schodził po niej, a kiedy był już na dole „bombki”, wyciągano ją. Dzięki temu nie trzeba było ani strażnika, który musiałby ciągle pilnować, by ktoś nie uciekł, ani nawet żadnych drzwi czy włazu. Nikt na świecie, nawet najlepszy gimnastyk, z tej dziury by nie wylazł. Mógł jęczeć, wyć do Allaha, ale nic by mu nie pomogło. Poza tym nie mieli w tym więzieniu żadnych samobójstw, bo w takiej jamie zupełnie nie było się za co zaczepić – można było najwyżej się rozpędzić i napierdalać łbem w kamienną ścianę.

Naprawdę wesoło robi się wtedy, kiedy zaczyna padać deszcz – jeśli zgromadzi się dużo wody, można się tam nawet i utopić. Wszystko zależy od strażników i… zasobności portfela rodziny osadzonego. Jeśli klawisz dostanie trochę dolarów, przykryje jamę, żeby nie dostawała się do niej woda. Jeśli nie – moknij i top się, kolego.

Kiedy przechodziliśmy koło tych dziur, słychać było tylko przeciągłe męskie krzyki – tym bardziej przeraźliwe, bo przelatujący przez wąskie gardło jamy dźwięk nabierał niesamowitego, przedziwnego echa. Muszę przyznać, że Afgańczycy wpadli na całkiem pomysłowe rozwiązanie, choć z humanitarnym przetrzymywaniem więźniów nie miało ono wiele wspólnego.

Wracając do naszej uciemiężonej koleżanki: po trzech dniach Afgańczycy faktycznie ją wypuścili. Prokurator cały czas wnioskował o dłuższą odsiadkę – za niesubordynację małżeńską groziło jej nawet kilka lat! Z pewnością by ich nie przetrwała w tej kamienno-betonowej jamie, sądzę, że nie dociągnęłaby nawet do roku.

Zaczęliśmy się zastanawiać, co robić. Kobieta wprawdzie była na wolności, ale w zasadzie groziła jej kara śmierci, choć bez wykonywania wyroku. W końcu wpadłem na diabelski pomysł – żeby ją przerzucić przez granicę.

– Janusz, co ty gadasz? Przez którą granicę? – westchnął konsul.

– Przez tę, przez którą się da. Na pewno afgańsko-pakistańska jest wykluczona, nie damy rady. Ale do Związku Radzieckiego może i się uda. Cały czas ktoś tamtędy przejeżdża. Jest wojna, mają bałagan. Pojedźmy tam, zobaczymy, co da się zrobić – przekonywałem.

Przeanalizowaliśmy wszystkie za i przeciw i uznaliśmy, że zadanie da się wykonać. Dziewczyna nawet nie próbowała dyskutować, od razu się zgodziła. Wiedziała, że to bardzo ryzykowne, ale dla niej była to jedyna szansa. Zapakowaliśmy jej tobołek, w którym miała trochę rzeczy osobistych, ale przede wszystkim – jedzenie i picie.

Po dość długiej podróży dziurawymi afgańskimi drogami dotarliśmy do granicy z ZSRR. Zdecydowaliśmy się, że ja z nią pojadę, a konsul poczeka na mnie w umówionym miejscu. Oczywiście on nie chciał dać swojego samochodu, więc pojawił się kolejny problem – czym przejedziemy przez tę granicę. Wybrnęliśmy z tego bardzo ciekawie – otóż wsiedliśmy do samochodu pełnego radzieckich żołnierzy, którzy wracali z Afganistanu. Podczas przejazdu serce podchodziło mi do gardła, a dupa drętwiała. Radzieccy żołnierze podeszli i lustrowali każdego wzrokiem. Do mnie i do kobiety wycelowali lufy kałachów, a palce mieli na spustach. Wystarczyło tylko delikatnie musnąć, a nasze klatki piersiowe zostałyby wypełnione świeżą porcją ołowiu. Pogranicznik podszedł, wziął mój paszport. Kiwnął głową z aprobatą – Polak, przedstawiciel bratniego narodu. Potem przyszła kolej na dziewczynę. Nie miała dokumentów, bo Afgańczycy zabrali jej paszport. Zacząłem dyskutować z pogranicznikami, na szczęście jako tako po rusku się porozumiewam. Ona nie odezwała się ani słowem. Głupia nie była, rozumiała, że generalnie to ma przejebane. Trzęsła się – i to tak, jakby było minus piętnaście stopni. Mimo że było dość gwarno, cały czas słyszałem jej ciężki oddech. Głęboki, pełen strachu, im bliżej kontroli coraz szybszy.

– Dawajtie diengi – zażądał jeden z pograniczników.

Kobieta przeszukała wszystkie kieszenie. Nieszczęsna nie miała za dużo pieniędzy, a i tak musiała przeznaczyć wszystko na łapówkę. Żołnierze nie spuszczali z niej wzroku, a ona, choć pociła się jak jakiś otłuszczony grubas podczas upałów, uśmiechała się, by pokazać, że jest pewna siebie. Wciąż nie wydusiła z siebie słowa, zresztą cieszyło mnie to, bo jeszcze tego brakowało, żeby baba zaczęła z kacapami negocjować. To było na mojej głowie. I udało się – po długich i dość nerwowych negocjacjach przedostaliśmy się na stronę radziecką.

Gdy oddaliliśmy się od granicy o parę kilometrów, poprosiłem kierowcę o zatrzymanie się. Ja już dalej jechać nie chciałem. Dziewczyna wysiadła razem ze mną.

– No, mała. Teraz to już radź sobie sama. Ja swoje zrobiłem. Życzę ci powodzenia – powiedziałem na odchodne.

Rozpłakała się i zaczęła dziękować za uratowanie życia. Co prawda, to prawda – gdyby nie konsul i ja, najpewniej zgniłaby w tej potwornej skalnej dziurze.

Pożegnaliśmy się, a ja zacząłem kombinować, w jaki sposób mam w jednym kawałku wrócić do Afganistanu. Ostatecznie postanowiłem poczekać trochę i zabrałem się z inną radziecką ekipą, która udawała się w drugą stronę. Tym razem przekroczyłem granicę bez najmniejszych problemów, choć oczywiście bałem się jak skurwysyn – wystarczyło, żeby któremuś coś się upierdzieliło we łbie i by mnie rozstrzelał. Nikt by się nigdy nie dowiedział, że Wójcik gdzieś tam w Afganistanie dostał w czapę. Nawet zdążyłem się zakolegować z jednym ruskim żołnierzem, Sasza chyba miał na imię. Na pożegnanie wyjął menażkę i wznieśliśmy mały toaścik – bez zakąszania.

– Wsewo charoszewo – rzucił na do widzenia.

Cała operacja (licząc wjazd do ZSRR i powrót do Afganistanu) trwała trzy czy cztery godziny. Konsul czekał na mnie w umówionym miejscu, skąd wróciliśmy do Kabulu.

– Co dalej z nią będzie? – wypytywał. Troskliwy misio.

– Co się głupio pytasz? Teraz żeś się zainteresował? Nie wiem, co będzie. Trzeba było z nią pojechać do Moskwy albo Petersburga. Ciekawe, czy potem byś wrócił – drwiłem.

– Wiem, wiem, żadnych szans na powrót. Jakoś dziewczyna musi sobie radzić… – zamyślił się.

Po powrocie do Kabulu starałem się o wszystkim zapomnieć, ale łatwo nie było. Jak potem opowiadałem tę historię znajomym w Pakistanie, to się za głowę łapali i pytali, czy mnie aby nie popierdoliło. Była wojna, mogli nas rozwalić i nikt by się nie przejął. Szczęście było jednak po mojej stronie – choć drugi raz chybabym się nie podjął takiej akcji, nawet gdyby mi oferowali worek dolarów.

Aha, wiecie, że nawet nie pamiętam, jak ta dziewczyna miała na imię? Chyba Anna albo Agnieszka. Nie interesowało mnie to kompletnie. W pewnym momencie myślałem tylko o tym, żeby ocalić nam dupy. Po pożegnaniu przestałem się interesować jej losem. Nie wiem, jak swoim urokiem wpłynęła na Ruskich, żeby ją podwieźli gdzieś do najbliższego cywilizowanego miejsca, nie wiem też, czy dotarła do Polski. Kiedy była gdzieś w Związku Radzieckim, ja przygotowywałem się do wesela. Szczęśliwy i – co najważniejsze – bez ruskiego ołowiu w klatce piersiowej.

Zawsze miałem dobre oko – i to nie tylko, jeśli chodzi o piękne kobiety i piłkarzy. Faktycznie, dupeczki wybierałem zawsze najlepsze, z piłkarzami też zwykle wychodziło, teraz jednak mam na myśli coś innego. Miałem oko do strzelania. Ktoś gdzieś nazwał mnie nawet „Snajper”! Bardzo mi się to spodobało. W domu oczywiście miałem broń krótką, ale i z długiej potrafiłem dobrze strzelać – tylko wziąć karabin do ręki, ustawić celownik i bach!

Oko do strzelania przydało mi się raz. Kiedy… polowałem na tygrysa!

Podczas pobytu w Pakistanie mieszkałem w stolicy, Islamabadzie, w pięknym miejscu u podnóży Himalajów. Widoki w tym zakątku świata są przepiękne. Jedziesz sobie drogą po płaskim terenie i nagle, ni stąd ni zowąd, wyrasta przed tobą wielka góra – piękna, zalesiona, zielona jak Łazienki Królewskie w maju, lekko zasnuta mgłą, ale i tak doskonale widoczna. Czyste piękno, czasem nawet myślałem sobie, że dla takich widoków warto było tłuc się przez pół świata.

Zakwaterowano mnie w pięknym apartamencie w dzielnicy willowej, najbardziej ekskluzywnej części miasta. Z okna miałem widok na majestatyczne góry, na zboczach których rozsiane były wioski. Oj, tam to była bieda! Wszystkie domy (choć to zbyt szumne określenie) z byle gówna, zero elektryczności.

Pewnego razu moi serdeczni przyjaciele Pakistańczycy zabrali mnie na wycieczkę po tychże wioskach. Było bardzo miło, choć kurewsko duszno i już po kilkunastu minutach musiałem wyżymać koszulę z potu. Ochłodziło się dopiero wieczorem. Podczas kolacji jeden ze współbiesiadników zaczął opowiadać, że górskie wioski zaczął nawiedzać nieproszony i nieprzewidziany gość. Tygrys! Ludojad! Przychodził sobie i normalnie wpierdalał ludzi – dzieci, kobiety, rosłych chłopów: wszystkich. Na wieśniaków padł blady strach – i to nie tylko na tych z gór, obawiali się również ci z nizin. Bo kto to wiedział, czy chujowi nie zachce się zejść i rozrabiać na dole? Chłopi próbowali na niego polować, ale oczywiście nieskutecznie, bo ciężko cokolwiek zdziałać bez sprzętu czy odpowiedniego przeszkolenia. A tygrys, jak to drapieżnik, jak już raz poczuł ludzką krew, to się rozochocił i ciągle wpadał na gościnne występy! Przybiegał, zagryzał, łapał w paszczę i spierdalał. Najbardziej zagrożone były dzieciaki, bo łatwiej było mu dopaść mniejszego człowieka. Wystarczyło, by raz łapą jebnął, i pyk – po kliencie.

Trzeba było szybko działać. Zebrała się specjalna rada i zaczęto się zastanawiać, co z tym fantem zrobić. Postanowiono, że zostanie powołana specjalna ekspedycja, która wyruszy, żeby zgładzić ludojada. Takich ekip powstało kilka, a ja znalazłem się w jednej z nich. Zapytano mnie, jaką chcę broń. Wybrałem sztucer, a także broń półautomatyczną. Może trudno sobie wyobrazić, by dało się polować na tygrysa z półautomatem, ale z drugiej strony… Pomyślałem, że jak skurwiel będzie na mnie biegł, to zanim wyceluję do niego ze sztucera, to będzie po ptokach, tymczasem z półautomatu mogłem go rozjebać w ciągu sekundy. Mieliśmy do dyspozycji specjalnego jeepa, którym dało się wyjechać z każdego błocka czy bajora.

Najpierw objechaliśmy wioski, potem jeździliśmy po zarośniętych, niemal dziewiczych leśnych ścieżynkach wydeptanych przez zwierzęta. Tygrys jakby zapadł się pod ziemię.

W pewnym momencie patrzymy, a w oddali coś się porusza. Jest skurwysyn! Krążył sobie nad jakimś mięsiwem, być może oporządzał sobie kolejnego wieśniaka wyciągniętego ciemną nocą z chałupy. Zaczęliśmy strzelać. Huk był nieprawdopodobny, jak podczas salwy honorowej na Święto Niepodległości. Napierdalałem z mojej flinty jak opętany i myślę, że co najmniej jedną kulkę mu wpakowałem, ostatecznie jednak odstrzelenie tygrysa przypisano jakiemuś bliżej mi nieznanemu Holendrowi – nawet go później pokazywali w lokalnych gazetach.

Podeszliśmy do nieżywego ludojada. Pierwsze wrażenie – co za wielkie bydlę! Sierść błyszcząca, w piękne, czarne, podłużne pasy, łapska długie jak gałęzie tych drzew w pakistańskim lesie, a pazury przeraźliwie ostre, zawijane w dół. Paszczę miał otwartą, więc można się było z bliska przyjrzeć jego kłom. Były ogromne, a białe takie, jakby regularnie do dentysty chodził. Poza tym białe wąsy wywijające się w nienaturalne zawijasy. Gdy już się napatrzyliśmy, tygrysa wypatroszyli. Miał jeszcze w bebechu części ludzkiego ciała.

Legenda o tygrysie ludojadzie długo potem pozostawała żywa wśród mieszkańców Islamabadu. Ludzie dalej bali się wychodzić z domu, myśląc, że po górskich zboczach może krążyć jeszcze jeden ludojad. A ja dziś mogę sobie powspominać, że w Pakistanie nie tylko grałem w piłkę i wziąłem ślub. Bo oto ja, Janusz Wójcik, brałem udział w poważnej operacji i pomogłem ustrzelić zżerającą ludzi bestię.

W 1978 roku upały przyszły wyjątkowo szybko. W hucie gorąco było nie do opisania – nie mieliśmy czym oddychać, a mój roboczy garnitur był cały mokry. Dodatkowo piekło w środku potęgowały maszyny hutnicze.

Zbliżał się już koniec szychty. Jak zwykle lekko się obijałem, myśląc tylko o tym, że już za moment ściągnę ten przepocony uniform. Nagle usłyszałem jakieś krzyki.

– O, Jezu! Głowa! Głowa człowieka! – darł się ktoś wniebogłosy.

Nie miałem pojęcia, o co chodzi, ale dostrzegłem gromadę ludzi pędzących w jednym kierunku, więc podążyłem za nimi. Po przebiegnięciu jakichś pięćdziesięciu metrów zobaczyłem ludzką głowę, obok której ciągnął się krwawy ślad. Leżała bez ruchu, oczy były otwarte i piekielnie wybałuszone.

Kilka metrów dalej zauważyłem resztę ciała tego człowieka. Nie znałem go, tak jak nie znałem większości swoich współpracowników na Hucie Warszawa. Okazało się, że wielka płachta blachy nie wiedzieć czemu spadła i obcięła mu głowę. Jak na szafocie. Wszystko trwało ułamek sekundy.

Wokół ciała kłębili się ludzie. Chcieli ratować, ale nie było kogo. Z szyi cały czas tryskała krew. Szybko zorganizowano nosze, na których położono ciało. Ktoś pobiegł po głowę, przyniósł ją i położył obok. W ciągu godziny nieboszczyka wywieziono, podłogę posprzątano i wszyscy wrócili do roboty.

Nazajutrz nikt już o tym nie pamiętał.

Teraz już wiecie, że nie zawsze byłem trenerem i piłkarzem – zdarzało mi się też pracować fizycznie. Zgadza się, byłem zwykłym robolem. Pracownikiem typu: przynieś, zanieś, pozamiataj. Nie mogłem pracować bezpośrednio przy piecu martenowskim, bo nie miałem uprawnień, czasem natomiast poproszono mnie, żebym przetoczył coś na tokarce. Umiałem to robić, bo przecież skończyłem technikum mechaniczno-elektryczne, specjalizacja: obróbka skrawaniem. Dużo czasu spędzałem na walcowni. Walcowałem tam blachy o różnych rozmiarach. Niejednokrotnie trzeba było coś dźwignąć, co oczywiście nie sprawiało mi wtedy problemów, bo był ze mnie młody, zdrowy cham, więc z łatwością przerzucałem rozmaite ciężary. Dbałem jednak, żeby się za bardzo nie przemęczać. Po dziesięciu minutach roboty przecież należy się godzina odpoczynku, prawda?

Moja praca codziennie wyglądała niemal tak samo. Na stanowisku musiałem się zameldować o szóstej rano, dlatego wstawałem o piątej. Zawsze lubiłem pospać, więc często zdarzało się, że w hucie pojawiałem się kilka minut po szóstej… albo i kilkanaście. Brygadziści na te moje spóźnienia raczej przymykali oko, bo dość szybko sobie ich zjednałem. Czasami też prosiłem, żeby jakiś kolega odbił za mnie blachę, dzięki czemu byłem jeszcze później, ale w końcu tak czy inaczej musiałem się pojawić. Na wejściu dostawałem specjalną piżamkę – czyli uniform, który musieli nosić wszyscy pracownicy. Zimą dodatkowo przywdziewało się kufajkę, wtedy niestraszny był nawet najtęższy mróz. Wszystko to było koloru granatowego – przynajmniej na początku, już bowiem po jednym dniu każdy element garderoby był dokumentnie upierdolony. Na nogi musiałem zakładać porządne buty, podobne trochę do łyżwiarskich: twarde, z niemal niezniszczalną obudową. Na hucie zawsze coś może spaść na nogę. A jak już spadnie, to rozkwasi i po zabawie.

Zawsze trochę się kręciłem po hucie. Chciałem się każdemu pokazać, zrobić wokół siebie trochę szumu. Wiadomo, trochę trzeba było przy okazji popracować, ale ani mi było w głowie wyrabiać dwieście procent normy. Po tradycyjnym obchodzie zawsze bunkrowałem się w jakimś przyjaznym miejscu i tam spokojnie oczekiwałem na koniec szychty. Czasami zachodziłem do pomieszczenia mistrza, który lubił porozmawiać o piłce, co mnie oczywiście bardzo odpowiadało. I tak czas sobie leciał.

Hale były olbrzymie, a maszyn – od pyty. Porażająca była ta przestrzeń, gdzie nie spojrzałeś, pracowali ludzie. Miało się wrażenie, że hala ciągnie się przez kilka kilometrów. Nie widać było końca. Nie było tygodnia, żeby nie dochodziło do jakiegoś wypadku, ale przy takiej liczbie ciężkich maszyn i takiej liczbie ludzi nie było w tym nic dziwnego: cały czas się zdarzało, że komuś albo coś przygniotło, albo ucięło. Trzeba było nieustannie zachować czujność. Mnie akurat nic się nie stało, Wujo nie jest taką gapą, żeby nastawiać łeb pod tokarkę.

Oczywiście nie siedziałem w hucie do końca zmiany. Zawsze starałem się zerwać wcześniej, tym bardziej że miałem doskonałe usprawiedliwienie – prowadziłem piłkarską drużynę Hutnika Warszawa. Robotę kończyłem maksymalnie o 14.00, a czasem i wcześniej.

Praca w hucie to był tak naprawdę pic. Chodziło o to, żebym miał etat pracownika huty, a pieniądze dostawał na prowadzenie zespołu. Nie mogłem oczywiście nie pokazywać się na hucie, ale jak już mówiłem, bąbli na rękach od nadmiaru roboty nie miałem.

Kiedy zacząłem prowadzić Hutnika Warszawa, miałem dwadzieścia pięć lat. W drużynie wielu zawodników było starszych ode mnie, żaden mi jednak nie podskakiwał, nie okazywał wyższości. Raz, że czuli należyty respekt, a dwa, że wielu z piłkarzy, podobnie jak ja, pracowało w hucie i obawiali się, że jeśli podpadną na treningach, to będą musieli odrobić to przy tokarce.

Miałem dobre układy z prezesem Hutnika, Ryszardem Sobieckim, pseudonim Berlusconi. Zawsze mi coś tam dorzucił do etatu. On mi pomagał, a ja odpłacałem mu dobrą robotą. Czuwał nad wszystkim, chciał zrobić z Hutnika półprofesjonalny klub. I faktycznie z miesiąca na miesiąc wyglądało to coraz lepiej. Szczególnie w momencie, w którym huta zaczęła się dokładać. Postawiono nawet baraki mające przypominać szatnie. Pozostawiało to oczywiście wciąż wiele do życzenia, ale jak się nie ma, co się lubi, to się łyka, co się ma. Potem niestety pieniądze się skończyły i cały plan wziął w łeb. Z gówna bata nie ukręcisz.

Po wypłatę przychodziło się do pani Basi. Była to nieco korpulentna, około pięćdziesięcioletnia kobieta. Kiedy się uśmiechała, widać było jej złotego zęba. A uśmiechała się często, jakby chcąc się pochwalić swoim skarbem. Miała krótkie jasne blond włosy i grube, niesamowicie grube dłonie, którymi jednak z prędkością światła liczyła banknoty. I nigdy się nie pomyliła.

Zanim wydała kasę, trzeba było podpisać się na specjalnej liście. Potem wystarczyło tylko wystawić rączkę i przyjąć pieniążek. Zdecydowanie wolę takie odbieranie wypłaty, a nie jakieś konta-sronta. Kąty to były w hucie. A pani Basia była lepsza od banku w Szwajcarii.

Dobrze wspominam ten okres. Koniec lat siedemdziesiątych, pierwsza praca trenerska, pierwsze fajne pieniądze. Może i nie było to eldorado, ale dwudziestopięcioletni Wujo cieszył się jak dziecko. Robota była ciężka, jednak tak to już było w tamtych czasach. Doświadczenia, które tam zdobyłem, zostały mi na całe życie. Kto nie był w hucie i nie przeszedł przez halę, nigdy nie zrozumie, co to za przeżycie. Huk, grzmoty, w każdej chwili coś może spaść na głowę.

Wtedy jeszcze rzecz jasna nie planowałem kariery trenerskiej, nie marzyłem o sukcesach z reprezentacją Polski. Ale faktem jest, że to tam zacząłem uczyć się trenerki – mojego przyszłego rzemiosła na całe życie.

No i rąbałem pierwszych frajerów.

Dwadzieścia pięć lat. W takim wieku chłopaki raczej myślą o tym, jak ściągnąć panienkę na kwadrat niż o poważnej pracy. Ja oczywiście pięknymi kobietami otaczałem się zawsze, ale już wtedy miałem swoje marzenia. I nie zamierzałem wyczekiwać swojej szansy – chciałem mieć ją już, teraz, natychmiast. Wydrzeć ją z gardła, komu trzeba. Nie byłem jakąś tam pierdołą, tylko mokotowskim cwaniakiem. Dlatego, korzystając ze swoich znajomości (szerokich i tajnych), zacząłem współpracę z PZPN-em. I to był początek mojej drogi do reprezentacji olimpijskiej.

Ale najpierw przyszło mi pracować z dzieciakami. Kadrę U-16 prowadził wówczas Władek Stachurski. Ja, jak wspomniałem, pracowałem w tamtym czasie na Hucie Warszawa, ale powoli zaczynałem przerzucać się na PZPN. Przyglądałem się pracy Stachurskiego, ale miałem też własne zajęcie. Polegało ono na tym, że jeździłem po całej Polsce i szukałem najbardziej uzdolnionych zawodników na tak zwanych spartakiadach młodzieży. Dziś nazywaliby mnie pewnie skautem. Oprócz tego – na początku nieformalnie, potem już oficjalnie – byłem asystentem Władka. Dużo się od niego uczyłem. Mogę powiedzieć, że był jednym z moich pierwszych nauczycieli. Asystencka robota potrwała aż do momentu, w którym prowadzona przez Władzia drużyna dostała wpierdol od Ruskich w Kijowie, bodajże 0:6.

PZPN od razu zwolnił biednego Stachurskiego i dał szansę mnie – szansę, z której oczywiście skorzystałem. Dlaczego wybrano akurat mnie?

Miałem tę przewagę nad Władkiem, że obserwując młodych piłkarzy na spartakiadach, wypatrzyłem sporo takich, których potem mogłem powołać do składu. To nie były żadne lewusy, oni naprawdę potrafili grać w piłkę! Tym przekonałem PZPN. Czy Władek miał do mnie pretensje? Raczej nie, choć nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Pojechaliśmy do Rosji razem i wspólnie zebraliśmy ten wpierdziel, taka prawda.

Zastąpiłem go