Wojowniczka - Loretta Chase - ebook
Opis

Cykl Rozpustnicy 1

Esme Brentmor, córka Albanki i wydziedziczonego przez rodzinę angielskiego arystokraty, chcąc przedostać się do Anglii, podróżuje przez Albanię połowy XIX w. w towarzystwie osławionego uwodziciela lorda Variana Edenmonta. By uniknąć niepożądanych zalotów Esme przebiera się za chłopca, co jednak szybko wychodzi na jaw. Drobna, odważna i nieokiełznana, zdaje się też o wiele młodsza, niż wskazuje na to jej wygląd.  Nic zatem dziwnego, że budzące się pożądanie wywołuje u lorda niesmak i przerażenie.  Podróż obfituje zarówno w niebezpieczne przygody, jak i emocjonalne pułapki, z których bohaterowie rozpaczliwie próbują się wydostać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 555

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Loretta Chase

Wojowniczka

przełożyła Anna Pajek

Tytuł oryginału: The Lion’s Daughter

Zdjęcie na okładce: Evgeniya Tiplyashina © 123RF.com

Copyright © 1992 by Loretta Chekani

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition Wydawnictwo BIS, 2019

ISBN 978-83-7551-612-8

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22-877-27-05, 22-877-40-33

e-mail:[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Otranto, Włochy, połowa września 1818 roku

Jason Brentmor odłożył list, który podała mu szwagierka. Przesuwał niewidzącym wzrokiem po błękitnej tafli Adriatyku, połyskującego we wczesnojesiennym słońcu i otaczającego kamienny taras palazzo jego brata, póki nie napotkał spojrzenia niebieskich oczu Diany. A potem się uśmiechnął.

– Ulżyło mi, że matka nie zmiękła z wiekiem ani trochę – powiedział. – Nie marnuje słów, prawda? Nikt by nie odgadł, że nie widziała mnie od dwudziestu czterech lat. Dla niej jestem wciąż lekkomyślnym chłopcem, który przegrał swoje dziedzictwo i uciekł, aby żyć wśród barbarzyńskich Turków.

– Już raczej synem marnotrawnym – zauważyła Diana z nutką rozbawienia w głosie.

– W rzeczy samej. Wystarczy, że przyczołgam się do niej na kolanach i będę błagał o wybaczenie, a przytuli mnie wraz z moją mieszanej krwi córką znowu do łona. Coś ty jej, u licha, napisała, kochanie?

– Tylko to, że natknęłam się na ciebie wiosną w Wenecji. I dołączyłam do listu kopię mojego nowego testamentu. – Wskazała gestem bogato zdobioną szachownicę na stoliku tuż obok sofy. – Ten zestaw był kiedyś twój. Teraz powinien stanowić posag Esme.

– Podarowałem ci go w prezencie ślubnym – powiedział.

– Wolałabym dostać ciebie – odparła. – Rozmawialiśmy już o tym w Wenecji, prawda? Mieliśmy na to trzy cudowne tygodnie.

– Och, Diano, chciałbym…

Odwróciła wzrok.

– Mam nadzieję, że nie robisz się sentymentalny, Jasonie. Nie zniosłabym tego. Zapłaciliśmy za nasze błędy wysoką cenę, lecz nadal mamy Wenecję, no i jesteś teraz tutaj. Przeszłość minęła. Nie życzę sobie, by nasze dzieci za nią płaciły, niczym bohaterowie jakiegoś okropnego melodramatu. Twoja córka potrzebuje odpowiedniego domu i męża – w Anglii, gdzie jest jej miejsce. Szachy zostały wycenione. Są warte majątek.

– Ona nie potrzebuje…

– Oczywiście, że tak, jeżeli chcesz, by była w małżeństwie szczęśliwa. Mając posag i babkę z wysoką pozycją w towarzystwie, będzie mogła przebierać wśród kandydatów. Dziewczyna ma osiemnaście lat, Jasonie. Nie może pozostać w Albanii, bo skończy zamknięta w haremie jakiegoś Turka. Sam to powiedziałeś. Zabierz ją więc do domu, pogódź się z matką i nie kłóć z umierającą kobietą.

Jason wiedział, że szwagierka umiera. Podejrzewał to, odkąd wyjechał z Wenecji, inaczej nie wybrałby się tak szybko znowu do Włoch. Tymczasem jego złotowłosa Diana zmieniła się w blade widmo, a jej niegdyś pełne wdzięku dłonie wychudły tak bardzo, że poprzez przejrzystą skórę widać było pulsujące słabo żyły. Mimo to starała się sprawiać wrażenie silnej – uparta i dumna jak zawsze.

Odsunął się od kamiennej balustrady, odwrócił wzrok od nadal pięknej twarzy szwagierki i wziął do rąk czarną królową. Drobne klejnoty, zdobiące jej renesansową suknię, zabłysły w słońcu. Choć szachy liczyły sobie zapewne ponad dwieście lat, były kompletne i w dobrym stanie.

– Dziękuję – powiedział. – Zabiorę Esme tak szybko, jak tylko będę mógł.

– To znaczy?

– To znaczy jeszcze nie teraz – powiedział. – Lecz mam nadzieję, że wkrótce. – Napotkał jej pełne nagany spojrzenie. – Mam zobowiązania, skarbie.

– Ważniejsze niż te wobec rodziny?

Odstawił figurkę, podszedł do Diany i położył jej delikatnie dłoń na ramieniu. Nie znosił ją rozczarowywać, lecz nie chciał też kłamać.

– Albańczycy przyjęli mnie, kiedy nie miałem nic – powiedział. – Dali mi kochającą żonę, a ta zdrową, dzielną córkę. Nadali mojemu życiu cel. Szansę, bym mógł zrobić coś dobrego. A teraz przybrana ojczyzna potrzebuje mojej pomocy.

– Ach – westchnęła cicho Diana. – Nie pomyślałam o tym. Spędziłeś tam przecież dwadzieścia lat.

– Gdyby chodziło jedynie o zwykłe sprawy, wyjechałbym bez wahania. Wiem, że zbyt długo to odkładałem. I jak powiedziałaś, to nie w porządku wobec Esme. Jednak Albania jest teraz na skraju chaosu.

Podniosła wzrok i spojrzała na niego.

– Tam zawsze są jakieś niepokoje – wyjaśnił. – Ostatnio jednak bunty zdają się mieć pewien schemat, jakby ktoś umiejętnie je podsycał i organizował. Przechwyciłem ładunek angielskiej broni. Jak się okazało, kradzionej i przeszmuglowanej. Zdecydowanie ktoś za tym stoi, ktoś sprytny i inteligentny, mający na domiar złego równie sprawnego dostawcę.

– Masz na myśli spisek, wujku Jasonie?

Jason i Diana odwrócili się w stronę drzwi, gdzie stał dwunastoletni syn Diany, Percival. W zielonych oczach chłopca płonęło podniecenie. Jason zapomniał o chłopaku, gdyż ten wycofał się dyskretnie przed godziną pod pretekstem przymierzenia albańskiego stroju, otrzymanego właśnie w prezencie.

– Wyglądasz pięknie – zauważyła jego matka. – I strój doskonale na ciebie pasuje.

Rzeczywiście, obcisłe spodnie, zdobione galonem, pasowały doskonale, podobnie jak krótki czarny żakiet, noszony na luźną bawełnianą koszulę.

– Kazałem go uszyć w rozmiarze Esme. Ona zwykle tak się ubiera. Straszny z niej urwis. – Jason potargał ciemnorude włosy chłopca. – Wiesz, tak ubrany mógłbyś uchodzić za jej brata bliźniaka. Te same włosy i oczy.

– Twoje włosy i oczy – zauważyła Diana.

Percival odszedł, po czym z typowo chłopięcą pogardą dla życia i zdrowia wskoczył na kamienną balustradę. Daleko pod nim morze uderzało leniwie o skalisty brzeg.

– Ja nie byłem nigdy taki kościsty – odparł Jason z uśmiechem. – To nic złego u chłopca, ale dość niedogodne u Esme. Ponieważ jest taka drobna, ludzie zapominają często, że to dorosła kobieta, a ona nie cierpi, kiedy traktuje się ją jak dziecko.

– Chciałbym ją poznać – powiedział Percival. – Lubię chłopczyce. Pozostałe dziewczęta są tak okropnie głupie. Czy ona grywa w szachy?

– Obawiam się, że nie. Może kiedy wrócimy do Anglii, to ją nauczę.

– Czyli jednak wracacie, wujku? Miło mi to słyszeć, ponieważ mama właśnie tego sobie życzy. – Przycupnięty na murze, z nogami przewieszonymi przez balustradę, mrużąc oczy, Percival wpatrywał się w ledwie widoczną na drugim brzegu linię wzgórz: wybrzeże Albanii. – Każdego dnia – mówił dalej – wychodzimy z mamą, żeby pomachać tobie i Esme i udajemy, że widzimy, jak odpowiadacie. Oczywiście nie mówimy o tym nikomu, prawda, mamo? Nawet lordowi Edenmontowi. Myśli, że machamy do żeglarzy.

– Edenmont? – powtórzył Jason z niedowierzaniem. – Chyba nie Varian St. George? Co ten diabeł tu robi, Diano?

– Mieszka – odparła ze słabym uśmiechem. – Znasz go?

– Nasłuchałem się o nim w Wenecji. Należał do kręgu lorda Byrona. Uciekł z Anglii przed wierzycielami i zaczął podbijać serca miejscowych contess, nie wspominając… – Przypomniał sobie o obecności Percivala, pochylił się ku Dianie i dodał szeptem: – Ten facet to pasożyt, libertyn i utracjusz. Co miałaś na myśli, mówiąc, że tu mieszka?

– Żyje na koszt mojego męża.

– Jak powiedziałem, pasożyt. Nie ma grosza przy duszy…

– Zatem musi polegać na innych. Postrzegam go jako ozdobny bluszcz rosnący na pospolitych i nudnych budynkach użyteczności publicznej… To znaczy, Geraldzie, i jemu podobnych. Jest bardzo przystojny w ten swój posępny sposób, tak niebezpieczny dla damskich zmysłów… oraz rozsądku.

Spojrzała na Jasona i roześmiała się cicho.

– Nie moich, kochanie. Czuję wobec niego jedynie litość i od czasu do czasu wdzięczność. Jeżeli lord Edenmont musiał zniżyć się do odgrywania roli chłopca na posyłki cierpiącej kobiety i okazjonalnej niańki jej nad wiek rozwiniętego syna, cóż… ma widać pecha. My lubimy jego towarzystwo, prawda, Percivalu? – dodała lekkim tonem.

– Fatalnie gra w szachy, poza tym jest całkiem inteligentny – ocenił barona Percival. – A przede wszystkim potrafi rozbawić mamę.

Jason ujął jej dłoń.

– Doprawdy?

– Co ważniejsze, jest miły dla Percivala – wyszeptała. – Ale mój syn potrzebuje ciebie, Jasonie. Gerald go nienawidzi. Obawiam się, że kiedy odejdę…

– Tatuś wraca! – krzyknął Percival. – Widziałem, jak jego powóz wyłania się zza zakrętu. – Zeskoczył z murku. – Wybiegnę mu na spotkanie, dobrze?

Nie czekając na odpowiedź, pochwycił dłoń Jasona, uścisnął ją i wybiegł.

Jason ukląkł obok Diany.

– Kocham cię – powiedział.

Otoczyła go wątłymi ramionami.

– Idź już – powiedziała. – Nie pozwól, by twój brat znalazł cię tutaj i zepsuł nam radość ze spotkania. Kocham cię, skarbie, i jestem z ciebie dumna. Rób to, co musisz. Spróbuj jednak się pośpieszyć i jak najprędzej wywieźć Esme do Anglii. Obiecujesz?

Jason przełknął i skinął głową.

– Nie zadręczaj się – powiedziała stanowczo. – Pomyśl, jak wspaniale się złożyło, że mieliśmy dla siebie czas w Wenecji. Uczyniłeś mnie szczęśliwą, naprawdę.

Objął ją, czując, że wilgotnieją mu oczy. Nie prosił o wybaczenie, ponieważ ona już mu wybaczyła. Nie powiedział też „do widzenia”, gdyż nie był w stanie tego zrobić. Pocałował ją tylko po raz ostatni i wyszedł.

* * *

Percival nie chciał martwić mamy, nie powiedział jej zatem, iż został szpiegiem. Nie natknął się dotąd w swoim dwunastoletnim życiu na mężczyznę, którego mógłby podziwiać – dopóki nie poznał wuja Jasona. Od szacunku do kultu bohatera droga niedaleka i Percival pokonał ją, przysłuchując się, jak wuj opowiada o buntach, przemycie i spisku. Z nie do końca sprecyzowanym zamiarem przekazania wujkowi zdobytych przez siebie tajnych informacji, jął przemierzać zaułki Otranto, a kiedy nie pozwalała na to pogoda lub późna pora – własny dom, podsłuchując bezwstydnie w poszukiwaniu tropów.

I jak większość tych, którzy szukają kłopotów, on także je znalazł.

Trzy dni po wizycie wuja stał na wąskim balkonie z balustradą z kutego żelaza, znajdującym się za oknem gabinetu ojca, i zerkał przez szczelinę pomiędzy zasłonami. Ponieważ okno nie było całkiem zamknięte, słyszał wyraźnie, o czym rozmawiano w środku.

Gość ojca mógł być, jak twierdził, Grekiem, ale z pewnością nie kupcem. No i nie przyszedł, jak im powiedziano, by zagrać z nim w szachy.

Nie, pan Risto zainteresowany był raczej zdobyciem jak największej liczby brytyjskich strzelb i nieco mniejszej broni innego rodzaju oraz amunicji. Tatuś odpowiedział, że przemycanie takiego ładunku staje się coraz trudniejsze, a pan Risto, że jego chlebodawca jest tego w pełni świadomy. A potem wysypał na biurko zawartość solidnej sakiewki pełnej złotych monet. Nie mrugnąwszy nawet okiem, ojciec Percivala nabazgrał coś na kawałku papieru, objaśnił użyty kod i podał kartkę panu Risto. Ten potrząsnął jednakże głową i powiedział, że to nie wystarczy. Zupełnie jakby obawiał się, że tatuś może nie dotrzymać swojej części umowy. Rozgniewało to ojca Percivala.

Pan Risto domagał się z uporem swego rodzaju zastawu, dowodu, że kontrahent wywiąże się ze zobowiązań i ewidentnie nic poza kompletem szachów nie mogło go zadowolić. Papa odparł, że szachy są w rodzinie od pokoleń, a ich wartość przewyższa kilkakrotnie wartość ładunku. Co więcej, dodał, czuje się wielce urażony tym nagłym brakiem zaufania po tym, jak miesiącami dokonywał z chlebodawcą pana Rista, Ismalem, udanych transakcji. Dyskusja trwała i trwała, aż wreszcie pan Risto powiedział, że zadowoli się jednym pionkiem. A kiedy tatuś nadal protestował, zaczął wrzucać monety z powrotem do sakiewki. Wtedy papa, wielce zdenerwowany, złapał czarną królową, odkręcił podstawę figurki, wepchnął do środka poskładany kawałek papieru i podał figurkę panu Risto.

Pan Risto natychmiast znów zrobił się serdeczny, uścisnął dłoń papy i obiecał zwrócić królową, gdy tylko ładunek dotrze do Albanii. A potem mężczyźni pożegnali się i opuścili gabinet.

Brytyjska broń. Przemyt. Albania. To po prostu niemożliwe, przekonywał sam siebie Percival, wpatrując się niewidzącym spojrzeniem w pusty pokój. Na pewno wszystko to mu się przyśniło i zaraz obudzi się we własnym łóżku.

Udało mu się wytrwać w tym przekonaniu aż do następnego popołudnia, kiedy to ojciec zapędził domowników do szukania czarnej królowej, która, jak twierdził, w niewyjaśniony sposób zniknęła.

Rozdział pierwszy

Otranto, Włochy, koniec września 1818 roku

Varian St. George stał na kamiennym tarasie ze wzrokiem utkwionym w dal. Morska bryza muskała leniwie ciemny, błyszczący lok na jego czole, niemal go nie poruszając. Niczym morze błękitnych płomieni pod mocnym jesiennym słońcem, Adriatyk zdawał się skradać ku ledwie widocznej linii wzgórz na przeciwległym brzegu. Wyobraźnia podsuwała Varianowi widok lodowych gór, które morze starało się roztopić i zabrać w głębiny. I choć płomienie atakowały nieustępliwie, góry trwały nieporuszone, nieprzeniknione niczym osmańskie imperium, którego strzegły.

Lord Byron twierdził, że można tam znaleźć najpiękniejsze kobiety. Może i tak. Lecz miejsce zdawało się zbyt odległe, niewarte trudu, choćby zamieszkiwała je sama Afrodyta. Z pewnością nie musiał udawać się w poszukiwaniu ślicznotek aż tak daleko. Kobiety uganiały się za dwudziestoośmioletnim baronem niezmordowanie, był też pewny, że w Europie Zachodniej jest ich dość, by zaspokoić największy apetyt.

Tego wieczoru, na przykład, miał się spotkać z ciemnooką żoną bankiera. To było wszystko, co się w tej chwili liczyło. Nie potrzebował, ani sobie tego nie życzył, sięgać myślami poza ten wieczór. Rezultat spotkania nietrudno było przewidzieć. Będzie udawał przez mniej więcej godzinę, iż wierzy, że signora jest kobietą cnotliwą i ani jej w głowie zdradzać męża. Zresztą, być może potrwa to trochę dłużej – zależy, jak bardzo kobieta lubi odgrywać podobne scenki. A potem zrobią oboje to, po co się naprawdę spotkali.

Myślami był jednak w tej chwili nie przy signorze, ale rodzinie, która karmiła go i zapewniała mu dach nad głową przez całe lato.

Prochy lady Brentmor rozsypano przed tygodniem, zgodnie z wolą zmarłej, nad Adriatykiem. Odeszła spokojnie, trzymając syna za rękę, w dniu, kiedy domownicy uwijali się gorączkowo, szukając cennej figurki.

Chociaż Variana uprzedzono, że jest nieuleczalnie chora, jej śmierć nim wstrząsnęła. Pomimo stopniowej utraty sił nie wyglądała na inwalidkę. Podejrzewał, że przetrwała ostatnie miesiące wyłącznie dzięki sile woli, ze względu na dobro syna. Nie kryła jednak przed chłopcem prawdy. I to właśnie Percival wyłożył Varianowi na początku ich znajomości zasady, jakie wprowadziła matka.

– Mama nie boi się śmierci – powiedział. – Nie mogłaby jednak znieść, gdyby wszyscy dookoła byli posępni i bez przerwy się o nią martwili. Uważam, że ma rację. Jeżeli będziemy smutni, ona też zacznie się smucić, a chyba byłoby dla niej zdrowiej, gdyby była radosna, prawda? – Spojrzał poważnie na Variana i dodał: – Nie sądziłem, że pana polubię, ale potrafi pan rozśmieszyć moją mamę i czyta pan z o wiele większym zaangażowaniem niż ja czy tatuś. Jeżeli pan chce, mogę nauczyć pana porządnie grać w szachy.

I właśnie dlatego, że potrafił rozbawić lady Brentmor i sprawić, że zapominała o bólu, chłopak gotów był go polubić. Varian uznał to za poruszające, zważywszy, iż dzieciak musiał uważać go za beznadziejnego idiotę. Jednakże własny ojciec jawił mu się ewidentnie jako jeszcze większy głupek. Chłopiec nie lubił swego rodziciela, co Varian uznał za przejaw zarówno wybitnej inteligencji, jak i dobrego smaku.

Odkrywszy dawno temu, że ojciec go nie znosi, Percival odwzajemniał się grzecznym lekceważeniem. Wiedział, że matka go kocha, i to mu wystarczało. Aż do teraz.

W gruncie rzeczy sytuacja w rodzinie Percivala nie była problemem Variana. Nie przepadał nigdy za dziećmi, zwłaszcza nad wiek rozwiniętymi nastolatkami, takimi jak Percival. Nie chciał współczuć chłopcu ani go polubić. Niestety, Percival przypominał mu młodszych braci. Przejawiał bowiem talent Damona do popadania w tarapaty i umiejętność Gideona logicznie uzasadnionego wyłgiwania się z nich.

Od czasu do czasu, kiedy zdarzyło mu się myśleć o braciach, których opuścił, Varian czuł ukłucie żalu. Podobne uczucie towarzyszyło mu teraz, gdy patrzył na Percivala. Po śmierci żony sir Gerald zaczął bowiem upokarzać syna i nieustająco go łajać. Takie zachowanie byłoby nieprzyjemne w każdych okolicznościach. Traktowanie chłopca w ten sposób tuż po śmierci uwielbianej przez niego matki było rozmyślnie okrutne. Lecz świat jest przecież okrutnym miejscem, czyż nie?

Baron wyjął z kieszeni zegarek. Zazwyczaj nie wstawał przed południem, lecz poprzedniego dnia zabrał Percivala – głównie po to, aby usunąć go sprzed oczu ojca – na długie zwiedzanie: wpierw zamku Otranto, a potem katedry. Zmęczony, położył się wcześniej niż zazwyczaj i obudził o świcie.

Powiedział sobie, iż może to i dobrze. Dołączy do sir Geralda przy śniadaniu i poinformuje go o planowanym wyjeździe. Mógłby udać się na przykład do Neapolu. Nie miał co prawda pieniędzy, żeby opłacić podróż, jednak udało mu się przemierzyć dotąd połowę Italii, nie wydając nawet lira. Nie posiadał pieniędzy, miał za to stary tytuł, przystojną twarz i mnóstwo uroku. To zaś, jak szybko się uczył, było niemal równie użyteczne jak gotówka.

Na szczęście dla lorda Edenmonta świat pełen był wspinających się po drabinie społecznej parweniuszy, takich jak sir Gerald, który pomimo iż jego ojciec kupił sobie tytuł, nadal był po prostu kupcem. A także, jak wielu mu podobnych, snobem. Jadając przy jednym stole z arystokratą, stwarzali iluzję, że obracają się w kręgu elity. Znalezienie zubożałego arystokraty, chętnego zjeść darmowy posiłek, nie przysparzało nigdy problemu.

Varian, spłukany bardziej niż inni, miał ochotę nie tylko na posiłek. Udało mu się zamieszkać w domu sir Geralda, jeść jego posiłki, pić jego wino, sypiać w luksusowej komnacie i korzystać z usług jego służących. W zamian pozwalał sir Geraldowi wtrącać w rozmowie jego stare nazwisko i tytuł, ilekroć nadarzała się po temu okazja.

Szkoda byłoby opuścić wygodnie umoszczone gniazdko przed czasem, pomyślał. Sir Gerald wybierał się wprawdzie wkrótce do Anglii, jednak wyjazd w tej chwili nie poprawiłby sytuacji Variana, o Percivalu nie wspominając. Co stanie się z chłopcem, kiedy jedyny sojusznik i przyjaciel go opuści?

Zepchnąwszy problem do najdalszego zakamarka umysłu, Varian odwrócił się i ruszył do pokoju śniadaniowego.

* * *

Durrës, Albania

Z daleka dom wyglądał jak bezładna kupa kamieni, uczepiona skalnego występu ponad wodami Adriatyku. Był mniejszy niż ich poprzednie miejsce zamieszkania i składał się zaledwie z dwóch pokoi: jednego do spania oraz drugiego, służącego jako składzik. Dla Esme Brentmor był to piękny dom. Po raz pierwszy w swym koczowniczym życiu mieszkała bowiem nad morzem.

Adriatyk nie był tak intensywnie błękitny, jak na przykład Morze Jońskie, ale i nie tak oswojony. Latem jego powierzchnię burzyła etezyjska bryza, jesienią i zimą nadciągające z południa wichury zmieniały się w nawałnice, uderzające zaciekle o dom, jakby chciały zmieść go ze zbocza. Próżne wysiłki. Choć pochylona kamienna budowla wyglądała tak, jakby mógł zburzyć ją najlżejszy wiaterek, była równie solidna jak skała, na której ją postawiono, skutecznie opierała się burzom i żarowi letnich dni.

Morze zapewniało świeżą rybę niemal przez cały rok. Usytuowany w niewielkiej odległości od klifu ogród Esme rozkwitał na zaskakująco żyznym gruncie. Po raz pierwszy była w stanie zajmować się roślinami dłużej niż przez jeden sezon, dostarczając na domowy stół obfitość kukurydzy, czosnku i ziół. Nawet kurczęta zdawały się być tu, na swój denerwujący sposób, szczęśliwe.

Przeciwnie niż w tej chwili Esme. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami na twardej skale, utkwiwszy wzrok w złożonych na podołku dłoniach i rozmawiała z najlepszą przyjaciółką, Doniką. Dziewczyna miała wyjechać następnego dnia do Sarandy, by wyjść tam za mąż.

– Nigdy więcej cię nie zobaczę – stwierdziła Esme ponuro. – Jason powiada, że będziemy musieli wyjechać wkrótce do Anglii.

– Tak właśnie powiedziała mi mama. Lecz nie wyjedziesz przed moim weselem, prawda? – spytała Donika, zaalarmowana.

– Obawiam się, że będę musiała.

– Och, nie. Spróbuj go ubłagać, proszę. To przecież tylko miesiąc.

– Już go prosiłam, na próżno jednak. Złożył obietnicę mojej umierającej angielskiej ciotce.

Donika westchnęła.

– Czyli nic nie da się zrobić. Obietnica złożona umierającemu jest święta.

– Doprawdy? Bo ciotka święta nie była. – Esme rzuciła w wodę kamień. – Dwadzieścia cztery lata temu zerwała zaręczyny z moim ojcem. Dlaczego? Ponieważ raz się upił i popełnił fatalny błąd jak wielu młodych ludzi. Grał w karty i przegrał kawałek ziemi, to wszystko. Powiedziała mu jednak, że jest słaby i niewiele wart, i że za niego nie wyjdzie.

– To nie było w porządku. Powinna była wybaczyć mu jedno potknięcie. Ja bym tak zrobiła.

– A ona nie. Lecz ojciec jej wybaczył. Odwiedza ją dwa razy w roku. Twierdzi, że to nie była jej wina i że do zerwania zmusili ją rodzice.

– Dziewczyna musi słuchać rodziców – powiedziała Donika. – Nie może sama wybrać sobie męża. Mimo to uważam, że nie powinni byli jej zmuszać, aby złamała świętą przysięgę.

– Było jeszcze gorzej – odparła Esme gniewnie. – Niespełna rok po tym, jak odrzuciła mojego ojca, wyszła za mąż za jego brata. Pochodziła z bogatej rodziny o szlacheckich korzeniach i można było przypuszczać, że rodzina Jasona będzie zachwycona. Szybciutko ją przygarnęli, a ojca wygnali na zawsze.

– Anglicy są bardzo dziwni – zauważyła Donika z namysłem.

– Są nienormalni – powiedziała Esme. – Mam ci powiedzieć, co napisał mój angielski dziadek, kiedy dowiedział się o moim urodzeniu? Słowa te tkwią wypalone na zawsze w moim sercu. Nie dość ci było, napisał w tym pełnym nienawiści liście, że zhańbiłeś nazwisko, które nosisz, zachowując się jak lekkomyślny rozpustnik, ani że przegrałeś własność ciotki i złamałeś serce matce, a potem uciekłeś, zamiast pozostać, jak przystało na mężczyznę i stawić czoło konsekwencjom swoich uczynków. Nie, musiałeś powiększyć jeszcze nasz wstyd, dołączając do tureckich bandytów, poślubiając jedną z ich barbarzyńskich kobiet i skażając świat kolejnym diabelskim pomiotem.

Donika wpatrywała się w przyjaciółkę, zaszokowana.

– Po angielsku brzmi to jeszcze gorzej – zapewniła ją Esme ponuro. – I to jest rodzina, do której chce mnie wprowadzić ojciec.

Donika przysunęła się i objęła pocieszającym gestem szczupłe ramiona przyjaciółki.

– Wiem, że to trudne – powiedziała – ale należysz do rodziny ojca, przynajmniej dopóki nie wyjdziesz za mąż. Może nie potrwa to długo. Jestem pewna, że ojciec znajdzie ci w Anglii męża. Widziałam kilku Anglików. Są wyżsi niż inni Frankowie, a niektórzy całkiem przystojni. I silni.

– Tak, i jestem pewna, że ich krewni nie mogą się doczekać, aby powitać w rodzinie małą, brzydką barbarkę.

– Nie jesteś brzydka. Twoje włosy są gęste, zdrowe i pełne ognia. – Donika odsunęła z czoła przyjaciółki ciemnorudy lok. – Masz ładne oczy. Moja mama też tak uważa. Powiedziała, że są piękne niczym szmaragdy. Twoja skóra jest gładka – dodała, dotykając leciutko policzka Esme.

– Nie mam piersi – zauważyła Esme ponuro. – Za to ręce i nogi jak patyki.

– Mama powiada, że to bez znaczenia, jeśli dziewczyna jest chuda, o ile nie brak jej siły. Sama taka była, a urodziła siedmioro dzieci.

– Nie chcę rodzić dzieci cudzoziemcowi – prychnęła Esme. – Ani wchodzić do łóżka mężczyzny, który nie mówi moim językiem, i wychowywać dzieci, które nigdy się go nie nauczą.

– W łóżku nie będziesz musiała z nim rozmawiać – odparła Donika, chichocząc.

Esme spojrzała na nią z naganą.

– Nie powinnam była ci powtarzać, co Jason powiedział mi o tym, jak się płodzi dzieci.

– Cieszę się, że to zrobiłaś. Teraz już się nie boję. Nie wydaje się to szczególnie trudne, chociaż z początku może być nieco żenujące.

– A także, obawiam się, bolesne – dodała Esme, zmieniając temat na bardziej intrygujący. – Zostałam jednak dwa razy postrzelona, a to nie może być gorsze niż wyjmowanie kuli z ciała.

Donika spojrzała na nią z podziwem.

– Nie boisz się niczego, mała wojowniczko. Jeżeli potrafisz stawić czoło grasującym w poszukiwaniu łupu bandytom, powinnaś poradzić sobie też z angielskimi krewnymi. Jednak będzie mi ciebie bardzo brakować. Gdyby tylko ojciec znalazł ci męża tutaj…

Spojrzała na morze, wzdychając.

– To równie prawdopodobne jak znalezienie góry diamentów. Prawda wygląda tak, że bardziej nadaję się na chłopca niż na dziewczynę. Żołnierza, nie żonę. Mężczyzna musiałby być bardzo stary i zdziecinniały, żeby mnie chcieć, skoro za tę samą cenę może mieć pulchną, ładną i potulną żonkę.

Donika wrzuciła kamień do wody.

– Podobno spodobałaś się Ismalowi – powiedziała po chwili. – Nie jest stary ani zdesperowany, ale młody i bardzo bogaty.

– I jest muzułmaninem. Wolałabym smażyć się w gorącym oleju, niż zostać zamknięta w haremie – oznajmiła Esme stanowczo. – Nawet Anglia, z nienawidzącymi mnie krewnymi, byłaby od tego lepsza. – Zamyśliła się na chwilę, a potem dodała: – Nie mówiłam ci tego wcześniej, lecz obawiałam się kiedyś, że tak się właśnie stanie.

Donika odwróciła się do przyjaciółki.

– Gdy miałam czternaście lat, pojechałam z wizytą do babki w Gjirokastrze – kontynuowała Esme. – Ismal i jego rodzina także tam byli. Ganiał mnie po ogrodzie. Myślałam, że dla zabawy, ale…

Umilkła i spłonęła rumieńcem.

– Ale co? Mów!

Chociaż w pobliżu nikogo nie było, Esme zniżyła głos.

– Kiedy mnie złapał, pocałował mnie w usta.

– Naprawdę?

Esme potrząsnęła głową, co dla Albańczyków oznaczało potwierdzenie.

– I jak było? – dopytywała się Donika. – On jest taki przystojny, niczym książę. Piękne złote włosy, oczy błękitne jak klejnoty…

– Było wilgotno – przerwała jej Esme. – Wcale mi się nie podobało. Obaliłam go, wytarłam usta i obrzuciłam wyzwiskami. – Spojrzała na przyjaciółkę. – A co on na to? Leżał na ziemi i się śmiał. Pomyślałam, że oszalał. Bardzo się bałam, że jego babka złoży na mnie ofertę, że będę musiała poślubić tego szaleńca z wilgotnymi ustami i mieszkać w jego haremie… ale nic się nie wydarzyło. A jeśli nawet, Jason widocznie odmówił.

Donika się roześmiała.

– Nie mogę w to uwierzyć. Powaliłaś kuzyna Alego Paszy? Mogli cię za to zabić.

– A co ty byś zrobiła? – spytała Esme zadziornie.

– Wołałabym o pomoc, oczywiście. Lecz tobie nie przyszłoby to nawet do głowy. Ty nawet nie uważasz się za wojownika. Myślisz, że jesteś całą armią.

Esme spojrzała znowu na morze. Tylko patrzeć, jak zabierze ją daleko od wszystkiego, co znała i kochała… Na zawsze.

– Mój ojciec nie jest niepożądanym wielbicielem ani wrogiem – powiedziała cicho. – Nie mogę z nim walczyć. Kiedy przyznał w końcu, że tęskni za domem, było mi wstyd, że się z nim kłóciłam. Poskarżyłam ci się jedynie po to, by sobie ulżyć, ale nie przejmuj się za bardzo. Wiem, co muszę zrobić. Ojciec nie wyjedzie beze mnie, a kocham go zbyt mocno, żeby nalegać, by został. Zrobię więc, co będę mogła. Dla niego.

– Nie będzie tak źle – pocieszała ją Donika. – Z początku będziesz na pewno tęskniła, ale gdy wyjdziesz za mąż i będziesz miała dzieci, poczujesz się szczęśliwa. Pomyśl tylko, jak bogate i pełne życie cię czeka.

Ze wzrokiem utkwionym w bezlitosne morze Esme czuła jedynie pustkę. Przyjaciółka miała szczęście, kochała bowiem mężczyznę, którego wybrała dla niej rodzina. Dość użalania się nad sobą, postanowiła. To miał być dla Doniki szczęśliwy czas i nie powinna go jej zakłócać swoimi troskami.

– Masz zapewne rację – odparła zatem ze śmiechem. – I mogę nauczyć dzieci albańskiego. Oczywiście, w tajemnicy.

* * *

Otranto

– Muszę poprosić pana o przysługę, Edenmont – powiedział sir Gerald, gdy Varian nalewał sobie drugą filiżankę kawy. – Miałem nadzieję wyjechać wkrótce do Anglii, lecz zatrzymują mnie tu zobowiązania. Chciałbym, by zabrał pan Percivala do Wenecji.

– Oczywiście, zrobiłbym to z przyjemnością, ale… – wymamrotał Varian uprzejmie.

– Wiem, że proszę o wiele – przerwał mu baron – lecz nie mam za bardzo wyboru. Nie mogę teraz zajmować się chłopcem. To zbyt nudne i skomplikowane, żeby wyjaśniać. Wystarczy, gdy powiem, że prowadzę akurat bardzo delikatne negocjacje, a chłopak, zwłaszcza tak absorbujący jak Percival, tylko by przeszkadzał.

Varian utkwił wzrok w filiżance.

– To nie potrwa długo. Uwolniłbym pana od niego mniej więcej za miesiąc.

Miesiąc? Albo i dłużej?

Varian wrzucił do kawy kolejną kostkę cukru.

– Pokryję, oczywiście, wszelkie wydatki – powiedział sir Gerald. Wyjął z kieszonki na piersi czek i położył go obok spodka Variana.

Varian obrzucił czek spojrzeniem zarezerwowanym dla wygrywającej karty. Z jego szarych jak dym oczu nie dało się nic wyczytać.

– Na dodatkowe wydatki – powiedział gospodarz. –Oczywiście opłacę również podróż oraz stosowne lokum, zarówno w drodze, jak i w Wenecji.

– Wenecja – zauważył Varian – jest o tej porze roku bardzo wilgotna.

– Cóż, nie musicie przecież się spieszyć. Nie mam nic przeciwko temu, byście zatrzymali się na jakiś czas, żeby coś zwiedzić. Oczywiście, wyślę z wami też służącego, i go opłacę. Proszę tylko powiedzieć, kogo chciałby pan zabrać.

Opłacona podróż, majątek do wydania na miejscu i jeszcze służący. Dla człowieka posiadającego w kieszeni funta, trzy szylingi i sześć pensów propozycja była – tak jak zamierzył to sir Gerald – nie do odrzucenia.

Varian podniósł wzrok i napotkał niecierpliwe spojrzenie gospodarza.

– Jak wspomniałem, sir Geraldzie, z przyjemnością wyświadczę panu przysługę – powiedział.

* * *

Tepelena, Albania

Ali Pasza, podstępny despota rządzący Albanią, był stary, gruby i chory. Od czasu do czasu miewał także ataki szaleństwa.

Dopuszczał się wówczas aktów takiego sadyzmu, że nawet Albańczycy, przywykli do brutalności świata, w którym ludzkie życie było tanie, uznawali je za godne wzmianki.

To, że ludność pozostawała na ogół lojalna, a nawet szczyciła się jego triumfami, stanowiło dowód nie tylko stoicyzmu poddanych, lecz także politycznego wyrobienia. Uciemiężonymi ludami podbitymi przez imperium osmańskie rządziło wielu potworów, lecz tylko Alego nie udało się sułtanowi zniewolić i podporządkować. W konsekwencji Albańczycy także oparli się niewoli. Odpowiadali jedynie przed Alim – kiedy zniżali się do tego, by odpowiadać w ogóle – on zaś nie był obcym, lecz Albańczykiem jak oni. Nie chciało mu się nawet nauczyć tureckiego. Po co zadawać sobie trud, skoro nie zamierzało się słuchać Turków?

Podobnie jak Albańczycy, Jason Brentmor także postrzegał makiawelicznego wezyra w szerszej perspektywie. Świadom jego odwagi, politycznych i militarnych zdolności, przeciwstawiał te zalety wadom charakteru, czując, że Ali Pasza, Lew z Janiny, i tak stanowi najlepszą alternatywę.

Po niemal dwudziestu latach bliskiej znajomości znał wezyra bardzo dobrze. Opuścił jego pałac, żałując, że przyjaciel także zna go na wylot. – Oczywiście – powiedział wcześniej tego dnia Ali – jako brytyjski poddany Jason może opuścić Albanię, kiedy tylko zechce, jednakże…

To „jednakże” mogłoby równie dobrze brzmieć: „Jak mógłbyś mnie porzucić w godzinie próby? Po wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?”.

– Ma rację – powiedział Jason do swego towarzysza o imieniu Bajo, gdy wyjeżdżali tego popołudnia z Tepeleny. – A nie wie nawet połowy tego co ja. Jeśli rebelia się powiedzie, Albania pogrąży się w chaosie, a Turcy zaleją kraj, dławiąc wszelki opór. Ali nie wierzy, że bunty doprowadzą do czegoś, lecz nie chce kłopotów akurat teraz, gdy stara się namówić Greków, by przyłączyli się do jego rewolucji.

– Jeżeli tak się stanie, to pod przywództwem Alego wyrzucimy Turków – odparł Bajo. – Lecz Ali jest stary. Boję się, że nie starczy mu czasu.

– Skoro przeżył tak długo, może dociągnąć do setki.

Bajo spojrzał na kompana.

– Nie powiedziałeś mu więc o swoich podejrzeniach względem Ismala?

– Nie mogłem. Był zbyt zaabsorbowany swoim wielkim planem, by zauważyć, że kroi się coś większego niż tylko zwykłe niepokoje. Jeżeli dowie się o spisku – i o tym, że stoi za nim jego kuzyn…

– …nastąpi krwawa łaźnia – dokończył Bajo treściwie. – Cóż, Czerwony Lwie, musisz uporać się z tym samodzielnie, jeżeli chcesz, aby obyło się bez rzezi – dodał, spoglądając ze współczuciem na przyjaciela.

Jason westchnął.

– Uświadomiłem to sobie już po kwadransie. Miałem dużo czasu na zastanowienie, udając, że przysłuchuję się, jak Ali snuje błyskotliwe plany zrzucenia tureckiego jarzma. – Zamilkł na chwilę i rozejrzał się uważnie, nie dostrzegł jednak nikogo. – Będę musiał udawać, że zostałem zabity. Zainscenizować własną śmierć – powiedział cicho.

Bajo zastanawiał się przez chwilę, a potem przytaknął.

– Bardzo sprytnie. Jeżeli Ismal chce odnieść sukces, musi usunąć cię z drogi. Skoro uwierzy, że nie żyjesz, przestanie mieć się aż tak na baczności. Ty zaś będziesz mógł udać się, dokąd zechcesz, i zrobić, co należy, nie niepokojony przez szpiegów albo zabójców.

– Nie chodzi jedynie o to – powiedział Jason. – Uważam, że Ismal jest zbyt sprytny, by zabić mnie tak po prostu, przynajmniej na tym wczesnym etapie. Bardziej prawdopodobne, że spróbuje związać mi ręce, a najlepszy po temu sposób, to wziąć Esme na zakładniczkę. Ostatnio nie przestaje paplać o tym, jak bardzo się w niej zakochał. Podejrzewam, iż zamierza ją uprowadzić i przedstawić to jako poryw namiętności. Ali zaś z łatwością mu uwierzy. Zdarzało się już, że porywał chłopców i dziewczęta tylko dlatego, że mu się spodobali.

– Ten plan ma same korzyści – zgodził się z Jasonem Bajo. – Jeżeli ciebie nie będzie, Esme przestanie być mu potrzebna, zostawi więc ją w spokoju.

– Mimo to nie zamierzam ryzykować. Chcę, by wyjechała z Albanii – oznajmił Jason stanowczo. – Przemyślałem sprawę i choć wydaje się to okrutne, nie widzę innego wyjścia. Esme musi uwierzyć, iż zginąłem, inaczej za nic nie wyjedzie. Musisz dopilnować, by tak się stało i wyprawić ją do Anglii. Dam ci pieniądze i nazwiska ludzi w Wenecji, którym możesz zaufać. Zabiorą ją do mojej matki.

– Y’Allah, Czerwony Lwie, prosisz o tak wiele… Mam powiedzieć dziewczynie, że nie żyjesz, a potem odesłać opłakujące cię stworzenie? Ona jest bardzo uparta, ta twoja córka. Jak mam nakłonić ją, aby zgodziła się wyjechać do obcych, cudzoziemców?

– Nie daj jej czasu do namysłu – poradził Jason zdecydowanie. – Jeżeli spróbuje przysporzyć ci kłopotów, ogłusz ją i zwiąż. To dla jej dobra. Kilka godzin niewygody i parę tygodni smutku to lepsze, niż zostać zgwałconą czy zamordowaną. Chcę, by moja córka była bezpieczna. Nie zmuszaj mnie, bym wybierał pomiędzy nią a Albanią. Kocham ten kraj i zaryzykowałbym dla niego życie… lecz córkę kocham bardziej.

Bajo wzruszył ramionami.

– Cóż, jesteś przecież Anglikiem. – Uśmiechnął się do Jasona. – Zrobię, o co prosisz. Esme jest wspaniałą kobietą, wartą dwóch mężczyzn, zawsze to mówiłem. A kiedy będzie bezpieczna, wrócę i ci pomogę. Jak przypuszczam, miałbym wyruszyć natychmiast?

– Nie w tej chwili. Wpierw muszę przecież zginąć. Jedźmy dalej na północ. Powinienem wpaść do rzeki lub do głębokiej gardzieli i zostać uniesiony przez nurt. Nie chcemy przecież, aby szukano moich zwłok zbyt gorliwie, prawda?

Rozdział drugi

Bari, Włochy

– On zaś porzucił wkrótce jej powaby dla pospolitej rozkoszy – zacytował Percival. – Co to właściwie znaczy?

Varian zatrzymał się w drzwiach, trzymając w dłoniach ręcznik.

Percival ubłagał go, by poszli zwiedzać targ rybny na nabrzeżu, działający ponoć od czasów przedrzymskich. Miejsce cuchnęło rzeczywiście tak, jakby funkcjonowało tam od zarania dziejów – i nigdy nie było sprzątane. Varian przyglądał się, jak chłopak pochłania wiaderko ostryg i następne jeżowców, a potem pół wiaderka małży. I choć nie uczestniczył w uczcie, zdążył przesiąknąć smrodem skorupiaków równie mocno jak chłopiec. Musiał wykąpać się aż trzy razy, nim odór stał się niewyczuwalny.

Wytarł jeszcze raz włosy, po czym rzucił za siebie ręcznik i wszedł do bawialni. Pociągnął podejrzliwie nosem, mijając Percivala, lecz ich służący, Rinaldo, zdążył doszorować chłopaka.

Percival powtórzył cytat z Wędrówek Childe Harolda.

– Domyślam się, że „pospolita rozkosz” to eufemizm – powiedział. – Czy Byron ma na myśli kobiety lekkich obyczajów? Nie widzę, co innego mogłoby to być. Lecz po co opuszczać ukochaną dla dziwki, skoro najwidoczniej ma ich powyżej uszu? I dlaczego nazywa to „rozkoszą”, skoro jest tak nieszczęśliwy?

– Nie jestem pewny, czy powinienem ci to wyjaśnić – odparł Varian, opadając na przesadnie wyściełany fotel przy kominku. – Podejrzewam, że twojemu ojcu nie spodobałoby się, że czytasz lorda Byrona.

– Z pewnością – zgodził się z nim Percival, podnosząc wzrok znad książki. – Lecz papy tu nie ma, a ty jesteś i wcale go nie przypominasz. Mama powiadała, że sam jesteś jak Childe Harold, zatem to oczywiste, że potrafisz objaśnić stan jego umysłu. Wydaje się nader posępnym bohaterem. To znaczy skoro spędza życie na przyjemnościach, jak może być nieszczęśliwy?

– Może żałuje za swoje grzechy.

– Myślę, że tacy ludzie żałują dopiero, kiedy są starzy i zniedołężniali. Podagra, jak się domyślam, skłoniła do skruchy wielu grzeszników.

– Może Childe Harolda bolały zęby – powiedział Varian, siadając wygodniej. Ulżyło mu, że Percival zdawał się wracać do równowagi i był znów sobą. Przez całą drogę do Bari chłopak był nienaturalnie spokojny i posłuszny, niczym smutny duch gapiący się godzinami przez okno powozu i wykonujący polecenia Variana. Owoce morza najwidoczniej mocno go ożywiły.

A już z pewnością nie ucierpiało od nich jego trawienie. Przy kolacji pochłonął ilość jedzenia, którą można byłoby nakarmić słonia. Gdzie mu się to, u licha, mieści? Varian widywał lepiej odżywionych uliczników w nędznych dzielnicach Londynu.

– Grzeszył pan z signorą Razzoli? – zapytał Percival po chwili. – Rinaldo powiada, że był pan jej cavalier servente, ale to tylko taki idiom, prawda? Czy kiedy odwiedzał pan ją w domu…

– Rozmawialiśmy – przerwał mu Varian. – Jest bardzo oczytana. To wulgarne plotkować ze służącymi, Percivalu.

– Tak właśnie mówi babcia, ale to takie interesujące. Służba wie wszystko.

– Spodziewam się, że babcia będzie szczęśliwa, mając was wreszcie w Anglii.

Chłopiec zmienił posłusznie temat.

– Cóż, twierdzi, że stara się wyciągnąć z tego jak najwięcej, gdyż poza nami nie ma nikogo. Wujek John, którego wszyscy nazywali Jack, był najstarszy. Umarł, zanim się urodziłem. A wujek Ja… – zawahał się, a potem zamknął książkę, przysunął się bliżej Variana i zakończył, zniżając konfidencjonalnie głos: – Udają, że wujek zmarł, lecz to nieprawda.

– Brat twojej matki? – zapytał Varian. Wiedział, że starszy brat sir Geralda zmarł dawno temu na influencę. Nie słyszał, by Brentmor miał więcej rodzeństwa.

– Młodszy brat taty – wyjaśnił Percival. – Uciekł lata temu, a oni tak byli na niego źli, że udawali, iż umarł. Lecz to nieprawda. Wujek żyje i jest… jest bohaterem.

– Musiał być w tym bohaterstwie bardzo dyskretny, bo nigdy o nim nie słyszałem – zauważył Varian.

– A słyszał pan o Ali Paszy, który rządzi Albanią? – Percival postukał palcem w okładkę książki. – To dlatego ją czytam. Lord Byron pisze o Ali Paszy i Albańczykach, a tam właśnie jest teraz wujek. Mieszka w Albanii od dwudziestu lat i Albańczycy nazywają go Czerwonym Lwem, z powodu odwagi i rudych włosów. Mają taki sam kolor jak moje. Przypuszczam, jest on dość rzadko spotykany w Albanii.

– Przykro mi, Percivalu, czytuję od czasu do czasu i znam ten poemat, ale nie przypominam sobie żadnej wzmianki o Czerwonym Lwie. Gdzie o nim czytałeś?

Percival zmarszczył czoło.

– Nie powiedziałem, że o nim czytałem.

– Zatem skąd tyle wiesz o krewnym, którego pozostali uważają za zmarłego? – zapytał Varian, przyglądając się chłopcu uważnie.

Percival poruszył się niespokojnie, a potem usiadł prosto i się zamyślił.

– Może to był tylko sen – zasugerował Varian.

– Nie, nic podobnego.

– Zatem jakaś legenda.

– Nie, czysta prawda. – Percival przygryzł wargę. – Mogę to udowodnić – powiedział. – Proszę wybaczyć mi na chwilę.

Pobiegł do swego pokoju, pozostawiając Variana zapatrzonego z zakłopotaniem w ogień. Po chwili wrócił, niosąc stos ubrań. Rozłożył na oparciu krzesła wełniane spodnie bogato zdobione galonem, czarny, haftowany złotem żakiet i obszerną bawełnianą koszulę.

– Wujek Jason mi je podarował – wyjaśnił. – To właśnie noszą Albańczycy – przynajmniej niektórzy. Mama powiedziała, żebym nikomu ich nie pokazywał, ponieważ dowiedziałby się o nich papa. Nie powie pan tatusiowi, prawda?

– O czym? – zapytał Varian, choć podejrzewał, że zna odpowiedź.

– Że wujek Jason nas odwiedził. – Percival strząsnął z żakietu drobny pyłek i wyprostował fałdkę na koszuli.

Po półgodzinie Varian znał już niemal całą historię. Jason odbył dwie wizyty: jedną dłuższą w Wenecji, kiedy sir Gerald przebywał na południu Włoch, szukając willi, i drugą, krótką, na kilka dni przed śmiercią lady Brentmor. Z niewinnych uwag, jakie Percival poczynił między wychwalaniem niezliczonych cnót wuja, Varian wysnuł wniosek, że Jason Brentmor był dla Diany kimś więcej niż tylko szwagrem.

Nie winił jej zbytnio za to, że nie była wierna takiemu mężowi jak sir Gerald. Nie zaszokowało go również, iż jej kochankiem był szwagier. Przeciwnie, wręcz go to ucieszyło. Podejrzewał bowiem, że dama nie jest szczęśliwa, i to nie tylko z powodu choroby. Na wieść o tym, że komuś udało się uszczęśliwić ją choćby na krótko, poczuł ulgę.

– Cóż, cieszę się, że dane ci było poznać tego wspaniałego wujka – powiedział, kiedy opowieść dobiegła końca. – Jednak zrobiło się już późno, a jeśli mamy zwiedzać jutro kościół St. Nicolo, musimy wcześnie wstać. – Miał na ten wieczór własne plany. Sprowadzały się do niespiesznego poznawania wdzięków pewnej ciemnookiej damy, poznanej podczas zwiedzania zamku Bari.

– Nie powiedziałem panu jeszcze o czymś okropnym, co zrobiłem – zaprotestował Percival ze wzrokiem wbitym w podłogę.

– Nie jestem księdzem spowiednikiem – odparł Varian z nutką zniecierpliwienia w głosie. – Zatem póki nie dokonujesz sekcji różnych stworzeń na stole podczas posiłku ani nie wrzucasz mi do łóżka swojej kolekcji skał, twoje grzechy…

– Dałem mu czarną królową – powiedział Percival zdławionym głosem. – Niechcący. Lecz jeśli tatuś się dowie, wyśle mnie do szkoły w Indiach. Groził tym setki razy, lecz mama mu nie pozwoliła.

Varian zdążył już wstać, gotowy przerzucić sobie chłopaka przez ramię i zanieść go do sypialni.

Teraz pospiesznie usiadł. Po niekończących się poszukiwaniach uznano, że królowa została skradziona, a sir Gerald zaproponował, że wyznaczy za jej odnalezienie tysiąc funtów nagrody. Varian nie wierzył własnym uszom.

– Co zrobiłeś? – zapytał, wpatrując się z napięciem w chłopaka.

– Chciałem dać wujkowi mój kamień, jeden z tych z zielonymi żyłkami i małymi…

– Cechy charakterystyczne kamienia nie są w tej chwili ważne – przerwał mu Varian.

– Przepraszam, sir. Mam pan rację. Nie są… cóż, przynajmniej w tej chwili. Byliśmy wtedy w gabinecie. To, że się tam znaleźliśmy, też nie ma teraz znaczenia, prawda? – zapytał, spoglądając z nadzieją na Variana.

– Nie w tej chwili.

– Cóż, to duża ulga, ponieważ…

– Percivalu.

– Tak, proszę pana, w rzeczy samej. Wyłożę to najkrócej, jak się da: wpadłem na stolik i kilka pionków spadło na podłogę. Byłem zdenerwowany, gdyż tatuś… – pochwycił spojrzenie Variana i kontynuował pospiesznie– cóż, musiałem zawinąć przez pomyłkę w chusteczkę nie kamień, ale figurkę, gdyż potem okazało się, że kamień mam dalej w kieszeni. Gdy tatuś powiedział, że królowa zniknęła, domyśliłem się, co musiało się wydarzyć. Ale nie mogłem mu powiedzieć, prawda?

Jeżeli to Jason miał królową, znajdowała się teraz w Albanii, daleko poza zasięgiem arystokraty bez grosza przy duszy.

– Zapewne nie. – Varian wstał znowu. – Jestem pewien, że czujesz się po tym wszystkim wyczerpany emocjonalnie i marzysz tylko, by się położyć.

Percival przyglądał mu się przez chwilę szacująco.

– Cóż, teraz, kiedy już się panu zwierzyłem, czuję się zobowiązany coś zrobić.

– Tak. Iść do łóżka.

– Miałem na myśli raczej to, aby odzyskać królową. Jest warta kilka tysięcy funtów – powiedział Percival, a potem machnął ręką mniej więcej w kierunku wybrzeża. – I znajduje się tak niedaleko – dodał.

– Niedaleko, czyli w imperium osmańskim. Nie bądź niemądry, Percivalu. Królowa przepadła, chyba że wujek zdecyduje się ją zwrócić.

– To tylko dzień lub dwa żeglugi – powiedział Percival. – Wuj Jason mieszka na wybrzeżu. Nie musielibyśmy zapuszczać się w głąb kraju. Po prostu zawinęlibyśmy do portu jak wiele innych statków z całego świata.

– My? – powtórzył Varian. – Jeżeli sądzisz, że wynajmę statek, by podróżować do Albanii z dwunastoletnim chłopcem, jedynym synem i dziedzicem swego ojca…

– Tatuś wypłaci panu nagrodę, a wiem, że dał już dużo pieniędzy na wydatki. I mamy mnóstwo czasu.

– Nie, Percivalu. Idź do łóżka.

Percival posłuchał, ale dopiero po kilku godzinach, a lord Edenmont, zapomniawszy o ciemnookiej damie, przesiedział do świtu, przyglądając się, jak ogień na kominku dogasa, zmieniając się w żar.

* * *

Percival wpatrywał się, przygnębiony, w ciemność, powtarzając sobie, jakie to szczęście, że lord Edenmont nie jest tak spostrzegawczy jak jego mama. Lady Diana natychmiast nabrałaby podejrzeń, gdyby zobaczyła, ile jej syn zjadł. Wiedziała, że dzieje się tak, kiedy się czymś bardzo denerwuje.

Tego dnia obżerał się, ponieważ wiedział, że musi nakłamać lordowi na temat czarnej królowej. Kradziona broń była już w drodze do Albanii i nikomu poza wujkiem Jasonem nie mógł o tym powiedzieć, zwłaszcza że w sprawę zaangażowany był jego ojciec. Niestety, nie można było do wujka po prostu napisać. Powiedział przecież, że możni ludzie w Albanii mają szpiegów, którzy przejmują regularnie korespondencję.

Co oznaczało, że trzeba przekazać informacje osobiście. Czyli: okłamać lorda Edenmonta. Nic dziwnego, że Percival czuł się jak przestępca.

Nie miało znaczenia, że ludzie uważali lorda za osobę niegodną i nawet wuj Jason sądził podobnie. Jego lordowska mość był zawsze miły dla mamy, i okazywał sympatię także jemu, Percivalowi. To się na pewno zmieni, pomyślał z żalem, gdy prawda wyjdzie na jaw. Lecz stanie się tak jedynie, gdy lord połknie przynętę. A to nie było wcale pewne.

Za oknem zaczęło już szarzeć, gdy Percival usłyszał, że lord wraca do swojej sypialni. Zamknąwszy oczy, powiedział sobie stanowczo, że nie ma powodu, by czuł się winny, skoro chce wypełnić jedynie swój obowiązek i być może ocalić setki ludzi. Poza tym trudno się spodziewać, że lord Edenmont zostanie z nim na zawsze. Prędzej czy później dotrą do Wenecji i jego lordowska mość odejdzie. Z drugiej strony, jeśli wszystko pójdzie dobrze, wujek Jason wyruszy wkrótce z Esme do Anglii, co wynagrodzi mu z nawiązką utratę towarzystwa lorda. Będą rodziną, jak zawsze pragnęła mama.

Ta myśl sprawiła, że się uspokoił, prawie tak, jakby usłyszał głos matki. Po chwili, gdy pierwsze słoneczne promienie cisnęły na wody Adriatyku złote iskry, zasnął.

* * *

Tepelena, Albania

Ismal, piękny książę o złotych włosach i niebieskich niczym klejnoty oczach, wyciągnął się na tapczanie i zapatrzył z namysłem na ozdobną figurę szachową w dłoni.

– Jason nie wyjeżdża? – zapytał Rista.

– Ali przekonał go, by został i pomógł uśmierzyć niepokoje.

– Szkoda. Zdążył już przejąć pokaźny ładunek broni. Nie możemy pozwolić, by dalej nam przeszkadzał.

– Chcesz, by zginął, panie?

– To byłoby politycznie niemądre. Czerwony Lew jest powszechnie kochany, nawet przez tych, którzy wspierają nasze wysiłki pozbycia się Alego. Nie mogę ryzykować, że będą podejrzewać, iż go zamordowałem. Na szczęście przygotowałem się na tę niedogodną okoliczność. – Uśmiechnął się do swego oddanego sługi i szpiega. – Spisałeś się lepiej, niż myślisz, skłaniając Anglika, by dał ci ten „znak dobrej woli”.

Risto się skłonił.

– Miałem nadzieję przynieść ci cały zestaw. Byłby to znakomity dodatek do twoich skarbów, panie. Poza tym ceny sir Geralda są zbyt wygórowane – dodał z dezaprobatą.

– Chcę mieć nowoczesną angielską broń, a on stanowi jedyne źródło, na którym można polegać – odparł Ismal, wzruszając ramionami. – Ależ z niego głupiec, że pozostawił ślad na piśmie, choćby i zaszyfrowany. Tym bardziej, że pisze w sposób, który łatwo rozpoznać i zidentyfikować.

– Uważa mnie za głupiego barbarzyńcę, panie. Nie sądził, że zdołam zapamiętać szczegóły.

– I bardzo dobrze. – Ismal pogładził głowę czarnej królowej. – Zatrzymałem list z myślą, iż może się jeszcze kiedyś przydać. Teraz wiem, że tak się stanie. – Spojrzał na sługę i mówił dalej: – Chcę, aby wysłano ludzi, którzy porwą córkę Czerwonego Lwa. Natychmiast. Jason będzie wiedział, iż musi zapłacić wyznaczoną cenę, a kiedy dziewczyna będzie już moja, nie ośmieli się wystąpić przeciwko mnie.

– Może udać się do Alego.

– Wątpię, by ryzykował jej życiem. Ale niech tak zrobi. – Ismal obrócił w dłoni figurkę. – Dopilnuj, by to znalazło się w posiadaniu Esme, kiedy zostanie schwytana. Jeżeli Jason ośmieli się robić mi trudności, powiem, że jest zdrajcą, a pionek będzie tego dowodem. Doradzę Alemu, by skonsultował się z Anglikami, a ci bez trudu powiążą pionek z bratem Czerwonego Lwa. Nie musimy się przejmować faktem, że to brat napisał wiadomość. Ali wie, że Czerwony Lew jeździł w tym roku dwa razy do Włoch i odwiedzał tam rodzinę. Zarówno mój kuzyn, jak i Brytyjczycy dojdą do wniosku, że Jason i jego brat sprzedają broń dla osobistej korzyści. Oba rządy nie będą z tego zadowolone.

Błękitne oczy Ismala zabłysły, kiedy podawał Ristowi figurkę.

– Teraz widzisz, Risto, jaką moc może mieć królowa dla gracza, który wie, jak się nią posłużyć.

A potem się roześmiał.

* * *

Durrës

Esme obudziła się, gdy tylko poczuła na ramieniu dotyk czyjejś dłoni. Usiadła wyprostowana. W pokoju nadal panował mrok.

– Tatuś? – powiedziała do ciemnej sylwetki obok łóżka. Już kiedy to mówiła, zorientowała się, że mężczyzna to nie Jason.

– To ja, Bajo – powiedział.

– Gdzie Jason? – spytała, czując, że ogarnia ją chłód.

Przez chwilę panowało milczenie, a potem Bajo westchnął. Poczuła, że serce zaczyna szybciej bić jej w piersi.

– Przykro mi, dziecko.

– Gdzie on jest?

– Och, maleńka. – Bajo położył jej dłoń na ramieniu. – Przynoszę złe nowiny, mała wojowniczko. Bądź silna. Jason został zastrzelony.

Nie! Nie! Jej serce krzyczało, lecz z ust nie dobył się żaden dźwięk. Zacisnęła dłonie na kołdrze i zagryzła wargi. Nie będzie krzyczała i szlochała jak słaba kobieta.

– Wpadliśmy w zasadzkę… w cieśninie Vijose – mówił tymczasem Bajo. – Postrzelili go w plecy i stoczył się z klifu wprost do rzeki. Dziękuję Bogu, że tak się stało. Szybka śmierć, i rzeka porwała ciało, więc podli mordercy nie mogli zanieść jego głowy swojemu panu.

Jason. Jej silny, dzielny, kochający ojciec. Postrzelony w plecy jak złodziej… Lodowaty nurt, unoszący jego ciało, rzucający nim o bezlitosne skały… Zamknęła oczy, zacisnęła mocniej zęby i zmusiła się, by przeistoczyć żal w gniew.

– Jacy mordercy? – spytała. – Kto jest mi winien krew?

– Nikt, malutka. Córka Czerwonego Lwa nie szuka zemsty – zganił ją. – Zabójcy nie żyją. Dopilnowałem tego. Nie mamy jednak czasu, by dłużej gadać. Zabójstwo Jasona to dopiero początek, a tobie grozi wielkie niebezpieczeństwo. Pospiesz się – zakończył nagląco, wyciągając ją z łóżka.

Esme wyszarpnęła ramię z uścisku jego dłoni i uświadomiła sobie, że cała drży. Zmusiła się, by stanąć prosto. Sypiała zawsze ubrana w męski strój, mając na podorędziu strzelbę. Jeden z kuzynów Baja pełnił co prawda bez przerwy straż koło domu, nawet gdy był w nim Jason, nie chciała jednak, aby ewentualny atak na miasto ją zaskoczył.

– Po co ten pośpiech? Dokąd się udamy?

Bajo wziął do rąk nakrycie głowy Esme i podał je dziewczynie.

– Na północ. Do Szkodry.

Zapalił świecę, a potem zaczął krzątać się po pokoju, zbierając rzeczy i wrzucając je do worka. Ledwie świadoma tego, co robi, naciągnęła na głowę wełniany hełm i wepchnęła pod niego włosy, nie przestając wpatrywać się w Baja.

Ten zaś mówił dalej:

– Ruszymy czym prędzej, ponieważ Jason obawiał się, że Ismal planuje cię uprowadzić. Teraz nie ma już co do tego wątpliwości. Skłamie, oczywiście, przypisując zabójstwo bandytom. Ali zaś będzie zbyt przygnębiony, by zauważyć, że uprowadzono przy tym kobietę, lub o to dbać. – Bajo zamilkł na chwilę. – Dlatego musimy się pospieszyć. Nie myśl nawet o zemście. Jeśli będziesz zwlekała, sprowadzisz na siebie hańbę. Nie chciałabyś chyba zostać nałożnicą człowieka, który zabił ci ojca.

– Poskarżę się paszy Szkodry – powiedziała Esme. – On mi pomoże. Ismal jest mi winien krew.

– Pasza pomoże ci się wydostać z kraju – odparł Bajo. – To wszystko. Tego życzył sobie Jason i tak właśnie postąpimy.

Napotkał przerażone spojrzenie Esme i odwrócił szybko wzrok.

– Nie – wykrztusiła. – Nie wyślesz mnie chyba do Anglii? Samą?

Bajo zarzucił sobie worek na plecy i ruszył ku drzwiom, gdzie się zatrzymał.

– Wiem, że to trudne, mała wojowniczko, lecz wybór jest prosty: albo wykażesz się odwagą, albo zostaniesz niewolnicą Ismala… a śmierć twojego ojca okaże się daremna.

Później, powiedziała sobie w duchu. Później będzie miała czas pomyśleć i znajdzie sposób.

Nie odezwawszy się już ani słowem, zebrała kilka rzeczy, które pominął Bajo, wrzuciła je do małej podróżnej torby, chwyciła strzelbę i wyszła za nim.

Po kilku minutach byli w porcie. Nastał już niemal świt, lecz wybrzeże otulała mgła tak gęsta, iż pierwsze nieśmiałe promienie słońca wyglądały niczym plamki spłowiałego różu na ciężkiej szarej kołdrze. Łódź Baja kołysała się na wodzie w niewielkiej odległości od głównego nabrzeża. Kiedy się zbliżyli, z mgły wyłonił się kształt większego statku, jednego z tych, które nazywano tutaj pielagos. O tej porze roku nie zawijały do tutejszego portu zbyt często, gdyż nie były przystosowane do stawiania czoła jesiennym sztormom.

Po chwili z mgły wyłoniły się zmierzające ku nim sylwetki. Choć ludzie ci nadchodzili piechotą, Esme zamarła i spojrzała na Baja.

– Cudzoziemcy – szepnął.

I rzeczywiście, po chwili ich uszu dobiegła mieszanka słów włoskich, albańskich oraz angielskich.

– Nie… zoti… łódź, błagam… pan… mnie zabije.

W miarę jak postaci się zbliżały, słowa stawały się coraz bardziej wyraźne. Jeden z głosów należał z pewnością do chłopca, mówiącego z akcentem Anglika z wyższych sfer.

– Nonsens. Wujek mieszka w tym mieście.

– Proszę, młody panie, zaczekaj…

– Tam są jacyś ludzie. Możemy ich zapytać.

Para była już niemal przy nich. Choć wydawali się raczej nieszkodliwi, Esme rzuciła torbę na piasek i chwyciła mocniej strzelbę. Bajo stał obok, czujny, z bronią gotową do strzału.

– Tangu-gat-je-tah! – zawołał chłopięcy głos.

To był tylko dzieciak, angielski dzieciak, mówiący z akcentem podobnym do tego, z jakim wysławiał się jej ojciec.

– Tungjatjeta – odpowiedziała ostrożnie.

Chłopiec ruszył ku nim, ośmielony powitaniem.

– Chodźmy – szepnął Bajo. – Nie mamy czasu.

– On jest Anglikiem – odparła Esme, zastanawiając się, czy nie omylił jej słuch. Zauważyła bowiem, że chłopiec ubrany jest tak jak ona. Miał nawet na ramieniu podobny worek. A kiedy podszedł, uznała, że to z pewnością musi być sen. Słabe światło budzącego się dnia padło bowiem na włosy w kolorze włosów jej ojca. Cofnęła się zaskoczona, kiedy chłopiec zatrzymał się ze wzrokiem utkwiony w strzelbie Baja. Jego tłusty, onieśmielony kompan postępował o kilka kroków za podopiecznym.

– O nie, chyba ich przestraszyliśmy – powiedział chłopiec. – Jak ktoś… – Chrząknął. – Koosz sza-pi-ah-ah – Jason? To znaczy wszystko w porządku. On jest moim wujkiem. Jason. Mój jah-ji. Wiecie, Czerwony Lew…

– Xhaxha? – powtórzyła Esme, zaskoczona. Jason wujkiem tego dzieciaka? Nie dowierzając słowom chłopca, podeszła bliżej i zagapiła się na niego, zapominając o wszystkim innym. Włosy jej ojca, i jego oczy… a także jej.

Bajo opuścił strzelbę.

– Wygląda jak twój brat – powiedział.

Chłopak wpatrywał się w Esme z równym niedowierzaniem.

– Kim jesteś? – zapytał po angielsku.

Podszedł bliżej i jął się jej przyglądać.

– Mówisz po angielsku. Boże święty, wyglądasz… lecz wujek powiedział, że ona… To ty jesteś, prawda? – Zaczerwienił się. – Jakież to z mojej strony nieuprzejme. Jestem Percival Brentmor, baranek Jasona.

– Bratanek – powtórzyła Esme głucho.

– Tak. Jak się masz?

Esme poczuła szaloną chęć, by się roześmiać. Albo rozpłakać. Nie była pewna. Uświadomiła też sobie, choć nie do końca, że jej uszu dobiega inny dźwięk. Lecz może po prostu dudniło jej w głowie.

– Percival – powiedziała. W ustach czuła suchość. – Bratanek Jasona.

– Tak. A ty… jesteś Esme?

Odległy dźwięk rozbrzmiał głośniej i Bajo się odwrócił. On też musiał go usłyszeć.

Esme przeniosła wzrok z towarzysza na chłopaka, który przedstawił się jako Percival, bratanek Jasona. Mówił teraz coś szybko, lecz ledwo go słyszała. Całą uwagę skupiła bowiem na zbliżającym się dudniącym dźwięku. To nie burza, uświadomiła sobie, lecz jeźdźcy.

Bajo uniósł strzelbę.

– Wracaj – poleciła szorstko po angielsku, odpychając chłopca. – Wracaj na swój statek. Szybko, dzieciaku! Już!

– Dlaczego? To bandyci?

– Wracaj! – krzyknęła. – Biegnij, do licha!

Popchnęła go jeszcze raz, mocniej. Odebrał wreszcie przesłanie i się cofnął. Jego towarzysz gnał już, przerażony, ku statkowi. Chłopak rzucił Esme zaskoczone spojrzenie i podążył za uciekającym.

Jeźdźcy byli naprawdę blisko i Bajo krzyknął, by uciekała. Lecz konni, nadciągający ze wschodu, ruszyli w ślad za chłopcem, który był jeszcze daleko od statku. Gdyby pobiegła wraz z Bajem ku łodzi, jej kuzyn znalazłby się w krzyżowym ogniu.

Ledwie zdążyła o tym pomyśleć, gdy głuche dudnienie zmieniło się w grzmot i gęsta, czarna chmura opadła z drogi na plażę. W gęstej mgle jeźdźcy stanowili kłębiącą się masę ciemnych kształtów. Uznała, że musi ich być co najmniej dwudziestu. Ignorując rozpaczliwe polecenia Baja, uniosła strzelbę i wypaliła, by ściągnąć na siebie uwagę napastników. Kule zagwizdały jej nad głową.

Pobiegła ku odwróconej do góry dnem łodzi i zobaczyła kolejne sylwetki. Nadciągali towarzysze Baja. Kula przeleciała jej koło ucha. Zanurkowała pod łodzią i przeładowała szybko strzelbę.

* * *

Odgłosy strzałów wyrwały Variana z głębokiego snu. Zerwał się błyskawicznie, rozejrzał i zauważył, że w kabinie nie ma śladu Percivala. Wsunął pospiesznie koszulę przez głowę, założył spodnie i buty, chwycił pistolety i wybiegł na pokład.

Na brzegu poprzecinana pasmami światła mgła skrywała kłębiącą się masę koni i jeźdźców, czemu towarzyszyła kakofonia wojennych okrzyków i strzałów. Zeskoczył na nabrzeże i pognał ku polu bitwy.

– Percival! – zawołał.

Zeskoczył z nabrzeża na piasek, usłyszał wysoki krzyk i odwrócił się akurat na czas, aby zobaczyć, jak tuzin jeźdźców dogania szczupłą postać, biegnącą niezgrabnie po plaży. Promień słońca przedarł się przez chmury, rozdzierając mgłę i zabłysnął na koronie ciemnorudych włosów.

Z sercem walącym równie głośno, jak śmiertelnie niebezpieczne podkowy zbliżające się do chłopca, wycelował i strzelił. Zobaczył, że jeden z koni pada, wypalił z drugiego pistoletu i zaczął przeładowywać drżącymi dłońmi broń. A wtedy rozległ się ogłuszający hałas i coś złamało się z hukiem. Przeszyła go błyskawica bólu… a potem zapadła ciemność.

* * *

Esme strzepnęła delikatnie piasek z twarzy nieprzytomnego mężczyzny. Prościej byłoby wylać mu na głowę wiadro wody, lecz to mogłoby ocucić rannego zbyt gwałtownie, a cios, jaki otrzymał, z pewnością przysporzy mu nielichego bólu.

Statek podskoczył na fali, woda w wiadrze zakołysała się i ochlapała jej spodnie, które i tak były już mokre, szorstkie od piasku i soli. Uznała to jedynie za drobną niewygodę, poza tym nie ucierpiała, przynajmniej fizycznie. Kilku innych nie miało tyle szczęścia: dwaj kuzyni Baja zginęli, a kilku jego przyjaciół zostało rannych. Ludzie z miasteczka zabrali pobratymców, by zająć się nimi po cichu.

Ciała sześciu maruderów leżały jeszcze na plaży, gdy Bajo rozkazał jej, by wsiadła natychmiast na pielago. Przerzucił sobie Anglika przez ramię i głuchy na jej argumenty, zapakował ich oboje na statek, polecając kapitanowi, by pożeglował na południe, w stronę Korfu. Po czym wyruszył na ratunek chłopcu… jej kuzynowi.

Esme utkwiła wzrok w wyniosłej twarzy nieznajomego. Co za diabeł kazał mężczyźnie zapuścić się tutaj – na dodatek z chłopcem, nieuzbrojonym i bez ochrony?

Twarz Anglika była rzeczywiście twarzą diabła, choć odznaczała się chłodnym pięknem. Esme wpatrywała się w wysokie czoło przysłonięte miękkimi ciemnymi lokami. Przesuwała uważnym spojrzeniem po czarnych, wygiętych w łuk brwiach i czarnych rzęsach, wzdłuż długiego, wydatnego nosa, pełnych, wyraziście zarysowanych warg i czystej linii kwadratowego podbródka. Arogancka twarz. Petro, tłumacz, który był z chłopcem, powiedział, że mężczyzna jest angielskim lordem.

Esme spojrzała na dłoń spoczywającą na płaskim brzuchu rannego. Długie palce, zadbane i czyste paznokcie, jeśli nie liczyć kilku ziarenek piasku z plaży. Żadnych blizn, odcisków ani zadrapań zakłócających doskonałość. Popatrzyła na własne opalone dłonie, twarde i silne, a potem na poplamione, pokryte piaskiem spodnie i aż ścisnęło ją w dołku. Czuła się tak zawsze, gdy spotykała rodaków ojca: to samo poczucie niedostosowania, podświadome oczekiwanie ich ledwie skrywanej pogardy oraz niechęci. Niektórzy patrzyli wprost przez nią, jakby była niewidzialna i czasami było to gorsze niźli otwarte potępienie. Wiedziała, że uważają ją za istotę stojącą niewiele wyżej od zwierząt.

Lecz oni wszyscy byli tylko żołnierzami. Ten mężczyzna był lordem. Nawet nieprzytomny zdawał się emanować pogardą.

Jego oczy, uznała, powracając spojrzeniem ku twarzy nieznajomego, będą zimne i twarde jak kamień.

To bez znaczenia, powiedziała sobie. Jego opinia się nie liczy. Wrzuciła szmatę do wiadra, wykręciła ją zdecydowanym, gniewnym ruchem… a potem zamarła z dłonią oddaloną o kilka cali od jego twarzy. Mężczyzna poruszył bowiem wargami i uniósł z wolna powieki.

Serce podskoczyło Esme w piersi niczym spłoszony koń. Szare oczy, tak, lecz nie jak kamień. Przypominały raczej dym, szary dym. Skupił z bolesną powolnością spojrzenie i jego twarde rysy złagodniały, wracając do życia. Odsunęła drżącą dłoń.

To była twarz mrocznego anioła. Przez krótką, szaloną chwilę myślała, że ma przez sobą samego Lucyfera, zrzuconego na ziemię przez mściwego, rozgniewanego Boga.

– Percival – wymamrotał. – Bogu dzięki…

Zamrugał.

– Kim, u diabła, jesteś?

Powolny, niski głos również kojarzył się z dymem, odurzającym niczym opium. Esme zaczerpnęła powietrza. Obudź się, nakazała sobie w duchu.

– Na imię mi Zigur – odparła.

Rozdział trzeci

Podobieństwo chłopaka do Percivala było uderzające: to samo kocie spojrzenie intensywnie zielonych oczu, taki sam mały, prosty nos i drobna, zdecydowana w wyrazie szczęka. Relacjonował nawet wydarzenia poranka z tą samą logiką i cierpliwością, choć bardziej kwieciście, niż robiłby to Percival. W normalnych okolicznościach Variana bawiłaby chłodna pewność siebie chłopaka, ponieważ nie mógł być starszy od Percivala więcej niż o rok czy dwa – miał co najwyżej piętnaście lat. Lecz głowa pulsowała mu z bólu, nadwerężone mięśnie krzyczały, a w tym, czego się właśnie dowiadywał, nie było nic zabawnego.

– Mój ojciec, Jason, jest wujem Percivala – wyjaśnił Zigur. – Dziś rano dowiedziałem się, że został zamordowany i że wysłano ludzi, by sprowadzili mnie dla przyjemności ich pana. W zamieszaniu napastnicy pomylili mnie z kuzynem i porwali go zamiast mnie.

Zsunął z czoła ciężkie wełniane nakrycie głowy i Varian przekonał się, że schowane pod nim włosy również przypominają włosy Percivala. A potem uświadomił sobie w pełni znaczenie tego, co usłyszał. W tej części świata, jak mu mówiono, dzieci płci obojga bywały często porywane i gwałcone. Percival wpadł zatem w łapy pederastów.

Musiał wyglądać na tak chorego, jakim się czuł, gdyż Zigur dodał pospiesznie:

– Nie ma się czego obawiać, efendi.