Opis

Krąg zemsty nie ma końca.

Kiedy się mścisz, sprawiasz, że twoim tropem rusza inny mściciel. Nie dzisiaj, nie jutro, ale za rok, za dekadę… na pewno! Niczego nie pamiętamy tak dobrze jak doznanych krzywd. Niczego tak nie pragniemy jak wyrównania rachunków.

Mirosław Kutrzeba zabił już pięciu oprawców. Szósty nadal się przed nim ukrywa, ale nie czeka z założonymi rękoma. Pomagają mu ci, których Kutrzeba skrzywdził, realizując swoją misję.

Konflikt zapoczątkowany wendettą może ponownie sprowadzić na świat kataklizm. Nie przetrwają go ani bogowie, ani ludzie. Nie ma jednak ratunku, gdyż taka jest nieuchronna logika nieskończonego kręgu zemsty.

Po rewelacyjnym „Pokoju Światów”, czas na o wiele lepsze „Wojny Przestrzeni”.
Robert J. Szmidt, autor Samotności Anioła Zagłady, Łatwo być bogiem i Ucieczki z raju

Proza Majki znajduje złoty środek pomiędzy tym, co magiczne a realistyczne – baśń gwiazd oblepia się smarem maszyn, mroczna materia kosmosu przekształca się w czarodziejską tkaninę a tytułowa Przestrzeń przenika przez zwykłe, książkowe karty…
Marcin Podlewski, autor cyklu Głębia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 613

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 24 min

Lektor: Wojny Przestrzeni - Paweł Majka

Popularność


Spis treści
Prolog
Część pierwsza - Popękane skorupy
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Paweł Majka

Wojny Przestrzeni

Wojny przestrzeni

Copyright © Paweł Majka

Copyright © Wydawnictwo Genius Creations

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright © for the cover art by Paweł Dobkowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. 

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2017

druk ISBN 978-83-7995-089-8

epub ISBN 978-83-7995-090-4

mobi ISBN 978-83-7995-091-1

Redakcja: Michał Cetnarowski

Korekta: dr Marta Kładź-Kocot

Projekt i skład okładki: Paweł Dobkowski

Skład i typografia: Studio Grafpa, www.grafpa.pl

Redaktor naczelny: Marcin A. Dobkowski 

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Podmiejska 13 box 27

85-453 Bydgoszcz

[email protected]

www.geniuscreations.pl

Książka dostępna w księgarni: www.MadBooks.pl,

www.eBook.MadBooks.pl i eBooks4U.pl

Ale jeśli prawdą jest, że dusze żyją po śmierci to go jeszcze spotkam. Dlatego zemsty nie koniec.

Karol Bunsh, Dzikowy Skarb

Prolog

Rok 2172 starego kalendarza, 220 rok Pokoju,

orbita Kallisto

Cała ta historia zaczyna się od pociągu. Tego zgubnego, nieziszczalnego pragnienia, które kazało Adamowi Drygłowi, chorążemu zakontraktowanemu przez Transport Galicyjski, nie odrywać wzroku od obrazu przedstawiającego najpiękniejszą kobietę, jaką widział w krótkim jeszcze życiu. Najpiękniejszą we wszystkich znanych światach, jak uważał.

Patrolowiec OTG „Dorka” zagrał silnikami dziobowymi, by zmniejszyć nieco prędkość, gdy przechodził obok czaszki Tiamat, szczerzącej kły wielkości ośmiotysięczników na tle ciemnej jak zwykle Kallisto, za którą pęczniał dostojnie Jowisz. Kręgosłup smoczycy otaczał księżyc niczym cenny klejnot. Potwór nawet po śmierci pilnował swego. W lodowych kopalniach Kallisto wydobywano fidezynę, która pozostała po śmierci zamordowanego przed dekadami boskiego gada.

W lewym oczodole monumentalnej czaszki Tiamat rozbłysnął wielobarwny komunikat świetlny. To kolonia potomków sekty oddającej bogini cześć dawała znać o swoim istnieniu. Na przywołanie Tiamat zużyto osiem milionów ton pierwiastka cudu: fidezyny, pozyskanej z ofiary prawie miliona zabitych ludzi i innych bytów posiadających dusze. A wszystko tylko po to, by przebudzona bogini wydała bolesny ryk narodzin, a zaraz potem skonała.

Jej ciało rozsypało się w proch, pozostawiając szkielet, który stał się ozdobą lodowego księżyca Jowisza. Niewykorzystana do końca fidezyna spłynęła gorącymi, gęstymi jak lawa strumieniami na Kallisto i wżarła się w lód, zstępując coraz to niżej i niżej, ku ukrytemu pod dwustu metrami zmrożonej skorupy oceanowi. Stygła jednak przez cały czas i nie dotarła do wody.

Lód topniał, a następnie odparowywał w mgnieniu oka. Gigantyczne pióropusze pary wystrzeliły w rzadką atmosferę, przebiły się przez nią i zamarzły na orbicie księżyca, tworząc wokół niego fidezynowo-węglowy pierścień. Nie przetrwał długo, starczyło ledwie kilka ziemskich lat, by jego składowe opadły: a to na powierzchnię Kallisto, a to na otaczający ją szkielet Tiamat.

W kościach bogini wyryto w tym czasie tunele, żebra przebudowano w orbitalny port i przystanie. W czaszce wzniesiono miasto i ulokowano kosmiczną latarnię, nadającą na cały Subukład Jowisza informacje o zmianach zachodzących we wszechświecie, ale też lokalną muzykę i odczytywane przez wykwalifikowanych bardów opowieści. Nikomu nie przeszkadzało, że w latarni, która zwykle jako pierwsza zdobywała informacje o zbliżających się statkach i okrętach, pracowali kultyści Tiamat. Pomimo niepowodzenia wciąż czcili boginię, zdawali sobie jednak sprawę, że ich pierwotny plan poniósł fiasko; nauczyli się zatem chwytać życia wszelkimi sposobami. Nie chciała ich przyjąć żadna z enklaw Układu Słonecznego, toteż zbudowali własne siedlisko w kościanym pierścieniu bogini.

Pierwsze lata po śmierci Tiamat nie były dla nich łatwe. Wiele istot w Układzie Słonecznym wysuwało uzasadnione pretensje wobec ludzi planujących przebudować świat wedle własnych krwawych planów. Z czasem sprawa ucichła. Nie pierwsi to i nie ostatni fanatycy szykowali apokalipsę. Ich klęskę potraktowano jako dowód na niedorzeczność takich starań.

Trafiały się i inne głosy. Tiamatyści głosili, że padli ofiarą spisku. Opowiadano o czarnym okręcie, który wyłonił się z cienia Jowisza w tej samej sekundzie, kiedy Tiamat zaczynała wydawać ryk, roznoszący się po Układzie Słonecznym wbrew mistyce klasycznej fizyki.

Przez zamieszkane przestrzenie przetoczyły się opowieści o statku, za którego sterami stała sama Śmierć.

A być może, powiadali niektórzy, ktoś znacznie gorszy od Śmierci.

Po latach szkielet Tiamat stanowił jedną z atrakcji turystycznych i chorąży Adam Drygieł obiecywał sobie, że tym razem wykorzysta okazję, by zwiedzić świątynie i zamtuzy gnieżdżące się w kościach niespełnionej bogini zagłady. Na razie nawet nie zerkał na majestatyczną czaszkę, której biel przesłaniała połowę ekranów OTG „Dorka”. Zostało mu jeszcze pół godziny wachty na mostku. Na obrazie przedstawiającym wnętrze jednej z komnat Pałacu Łączności Transportu Galicyjskiego w Malowanej Moskwie skupiał się jednak nie po to, by jak najpilniej wypełniać obowiązki łącznościowca dalekiego zasięgu, a dlatego, że tym razem wachta Drygła zbiegła się z dyżurem Mariki.

A w Marikę młody chorąży mógłby się wpatrywać bez końca.

Znał ją od ponad roku i przez cały ten czas zbierał się na odwagę, by zagadać do dziewczyny mniej formalnie. Na drodze do spełnienia tych pragnień stały nie tylko regulaminy floty Transportu Galicyjskiego oraz zapierająca dech w piersiach, onieśmielająca uroda Mariki, ale przede wszystkim fakt, że była ona kobietą namalowaną. To zaś znaczyło, że równie dobrze mogła mieć nieco ponad dziewiętnaście lat, na które wyglądała, jak i dwieście. Jeśli umarła niedawno, jako nastolatka, jej doświadczenie życiowe byłoby zbliżone do doświadczeń Drygła. To z pewnością wiele by ułatwiało. Ale jak flirtować z kobietą, która może pamiętać czasy Kresu?

Faktem, że aby ewentualny związek z Mariką mógł znaleźć spełnienie, Drygieł musiałby dać się namalować, a potem umrzeć, chorąży przejmował się mniej. Podobnie jak drobnym problemem zdobycia fortuny, jaką kosztowało namalowanie portretu przez naznaczonego klątwą szaleńca, zdolnego posługiwać się żywą farbą.

To wszystko stanowiło wyzwania przyszłości. Jeśli tylko Drygieł znajdzie jakiś sposób, by zwrócić na siebie uwagę dziewczyny, reszta jakoś się ułoży.

– Coś nowego, chorąży? – zapytał drugi oficer.

– Żadnych komunikatów, panie poruczniku.

Marika na płótnie skinęła głową, nie patrząc na Drygła. Nic nowego. Nuda.

Choć Transport Galicyjski nie dysponował pełnym monopolem na wykorzystywanie Malowanej Moskwy jako środka łączności, posiadał blisko siedemdziesiąt sześć procent udziału w rynku komunikacyjnym istniejącym wyłącznie na obrazach miasta. To wiele ułatwiało. Zamiast wynajmować domy od malowanych, TG po prostu wykupił od nich cztery kamienice, zlecił połączenie ich korytarzami i w ten sposób stworzył Moskiewski Pałac Łączności TG. Podobno by zapewnić pełną, całodobową obsługę łączy, TG podpisało szereg kontraktów z desperatami, którzy dali się namalować i zabić w zamian za stałą posadę i względną nieśmiertelność malowanych ludzi.

Istniało wiele form łączności, jednak żadna nie mogła równać się z komunikacją zapewnianą przez Malowaną Moskwę. Odkrycie tego stanowiło jeden z sukcesów TG. Nieważne, jak daleko od ziemskich placówek znajdywały się statki TG – czy orbitowały wokół Marsa albo Jowisza, czy zapuszczały się aż w okolice Plutona. Wystarczyło, że na pokładzie każdej z nich zawieszono obraz przedstawiający którąś z komnat Pałacu Łączności, a meldunki płynęły między nimi nawzajem oraz między nimi a centralą na Ziemi w mgnieniu oka. Gdyby Drygieł chciał przekazać jakąś informację na bliźniaczy patrolowiec OTG „Draken”, wystarczyło, by powiedział Marice, o co chodzi. I choć „Draken” patrolował w tej chwili okolice Saturna, Marika po prostu odwróciłaby się do siedzącej przy sąsiednim biurku Krystyny, a ta przekazałaby wiadomość łącznościowcowi na pokładzie docelowego okrętu, na którym odpowiednik Adama wpatrywał się zapewne równie czujnie w obraz przedstawiający to samo wnętrze sali łączności, ukazane z nieco innej perspektywy. Wszystko zajęłoby mniej niż minutę.

Kiedy w innych flotach męczono się, używając powolnych fal radiowych, korzystano z nieco szybszych demonów-posłańców albo znacznym wysiłkiem uruchamiano umiarkowanie stabilne magiczne portale, Drygieł i inni oficerowie łączności TG po prostu rozmawiali z pięknymi kobietami, dla których kosmiczne odległości nic nie znaczyły, ponieważ istotne były dla nich wyłącznie wymiary Malowanej Moskwy.

– Niedługo kończę wachtę – zdobył się wreszcie na odwagę Drygieł.

Marika skinęła wdzięcznie głową, przyjmując informację do wiadomości.

– Widziała pani kiedyś Tiamat? – zagaił nieregulaminowo chorąży. – Niezwykły widok. W samej czaszce zmieściłoby się pewnie i dziesięć krążowników, a…

– Dziękuję, posiadam te dane – przerwała mu.

Nic w jej tonie nie wskazywało na zainteresowanie Adamem, jednak młodzieniec nie zamierzał się poddawać. Niejeden raz przyglądał się zazdrośnie, jak oficerowie floty nie tyle starali się o względy kobiet, co brali szturmem dziewczyny w każdym porcie, do którego zawijała OTG „Dorka”.

Co gorsza, Petyr Hoygren, z którym Drygieł dzielił kajutę, zbyt długo już nabijał się z nieśmiałego kolegi. Hoygren, choć nie śmiał rywalizować z oficerami, należał do tego typu mężczyzn, którzy nie przyjmują odmowy, obdarowanych w dodatku tym dziwnym rodzajem drapieżnego uroku, który sprawiał, że odmów zwykle nie doświadczał. Ciągał za sobą Drygła po portowych tawernach, przedstawiał go a to wytatuowanym od stóp do głów mechaniczkom, a to eleganckim sekretarkom kierowników niższego stopnia, a nawet upiorzycom oraz legalnym bądź nielicencjonowanym sukkubom. Żadne z jego starań nie przynosiły jednak rezultatów i rozeźlony nie na żarty Hoygren zapytał w końcu Drygła wprost, czy ten nie woli facetów, skoro nie podniecają go ani dziewczyny pełne życia, ani nieumarłe czy choćby ożywione.

Wtedy właśnie zaczerwieniony po końcówki uszu chorąży wyznał mu, że odmawia portowym księżniczkom, ponieważ oddał serce jedynej wybrance.

– Znam ją? Kiedy się hajtacie, ty cicha wodo, ty?

Bardziej niż informacja, że chodzi o dziewczynę namalowaną, rozbawił Hoygrena fakt, że Marika pozostawała nieświadoma Drygłowego afektu.

– Koniec z tym pieprzeniem, ślamazaro! – oznajmił, gdy już przestał się śmiać. – Albo ty ją sobie weźmiesz, albo ja cię zastąpię. Daję ci dwa tygodnie. Albo nie. Wiesz co? Daję ci tydzień. Potem będzie moja. Chyba nie wątpisz, co?

Drygieł nie wątpił. Wierzył nawet i w to, że Hoygren dałby się namalować i zabić, byle dopiąć swego.

Rywal starał się mobilizować współlokatora snutymi co wieczór rozważaniami o korzyściach płynących z przemiany w malowanego człowieka i o całych legionach malowanych kobiet, spragnionych spotkania z prawdziwym mężczyzną.

– Marika! – mruczał lubieżnie i mlaskał, jakby już ciesząc się na zasmakowanie dziewczyny. – Wiesz, bracie, mnie się zaczyna coraz bardziej wydawać, że właśnie te malowane laski są najbardziej prawdziwe. Przyglądałem się tej twojej Marice. Co za cyc, co za spojrzenie! Malował je wszystkie facet, nie? No, to nie żałował farby, powiem ci! Oj, wie ten wariat, jak malować dupeczki…

Tego właśnie dnia, gdy OTG „Dorka” przelatywała obok Tiamat, dobiegał końca czas, jaki Hoygren pozostawił Drygłowi. I to właśnie on miał przejąć dyżur po nieszczęsnym chorążym.

– Tak sobie myślałem – ciągnął Adam łamiącym się, pełnym rozpaczy głosem – co też pani robi po własnym dyżurze? Wie pani, ja właściwie nic nie wiem o was, malowanych. Ja na przykład muszę iść coś zjeść. Niestety tylko do kantyny, dość ciasnej i ciemnej, mówię pani, żadnego romantycznego nastroju. Siedzimy jeden przy drugim, właściwie trącamy się co chwilę łokciami. Jest duszno, prawie parno. Człowiek marzy, żeby zjeść jak najszybciej, połykamy to żarcie, czasem całkiem niezłe, na wyścigi. Dlatego wiele sobie obiecuję po Tiamat. Bo widzi pani, tu, w czaszce, mieszczą się ponoć najniezwyklejsze kawiarenki. Mówił mi jeden przyjaciel…

– Chorąży – regulaminowy chłód w głosie Mariki ustąpił miejsca zaniepokojeniu. Dziewczyna przestała się też wpatrywać w radiostację, której używano w Malowanej Moskwie do nawiązywania łączności z odległymi dzielnicami miasta i spojrzała wreszcie prosto na Drygła. Po raz pierwszy w historii ich znajomości. – Czy pan się dobrze czuje?

– Nie – jęknął oszołomiony barwą jej oczu, którą, jak sobie uświadomił, poznał dopiero teraz. Turkusowe. Dobry Boże, czy w prawdziwym świecie mogły w ogóle istnieć oczy tego koloru? I czy gdziekolwiek mogły istnieć piękniejsze? – To znaczy wyśmienicie! Ja, nic mi… Wszystko w porządku! Zapewniam!

– Pan tak dziwnie zaczął nagle mówić… – Najniezwyklejsze oczy w Układzie Słonecznym przypatrywały mu się uważnie. – Zaniepokoił mnie pan.

Oszołomiony, zdumiony i zauroczony Drygieł zdołał mimo wszystko usłyszeć, jak Hoygren zameldował się na mostku, na moment zajmując uwagę drugiego oficera.

– Bo pani mi się podoba! – zawołał zdesperowany. – Znamy się od roku, a pierwszy raz widzę pani oczy! Takie piękne! Pani pewnie teraz myśli, że jestem głupi, ale co mogę powiedzieć? Patrzę na panią i patrzę. Rozmawiamy, a nie rozmawiamy. Te pani kasztanowe włosy, ta kokarda, czasem bordowa, a czasem zielona. Te pani dłonie, takie smukłe, takie zgrabne. A jak pani wdzięcznie przechyla główkę, przyjmując meldunki! No i co ja miałem zrobić?!

Żywe farby musiały dysponować niezwykłą magiczną mocą, bowiem policzki od dawna martwej namalowanej kobiety pokryły się niespodziewanie czerwienią.

Otworzyła usta, by coś powiedzieć. Nakrzyczeć na młodego durnia? Upomnieć go za złamanie regulaminu? Wyśmiać? A może pocieszyć?

Nie dane było mu się dowiedzieć.

Wybuch zatrząsł pokładem OTG „Dorki” na tyle mocno, by obraz wypadł z mocowań. Drygieł zareagował odruchowo i złapał go, nim uderzył o pokład.

Wtedy krążownik otrzymał trzy kolejne ciosy i przechylił się gwałtownie, a ściskający ramę obrazu chorąży runął na podłogę.

– Co się dzieje? – krzyczała Marika. – Chorąży! Co się u was dzieje? Katia! OTG „Dorka” ma kłopoty! Melduj do centrali! Chorąży…?

Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Oślepiająca biel zalała ekrany. Załoga mostka zmagała się z eksplodującymi monitorami komputerów, iskrami sypiącymi się z pozrywanych kabli. Wszyscy wykrzykiwali chaotyczne meldunki. Drugi oficer siedział na podłodze, pocierał niepewnie czoło, z którego sączyła się krew. Ktoś krzyczał, że zostali zaatakowani, ktoś domagał się natychmiastowego wezwania na mostek kapitana.

Nagle okręt przechylił się jeszcze bardziej. Ściskający wciąż obraz Drygieł zaczął toczyć się ku głównemu ekranowi, który zamienił się miejscami z podłogą. W tej właśnie chwili znów odzyskali widoczność i chorąży odkrył, że stacza się prosto w wyszczerzoną paszczę odradzającej się bogini.

Szczęka smoczycy, jeszcze przed chwilą bielejąca kością, pokrywała się ciałem. Wykwitały ścięgna, puchły ciemną czerwienią mięśnie. Na rozwijającej się mrocznym całunem skórze zabłysła pierwsza łuska.

– Spadamy! – krzyknął ktoś. – Szlag trafił silniki!

Między bezwładną „Dorką” a powracającą do życia Tiamat przemknęły dwa srebrne ścigacze, oznaczone herbem płomienia pożerającego biały budynek.

– Herostratejczycy! – zameldował prędko Drygieł. – Niech pani przekaże, że zostaliśmy zaatakowani przez herostratejczyków! „Dorka” straciła napęd! Spadamy w Tiamat! Ktoś ją ożywia! Niech pani to natychmiast przekaże!

Jęknął, gdy uderzył w ekran. Obraz wypadł mu z dłoni i zaczął osuwać się ku stanowisku nawigatora, które po kolejnym przechyle znajdowało się obecnie w najniżej położonej części mostka. Drygieł, starając się ignorować przejmujący ból w ramieniu, spróbował ruszyć za zgubą. Fotel nawigatora, zajmowany przez podejrzanie bezwładne ciało chorążego Stocksa, objęły tymczasem w posiadanie płomienie. Pożar rozpełznął się po mostku.

Nie można było pozwolić, by spłonął obraz. Był cenniejszy nawet od okrętu.

Drygieł dopadł go, gdy rama i krawędzie płótna zaczęły się tlić.

– Zostaliśmy zaatakowani! – zawołała na widok Drygła Marika. – Panie chorąży, przekazałam pana meldunek. Ale teraz musimy się ewakuować! Pożar…

Rozkaszlała się.

Oniemiały, zastygły w przerażeniu Drygieł zobaczył, że do namalowanego wnętrza sali łączności wbiegło czterech zamaskowanych mężczyzn. Strzelali na wszystkie strony, prawie nie celując. Kobiety krzyczały, starały się ukryć. Napastnicy nie mieli litości. Wyciągali je z prowizorycznych kryjówek i zabijali na miejscu strzałami w głowę.

Jeden z nich skierował się ku Marice.

– Niech pani ucieka! – zawołał Drygieł, zbyt zafascynowany wydarzeniami w obrazie, by przejmować się własną sytuacją. – Niech pani ucieka!

Gdyby potrafił jej pomóc! Ale żywy człowiek nie był w stanie wpływać na wydarzenia zachodzące w Malowanej Moskwie. Chorąży mógł tylko bezsilnie przyglądać się, jak Marika rzuca się do ucieczki, ale potyka się o ciało koleżanki i upada już prawie poza zasięgiem wzroku Adama. Na obrazie widać było już tylko jej stopy.

Aż nazbyt dobrze widział za to zajmującego teraz środek płótna zabójcę. Mężczyzna starannie wycelował w kobietę. Na moment obrócił jeszcze twarz, by zerknąć na wygrażającego mu i na przemian błagającego Drygła. Skinął chorążemu głową i znów skierował wzrok na Marikę. Powiedział coś, czego Drygieł nie usłyszał.

I zginął.

Krew malowanego człowieka wyglądała jak prawdziwa. Wytrysnęła z rozerwanego kulą gardła i z drugiej rany na piersi, i z trzeciej z boku głowy. Impet ostatniego pocisku był potężny. Adamowi wręcz wydało się, że wyrzucił kilka krwistoczerwonych kropel farby na jego twarz.

Poczuł wilgoć na policzku, ale może to drobiny chłodziwa z przerwanego kabla ochlapały go, gdy przesuwał się obok po przechylonym pokładzie? Zabójca jeszcze poderwał rękę trzymającą pistolet, wystrzelił niegroźnie gdzieś w górę. Opadł na kolana, a potem runął, przesłaniając zmasakrowaną twarzą cały obraz. Jednak gdy upadał, Drygieł zdołał przez moment dostrzec, jak jakiś elegancki, lekko siwiejący mężczyzna strzela do kolejnego z napastników.

– Na co czekasz? – ktoś szarpnął chorążego za ramię. – Nie słyszałeś rozkazu? Ewakuacja, durniu!

To Hoygren nachylił się nad przyjacielem i zaczął ciągnąć go w kierunku korytarza.

– Jesteś ranny? – zapytał.

– Nie, mogę sam.

Adam spróbował wstać i syknął z bólu. Coś było zdecydowanie nie tak z jego lewym barkiem.

– Ratowałem obraz – wyjaśnił.

– Ratuj siebie!

Pobiegli korytarzem ku szalupom.

OTG „Dorka” konała. Umierały wszystkie jej systemy. Nim pokonali połowę drogi, zgasły nawet awaryjne światła, a komputer odliczający sekundy do kolizji z Tiamat zarzęził i zamilkł. Pozbawiony napędu i silników stabilizacyjnych okręt obracał się coraz szybciej wokół własnej osi, co chwilę przewracając uciekających.

Coraz bardziej przerażony Drygieł zaczął już podejrzewać, że zgubili drogę, kiedy Hoygren wydał nagle triumfalny okrzyk, dopadł ściany i szarpnął za awaryjną dźwignię. Ledwie sekundę później rozbłysły światła wewnątrz szalupy.

Wpadli do niej pędem. Hoygren prędko usiadł w fotelu pilota. Wykrzyczał podstawowe komendy, a wobec milczenia komputera pokładowego wstukał na klawiaturze sekwencję alarmową.

– Czekajcie na nas! – zawołał ktoś z korytarza.

– Gadaj zdrów! – warknął Hoygren, uruchamiając polecenie odpalenia szalupy.

– Petyr! – krzyknął Drygieł. – Czekaj! Zmieścimy się!

– Pieprzenie! Nie ma czasu!

Właz zatrzasnął się. Szarpnęło i OTG „Dorka” wypluła ich z siebie prosto w pysk przebudzonej Tiamat, rozwierającej paszczę do pierwszego ryku.

Wokół z płonącego okrętu wystrzeliwały kolejne szalupy i kapsuły ewakuacyjne. Te drugie, pozbawione możliwości manewrowych, uderzały najczęściej w smoczycę, by roztrzaskiwać się o jej cielsko. Hoygren przerażonym głosem wywrzaskiwał polecenia komputerowi, ale ten nie dość, że go ignorował, to jeszcze zablokował ręczne stery. Petyr przeklął za to maszynę, ale nie przestawał wrzeszczeć.

Okazało się, że to komputer miał rację. Minęli kieł zdolny pomieścić miasto, przemknęli nad językiem falującym niczym ciemnoróżowe morze i wylecieli z drugiej strony szczęki wciąż rozwierającej paszczę smoczycy.

Za nimi ścigacze herostratejczyków, wierne zasadzie „niszczę, więc jestem”, zestrzeliwały ocalałe kapsuły i szalupy. Pancerze pękały pod bezwzględnymi uderzeniami, wypluwając z wnętrza ludzi już praktycznie martwych, bo skazanych na śmierć w próżni pełnej rozpędzonych w szaleństwie entropii szczątków. Dziesiątki ciemniejących z każdą sekundą kadłubów tworzyły chaotyczny rój cieni na tle wstrząsanego kolejnymi eksplozjami okrętu.

OTG „Dorka”, płonąc, uderzyła w bok bogini. Kadłub przełamał się w połowie. Pękał zaskakująco powoli, aż wreszcie setki pojedynczych płomieni zlały się w jeden, a ten rozbłysnął po raz ostatni gwałtowną, raniącą oczy bielą.

Zraniona smoczyca potrząsnęła wielkim łbem, jej pierwszy ryk zmienił się z triumfalnego w bolesny. Przeciął przestrzeń, zakłócając łączność na wszelkich skalach, zaburzył pracę komputerów zarówno resztek ocalałych szalup, jak i morderczych pojazdów herostratejczyków. Spotęgowało to chaos. Ścigacze, nad którymi nikt nie panował, wpadały na siebie nawzajem, rozbijały się o ciało Tiamat, zadając jej dodatkowe rany.

Jednak potwór przeżył.

– Kurs na Kallisto? – zaproponował durny komputer jakimś cudem ocalałej szalupy, gdy ucichł ryk i systemy znów zaczęły działać. Wściekłość i potęga bogini musiały wstrząsnąć nawet herostratejczykami, żaden z ich ścigaczy nie kontynuował już polowania.

– Jak najdalej stąd! – krzyknął Hoygren.

Podobnie jak Drygieł, starał się zasłaniać uszy. Słusznie, bo Tiamat zaryczała ponownie, ale już nie boleśnie, a triumfująco. Choć tym razem bogini nie zakłóciła systemów szalupy, ogłuszyła jej pasażerów. Jej wrzask doprowadzał do szaleństwa, niósł obietnicę bólu, wieść o nowych porządkach we wszechświecie. Pokład szalupy wpadał od niego w wibracje i wydawało się, że stateczek, któremu dotąd udawało się uniknąć zagłady, tym razem nie zdoła umknąć.

– To niedokładne koordynaty – upomniał pilota komputer. – Proszę o doprecyzowanie.

– Zabierz nas na Ziemię! – rozkazał Drygieł.

Nim zemdlał, zdążył jeszcze zobaczyć, że w Malowanej Moskwie ktoś odciąga zwłoki zabójcy.

Część pierwsza

Popękane skorupy

Rozdział pierwszy

Rok 1977 starego kalendarza, 25 rok Pokoju,

Belgrad/Bielsko Biała

Kutrzeba tonął. Chciwe wody Dunaju pochłaniały go, wciągały coraz głębiej. W ślad za nim ku dnu rzeki mknęły pociski wystrzeliwane z murów Kalemegdanu – wielkiej, strzegącej Belgradu fortecy, pamiętającej czasy, gdy rzymskie legiony dopiero przebijały się w te okolice przez armie barbarzyńców. Strzelali snajperzy oddziału janczarów należącego do Sabriye Mizrak, ostatniej z pozostałych przy życiu dzieci Ebedi Paszy, samozwańczego a niedoszłego Odnowiciela Imperium.

Marzenia Ebedi Paszy nie umarły wraz z nim, choć skończył jako szef jednego z bałkańskich gangów, niemal co do jednego mieniących się restauratorami którejś z dawno upadłych hegemonii. Kutrzeba wykorzystał fakt, że córka podzielała ambicje ojca i przyciągnął jej uwagę. Poniekąd stanowiło to sukces. Tyle że potem musiał uciekać krętymi uliczkami twierdzy, przemykać pod basztami i wieżami pochodzącymi z różnych wieków.

Fortyfikacje twierdzy odradzały się bowiem i, jak wiele innych legendarnych budowli, powstawały z ruin, a czasem jedynie ze wspomnień. Studnia z czasów rzymskich okazała się nasieniem, z którego wyrosły nowe, wewnętrzne umocnienia. Kalemegdan przebudowywali i Rzymianie, i przybyli po nich Turcy, i Austriacy, a teraz moce przebudzone podczas Kresu sprawiały, że wszystkie burzone i wznoszone przez nich wieże i mury powracały do życia. Rzymskie i tureckie mury walczyły o przestrzeń, austriackie baszty starały się dominować nad osmańskimi wieżami. Kamienne umocnienia pochodzące z różnych epok i kultur splatały się ze sobą, próbując wyprzeć bądź skruszyć konkurentów.

W efekcie powstał tu nielichy labirynt, w którym równie łatwo zgubić można było pościg, jak i samego siebie. Kutrzebie lepiej wyszło to drugie. Zapędziwszy się w ślepą uliczkę, musiał wspiąć się na mury zewnętrzne i ratować skokiem do rzeki.

Janczarzy mogli być opętanymi przez przywołane upiory nieszczęśnikami, ale strzelali, jakby rzeczywiście szkolili się do tego przez całe życie, a co więcej, było ich stanowczo zbyt wielu, nawet dla wspomaganego przez Zmorę Kutrzeby. Zresztą nie chciał ich zabijać, zamierzał tu znaleźć odpowiedzi, a nie okazję do rzezi.

„Jeszcze nie – powstrzymał Zmorę. – Wytrzymaj”.

Zaklęła, ale pozostała przyczajona, uśpiona.

Ebedi Pasza umyślił sobie, że odbuduje wielkie Imperium Osmańskie, że zielony sztandar Proroka znów załopocze nad największymi twierdzami, które Turcy z takim uporem wznosili nad zdobywanymi miastami południowej Europy. Spędził pół życia, wędrując po krainach, o których czytał w starych wschodnich klechdach. Podobno starł się z Ali Babą i Hodżą Nassredinem. Przez trzy lata udawał Sindbada, by wywołać rozeźlonego ducha oryginalnego żeglarza, a potem wraz z nim rozbijał kolejne statki na morzach w poszukiwaniu Diabła Morskiego, z którym mógłby zawrzeć śmiertelny układ.

Opowiadano, że w starożytnej Fokaji, którą ożywione pieśni Homera uczyniły śmiertelnie niebezpiecznym miejscem, składał syrenom ofiary z ludzi. W końcu udało mu się – dzięki ich wskazówkom informacjom odnalazł tajne przejście w jaskini Korniasar, prowadzące do Ukrytej Twierdzy pod Alanyą, miastem o dachach lśniących od złota pochodzącego, jak głosiła nowa legenda, z ładowni wszystkich zatopionych tu statków. Tam, wśród morza pirackich skarbów, musiał stoczyć bitwę z kultystami oddającymi cześć Lampie.

Już wtedy towarzyszyły mu niedobitki zakonu Białego Wilka, garstki szaleńców uważających się za potomków tych, którym udało się ujść z życiem spod armat Mahmuda II i uniknąć jego krwawej zemsty. Dziewięćdziesiąt lat przed przybyciem Marsjan sułtan brał odwet za lata terroru janczarów, przekonanych, jak wiele elitarnych oddziałów przed nimi, że mogą ustanawiać i obalać władców. Zakon spadkobierców najlepszej piechoty świata padł ofiarą samozwańczego sułtana. Pięćdziesięcioletni wówczas Ebedi Pasza poświęcił ich dla dodania sił Lampie – i zaraz odtworzył. Trzy nowe ordy janczarów oparte zostały na duszach ściągniętych z piekła, opętanych pragnieniem zemsty. To właśnie dzięki nim zdołał wykroić własne państewko na Krymie.

Zmuszony przez Wieczną Rewolucję do ucieczki, wycofywał się ostrożnie, paląc za sobą wsie i miasta. Weneckie upiory dostarczyły mu okrętów nie do końca rzeczywistych, bo pochodzących ze wspomnień umarłych. Zdołał na nich mimo wszystko przepłynąć przez dwa morza, by wylądować, jak niegdyś Cezar, w Oricum, gdzie schodzące na ląd ordy Paszy obudziły duchy ginących tam przez wieki wojowników i pomiędzy żołnierzami samozwańca wędrowały odtąd kamienistymi plażami upiory legionów Pompejusza i Cezara. Za ich plecami płonęły cienie barek, tak rzymskich, jak i weneckich.

Ludzie kryli się przed tymi upiorzymi armiami, gdzie tylko mogli: w meczetach, w małej cerkwi pod wioską, a nawet w górach, choć tam rządziły stada dzikich psów i dziwne duchy, wykopujące nory w skałach i ziemi, obudowujące je kamieniami na wzór bunkrów, z których polowały na pechowców.

Ebedi Pasza tymczasem wyciągał młodych mężczyzn i z meczetów, i z cerkwi. Wysyłał zagony w góry. Aż sformował dodatkową ordę i jeszcze gwardię, złożoną wyłącznie z albańskich górali. A kiedy uznał, że ma więcej wojska niż żywności dla niego, skierował swój wzrok na Belgrad.

15 czerwca 1969 roku armia samozwańca, wiedziona fatum, które w innym świecie można by nazwać „przedziwnym”, stanęła na Kosowym Polu naprzeciw pospiesznie zebranych sił serbskiego pospolitego ruszenia. Janczarzy przetoczyli się przez nich, prawie nie zwalniając marszu, prawie nie zauważając przeciwnika. Ebedi Pasza wzniósł modły dziękczynne, jego armia zaczęła świętować zwycięstwo.

I wtedy spadł na nich kataklizm.

Dwunastu szaleńców, komando ożywieńców prowadzonych przez przybyłego z serbskich pieśni Milosza Obilicia, w samobójczej szarży powtarzającej tę z bohaterskich pieśni serbskich wpadło między namioty nowego sułtana, urządzając rzeź jego gwardii.

Albańscy górale byli twardzi i nieulękli. Siekli tych, którzy powrócili spośród zmarłych, by jak pięćset osiemdziesiąt lat wcześniej przebić się przez straż sułtańską i zabić przywódcę wrogich sił. Serbscy przywołańcy, przybysze z największej i najpotężniejszej legendy swojego ludu, wyli niczym upiory, walczyli jakby byli nieśmiertelni, ale padali jeden po drugim. Choć urządzili albańskiej gwardii rzeź, po której ta już nigdy się nie podniosła, tym razem Obiliciowi nie udało się dostać do sułtana i usiec go w zemście za najazd.

Ale dla wielkiej misji Ebedi Paszy nie miało to już znaczenia.

Szeregi jego janczarów zachwiały się, zawróciły na pomoc wodzowi. Być może pomogły mu ocalić życie, ale odebrały imperium. Bo na odsłonięte flanki spadły setki serbskich duchów i ożywieńców. Tym razem obok księcia Lazara, pamiętającego własną śmierć w podobnej bitwie w tym samym miejscu, walczył też syn wiły, heros z legend, książę Marko, a wyjący z bólu i zgrozy Vuk Branković nie zdradził, lecz odkupił dawne grzechy, równie ciężkie bez względu na to, czy je zmyślono w legendzie, czy były prawdziwe.

Nim nadeszła noc, nie było już armii Ebedi Paszy ani jego imperium. Lampa przepadła. Niektórzy mówili, że pękła, a uwolniony nareszcie dżinn sam spróbował zabić swego ostatniego pana, gdy zaś mu się to nie udało, odleciał gdzieś na wschód.

– Nie warto skreślać Lampy – tłumaczył miesiąc wcześniej Kutrzebie Korycki. – Moi ludzie rozmawiali z dziećmi Ebedi Paszy. Lampa jest, istnieje. Pękła wtedy faktycznie, dżinn się uwolnił. Jakieś niedobitki gwardii, paru janczarów, którym udało się przetrwać, porwało skorupy i pouciekało z nimi. Wierzyli, że te szczątki będą ich chronić, frajerzy. Sprowadziły na nich śmierć.

Siedzieli w knajpie w Bielsku-Białej przy browarze. Korycki wyraźnie niespokojny, Kutrzeba wypoczęty, w dobrym nastroju. Żaden z nich nie wyglądał kwitnąco. Siwizna coraz bezczelniej poczynała sobie z ich włosami, zmarszczki pojawiły się w kącikach oczu. Mimo to niemłoda barmanka o wielu obfitościach, niemal rozsadzających czarną sukienkę, posyłała im obu spojrzenia niosące tyleż słodkie, co smutne obietnice, a oni ignorowali je nie bez żalu. Pachniało smażonym mięsem i cebulą. Wśród kilkudziesięciu klientów agenci Koryckiego popijali piwo, lustrując salę. Dostrzegali głównie siebie nawzajem, ale że nie wszyscy się znali, pozostawali sprężeni, gotowi do akcji.

– A co mnie to obchodzi? – zapytał Kutrzeba. – Kazałeś mi przyjść bez Zmory, żeby nie zaburzała linii czegośtam, a opowiadasz o jakimś tureckim gangsterze, któremu książę z serbskich bajek spuścił łomot. Jeszcze raz: co mnie to obchodzi?

– Kazałem ci przyjść bez Zmory, bo są tacy, którzy nauczyli się ją namierzać. A skoro im na tym zależało, to mnie zależy, żeby ani mnie, ani ciebie zbyt łatwo nie znaleźli. Tyle o tym. Sam sobie dopowiedz, kto cię szuka i dlaczego. Teraz nowa sprawa. Ebedi Pasza przegrał, ale nie porzucił swoich planów. Zmodyfikował je, i tyle. Zamiast Imperium Osmańskiego zbudował imperium mafijne. Przejął handel opium na całych Bałkanach. Stał się potężniejszy nawet od władcy Konstantynopola-Istambułu.

– Którego z nich? – rzucił kpiąco Kutrzeba i przez chwilę obaj uśmiechali się nad glinianymi kuflami, jakby przyszli tu pożartować z dziesiątek samozwańczych cesarzy i sułtanów, walczących bez końca o tron stolicy świata, jak upierali się nazywać setki już razy plądrowane miasto.

Justynian Ósmy, kuzyn zmarłego od trucizny Justyniana Siódmego, prowadził niekończącą się wojnę prawniczą z urzędnikami siedmiu równocześnie uzurpujących sobie miano do tytułu jedynego prawdziwego sułtana przeciwników, odpierał szturmy teologicznych zagończyków Ireny Czwartej Uwodzicielki, zmagał się z dwunastoma innymi niby-cesarzami, a ostatnio jeszcze stawiał czoła delegacji Wiecznej Rewolucji, która wprawdzie z pogardą odrzucała tradycje caratu, ale chętnie przypomniała sobie, że Moskwa miała być kolejnym Rzymem, w związku z czym upomniała się o swoje prawa do stolicy Bizancjum.

A istniała jeszcze Malowana Moskwa, coraz częściej uznawana na arenie międzynarodowej za rzeczywiste państwo. I choć nikt do końca nie wiedział, kto w niej rządzi, państwa i korporacje wysyłały dyplomatów, by ci wystawali pod dostępnymi żywymi obrazami, oczekując na możliwość kontaktu. Na dyplomatów z kolei polowali agenci Wiecznej Rewolucji, starający się spalić wszystkie żywe obrazy i tym samym zniszczyć konkurencyjną Moskwę, nim jej reprezentanci zaczną poruszać temat praw do używania nazw i symboli przedrewolucyjnej Rosji. Choć komunistyczne państwo nadal pozostawało w stanie wojny z całym światem, ostatnio nawet w nim coś się zmieniało. Na ściśle wyznaczone tereny Wiecznej Rewolucji zaczęto wpuszczać dyplomatów, a nawet przedstawicieli niektórych korporacji.

Korycki spoważniał pierwszy.

– Myślisz, że przyprowadziłem tu armię szpiegów i ochroniarzy, żeby sobie z tobą pożartować przy piwku? – warknął. – Cholera, trzy czwarte z nich to najemnicy, którzy nawet nie wiedzą, kogo ochraniają. Inni to moi najbardziej zaufani ludzie, których pościągałem z całego regionu, żeby się z tobą spotkać. Po co? W imię starych wspomnień?

– Wiem, że nie. Znowu chcesz mi wcisnąć jakiś kit i wysłać na robotę, z której nikt inny nie wróciłby żywy.

– Nie pochlebiaj sobie, staruszku. Zaczynasz już siwieć. Mam ludzi, którzy rozsmarowaliby cię na tej ścianie jednym palcem.

– No to wykorzystaj ich i przestań mi wreszcie zawracać głowę. Człowieku, od ilu już lat nadstawiam dla ciebie karku, włócząc się po najgorszych dziurach całego pieprzonego świata? I po co to wszystko? Bo wydaje ci się, że coś wiesz, bo któryś z twoich szpiegów gdzieś coś usłyszał. A ja rzucam się na to jak wychudzony kundel na kość. Ale wiesz co? Czasem nie znajduję tam nawet zapachu tej kości!

– Nie wydzieraj się tak. Jezu! Jesteś najgorszym szpiegiem, jakiego widziałem.

– Nie jestem cholernym szpiegiem.

– To by się nawet zgadzało. Szpiedzy nie wpadają w berserk, bo wstali lewą nogą. Właściwie w ogóle w niego nie wpadają.

– Miło było pogadać...

– Czekaj, siadaj! Okłamałem cię kiedyś?

Kutrzeba otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko spojrzał na Koryckiego drwiąco.

– W istotnych sprawach – doprecyzował Korycki. – Nie będziesz mi się tu chyba bawił w jakiegoś liczykrupę? Okłamałem cię kiedyś w TEJ sprawie?

– Nie przyłapałem cię na kłamstwie. Ale...

– No to, kurna, usiądź i wysłuchaj mnie do końca.

– Nie wiem, czy chce mi się ciebie słuchać, generale, czy kim teraz do diabła jesteś. Już sam nie wiem, od ilu lat... – Kutrzeba potrząsnął głową. – Kiedyś to było prostsze, chyba. Wchodziłem, zabijałem, uciekałem. A od lat nic, tylko ganiam za tropami. I nic.

– Bo teraz to wielka polityka, bracie. Ten twój Szósty... Kimkolwiek jest, to wyjątkowo zdolna szuja. To już nie jest tylko twoja ponura zemsta, Mirku. On miesza. Miesza jak cholera.

– Czujesz to, co? Panie „wielka intuicja starego gliny”?

– Widzę jego ślady, panie „wierzę tylko w to, co zabijam”. Widzę je, gdzie się nie obejrzę. Przemyt fidezyny? Łapiemy płotki, a ktoś potężny znika we mgle. Obozy ofiarne? Wpadamy, znajdujemy stosy kości, ale nie znajdujemy nawet śladu pozyskanej z ofiar energii. Mam w piwnicy wielką mapę, na której wszystko to tworzy splątaną sieć: korupcja, rytualne mordy, powiązania pomiędzy gangami na całym świecie... A jedną z najmocniejszych nici wiążących to wszystko jesteś ty. Połowę tropów odkryłem, obserwując, jak próbują cię dorwać. Tutaj Szóstemu puszczają nerwy. Jesteś jego słabością.

Kutrzeba pociągnął łyk piwa. Zaklął, bo zwietrzało. Przywołał gestem barmankę, a ta prędko postawiła przed nim nowy kufel. Niby przypadkiem odchodząc musnęła jego policzek rąbkiem sukni.

– Nie masz żadnej cholernej mapy w piwnicy. Twoja paranoja nie pozwoliłaby ci na takie ryzyko.

– Mój łeb to jedna wielka piwnica – zachichotał Korycki. – Mroczna i duszna.

– Kraków źle na ciebie wpływa. Stajesz się poetą.

– Stanę się trupem, jeśli go nie dopadniemy, Mirku. Wiem, że skurwiel ma na mnie oko. Zaszkodziło mi to pomaganie tobie.

– O, teraz to już przesadziłeś, dobry Samarytaninie!

– Nie przeczę, mamy wspólne interesy. Będziemy tak się prztykać do rana, czy wysłuchasz mnie nareszcie?

– Po zastanowieniu wolałbym się poprztykać. To mnie nie zabije, a twoje pomysły...

– Też bym się poopieprzał, co tobie, jak widzę, przychodzi ostatnio z łatwością. – Korycki obrzucił krytycznym spojrzeniem wymięte ubranie Kutrzeby, pod którym uwydatniał się brzuch piwosza. – Zaniedbujesz się.

– Sam powiedziałeś: jesteś stary, siwiejesz. Świat mniej mnie bawi. Dziewczyny już się za mną nie oglądają, mogę liczyć co najwyżej na zainteresowanie barmanek tuż przed emeryturą.

– Lepiej wróć do formy. Ebedi Pasza wydał fortunę na pozbieranie wszystkich kawałków Lampy do kupy i posklejanie jej z powrotem. Wierzył, że dżinn jest związany z naczyniem i gdy Lampa znów stanie się całością, on będzie musiał do niej wrócić.

– Z używanego przez ciebie czasu przeszłego wnoszę, że Ebediego nie ma już wśród nas.

– Dorwały go chłopaki z Czarnej Ręki. Serbskie służby nie zapominają i nie wybaczają. Zabili Ebedi Paszę i sześciu jego synów. Tym, co zostało z firmy, zarządza jego ostatnie dziecko, córka Sabriye.

– Świat islamu już nie jest taki jak kiedyś, co?

– Świat jest teraz przede wszystkim cholernie cwany i racjonalny. Cały świat. Słuchaj, plotki głoszą, że Sabriye ma już prawie całą Lampę. Brakuje jej jednego kawałka.

– A ty przypadkiem wiesz, gdzie on się znajduje, więc chcesz, żebym pojechał na jakieś zadupie, rozbił parę łbów, prawie dał się zabić i koniec końców przywiózł ci odłamek glinianego śmiecia? Jak powiedziałem: było miło, ale...

– Szósty chce tej Lampy. Miał silne powiązanie z Ebedi Paszą.

– Teraz to już wciskasz mi kit nad kitami. Wiesz, ile lamp z dżinnami krąży pod świecie? Nawet w Bielsku kupisz jakąś, jeśli wiesz, gdzie. Jest tu takich dwóch braci, śmieszni kolesie, załatwią wszystko...

– Bolek i Lolek, wiem.

– No jasne, że wiesz. Ta ich Tola to pewnie twoja agentka.

– Ona nie.

– To może ten ich superpies? Rex?

– Mirku, to nie jest jakaś lampa z byle dżinnem. To TA Lampa. Od wieków ludzie śpiewają o niej pieśni. To matka wszystkich lamp z dżinnami. To nie jest jakaś zabawa w „spełnię wszystkie wasze życzenia, ale tylko trzy”. Ebedi Pasza zbudował dzięki niej armię.

– I przegrał.

– Bo był małym graczem, któremu się marzyła wielkość. Wiesz, jednym z tych, na których tuczą się gnoje poukrywani za plecami spisanych na straty. Ale Szósty to nie jakiś gówniarz. To jeden z największych cwaniaków. I wiem, że skurwiel staje na rzęsach, by zgromadzić potężne siły, tyle energii, ile tylko może. Jak myślisz, po co?

– Szykuje coś wielkiego?

– Moim zdaniem szykuje się na ciebie, Mirku.

– Kurczę, miło mi. Poważnie. Od dawna nikt mi nie powiedział takiej miłej rzeczy. Ale bądźmy poważni, na mnie potrzeba tylko paru silnych chłopa. Stary jestem, Szuler kazał mi iść do diabła, a i Zmorka moja kochana to już niestety nie to, co... – urwał, skrzywił się boleśnie od niby to przypadkowego kuksańca przechodzącej obok barmanki, co zaraz ukrył, zasłaniając twarz kuflem piwa.

Nic mu to nie dało.

– Jest tu, co? – zasyczał Korycki, patrząc z niedowierzaniem na kobietę w czarnej sukni. – Ty tępy palancie! Wy paro najdurniejszych... A prosiłem! Ale nie, kurwa...

I wtedy zaczął się młyn. Prawie tak wesoły, jak tego wieczora, podczas którego Kutrzeba dał się zwabić do starej twierdzy górującej nad Belgradem, by wdać się w strzelaninę z ostatnimi janczarami wiernymi córce niedoszłego sułtana, potem umykać przed nimi, a wreszcie skryć się w nurtach czarnego jak noc Dunaju i tonąć.

„Jeszcze nie – upomniał Zmorę. – Jeszcze wytrzymaj!”.

Zaczynało brakować mu tchu. Kule wciąż opadały wokół, ale już prawie bez impetu. Jedna z nich musnęła go w ramię, poczuł to jak ukłucie żądła.

„Ja wytrzymam – głos Zmory przepełniony był zdradziecką słodyczą. – Ile zechcę. A ty?”.

Sam nie wiedział. Podejrzewał, że starczy mu sił na otchłań czasu mierzoną w jakichś pięciu sekundach, siedmiu, jeśli okaże się lepszy, niż sądził. Płuca paliły go żywym ogniem. Rozsądniejsza, wierna instynktowi samozachowawczemu część umysłu rozpaczliwie pragnęła przejąć kontrolę nad ciałem, porwać je ku powierzchni i jej pozornemu bezpieczeństwu.

Wyczuł jakiś ruch wokół siebie.

„Są – zameldowała Zmora. – Czekały, aż przestaną strzelać, suki. Bały się”.

Szarpnął rękami. Powstrzymał opadanie ku dnu, a potem, ciężko pracując wszystkimi kończynami, zaczął powoli wznosić się ku powierzchni.

Wtedy drobne, zimne dłonie chwyciły go za stopy i pociągnęły w dół.

„Teraz!” – dał sygnał Zmorze.

Rozdział drugi

Rok 2172 starego kalendarza, 220 rok Pokoju,

Malowana Moskwa

Moskiewscy strażacy wspólnie z agentami Transportu Galicyjskiego starali się ugasić pożar, nim przeniesie się na inne kamienice. W Malowanej Moskwie, inaczej niż w miastach Twardego Świata, jak nazywano tu niemalowaną rzeczywistość, ogień nie fascynował, a wyłącznie przerażał. Nie było większego wroga namalowanych niż płomienie, potrafiące ogarniać jeden za drugim budynki i ulice, a poprzez nie w mgnieniu oka przeskakiwać z obrazu na obraz.

Dlatego na ulicy w pobliżu Pałacu Łączności Transportu Galicyjskiego nie zebrało się wielu gapiów. Przypadkowi przechodnie raczej uciekali, niż przystawali, by podziwiać przepełniające grozą widowisko. Olga pilnie przypatrywała się tym, którzy jednak przystanęli.

Zapewne nie było wśród nich wielu przypadkowych osób. Na przykład tego wysokiego chudzielca, wpatrującego się w nią niepokojąco odbijającymi płomienie oczami, znała, był agentem jej ojca. Jednym z tych wyznaczonych przez hrabiego, by strzegli jego buntowniczej, postrzelonej córki, która zamiast znaleźć sobie dobrze ustosunkowanego męża, wybrała wariactwo nazywane karierą. „Pal już sześć – grzmiał hrabia Rostow – żeś się, córeczko, postanowiła emancypować. Ale co to, u licha, za kariera, żyć w cieniu korporacji Twardego Świata, a do tego w ciągłym zagrożeniu?”. „Nie żyję w cieniu, papo – odpowiadała. – Zarządzam Pałacem Łączności Transportu Galicyjskiego. Nie ma w tym nic niebezpiecznego”. „Już ja swoje wiem! – wołał hrabia. – I wiem, czyja to wina!”.

Koniec końców jednak zawsze przytulał córkę, szeptał jej, by uważała na siebie, powtarzał, że matka martwi się o nią i wyjeżdżał.

Czy mama się martwiła, Olga nie wiedziała. Prawie nie rozmawiały ze sobą, a listy, które wymieniały, pełne były oficjalnych, grzecznych formułek. Odkąd rozczarowana zmianami zachodzącymi w malowanym mieście hrabina Aleksandra przeniosła się do specjalnie dla niej namalowanego majątku, leżącego blisko pięćdziesiąt wiorst za Moskwą, stosunki między matką i córką stały się chłodniejsze nawet niż w czasach, gdy jedna z nich już umarła, a druga jeszcze żyła w Twardym Świecie. Zaczynały z matką przypominać dalekie krewne, związane wprawdzie poprzez krew i szanujące się nawzajem, ale raczej skrywające niż okazujące prawdziwie ciepłe uczucia.

Być może mama miała córce za złe jej niezależność. Trudno, Olga nie zamierzała się dla niej zmieniać. Odkąd eksplozja bomby zrzuconej ze sterowca należącego wówczas do agenta Wiecznej Rewolucji zwaliła sufit na korytarz, którym Olga biegła, by jako ostatnia opuścić dwór w Przystani Carogrodu i ukryć się w jednym ze schronów, dziewczyna nieco inaczej patrzyła na świat. Pamiętała, jak konała przygnieciona tonami gruzu. Jak ignorowała ból towarzyszący każdemu oddechowi i rozpaczliwie starała się walczyć o kolejny łyk powietrza. Pył dławił jej gardło, prawie nic nie widziała przez krew spływającą na oczy z piekącej rany na głowie. Słyszała krzyki leszego, wzywającego poddanych tatki, by ratowali panienkę, słyszała nieustającą kanonadę z niebios. Z lewej strony zbliżało się gorąco − to pełzły ku niej płomienie trawiące dwór. Powinna była się ich bać, ale zdała sobie sprawę, że umrze, nim ją dopadną.

Myślała wtedy głównie o tym, jak wielu rzeczy nie zdążyła doświadczyć. O pewnym mężczyźnie, na którego zdobycie zabrakło jej czasu. Dlatego gdy przebudziła się na obrazie, owiniętym byle szmatą i wiezionym w ładowni tego samego sterowca, który przyniósł jej śmierć w Twardym Świecie, wiedziała, że nie może wrócić do dawnego, pustego tak naprawdę życia. Pierwszą myślą namalowanej Olgi po tym, jak spłynęła do niej uwolniona z ciała dusza, była chęć doznania świata w pełni i samodzielnie. Jeśli miała w ten sposób sprawić ból rodzicom, trudno.

Prócz szpiega ojca Olga rozpoznała wśród gapiów jeszcze oficera z Kremla, wciąż rozbudowywanej twierdzy leżącej niegdyś w centrum Malowanej Moskwy, obecnie na jej uboczu. Miasto coraz mniej przypominało oryginał, odkąd sekret żywych obrazów przestał być tajemnicą. Setki tysięcy ludzi pragnęło zakosztować malowanej nieśmiertelności. Ród jurodiwych malarzy, dzięki któremu Rostowowie budowali dla siebie lepszy świat, wciąż pozostawał do ich dyspozycji, jednak teraz z ich usług korzystał także Transport Galicyjski, który objął pieczę nad malarzami, odkąd nie mogli jej sprawować ani Rostowowie, ani ich następcy.

Po ostatecznym upadku Przystani Carogrodu, śmierci bądź rozpierzchnięciu się obrońców ostatniego bastionu Białej Rosji, potrzeba było kogoś naprawdę potężnego, by chronić malarzy. Transport Galicyjski, z którym zarządzający Przystanią Jasiek i Wanda współpracowali jeszcze w czasach Kolei Galicyjskich, wydawał się odpowiednim protektorem. I okazał się nim rzeczywiście. Niestety, tajemnica Malowanej Moskwy już dawno przestała należeć tylko do Rostowów.

Przede wszystkim Kutuzow, który z Kremla uczynił swą siedzibę, a przez lata rozbudował twierdzę w małe wewnętrzne miasto, starał się przejąć kontrolę nad Malowaną i narzucić jej własną wizję. Dla Kutuzowa Rosja nie była Matką, lecz sierżantem, srogim, zaopatrzonym w bat opiekunem nie obywateli, lecz żołnierzy, którzy powinni z oddaniem służyć swemu władcy – carowi Piotrowi Wielkiemu. Kutuzow nie przyjmował do wiadomości, że ożywieniec Piotra został zamordowany, a żaden z tych, którzy pojawili się po nim, nie dorównywał oryginałowi. Stary generał wierzył, że gdzieś istnieje żywy portret cara. Niestety, szpiedzy Olgi w Twardym Świecie potwierdzali te plotki. Czemu jednak car nie ujawnił dotąd swojej obecności w Malowanej Moskwie, Olga nie wiedziała.

Być może żył we własnym, odmiennym namalowanym świecie? Powstało takich kilka. Genialni malarze, których w laboratoriach śmierci przywoływano, starając się magicznie przemieniać ich tak, by nabrali umiejętności ożywiania obrazów, malowali żywe Paryże, Rzymy i Londyny. Z jakichś przyczyn jednak żadne z tych miast nie nadawało się równie doskonale do życia jak Moskwa. Nawet mieszkańcy tamtych malowanych metropolii starali się uciec do Moskwy, płacąc bajońskie sumy za możliwość tranzytu.

Olga nie dziwiła się im. Nie tylko dlatego, że Malowana Moskwa była jej domem. Wystarczył rzut oka na agenta ambasady Malowanego Paryża, by zrozumieć, że życie w tym mieście musiało być na dłuższą metę nieznośne. Niemal wszyscy cenili i lubili impresjonizm, ale życie w świecie, w którym przez większą cześć doby panuje południe płynnie przechodzące w zachód, a światło potrafi odmieniać kształty nie tylko budynków, ale nawet jego mieszkańców, zmieniać smak potraw i wpływać na charaktery ludzi, czyniąc z nich czasem szaleńców, musiało być nieznośne. Olga odwiedziła kiedyś to szalone miasto i uciekła z niego po trzech dniach.

Niektórzy lubili te przemiany, dlatego francuskie kurtyzany cieszyły się w Moskwie największym wzięciem. Olga wolała jednak stabilniejsze światy.

Za Francuzem stał ktoś, kogo nie rozpoznała. Zadrżała. Czy mógł należeć do tajemniczej trzeciej siły? Owego cienia w ukryciu, od dekad starającego się potajemnie przejąć władzę nad Moskwą? Pozostawał wielką tajemnicą. Podobno rządził namalowanym światem przestępczym, ale nawet tam stanowił legendę. Niemniej czasem udawało się schwytać kogoś, kto widząc, że jest bez szans, rozpływał się nagle w rozmazaną plamę, jakby ktoś czuwał stale nad portretami swoich agentów i w ostateczności oblewał ich namalowane wizerunki rozpuszczalnikiem.

Odwróciła prędko wzrok. Agenci TG z pewnością będą śledzić każdego z gapiów. Z ich raportów dowie się wszystkiego.

Prawie udało się opanować ogień. Zwykle ze strażą pożarną Malowanej Moskwy współpracowali specjalni agenci TG, nie inaczej było i tym razem. Transport Galicyjski dysponował własnym, nowoczesnym wozem strażackim, a także karetkami i szpitalem. Wynoszeni z Pałacu Łączności ranni układani byli na noszach, na których oczekiwali na transport. Olga dopadła do wyglądającej na przytomną Mariki Nozdriow, kiedy tylko jakiś potężnie zbudowany mężczyzna, na którym wciąż jeszcze tliło się ubranie, ułożył ją ostrożnie na ziemi obok nieszczęsnej Flory Rácz, której płomienie spopieliły niemal całą prawą rękę.

Marika pokasływała, nie chciała puścić dłoni swojego wybawcy. On nie próbował się uwolnić. Głaskał ją po głowie i szeptał coś uspokajająco. Przerwał, gdy pojawiła się Olga. Na sekundę zesztywniał. Także Rostowna, rozpoznając go, zatrzymała się gwałtownie. Czas nie imał się mieszkańców malowanych miast, jednak ten człowiek zmienił się, odkąd dziewczyna widziała go ostatnim razem. Już gdy go malowano, siwizna szturmowała jego włosy, a oczy wydawały się starsze od wszechświata, jednak teraz wyglądał, jakby przytłaczał go dodatkowy ciężar. W przeciwieństwie do wielu ludzi nie pozwolił upiększać swojego portretu, nawet ubranie nakazał zachować typowe dla siebie, nieprzesadnie eleganckie, przede wszystkim wygodne. Choć technologia malowanego świata znacznie się rozwinęła i pozwalała teraz za odpowiednią cenę zmieniać stroje, a nawet fryzury i makijaże, on rzadko korzystał z takich przywilejów, bynajmniej nie ze względów finansowych. Olga wiedziała, że był zamożnym człowiekiem. Być może starał się ze wszystkich sił pozostać takim, jak za życia, a może chodziło o coś więcej. Pokutę?

– Pan! – szepnęła. – Pan...

– Za późno się o wszystkim dowiedziałem – mówił pewnie, a jednak zabrzmiało to, jakby się usprawiedliwiał. – Nie miałem czasu szukać telefonu. Zawiadomiłem swoich, ale nim oni zdołali skontaktować się z Galicyjskimi...

Olga wiedziała, co miał na myśli. Fizyka Twardego Świata miała swoje zasady. Domyślała się, kim mogli być opiekunowie tego mężczyzny, sprawujący pieczę nad jego portretem. Przeszedł ją dreszcz na samą myśl o tych potworach, wędrujących przez kolejne dekady, a nawet stulecia, podporządkowanych jednej opętańczej misji. Nic dziwnego, że nie utrzymywali stałej łączności z Transportem Galicyjskim. O ile wiedziała, cały Twardy Świat chciał ich dopaść.

W każdym razie ta jego część, która zdawała sobie sprawę, że nie byli tylko legendą.

– ...to on, Olgo! – Był nadzwyczajnie podniecony. – To on! Nasz tajemniczy władca półświatka. To on zaatakował Pałac, jestem tego pewien!

Wyciągnął ku niej dłoń. W pierwszym odruchu chciała ją uchwycić, ale po chwili zorientowała się, że trzymał coś w ręku.

Kapsułka. Szklana kapsułka.

– Co to jest? – zapytała.

– Dotąd sądziliśmy, że ktoś czuwa nad portretami jego agentów. Ale to prawie niemożliwe, tło portretu jest stałe. Namalowany, który wędruje po Moskwie, znika w tym czasie z własnego portretu. Chyba że opracowali jakąś nową technologię. Ale nie. Proszę to zatem ode mnie wziąć, niech to zbadają. Sądzę, że to jakiś rodzaj gwałtownie działającego rozpuszczalnika. Morderca próbował go przegryźć, ale na szczęście zginął zanim mu się udało. To znaczy, że oni rozpuszczają się sami, gdy są zagrożeni. Nikt stale nad nimi nie czuwa.

Wzięła ampułkę. Owinęła ją na wszelki wypadek chustką. Diabelstwo mogło się rozbić przypadkiem, a Olga nie zamierzała kończyć jako rozmazana plama. Już raz umarła, powtarzanie tego nie leżało w jej planach.

– Czy był sam?

– Dopadłem trzech. Ale pierwsi z nich... – Rozłożył ręce.

– Dziękuję panu. Ale proszę, niech pan już idzie. Nie powinni widzieć, że się znamy, że rozmawiamy zbyt długo.

– Ma pani rację. – Skinął głową, a jednak wydawało jej się, że w jego głosie pojawił się wyrzut.

Ukłonił się najpierw Oldze, potem Marice, i odszedł prędko, nie oglądając się za siebie. Obie kobiety odprowadziły go wzrokiem.

– Zna go pani? – zapytała Marika. – To jeden z naszych?

– Tak i nie. Niezupełnie. Proszę o nim zapomnieć. Tak będzie lepiej.

– Zapomnieć... Pani prezes, on uratował mi życie! Wbiegł do sali wśród płomieni, jakby ich nie zauważał. Zastrzelił mężczyznę, który już miał mnie zabić, a potem jeszcze dwóch! Tak szybko, tak...

– Bezwzględnie?

– Sprawnie. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. A potem wyniósł mnie z pożaru. Takich rzeczy się nie zapomina... – Rozkasłała się i ten kaszel jakby ją otrzeźwił. – Przepraszam. Zaatakowali, gdy przyjmowałam meldunek od OTG „Dorka”. Tamci też zostali zaatakowani. Ten pożar to dlatego, że obraz przedstawiający moje stanowisko zaczął płonąć w Twardym Świecie. Nie wiem, czy to przypadek, czy zgrana akcja, ale ataki na okręt i na Pałac przebiegły prawie równocześnie. Ja... nie jestem pewna, ale OTG „Dorka” chyba została zniszczona.

– Dziękuję. To ważne informacje. Proszę wstać, pomogę pani dojść do karetki.

Prowadząc ku pielęgniarzom Marikę, wciąż przepraszającą za niedostatek wiadomości o „Dorce”, Olga zastanawiała się, czy rzeczywiście atak tu i w kosmicznych przestrzeniach Twardego Świata mógł być skoordynowany. Należało jednak przyjąć najgorsze rozwiązanie i działać tak, jakby ich wróg okazał się groźniejszy, niż przypuszczali. Jakby, podobnie jak Olga, miał potężnego sojusznika w Twardym Świecie.

Jakby właśnie zaczęła się wojna.

Rozdział trzeci

Rok 2172 starego kalendarza, 220 rok Pokoju,

szalupa ratunkowa w drodze ku Ziemi

Zostawili przebudzoną Tiamat daleko za sobą. Przez czas jakiś wsłuchiwali się w komunikaty o zniszczeniach poczynionych przez boginię, aż wreszcie Hoygren wyłączył radio, w którym zresztą coraz częściej słychać było już tylko trzaski. Być może Tiamat znów wydawała swoje zakłócające łączność i działanie instrumentów ryki, a może zniszczyła większość przekaźników.

Wysłali sygnał w kierunku najbliższej boi sygnalizacyjnej Transportu Galicyjskiego i zamilkli. Drygieł, którego rozcięcie na ramieniu Hoygren zdołał opatrzyć samodzielnie dzięki pokładowej apteczce, wpatrywał się w ocalony obraz, próbując dostrzec coś przez spowijający wnętrze sali łączności dym. Raz mignęło mu kilku strażaków, ale poza tym nikt nie pojawiał się w polu widzenia i nie było jak nawiązać kontaktu ani z ludźmi z Malowanej Moskwy, ani z centralą TG. Okręty dysponowały zastępczymi technologiami komunikacyjnymi: eksperymentalnymi pciuchami – hodowanymi w wysokich szklanych słojach niczym homunkulusy, a zdolnymi ponoć, w ograniczonym zakresie, wędrować pod prąd czasu i dostarczać wiadomość nawet i na godzinę bądź dwie przed jej wysłaniem – laserowymi przekaźnikami oraz pokładowymi telepatami dalekiego zasięgu, przedziwnymi istotami składającymi się niemal wyłącznie z głowy i żołądka, żyjącymi w specjalnych pojemnikach wypełnionych odżywczym żelem.

Żadna jednak z tych technologii nie mogła równać się z możliwościami ofiarowanymi przez malowane miasto, a w dodatku wszystkie one przepadły wraz z okrętem.

– Żywności starczy dla nas dwóch nawet i na pół roku – referował sprawdzający stan zapasów i całej szalupy Hoygren. – Smaczne toto za bardzo nie jest, ale co robić. Z wodą gorzej, ale systemy szalupy będą ją odzyskiwać z tego, co wydalamy. Najgorzej z energią. Tu nie mamy stosu atomowego, a jedynie akumulatory i...

– Przecież wiem to wszystko – przerwał mu Drygieł. – Skoro nic nie jest uszkodzone, to wszystko działa, jak nam mówili na szkoleniu.

– Chciałem przerwać jakoś ciszę. Od trzech godzin wpatrujesz się, bracie, w obraz jak sroka w gnat. Tej twojej laski nie widać? To pewnie żyje, bo inaczej widziałbyś jej trupa. Nie myśl już o niej, skup się na nas. Myślisz, że będą nas ścigać te świry?

– Herostratejczycy? Chyba niewielu ich wyszło żywych ze starcia z Tiamat. Tak się kończy igranie z bogami.

– Myślisz, że to oni stali za przebudzeniem?

– A kto?

– Mnie się zdaje, że kultyści. Myśleliśmy, że zasuwają grzecznie w kopalni, a oni przez te wszystkie lata szykowali ponowne przebudzenie smoczycy, skurwiele.

– A herostratejczycy przypadkiem zaatakowali nas w tym samym momencie? Nigdy dotąd nie atakowali TG. Nawet oni nie są tak szaleni. Jeśli Tiamat przebudzili kultyści, jedni musieli współpracować z drugimi. A może nie tylko z nimi?

– Co masz na myśli?

– Sam nie wiem. – Drygieł wzruszył ramionami. – Za dużo tego na raz. Ale wiesz, tyle lat był spokój! Jasne, jakieś zamachy terrorystyczne, wojna z Wieczną Rewolucją, Wiosna Dżinnów na Bliskim Wschodzie, Imperium Śiwy, Niepowstali... Zebrałoby się tego. Ale w sumie panował spokój. I nagle jednego dnia budzi się Tiamat, a herostratejczycy dostają świra...

– Oni zawsze mieli świra, bracie. „Wolność to prawo do destrukcji”, „niszczenie jako akt sprawiedliwości”, „entropia jest prawem kosmosu”. Mam ci jeszcze pojechać ich sloganami?

– Nie no, jasne. Ale pierwszy raz tak zaszaleli, żeby zaatakować okręt TG. Skąd oni w ogóle mieli takie uzbrojenie? Takie okręty?

– To chyba nie są sprawy na nasze podoficerskie głowy, co?

– Sam chciałeś gadać.

– Prawda, chciałem. Żebyś nie myślał już o tej laluni. Słuchaj, to tylko laska, w dodatku namalowana. Jasne, też słyszałem cuda o ekstazach pod słońcem Van Gogha albo o tym, co mogą ci zrobić dupy od Klimta. Ale do tego trzeba mieć kupę kasy, a potem umrzeć. Skup się na tym, co masz w zasięgu, chłopie. Na przykład ta dziunia z mesy, Kubanka, jak jej tam...

– Maria.

– No, ona. Leci na ciebie. Kurde, oczu od ciebie nie może oderwać. Żywa, cycata laska, chłopie, nie jakiś namalowany duch.

– Żywa to już chyba nie – westchnął Drygieł i na jakiś czas znów zapadła cisza.

Nie zakłócało jej szemranie mechanizmów szalupy. Silniki milczały. Energii w ich akumulatorach zostało tyle, by pojazd zdolny był do wykonania paru manewrów, ale nie więcej. Łagodne światło panujące wewnątrz pochodziło z prawie niewyczerpywalnej esencji świetlików. Bezszelestnie działał też komputer pokładowy, skupiony teraz na sondowaniu najbliższej okolicy w poszukiwaniu ratunku bądź zagrożenia.

Pozbawiony napędu skonstruowanego w oparciu o legendy o alternatywnych, pozbawionych magii światach pojazd nie mógł posiłkować się ciągiem Lema, by w miarę szybko dotrzeć do najbliższego posterunku TG. Szalupa zużyła mnóstwo energii, by uniknąć zderzenia z Tiamat i szczątkami okrętów, a następnie by odpalić na ledwie piętnaście sekund silniki i uciec od bogini skupionej na większych, apetyczniejszych kąskach. W tej chwili rozbitkowie mogli liczyć tylko na to, że starczy im zasobów do czasu, gdy ktoś wreszcie ich odnajdzie.

– Myślisz o Czarnym Statku? – odezwał się ponownie Hoygren.

– O czym? – nie zrozumiał Drygieł, znów wpatrujący się w obraz. Wydawało mu się, że dym tam rzedniał. Jeśli tak, istniała szansa, że ktoś wreszcie pojawi się w sali łączności.

– Czarnym Statku. Tym, który poprzednio zabił Tiamat.

– Daj spokój! To tylko legenda!

– Oj, chłopie! Słyszysz, co mówisz? „Tylko legenda”? Zapomniałeś, na jakim świecie żyjesz? Nawet jeśli to legenda, to właśnie dlatego powinien się pojawić znowu i zabić Tiamat. Nieprawdę mówię? Cholera, to ty byłeś lepszy na szkoleniach z fidezykacji! Myśl racjonalnie, do cholery! Nie ma nic prawdziwszego od legend!

– No dobra – westchnął Drygieł, odrywając wzrok od obrazu. Spojrzał na przyjaciela i zdziwił się intensywnością, z jaką tamten wpatrywał się w niego. – Czego ty ode mnie chcesz?

– Żebyś się obudził, chłopie! Jesteśmy rozbitkami. Nasze życie może zależeć od przytomności umysłu, a ty gapisz się w przypalony obraz i pieprzysz od rzeczy. Kurwa, Czarny Statek to tylko legenda, Smok Wawelski to tylko legenda, zabójca Kutrzeba to tylko legenda, a pieprzona Tiamat to tylko mit, tak?

– Mieszasz porządki – skrzywił się Adam. Nie chciało mu się gadać o tych pierdołach, ale uznał, że musi jakoś uspokoić Petyra, który najwyraźniej zaczął histeryzować. Dziwne, Drygieł zawsze uważał, że z nich dwóch to Hoygren jest silniejszy tak fizycznie, jak i psychicznie. – Smok Wawelski, Tiamat, tak. To legendy, mity, ożywione w epoce dzikiej fidezykacji, kiedy nikt nad tym nie panował i nikt nie wiedział, o co chodzi. To stwory z czasów chaosu, relikty z Kresu. Ten tam Kutrzeba to już legenda miejska z XX wieku. Historia o zabójcy tak opętanym zabijaniem, że zmienił się w awatar śmierci, teoretycznie miałaby sens, ale... Niby kiedy miał zginąć?

– W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym albo siedemdziesiątym ósmym. Jakoś tak.

– No to nie ma siły, żeby zaistniał. Dobra, powiedzmy, że jest małe prawdopodobieństwo. Tylko że jeśli zginął w siedemdziesiątym ósmym, to jak szybko mógł narodzić się jego kult? Ale tak, żeby zebrać wystarczająco dużo wiernych? W dwa lata? W trzy? Przecież koniec lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku to już czas, kiedy rządy i zarządy mocno kontrolowały przepływ fidezyny i uczyły się jej produkcji. Spontaniczne cuda były coraz rzadsze, bo paru ważniaków na górze zdało sobie sprawę, że zapasy nie są niewyczerpywalne...

– W sumie to są.

– W sumie to za cholerę nie są. Chcesz się na ten temat sprzeczać, idź, pogadaj z monoteistami. Oni przeprowadzali badania na ten temat. Ten tam... Heller obliczył, że we wszechświecie nie ma dość energii, by stworzyć nieskończonego, monoteistycznego Boga.

–To był ksiądz, nie? Takie wyniki były mu na rękę.

– Ale co do zasady miał rację. W każdym razie wtedy już prawdziwi ważniacy kładli swoje tłuste łapska na pozyskiwaniu energii z cudów, wiary i takich tam. Więc twój Kutrzeba nie miał wielkich szans zaistnieć jako demon. Do tego potrzeba od cholery wyznawców skupionych na konkretnym celu. Czyli laboratoria albo kościoły. Słyszałeś o jakimś kościele świętego Kutrzeby?

– Ale w laboratorium mogliby go przywołać, tak?

– Gdyby ktoś chciał marnować energię na stworzenie szalonego potwora, którego nie można kontrolować? To musiałby być jakiś świr. Ale teoretycznie...

– Tu cię mam! Świrów na świecie nie brakuje! Ale pal tam sześć Kutrzebę. – Hoygren niby to mrugnął porozumiewawczo, ale Drygieł wciąż odnosił wrażenie, że napięcie nie znikło z jego wzroku. – To miał być tylko taki przykład. Chodzi o Czarny Statek. Jest legendą, tak?

– No jest. Ale...

– Czekaj! Wiem, co powiesz. Że fidezyna. Ale słuchaj, ktoś ożywił Tiamat, nie? To wymagało od cholery fidezyny, no i tak się składa, że obok była jej kopalnia. Może zresztą złoża cały czas zasilali kultyści, ale nikt się nie połapał, bo przy kopalni były takie zakłócenia, że hej, nie?

– Mogło tak być, ale...

– Czekaj, mówię! Więc pojawia się Tiamat, wraz z tym następuje dziki skok poziomu aktywnej fidezyny. A tak się składa, że pojawieniu się Tiamat towarzyszy jeszcze jedna legenda, ta o Czarnym Statku. Mogłaby się podpiąć pod fidezynę Tiamat?

– Fidezynę użytą do przywołania Tiamat – sprostował odruchowo Drygieł. Zmarszczył brwi. – No dobra, teoretycznie masz rację, to by mogło zadziałać. Tyle że jest jeden szkopuł. Żeby legenda mogła zadziałać, ktoś musi w nią wierzyć.

– Ja wierzę w Czarny Statek!

– Ty jeden to chyba za mało.

– Skąd wiesz, że tylko ja?

– Bo tym razem nie przyleciał, prawda? Nie wyskoczył z ciemności, żeby zabić potwora. Moim zdaniem za pierwszym razem nikt Tiamat nie zabijał. Po prostu fidezyna była niestabilna i przywołanie nie wyszło, a potem ktoś dorobił do tego opowieść o tajemniczym zbawcy. My, ludzie, tacy już jesteśmy, że lubimy podobne opowieści. „Czarny statek znikąd” brzmi lepiej niż „zepsute zaklęcie”. Ale ostatecznie ta legenda okazała się zbyt słaba. To trochę jak z tym twoim Kutrzebą. Może istniał, może nie. Wszystko jedno, ostatecznie opowieść o nim okazała się zbyt słaba, by ją wykorzystać. Chcesz wiecznie żywego zbrodniarza? Poczytaj o Kubie Rozpruwaczu. Ten skurczysyn ciągle wraca.

Rozdział czwarty

Rok 1977 starego kalendarza, 25 rok Pokoju,

Belgrad/Przystań Carogrodu

„Teraz!” – powtórzył Kutrzeba, gdy Zmora nie zareagowała od razu.

„Jeszcze chwilunia. Niech się suki mocno złapią”.

No pięknie. Jemu tu pozostało tchu na sekundę albo dwie, wiły z Dunaju ciągnęły go na dno, a Zmora wpadła w jeden ze swoich buntowniczych nastrojów, podczas których zachowywała się niemal jak jego żona, a nie duch zemsty, czuwający nad spłaceniem krwawego rachunku.

Kiedyś było inaczej. Lata temu, gdy Kutrzeba po prostu parł przed siebie, nie zważając na nic, każdą napotkaną istotę traktując jak narzędzie. Zmora była wówczas tylko przyczajoną w nim energią, pomagającą mu przetrwać, dodającą sił i wyrywającą ze szponów śmierci, gdy mścicielowi powinęła się noga. Kutrzeba zdawał sobie sprawę, że jak wszystko, także i ta pomoc miała swoją cenę. Sądził jednak, że stanie się nią jego dusza, a może jego śmierć, gdy już będzie po wszystkim, gdy dopadnie ostatniego z zabójców odpowiedzialnych za śmierć żony i dzieci. W rzadkich chwilach optymizmu próbował wierzyć, że ceną za wysługi Zmory stało się jego utracone życie: wszystkie te wyrzeczenia, odrzucone miłości, wzgardzona stabilizacja, nienawiązane romanse i przyjaźnie, chwile radości i szanse na szczęście. Każda ze ścieżek wiodących ku czemuś lepszemu, które zignorował, gnany przez furię siedzącej w nim demonicy. Pogodziłby się z taką ceną, bo ją rozumiał.

Stało się inaczej.

Odnosił wrażenie, że płacił jej swoim życiem i swoją duszą, nie tak jednak, jak przewidywał. Im dłużej pozostawali ze sobą związani, tym bardziej zmieniała się Zmora i relacje między nimi.

Z pewnością nie była już po prostu na jego rozkazy; od dawna nie, o ile kiedykolwiek. Pomagała mu, ratowała życie, nie dlatego jednak, że wzywał ją bądź jej rozkazywał, lecz dlatego, że sama tak chciała.

Kiedyś, w świecie pełnym powietrza i słońca, a nie tych mrocznych zimnych toni, w które Kutrzeba właśnie się zapadał, Szuler położył mu swoje wielkie łapsko na ramieniu i spojrzał na niego przez opaskę zasłaniającą oczy: nie jak człowiek, ale jak bóstwo, postrzegające zmienne linie losu.

Siedzieli wówczas na jednym z niewielkich pagórków odbudowywanej Przystani Carogrodu. Duchy, upiory i ludzie uwijali się, wznosząc nowy pałac wokół mogiły, w której pochowano ostatnich Rostowów. Nie miał przypominać dawnego, pięknego budynku, pełnego radości i śmiechu, lecz raczej bunkier, serce niezdobytej twierdzy. Nowy hrabia i jego narzeczona, choć durni i pełni optymizmu, jak to młodzi, posłuchali w tej sprawie rad mądrzejszych od siebie. Przyszło im to tym łatwiej, że jeden z doradców był bogiem, a drugi morderczym draniem.

– Rozmawiałem o tobie z córuchną – powiedział wówczas Szuler. – Jest ci wdzięczna za pomoc. Chciałaby podziękować osobiście, ale unikasz jej.

– Wiele nie zrobiłem – zbagatelizował Kutrzeba. – I nie unikam, tylko ciągle jest coś do roboty.

– Unikasz. – Szuler uśmiechnął się po swojemu, czyli ponuro. – Musimy o tym pogadać, Mirku. Wiesz, czym Wandzia jest.

– Wiem, co sobie na ten temat wyobrażasz.

– Nie „wyobrażam sobie”. Wiem. To bogini bogów, Mirku. Jeszcze nie do końca przebudzona. Ale już wyczuwamy jej potencjał. Ja, Burzymur, Sara. Tylko Jasiek nie, ale wiesz, to matoł.

– Ładnie to tak o własnym zięciu…?

– Matoł, mówię! No, ale wybrała go córuchna, nie wiem, dlaczego. Miłość to jednak najsilniejsza magia. Nawet Burzymur i Sara... – przerwał.