Wojownicy, żołnierze i śmierć nie zawsze pełna chwały - Piotr Korczyński - ebook + książka

Wojownicy, żołnierze i śmierć nie zawsze pełna chwały ebook

Piotr Korczyński

0,0
28,17 zł

lub
Opis

Piotr Korczyński – historyk, publicysta m.in. „Focus Historia”, „Uważam Rze Historia”, „Le Monde diplomatique” oraz „Polski Zbrojnej”; autor Elitarnych jednostek specjalnych Wojska Polskiego 1939–45 (2013) i Herbarza szlachty polskiej (2013).
W Wojownikach i żołnierzach autor kreśli sylwetki postaci czasem już zapomnianych – od północnoamerykańskich Apaczów, poprzez spadochroniarzy generała Sosabowskiego, po zielone berety w Wietnamie i komandosów Specnazu w Afganistanie. Są to fascynujące historie ludzi postawionych przez los w sytuacjach bez wyjścia...

Książka rekomendowana w audycji "Moje książki" Programu 1 Polskiego Radia.     
Patronat medialny nad książką objęły: „Le Monde diplomatique”, „Kwartalnik ALBO albo. Problemy psychologii i kultury”, „Fragile”, „Rita Baum”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 381




Copyright © Piotr Korczyński

All rights reserved

Copyright © 2015 by Cztery Strony, Kraków

Redakcja

Marta Ratuszna

Ilustracje i okładka

Tomasz Bohajedyn

Korekta

Zespół

Skład i łamanie

Edycja

Cztery Strony

e-mail:[email protected]

Wydanie I

Kraków 2015

ISBN 978-83-65137-08-1

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Zamiast wstępu

Wszystkich bohaterów tej książki łączy jedno stare chińskie przekleństwo: „Obyś żył w ciekawych czasach”. Największą przewrotnością tego przekleństwa jest to, że właściwie nie ma czasów – epok i szerokości geograficznych, w których i pod którymi nie miałoby zastosowania…

Można jeszcze dodać, że historia najczęściej przypomina spaghetti western, w którym wszyscy bohaterowie muszą być mniej lub bardziej źli, by wygrać, „obronić sprawę” lub najzwyczajniej przeżyć. Bardzo rzadko, trafiają się bohaterowie, którzy wyłamują się z tej „darwinowskiej” zasady. Niektóre rozdziały tej książki udowadniają, że istnieli…

Z ziemi włoskiej… na San Domingo

Polski epizod w walkach na San Domingo jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych w naszej historiografii. W dalekiej, kolonialnej wojnie Francuzi przy pomocy Polaków tłumili zryw wolnościowy przyszłych Haitańczyków. Zaprawione w bojach polskie oddziały zostały prawie zupełnie wytracone. Ironią losu było to, że służyli w nich przeważnie żołnierze o republikańskich przekonaniach, którym Republika zgotowała piekło na francuskiej „perle Antyli”. Na początku tej historii warto zacytować słowa z listu kapitana Pawła Frądzylskiego do swego ojca w Warszawie: „Ja bym się odrzekł cukru na całe życie i pisałbym się, ażeby pić kawę z pieprzem – dla wywikłania się z tego wojażu”…

4 lutego 1794 roku rewolucyjny Konwent Narodowy zniósł niewolnictwo we wszystkich koloniach Francji. Tym aktem potwierdzone zostało między innymi zniesienie niewolnictwa w jednej z ważniejszych kolonii francuskich na Morzu Karaibskim – wyspie San Domingo. Powstańcy murzyńscy wykorzystując zamęt rewolucyjny w całej koronie francuskiej, latem 1793 roku poparli rewolucję i pobili kontrrewolucyjne wojska generała Gaubalda, a następnie wypędzili z wyspy większość plantatorów. Wdzięczni za poparcie republiki, jej miejscowi komisarze – Sonthonax i Polvérel – w sierpniu (północny departament wyspy) i we wrześniu (zachodni i południowy departament) 1793 roku uroczyście proklamowali zniesienie niewolnictwa na San Domingo. Jednak nie niosło to z sobą końca wojny, gdyż do konfliktu na wyspie najpierw włączyli się Hiszpanie, a następnie Anglicy. Rozgorzały zacięte walki, w których wyróżnili się i zdobyli sławę pierwsi czarnoskórzy generałowie w „nowożytnym świecie”: François-Dominique Toussaint (który przeszedł na stronę republiki z szeregów hiszpańskich), Jean Jacques Dubuisson i Henri Christophe.

22 lipca 1795 roku Francja zawarła z Hiszpanią pokój, ale i to nie zakończyło wojny na wyspie: po wycofaniu się Hiszpanów nasiliły się walki z Anglikami i oddziałami wyspiarzy, którzy nie chcieli podporządkować się żadnej z „białych” sił – również Republice Francuskiej. Do 1798 roku zdziesiątkowani przez choroby i ciągłe potyczki Anglicy zostali wyparci z wyspy. Faktyczną władzę na niej sprawował generał Republiki Francuskiej i głównodowodzący armii San Domingo, Toussaint-Louverture (ten przydomek nadali mu Francuzi). Po Hiszpanach i Anglikach dzielnemu generałowi przyszło się zmagać z rodakami z departamentu południowego i części zachodniego wyspy, którzy nie chcieli podporządkować się jego władzy. Na czele zrewoltowanych oddziałów stanął Mulat, generał André Rigaud. W czerwcu 1799 roku wybuchła już regularna bratobójcza wojna. Jak pisze Tadeusz Łepkowski w Archipelagu dzieje niełatwe była to „wojna między rasami, między klasami, między kolorami, między kastami, ba, po prostu między Mulatami i Murzynami. Była to krwawa, okrutna wojna domowa, która podzieliła kraj cały, poszczególne dzielnice, oddziały, nieraz nawet rodziny”. Generał Rigaud broniący południowego i częściowo zachodniego departamentu reprezentował opcję profrancuską – starą elitę wyzwoleńczą (w większości mulacką) wierną Francji rewolucyjnej i republikańskiej. Północ pod wodzą generała Toussainta dążyła do autonomii, a w konsekwencji do niepodległości, która miałaby mieć zabarwienie monarchistyczne i konserwatywne. Szala zwycięstwa w tym krwawym konflikcie przechyliła się na stronę północy i w sierpniu 1800 roku Toussaint triumfował pod miastem Jacmel, a pobici przywódcy południa wyemigrowali do Francji. Następnie zwycięski wódz zwrócił się na wschodnią część wyspy, która mimo że postanowieniem pokoju z 1795 roku oddana została przez Hiszpanię Francji, faktycznie nadal była rządzona przez Hiszpanów. Utrzymywali oni tam niewolnictwo i często dopuszczali się porwań wolnych ludzi z francuskiej części wyspy, by pracowali na ich plantacjach lub byli sprzedawani na sąsiednie wyspy. Posłużyło to Toussaintowi jako pretekst do zbrojnej interwencji i jego zaprawione w boju oddziały w styczniu 1801 roku zajęły stolicę tego obszaru – Santo Domingo.

Umocniony tymi sukcesami, Toussaint ogłasił 8 lipca 1801 roku konstytucję San Domingo, którą potwierdził zniesienie niewolnictwa i wprowadził równość obywateli wobec prawa, a sam mianował się gubernatorem generalnym wyspy. Kolonia stała się faktycznie na wpół niezależnym państwem (dominium), czego Francja nie zamierzała zaakceptować. Pierwszy konsul Republiki, Napoleon Bonaparte postanowił wysłać na zrewoltowaną wyspę silną ekspedycję wojskową. Przy tej okazji – marząc już o przywróceniu monarchii pod swoim berłem – pozbył się z Francji zbyt republikańskich oficerów i oddziałów, w tym części polskich legionów, które po podpisaniu pokoju z Austrią, dosłownie gnuśniały we Włoszech. Polskie formacje, niosące na swych sztandarach hasło „za naszą i Waszą wolność” oraz składające się w większości z jeńców z armii austriackiej, czyli pańszczyźnianych chłopów galicyjskich otrzymały zadanie tłumienia buntu niedawnych niewolników…

2 lutego 1802 roku z portowych nadbrzeży Cap – stolicy północnego departamentu – zauważono żagle potężnej francuskiej eskadry. Generał Toussaint spodziewał się francuskiej interwencji, ale nie aż tak licznej. Admiralski okręt „Ocean”, na którym przebywał dowódca ekspedycji, szwagier Bonapartego (mąż jego siostry, Pauliny), generał Victor Emanuel Leclerc prowadził zespół liczący 14 283 żołnierzy. Po krótkich negocjacjach, w czasie których Francuzi chcieli bezskutecznie przeciągnąć na swoją stronę pochlebstwami i obietnicami komendanta wojskowego miasta, generała Christophe’a, dumny wódz odrzucił kategorycznie żądania kapitulacji. 4 lutego francuskie wojska rozpoczęły desant. W tym momencie generał Christophe rozkazał podpalić miasto i wycofać się w góry. Francuzi zajęli Cap w dwóch trzecich spalone – było to dla nich groźne memento krwawej wojny partyzanckiej. Początkowo jednak wszystko układało się po myśli generała Leclerca. Następne dni przyniosły Francuzom same zwycięstwa; najpierw prawie bez strzału zajęli Port-au-Prince i wschodnią (hiszpańską) część wyspy, a następnie większość departamentu południowego i strategiczne miejscowości w departamencie północnym. Wojska Toussainta albo wciąż cofały się w góry, albo przechodziły na stronę Francuzów. 17 lutego 1802 roku Leclerc wydał proklamację, w której potępił tych, którzy się jeszcze nie poddali, a generałów Toussainta i Christophe’a wyjął spod prawa. Jednocześnie dał rozkaz do „ostatecznej” ofensywy, która miała położyć kres rządom gubernatora generalnego. Wojska francuskie znowu zaczęły odnosić sukcesy, między innymi zdobyto miasto Gonaïves i dzielnie bronioną twierdzę Crête-à-Pierrot, lecz oddziały generała Christophe’a, mimo że w ciągłym odwrocie, wciąż przyjmowały walkę i odchodziły z pola boju w pełnym porządku. Przyszedł marzec, a generał Leclerc nadal nie mógł ogłosić, że wróg został pobity. Przeciwnie, wojska Christophe’a przestały się cofać i na początku kwietnia w Dondon odrzuciły Francuzów w kierunku Cap. Ten sukces obie wyczerpane strony postanowiły wykorzystać do rozpoczęcia rokowań. Generał Christophe spotkał się z generałem Leclercem, który z miejsca uchylił swój wyrok banicji wobec czarnoskórego wodza i przyrzekł mu zachowanie dowództwa i potwierdzenie stopni wszystkim oficerom jego armii. W wyniku tych propozycji, generał Christophe przeszedł na stronę Francuzów z 1500 żołnierzami i 10 działami, co dla Toussainta było prawdziwą klęską. Nie pozostało mu nic innego, jak pójść w ślady swego generała i 5 maja oddał szpadę Leclercowi. Ostatni kapitulował generał Dessalines. Francuski wódz wszystkich swoich niedawnych przeciwników zachował na piastowanych przez nich stanowiskach dowódczych, a ich oddziały pozostawił pod bronią. Sam Toussaint wycofał się do swojej plantacji Ennery, gdzie zajął się gospodarowaniem.

Wydawało się, że sytuacja jest opanowana, a władzy francuskiej na wyspie już nic nie zagrozi. Na San Domingo powróciło wielu francuskich plantatorów, którzy szybko zaczęli domagać się zwrotu swoich dóbr, rozbrojenia murzyńskich armii, a nawet powrotu do systemu niewolniczego. Lecz w tym momencie armia francuska zaczęła coraz bardziej słabnąć – choroby tropikalne, zwłaszcza żółta febra, dziesiątkowała jej szeregi w zastraszającym tempie. Żołnierze marli już nie dziesiątkami czy setkami, lecz tysiącami, wobec czego generał Leclerc zdecydował o możliwie szybkim rozbrojeniu oddziałów murzyńskich. Jednocześnie 7 czerwca 1802 roku Francuzi aresztowali generała Toussainta i wywieźli go do Francji, gdzie zmarł w ciężkim więzieniu (6 kwietnia 1803). Leclerc pozbywszy się największego autorytetu na wyspie dolał oliwy do ognia, wystawiając 30 czerwca dekret, który między innymi przywracał na San Domingo przymus pracy, a to już mogło się wydawać wstępem do powrotu niewolnictwa.

Na początku lipca 1802 roku Francuzi przystąpili do masowego rozbrajania wojska murzyńskiego, a że byli już osłabieni chorobami, chcieli tego dokonać szybko poprzez terror. Zaczęły się masowe egzekucje – co oporniejszych rozstrzeliwano lub topiono w morzu. Biali plantatorzy już otwarcie mówili o przywróceniu niewolnictwa i wskazywali przykład Gwadelupy, gdzie powrócono do starego systemu… Na przełomie lipca i sierpnia wybuchło powstanie, które szybko rozlało się na całą wyspę. Sytuacja coraz słabszych wojsk Leclerca była coraz groźniejsza. Francuski wódz słał do swego szwagra prośby o posiłki, które pierwszy konsul świadomy zagrożenia już sposobił. W tym momencie na karaibskim teatrze działań mieli pojawić się osławieni w bojach, lecz już niezbyt wygodni politycznie w czasie pokoju polscy legioniści.

Pierwszym polskim żołnierzem na San Domingo był przedstawiciel znamienitego rodu hetmańskiego i weteran insurekcji kościuszkowskiej, generał brygady Władysław Jabłonowski. Co ciekawe, generał był Mulatem (nazywano go w legionach „Murzynkiem”) – „dzieckiem miłości” Marie Delaine, kuzynki króla polskiego i księcia Lotaryngii Stanisława Leszczyńskiego oraz czarnoskórego lokaja. Nazwisko otrzymał po swoim przybranym ojcu – Konstantym Jabłonowskim, który go adoptował. Na wyspę wyruszył na własną prośbę, osobiście przedłożoną pierwszemu konsulowi, dla „poratowania finansów będących w tragicznym stanie”. 15 sierpnia 1802 roku dołączył wraz ze swoim adiutantem, kapitanem Konstantym Przebendowskim do sztabu generała Leclerca. We wrześniu stanął na czele sił przeznaczonych do tłumienia powstania w departamencie południowym, ale zachorował na żółtą febrę i już 29 września 1802 roku zmarł. W późniejszym okresie walk dużą karierę zrobił jego były adiutant – kapitan Przebendowski w randze szefa szwadronu został adiutantem naczelnego wodza armii francuskiej po śmierci Leclerca, generała Donatiena Rochambeau.

Po dotarciu rozpaczliwych monitów o posiłki, Bonaparte postanowił szybko wysłać na wyspę ponad 9000 żołnierzy, w tym Polaków. Jako pierwszą wyznaczono 3. półbrygadę liniową Legii Naddunajskiej, która stacjonowała w włoskim Livorno. Jej kadra była do tego stopnia nastawiona republikańsko, że nie chciała się zgodzić na przejście na żołd Królestwa Etrurii i głosiła, że woli raczej już służbę kolonialną. Wielu oficerów złożyło dymisję, w tym jej dowódca, pułkownik Stanisław Fiszer. Początkowo decyzję o użyciu polskiej jednostki do tłumienia powstania oprotestował także generał Henryk Dąbrowski, ale jednocześnie odrzucił alternatywny plan przerzucenia oddziałów polskich do Turcji, by następnie przeszły na ziemie polskie i po zajęciu Kamieńca Podolskiego wywołały ogólnonarodowe powstanie. Polski wódz zdawał sobie sprawę z niedorzeczności tego planu i w końcu zaaprobował wysłanie swoich żołnierzy na dalekie Karaiby.

Nowym dowódcą oddziału został Francuz, pułkownik Fortunat Bertrand. Trzecia półbrygada formalnie miała na stanie 96 oficerów i 3138 żołnierzy, ale faktycznie liczyła 2810 ludzi i tylu zostało skierowanych w pierwszym rzucie na wyspę. Po otrzymaniu lekkich mundurów kolonialnych (rogatywki zmieniono na słomkowe kapelusze), racji żywnościowych i wypłaceniu żołdu (co nieco poprawiło nastroje) 17 maja 1802 roku zaokrętowano ich na 12 okrętów transportowych. 11 lipca okręty z Polakami dotarły do Kadyksu. Stąd Bertrand wysłał do swoich przełożonych prośbę o przemianowanie polskiego oddziału na francuską 113. półbrygadę liniową, co zostało zaaprobowane. Po niezwykle ciężkiej podróży, w ciasnocie i smrodzie pod pokładem oraz marnymi racjami żywnościowymi, dzięki którym szalał szkorbut, Polacy wylądowali na San Domingo 2 września 1802 roku (10 oficerów i 432 żołnierzy od razu trafiło do lazaretu).

W listopadzie 1802 roku przystąpiono do formowania drugiego rzutu posiłków dla walczących w karaibskiej kolonii (ogółem planowano wysłać w nim ponad 12 000 żołnierzy). Tym razem padło na 2. półbrygadę liniową Legii Naddunajskiej pod dowództwem pułkownika Aksamitowskiego, która od grudnia 1802 roku stacjonowała w Reggio. Ta jednostka także stała się niewygodna we Włoszech, a jej oficerów oskarżano o masońskie sprzysiężenie przeciwko pierwszemu konsulowi i, oczywiście, poglądy republikańskie. Polaków następnie przesunięto do Parmy w sile 83 oficerów i 2600 legionistów. Na początku roku 1803 półbrygada pomaszerowała do Genui, gdzie 27 stycznia wypłynęła pierwsza grupa jej żołnierzy (około 1960), następną grupę zaokrętowano 13 lutego. Ten oddział także przemianowano na formację francuską – 114. półbrygadę liniową. Do San Domingo 114. półbrygada dotarła po równie ciężkiej podróży, jaką miał pierwszy rzut w marcu 1803 roku.

Gdy pierwsi legioniści polscy lądowali na San Domingo, sytuacja walczącej tutaj armii francuskiej była już bardzo poważna. Na początku powstania niedawni dowódcy Toussainta-Louvertre’a z generałami Christophe’m i Dessalinesem na czele pozostawali wierni Francuzom i razem z nimi przystąpili do tłumienia buntów (Dessalines otrzymał nawet od powstańców przydomek „Rzeźnik” za gorliwość w ich zwalczaniu). Wszystko to miało się jednak bardzo szybko zmienić. W październiku 1802 roku powstańcy przeszli do ofensywy (oblegali między innymi Cap), a Francuzi mimo posiłków dziesiątkowani przez choroby zepchnięci zostali do defensywy. Widząc to, ich niedawny gorliwy sojusznik, generał Dessalines 17 października przeszedł ze swymi oddziałami na stronę powstańców. Następnego dnia to samo uczynił generał Christophe. Mimo nieufności do niedawnego „Rzeźnika”, Dessalines został wodzem naczelnym insurekcji, a Christophe jego szefem sztabu – odtąd powstańcy zaczęli nazywać się Niezależnymi. Wojna weszła w nową fazę – coraz bardziej niekorzystną dla kolonizatorów. Kolejnym ciosem dla Francuzów była śmierć ich naczelnego wodza – generał Leclerc umierł na żółtą febrę 2 listopada 1802 roku na pobliskiej Tortudze. Zastąpił go znany z okrucieństwa generał Donatien Rochambeau. Dzięki niemu konflikt przybrał jeszcze bardziej krwawe oblicze. Walki przeplatane były egzekucjami, obie strony nie brały jeńców. Francuzi schwytanych powstańców palili na stosach lub obciążonych kamieniami wrzucali do morza. Powstańcy także palili swoich jeńców żywcem lub włożywszy między deski przepiłowywali piłami.

Posiłki, które przypływały na pomoc walczącym Francuzom praktycznie od razu z pokładu (oprócz chorych) maszerowały do walki. Nie inaczej było też w wypadku Polaków. Dowództwo francuskie z zadowoleniem przyjęło fakt o pojawieniu się polskich żołnierzy na wyspie, pamiętając o ich wyczynach we Włoszech i Niemczech, ale jak się miało niedługo okazać, Polacy nie byli ani przygotowani do działań partyzanckich, ani w większości nie mieli serca do udziału w wojnie przeciwko ludziom podobnie zniewalanym jak oni. Ponadto polskie oddziały nie walczyły w całości, lecz były dzielone na bataliony i mniejsze jednostki, które doraźnie dołączano do formacji francuskich lub wyznaczano im konkretne zadania. Francuzi wypracowali specjalną taktykę walki z oddziałami Niezależnych. Według niej, każdy oddział musiał być ubezpieczony z przodu i z boków, poruszać się jak najciszej i biwakować bez ognisk. Ponadto zabroniony był przemarsz w szyku zwartym, a żołnierze mieli posuwać się w odstępach, gęsiego, z bronią gotową do strzału. Do wroga mieli podchodzić w ciszy i skrycie, wykorzystując w tym celu ukształtowanie terenu. Atakować od frontu połową sił, a druga połowa miała w tym czasie obejść nieprzyjaciela i zaatakować go od tyłu.

Niestety, Polacy nie mieli czasu, by wpoić sobie zasady tej antypartyzanckiej taktyki. Ponadto, na wyspę przybyli ze zdezelowanymi w większości karabinami, których nie wymieniono im we Włoszech… I tak w szybkim tempie wytracona została 113. półbrygada. Jej 1. batalion pod dowództwem pułkownika Michała Gabriela Wodzińskiego został w październiku 1802 roku okrążony przez mulackie oddziały generałów Pétiona i Clerveaux, którzy zaskoczyli swoich „sojuszników” przejściem na stronę powstańców. Okrążeni Polacy musieli przebijać się z ciężkimi stratami. Po dwóch miesiącach intensywnych walk z 984 żołnierzy 1. batalionu pod bronią pozostało 150 (między innymi w czasie obrony Fortu Jeanot pod Cap zginął szef batalionu Wodziński). Rok później oddział miał już tylko 20 ludzi.

Drugi batalion pod dowództwem pułkownika Wojciecha Bolesty liczący 701 ludzi został rzucony do walk w departamencie zachodnim, a następnie południowym, gdzie po odzyskaniu kontroli nad jego ważniejszymi miejscowościami zasilił ich załogi wojskowe. Jego żołnierze mieli zapisać jedną z kontrowersyjnych kart polskiego oręża. Mianowicie po przejściu generała Dessalinesa na stronę insurekcji 17 października 1802 roku, w miejscowości Saint Marc czterystu czarnoskórych żołnierzy batalionu kolonialnego, którzy stanęli do apelu bez broni, zostało otoczonych przez pozostałe oddziały załogi miasta i następnie wymordowanych. Dawniejsza historiografia oskarżała o ten czyn wyłącznie Polaków (także Stefan Żeromski w swych Popiołach), których służyło tutaj 115. Dzisiaj nie ma wątpliwości, że bezpośrednimi egzekutorami byli żołnierze francuscy z batalionu pułkownika Verniera, a Polacy jedynie asekurowali akcję.

Trzeci batalion pułkownika Franciszka Grabskiego w sile 634 żołnierzy został włączony do dywizji generała Jean’a Brunet’a, która pacyfikowała masyw północny wyspy i chroniła tamtejsze szlaki. Polacy między innymi wzięli tutaj udział w niezwykle krwawych walkach o miejscowość Limbe (14 października 1802), gdzie mimo kilku sukcesów ponieśli ogromne straty. Tragiczny los spotkał 3. kompanię kapitana Antoniego Sangowskiego liczącą 50 legionistów. Polacy w trakcie przemarszu przez puszczę, zostali otoczeni przez przeważające siły powstańców. Sangowski zdecydował się pertraktować i na parol, że po złożeniu broni wszyscy zostaną puszczeni wolno skapitulował. Gdy tylko żołnierze oddali ostatni karabin, zostali wyłapani i przywiązani do drzew. Następnie partyzanci zaczęli obcinać im uszy, nosy i języki oraz wydłubywać oczy. Z tej rzezi udało się wyrwać czterem żołnierzom i samemu Sangowskiemu. Po ewakuacji do Cap 9 listopada, okazało się, że w batalionie pozostało przy życiu jedynie 278 żołnierzy (w tym większość była chora na żółtą febrę). 1 grudnia 1802 roku resztki batalionu wcielono do 31. półbrygady francuskiej. W marcu 1803 roku 113. półbrygada była tak przetrzebiona, że myślano o jej skreśleniu z ewidencji (ostatecznie jej niedobitki wcielono do 114. półbrygady).

Nie lepiej powiodło się 114. półbrygadzie liniowej, która podobnie jak jej poprzedniczka, od razu i w częściach z okrętów szła do boju. A sytuacja wiosną 1803 roku na wyspie była już tragiczna. Francuzi bronili się jeszcze w ważniejszych bazach, ale Niezależni, a zwłaszcza choroby tropikalne dziesiątkowały ich w zastraszającym tempie. Generał Rochambeau pchnął nowe posiłki od razu do ataku, mając nadzieję, że kolejna ofensywa odwróci wreszcie losy batalii. Jej celem stała się równina Torbeck na południu, gdzie koncentrowały się główne siły powstańcze. 114. półbrygada stała się trzonem trzech z czterech kolumn bojowych, które koncentrycznym atakiem miały zająć równinę. Jednak brak synchronizacji między kolumnami, ciągłe ataki partyzantów i żółta febra spowodowały, że rozpoczęta na początku kwietnia ofensywa nie przyniosła upragnionego rozstrzygnięcia. Pozostali przy życiu i zdrowiu Polacy w większości wycofali się 23 kwietnia do twierdzy Cayes. Polscy żołnierze bronili się tam dzielnie, ale zaczęła ich dziesiątkować w zastraszającym tempie żółta febra.

Sytuacja wojsk francusko-polskich w maju 1803 roku stała się beznadziejna: do wojny po stronie Niezależnych przystąpiła Anglia. Obrońcy (jeszcze około 11 000 żołnierzy) nie mogli już liczyć na kolejne posiłki – należące jeszcze do nich porty zostały od strony morza zablokowane przez flotę angielską, a na lądzie oblegane przez coraz potężniejsze siły insurekcji. W tej sytuacji generał Rochambeau nakazał latem 1803 roku skoncentrować swe szczupłe już siły w Cayes, Jeremie i Port-au-Prince na południowym wybrzeżu. W Jeremie broniła się siedemsetosobowa załoga pod dowództwem generała Fressineta. Oblegało ich ponad 4000 powstańców pod wodzą generała Ferru. W mieście nieprzygotowanym na długotrwałe oblężenie panował głód. Na domiar złego na stronę Niezależnych przeszła mulacka gwardia narodowa (podobno wraz z kilkoma Polakami). Liczba żołnierzy zdatnych do obrony stopniała do 200. Z tego powodu generał Fressinet zdecydował się ewakuować miasto. Jednak wobec niedostatecznej liczby okrętów, pozostawiono polską załogę cytadeli w sile 140 legionistów i 40 Francuzów strzegących brodów. Polacy kapitulowali 5 sierpnia 1803 roku. Generał Ferru w uznaniu dzielności legionistów, pozwolił im odpłynąć na Kubę, natomiast 40 Francuzów rozkazał wymordować. Po upadku Jeremie, Niezależni przerzucili swe siły pod Cayes, które mimo szalejącej epidemii żółtej febry nadal nie kapitulowało. Załoga francusko-polska broniła się do 12 października, kiedy to poddała się blokującym twierdzę od morza Anglikom. Do angielskiej niewoli dostało się 25 oficerów i 231 żołnierzy polskich, którzy następnie zostali przewiezieni na Jamajkę. Kilka dni wcześniej, bo 9 października generał Dessalines wkroczył do opuszczonego przez obrońców Port-au-Prince.

Po tych klęskach generał Rochambeau rzucił do ostatniej walki pozostałe mu wojsko i poniósł ostateczną klęskę 18 listopada 1803 roku pod Vertières. 29 listopada oddziały generała Dessalinesa triumfalnie wkroczyły do Cap, a następnego dnia generał Rochambeau podpisał akt kapitulacji. 1 stycznia 1804 roku na centralnym placu Gonaïves Niezależni proklamowali niepodległość francuskiej części San Domingo, nadając drugiemu niezawisłemu państwu w Ameryce starą indiańską nazwę – Haiti. Jednocześnie generał Dessalines koronował się na cesarza Jakuba I (bardzo mu zależało, by akt koronacji dokonał się przed nałożeniem korony cesarskiej przez Napoleona Bonaparte…). Mimo klęski, Francuzi bronili się jeszcze we wschodniej części wyspy, której ośrodkiem było Santo Domingo. W ich szeregach walczyło około 40 Polaków. Te niedobitki kapitulowały przed Hiszpanami dopiero w lipcu 1809 roku! Większość z nich znalazło się na Kubie.

Straty Polaków w kampanii na San Domingo były bardzo wysokie. Bonaparte nie zdołał utrzymać tej cennej w trzcinę cukrową koloni, ale z pewnością osiągnął jeden cel: pozbył się skutecznie żywiołu republikańskiego w swej armii. Z blisko 5280 polskich legionistów wysłanych na Antyle śmierć poniosło 4000. Do Francji powróciło 330. Na hiszpańskiej Kubie zostało około 200 legionistów (niektórzy przedostali się później do Stanów Zjednoczonych). Kolejne piekło czekało szeregowców, których Anglicy po wzięciu do niewoli wywieźli na Jamajkę. Ci, którzy przeżyli bardzo ciężkie warunki w obozach, przeważnie zostali wcieleni w szeregi wojska angielskiego (około 500) i znaleźli się na froncie hiszpańskim – niektórym udało się wtedy wrócić w polskie szeregi w armii Napoleona (około 150). A byli też tacy, którzy swój los związali z armią Niezależnych i młodym państwem Jakuba I, przy nich warto zatrzymać się na chwilę, gdyż pamięć o nich na Haiti okazała się żywa do dzisiaj. Stali się też oni dowodem na to, że duch republikański ocalił po części polskich żołnierzy przed całkowitym „zbydlęceniem” w wojnie kolonialnej. Chociaż przyznać trzeba od razu, że ich liczbę zawyżono dzięki mało chwalebnej sprawie…

Początkowo, jak zostało wyżej napisane, Francuzi bardzo liczyli na żołnierzy polskich zaprawionych w bojach z Austriakami. Ale doświadczenie w wojnie regularnej często na niewiele się zdawało w walce z insurekcją partyzancką. Wprawdzie Polacy odznaczali się broniąc twierdz lub biorąc udział w nielicznych regularnych bitwach, ale w puszczy haitańskiej, nieobeznani w „akcjach specjalnych” ustępowali pola. I co najistotniejsze, szybko zrozumieli, że walczą z „podobnymi do siebie” powstańcami pragnącymi zrzucić obce jarzmo. Raport francuskiego generała Brunet’a nie pozostawiał wątpliwości co do wartości polskich sojuszników: „Ci ludzie [są] ciężcy i apatyczni, obcy naszym zwyczajom, w tak ogromnej odległości od swej ojczyzny, tracą tu całą swą energię, nie mogą podołać trudom marszów, i są przerażeni niebezpieczeństwami wojny kolonialnej, o której nie mają pojęcia. Jest niemożliwe użycie ich inaczej jak w garnizonach, a i to niebezpiecznie im powierzać”. Z drugiej strony, polscy legioniści mieli żal do Francuzów, że są ostatni przy wypłacaniu żołdu, że walczą często głodni i starą, wadliwą bronią. A co najgorsze, niejednokrotnie pozostawiani są na straconych pozycjach, jako „mięso armatnie”. Do Niezależnych (często dzięki miejscowym oddziałom, które przechodziły na ich stronę – niedawnym „sojusznikom” Polaków) szybko dotarły te animozje, a ponadto zauważyli, że Polacy znacznie częściej od Francuzów obchodzą się humanitarnie ze schwytanymi partyzantami. Dzięki temu Polacy również często mogli liczyć na względy po poddaniu się (jeśli ginęli, oszczędzano im tortur). Na przykład tak do polskich jeńców przemówił generał Paul Louverture: „Biedni Polacy, Francuzi was uwiedli, kazali wam szukać ojczyzny waszej pod skwarnym niebem, usługi wasze niewdzięcznością opłacając”. Wreszcie znaleźli się i tacy, którzy z bronią w ręku przeszli na stronę powstańców (nie było wśród nich oficerów). Do końca nieznana jest ich liczba – jedna z legend (bo tak niestety można tylko nazywać te niepotwierdzone przekazy) mówi o 30 legionistach polskich, z których generał Dessalines uczynił swoją gwardię przyboczną. Miała ona bardzo dzielnie bić się pod Vertières. Francuzi podawali nawet liczbę 400 „polskich zdrajców”, którzy przeszli na stronę wroga. Jak się miało okazać, była to nieprawda, spowodowana oszustwem kilku nieuczciwych polskich oficerów. Mianowicie rada administracyjna (intendentura) 113. półbrygady liniowej pobierała żołd za tak zwane martwe dusze (postępek powszechny w ówczesnych armiach), czyli żołnierzy, którzy dawno już powinni być w wyniku chorób, ran i śmierci skreśleni z ewidencji oddziału. Rada zagrożona nadzwyczajną inspekcją podała do sztabu, że tych kilkuset ludzi zdezerterowało do wroga… Po upadku kolonii, jak pisze we swych wspomnieniach uczestnik tamtejszych walk, generał Kazimierz Małachowski: „dzienniki francuskie, a za nimi i wszystkie zagraniczne głosiły, żeśmy przechodzili na stronę Murzynów i z nimi przeciwko Francuzom walczyli, i że dlatego kolonia utrzymać się nie mogła”. Generał Małachowski, po powrocie z San Domingo, osobiście udał się do Paryża, by przed samym Napoleonem zaprzeczyć tym pogłoskom. Na miejscu został poinformowany przez Murata, że cesarz dowiedział się już prawdy o mistyfikacji kwatermistrzostwa i „nawet jest niekontent, że to do pism podano, a więcej ani słowa o tem”. Mimo tego fakt ten nadal był rozgłaszany i z czasem utrwalił się jako przejaw polskiego romantyzmu…

Jednak bezsprzecznie jakaś niewielka liczba polskich żołnierzy, mających dosyć warunków panujących na „francuskim żołdzie” przeszła na stronę Niezależnych. Dowodem sympatii dla polskich żołnierzy u generała Desselinesa, a niebawem Jakuba I mógł być też fakt, że swoją 20. półbrygadę nazwał „polską”. Służyli w niej tak zwani Kongosi, czyli Afrykańczycy przybyli na wyspę niedawno i nieznający języka francuskiego ani kreolskiego – mówiący językami tak niezrozumiałymi, jak polski. Różne źródła podają, że na Haiti pozostało od 400 do 250 Polaków (w większości początkowo w charakterze jeńców) i dokładne dane nie są już możliwe do oszacowania. Do końca XIX wieku na wyspie miało żyć ponoć jeszcze około 50 rodzin o polsko brzmiących nazwiskach. Liczby w tym wypadku zawodzą, lecz legenda o Polakach na Haiti żywa jest do dzisiaj.

Jak Feniks z popiołów, czyli żywot pana de La Salle

Pierwszymi odkrywcami i badaczami Kanady zwanej też Nową Francją byli głównie jezuici – misjonarze samotnie przemierzający wydawałoby się bezgraniczne knieje i rozlewiska wielkich jezior. Jednym z tych nieustraszonych ludzi był ojciec Jacques Marguette. Będąc już w podeszłym wieku w 1673 roku wraz z oficerem Ludwikiem Jolliet dotarł łódką aż do górnej Missisipi. Tutaj niestety zapadł na malarię. Zdążył jeszcze w drodze powrotnej pokonać 300 kilometrów do misji świętego Ignacego nad jeziorem Michigan, gdzie wkrótce zmarł. Jednak jego relacja o wielkiej rzece rozlanej jak morze, wśród niezliczonych pokrytych zielenią wysp została zasłyszana przez innego związanego w młodości z jezuitami Francuza posiadającego majątek ziemski nieopodal Montrealu. René-Robert Cavelier de La Salle (ur. 1643) rodem z Rouen miał za sobą nowicjat jezuicki, lecz w 1667 roku wystąpił z zakonu z powodu opinii przełożonych o jego „niestabilności umysłowej”. Młody szlachcic postanowił szukać szczęścia w życiu za oceanem i wyjechał do Nowej Francji, gdzie jego „niestabilny umysł”, a raczej niespokojny duch trafił na podatny grunt. De La Salle szybko zauroczyły dzikie krainy. Jako jeden z pierwszych białych zobaczył wodospad Niagara, nauczył się kilku języków indiańskich i w swoim kanoe dopłynął podobno aż do rzeki Ohio. Gdy usłyszał o wyprawie ojca Marguette postanowił nad „wielką rzeką” stworzyć dla korony francuskiej imperium, którego bogactwo opierałoby się na sieci fortów i faktorii handlowych mających przynosić olbrzymie zyski.

W 1677 roku de La Salle wyjechał do Francji, by starać się o królewskie poparcie dla swych planów. Ludwikowi XIV spodobał się śmiały plan swego poddanego i wystawił mu królewski patent na odkrycie terenów między Meksykiem, Florydą i Nową Francją; ponadto patent dawał mu monopol na handel futrami w przyszłej koloni. Perspektywy były bardzo obiecujące, ale niestety nie zostały poparte żadnymi funduszami z królewskiej kasy. Nie zniechęciło to pana de La Salle – postawił dosłownie wszystko na jedną kartę i zastawił cały swój majątek na poczet przedsięwzięcia.

W 1678 roku de La Salle wrócił do Kanady i za własne i pożyczone fundusze zorganizował wyprawę nad jezioro Erie. Tutaj zbudował pierwszy na Wielkich Jeziorach statek żaglowy – „Griffon”, którym dotarł aż do Green Bay na jeziorze Michigan. W międzyczasie jednak wyczerpały się fundusze przeznaczone na wyprawę, więc by zaspokoić swych wierzycieli de La Salle załadował na „Griffona” wszystkie zdobyte skóry i wysłał go w kierunku kanadyjskiego wybrzeża. Natomiast sam z resztą załogi liczącą około 50 ludzi udał się do Illinois, gdzie zbudował fort o wymownej nazwie Crevecoeur (Złamane serce), w którym mieli poczekać na powrót statku.

Niestety, „Griffon” nie wracał, kończyły się zapasy, a przede wszystkim amunicja, bez której w dzikich ostępach nie dało się przeżyć. Ludzie zaczęli się buntować i dezerterować. De La Salle zdecydował się na szaleńczy krok – przemaszerowanie z Illinois na wybrzeże kanadyjskie wzdłuż rzeki Illinois do Ontario 1700 kilometrów w czasie wyjątkowo ostrej zimy! Ponad dwumiesięczny marsz przez śnieżne zaspy i mroźne zawieje zdołał przeżyć tylko de La Salle. Dowlókł się na odmrożonych nogach do fortu Frontenac. Tutaj czekała na niego wiadomość, że „Griffon” przepadł bez śladu, a wszystko co jeszcze posiadał zagarnęli wierzyciele. Na domiar złego w niedługim czasie traperzy przynieśli wieści, że z fortu Crevecoeur nie został kamień na kamieniu – osadników i zaprzyjaźnionych Indian mieli wymordować śmiertelni wrogowie Francuzów – Irokezi.

Te hiobowe wieści nie załamały jednak francuskiego szlachcica. Zdołał zebrać nowe fundusze i w 1681 roku wyruszył na czele 40 ludzi w kolejną ekspedycję w dół rzeki Illinois. Tym razem 6 lutego 1682 roku dotarł do upragnionych wód królowej amerykańskich rzek – Missisipi i popłynął nią na południe, ku morzu. 9 kwietnia osiągnął deltę Missisipi. Ciepły wiatr od morza wionął przez laguny, a horyzont, który roztaczał się przed szczęśliwym de La Salle był Zatoką Meksykańską. Dzielny Francuz nie tylko przepłynął Missisipi, ale otworzył drogę wodną ku Antylom. W imieniu króla objął ten kraj i nazwał na jego cześć Luizjaną (nie należy jej mylić z późniejszym stanem Luizjana utworzonym w zachodniej części dolnego biegu Missisipi). W drodze powrotnej założył fort Sain Louis, który miał strzec tą krainę przed wrogimi plemionami.

W Nowej Francji nieoczekiwany sukces de La Salle wzbudził przede wszystkim zawiść i przysporzył mu nową rzeszę wrogów. Odkrywca Luizjany znowu musiał udać się w podróż do „Starej” Francji, by u króla szukać oparcia i funduszy na utrzymanie nowych posiadłości przy koronie. Tym razem Król Słońce w pełni poparł plany swego odważnego poddanego i kazał przydzielić mu cztery okręty z pełnym wyposażeniem i 280 żołnierzy i osadników.

Wyprawa ruszyła 24 lipca 1684 roku, ale niestety de la Salle i jej głównodowodzący, kapitan Beaujeu nie przypadli sobie do gustu, a ich kłótnie ostatecznie przyczyniły się do późniejszej tragedii ekspedycji. Zaczęło się od zdobycia przez hiszpańskich piratów jednego z okrętów wiozących prowiant. Kapitan Beaujeu, by uniknąć dalszych ataków Hiszpanów okrążył Kubę od południa, co spowodowało, że de La Salle zupełnie stracił orientację i nie umiał wskazać delty Missisipi od strony morza.

To spowodowało, że gdy 28 grudnia na zachodzie zamajaczył jakiś ląd, de La Salle pod presją zniecierpliwionej załogi i osłabiony żółtaczką (a prawdopodobnie też pierwszymi atakami malarii) uznał go za punkt docelowy wyprawy. Kiedy stanął wraz z przydzielonymi mu żołnierzami i osadnikami na brzegu, zobaczył przerażony dzikie i puste wybrzeże, pozbawione bujnej roślinności i kwitnących magnolii, których obraz zapamiętał z delty Missisipi. W rzeczywistości była to leżąca 600 kilometrów na zachód od ujścia Missisipi zatoka Matagorda w Teksasie! Co gorsza, gdy de La Salle ze swoimi ludźmi patrolował niegościnne wybrzeże, kapitan Beaujeu ulotnił się wraz ze swą flotą, pozostawiając jeden uszkodzony i na wpół zatopiony statek prowiantowy z zamoczoną żywnością i bez jednej baryłki prochu…

Pan de La Salle znalazłszy się kolejny raz w sytuacji bez wyjścia odzyskał równowagę ducha. Zmusił swych ludzi do posłuchu i zapędził do budowy fortu, który miał ich ochronić przed dzikimi zwierzętami i wrogimi tubylcami. Następnie dwa razy wyruszał na wyprawy w poszukiwaniu Missisipi, na próżno, tracąc po drodze wszystkich współtowarzyszy. W ciągu dwóch lat pobytu w zatoce Matagorda z 280 ludzi pozostało przy życiu 45, a ci podobni byli już bardziej do dzikich zwierząt…

De La Salle powalony malaryczną gorączką postanowił powtórzyć wyczyn z fortu Crevecoeur. Tylko że teraz z wybrzeży Teksasu do Krainy Wielkich Jezior miał do pokonania 4000 kilometrów dzikich bezdroży, przy których puszcza kanadyjska wydawała się pałacowym parkiem. Do tego Francuzi nie posiadali broni palnej, ani zapasów pożywienia. Jednak dalsze pozostawanie na miejscu doprowadziłoby ich wszystkich jedynie do szaleństwa i powolnej śmierci.

7 stycznia 1687 roku de La Salle wraz ze swym starszym bratem Jeanem Cavelier, jego synem i grupą wybranych ludzi wyruszyli w drogę z Matagorda na północny wschód. Tratwą przeprawili się przez rzeki Brazos i San Jacinto. 15 marca dotarli do Trinity River – oddaloną tylko o 200 kilometrów na północny wschód od Matagorda. Okazało się, że w takim tempie pokonanie teksańskich pustkowi może zająć im nawet dwa lata! Nad Trinity River doszło do ostatecznej klęski de La Salle.

Francuzi, by zwiększyć szanse na upolowanie jakiejś zwierzyny, podzielili się na małe grupy, które przemieszczały się w pewnym oddaleniu od siebie. W grupie bratanka de la Salle doszło do kłótni, w wyniku której młody Cavelier i dwóch jego kolegów zostało zamordowanych. Mordercy w obawie przed zemstą de La Salle postanowili go zgładzić. Gdy zrozpaczony szlachcic przetrząsał w poszukiwaniu bratanka nadrzeczne zarośla, został zamordowany ciosem włóczni w plecy. Mordercy pozostawili jego ciało nad rzeką na pastwę dzikich zwierząt, a sami prawdopodobnie uciekli do któregoś z okolicznych plemion indiańskich.

W tym czasie inna grupa z bratem de La Salle – Jeanem Cavelier – na czele dotarła do Arkansas i nie tylko odnalazła brzegi Missisipi, ale natknęła się na widomy znak obecności białych – wysoki drewniany krzyż. Okazało się, że budowniczymi krzyża byli dwaj francuscy traperzy, Coutoure i Delounay, których ich nieszczęśni rodacy znaleźli w pobliskiej chacie. Ci odprowadzili nieszczęśników aż do Kanady. Jednak w forcie Frontenac nikt nie przejął się śmiercią de La Salle i nikt nie kwapił się, by wyruszyć na ratunek pozostałym przy życiu osadnikom w Matagorda. Jean Cavelier udał się na dwór Ludwika IV, by błagać go o ratunek ludzi pozostawionych w Teksasie, ale król nie raczył go nawet wysłuchać. Po trzech latach od niefortunnej wyprawy ich kości odnaleźli hiszpańscy żołnierze.

Tragizm historii ekspedycji de La Salle pogłębia jeszcze jeden fakt. Okazało się, że przez cały czas pobytu rozbitków w Teksasie, byli oni poszukiwani przez komendanta fortu Saint Louis, założonego w czasie udanej wyprawy do delty Missisipi przez de La Salle. Oddany mu i roztropny komendant, kapitan Tonty, zebrał załogę i popłynął na poszukiwania w dół Missisipi. Przeszukał całe wybrzeże po Pearl River i rozlewisko Missisipi aż do Red River. W końcu powierzył zaprzyjaźnionemu wodzowi Indian list adresowany do de La Salle, w którym opisał swoje starania odnalezienia go i pozostawił w okolicy dwóch swoich ludzi, którymi okazali się spotkani szczęśliwie przez Jeana Caveliera traperzy Coutoure i Delounay! Co do listu, to został on przekazany przez Indian dopiero po trzynastu latach dowódcy kolejnej francuskiej ekspedycji do delty Missisipi, który przeszedł do historii jako założyciel i pierwszy gubernator koloni Luizjany – Pierre Le Moyne d’Iberville.

Marzenie pana de La Salle o stworzeniu doskonałego królestwa w delcie Missisipi miało podobny koniec jak wszystkie wcześniejsze i późniejsze projekty stworzenia „królestw Bożych” czy odnalezienia El Dorado w Nowym Świecie. Do nielicznych śladów francuskiego panowania w Luizjanie można zaliczyć kulturową odrębność i zabytki Nowego Orleanu, który został założony już po śmierci Ludwika XIV, a tak strasznie doświadczonego przez niszczycielski huragan Katrina w 2005 roku.

Niespodziewanie po ponad trzystu latach odnalazły się ślady i „pamiątki” po wyprawie pana de La Salle. W 1995 roku w Matagorda Bay natrafiono na zachowany w dobrym stanie wrak statku prowiantowego noszącego nazwę „La Belle” (Piękny) – pozostawionego z powodu uszkodzeń przez zdradzieckiego kapitana Beaujeu. We wraku skatalogowano przeszło milion przedmiotów, które miały służyć kolonistom w delcie Missisipi. Odnaleziono także pozostałości jednego z fortów wybudowanych w Teksasie przez rozbitków z ekspedycji de la Salle, nazwanego, jakże by inaczej, Saint Louis.

Mężczyźni Mrs. M’Ros

You won’t find him there for business

Every day at nine

For business is real bad

One client’s all he’s had

In quite a long, long time

Johnny Cash, El Paso

Na cmentarzu Concordia w El Paso w Nowym Meksyku znajduje się grób najsłynniejszego obok „Dzikiego” Billa Hickoka rewolwerowca – Johna Wesleya Hardina, który zginął tragicznie 19 sierpnia 1895 roku.

Na tym samym cmentarzu, trzy kwatery na południe od grobu Hardina, leży mogiła ze znacznie skromniejszym i zniszczonym, płaskim nagrobkiem, w który wmurowana jest, świeżo odrestaurowana tablica z napisem: „Martin M’Rose / Polish Cowboy / Died at Hands of Others / June 29, 1895”. Między śmiercią M’Rose a Hardina jest tylko sześć tygodni różnicy; leżą też niedaleko siebie… Za życia łączyło ich znacznie więcej, bo miłość do jednej kobiety i bandycka przeszłość…

John Wesley Hardin był pogromcą jankeskich żołnierzy „okupujących” Teksas po wojnie secesyjnej i osławionym rewolwerowcem, który przeciwników zaskakiwał wyciągając rewolwery nie z kabur na biodrach, lecz kieszeni kamizelki wszytych na wysokości piersi. Około 1872 roku próbował się ustatkować: ożenił się i osiadł na ranczo w Dewitt. Jednak nie długo zaznał spokoju, bo wdał się w okoliczne konflikty i następnego roku zastrzelił szeryfa i dwóch jego zastępców, gdy chcieli go aresztować. Po czym z rodziną uciekł do Luizjany, a następnie do Alabamy, gdzie pod zmienionym nazwiskiem prowadził tartak. W 1877 roku wytropił go agent El Duncan z Agencji Pinkertona i po długim pościgu schwytał i przewiózł do sądu w Austin w Teksasie. Przed sądem Hardin przyznał się do blisko trzydziestu morderstw, ale jednocześnie nie udowodniono mu, że były to zabójstwa niesprowokowane. Nie udowodniono mu także żadnych rabunków i napadów, więc uniknął stryczka. Skazany na 25 lat ciężkiego więzienia w Hundsville, po kilku nieudanych próbach ucieczki zaczął uczęszczać na… kursy prawa. Po 17 latach odsiadki został ułaskawiony i z córką i synem (żona nie doczekała jego uwolnienia – zmarła w 1892 roku) osiadł w Gonzales, gdzie zdał egzaminy prawnicze i został przyjęty do palestry. Niedługo po tym ożenił się z piętnastoletnią Callie Levis. Jednak to małżeństwo szybko się rozpadło i Hardin z rodziną wyjechał do El Paso, gdzie otworzył kancelarię prawną. Tutaj miał znaleźć zarówno nową miłość, jak i śmierć. Niestety, nie była to historia z klasycznego westernu, gdzie na modłę biblijnej opowieści sprawiedliwy stróż prawa pognębia bandytę i zyskuje miłość pięknej kobiety. Finał tej historii przypomina raczej spaghetti western, w którym wszyscy są bardzo lub jeszcze bardziej źli i zepsuci.

„Polski kowboj” Martin M’Rose naprawdę nazywał się Marcin Mróz i pochodził z polskiej osady Święta Jadwiga w Teksasie. W odróżnieniu od swych rodaków, którzy mieli opinię spokojnych, pracowitych i bogobojnych ludzi Martin był postrachem okolicy. Teksańczycy zapamiętali go jako postawnego, nieokrzesanego, niebieskookiego blondyna, który nie nosił ani bielizny, ani kowbojskich butów tylko trzewiki… W 1890 roku pojawił się w dolinie Pecos w Nowym Meksyku, gdzie początkowo pracował jako kowboj. Szybko jednak zebrał bandę i zaczął kraść bydło okolicznym farmerom, gromadząc spore pieniądze. Prawdopodobnie miał na koncie także kilka morderstw w czasie rabunku bydła i jego imię obrosło złą sławą podobną do tej z Teksasu. W mieścinie Phenix w jednej z knajp poznał rosłą prostytutkę o blond włosach, Helen Beulah, z którą od razu się ożenił. Miłość i narodziny syna dodały mu skrzydeł do tego stopnia, że bydło w dolinie Pasos zaczęło znikać w zatrważającym tempie. Hodowcy wyznaczyli za jego ujęcie znaczną nagrodę. Wiosną 1895 roku małżonkowie uciekli przed ich oddziałami pościgowymi do Juarez w Meksyku.

Meksykanie aresztowali uciekinierów i wtrącili do miejscowego więzienia pod zarzutem nielegalnego przekroczenia granicy. Helen została zwolniona już następnego dnia po zatrzymaniu i wróciła do El Paso. Za jej pośrednictwem Martin wynajął Johna Wesleya Hardina, by zajął się jego ekstradycją do Stanów. Hardin po świeżych niepowodzeniach sercowych, które spowodowały, że się rozpił i popadł w długi z miejsca swoje uczucia skierował w stronę atrakcyjnej żony polskiego banity. Ta również szybko przekonała się do nowego kochanka, a pieniądze, które mąż przekazał na opłacenie sprawy przeznaczyła na zakup udziałów w Wigwam Saloon w El Paso. Hardin postanowił wykończyć Martina, by połączyć się z jego żoną i zdobyć resztę pieniędzy, które pozostały przy banicie. Sprawę tę zlecił miejscowym stróżom prawa, którym obiecał nagrodę, jaką wyznaczono za głowę Polaka.

W tym czasie Martin za łapówkę wykupił się z więzienia i aby nie zostać wydany władzom amerykańskim, przysiągł na wierność rządowi meksykańskiemu. Doszły do niego też pogłoski o romansie żony z jego niedoszłym adwokatem Hardinem. Nie chciał w to wierzyć, choć jednocześnie odgrażał się, że jeśli to prawda, nie przestraszy się wymierzyć rewolweru w stronę człowieka o najszybszym refleksie w tej części Ameryki. Na początku czerwca przyjechał do Juarez zastępca szeryfa z El Paso George Scarborough, by przekonać M’Rose’a do powrotu, a tak naprawdę, by zwabić go w zasadzkę. Początkowo Martin nawet nie chciał słyszeć o powrocie, liczył, że Helen przyjedzie do niego, ale w czasie następnej wizyty, 24 czerwca, Scarborough przekazał mu jej odmowę i jednocześnie propozycję, by spotkali się w połowie mostu kolejowego nad Rio Grande. Miłość do Helen była mocniejsza od instynktu i banita zgodził się zaryzykować. Do szeryfa powiedział tylko „Przebóg, pójdę!”.

W nocy 29 czerwca o umówionej godzinie 23.00 Martin M’Rose wszedł na środek mostu Central Railroad Mexican nad Rio Grande. Szeryf Scarborough już na niego czekał. Usiedli na moście i rozmawiali kilka minut. Polakiem szarpały wątpliwości, czuł podstęp, lecz chęć spotkania z ukochaną kobietą była silniejsza; zgodził się wreszcie, że przejdzie na amerykańską stronę. Scarborough zapewnił go, że po drugiej stronie czeka na niego jedynie żona, że jeśli się boi, niech wraca do Juarez. M’Rose zerwał się w tym momencie i powtórzył „Na Boga, pójdę za wami!”. Ruszyli i gdy doszli do nasypu mostu, Polak wyprzedził szeryfa, przystanął starając się rozpoznać, czy ktoś nie czai się w mroku i ruszył znowu. Uszedł jeszcze kilkadziesiąt kroków, gdy nagle, z boku, ktoś krzyknął „Ręce do góry!”. Błyskawicznie wyszarpał colta z kabury i zwrócił się w stronę szeryfa, lecz ten był na to przygotowany i pierwszy posłał kule w pierś banity. Strzelać zaczęli też przyczajeni ludzie Scarborougha – zastępca szeryfa Jeff Milton i ranger Frank McMahon. M’Rose mimo ran ruszył w stronę oddalonego o kilka metrów szeryfa, lecz nie zdążył już wystrzelić, bo powaliły go następne pociski. Zdołał jeszcze wyjęczeć: „Chłopcy, zabiliście mnie…”. Scarborough postawił stopę na konającym M’Rose i powiedział: „Nie ruszaj się, a my nie będziemy strzelać”. Była 23.30, gdy na odgłosy strzelaniny dotarli do mostu kolejni przedstawiciele prawa, między innymi szeryf Billy Gulberson i sędzia Howe. Na miejscu, jakieś 350 metrów po stronie amerykańskiej, obok nasypu leżało martwe ciało M’Rose podziurawione kulami i śrutem z dubeltówki. Ciało przeniesiono do biura szeryfa, gdzie przebadał je doktor Alward White. Lekarz stwierdził, że spośród kilkunastu ran po kulach i śrucie, dwie, od pocisków, które przeszyły serce były śmiertelne. W kieszeni kurtki Martina znaleziono zakrwawiony i podziurawiony dwoma kulami list zaadresowany do „Pani Helen Beulah M’Rose, El Paso, Texas”. List został przekazany później wdowie, która jednak niezbyt przejęła się śmiercią swojego męża. Martwiło ją jedynie to, że prócz listu nie odzyskała grubego zwitka dolarów, który ostatni raz widziała przy mężu w Meksyku. Ta część planu się nie powiodła, gdyż prawdopodobnie tymi pieniędzmi podzielili się stróże prawa.

Na pogrzeb Martina M’Rose w El Paso 29 czerwca 1895 roku przybyło jedynie dwóch żałobników… Helen Beulah M’Rose i John Wesley Hardin. Adwokat przed zamknięciem trumny raz jeszcze przeszukał kieszenie denata, ale na próżno… Szeryf George Scarborough pytany przez reportera o jego odczucia po zabiciu banity, powiedział tylko: „To był zły człowiek”.

Los chciał, że Hardin nie długo nacieszył się wdową po Polaku. Pani Beulah M’Rose okazała się klasyczną czarną wdową. W kilka dni po pogrzebie kobieta została aresztowana za bezprawne posiadanie… ciężkiego karabinu maszynowego. Przeprowadzający zatrzymanie policjant John Selman junior (który po godzinach był gangsterem) został znieważony przez rozwścieczonego Hardina i poprzysiągł mu zemstę. Kilka dni później John Selman senior wypatrzył Hardina grającego w kości w lokalu Acme Saloon i szybko zawiadomił syna. W pewnym momencie Hardin wstał od stolika i podszedł do baru, by zamówić kolejnego drinka. Zadowolony powiedział w stronę współgraczy: „Macie cztery szóstki do pokonania!”. Zdążył jeszcze zobaczyć w lustrze nad barem odbicie Johna Selmana juniora, który strzelił mu w tył głowy zabijając na miejscu w wieku czterdziestu dwóch lat. Hardin zginął prawie identycznie jak jego wielki konkurent do tytułu króla rewolwerowców – „Dziki” Billi Hickok w Deadwoad w 1871 roku. Selman uniknął natychmiastowego aresztowania, gdyż zarzekał się, że działał w obronie własnej – tą kwestię miał rozstrzygnąć sąd, ale nie doszło nigdy do rozprawy. John Selman junior zginął 5 kwietnia 1896 roku, po pijanemu, w czasie kłótni przy karcianym stoliku, w pojedynku z szeryfem federalnym… George’em Scarboroughem. Pochowano go z pompą (bynajmniej nie za zasługi policyjne, lecz bandyckie…) w El Paso na tym samym cmentarzu, na którym leżeli już M’Roze i Hardin. Jednak w odróżnieniu od ich kwater, grób Selmana był nieoznaczony i z czasem zniknął z ziemi i ludzkiej pamięci. „Przekleństwo czarnej wdowy” nie minęło też szeryfa federalnego George’a Scarborougha, który zginął w bandyckiej zasadzce 5 kwietnia 1900 roku. Został pochowany na cmentarzu w Deming w Nowym Meksyku.

Historia milczy o dalszych losach pani Helen Beulah M’Rose. Na wyrwanym pustyni cmentarzu Concordia w El Paso, na którym między grobami rosną krzewy i kaktusy, leżą jej sławny kochanek rewolwerowiec i oddany do końca mąż – polski kowboj, który, gdyby nie ona, byłby tylko jednym z wielu zapomnianych drobnych bandytów pogranicza…

Cesarz

Lata czterdzieste i pięćdziesiąte XIX wieku w historii Meksyku – tak dramatycznej od zarania tego państwa – bez przesady można określić tragicznymi. Najpierw w wyniku wojny z sąsiadem z północy, Stanami Zjednoczonymi, Meksyk stracił w 1848 roku blisko 51 procent swego terytorium (Teksas i Kalifornię oraz ziemie leżące między tymi prowincjami). W pozostałych częściach kraju wybuchały jedno po drugim powstania chłopskie; terror siały liczne bandy awanturników zarówno miejscowe, jak i złożone z Amerykanów (głównie Teksańczyków) i Europejczyków, a na dokładkę Apacze i Komancze zintensyfikowali w tym czasie swoje łupieżcze wyprawy…

W 1853 roku konserwatyści ściągnęli z Kolumbii Santa Annę, który wyjechał tam po serii kompromitujących klęsk w wojnie z USA. Mimo tych niepowodzeń ten kabotyn pozujący na niezwyciężonego wodza i politycznego geniusza był dla nich gwarantem przywrócenia w państwie porządku. I rzeczywiście, jego rządy po powrocie do Meksyku od początku przybrały charakter dyktatorski. Cenzura i drakońskie kary sprzęgnięte z przewodnią rolą Kościoła katolickiego nie przyniosły jednak poprawy w państwie. Santa Anna i jego dwór trwonili państwowe pieniądze na ceremonie, bale i wymyślne orgie, a przede wszystkim na dziewięćdziesięciotysięczną armię, która miała zapewnić im trwałość rządów. Lecz to za przyczyną wojska przyszedł koniec ich władzy – w marcu 1854 roku w Ayutli na południu Meksyku grupa młodych oficerów zainicjowała powstanie. Szybko przyłączyli się do nich politycy liberalni i część wyższych oficerów. Latem 1855 roku powstańcy osiągnęli wyraźną przewagę i zaczęli wygrywać bitwę za bitwą – Santa Anna nie czekał tym razem na ostateczną klęskę i uciekł do Wenezueli.