Wydawca: Napoleon V Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 526 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojny walijskie Edwarda I Długonogiego - John E. Morris

W książce autor opisuje trwający ponad osiemnaście lat podbój Walii przez króla Edwarda I Długonogiego. Dzięki rejestrom z tamtego okresu, z których skorzystał Morris, w książce można odnaleźć informacje dotyczące ludzi będących na królewskim żołdzie, a także wielkości pozostałych sił królewskich. Czytelnicy mogą również wgłębić się w postać Edwarda I, gdy ten wytrwale walczył z Llewellynem i Dafyddem bez przerwy przez piętnaście miesięcy, nie opuszczając pozycji nawet przez zimę. Ówczesne dokumenty pozwalają także na wgląd w różne poboczne działania: szczegóły na temat drwali, którzy wycinali drogi dla maszerujących żołnierzy, wydatki na budowę zamków itp. Wiele miejsca poświęcono także technice i taktyce walki w omawianym okresie.

Opinie o ebooku Wojny walijskie Edwarda I Długonogiego - John E. Morris

Fragment ebooka Wojny walijskie Edwarda I Długonogiego - John E. Morris

Tytuł oryginału

The Welsh Wars of Edward I

© Copyright

John E. Morris

Wydawnictwo NapoleonV

Oświęcim 2013

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

© All rights reserved

Tłumaczenie:

Ignacy Kurowski

Redakcja techniczna:

Dariusz Marszałek

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt:napoleonv@o2.pl

Numer ISBN: 978-83-7889-506-0

Skład wersji elektronicznej:Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

WSTĘP

Jeśli na polach bitew w Szkocji Anglicy faktycznie zdobyli doświadczenie, które uczyniło ich zwycięzcami pod Crécy i Poitiers, to równie prawdziwe jest też twierdzenie, że wcześniejsze nauki pobrane zostały podczas podboju Walii. Zacząłem badać dokumenty z okresu wojen walijskich właśnie z chęci prześledzenia ewolucji typowo angielskiego połączenia rycerstwa z łucznikami po bitwie pod Falkirk, która jest zwyczajowo uznawana za pierwszy wielki triumf długiego łuku. Okres podboju Walii, trwający nieco ponad osiemnaście lat, jest szczególnie interesujący. Rejestry z tamtego okresu są dostatecznie wyczerpujące; znajdziemy w nich drobne szczegóły dotyczące ludzi będących na królewskim żołdzie w większości armii, a oprócz tego dysponujemy informacjami pozwalającymi domniemywać wielkość pozostałych sił. Wojska feudalne i opłacane walczyły wtedy ramię w ramię. Możemy wgłębić się w postać Edwarda I, gdy ten wytrwale walczył z Llewellynem i Dafyddem bez przerwy przez piętnaście miesięcy, chociaż musiał utrzymać pozycje przez zimę i sprowadzić najemników z Gaskonii po poważnej przegranej. Widać, że mógł poświęcić całą swoją uwagę zadaniu, albowiem nie było wtedy żadnego niepokoju wśród earlów, ani też baronów stających na przeszkodzie militarnym potrzebom króla przez naciski, by ten przestrzegał kart praw. Właśnie tego typu agitacja była później najważniejszą przyczyną porażki w Szkocji, poniesionej pomimo zwycięstwa pod Falkirk. Dzięki ówczesnym dokumentom mamy wgląd w różne poboczne działania: szczegóły na temat drwali, którzy wycinali drogi dla maszerujących żołnierzy, wydatki na budowę zamków, i tak dalej. Jednakże wyjątkowo istotna jest pochodząca wyłącznie z dokumentów wiedza na temat wczesnych starć świeżej, niedoświadczonej piechoty, która pod przywództwem Edwarda przez cztery konflikty uczyła się sztuki wojny, a której wnukowie, dowodzeni przez wnuka Edwarda I, zadziwili Europę swoim świetnym strzelaniem na wzgórzach Crécy. Ci wcześni piechurzy, zbrojni po części we włócznie, a po części w łuki, pochodzili spośród walijskich sojuszników zamieszkujących marchie i pograniczne hrabstwa między Lancashire i Gloucestershire, podczas gdy mieszkańcy pozostałych angielskich hrabstw musieli jeszcze zdobyć wprawę podczas wojen szkockich. Wiele mówi fakt, że Edward I korzystał z usług swoich niedawnych przeciwników z Walii podczas walk we Flandrii i Szkocji.

Źródłami są przede wszystkim listy płac skarbu państwa zachowane w archiwach Records Office. Bardzo często główne spisy finansów zawierają dane, których nie znajdziemy nigdzie indziej. Kolejną pomocą są zbiory pism otwartych i zamkniętych. Bardzo możliwe, że jakieś materiały umknęły mojej uwadze pośród masy rozporządzeń, bowiem wielkość spisów oszałamia przy braku wydrukowanego kalendarza. Rejestry Lorda Marszałka za lata 1277 i 1282 są wydrukowane w Parliamentary Writs. Spośród kronikarzy za najbardziej przydatnych uważam Walterem z Guisborough (zwanego również Hemingburgh) i Triveta (English Historical Society) oraz Wykesa z Osney (Annales Monastici w Rolls Series1), podczas gdy wstęp Martina do Letters of Archbishop Peckham (Rolls Series) skłonił mnie do opracowania kilku aspektów.

Choć moim głównym celem jest przedstawienie angielskiej armii w polu podczas krytycznego punktu średniowiecznej historii wojskowej, jakim był początek systematycznej organizacji piechoty, uznałem, że najlepiej będzie potraktować historię starć w Walii chronologicznie, szkicując przebieg Anglo-Normańskich napaści, powstanie marchii, reakcję Walijczyków na drugą wojnę baronów oraz powody, dla których Edward I zaatakował siły Llewelyna – czy raczej jego uzasadnienie. Jasnym jest, że nie istniała żadna unia między Walijczykami z północy a tymi z południa i centrum kraju, a niepodległość reprezentował wyłącznie ród Gwynedd. Siłą tego odłamu narodu walijskiego była górska forteca pasu Snowdon, która umożliwiała prowadzenie wojny partyzanckiej. Łatwo jest czuć niechęć do potężnego tyrana, który próbuje zmiażdżyć małą, dzielną nację walczącą o wolność, ale badacze wojskowości muszą się zgodzić, że zasoby i dobra organizacja wystarczą, by zwyciężyć tam, gdzie ukształtowanie terenu pomaga mniej liczebnym obrońcom. Większe i silniejsze narody często narażają się na oskarżenia o tyranię, nawet gdy prowokacja jest niepodważalna, a zjednoczenie konieczne.

Pozwolę sobie zasugerować, że wojny w Walii miały wpływ na historię ustrojową Anglii. Starałem się pokazać słabość systemu feudalnego i początki opłacanego żołnierza, który był rodowitym Anglikiem bądź walijskim sojusznikiem, a nie zagranicznym najemnikiem, jak to miało miejsce za czasów Andegawenów – pomijając okazjonalne sprowadzanie Gaskończyków. Pozwolenie władcom marchii na prowadzenie własnych działań wojskowych tłumaczy uporczywe nieposłuszeństwo niektórych baronów wobec Korony, a urazy z czasów konfliktu w Walii wyszły na pierwszy plan, gdy przeciwnikiem został William Wallace. Równie istotny jest problem finansów, ponieważ Edwarda było stać w Walii na walkę do końca, lecz wydatki poniesione w Szkocji były bardzo dotkliwe.

Nigdzie nie znalazłem dostatecznie szczegółowego opisu przebiegu kampanii w Walii, gdyż kronikarze piszą tak niejasno, że ich dzieła są mylące, póki nie porównamy ich ze sobą nawzajem oraz z dokumentami źródłowymi. Jedynie po dokładnych badaniach odważyłem się zaoferować poniższy wkład w historię średniowiecznej wojskowości.

Na koniec chciałbym przeprosić, o ile należy przepraszać za coś zrobionego umyślnie, że wielokrotnie powtarzam słowo w słowo fragmenty poprzednich rozdziałów. Robię tak, bowiem często podczas lektury irytowała mnie konieczność powrotu do wcześniej podanych informacji.

J. E. M.

1 Pełny tytuł Rolls Series to The Chronicles and Memorials of Great Britain and Ireland during the Middle Ages – przyp. tłum.

ROZDZIAŁ IANGLIA I WALIA PRZED ROKIEM 1277

Jako pierwsi podboju Walii podjęli się niespokojni, kochający przygodę Normanowie, którzy przybyli wraz z Wilhelmem Zdobywcą. Prawdą jest, że Harold II odcisnął swoje piętno na tym kraju, a ostateczną aneksję przez Edwarda I można uznać za potwierdzenie dominacji Anglików. Jednakże przez dwieście lat dzielących Harolda II od Edwarda, istotną postacią w walijskich marchiach był normański poszukiwacz przygód. Walczył on pod Hastings jako śmiałek oczekujący nadania mu angielskich ziem w nagrodę i spotkało go rozczarowanie, bowiem Wilhelm Zdobywca rozdawał posiadłości, ale dobrze dbał o to, by baron nie stał się niezależny od angielskiej Korony. Jednak na pograniczu walijskim sprawy miały się inaczej. Żył tam aktywny i dzielny naród do podbicia, a konwencjonalne metody walki były nieadekwatne. Ludzie gór toczyli walkę partyzancką. Dysponowali naturalnymi fortecami, w których mogli się schronić, i nie można było się spodziewać, że po klęsce w jednej bitwie podporządkują się od razu i na zawsze. Dlatego Wilhelm Zdobywca i jego synowie upoważniali, albo dawali milczące przyzwolenie na to, czemu w Anglii usilnie starali się zapobiec. Jeśli ich normańscy lordowie kochali przygody i walkę, mogli się osiedlić w marchiach, podbić tyle Walii, ile zdołali, i zatrzymać jako własne ziemie to, co zdobyli; dzięki temu ich humory mogły być skierowane na kraj, gdzie mieli mnóstwo do zrobienia i gdzie było mało prawdopodobne, że staną się niebezpieczni dla króla. Dla walijskich kronikarzy najeźdźcy byli „Francuzami”, którzy walczyli w „galijskim” stylu. Zbrojni konni i kamienne zamki były widoczne wszędzie: ponury normański wojownik i ponura normańska forteca. Niczym ich przodkowie, którzy podbili Normandię, i ich pobratymcy, którzy parli na Italię i Sycylię, normańscy władcy, którzy osiedlili się na pograniczu Walii – lordowie marchii, jak ich nazywano – tyranizowali i uciskali miejscową ludność. Podbijali dla własnego zysku i by zaspokoić ambicje tak charakterystyczne dla ich nacji. Mogli znaleźć tam wystarczająco dużo walki, którą tak uwielbiali, mieli dość emocji i cieszyli się większą swobodą niż baronowie w Anglii. Zdarzało się też, że jakiś lord miał lenna zarówno w Anglii, jak i na pograniczu z Walią. W tych pierwszych narzucano nań różne ograniczenia, nie mógł budować zamków zgodnie z własną wolą i musiał wypełniać obowiązki wynikające z warunków feudalnej służby. W tych drugich mógł do woli podbijać Walię i budować zamki, by utrzymać zdobyte ziemie. W ten sposób „normanizacja” była pełniejsza na pograniczu niż gdzie indziej na Wyspach Brytyjskich1.

Mimo to nie można powiedzieć, że normańscy królowie z premedytacją wymyślili tę metodę jako najtańszy sposób podboju Walii i jednocześnie zapewnienia baronom mnóstwa walki, dzięki której byli zbyt zajęci, by się buntować. „Zwyczaj marchii”, który zezwalał lordom marchii na toczenie prywatnych wojen podług własnej woli, wyrósł raczej jako naturalna konsekwencja stanu, jaki panował po podbiciu Anglii. Żaden z monarchów nie miał dość czasu, by dokonać trwałego podboju Walii. Musieli oni organizować i zarządzać Anglią, doglądać swych posiadłości w Normandii lub Akwitanii, zaspokajać ambicje poprzez znacznie bardziej atrakcyjne krucjaty, czy tłumić powstania baronów. I tak przez ponad dwieście lat żaden król osobiście i zdecydowanie nie podjął się podporządkowania sobie Walii – aż do Edwarda I. Co prawda królewskie wyprawy były częste, jednak niekonsekwentne i rzadko udane. Jednocześnie opór Walijczyków był stopniowo osłabiany przez lordów marchii, którzy bezpośrednio czerpali zyski z walki, na co królowie raczej się zgadzali, aniżeli do tego zachęcali. Wyczerpanie sił walijskich należy przypisać wyłącznie władcom, którzy zostali pierwotnie rozmieszczeni przez Wilhelma Zdobywcę i Wilhelma II na flankach Walii, ich bezpośrednim potomkom oraz tym, którzy dzięki małżeństwom z dziedziczkami kontynuowali dzieło.

Jednak należy przy tym wyraźnie rozróżnić między majątkami normańskich najeźdźców w północnych i środkowych marchiach, a ich szczęśliwszymi towarzyszami na południu. Historia Walii do panowania Edwarda I dzieli się na dwa osobne rozdziały. Północna Walia i Południowa Walia znacząco się od siebie różniły, zarówno politycznie, jak i geograficznie, za sprawą wielkich pasm górskich w środku kraju oddzielających od siebie te dwa obszary. Książęta Gwynedd, rejonu obejmującego Snowdonię i dalsze doliny, czasami rościli sobie prawa do zwierzchnictwa nad Książętami Południowej Walii, Cardiganu i Doliny Tywi. Rzadko jednak udawali się na południe ze zbrojnymi siłami. Podobnie earlowie Chester i ich sąsiedzi mieli niewiele wspólnego z lordami marchii Glamorgan i Gwent. A ponieważ działania wojenne prowadzono niezależnie w różnych kierunkach, ich wyniki także były różne. Przez dwa stulecia normański podbój z Monmouth do Pembroke i Cardigan przebiegał miarowo i pomyślnie, biegnąc wzdłuż linii wybrzeża i w górę dolin Usk i Wye, a rejon ten pełen był normańskich zamków. Z drugiej strony poczyniono bardzo niewielkie posunięcia za ówczesne granice Cheshire i Shropshire, próby podboju wzdłuż północnego wybrzeża były niepomyślne, a pas fortec chronił zachodnie części Anglii zamiast grozić północno-wschodnim granicom Walii. Gdy Edward skierował swą uwagę ku temu obszarowi, ujrzał Południową Walię znajdującą się pod, w miarę stabilnymi, rządami lordów marchii, ale by przeprowadzić inwazję na Gwynedd, musiał rozpocząć ją z samych granic Chester.

Wilhelm I stworzył najpierw dwa hrabstwa palatynów – hrabstw, których earlowie byli w praktyce niezależnymi administratorami: Chester przeciwko Książętom Gwynedd, których władza rozciągała się od Snowdon do Flint, i Shrewsbury przeciwko Książętom Powys, którzy osiedlili się w górnym biegu rzek Severn i Dee. Oprócz tego u ujścia rzeki Clwyd, na prawym brzegu około 5 km od morza wznosił się zamek Rhuddlan. Earlowie-palatyni mieli za zadanie utrzymać granicę i zajmować tereny za nią, o ile tylko mogli. Tym sposobem Wilhelm stworzył niebezpieczny precedens. Choć jego priorytetowym celem w Anglii było uniknąć założenia potężnych feudalnych baronii, które mogłyby okazać się zbyt silne wobec Korony, to na granicy z Walią utworzył dwa takowe zagrożenia. Z tego powodu musiał uważnie dobrać tamtejszych władców. Pierwszym earlem Chester został jego bratanek, Hugh d’Avranches. Utrzymywał on w imieniu króla Rhuddlan, a połowę gminy trzymał we własnych rękach in dominio, podczas gdy jego kuzyn Robert władał drugą połową. Earlem Shrewsbury został Roger de Montgomerie, który w 1066 roku został w Normandii jako jeden z regentów. Ich osobista lojalność miała być elementem wiążącym ich z Koroną, bowiem jeśli do ziem w Normandii i Anglii dodali jeszcze podbite włości w Walii, a następnie spróbowaliby osiągnąć niezależność, uczyniliby właśnie to, czemu Wilhelm I starał się zapobiec przez całe swoje życie. Roger był wyjątkowo potężny; posiadał lenna w Normandii i Pikardii po ojcu i żonie, był earlem Arundel i Chichester w Anglii, a teraz założył nowe Montgomery w Walii ku pamięci swojego normańskiego domu. Po jego śmierci majątek został przekazany najstarszemu synowi Robertowi, a nabyte włości drugiemu synowi, Hugh.

Wiele wartościowych informacji zebranych przez Mary Bateson2 pokazuje, że kilku lordów marchii współpracowało ze sobą przy „normanizacji” walijskiego pogranicza. Pewna liczba praw mieszczańskich została przeniesiona z Breteuil w Normandii do Hereford, Shrewsbury, Ludlow i innych miejsc na zachodzie Anglii; stamtąd trafiły do Rhuddlan, Montgomery, Cardiff i Haverfordwest. Niektóre materiały są bezpośrednie i niepodważalne, i pochodzą z Domesday Book; inne są pośrednie, a istnienie praw pod koniec XI wieku zostało wywnioskowane z ich obecności później. Poszczególni lordowie marchii, którzy je wprowadzali, byli ze sobą związani, a większość z nich była także krewnymi Wilhelma Zdobywcy; stąd można wydedukować, że były one wprowadzane za pozwoleniem samego króla. Pod zamkami powstawały fortyfikowane miasta, zwane Frankville, w których mieszkaliFrancigenae burgenses cieszący się przywilejami poddzierżawców u większego władcy. Byli to głównie normańscy śmiałkowie, których zachęcono do osiedlenia się obok istniejących angielskich osad za pomocą korzystniejszych warunków, bądź do sformowania normańskich zarodków nowych społeczności. William FritzOsbern, krewniak Wilhelma Zdobywcy, seneszal Breteuil i od niedawna earl Hereford, musiał jako pierwszy wprowadzić „prawa i zwyczaje”. Cytat z Domesday Book jest wyrazisty „leges et consuetudines quae sunt in Hereford et in Bretuill”, a więzy FritzOsberna z oboma miejscami wskazują na niego jako inicjatora. Pod panowaniem Hugh d’Avranches’a i Roberta z Rhuddlan prawa rozszerzono na Rhuddlan; pod FritzOsbernem albo, co bardziej prawdopodobne, Rogerem de Montgomerie, na Shrewsbury i Montgomery, gdzie na pewno funkcjonowały w XIII wieku; pod Rogerem de Lacy, „synem Waltera de Lacy, który był krewnym FitzOsberna”, objęto nimi Ludlow; pod Arnulfem, synem Rogera de Montgomerie, rozszerzono prawa na Haverfordwest; a pod Robertem FitzHamonem, zięciem, na Cardiff. Łączne dowody przytoczone przez Bateson są bardzo mocne, nawet jeśli związki w każdym przypadku nie mogą być bezpośrednio potwierdzone. Normańskie kolonie z własnymi prawami były tworzone w wielu istotnych punktach pogranicza. Element normański był tak cenny, bądź tak mile widziane były przepisy zawarte w „prawach z Breteuil”, że później rozpowszechniono je w wielu nowych miejscach w Walii i Irlandii tak szybko, jak postępował podbój każdego z krajów przez Normanów. Choć prawdą jest, że prawa te wprowadzono także w miejscach innych niż marchie, jednak te pozostałe tereny znajdowały się na zachodzie Anglii i były pod wpływem członków tej samej grupy rodów; na przykład Roger le Poitevin, kolejny syn Rogera de Montgomerie, wprowadził je w Preston, a krewny FitzHammona objął nimi Bideford.

Hugh z Chester, Roger i Hugh de Montgomerie oraz Rogert z Rhuddlan mieli swój wkład w zadanie podboju Walii, które zostało im przydzielone. Sukces wydawał się pewny i nawet czasowo udało się zając wyspę Anglesey. Jednak później Walijczycy stali się aktywniejsi i z pomocą Wikingów odbili wyspę. Hugh de Montgomerie został trafiony strzałą w oko, „jakby płacił główszczyznę za zmarłego króla Anglii”3. Jego śmierć była bardzo istotna. Nie tylko Walijczycy zatrzymali normańskie natarcie, ale też hrabstwo palatyna Shrewsbury po stracie władcy zostało przejęte przez jego starszego brata Roberta. Konieczne są przeprosiny za przedstawianie tak dobrze znanej postaci, jednak warto omówić jego pozycję. Po objęciu urzędu Hugh, Robert kontrolował zasoby hrabstwa palatyna, lenna w Sussex, włości earla Arundel, ziemie ojca i matki po drugiej stronie Kanału oraz posiadłości żony w Ponthieu; znany jest jako Robert de Bellême od nazwy hrabstwa, które odziedziczył jako pierwsze po matce4. Działał zgodnie z pokusami wynikającymi z jego majątku i wpływów. Widząc szansę w słabości Henryka I zaraz po objęciu tronu, Robert starał się grać rolę niezależnego barona, jednak niespodziewanie został pokonany i wyparty z Anglii. Był to krytyczny moment w historii walijskich marchii. Henryk działał energicznie. Nie wystarczyło mu rozgromienie Roberta, więc pokonał także jego brata, Arnulfa de Montgomery, który zajmował Cardigan, albowiem konieczne było wyplenienie rodziny, która odważyła się dyktować warunki królowi Anglii. Montgomery zostało zamkiem królewskim; Shrewsbury przestało być hrabstwem palatyna i zostało przyłączone do Staffordshire jako zwyczajne hrabstwo pod tym samym szeryfem. I tak z jednej strony zniszczona została siła, która mogła być bastionem chroniącym przed Walijczykami z Powys i bazą do stopniowego podboju centralnej Walii; ale z drugiej strony udaremniono poważną próbę wykorzystania szczególnej pozycji earla-palatyna do zastraszenia Korony angielskiej. Żadna rodzina nie odważyła się zająć wakatu. Fitzalanowie uzyskali ziemie Clun na południowym zachodzie Shropshire i północnym zachodzie Oswestry, a po pewnym czasie otrzymali tytuł i ziemie earla Arundel; jednak pełnili służbę rycerską i musieli przestrzegać zwyczajowych ograniczeń feudalnych. Mortimerowie stali się istotną rodziną w środkowej marchii; Ralph, założyciel rodu, był jednocześnie dzierżawcą pod Robertem de Bellême i pod królem. Jednak z zasady byli oni lojalni albo ostrożni i nie starali się uniezależnić.

Earlowie Chester, drugiego z hrabstw palatynów, byli lojalni; a przynajmniej nie występowali w opozycji wobec Korony. Musieli być zaangażowani w ciągłe walki z Walijczykami. Jednakże władcy Gwynedd, gdy tylko odzyskali Anglesey, stali się bardziej potężni od Normanów z marchii. Rhuddlan czasami było w rękach najeźdźców, ale równie często było zdobywane lub niszczone przez Walijczyków. Diganwy, na prawym brzegu ujścia Conwy (niegdyś znanej jako Conway), równie często przechodziło z rąk do rąk. Ani Rhuddlan, ani Diganwy nie było centrum stopniowego podboju czy normanizacji. „Cztery Cantredy5”, region położony między Conwy i Dee, czyli między Gwynedd a Chester, był często polem bitwy między Walijczykami a Normanami; choć został mocno osłabiony przez Edwarda I, to nadal w głębi były to tereny walijskie.

Na zachodzie znajdowała się linia normańskich zamków tworząca swego rodzaju wysuniętą barierę przed Chester i Shrewsbury. Należały doń Mold, Hawarden, Oswestry, Caurs, Bishop’s Castle, Ludlow i, oczywiście, Montgomery. Jednakże, jak zasugerowano wcześniej, tworzyły one raczej pas fortyfikacji chroniący zachodnią granicę Anglii niż zespół twierdz, z których postępowało stopniowe zajmowanie Czterech Cantredów bądź Powys przez wpływy normańskie. W wyniku tego zachodnie części ówczesnych hrabstw Cheshire i Shropshire były pod kontrolą, a ich mieszkańcy, w dużej mierze Walijczycy, przyjęli anglo-normański system rządów, aż w końcu powstała wyraźna linia demarkacyjna między Anglią a Walią. Jednakże poza nią nie zdobyto znacznych wpływów. Powodem tego był najpewniej powstrzymanie Roberta de Bellême przez Henryka I. Korona otrzymała lekcję i nie mogła pozwolić żadnemu innemu rodowi uzyskać podobny stopień niezależności. Tam, gdzie brakowało zachęty do prywatnego podejmowania ryzyka, nie było licznych wtargnięć normańskich śmiałków w głąb Walii. Jedynym wyjątkiem była działalność Mortimerów, którzy podbili górny bieg Severn.

Nieudany podbój wzdłuż wybrzeża, a więc i w górę Clwyd i Conway, można wytłumaczyć także ukształtowaniem terenu. Jest tam cienki pas między morzem a górami, a te z kolei pokryte były gęstymi lasami. Walijczycy mieli osłonę blisko flanek sił najeźdźców. Nie potrafiąc utrzymać się na tym wąskim pasie, Normanowie nie mieli żadnego ośrodka, z którego mogliby posuwać się w głąb kraju w górę rzek. Nie do pomyślenia było próbować bez odpowiedniego transportu przekroczyć działy wodne, by móc podbijać w dół rzek. Wreszcie Chester nie było dobrą bazą morską. Gdy weźmiemy pod uwagę, jakie przeszkody pokonał Edward I, jak dysponując organizacyjnym geniuszem i wielkimi zasobami z wielkim trudem udało mu się wyciąć drogę do Walii, rąbiąc ścieżki przez lasy i utrzymując morską linię komunikacyjną dzięki statkom z Kent i Sussex, możemy zrozumieć, jak przed jego panowaniem naturalne przeszkody uniemożliwiały inwazję.

Niektórzy królowie, jak Henryk II i Jan bez Ziemi, często atakowali dużymi siłami wprost na Snowdon, jednak te królewskie wyprawy kończyły się całkowitymi porażkami. Biorące w nich udział armie składały się z wasalów Korony lub najemników. Niezależnie od tego, były niezgrabne i niedopasowane do inwazji na górzyste tereny bronione przez czynny naród patriotów. Raz po raz udawało się przebić daleko na zachód. Walijczycy kryli się wtedy w naturalnej fortecy, jaką jest Snowdon, ograniczali do walki partyzanckiej i polegali na deszczach i trudnościach wynikających z ukształtowania ich kraju. Łatwo było im ponownie zająć tereny, które wcześniej tymczasowo opuścili, bowiem prędzej czy później ciężkie kolumny najeźdźców, wyczerpane złą pogodą i nie przynoszącym zysku marszem przez leśne bezdroża, musiały się wycofać. Gdyby ci królowie mogli poświęcić kilka lat na podbój, bez przeszkód w postaci wojen domowych czy kłopotów w posiadłościach we Francji, mogliby powoli podbić Walię konsekwentnie nacierając i budując na każdym kroku zamki jako solidne ośrodki do dalszych posunięć. Gwałtowne ataki w kierunku gór były proszeniem się o klęskę. W ten sposób dochodzimy do wcześniejszej dyskusji. Królewskie wyprawy na północną Walię kończyły się porażkami, ponieważ droga podboju nie była wcześniej dostatecznie przygotowana. Opór nie był wystarczająco osłabiony przez nieustającą walkę z samowystarczalnymi lordami marchii, zachęcanymi do walki i zatrzymania tego, co podbili. Nie było dokładnie przygotowanego „miejsca startu”, z którego królewskie armie mogły dokończyć dzieła przez podbój, a naturalne przeszkody wciąż uniemożliwiały inwazję.

Dlatego doszło do sytuacji, w której wrogiem Walijczyków z Gwynedd był król Anglii i earl Chester, którego bez obaw można nazwać reprezentantem Korony. Nie musieli się za to obawiać lordów marchii wciąż prących naprzód, walczących o nowe ziemie, budujących kolejne zamki i będących po części przeciw Walijczykom, a po części działającym wbrew samemu monarsze. Książęta Walii i królowie Anglii stali naprzeciw siebie. I książęta nie dawali za wygraną, bowiem królewskie wyprawy były niekonsekwentne. Co pewien czas domagano się hołdu i był on składany, jednak te gesty nikogo nie wprowadzały w błąd: w praktyce Gwynedd było wolne. Co więcej, Gwynedd było jedynym możliwym centrum walijskiej jedności. Wielka górska forteca Snowdon zdawała się być nie do zdobycia, a gdzie była siła, było i poczucie zjednoczenia. Książęta Gwynedd byli nawet nazywani książętami Walii. W praktyce związki między Walijczykami były równie luźne, co między klanami szkockich Highlands: walczyli zarówno między sobą, jak i z Anglikami. Jednakże na północy było mniej niezgody niż na południu z tej prostej przyczyny, że książęta byli potężnymi ludźmi z potężnym krajem za sobą. Nie było żadnej sprawy państwowej Walii, lecz sprawa Gwynedd niemalże urosła do tej rangi. Llewelyn Wielki i jego wnuk, Llewelyn Ostatni, przeciwnik Edwarda I, byli obrońcami narodu, kosztem kontrolowania innych Walijczyków, w tym także członków własnej rodziny. Jednakże pomimo swojej siły brakowało im wytrwałości Roberta I Bruce’a. Dodajmy też, że, niczym Robert I, odnosili sukcesy proporcjonalnie do poziomu sprzeciwu angielskich baronów wobec króla Anglii. Llewelynowie i Robert I byli najsilniejsi wtedy, gdy w Anglii trwała wojna domowa lub zacięty spór na granicy zbrojnego starcia.

Zwracając uwagę na Południową Walię widzimy niemalże inny kraj. Góry, w których centrum znajduje się Cader Idris, oraz leżący poniżej Plynlimon, tworzą znaczną barierę w przewężeniu Walii, a hrabstwo Merioneth, sądząc po licznych różnych wojnach, było słabo zaludnione. Obok ziemie Powys, w dolinie górnej części rzeki Severn, były oddzielone od Wye przez dział wodny, wydłużający barierę na wschód. W wyraźnym rejonie na południe od gór przebieg ekspansji normańskich najeźdźców na tamtejszych terenach zależał od warunków terenowych. Od ujścia Severn wzdłuż wybrzeża biegła stara rzymska droga, a do wejścia w głąb kraju zachęcały cztery doliny rzeczne: Wye, Usk, Taff i Towy. Na tych liniach wznosiły się normańskie zamki, które górowały nad wybrzeżem, przełęczami górskimi, bądź rzekami i były solidnymi centrami władzy, o które rozbijały się dzikie ataki walijskich powstańców. Tym sposobem lordowie marchii odnieśli sukces w warunkach, których brakowało ich towarzyszom na północy; posiadali bowiem dobrą trasę morską oraz nadbrzeżną drogę, silne ośrodki w Gloucestershire i Herefordshire, a także poważną przewagę podróżowania w górę rzeki.

Za czasów Edwarda Wyznawcy założono w Hereford normańską kolonię, a za Wilhelma Zdobywcy osiedlił się tam William FritzOsbern, który jako pierwszy wprowadził „prawa z Breteuil”. Walki trwały nieustannie. Marchia powstała w Hereford, a sto lat później, w wykazie finansów Henryka II, oficjalny tytuł hrabstwa brzmi „Herefordshire w Walii”. Jednak pierwszą systematyczną inwazję na dużą skalę przeprowadzono za panowania Wilhelma II. Legenda głosi, że złożył on jasną ofertę swojemu faworytowi, Robertowi FitzHamonowi, oraz dwunastu towarzyszom, by ci podbili ziemie Morgana; co zdobyli mieczem, mogli mieczem utrzymać. Jednak historia ta jest problematyczna. Legendy mają to do siebie, że tworzą powody dla wytłumaczenia istniejących okoliczności. Lepiej byłoby uznać, że wojna za Wilhelma II „nie była zwyczajnym przedsięwzięciem pojedynczych wodzów, lecz regularnym konfliktem prowadzonym w imię królestwa”6. Jednakże jeśli wyprawa do Glamorgan była kierowana przez Wilhelma II, zostawił on nową grupę lordów marchii, którzy dokończyli zadanie zajmowania terenów kontynuując wojnę we własnym imieniu i dla własnych korzyści. Tak oto spontanicznie powstał „zwyczaj marchii”, który przetrwał aż do czasów Edwarda I i miał większy wpływ na południową marchię, a wręcz istniał wyłącznie tam. Zwyczaj polegał na prowadzeniu walki i zajmowaniu terenów bez ograniczeń ze strony Korony angielskiej; nie uwzględniał możliwości składania apelacji przez dzierżawców tamtejszych władców do króla Anglii jako suzerena. Odrzucając pomysł, że Wilhelm II stworzył ten zwyczaj ab initio przez umowę z FritzHamonem, możemy dostrzec, jak tradycja ta powstała spontanicznie, gdy FritzHamon, jego towarzysze i ich potomkowie byli władcami. Jednak Korona cały czas cieszyła się jednym prawem. Jeśli lord marchii stracił swoje ziemie w wyniku udanego powstania walijskiego i siły królewskie zostały wezwane do ponownego ich podbicia, tak odzyskane tereny stawały się posiadłościami Korony.

Przejdźmy do omówienia najważniejszych z wczesnych grup Normanów w Południowej Walii. Robert FitzHamon osiedlił się w dole rzeki Usk i na zachód od Glamorgan; był władcą włości Gloucester, a jego córka i jedyna spadkobierczyni poślubiła Roberta, nieślubnego syna Henryka I, który uczynił go earlem Gloucester. Ta więź między hrabiostwem a władzą większej marchii zdaje się tłumaczyć, dlaczego Glamorgan nigdy nie zostało nazwane hrabstwem palatyna7. Bernard de Neufmarché, albo z Newmarch, uderzył w górę Usk na Brecknock, gdzie zginął ostatni „król” Południowej Walii, Rhys ap Tewdwr. William de Londres zajmował wybrzeże Carmarthen u ujścia Towy, gdzie Kidwelly stało się istotną fortecą. Arnulf de Montgomery osiedlił się w Pembroke. Pierwsza zmiana w tym układzie została poczyniona przez Henryka I, który po zniszczeniu Roberta de Bellême doprowadził do upadku także Arnulfa, jego młodszego brata. Jednakże usunięcie niebezpiecznej rodziny nie zniosło zwyczaju marchii. Na wolne miejsce monarcha wezwał reprezentanta znanego rodu: Gilberta FitzRicharda de Clare, „przyjaciela króla i honorowego człowieka we wszystkich jego czynach”8. „Król rzekł do niego: ‘Wciąż liczyłeś na kawałek ziemi Bretonów ode mnie, dam ci teraz ziemie Cadwgana, syna Bleddyna; idź i posiądź je’”. Clare wkroczył do Cardigan i Pembroke i zbudował tam zamki. Historia ta pokazuje, że baron nie mógł rozpocząć podboju marchii bez królewskiego pozwolenia, ale gdy już je otrzymał, miał wolną rękę. Umieszczając w Walii silnego człowieka, który był jednocześnie osobiście powiązany z monarchą, Henryk I nie przewidział, jak potężna może się stać ta rodzina. Ponadto sprowadził do Pembrok flamandzkich kolonistów, którzy utworzyli słynną „małą Anglię za Walią”. Byli oni lojalni Koronie i wrodzy Walijczykom. Pembroke stało się w praktyce, hrabstwem palatyna i było też tak nazywane9; jego władcy, czy to z domów Clare, Valance czy Hastings, byli uznawani za earlów.

Ród Clare wywodził się od Richarda, krewnego Wilhelma Zdobywcy, który walczył pod Hastings i otrzymał majątki Clare w Suffolk i Tunbridge w Kent. Jego synem był Gilbert, którego Henryk I wprowadził do Cardigan. Młodszy syn, Walter, osiedlił się w Monmouth nad rzeką Wye i zasłynął jako założyciel opactwa Tintern. Gilbert miał dwóch synów, z których wywodziły się dwie gałęzie wielkich wojowników. Starsza linia otrzymała nowy tytuł, hrabiostwo Hertford, zatrzymując jednocześnie majątki Clare i Tunbridge; oprócz tego przez około sto lat byli z tytułu władcami Cardigan. Utracili Cardigan, a Pembroke było we władaniu młodszej gałęzi rodziny, niemniej starsza otrzymała znacznie więcej, niż straciła, gdy małżeństwo ze spadkobierczynią rodziny FitzHamonów dało im znacznie cenniejszą marchię Glamorgan wraz z hrabiostwem Gloucester. Potęgę tej gałęzi rodziny można oszacować po tym, że byli oni zobowiązani dostarczyć 400 rycerzy z majątków Gloucester i Clare, a oprócz tego byli w praktyce niezależnymi książętami w Glamorgan. Dzięki temu mogli utrzymywać i wzmacniać zwyczaj marchii bardziej, niż kiedykolwiek odważyli się na to FitzHamonowie. Nie jest przesadnym stwierdzenie, że w XIII wieku dwaj Clare’owie, Richard i Gilbert, obaj kolejno będący earlami Gloucester, utrzymywali balans między siłami króla i frakcji Szymona de Montfort. Na postępowanie tegoż Gilberta należy zwracać uwagę omawiając każdy etap wojen Edwarda I, gdyż jako władca Morgan, bardziej niż jako earl Gloucester i Hetford, sprawiał on problemy zarówno Szymonowi, jak i Edwardowi. Szkicując historię Clare’ów aż do okresu, gdy byli oni nie tylko potężni, ale też stanowili poważną przeszkodę dla działań Korony, widzimy jak rozrastał się zwyczaj marchii. Gdy spojrzeć na pierwszego Gilberta i jego przeniesienie do Cardigan, nie można przewidzieć, że zwyczaj okaże się tak niebezpieczny dla Korony. W innym przypadku Henryk I, niszcząc siły Arnulfa de Montgomery, pokonałby także i pozostałych lordów marchii. Jako że zwyczaj nie został stworzony ab initio przez Wilhelma II, nie wydawał się podejrzany Henrykowi I i pozwalał rosnąć w siłę, o ile wzrost był powolny. To właśnie w Glamorgan, gdzie wprowadził go FitzHamon, zwyczaj marchii był najmocniej zakorzeniony, a troska ze strony Clare’ów umocniła go. Glamorgan, „hrabstwo palatyna bez tej nazwy”, stało się księstwem; earlowie mieli własnych szeryfów, kancelarię, wielką pieczęć, sądy, iura regalia i tak dalej; ich wasale byli im winni niemalże czterdziestu rycerzy, lecz władcy nie musieli przysyłać Koronie żadnych rycerzy poza tymi, których byli winni za lenna w Anglii – choć to może oznaczać, że Glamorgan zostało włączone w majątek Gloucester, jeśli chodzi o służbę feudalną. Wreszcie dzierżawcy podlegający władcom Glamorgan nie mogli wnosić apelacji przeciwko nim do króla Anglii10. Sąsiednie marchie rościły sobie podobne prawa, więc gdy Edward I zdecydował się usunąć zwyczaj, wszyscy lordowie marchii sprzeciwiali się tej ingerencji. Zwyczaj, który urósł do tak znacznej pozycji przez ostatnie dwieście lat, uznawany był za wrodzony przywilej.

Młodsza gałąź rodziny Clare’ów zaczęła się od kolejnego Gilberta, który był spadkobiercą swojego wuja Waltera. Był on earlem Pembroke i Strigul, a jego ziemie obejmowały brzegi rzeki Wye, gdzie znajdował się zamek Chepstow lub Strigul11, oraz dzielnicę Netherwent, czyli dolne Gwent, i rozciągały się na zachód w kierunku rzeki Usk. Oprócz tego w jego posiadaniu znajdowała się większa część współczesnego Pembrokeshire. Jego syn Richard Strongbow zasłynął podczas podboju Irlandii. W ten sposób obie gałęzie rodu posiadały łącznie większość istotnych nadmorskich części marchii. Netherwent i Strigul, hrabiostwo Pembroke i nowe lenna w Irlandii zostały przeniesione na sławnego Wilhelma Marshala przez jego małżeństwo z córką Strongbowa. Trudno nie wspomnieć o ustaleniach J. Horace’a Rounda, wedle których ani Gilbert, ani Richard de Clare nie sprawowali stanowiska Lorda Marszałka.

Kolejną rodziną, która urosła w siłę na południowo-zachodniej marchii dziedzicząc przez małżeństwo ziemie jednego z towarzyszy FitzHamona, byli Braose. Ich ojczyzna leżała w Normandii, a głównym angielskim lennem było Bramber w Sussex. William de Braose ożenił się z wnuczką i spadkobierczynią Bernarda de Neufmarché, otrzymując w ten sposób Brecknock w górnym biegu Usk, a u dołu tejże rzeki także Overwent, czyli górne Gwent. Centrum jego władzy był zamek Abergravenny. Jego wpływy rozciągały się na całą północną część Monmouth, podczas gdy Clare’owie byli w posiadaniu wybrzeża. Ród Braose stoczył wiele ciężkich walk by podporządkować sobie Walijczyków z Gwent; starcia te odznaczały się wyjątkowo niegodziwą bezwzględnością. Wszyscy Walijczycy byli pełni werwy i burzliwi, nienawidzili ograniczeń i poświęcili się nieregularnym działaniom wojennym, które pełne były niespodzianek, a nawet zdrad ukrywanych pod patriotyzmem i przez niego aprobowanym; walki wybuchały co i rusz w nowych miejscach. Jednakże lud Gwent zwrócił na siebie uwagę wielkiego autorytetu, Geralda z Walii. Tamtejsi mieszkańcy byli biegli w posługiwaniu się długim łukiem, dzięki czemu zasłużyli sobie na miejsce w historii wojskowości, bowiem to od nich i ich sąsiadów Anglicy uczyli się użycia tej broni i w końcu uczynili z niej najważniejszy angielski oręż. Z biegiem czasu władcy Braose osłabili i spacyfikowali mieszkańców Gwent, a także podbili ziemie aż do Builth w górnym biegu Wye, dosięgając Mortimerów w środkowej marchii i tworząc połączenie między południem a północą.

Wielki kronikarz, godny nazwy historyka, opisał tamtejszy stan rzeczy w drugiej połowie XII wieku. Giraldus Cambriensis, zwany Geraldem z Walii bądź Geraldem de Barri, był wnukiem Geralda, konstabla Pembroke, i księżniczki Nest12. Był żarliwym klerykiem i archidiakonem Brecknock; spędził swoje życie pełen próżnych nadziei na awans, marząc o zostaniu biskupem St David’s i ujrzeniu Kościoła Walii niezależnego od biskupstwa w Canterbury. Jednakże choć jego mieszane pochodzenie odpowiadało za jego anormalną pozycję w Kościele, pozwalało mu też dostrzec obie strony w sprawach politycznych: potęgę i awanturniczy duch Anglo-Normanów oraz miłość do wolności południowych Walijczyków. Normański element w jego krwi sprawiał, że Gerald podziwiał idee rycerskości i podboju, zaś walijska część w nie mniejszym stopniu sprawiała, że sympatyzował z ideą niepodległości. Jego krewni brali udział w prowadzonym z Walii podboju Irlandii; i choć nie należy dosłownie odczytywać jego opisów bitew i czerpać z nich faktów, to z drugiej strony miał on świetny wgląd we współczesne mu sprawy wojskowe. Obrazowo opisał sposób walki Walijczyków, przewagę aktywnej piechoty operującej w luźnej formacji i mogącej w razie potrzeby poruszać się konno, ich zdolności w działaniach nieregularnych, ich walki zaczepne i ataki z zaskoczenia, wreszcie lekki ekwipunek składający się z włóczni, łuków, hełmów i puklerzy. W polu z zapałem przystępowali oni do dzikich, pełnych impetu szarży, których energia wyczerpywała się, jeśli napotkały zdecydowany opór, lecz błyskawiczne odwroty w góry i niesamowita szybkość ich ruchów czyniły dokładny podbój bardzo trudnym. Dzięki Geraldowi otrzymujemy cenny obraz łuczników z Gwent z ich „łukami wykonanymi z dzikiego wiązu, niewygładzonymi i grubiańskimi, dostosowanymi nie tylko do wystrzelenia strzały na wielki dystans, ale i zadawania bardzo poważnych ran na bliskim zasięgu”13. Łucznicy potrafili swoimi strzałami przebić dębową bramę grubości dłoni, a także przestrzelić poły koszulki kolczej rycerza, jego kolcze spodnie i siodło aż do boku konia; a jeśli rycerz obrócił się, kolejna strzała przybijała jego drugą nogę do boku wierzchowca. Tych zdumiewających wyczynów dokonano pod lub w pobliżu zamku Abergavenny w starciu przeciwko władcom Braose. By sprostać takiemu przeciwnikowi, Anglo-Normanowie utrzymywali zamki i wciąż sprowadzali posiłki w postaci najemników. Wszystko zależało od pieniędzy, z jedną stroną walczącą o zdobycze i ziemię, a drugą o wolność. Jednak kolejne grupy najemników wciąż nadchodziły, a śmierć każdego Walijczyka oznaczała zmniejszenie lokalnej populacji. Zbrojny jeździec walczący w stylu normańskim, „stylu galijskim”, jak nazywa go Gerald, był tak naprawdę zbyt ciężko uzbrojony14. Potrafił co prawda stawić czoła typowej walijskiej szarży, ale na dokładny podbój Walii istniała tylko jedna pewna metoda. Trzeba było wykorzystać walijskich „sojuszników”, wkładając współczesny termin w usta Geralda; po trudnym podboju jednego rejonu, dokonanemu z pomocą czasu, podbici Walijczycy musieli być zwróceni przeciwko nadal niepodległym pobratymcom.

Znając dalsze wydarzenia, możemy powiedzieć, że rada Geralda została wprowadzona w życie. Wśród południowych Walijczyków tak bardzo brakowało jedności, że każdy kolejny rejon był po kolei podbijany bez większej pomocy z zewnątrz. Przychylni najeźdźcom Walijczycy nie tylko byli zatrudniani przez Anglo-Normanów, leczy byli ich najcenniejszymi sprzymierzeńcami. Do połowy XIII wieku niektóre marchie zostały znacznie osłabione. Później całe Monmouth, zarówno Overwent, jak i Netherwent, Glamorgan, Gower, Kidwelly, Llanstephan i Pembroke wysyłały do armii Edwarda I ludzi, dla których walka pod sztandarami lokalnych władców była czymś naturalnym i którzy świetnie się bili. Jak można się spodziewać, mieszkańcy Gwent, którzy byli najzajadlejszymi wrogami rodu Braose, byli wśród najlepszych spośród sprzymierzeńców Edwarda. Wiele wskazuje na to, że uznawano ich za najlepszych spośród piechoty z Południowej Walii. Podobna sytuacja miała miejsce z Sikhami, którzy w Indiach sprawiali Brytyjczykom największe problemy, lecz od tego czasu stali się ich najlepszymi żołnierzami. Z drugiej strony Walijczycy z górnych biegów rzek Wye i Usk, oraz z Builth i Brecknock, będący w głębi lądu i w bardziej górzystej części kraju, nie byli tak bardzo osłabieni i przy każdej okazji wzniecali bunty przeciwko Edwardowi I i swoim lordom marchii. Dolina Towy, wewnętrzne części obecnego Carmarthenshire i Cardiganshire wzdłuż zachodniego działu wodny, nie zostały podbite. Te tereny czasami uznawały zwierzchnictwo Korony, ale nigdy nie zostały formalnie zamienione w marchie.

Od Geralda otrzymujemy jeszcze jedną wskazówkę. Wychwalając łucznictwo na południu, a zwłaszcza w Gwent i Morgan, przeciwstawia mu zbrojnych we włócznie Walijczyków ze Snowdon oraz Merioneth15. Podczas wojny domowej w kampanii w Eversham, a także w regularnych wojnach Edwarda I przeciw Walii, łucznicy z południa byli głównie sojusznikami Edwarda, a ludzie Llewelyna walczyli włóczniami. Wyjątek stanowi kampania 1294 roku, ale wtedy ludzie z Morgan, a prawdopodobnie także mieszkańcy Gwent, zbuntowali się przeciw swoim lordom marchii, a nie przeciwko królowi.

Wracając do XII wieku, najazd na Irlandię stanowi świetną lekcję poglądową na temat zasobów wojskowych marchii. Entuzjazm Geralda wywołały dokonania tylko tych dwóch grup, z którymi był spokrewniony: normańskich awanturników i piechurów z Południowej Walii. Księżniczka Nest była córką Rhysa zabitego przez Bernarda z Newmarch, siostrą Gruffudda i ciotką kolejnego Rhysa, którzy z kolei byli książętami16. Prawowici potomkowie Nesty i Geralda z Pembroke byli najbliższymi krewnymi Giraldiusa, a jej nieślubni potomkowie brali udział w inwazji. Pierwsze siły, które popłynęły na Irlandię na trzech statkach pod dowództwem Roberta FritzStephena, członka tej drugiej grupy, były złożone z 90 zbrojnych i 300 pieszych łuczników – „kwiatu młodzieży z Walii”17. W skład kolejnych oddziałów wchodziło „wielu” łuczników, stu, siedemdziesięciu. W końcu Richard de Clare, Strongbow, zabrał ze sobą ponad 200 jeźdźców i 1000 pieszych, których rekrutował idąc wzdłuż nadbrzeżnej drogi z Chepstow18. Połączenie ciężkich anglo-normańskich jeźdźców z doborowymi walijskimi łucznikami było siłą nie do pokonania. Gerald napisał: „Jeśli Irlandia ma być dalej podbita, powinno się zastosować tam tę samą taktykę, co w Walii: budować zamki w ośrodkach w pełni okupowanych, a w polu zawsze łączyć kopie z łukami”. Semper arcarii militaribus turmis mixtim adiiciantur. Sekret ten stał nie tylko za krótkotrwałymi triumfami w Irlandii: Edward I i Edward II doprowadzili tę taktykę do perfekcji podczas wojen w Walii – bowiem dwukrotnie mieszkańcy Snowdon zostali pokonani w walnych bitwach, pod Orewyn Bridge i w pobliżu Conwy, nim łucznicy połączyli się z jazdą – i podczas kampanii w Szkocji pod Falkirk i Halidon Hill, a ostatecznie użyto jej we Francji. Duma Geralda z jego pobratymców była uzasadniona sukcesami Anglików, którzy nauczyli się od nich łucznictwa i taktyk odpowiednich dla łuczników.

Sukcesy w Irlandii nauczyły Henryka II upewniać się, że prawa Korony nie są w niebezpieczeństwie. Był mocno zdeterminowany, by zmusić najeźdźców do uznania jego zwierzchnictwa, co podpowiadała mu intuicja. Strongbow i jego sojusznicy pochodzili z kraju, gdzie zwyczaj marchii kwestionował prawo Korony do ingerowania w sprawy wewnątrz granic marchii, a nie można było pozwolić, by ci sami ludzie byli na wpół niezależni zarówno w Walii, jak i w Irlandii. Henryk, jak już omówiliśmy, nie doprowadził do żadnych trwałych podbojów w północnej Walii, został stamtąd dwukrotnie wyparty i wystarczyło mu otrzymać symboliczny hołd, który jedynie oszczędził mu hańby przyznania się do porażki19. Jednakże na południu przyjął hołd lenny Rhysa, którego uczynił królewskim justycjariuszem. O choćby pozornej lojalności Rhysa świadczy to, że wysyłał on wojska do Anglii, by pomóc królowi. Być może w panowaniu Henryka II mocniej widać coś, o czym trudno nie myśleć przy innych okazjach, a mianowicie to, że władza królewska nie jest tak wroga Południowej Walii, jak książętom Snowdon. Tam, gdzie lordowie marchii są silni, Korona jest swego rodzaju władzą kontrolną, zazdrosną o niezależność tamtejszych władców, ale niezbyt surową wobec Walijczyków, którzy akceptują jej zwierzchnictwo; lecz gdzie na granicy nie ma żadnej władzy zdolnej podbić północną Walię we własnymi imieniu, tam Korona jest bezpośrednim wrogiem.

Wojny domowe za Jana bez Ziemi i Henryka III znacznie zmieniły stan rzeczy w Walii20. Llewelyn Wielki wykorzystał moment, gdy Anglia była osłabiona i podzielona, i jego małżeństwo z córką króla Jana I nie stało mu na drodze. Jego potęgę odczuto aż w Pembroke i Glamorgan. Stał się nowym przeciwnikiem rodziny Braose, która była przecież przyzwyczajona do walki z najbliższymi sąsiadami, i nowością było to, że książę Snowdon wziął w niewolę Williama de Braose, lorda Brecknock i Abergavenny. Jednak w poczynaniach Llewelyna było coś nielogicznego. Był sojusznikiem baronów walczących z Koroną w trakcie rewolty, która zaowocowała wydaniem Wielkiej Karty Swobód, jednak zaatakowana przez niego rodzina Braose zawzięcie sprzeciwiała się Janowi I. Choć wspieranie jednej z angielskich frakcji było dla niego korzystne, tak naprawdę był przeciwnikiem wszystkich Anglików. U patrioty taki brak konsekwencji w działaniach nie jest wadą, a wręcz musi występować. Llewelyn poważnie nadszarpnął angielskie wpływy w Walii i zatrzymał podbój. Stworzył poczucie narodowej wspólnoty, które wcześniej było nieobecne, i choć niektóre z jego rajdów na Południową Walię nie przyniosły trwałych efektów, udało mu się stworzyć tradycję walijskiej jedności, którą później podjął jego wnuk. Narodowy bohater nierzadko robi więcej dla przyszłości niż teraźniejszości. Podobne przypadki można dostrzec w Szkocji w XVII i XVIII wieku, gdzie kolejne pokolenia stworzyły narodowych bohaterów z Johna Grahama i Karola Stuarta, którzy w czasie swojego życia mieli zaledwie garstkę oddanych klanów i nigdy nie doprowadzili do unii Highlands z Lowlands. Llewelyn zrobił więcej dla Walii, niż oni dla Szkocji, i naprawdę stworzył interes narodowy pomagając Walijczykom z południa. Kilkukrotnie zburzył, częściowo lub w całości, zamki Caerlon, Abergavenny, Carmarthen i Kidwelly, walczył z Flamandami i palił Haveford. Na północy zniszczył Diganwy oraz Rhuddlan i wyparł króla Jana I; gdy Ranulph, ostatni z wielkich earlów Chester, odbudował te zamki, Llewelyn ponownie zburzył je w 1213 roku, gdy problemy w Anglii zbliżały się do krytycznego momentu, i, jak można się było spodziewać, reakcja Walijczyków była bardziej wyraźna. Później wkroczył nawet do Shrewsbury i spalił Oswestry. A że orędownik narodu musi czasem walczyć z pobratymcami, których sprzeciw grozi zniszczeniem jedności, Llewelyn często walczył przeciwko Gwenwynwynowi, władcy Powys, tym samym pchając część Walijczyków do sojuszu z Anglią. Llewelyn Wielki zmarł w 1240 roku.

W tym momencie warto dokonać kolejnego przeglądu ówczesnej sytuacji w marchii. Starsza gałąź rodziny Claer wciąż, pomimo ataków Llewelyna Wielkiego, była potężną siłą w Glamorgan i była zdeterminowana bronić swoich praw. Ziemie młodszej gałęzi rodu zostały przekazane Wilhelmowi Marshalowi przez małżeństwo z córką Strongbowa, a następnie, w wyniku ciągu tragicznych wydarzeń, w których zginęli wszyscy jego synowie, włości trafiły do kilku spadkobierczyń. Najstarsza córka Wilhelma, Matilda, wyszła za Hugh le Bigod, earla Norfolk, i tym sposobem w 1246 roku przekazała swojemu synowi ziemie Netherwent, zamek Strigul, tj. Chepstow, i dziedziczny urząd Lorda Marszałka. Kolejna córka, Isabella, wyszła za swojego kuzyna, Gilberta de Clare, pierwszego earla Gloucester z tej rodziny; jej syn otrzymał duże włości w Irlandii oraz marchię Usk między Glamorgan i Strigul. Eva, żona Williama de Braose, którego Llewelyn kazał stracić, przekazała swoim córkom ziemie Marshalów, które tworzyły trójkąt między Cardigan, Haverford i Carmarthen. Wreszcie William de Valence, brat przyrodni Henryka III, otrzymał przez swoją żonę Joan, wnuczkę Marshala, większą część ziem Pembrok i ostatecznie także tytuł earla. W wykazie finansów widnieje informacja, że należność, której od rodziny żądała Korona, wynosiła jakieś 1096 funtów i była rozłożona na równe części21. Norfolk miało być odpowiedzialne za jedną piątą, Gloucester także, trzej spadkobiercy Braose’ów za jedną piętnastą każdy, Valence za jedną piątą, a różni baronowie, których związek z majątkiem jest zbyt skomplikowany, by go tu przytaczać, za różne ułamki. Ponadto Korona domagała się pewnej części starych ziem Marshali, bowiem Llewelyn Wielki, w trakcie swoich wojen, okupował niektóre tereny, a później władza królewska rościła sobie prawa zgodnie ze zwyczajem ponownego podboju.

Podział ziem Marshali był związany z podziałem majątków Braose’ów. Nie tylko Brecknock, Builth i Overwent, ale i Haverford, St. Clears i Cilgeran musiały być rozdzielone między spadkobierczynie po śmierci Williama de Braose z rąk Llewelyna. Jego ziemie odziedziczyły trzy córki, jedynie marchia Gower trafiła do ich kuzyna Williama22. Eva wniosła Overwent, majątek Abergavenny, marchię Cilgeran i Emlyn w pobliżu Cardigan do rodu Cantilupe; przez jej córkę ziemie trafiły do Henry’ego de Hastings. Matilda wyszła za Rogera de Mortimer z Wigmore, który tym sposobem dodał Builth w górnym biegu Wye i St Clears na zachód od Carmarthen do swoich licznych posiadłości w Anglii i swojej marchii w górnym biegu Severn, tym samym stając się potężniejszy od przeciętnych lordów marchii nie tylko w środkowej, ale i w południowo-zachodniej Walii. Eleanora poślubiła Humphreya de Bohun, który zmarł przed swoim ojcem i tym samym nie odziedziczył tytułu earla Hereford; lecz jej syn otrzymał wszystkie marchie centralnego Brecknock i Haverfordwest, co w połączeniu z hrabiostwem i urzędem konstabla dało mu pozycję nie tak potężną, jak ta, którą sprawowali earlowie Gloucester w Glamorgan. Rody Hastings, Mortimer i Bohun były winne Koronie łączną służbę 78 1/2 rycerza za swoje udziały w ziemiach Braose’ów.

Rodzina Lacy, na pograniczach Brecknock i Herefordshire, gdzie granica była nadzwyczaj niewyraźna, była w posiadaniu marchii Ewyas. Wnuczki Waltera de Lacy podzieliły te ziemie w połowie XIII wieku, gdy jedna wyszła za Geoffrey’a de Geneville, a druga za Theobalda de Verdun; Geoffrey otrzymał także władzę nad Ludlow.

Wzdłuż wybrzeża wystająca część współczesnego hrabstwa Glamorgan między Swansea a Carmarthen, wtedy stanowiąca marchię Gower, była własnością innej gałęzi rodu Braose, wywodzącej się po linii męskiej. Na zachodzie Kidwelly i ziemie aż do Towy przeszły do Patricka de Chaworth, który poślubił potomkinię Williama de Londres, jednego z pierwszych najeźdźców u boku FitzHamonów23. Po drugiej stronie Towy marchia Llanstephan należała do rodziny Camville, która przybyła z Devonshire i wciąż posiadała tam ziemie. Laugharne władał Guy de Brian.

Na północy nowe dziedzictwo Rogera de Mortimer, marchia Builth, stało się ogniwem łączącym Radnor i Montgomery. Na granicach Shropshire Fitzalanowie, earlowie Arundel, posiadali las Clun i Owestry na zasadach feudalnej tenuty. Biskup Hereford był w posiadaniu ziem wokół wielkiej twierdzy w Bishop’s Castle. Corbetowie mieli Caurs, a ród l’Estrange władał Ellesmere i Knockin. Hawarden, posterunek zwrócony ku niepodbitym terenom Walijczyków na zachód od Dee, należał do rodziny Monthaut lub Mold. I tak połączenie dochodzi do hrabstwa palatyna, które wraz z końcem rodu earlów w 1237 roku powróciło do Korony.

Krótko po śmierci Llewelyna Wielkiego Anglicy przez kilka lat poczynili trochę postępów, co było naturalne po odejściu tak wielkiego wojownika, zwanego nawet „drugim wielkim Achillesem”24. Henryk III od razu próbował ponownie zająć brzegi Dee i odbudować Diganwy. Nalegał, by przywrócić Powys Gruffudowi ap Gynwynwyn, którego zazdrość wobec książąt Gwynedd była dla Anglików zaletą. Na południu miało miejsce nowe natarcie na Cardigan, a earl Gloucester powtórnie wszedł w posiadanie Glamorgan. Wszędzie lordowie marchii odbudowywali zamki zburzone przez Llewelyna. Nawet gdy jego wnuk, Llewelyn ap Grufudd, zwany Ostatnim, wstąpił na tron, sprawa narodowa zdawała się przegrana. Jednakże okoliczności sprzyjały Walijczykom, gdy tylko pojawił się silny książę, bowiem Henryk był słaby, a wyniszczenie rodziny Marshalów było wielce zgubne.

Wkroczenie na scenę tego, któremu przeznaczone było podbić Walię, uwypukliło siłę nowego Llewelyna, jego przyszłej ofiary. Hrabiostwo Chester wygasło i w 1254 roku Edward został earlem. Na początku zmusił Llewelyna do odstąpienia Czterech Cantredów, rejonu między Chester a Conwy, których Walijczycy dotychczas skutecznie bronili, jeśli nie liczyć kilku osiedl stworzonych od czasu do czasu na wybrzeżu. Potem Edward skorzystał ze swoich wpływów na południu, gdzie miał zamiar stworzyć w Cardiganshire i Carmarthenshire dwa hrabstwa pod królewskim patronatem. W tym celu częściowo powoływał się na prawa Korony do zwierzchnictwa nad Południową Walią, a częściowo zdawał się korzystać ze zwyczaju ponownego podboju. Zarówno Cardigan, jak i Carmarthen były utrzymywane w imieniu Korony, ewidentnie na tej podstawie, a Patrick de Chaworth, lord Kidwelly i potężny władca marchii, był królewskim namiestnikiem Carmarthen. Na tym terenie Edward ustanowił sąd hrabstwa, albo comitatus, któremu musieli służyć sąsiedni lordowie marchii, zarówno w pokoju, jak i podczas wojny. To musi oznaczać, że starszy Llewelyn podbił te ziemie, a po jego śmierci Edward, odbijając je, skorzystał z prawa Korony do zignorowania zwyczaju marchii25. Llewelyn Ostatni jednak szybko okazał swoją siłę. W 1256 i kolejnych latach atakował Gruffudda ap Gwenwynwyn w Powysland, wyrwał Builth z rąk Mortimera, zwrócił Walijczykom z Cardiganshire i Carmarthenshire niepodległość zabijając Patricka de Chaworth i innych, a nawet przedarł się do Pembroke i Glamorgan. Walijscy kronikarze pokazują, jak był on powszechnie akceptowany przez mieszkańców południa i uznano, że „ci z północnej Walii byli nierozerwalnie sprzymierzeni z tymi z południa Walii, czego wcześniej nigdy nie widziano”26. Cztery Candredy zostały wyzwolone i choć Edward sprowadził najemników z Gaskonii, nie był w stanie ukrócić działań Llewelyna. Walijski bard upamiętnił to, jak jego bohater odzyskał Diganwy i atakował aż do Chester, stoczył walną bitwę w Snowdonii i generalnie tryumfował „od Pulford (w pobliżu Chester) do Kidwelly” oraz „od Rhos do Pembroke”, dwa walijskie określenia równoznaczne biblijnemu od Dan do Beer-Szeby27. Ciekawym elementem tej walki jest sojusz przeciwko Anglii zawarty przez szkockich i walijskich możnych28.

Kłopoty w Anglii, których punktem kulminacyjnym był wybuch drugiej wojny baronów w 1264 roku, uczyniły Llewelyna potężniejszym, bowiem przeniósł walki w głąb kraju wroga. Ponieważ wrogiem jego rodu, jak i jego samego, była Korona angielska, sprzymierzył się z Szymonem de Montfort i wysłał siły do udziału w bitwie pod Lewes. Wtedy jego sukcesy zadziałały na jego niekorzyść. Lordowie marchii uzmysłowili sobie, że pomagając baronom, Llewelyn sam czerpie z tego wszystkie korzyści; jeśli swego czasu władcy marchii cieszyli się z walijskiej pomocy, dzięki której mogli wywalczyć prawa od Korony, szybko dostrzegli, że muszą połączyć z nią siły, by uratować siebie przed Walijczykami. Właściwie to oni trzymali siły w równowadze. Taki stan rzeczy tłumaczy zwłaszcza pozornie bezsensowne wahania rodów Clare i Bohun. Grali oni role władców Glamorgan i Brecknock, a nie angielskich baronów, a ich głównym celem było utrzymanie pozycji na wpół niezależnych magnatów, uprzywilejowanych przez zwyczaj marchii pozwalający powoływać własne armie i toczyć wojny według własnej woli. I tak utrzymujący równowagę sił Richard de Clare, earl Gloucester, jawi się jako przywódca baronów ważniejszy od samego Szymona de Montfort, przynajmniej do swojej śmierci w 1262 roku. Jego syn Gilbert walczył u boku Szymona pod Lewes, zmienił stronę i służył po stronie księcia Edwarda w trakcie kampanii, która skończyła się bitwą pod Evesham, aż w końcu ponownie zwrócił się przeciw Koronie, by zapobiec wyjęciu spod prawa pozostałości sił baronów po Evesham. Sprzymierzył się nawet z Llewelynem i ruszył zbrojnie na Londyn. Starał się, jak tylko mógł, żeby ani Edward, ani Llewelyn nie stał się zbyt potężny. Z kolei Humphrey de Bohun, earl Hereford, walczył dla króla pod Lewes; jego syn, Humphrey, który ożenił się z Eleanorą de Braose, był tam po stronie Szymona. Przywodzi to na myśl klan ze szkockich Highlands, który był reprezentowany przez ojca i synach w przeciwnych obozach Jakobitów i zwolenników dynastii hanowerskiej. Henry de Hastings, który dzięki żonie został lordem Abergravenny i Overwent, był po stronie Szymona. Z drugiej strony ówcześni przedstawiciele rodów Fitzalan i Bigod byli lojalistami, a ważniejszy od nich Roger de Mortimer był nie tylko wierny monarsze, ale i wnosił pokaźne siły, bowiem całe swoje terytorium zawdzięczał Edwardowi. Prawdą jest, że Roger na początku występował w podejrzanej roli, bowiem był członkiem grupy baronów w 1258, a ponadto został oskarżony o zdradę, gdy Llewelyn Ostatni zajął Builth. Jego matka, Gladys, była córką Llewelyna Wielkiego, a więc i ciotką ówczesnego księcia. Jednakże pomimo pokrewieństwa „Mortimerowi było niesamowicie trudno długo pozostać po stronie baronów” i ich walijskiego sojusznika29. W 1260 kwestia jego zdrady, w którą Edward na początku wierzył, została zbadana i Roger został oficjalnie oczyszczony z zarzutów30; w 1261 został ułaskawiony przez króla i od tego czasu był opoką sprawy rojalistów. W 1265 to właśnie do jego posiadłości udał się Edward uciekając z niewoli. Powodów dla tej sytuacji nie trzeba daleko szukać. Potęga Llewelyna była z dala od Glamorgan i Brecknock, więc niezdecydowanie Clare’a i Bohuna można usprawiedliwić; ale Gwynedd było zbyt blisko marchii Mortimer, a Builth trzeba było jeszcze odzyskać.

Kampanie zakończone pod Lewes i Evesham są istotne nie tylko dlatego, że Llewelyn był po stronie baronów, Mortimer walczył obok monarchy, a Clare i Bohun okazywali niezdecydowanie, ale też dlatego, że są punktem zwrotnym w historii wojskowości. To dwie ostatnie bitwy stoczone w Anglii, w których największą rolę odgrywała zbrojna jazda, bowiem wojny Edwarda z Walijczykami są początkiem epoki pieszego łucznika. Podczas lektury książek takich jak The Art of War in the Middle Ages Sir Charlesa Omana czy Battles of English History Hereforda George’a widzimy, że w średniowieczu istniała potrzeba mieszania jazdy z piechotą, broni strzeleckiej z białą. Jednakże przed naszą epoką te połączenia nie były systematycznie badane, w istocie były zaniedbywane, chyba że w długich odstępach czasu i w specjalnych, niemal przypadkowych okolicznościach.

Pod Hastings Normanowie zatriumfowali dzięki wyższej mobilności i następującym po sobie salwom strzał i szarżom jazdy; pokonali przeciwnika równie odważnego, ale nieruchomego. Ich krótki łuk był słaby i uznawany za broń bez znaczenia; cięciwę naciągano wyłącznie do klatki piersiowej, a strzała, za wyjątkiem niewielkich odległości, była wypuszczana wysoko w powietrze – jej wysoka trajektoria sama w sobie była przyznaniem słabości. Ówczesne kopie także były krótkie i często trzymano je z dłonią powyżej łokcia. Wniosek z bitwy pod Hastings jest taki, że nawet tak niedojrzałe uzbrojenie, jeśli zostanie umiejętnie połączone, musi wziąć górę nad prostą i przestarzałą gęstą formacją tarcz i toporów bojowych czy włóczni, ale zwycięży dopiero po ciężkiej walce. Potężny długi łuk i ciężka, pochylona kopia spod Poitiers unicestwiłyby ludzi Harolda w przeciągu godziny. Istnieje oczywiście w wojnie czynnik, którego nie wyeliminują upływ czasu, rozwój techniki, dokładnie obmyślone plany ani ulepszone uzbrojenie, a jest nim męstwo opanowanych, dobrze wyszkolonych żołnierzy toczących walkę wręcz. Jednakże jeśli z jednej strony mamy odwagę, opanowanie i wyszkolenie, ale wojsko skazane jest na stanie w miejscu, a z drugiej mamy umiejętność łączenia różnych metod walki, wtedy armia atakująca musi odnieść zwycięstwo. Wygra szybko, jeśli uzbrojenie jest najlepszym w swoim rodzaju, albo powoli, jeśli broń jest słaba i nierozwinięta, ale zawsze wygra. Sama stateczność w obronie jest bezużyteczna bez umiejętności wykonania kontrataku, chyba że panika, złe dowodzenie, bądź niezadowolenie rozbiją armię atakującą. Dlatego łączenie uzbrojenia i umiejętności zatriumfowały pod Hastings.

Pod Northallerton piechota uzbrojona w krótkie łuki i włócznie ponownie wygrała. Jednak pośród najbardziej wojowniczych sił Europy najbardziej wyraźną postacią był opancerzony jeździec, który pogardzał wmieszaniem go w pieszy motłoch. Na kontynencie europejskim utrzymał on swoją dumną pozycję. Jednkaże na wschodzie pierwsza wyprawa krzyżowa pokazała, że ciężki kawalerzysta musi zmienić taktykę w walce przeciw grupom lekkozbrojnych muzułmanów. Stąd podczas trzeciej krucjaty pojawił się nowy typ żołnierza, pieszy kusznik, który tworzył formację przed jazdą i był tak szkolony, by przepuścić kawalerię, gdy ogłoszono kontratak31. Ryszard I był nie jedynym, ale największym propagatorem tej taktyki; Genua i Piza dostarczały zaś najlepszych kuszników. Używano innych łuków i stworzono oddziały konnych łuczników na modłę muzułmańską, ale włoski arbalet był najlepszą bronią w swoim rodzaju. Bitwa pod Arsuf była typowym zwycięstwem podczas marszu Ryszarda I na południe od Akki. Mimo to połączenie piechoty z opancerzoną jazdą nie zostało przeniesione z Palestyny, gdzie potrzeba była matką adaptacji, do Europy Zachodniej. Pod Bouvines bezużyteczna masa piechoty w centrum każdej z armii ukrywała rezerwę kawalerii, ale była odsłonięta wyłącznie po to, by mogła zostać zmasakrowana. Gdy spojrzymy na Wyspy Brytyjskie, wyłącznie podczas inwazji na Irlandię używano mieszanki kawalerii z piechotą właściwie i systematycznie. Pomijając to, że normańscy rycerze i walijscy łucznicy walczyli razem w nieznanym zakątku Europy, zdumiewające jest, że taktyka, która przynosiła im zwycięstwo, nie była naśladowana nigdzie indziej.

Historia kuszy po okresie krucjat jest interesująca. Stała się ona główną bronią dwóch klas, mieszczańskich milicji oraz najemników. W pierwszym przypadku kusza okazała się przydatna w obronie murów miejskich; jednak miejskie wojska zaciężne nie walczyły poza przypadkami, kiedy miały w tym szczególny interes, i na pewno nie wpłynęły na historię wojskowości. Z najemnikami sprawa miała się inaczej, bowiem byli wszechobecni. Mieszkańcy Genuy i Pizy trzymali się kusz, które pierwotnie przyniosły im sławę w Palestynie, ale służyli głównie na pokładach statków jako piechota morska. Wojska zaciężne Niderlandów i Gaskończycy także chętnie używali tej broni, zarówno pieszo, jak i konno. W Anglii była zakazana, nie z sentymentalnych powodów, które skłoniły papieży od potępienia kuszy jako broni niestosownej dla chrześcijan, ale przez nienawiść do korzystania z usług najemników. Magna Carta rozwiązywała tę kwestię potępiając zarówno kusze, jak i wojska najemne. Kusza nigdy nie była popularna jako angielska broń, jednak aż do początku XIV wieku uznawano ją za znacznie skuteczniejszą od łuku. Z kolei łuk pojawił się za Henryka III w dokumentach dotyczących uzbrojenia32 jako broń odpowiednia dla wojsk zaciężnych. Wówczas słabszy piechur, miał potencjał do istotnego rozwoju. Jednakże proces udoskonalania był powolny, a w międzyczasie łuk nie cieszył się dobrą sławą i Hereford George wskazał jawne dowody na to, że nie odgrywał żadnej roli pod Lewes czy Evesham.

Jako typowe starcie z początku XIII wieku, kiedy zwracano uwagę wyłącznie na kawalerię, pozwolę sobie wskazać bitwę pod Muret33. Dieulafoy po dokładnym badaniu tamtejszego ukształtowania terenu napisał na jej temat interesującą monografię, w której przekonująco podważa obraz tej bitwy przedstawiony przez Delpecha, który przyjął także Oman. Dieulafoy uważa, że nie doszło tam do żadnych złożonych manewrów. Szymon de Montfort zebrał swoją kawalerię, liczącą od 800 do 1000 jeźdźców różnej rangi, w ukryciu przed przeciwnikiem, osobiście ustawił ich w szyk i podzielił na trzy części, przeprowadził wokół miasta, wciąż poza zasięgiem wzroku wroga, przeszedł przez most nad rzeką Louge w miejscu, gdzie wpada ona do Garonne (przez ustalenie obecności tego mostu i drogi do niego biegnącej Dieulafoy podważa poprzedni opis starcia), przegrupował swoje siły i wysłał swoich ludzi wprost na przeciwnika. Kazał im przy tym szarżować równo i w sposób zorganizowany. Francuzi byli mniej liczni, mieli bowiem trzykrotnie mniej jeźdźców, ale byli zaprawionymi w bojach fanatykami; ponadto zwycięstwo miało przynieść im zyski, dzięki czemu byli zdyscyplinowani. Ich przeciwnicy byli ledwie zorganizowani i szybko zostali wycięci w pień, wpierw kawaleria, z której każdy rycerz działał po swojemu, a potem niezliczona, lecz bezużyteczna piechota. Bitwa została wygrana nie poprzez złożone połączenia wojsk i ataki z flanki, lecz przez prostą, równą szarżę przed siebie. Należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Konie tam użyte były powolne i niezgrabne, rycerze w kolczych tunikach i nogawicach byli ciężcy, a masywne kopie nieporęczne, przez co błyskawiczne manewry były niemożliwe. Po drugie, nie było tam żadnego zorganizowanego systemu przekazywania rozkazów. Głównodowodzący musiał być dosłownie wszędzie.

Porównując to starcie z bitwą pod Hastings widzimy, że działania kawalerii uległy zmianie. Normanowie Wilhelma Zdobywcy i inni poszukiwacze przygód mogli manewrować i to robili, nie nosili dużej ilości ciężkich kolczug i walczyli lżejszymi kopiami, a ich konie nie były obciążone zbroją. Z tych powodów nie mogli rozbić Saksonów jedną potężną szarżą, ale mogli wykonać zwrot. Półtora wieku później, pod Muret, całe wyposażenie było znacznie cięższe. Nadal używano kolczug, ale zakładano ich znacznie więcej, zarówno na jeźdźca, jak i na wierzchowca, a kolejną dużą różnicą było stworzenie masywnej kopii do zrzucania wrogich jeźdźców. Francuzi Szymona musieli być powoli zebrani w szyk i najprawdopodobniej nie potrafili zmienić kierunku, ale ich zwarta szarża była potężna i znosiła wszystko, co się przed nimi znalazło. Jedna rzecz nie uległa zmianie. Obie armie były zdyscyplinowane i wykonywały rozkazy przywódcy, bowiem dla ich członków posłuszeństwo było opłacalne. Widzieli ziemie i łupy do zagrabienia.

Powyższe uwagi wzrastają na znaczeniu, gdy przyjrzymy się feudalnemu wojsku zaciężnemu. Każdy z feudalnych władców dostarczał własny kontyngent ciężkiej jazdy, jednak pomiędzy tymi oddziałami brakowało jedności, zdyscyplinowania czy przemożnego zapału. Nie istniała też żadna hierarchia dowodzenia. Być może był jakiś głównodowodzący, ale każdy pomniejszy dowódca miał swój własny oddział. A skoro starszy Szymon de Montfort zmuszony był osobiście nadzorować tworzenie szyku, to czego powinniśmy się spodziewać po jego synu, który dowodził niespójnymi siłami baronów pod Lewes?

Anglicy Henryka III byli stosunkowo niedoświadczonymi wojownikami. Każde zdarzenie z życia Edwarda I, jako księcia czy też jako króla, pokazuje, że wpajał on sztukę walki słabemu materiałowi. Jednakże pod Lewe był młody i sam jeszcze się uczył. Z kolei zbuntowany Szymon de Montfort był najbardziej doświadczonym dowódcą tamtych czasów, wychowanym na ojcowskich pomysłach wykorzystania kawalerii34. Zrobił dokładnie to samo, czego jego ojciec dokonał pod Muret; ponieważ nie było żadnego angielskiego barona, który miałby konieczne doświadczenie, Szymon osobiście ustawił w szyku całe swoje siły na płaskich wzgórzach nad Lewes. Dokonał tego w ukryciu przed wrogiem, bowiem fatalne rozpoznanie było typowe dla tamtego okresu. Szyk był równie prosty, co pod Muret, i składał się z trzech grup jazdy, ale także sił rezerwowych. Piechota nie była szczególnie przydatna, nawet Londyńczycy i Walijczycy przysłani przez Llewelyna jako sojusznika baronów. Trudno mi znaleźć podstawy, by przypuszczać, jak Oman, że oddział pieszych był dołączony do każdej grupy kawalerii; takie rozwiązanie nie odpowiadało ówczesnym ideom, kiedy pogardzano łączeniem piechoty z jazdą, zwłaszcza że jeźdźcy nigdy nie schodzili z koni do walki. Pomimo tego piesi Londyńczycy byli obecni na lewej flance Szymona. Tak sformowana armia baronów ruszyła na Lewes. Ich sukces był w całości zasługą terenu. Dwie boczne krawędzi wzgórz opadały w kierunku Lewes, a między nimi była dolina, która dzieliła armię: prawe skrzydło, centrum i rezerwy szły mniej więcej na wprost, a lewe skrzydło osobno podążało wschodnią granią. Rojaliści byli zaskoczeni; mimo to mieli odrobinę czasu, by uporządkować swoje siły, bowiem natarcie baronów musiało iść powoli. Książę Edward był na prawym skrzydle i czym prędzej zajął pozycje, gdyż najpewniej jako pierwszy został ostrzeżony; jego żołnierze bronili zamku Lewes, podczas gdy jego ojciec i wuj znajdowali się na niżej położonych terenach na południe od klasztoru. Przez przypadek, bądź dzięki gotowości do wykorzystania przewagi swojej pozycji, Edward wyprowadził swoje siły pod zamkiem i naprzeciw doliny, która oddzielała lewą flankę baronów od reszty ich sił. Bez wahania, zanim obie grupy po dwóch stronach doliny mogły się spotkać, wyprowadził kontratak; szarżując bezpośrednio naprzód dopadł na ukos do przeciwnika, zawinął jego siły w poprzek grani, a nie w górę, i ścigał ich dalej na płaski teren z dala od głównej bitwy. Gonił i bił wroga do momentu, aż jego konie straciły siły. Gdy wspiął się z powrotem na miejsce, gdzie przeszedł główny atak sił Szymona, zastał wuja wziętego w niewolę, a ojca zblokowanego. Pomysł na szarżę był genialny i godny Ruperta; mógł wynikać z przypadku i ukształtowania terenu, albo być zaplanowany przez Edwarda; przeciwnik był w niekorzystnej sytuacji, więc książę zaatakował, by odepchnąć lewą flankę wroga jak najdalej od centralnych sił i nie pozwolić im na zebranie się. W tym czasie rojalistyczne siły na środku i lewej flance zostały związane i stłoczone na nisko położonych terenach, gdzie nie mogły zająć dogodnych pozycji i zostały rozbite.

Przedstawiłem mój własny pogląd na tę bitwę wbrew autorytetowi George’a, bowiem wydaje się, że uznał on pole bitwy za zbyt szerokie przez przypisanie prawego skrzydła sił Szymona do trzeciej krawędzi wzgórza na południu; przebieg starcia jest jaśniejszy, jeśli uznamy, że cała armia buntowników, za wyjątkiem pokonanego lewego skrzydła, posuwała się wzdłuż jednej grani w zwartym szyku – Oman wydaje się mieć rację w tej kwestii. Jako że kierunek szarży Edwarda zależał od prawidłowego rozpoznania terenu, opracowałem moją wersję in situ.

Panowie George i Oman obaj zauważyli, że jedyna wzmianka łucznictwa podczas tej kampanii ma związek z Walijczykami. Niektórzy walijscy łucznicy mieli nękać rojalistów, gdy ci przemierzali lasy Sussex. Niekoniecznie byli to ludzie Llewelyna. Earl Gloucester i inni władcy marchii walczyli po stronie Szymona, więc ten oddział mógł pochodzić z południowo-zachodniej Walii, gdzie łuki były najpopularniejsze.

Gdy książę Edward uciekł z niewoli, polegał na lojalności Rogera de Mortimer, a najpotężniejszy z lordów marchii, earl Gloucester, dołączył do niego. Teoria, że niektórzy władcy marchii, jak właśnie earl Gloucester, opuścili Szymona i wsparli króla, gdy inny sojusznik buntowników, Llewelyn, zdawał się rosnąć w siłę, zdaje się tłumaczyć zmianę stron. W trakcie kampanii wiele było marszy i kontrmarszy w dorzeczach Usk i Wye, a także Severn, dzięki czemu Edward mógł poznać ukształtowanie kraju. Bardzo prawdopodobne, że w jego armii służyli walijscy łucznicy pod sztandarem Gloucester. Z kolei w armii Szymona znaleźli się zbrojni we włócznie ludzie Llewelyna, a najpewniej także kilku łuczników, bowiem Henry de Hastings i Humphrey de Bohun byli po jego stronie. Jednak w finałowym starciu pod Evesham główny ciężar walk spadł an kawalerię, choć u obu stron ten typ wojsk nie był liczny. Nas interesuje nie sama bitwa, co umiejętne przechytrzenie buntowników za pomocą strategii księcia. Trzeba zwrócić uwagę, że po stronie króla bardzo dobrze spisał się John Giffard, choć pod Lewes walczył u boku Szymona.

Wiele lat musiało jeszcze upłynąć, nim uświadomiono sobie, że nie należy pogardzać piechotą. Dotychczas widzieliśmy Edwarda jako ucznia, który choć potrafił wykonać wybitną szarżę i zapędzić przeciwnika w pułapkę umiejętnym marszem, nadal jeszcze poznawał tajniki wojny. Po zostaniu królem, w trakcie wojen w Walii dowiódł, że skorzystał z tego doświadczenia. Jego znajomość walijskich taktyk pochodziła z czasów, kiedy walczył z Llewelynem o kontrolę nad Czterema Candredami, a także z kampanii zakończonej pod Evesham. Najprawdopodobniej wiedział z opowieści i z własnych przeżyć o znakomitości walijskich łuczników. Później, gdy udał się na wyprawę krzyżową, musiał widzieć łuczników ze Wschodu, nawet jeśli historia o tym, jak został zraniony strzałą, jest tylko mitem. Jednakże nie wystarczy wiedzieć, że Edward znał efekty użycia łuków. Pytanie brzmi, czy rozpoczął systematycznie wprowadzać je do uzbrojenia angielskiej piechoty przed wojnami w Walii, czy też robił to dopiero podczas ich trwania? Dobrze wiadomo, że łuk znalazł miejsce w oficjalnym spisie broni za Henryka III. Wierzę, że Edward czynił starania, by stworzyć skuteczną, zbrojną w łuki piechotę angielską, co najmniej od 1265 roku, jeśli nie wcześniej. Fakty są skromne, ale sugestywne.

Unikalny dokument35 wskazuje, że w roku 1266 i 1267 Reginald de Grey dowodził w zamku Nottingham mieszanymi siłami złożonymi z dwóch rycerzy wraz z asystującymi żołnierzami, dwudziestu konnych kuszników i kapitana, dziesięciu pieszych kuszników i dwudziestu łuczników; służba rycerzy trwała 263 dni, a pozostałych 436, ad debelland inimicos domini regis. Wrogiem był nie kto inny, jak wyjęci spod prawa zwolennicy Szymona, których poszukiwano w głębokich lasach. Miały tam miejsce dwa większe starcia, w których rojaliści stracili kilka koni, z czego do jednego doszło w samym sercu lasu Sherwood. Jeden z poważnych opisów Robina Hooda czyni go zwolennikiem Szymona, więc interesującym jest znaleźć ślady obecności sił, w których skład wchodzili królewscy łucznicy i które służyły przez długi czas w bliskim sąsiedztwie legendarnego domu bohatera, a co więcej poniosły straty z rąk banitów. Nikt, kto studiował rozwój wojskowego łucznictwa, nie mógłby wyobrazić sobie Robina Hooda korzystającego w XIII wieku z długiego łuku o łęczysku długości 6 stóp, broni, która była wówczas w powijakach. Jednak naturalnym jest spodziewać się wczesnych, świetnych strzelców pośród banitów i kłusowników z Sherwood. W związku z tym warto zauważyć, że hrabstwa Notts i Derbyshire wysłały piechotę na wszystkie walijskie wojny Edwarda i były jedynymi hrabstwami nie znajdującymi się na granicy z Walią, które to zrobiły, podczas gdy w Warwickshire i Worcestershire nigdy tego nie uczyniono. Daleko jeszcze do roku 1333, kiedy to miała miejsce bitwa pod Halidon Hill, ale zadziwia to, że kłusownicy z Sherwood byli ułaskawiani, o ile tylko dołączyli do armii królewskiej i przyczynili się do tego wielkiego zwycięstwa długiego łuku. Łucznictwo zaczynało rozkwitać dokładnie w tych hrabstwach, gdzie można się było tego spodziewać.

Gdy Edward wracał do domu z krucjaty, stoczył we Francji „małą wojnę” w Chalons36. Miał tam ze sobą liczną piechotę, z której część uzbrojona była w łuki i proce.

Znane są przekazy z czasów pierwszej wojny walijskiej z Llewelynem w 1277 roku dotyczące piechoty sprowadzonej z pogranicznych hrabstw, z Derbyshire i ze sprzymierzonych marchii, a złożonej zarówno z sagittarii, jak i lanceati37. Stosunek