Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 742 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojny mroku - Adam Magdoń

Barwna opowieść o trwającej kilka tysięcy lat wojnie dwóch klanów wampirów. Władcy planują podbić świat i całkowicie podporządkować sobie ludzi, a ich przeciwnicy starają się temu zapobiec. Przed czterema tysiącami lat Obrońcom udało się pokonać Władców i zniszczyć ich fortecę, Gordoth. W ruinach uwięzili w sarkofagu Kainusa, najstarszego i najpotężniejszego z wampirów, jednak jego klanowi udało się przetrwać. Po pewnym czasie wybuchła druga wojna, trwająca po dziś dzień, a jej areną jest współczesna Polska. Krwawe walki toczą się w zaułkach Krakowa i w podkarpackich lasach.

Opinie o ebooku Wojny mroku - Adam Magdoń

Fragment ebooka Wojny mroku - Adam Magdoń

Re­dak­cja

Elż­bie­ta Spa­dziń­ska-Żak

Pro­jekt okład­ki

Grze­gorz Bo­ciek

Ilu­stra­cja na okład­ce

Da­riusz Ko­cu­rek

Re­dak­cja tech­nicz­na

Da­mian Wa­la­sek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Skład i ła­ma­nie

Ewa Mierz­wa

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2012

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3 C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2012

ISBN 978-83-7835-082-8

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Prolog

Gor­doth, mrocz­na for­te­ca Wład­ców, stał w pło­mie­niach. Ogień bu­chał ze wszyst­kich nie­mal okien, za­le­wał kruż­gan­ki i ko­ry­ta­rze. Nad bu­dyn­kiem, jesz­cze kil­ka go­dzin temu po­tęż­nym i roz­sie­wa­ją­cym gro­zę na cały świat, te­raz uno­sił się pió­ro­pusz dymu mie­sza­ją­ce­go się z nocą. Po­żar roz­świe­tlał pole le­d­wo co za­koń­czo­nej bi­twy – ty­sią­ce tru­pów, zma­sa­kro­wa­nych, za­krwa­wio­nych, po­skrę­ca­nych w naj­dzi­wacz­niej­szych po­zach, za­le­ga­ją­cych rów­ni­nę do­oko­ła Gor­do­thu i oko­licz­ne wzgó­rza. Po­mię­dzy zwło­ka­mi uwi­ja­li się ci, któ­rzy oca­le­li z rze­zi. Nie­do­bit­ki Wład­ców ucie­ka­ły bez­ład­nie, w po­pło­chu. Więk­szość z nich była ran­na, a ich mo­ra­le zo­sta­ło zdru­zgo­ta­ne w chwi­li upad­ku strasz­li­wej, nisz­czy­ciel­skiej ar­mii, jaką two­rzy­li jesz­cze przed pa­ro­ma go­dzi­na­mi.

Te­raz z tej po­tę­gi nie zo­sta­ło pra­wie nic. Obroń­cy trium­fo­wa­li. Mimo że i oni po­nie­śli gi­gan­tycz­ne stra­ty a wie­lu do­wód­ców po­le­gło, roz­bi­li Wład­ców w pył i wdar­li się do Gor­do­thu, mor­du­jąc bez li­to­ści tych, któ­rzy się tam schro­ni­li. Przez wszyst­kie otwo­ry twier­dzy: okna, wro­ta i kruż­gan­ki dłu­go wy­pa­da­ły na rów­ni­nę zma­sa­kro­wa­ne tru­py, do­cho­dzi­ły wrza­ski ran­nych i char­cze­nie ko­na­ją­cych, po­mie­sza­ne z roz­ka­za­mi i trium­fal­ny­mi okrzy­ka­mi Obroń­ców. Ścia­ny za­bar­wi­ła krew. A po­tem pod­ło­żo­no ogień i w cią­gu kil­ku za­le­d­wie chwil Gor­doth prze­isto­czył się w gi­gan­tycz­ną po­chod­nię.

Zwy­cięz­cy usta­wi­li się wo­kół nie­go i ry­cze­li te­raz jed­nym gło­sem, wy­ma­chu­jąc mie­cza­mi. Ogień od­bi­jał się od krwi po­kry­wa­ją­cej po­sre­brza­ne brzesz­czo­ty. To była ich noc. Peł­na gro­zy, bólu i śmier­ci, ale zwień­czo­na bez­dy­sku­syj­nym zwy­cię­stwem. Wład­cy zo­sta­li znisz­cze­ni, star­ci z po­wierzch­ni zie­mi. Ty­siąc­let­nia woj­na za­koń­czo­na.

Val­ger, przy­wód­ca kla­nu, je­den z Po­tęż­nych, ob­ser­wo­wał to wszyst­ko ze szczy­tu wzgó­rza. Pięk­no i ulga trium­fu jesz­cze nie w peł­ni do nie­go do­tar­ły; cóż, w koń­cu za­le­d­wie go­dzi­nę temu biegł ko­ry­ta­rza­mi For­te­cy Wład­ców na cze­le resz­tek od­dzia­łu Za­bój­ców, wy­jąc dzi­ko i rą­biąc mie­czem ostat­nich Żoł­nie­rzy. Te­raz pa­trzył na pło­mie­nie nisz­czą­ce twier­dzę i czuł, jak po­ziom ad­re­na­li­ny w ży­łach stop­nio­wo opa­da.

Wy­glą­dał kosz­mar­nie. Z pan­ce­rza zo­sta­ły strzę­py po­kry­te za­krze­płą krwią i jego, i nie­przy­ja­ciół. Ban­da­że, twar­de od krwi, spo­wi­ja­ły jego czo­ło (gdy­by nie szy­szak, te­raz nie­na­da­ją­cy się do ni­cze­go, cios ma­czu­gą zmiaż­dżył­by mu czasz­kę – na­wet on, wam­pir, nie prze­żył­by cze­goś ta­kie­go), pra­we ra­mię oraz lewe pod­udzie. Dla czło­wie­ka cio­sy, ja­kie otrzy­mał w cza­sie bi­twy, by­ły­by śmier­tel­ne. Dla Val­ge­ra sta­no­wi­ły za­le­d­wie dra­śnię­cia; gdy­by nie to, że sre­bro z kling Wład­ców do­sta­ło się do krwio­bie­gu, moc­no spo­wal­nia­jąc re­ge­ne­ra­cję, więk­szość z nich pew­nie zdą­ży­ła­by się wy­go­ić. Mimo wszyst­ko był zmę­czo­ny i spra­gnio­ny, a wszech­obec­ny za­pach krwi spra­wiał, że bar­dzo trud­no było mu utrzy­mać pra­gnie­nie w ry­zach. W jego umy­śle od­zy­wał się in­stynkt dra­pież­ni­ka. Jed­nak Val­ger i jego sprzy­mie­rzeń­cy zło­ży­li kie­dyś Przy­się­gę i usta­no­wi­li Za­sa­dy. Co by się sta­ło, gdy­by on, wódz Obroń­ców, je te­raz zła­mał? Prze­cież nie po to znisz­czy­li Wład­ców, by stać się ta­ki­mi sa­my­mi po­two­ra­mi jak oni.

Obok nie­go na gła­zie sie­dzia­ła Ta­li­tha, jego sio­stra. Wal­czy­ła tej nocy jak sza­lo­na, cze­go efek­tem była po­gru­cho­ta­na zbro­ja, trzy pęk­nię­te mie­cze, licz­ne ska­le­cze­nia i po­waż­na rana uda. Star­ła krew za­bi­tych wro­gów ze swej pięk­nej twa­rzy, prze­cze­sa­ła ręką wspa­nia­łe kru­czo­czar­ne wło­sy Val­ger miał ta­kie same, tyle że krót­ko ostrzy­żo­ne. O tym, że są ro­dzeń­stwem, świad­czy­ły rysy ich twa­rzy – ostre, z wy­sta­ją­cy­mi ko­ść­mi po­licz­ko­wy­mi. Oczy też mie­li iden­tycz­ne, ciem­ne, o głę­bo­kim spoj­rze­niu, ale tym aku­rat nie wy­róż­nia­li się spo­śród resz­ty wam­pi­rów. Róż­ni­ła ich bu­do­wa cia­ła. Val­ger był wy­so­kim, po­tęż­nie zbu­do­wa­nym męż­czy­zną, przy któ­rym ra­czej ni­ska i drob­na Ta­li­tha wy­glą­da­ła wręcz mi­zer­nie. Po­zo­ry jed­nak my­li­ły – obo­je byli nie­zwy­cię­żo­ny­mi wo­jow­ni­ka­mi.

Oprócz nich wzgó­rze zaj­mo­wa­ło pię­ciu oca­la­łych Za­bój­ców. Był to eli­tar­ny od­dział ar­mii kla­nu, pod­le­gły bez­po­śred­nio Val­ge­ro­wi. Oni wła­śnie zdo­by­li Gor­doth, przy czym z sied­miu­set zo­sta­ło ich sze­ściu, łącz­nie z do­wód­cą. I nikt nie był cały – wszy­scy ocie­ka­li krwią, le­d­wo sta­li na no­gach. Lecz byli nie­sa­mo­wi­cie za­do­wo­le­ni.

– Zwy­cię­ży­li­śmy – ode­zwa­ła się Ta­li­tha. – Po­ko­na­li­śmy ich.

Val­ger i po­zo­sta­li Za­bój­cy spoj­rze­li na nią. Do­oko­ła zwy­cięz­cy wzno­si­li trium­fal­ne okrzy­ki.

– Po ty­siącu lat – cią­gnę­ła wam­pi­rzy­ca – za­koń­czy­li­śmy woj­nę. Lu­dzie są bez­piecz­ni.

– Nie są. – Val­ger zde­cy­do­wał się na szcze­rość. Ko­chał sio­strę, ale uwa­żał ją za nie­po­praw­ną ide­alist­kę, pod­czas gdy sam sta­rał się za­cho­wać re­ali­stycz­ne po­dej­ście do ży­cia. – Dłu­go jesz­cze po­trwa, za­nim wy­tę­pi­my Wład­ców. Ich ar­mia nie ist­nie­je, ale wciąż więk­szość wam­pi­rów my­śli tak jak oni. Oba­wiam się, że to jesz­cze nie ko­niec.

– Po­zo­stał też Ka­inus – po­wie­dział Sla­ter, je­den z Za­bój­ców, wpa­tru­jąc się w ogień tra­wią­cy Gor­doth. – Za­mknął się w swo­jej trum­nie, kie­dy wdar­li­śmy się do środ­ka. Żoł­nie­rze Wład­ców bro­ni­li twier­dzy, nie wie­dząc, że ich przy­wód­ca wła­śnie za­czy­na hi­ber­na­cję. Ale wal­czy­li dziel­nie, zgi­nę­li z ho­no­rem.

Val­ger ski­nął gło­wą. Mil­czał.

– Trze­ba było go za­bić! – syk­nę­ła Ta­li­tha. – Bra­cie, nie mo­gli­ście roz­wa­lić trum­ny i po­kro­ić tego by­dla­ka na ka­wał­ki?

Val­ger po­now­nie wes­tchnął, opu­ścił wzrok.

– Trum­na Ka­inu­sa skła­da się z że­la­za i spi­żu. Nie by­li­śmy w sta­nie jej uszko­dzić, a za­mek ma tak skom­pli­ko­wa­ną kon­struk­cję, że nie było szans się w tym ro­ze­znać. Ale bez obaw, prze­nie­śli­śmy trum­nę w pod­zie­mia, do lo­chów i pod­pa­li­li­śmy ją, jak i całą twier­dzę. Za­raz wszyst­ko ru­nie, zo­ba­czysz, i już nikt nie do­sta­nie się tam na dół. Ka­inus zgni­je w tej swo­jej pusz­cze! Trze­ba tyl­ko do­brze za­trzeć wszyst­kie śla­dy i za­po­mnieć, gdzie leży to miej­sce. Usta­no­wi­my tu stre­fę za­ka­za­ną dla wszyst­kich wam­pi­rów. I bę­dzie­my jej strzec. Wąt­pię, by Wład­cy od­ro­dzi­li się bez Ka­inu­sa. Ale na wszel­ki wy­pa­dek nie moż­na do­pu­ścić, by kie­dy­kol­wiek któ­ryś z nich zna­lazł jego trum­nę.

– Spa­li­li­ście ich ar­chi­wum? – za­py­ta­ła Ta­li­tha.

– Oczy­wi­ście! Za kogo ty nas masz? Nie było cza­su prze­glą­dać tych ich ksiąg, ale je­stem wię­cej niż pe­wien, że w któ­rejś z nich znaj­do­wał się opis trum­ny Ka­inu­sa i jej zam­ka. No, ale wszy­scy Wład­cy, któ­rych na­po­tka­li­śmy na swej dro­dze, zgi­nę­li. Po­ucie­ka­li tyl­ko po­je­dyn­czy Żoł­nie­rze, nie li­cząc Fal­the­ry, Ale­ery i Kra­su­sa. Wąt­pię, by któ­re­kol­wiek z nich wie­dzia­ło, jak uwol­nić ich pana. A my znisz­czy­li­śmy wszel­kie wska­zów­ki. Wi­dzisz, sio­stro? Ka­inus jest bez szans. Poza tym, może wiecz­ne uwię­zie­nie we wła­snej trum­nie bę­dzie dla tego by­dla­ka gor­sze niż zwy­kła śmierć? – za­sta­no­wił się Val­ger.

Ta­li­tha uśmiech­nę­ła się.

– Tak czy in­a­czej, woj­na skoń­czo­na – rze­kła.

– Pa­trz­cie, twier­dza się wali! – Mimo zmę­cze­nia, Sla­ter aż pod­sko­czył z pod­nie­ce­nia.

Rze­czy­wi­ście, mury nie wy­trzy­ma­ły wy­so­kiej tem­pe­ra­tu­ry. Za­czę­ły pę­kać, a przez pęk­nię­cia bu­cha­ły pło­mie­nie. Odłam­ki, za­rów­no bar­dzo małe, jak i też kil­ku­me­tro­we, ze zgrzy­tem od­ry­wa­ły się od ścian i z hu­kiem spa­da­ły na zie­mię. W koń­cu kon­struk­cja ru­nę­ła w akom­pa­nia­men­cie ogłu­sza­ją­ce­go ło­sko­tu. Wszyst­ko roz­le­cia­ło się w drob­ny mak, po­szcze­gól­ne pię­tra za­pa­dły się w so­bie. Za­trzę­sła się zie­mia. Ogień ogar­nął ru­iny, na krót­ką chwi­lę two­rząc ogrom­ną kulę; kie­dy się roz­wia­ła, mi­liar­dy iskier wy­strze­li­ły spo­mię­dzy gru­zów. Po­tem coś łup­nę­ło raz jesz­cze i za­pa­dła ci­sza. Z Gor­do­thu po­zo­sta­ło je­dy­nie do­pa­la­ją­ce się gru­zo­wi­sko.

Obroń­cy za­mil­kli, ob­ser­wu­jąc upa­dek For­te­cy Wład­ców, a gdy się do­ko­nał, po­now­nie ryk­nę­li jed­nym gło­sem, trium­fal­nie wzno­sząc mie­cze, to­po­ry, włócz­nie i wszel­ką inną broń. Na ten wi­dok nie­któ­rzy cze­ka­li gru­bo po­nad ty­siąc lat. To dla nie­go cier­pie­li rany i tra­ci­li naj­bliż­szych przy­ja­ciół, a nie­raz tak­że na­dzie­ję. Lecz gdy Gor­doth upadł, chy­ba nikt z nich nie miał wąt­pli­wo­ści, że war­to było po­nieść owe ofia­ry.

Nowa na­dzie­ja wstą­pi­ła rów­nież w ser­ce Val­ge­ra. Jed­no­cze­śnie zro­zu­miał, że te­raz, po upad­ku Wład­ców, to on jest przy­wód­cą je­dy­ne­go oca­la­łe­go kla­nu wam­pi­rów.

– Masz ra­cję, sio­stro. Woj­na skoń­czo­na.

Nie wie­dział, jak bar­dzo się po­my­lił.

Rozdział pierwszy

Deszcz pa­dał nie­mal nie­prze­rwa­nie od kil­ku dni i nocy. Cza­sem lało jak z ce­bra, zwy­kle kro­pi­ło lub tyl­ko mży­ło, ale na pal­cach jed­nej ręki dało się po­li­czyć go­dzi­ny, pod­czas któ­rych nie spa­dła ani jed­na kro­pla. Do tego zro­bi­ło się pa­skud­nie zim­no, na­wet jak na pol­ski li­sto­pad. Dni były już sza­re i krót­kie, i lu­dzie bez żalu że­gna­li się z nimi, kie­dy za­pa­da­ła noc.

Noc – pora, któ­rą szcze­gól­nie upodo­ba­ły so­bie wam­pi­ry.

Tej nocy rów­nież pa­da­ło, i to moc­no. Kra­kow­ski Ry­nek to­nął w wo­dzie, któ­ra, pły­nąc uli­ca­mi, two­rzy­ła nie­wiel­kie, rwą­ce po­to­ki. Lu­dzi pra­wie w ogó­le nie było – raz, że pora póź­na, dwa, że po­go­da wstręt­na. Zwy­kle Ry­nek był lud­nym miej­scem przez całą dobę, lecz nie dzi­siaj. Na­wet żule się po­cho­wa­li. Ot, tu i tam prze­my­ka­li sta­li by­wal­cy knajp czy ka­wiar­ni, prze­je­chał pa­trol po­li­cji, po­ja­wi­li się stu­den­ci, ja­kaś li­ce­al­na wy­ciecz­ka wra­ca­ła pod ochro­ną pa­ra­so­li i prze­ciw­desz­czo­wych płasz­czów z jed­ne­go z te­atrów. Inni prze­by­wa­ją­cy na Ryn­ku chro­ni­li się przy ko­ście­le Ma­riac­kim, w Su­kien­ni­cach i pod każ­dym moż­li­wym za­da­sze­niem.

Mi­chał ob­ser­wo­wał to wszyst­ko z wy­so­ka, bo z wyż­szej wie­ży naj­słyn­niej­szej kra­kow­skiej świą­ty­ni. Znaj­do­wał się na ko­pu­le, przy­kuc­nię­ty, z naj­no­wo­cze­śniej­szą lor­net­ką nok­to­wi­zyj­ną przy­tknię­tą do oczu. Z lo­gicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia nie była mu ona po­trzeb­na – w nocy wi­dział znacz­nie le­piej niż w dzień, był w koń­cu noc­nym dra­pież­ni­kiem – lecz uży­wał jej już od ja­kie­goś cza­su i zdą­żył się do niej przy­zwy­cza­ić; poza tym, za jej po­mo­cą był w sta­nie do­strzec coś, co mo­gło­by w nor­mal­nych wa­run­kach umknąć jego wzro­ko­wi, mimo iż zmysł ten miał znacz­nie le­piej roz­wi­nię­ty niż isto­ta ludz­ka. Nok­to­wi­zyj­na lor­net­ka, dla przy­kła­du, umoż­li­wia­ła mu do­strze­że­nie ko­goś, kto po­tra­fił wta­piać się w mrok i pół­mrok rów­nie do­brze jak on sam. Czy­li in­ne­go wam­pi­ra.

Deszcz w ogó­le mu nie prze­szka­dzał, mimo że nie miał żad­ne­go na­kry­cia gło­wy. Owszem, od­czu­wał czyn­ni­ki at­mos­fe­rycz­ne, ta­kie jak tem­pe­ra­tu­ra czy opa­dy, ale żeby co­kol­wiek z tego mo­gło mu za­szko­dzić, mu­sia­ło­by być nie­sły­cha­nie zim­no lub nie­zwy­kle go­rą­co, albo z nie­ba mu­siał­by spaść grad wiel­ko­ści ku­rze­go jaj­ka. Cho­ro­by w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści się go nie ima­ły. Opa­dy, wbrew nie­któ­rym le­gen­dom, nie były dla wam­pi­rów groź­ne. Po­dob­nie zresz­tą jak osi­no­wy ko­łek, kru­cy­fiks (sam Mi­chał był ka­to­li­kiem, choć co naj­wy­żej wie­rzą­cym, bo z prak­ty­ko­wa­niem było znacz­nie go­rzej…) czy czo­snek – ten ostat­ni cuch­nął, ale nie żeby był tru­ją­cy czy coś ta­kie­go. Świa­tło sło­necz­ne też nie ozna­cza­ło dla nie­go i in­nych wam­pi­rów śmier­ci ani na­wet po­pa­rzeń, co nie zmie­nia fak­tu, że ani on, ani resz­ta przed­sta­wi­cie­li jego ga­tun­ku za dnia ra­czej nie wy­chy­la­ła się ze swo­ich kry­jó­wek. Po­wód był pro­sty – tak jak lu­dzie są stwo­rze­nia­mi dzien­ny­mi, tak wam­pi­ry pro­wa­dzą noc­ną ak­tyw­ność.

Poza tym Mi­chał gołą miał tyl­ko gło­wę; resz­tę cia­ła szczel­nie za­kry­wał skó­rza­ny płaszcz, ka­mi­zel­ka ku­lo­od­por­na, ke­vla­ro­we ochra­nia­cze rąk i nóg, rę­ka­wi­ce i woj­sko­we buty. Je­śli cho­dzi o płaszcz – miał za za­da­nie chro­nić przed desz­czem nie tyle swo­je­go wła­ści­cie­la, co przede wszyst­kim broń, w jaką był za­opa­trzo­ny, oraz resz­tę sprzę­tu – a miał go tro­chę. Znad pra­we­go bar­ku wzno­si­ła się rę­ko­jeść mie­cza ukry­te­go w pod­nisz­czo­nej po­chwie prze­wie­szo­nej na pa­sku przez ple­cy. Pod płasz­czem Mi­chał cho­wał pi­sto­let ma­szy­no­wy uzi, dwa zwy­czaj­ne pi­sto­le­ty oraz dłu­gi kin­dżał. Broń pal­na za­ła­do­wa­na była na­bo­ja­mi za­wie­ra­ją­cy­mi azo­tan sre­bra, a klin­gi bia­łej po­kry­to tą samą sub­stan­cją. Je­śli w le­gen­dach chcia­ło­by się zna­leźć ja­kieś praw­dzi­we dane na te­mat śmier­tel­no­ści wam­pi­rów, to wła­śnie sre­bro sta­no­wi­ło dla nich za­gro­że­nie. Samo w so­bie nie było tru­ją­ce (in­a­czej niż w przy­pad­ku wil­ko­ła­ków), lecz w ra­zie do­sta­nia się w du­żych ilo­ściach do krwio­bie­gu za­trzy­my­wa­ło re­ge­ne­ra­cję tka­nek. Bez nie­go na­wet naj­cięż­sze rany szyb­ko się go­iły i, nie li­cząc od­cię­cia gło­wy lub po­waż­ne­go uszko­dze­nia mó­zgu, wam­pi­ra prak­tycz­nie nie dało się za­bić.

Deszcz pa­dał i pa­dał. Mi­chał nadal tkwił na swym miej­scu, ob­ser­wu­jąc Ry­nek, któ­ry w koń­cu nie­mal cał­ko­wi­cie opu­sto­szał.

Nie­mal.

Środ­kiem wol­nej prze­strze­ni mię­dzy ko­ścio­łem Ma­riac­kim a Su­kien­ni­ca­mi szła dziew­czy­na. Mi­chał zdą­żył obej­rzeć jej twarz, czę­ścio­wo przy­sło­nię­tą żół­tym płasz­czem prze­ciw­desz­czo­wym, i stwier­dził, że ma oko­ło dwu­dzie­stu lat. Po­ru­sza­ła się szyb­kim kro­kiem, jak­by chcia­ła jak naj­prę­dzej opu­ścić to miej­sce i do­stać się gdzieś, gdzie bę­dzie cie­pło i su­cho. Poza tym, pół­noc zdą­ży­ła już mi­nąć, a kto wie, może mło­da ko­bie­ta mu­sia­ła wcze­śnie rano wstać i pra­gnę­ła za­żyć choć tro­chę snu?

Jak­kol­wiek z nią było, Mi­cha­ła znacz­nie bar­dziej in­te­re­so­wa­ła po­stać idą­ca w pew­nym od­da­le­niu od niej, ale na tyle ma­łym, by bez więk­szych pro­ble­mów utrzy­mać kon­takt wzro­ko­wy. Był to łysy męż­czy­zna w ciem­no­zie­lo­nej kurt­ce, zu­peł­nie prze­mok­nię­tej, spodniach o tej sa­mej bar­wie i gla­nach. Po­dob­nie jak wam­pir sie­dzą­cy na wie­ży naj­słyn­niej­szej świą­ty­ni w tym mie­ście, zu­peł­nie nie przej­mo­wał się desz­czem, spły­wa­ją­cym gę­sty­mi kro­pla­mi z jego ły­si­ny.

Po­mi­mo du­żej od­le­gło­ści, Mi­chał czuł bi­ją­ce od dziew­czy­ny cie­pło – w koń­cu był dra­pież­ni­kiem. Z ko­lei łysy wręcz ema­no­wał chło­dem, je­śli nie zim­nem. Do tego wpraw­ne oko ła­two mo­gło za­uwa­żyć, że po­ru­szał się niby szyb­kim, ale w isto­cie lek­kim i ostroż­nym kro­kiem po­lu­ją­ce­go ty­gry­sa. Bo on po­lo­wał, Mi­chał do­sko­na­le zda­wał so­bie z tego spra­wę. Na­wet gdy­by go nie znał, bez pro­ble­mów od­gadł­by, że ma do czy­nie­nia z przed­sta­wi­cie­lem swo­je­go ga­tun­ku. Lecz znał go aż na­zbyt do­brze, wie­dział, kim jest. Zdzi­wi­ła go jed­nak obec­ność ły­se­go i fakt, że śle­dzi on wła­ści­ciel­kę żół­te­go płasz­cza.

– Schultz, ka­na­lio, ni­sko upa­dłeś, sko­ro po­lu­jesz na przy­pad­ko­we dzie­wecz­ki! – mruk­nął pod no­sem.

Skie­ro­wał spoj­rze­nie w dół, w stro­nę ulicz­ki po­mię­dzy ko­ścio­łem a zna­ną księ­gar­nią i do­strzegł tę, któ­rej ka­zał tam cze­kać. Nie­wy­so­ka ko­bie­ta, na oko wręcz dziew­czy­na, po­dob­nie jak on odzia­na w czar­ny skó­rza­ny płaszcz. Na­ło­ży­ła jed­nak kap­tur, dzię­ki cze­mu deszcz nie zmo­czył jej pięk­nych czar­nych, ob­cię­tych do ra­mion wło­sów. Na ple­cach rów­nież mia­ła miecz, a pod płasz­czem spo­ro in­ne­go orę­ża. Dla wszyst­kich na Ryn­ku, to zna­czy dla dziew­czy­ny w żół­tym płasz­czu i jej prze­śla­dow­cy, i ona, i Mi­chał po­zo­sta­wa­li je­dy­nie dwo­ma cie­nia­mi w mro­ku. Wam­pi­rzy­ca pod­nio­sła gło­wę, zo­ba­czy­ła, że Mi­chał daje jej sy­gnał ręką, po czym ski­nę­ła gło­wą. I wy­szła z kry­jów­ki.

Mi­chał bez­sze­lest­nie ze­sko­czył z wie­ży, lą­du­jąc w lek­kim przy­klę­ku, mięk­ko ni­czym kot. Jego ko­le­żan­ka po­dą­ży­ła za Schult­zem oraz upa­trzo­ną przez nie­go ofia­rą, któ­rzy za­czę­li okrą­żać Su­kien­ni­ce, naj­praw­do­po­dob­niej kie­ru­jąc się ku uli­cy Szew­skiej lub Świę­tej Anny.

Po­lo­wa­nie się za­czę­ło.

Mar­ta (dla klien­tów – San­dra) obej­rza­ła się przez ra­mię, nie zwal­nia­jąc. Nie­daw­no opu­ści­ła miesz­ka­nie swo­je­go sta­łe­go klien­ta, pre­ze­sa du­żej fir­my, i od tam­tej pory lazł za nią ten łysy Ły­so­lo­wi deszcz zda­wał się jed­nak zu­peł­nie nie prze­szka­dzać. Mógł być na­ćpa­ny cze­go Mar­ta oba­wia­ła się naj­bar­dziej, a może po pro­stu lu­bił taką pa­skud­ną po­go­dę lub miał prze­zię­bie­nie głę­bo­ko gdzieś. Nie mar­twi­ła się sta­nem jego zdro­wia, nie ob­cho­dzi­ło jej też, czy ten wiel­gach­ny fa­cet jest ćpu­nem czy nie, ale bała się o sie­bie. Wpraw­dzie upra­wia­ła je­den z trzech naj­star­szych za­wo­dów świa­ta (dwa po­zo­sta­łe to zło­dziej i płat­ny mor­der­ca), nie­mniej nie za­le­ża­ło jej na tym, żeby ja­kiś zbo­cze­niec ją zgwał­cił, okradł i za­bił. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła unik­nąć ta­kiej sy­tu­acji. Była pro­sty­tut­ką, ale ce­ni­ła swo­je ży­cie i bez­pie­czeń­stwo, co zaś do pro­fe­sji, to prę­dzej czy póź­niej za­mie­rza­ła ją zmie­nić. Wy­glą­da­ło na to, że re­la­cje mię­dzy nią a pre­ze­sem du­żej fir­my są czymś wię­cej niż tyl­ko sek­sem za gru­be pie­nią­dze. Co na to po­wie al­fons, to już inna spra­wa, ale jej klient, jak Mar­ta się do­my­śla­ła, ma po­wią­za­nia z róż­ny­mi cie­ka­wy­mi ludź­mi i w każ­dej chwi­li bę­dzie mógł utem­pe­ro­wać jej „sze­fa”.

Trud­no za­tem się dzi­wić, iż bała się, by łysy przy­pad­kiem nie sta­no­wił osta­tecz­nej prze­szko­dy w re­ali­za­cji jej pla­nów. Tym bar­dziej że od sa­me­go po­cząt­ku coś jej się w nim nie po­do­ba­ło. Nie szło na­wet o to, że go­ścia nie ob­cho­dzi­ła ule­wa – w koń­cu tacy lu­dzie też się zda­rza­ją – ale o to, że w jego twa­rzy było coś dziw­ne­go, w ja­kiś nie­okre­ślo­ny spo­sób groź­ne­go. Mar­ta mia­ła trud­no­ści, by okre­ślić, co to ta­kie­go, lecz wy­raź­nie czu­ła, że z fa­ce­tem jest coś nie tak. Niby szedł nor­mal­nie i tak, żeby wy­glą­da­ło, że po­dą­ża­li w jed­nym kie­run­ku zu­peł­nym przy­pad­kiem, niby w ogó­le nie zwra­cał na nią uwa­gi, ale Mar­cie zda­wa­ło się, że ta­jem­ni­czy czło­wiek nie spusz­cza z niej oczu.

„Cho­le­ra, może to nie gwał­ci­ciel, ale ja­kiś słu­gus Alfa, przy­szło jej na myśl. Drań mógł ko­goś za mną wy­słać, żeby mu póź­niej do­niósł, czy przy­pad­kiem nie bzy­kam się z nie­wła­ści­wy­mi klien­ta­mi, czy nie ćpam, nie piję i w ogó­le. Ależ ze mnie idiot­ka! Prze­cież ły­sek wglą­da jak ja­kiś do­mo­ro­sły ma­fio­so, za­tem pra­cu­je dla Alfa na bank!”.

Mimo to, gdy „do­mo­ro­sły ma­fio­so” niby to przy­pad­kiem po­pa­trzył w jej kie­run­ku, Mar­ta od­ru­cho­wo wzdry­gnę­ła się i przy­spie­szy­ła, wcho­dząc w Szew­ską. Bała się, o tak, bała się jak dia­bli. Po przej­ściu kil­ku­na­stu me­trów obej­rza­ła się po­now­nie… i nie zo­ba­czy­ła ni­ko­go. Łysy mu­siał mi­nąć tę uli­cę i pójść „Anką” albo jesz­cze da­lej. Je­dy­ną oso­bą w bez­po­śred­niej bli­sko­ści Mar­ty był zwi­nię­ty w kłę­bek, le­żą­cy u wy­lo­tu uli­cy pi­ja­czy­na, dla któ­re­go za­bra­kło wi­docz­nie miej­sca na dwor­cu albo schlał się do nie­przy­tom­no­ści i deszcz nie zdo­łał go otrzeź­wić. Ni­ko­go in­ne­go nie do­strze­ga­ła, mimo iż uważ­nie ro­zej­rza­ła się do­oko­ła. Na wszel­ki wy­pa­dek otwo­rzy­ła jed­nak to­reb­kę i wy­do­by­ła z niej po­jem­nik z ga­zem pie­przo­wym. „Niech te­raz ktoś spró­bu­je…”.

Nie­wia­ry­god­nie sil­ne ręce chwy­ci­ły ją za ra­mio­na, ob­ró­ci­ły i pchnę­ły na okno wy­sta­wo­we ja­kie­goś skle­pu czy re­stau­ra­cji. Co­kol­wiek to było, Mar­ta przy­wa­li­ła w to z taką siłą, że po­wie­trze uszło z jej płuc w zdu­szo­nym stęk­nię­ciu. Od­ru­cho­wo wy­ce­lo­wa­ła po­jem­nik z ga­zem na oślep przed sie­bie, ale w tej sa­mej se­kun­dzie po­tęż­ne łap­sko cap­nę­ło jej nad­gar­stek tak moc­no, że mia­ła wra­że­nie, iż za­ci­ska się na nim ogrom­ne ima­dło, a kość za chwi­lę pęk­nie ni­czym pa­tyk. Stra­ci­ła czu­cie w pal­cach i pod­ręcz­na broń wy­su­nę­ła się z nich.

Kie­dy zo­ba­czy­ła, kto był tego spraw­cą, ser­ce po­de­szło jej do gar­dła. Pro­sty­tut­ka ze wszyst­kich sił pra­gnę­ła wrza­snąć, lecz prze­ra­że­nie spo­wo­do­wa­ło, że dała radę wy­dać z sie­bie je­dy­nie sła­by, stłu­mio­ny jęk. Nie mo­gła się też po­ru­szyć, i to nie tyl­ko za spra­wą ogrom­nia­stej dło­ni, wciąż za­ci­śnię­tej na jej nad­garst­ku. Zdol­ność ru­cho­wą ode­bra­ło jej prze­ra­że­nie.

To był ten łysy. Te­raz wy­raź­nie wi­dzia­ła jego twarz, dość do­brze oświe­tlo­ną przez świa­tła jed­nej z wi­tryn. Wi­dok owe­go ob­li­cza prze­ra­ził Mar­tę znacz­nie bar­dziej niż fakt, że fa­cet po­ja­wił się zni­kąd i obez­wład­nił ją tak szyb­ko.

Łysy nie był czło­wie­kiem. Nie mógł nim być. Nie, nie, nie!

Lu­dzie nie mie­wa­ją tak ciem­nych oczu, wy­glą­da­ją­cych, jak­by skła­da­ły się z sa­mych tyl­ko źre­nic, szer­szych na­wet niż u osób pod wpły­wem nar­ko­ty­ków, a do tego głę­bo­kich jak stud­nie głę­bi­no­we, ani tak zie­mi­stej cery. Jego skó­ra spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by jej biel była czymś na­tu­ral­nym, po­dob­nie jak wi­docz­ne w kil­ku miej­scach, zwłasz­cza na ły­si­nie, żył­ki pul­su­ją­ce czer­nią. To wszyst­ko mo­gło­by jesz­cze ujść, ale po­twor­ny uśmiech ły­se­go już nie.

War­gi tego po­two­ra (nie czło­wie­ka, nie było żad­nych wąt­pli­wo­ści) były jak­by sine, a wy­krzy­wia­ją­cy je gry­mas wca­le nie po­pra­wiał ich wy­glą­du. Był tak sze­ro­ki, że uka­zy­wał wszyst­kie zęby, uło­żo­ne w zde­cy­do­wa­nie zbyt rów­nych rzę­dach, w tym gór­ne kły, nie­na­tu­ral­nie dłu­gie, za­krzy­wio­ne jak wschod­nie szty­le­ty. Dol­na szczę­ka opa­dła pod nie­zwy­kle du­żym ką­tem, skut­kiem cze­go usta ły­se­go wy­glą­da­ły na dwa razy więk­sze niż u czło­wie­ka.

Mar­ta jako dziec­ko bar­dzo lu­bi­ła oglą­dać fil­my gro­zy, zwłasz­cza te o wam­pi­rach. Z cza­sem z nich wy­ro­sła, ale na­wet jesz­cze kie­dy po­chła­nia­ła je je­den po dru­gim, nig­dy, na­wet przez se­kun­dę, nie wie­rzy­ła w ist­nie­nie ani jed­ne­go z po­ka­za­nych w nim stwo­rów. Ro­dzi­ce wcze­śnie wy­tłu­ma­czy­li je­dy­nacz­ce, że to, co po­ka­zu­ją w fil­mach, to wy­my­sły i zu­peł­na nie­praw­da, to­też Mar­ta była od dziec­ka oso­bą bar­dzo ra­cjo­nal­ną i twar­do stą­pa­ją­cą po zie­mi.

Co w ta­kim ra­zie ro­bił ten po­twór – wam­pir czy czym­kol­wiek był – nie­ca­ły metr od niej? Prze­ra­że­nie co­raz moc­niej chwy­ta­ło ją za żo­łą­dek i ser­ce. Mia­ła wra­że­nie, że za chwi­lę zwró­ci to, cze­go nie zdą­ży­ła stra­wić ze swe­go ostat­nie­go po­sił­ku, z bólu i ze stra­chu. Pra­gnę­ła roz­wrzesz­czeć się na całe gar­dło, lecz w dal­szym cią­gu nie da­wa­ła rady wy­do­być z sie­bie żad­ne­go dźwię­ku. Rów­nie moc­no pra­gnę­ła ucieć stam­tąd jak naj­da­lej, i też nie mo­gła. Zdol­ność ru­chu nie­mal cał­ko­wi­cie ode­bra­ły jej dwie rze­czy: śmier­tel­ne prze­ra­że­nie oraz łap­sko ły­sej isto­ty ani na uła­mek se­kun­dy nie­lu­zu­ją­ce sta­lo­we­go uści­sku na nad­garst­ku.

– Za­ba­wi­my się, dziw­ko! – wy­sy­czał po­twór. Głos miał wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­ny, ko­ja­rzą­cy się z sy­kiem węża, a tak­że z czymś me­ta­licz­nym i bar­dzo złym. Jego od­dech wy­da­wał się zim­ny na­wet w chłod­nym po­wie­trzu li­sto­pa­do­wej nocy. I było w nim coś przy­wo­łu­ją­ce­go na myśl śmierć i roz­ko­pa­ny grób. Mar­ta, na­wet gdy­by zgro­za nie blo­ko­wa­ła jej zdol­no­ści do lo­gicz­ne­go my­śle­nia, naj­praw­do­po­dob­niej nie po­tra­fi­ła­by wy­ja­śnić, skąd wzię­ły się u niej po­dob­ne sko­ja­rze­nia. – Wy­ssę cię do su­cha, ty…

Wię­cej po­wie­dzieć nie zdą­żył, po­nie­waż od stro­ny Ryn­ku do­biegł ostry, roz­ka­zu­ją­cy mę­ski głos, w któ­rym rów­nież po­brzę­ki­wa­ło coś me­ta­licz­ne­go:

– Schultz!

Łysy i Mar­ta od­ru­cho­wo obej­rze­li się w tam­tą stro­nę. U wy­lo­tu Szew­skiej sta­ły dwie po­sta­cie, ciem­ne na tle Su­kien­nic. Jed­ną z nich był znaj­du­ją­cy się nie­co bli­żej, śred­nie­go wzro­stu, ale sze­ro­ki w ba­rach, krót­ko ostrzy­żo­ny bru­net. Pół kro­ku za nim po­zy­cję za­ję­ła ni­ska i szczu­pła ko­bie­ta, a ra­czej dziew­czy­na, tak­że o czar­nych wło­sach. Obo­je mie­li zresz­tą wię­cej cech wspól­nych: bla­de twa­rze, czar­ne skó­rza­ne płasz­cze i coś dziw­ne­go (ka­mi­zel­ki ku­lo­od­por­ne?) pod nimi, woj­sko­we buty, mie­cze prze­wie­szo­ne przez ple­cy, no i przede wszyst­kim każ­de dzier­ży­ło w ręku pi­sto­let ma­szy­no­wy. Obie lufy wy­ce­lo­wa­ne były w Schult­za.

Mi­chał i jego to­wa­rzysz­ka wi­dzie­li, jak Schultz ła­pie ko­bie­tę wol­ną ręką za szy­ję, nie pusz­cza­jąc przy tym nad­garst­ka. Te­raz pa­trzył na nich, otwie­ra­jąc usta do gra­nic moż­li­wo­ści i sy­cząc prze­cią­gle. Mi­chał czuł, jak wzbie­ra w nim złość, jak za­wsze w po­dob­nych sy­tu­acjach. Kły za­czę­ły mu się wy­su­wać z gór­nej szcze­ki, ale opa­no­wał ten od­ruch. Pa­mię­tał, jak na po­cząt­ku wam­pi­rze­go ży­cia bar­dzo trud­no było mu wal­czyć z nowo na­by­ty­mi ce­cha­mi krwio­pij­cy.

Sto­ją­ca obok nie­go wam­pi­rzy­ca, Ka­sia, od pew­ne­go cza­su współ­pra­cu­ją­ca z nim pod­czas za­dań bo­jo­wych (dziś po raz pierw­szy bra­ła peł­ny udział w ak­cji), wy­da­wa­ła się spo­koj­na, lecz Mi­chał do­brze wie­dział, że w środ­ku wręcz go­to­wa­ła się z gnie­wu i pod­nie­ce­nia. Nie mo­gła się do­cze­kać, jak wpa­ku­je w tę ob­mier­z­łą pi­jaw­kę, Schult­za, za­war­tość ma­ga­zyn­ka swo­je­go uzi.

– Schultz! – po­wtó­rzył Mi­chał, rów­nie gniew­nie i ostro, jak po­przed­nio. – Puść tę ko­bie­tę, gni­do!

Schultz za­ci­snął szczę­ki, po czym znów roz­warł je na mak­sy­mal­ną sze­ro­kość.

– Od­pier­dol­cie się ode mnie, cho­ler­ni Za­bój­cy! – wark­nął.

– Chcę się tyl­ko po­ży­wić i może jesz­cze za­ba­wić! To kur­wa, ni­ko­mu nie­po­trzeb­ny ludz­ki śmieć. Na­wet wam, za­sra­nym Obroń­com, nie po­win­no prze­szka­dzać, je­śli ją…

– Nam, za­sra­nym Obroń­com – Mi­chał si­lił się na spo­kój, choć wie­le go to kosz­to­wa­ło – bę­dzie cho­ler­nie prze­szka­dzać, je­śli przez cie­bie, szu­mo­wi­no, spad­nie jej choć­by włos z gło­wy. Naj­le­piej za­tem bę­dzie, je­że­li te­raz po­zwo­lisz jej odejść. W prze­ciw­nym wy­pad­ku ja i moja part­ner­ka wstrze­li­my w two­je ciel­sko wszyst­kie na­bo­je, ja­kie mamy w ma­ga­zyn­kach, a zro­bi­my to w taki spo­sób, że­byś zdechł do­pie­ro przy ostat­nim.

Ko­bie­ta w rę­kach Schult­za za­pła­ka­ła, wstrzą­snął nią spa­zma­tycz­ny szloch. Schultz syk­nął gniew­nie, a po­tem jego usta wy­krzy­wi­ły się w per­fid­nym uśmie­chu.

– Nie­spo­dzian­ka, Za­bój­cy! – rzekł gło­sem prze­peł­nio­nym dzi­kim trium­fem.

Wte­dy się za­czę­ło. Po ścia­nach dwóch bu­dyn­ków po obu stro­nach uli­cy zbie­gło łącz­nie sześć ru­chli­wych po­sta­ci, któ­re w mro­ku nocy wy­da­wa­ły się tyl­ko pla­ma­mi ciem­no­ści, tym bar­dziej że po­ru­sza­ły się z nie­zwy­kłą szyb­ko­ścią i ci­cho ni­czym nie­to­pe­rze. Wam­pi­ry nie mia­ły na so­bie płasz­czy, za to wszyst­kie no­si­ły ko­mi­niar­ki z otwo­ra­mi na usta i oczy, co upo­dab­nia­ło je do ban­dzio­rów. Nowo przy­by­li mie­li na ple­cach mie­cze, a w rę­kach dużo bro­ni pal­nej.

I Mi­chał, i Ka­sia do­sko­na­le wie­dzie­li, co to za jed­ni. Ich od­po­wied­ni­cy po dru­giej stro­nie ba­ry­ka­dy – Żoł­nie­rze Wład­ców Wo­jow­ni­cy, po­dob­nie jak Ka­sia i Mi­chał, wy­szko­le­ni do tro­pie­nia i za­bi­ja­nia in­nych wam­pi­rów. I do wal­ki z Za­bój­ca­mi, peł­nią­cy­mi funk­cję zbroj­ne­go ra­mie­nia kla­nu Obroń­ców. Czy­li, mię­dzy in­ny­mi, z Mi­cha­łem i Ka­sią.

Szóst­ka wam­pi­rów za­czę­ła zaj­mo­wać po­zy­cje w taki spo­sób, aby od­ciąć Schult­za – swe­go sze­fa – i jego ofia­rę od pary Za­bój­ców. Dwóch za­sło­ni­ło ły­se­go i dziew­czy­nę, dwóch ko­lej­nych sta­ra­ło się po­dejść z obu stron do Mi­cha­ła i Kasi, na­to­miast dwóch ostat­nich wy­ko­na­ło ma­newr okrą­że­nia i chcia­ło zajść ich od tyłu, od­ci­na­jąc od Ryn­ku.

Ko­bie­ta w rę­kach Schult­za jęk­nę­ła ci­cho i ze­mdla­ła.

Mi­chał szyb­ko za­pla­no­wał, co zro­bić. Żoł­nie­rze Wład­ców mie­li prze­wa­gę – trzech na jed­ne­go, do cze­go na­le­ża­ło do­li­czyć jesz­cze ich sze­fa. „Ob­sta­wę so­bie za­ła­twił, sku­ba­ny!”.

– Ty trzech – po­wie­dział wol­no do Kasi – ja trzech i jesz­cze po­sta­ram się cap­nąć tego ły­se­go skur­wie­la!

– Zo­ba­czy­my, jak so­bie z tym po­ra­dzisz, za­srań­cu! – wy­sy­czał Schultz.

Mi­chał wy­ko­nał bły­ska­wicz­ny ruch. Wcze­śniej pa­trzył na jed­ne­go ze sto­ją­cych przed nim Żoł­nie­rzy, ale to nie jego za­ata­ko­wał, lecz tego, któ­ry sta­rał się zajść go od le­wej. Ło­skot krót­kiej se­rii z uzi roz­darł po­wie­trze. Strza­ły kom­plet­nie za­sko­czy­ły wro­ga, któ­ry nie zdą­żył unik­nąć po­ci­sków, mimo iż nor­mal­nie był­by w sta­nie to uczy­nić. Ale spóź­nił się mi­ni­mal­nie i to kosz­to­wa­ło go ży­cie. Jed­na kula roz­wa­li­ła mu tęt­ni­cę szyj­ną. Dru­ga wbi­ła się w ra­mię, ide­al­nie w szpar­kę po­mię­dzy ka­mi­zel­ką ku­lo­od­por­ną a ke­vla­ro­wym na­ra­mien­ni­kiem, nie­mal od­ry­wa­jąc rękę. Trze­cia tra­fi­ła pro­ściu­teń­ko mię­dzy oczy i utkwi­ła głę­bo­ko w mó­zgu. Gdy­by nie ona, Żoł­nierz mógł­by prze­żyć jesz­cze kil­ka tra­fień, a w ra­zie szyb­kie­go wy­ję­cia po­ci­sków i oczysz­cze­nia krwio­bie­gu z azo­ta­nu sre­bra zre­ge­ne­ro­wał­by się w cią­gu paru go­dzin. Roz­wa­lo­ny mózg za­koń­czył jed­nak jego mrocz­ną eg­zy­sten­cję; wam­pir osu­nął się na ścia­nę bu­dyn­ku, bar­wiąc ją po­so­ką.

Mi­chał nie cze­kał, aż po­zo­sta­li otwo­rzą ogień. Wam­pi­ry po­ru­sza­ją się bez po­rów­na­nia szyb­ciej niż lu­dzie, nie­mniej jed­nak tak jak isto­ty ludz­kie są ży­wy­mi or­ga­ni­zma­mi, pod­le­ga­ją­cy­mi pew­nym pra­wom, w tym od­ru­chom bez­wa­run­ko­wym. Taki od­ruch ka­zał za­sko­czo­nym Żoł­nie­rzom za­mrzeć na uła­mek se­kun­dy, cze­go znacz­nie le­piej wy­tre­no­wa­ni Mi­chał i Ka­sia („No tak, przy­szło Mi­cha­ło­wi na myśl, kie­dy póź­niej na spo­koj­nie ana­li­zo­wał całą sy­tu­ację. Wład­cy re­kru­tu­ją byle kogo, to i mają efek­ty”) nie omiesz­ka­li wy­ko­rzy­stać.

Za­bój­ca sko­czył na trzy me­try w górę, jed­no­cze­śnie wy­krę­ca­jąc sal­to w tył. Prze­la­tu­jąc nad Żoł­nie­rzem, któ­re­go jesz­cze przed se­kun­dą miał za ple­ca­mi, dwu­krot­nie wy­pa­lił mu w cie­mię. Mó­zgo­czasz­ka eks­plo­do­wa­ła ka­wał­ka­mi ko­mi­niar­ki i skó­ry gło­wy, wło­sa­mi, ko­ść­mi, krwią i mó­zgiem; wszyst­ko to roz­le­cia­ło się do­oko­ła, two­rząc ma­ka­brycz­ną fon­tan­nę. Mi­chał wy­lą­do­wał, mięk­ko ugi­na­jąc nogi i po­chy­la­jąc się moż­li­wie naj­ni­żej, co oca­li­ło mu ży­cie. Żoł­nierz, któ­re­go Mi­chał na po­cząt­ku strze­la­ni­ny ob­da­rzył dez­orien­tu­ją­cym spoj­rze­niem, wal­nął w nie­go dłu­gą se­rią z ka­łasz­ni­ko­wa. Część po­ci­sków tra­fi­ła jego ko­le­gę z od­strze­lo­ną gło­wą, za­nim zdą­żył się osu­nąć na bruk, resz­ta śmi­gnę­ła do­oko­ła gło­wy, bar­ków i ra­mion Za­bój­cy. Mi­chał, nie pod­no­sząc się, strze­lił w prze­ciw­ni­ka tyl­ko raz, w pół­otwar­te usta, w któ­rych wi­dać było wy­su­nię­te kły. Wy­star­czy­ło w zu­peł­no­ści. Tył gło­wy nie­szczę­śni­ka po pro­stu wy­buchł, krew zbry­zga­ła sy­czą­ce­go wście­kle Schult­za i nie­przy­tom­ną ko­bie­tę.

Ka­sia zdję­ła po­zo­sta­łych trzech Żoł­nie­rzy. Kie­dy tyl­ko roz­po­czę­ła się strze­la­ni­na, ugię­ła mak­sy­mal­nie nogi i wy­bi­ła się w górę ni­czym pa­si­ko­nik, na pra­wie sie­dem me­trów. W mo­men­cie osią­gnię­cia tego pu­ła­pu po­cią­gnę­ła za spust tyl­ko raz, prze­su­nę­ła lek­ko lufę i znów wy­pa­li­ła. Bum, bum! Dwa cia­ła pa­dły na bruk, roz­bry­zgu­jąc desz­czów­kę, krew i tkan­kę mó­zgo­wą. Ka­sia wy­lą­do­wa­ła. Ostat­ni Żoł­nierz nie strze­lał, ale sko­czył na ścia­nę bu­dyn­ku po dru­giej stro­nie uli­cy i za­czął biec w górę. Ka­sia spo­koj­nie wy­ce­lo­wa­ła i zdję­ła go jed­nym strza­łem w tył gło­wy. Drga­ją­cy kon­wul­syj­nie trup pla­snął o chod­nik.

Za­la­ny bez­dom­ny, obu­dzo­ny hu­kiem wy­strza­łów, otwo­rzył oczy, zo­ba­czył, co się dzie­je.

– Cho­le­ra – wy­mam­ro­tał. – Chy­ba za mało piję. – Po czym znów za­snął.

Schultz, wi­dząc śmierć swej ob­sta­wy, za­sy­czał jak osa­czo­ny kot. Chciał za­sło­nić się swo­ją ofia­rą, ale Mi­chał nie dał mu cza­su na pod­nie­sie­nie jej z chod­ni­ka. Kie­dy tyl­ko ostat­ni za­bi­ty przez nie­go Żoł­nierz ru­nął na wznak, sta­nął pew­nie na no­gach i po­słał w stro­nę Wład­cy krót­ką se­rię. Po­ci­ski od­rzu­ci­ły go od dziew­czy­ny w płasz­czu na od­le­głość pra­wie trzech me­trów, z cze­go ja­kieś pół­to­ra po­szo­ro­wał po bru­ku. Wy­glą­dał tak, jak­by ktoś za po­mo­cą pi­sto­le­tu ma­szy­no­we­go usi­ło­wał od­ciąć całą lewą stro­nę jego tor­su; po­nie­kąd tak wła­śnie było. Czło­wiek zgi­nął­by na miej­scu, ale Schultz prze­cież nim nie był. Le­żał w ka­łu­ży krwi, roz­my­wa­nej przez deszcz, i na ku­pie wła­snych wnętrz­no­ści. Usi­ło­wał sy­czeć na Za­bój­ców, ale za­dła­wił się krwią bu­cha­ją­cą z ust i nosa i tyl­ko za­kasz­lał. Ka­sia i Mi­chał sta­nę­li nad nim, wy­ce­lo­wa­li w nie­go z uzi. Schultz nie pod­da­wał się, pra­wą ręką, tą nie­usz­ko­dzo­ną, się­gnął pod kurt­kę do ka­bu­ry z ma­gnum. Prze­szko­dzi­ła mu sto­pa Mi­cha­ła, bru­tal­nie miaż­dżą­ca nad­gar­stek.

Pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza, je­śli nie li­czyć plu­sku desz­czu, kasz­lu i stę­ka­nia po­kie­re­szo­wa­ne­go wam­pi­ra oraz stu­ko­tu noc­ne­go tram­wa­ju, do­cho­dzą­ce­go od stro­ny przy­stan­ku pod te­atrem Ba­ga­te­la.

– Schultz – rzekł wol­no Mi­chał, wkła­da­jąc w swój głos tyle po­gar­dy, ile zdo­łał. Spa­dłeś cho­ler­nie ni­sko, sko­ro po­lu­jesz na bez­bron­ne dziew­czę­ta. Co to, Kra­sus i Ale­era zde­gra­do­wa­li cię do roli zwy­kłe­go do­star­czy­cie­la po­kar­mu?

Schultz wy­kasz­lał nad­miar krwi z ust i wy­chry­piał:

– Pieprz się, Mi­chaś!

Mi­chał wes­tchnął. Cho­ler­ny, nie­po­praw­ny Wład­ca, oni nig­dy się nie zmie­nia­ją! Wy­da­je im się, że sko­ro kie­dyś rzą­dzi­li świa­tem, to wszyst­ko im wol­no, tak­że znie­wa­żać przed­sta­wi­cie­li wła­sne­go ga­tun­ku. W su­mie trud­no im się dzi­wić, Mi­chał prze­cież nie trak­to­wał ich le­piej. Je­dy­nym, co czuł wo­bec Wład­ców (od cza­su upad­ku Gor­do­thu tyl­ko z na­zwy), była zim­na po­gar­da. Na­wet nie nie­na­wiść. Wy­łącz­nie po­gar­da.

– Wy­glą­da na to – po­wie­dział spo­koj­nie – że two­je sze­fo­stwo dało ci wy­jąt­ko­wo gów­nia­ną ochro­nę. Skąd wy w ogó­le bie­rze­cie Żoł­nie­rzy, Schultz? Z rynsz­to­ka? Bo umie­jęt­no­ści to oni nie mają żad­nych. Sta­li jak żel­be­to­we klo­ce, sam wi­dzia­łeś, jak ła­two ich wy­strze­la­li­śmy.

– Mi­chał – ode­zwa­ła się Ka­sia. Na po­zór wciąż była zu­peł­nie spo­koj­na, ale Mi­chał do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że w środ­ku do­słow­nie się go­tu­je. Ka­sia nie­na­wi­dzi­ła Wład­ców i za­bi­ja­ła ich z naj­wyż­szą przy­jem­no­ścią. Za­bój­ca ro­zu­miał ją. Sam nie­gdyś czuł to samo, ale upły­wa­ją­ce stu­le­cia po­zwo­li­ły mu zro­zu­mieć, jak strasz­li­wie de­struk­cyj­ną siłą jest nie­na­wiść. – Kończ. Roz­wal­my tego śmie­cia i za­bie­raj­my się stąd. Albo zo­staw­my go tu, tak jak jest. Sre­bro do­sta­ło się do krwi w ta­kiej ilo­ści, że nasz łysy ko­leż­ka nie da rady się zre­ge­ne­ro­wać. Za kil­ka mi­nut od­wa­li kitę, ale przed­tem na­cier­pi się, oj, na­cier­pi! I do­brze mu tak, su­kin­sy­no­wi!

Ka­sia mia­ła ra­cję. Śmierć Schult­za była tyl­ko kwe­stią cza­su. Owszem, gdy­by nie azo­tan sre­bra w po­ci­skach, a te­raz w jego krwio­bie­gu, mógł­by spo­koj­nie wstać i so­bie pójść, a do koń­ca ty­go­dnia cał­ko­wi­cie wy­zdro­wiał­by i od­zy­skał siły. Jed­nak­że sre­bro zdą­ży­ło znisz­czyć jego or­ga­nizm w ta­kim stop­niu, że na­wet gdy­by je wy­do­by­to, peł­na od­bu­do­wa tka­nek by­ła­by moc­no utrud­nio­na.

– Zga­dza się, moja dro­ga. – Mi­chał wpa­ko­wał uzi do ka­bu­ry; po­chy­lił się nad ko­na­ją­cym i ode­brał mu pi­sto­let. Schultz jesz­cze się ru­szał, co ozna­cza­ło, że dał­by radę strze­lać. Mi­chał nie za­mie­rzał ry­zy­ko­wać. – Idzie­my stąd. On za­raz zdech­nie.

– Może i tak – wy­stę­kał Schultz. – Ale i wa­sze dni są po­li­czo­ne. Nie­dłu­go… – za­niósł się kasz­lem, kie­dy krew po­szła mu z ust – …nie­dłu­go po­ka­że­my wam, na co nas stać, bo o n po­wró­ci…

Mi­chał po­czuł dreszcz prze­bie­ga­ją­cy po ple­cach. „O kim ten skur­wiel mówi? O Ka­inu­sie? Ale prze­cież Ka­inus od ty­siąc­le­ci jest uwię­zio­ny”. Ką­tem oka spo­strzegł, że Ka­sia pa­trzy na nie­go py­ta­ją­co. Wy­szarp­nął broń z ka­bu­ry i wy­mie­rzył w łysą gło­wę.

– O czym ty, kur­wa, mó­wisz?! Ga­daj albo twój mózg, je­śli go w ogó­le masz, roz­bryź­nie się na bru­ku!

Schultz kaszl­nął raz jesz­cze i wy­krzy­wił się w gry­ma­sie przy­po­mi­na­ją­cym uśmiech. – Nie­dłu­go znów bę­dzie­my rzą­dzić – oznaj­mił tyl­ko.

Ka­sia się wście­kła. Roz­chy­li­ła war­gi, spo­mię­dzy nich bły­snę­ły dłu­gie kły. Scho­wa­ła uzi, ale wy­ję­ła kin­dżał. Po­chy­li­ła się ni­sko nad Schult­zem. Mi­chał w pierw­szym od­ru­chu chciał ją po­wstrzy­mać, lecz się roz­my­ślił. Ka­sia po­tra­fi­ła być bar­dzo miła, ale drze­ma­ły w niej po­kła­dy nie­sa­mo­wi­te­go okru­cień­stwa. Czy wy­do­był je na po­wierzch­nię wam­pi­ryzm, czy była taka jesz­cze za „ludz­kich cza­sów”, Mi­chał nie wie­dział i, praw­dę po­wie­dziaw­szy, nie­zbyt go to in­te­re­so­wa­ło. W tej kon­kret­nej sy­tu­acji nie­na­wiść i okru­cień­stwo wam­pi­rzy­cy mo­gły oka­zać się przy­dat­ne.

Klin­ga kin­dża­łu wy­ko­na­na była ze sta­li, ale po­kry­to ją war­stwą sre­bra. Te­raz czu­bek ostrza do­tknął grdy­ki Schult­za. Przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, iż Ka­sia do­ko­na wy­jąt­ko­wo nie­fa­cho­wej tra­che­oto­mii, dla ły­se­go krwio­pij­cy tra­gicz­nej w skut­kach. Ale nie, jej ręka znie­ru­cho­mia­ła, po szyi Schult­za spły­nę­ła tyl­ko jed­na kar­mi­no­wa kro­pel­ka, spłu­ka­na za­raz przez deszcz. Ka­sia, nie wzmac­nia­jąc na­ci­sku, po­chy­li­ła się nad swo­ją ofia­rą jesz­cze ni­żej, zaj­rza­ła mu pro­sto w oczy.

– O czym ty mó­wisz, łysy ku­ta­sie?! – wy­sy­cza­ła jak żmi­ja.

Mi­chał nie miał po­ję­cia, co ta­kie­go było w jej gło­sie, że skło­ni­ło Schult­za do po­wie­dze­nia:

– Ka­inus po­wró­ci, i to szyb­ko. Od­zy­ska­my wła­dzę nad świa­tem, was, cho­ler­nych Obroń­ców, wy­tę­pi­my, a te wszyst­kie ża­ło­sne lu­dzi­ki, po stro­nie któ­rych wal­czy­cie jak ostat­ni kre­ty­ni, po­słu­żą za po­karm, zgod­nie z ich prze­zna­cze­niem. Znów bę­dzie tak jak być po­win­no. – Po­now­nie wy­krzy­wił się w owej wstręt­nej pa­ro­dii uśmie­chu. – My, wam­pi­ry, na cze­le wszel­kiej hie­rar­chii, tak po­li­tycz­nej, jak i łań­cu­cha po­kar­mo­we­go!

Ka­sia nie­co moc­niej wbi­ła kin­dżał w gar­dło Schult­za. Po­cie­kło tro­chę wię­cej krwi, wam­pir za­char­czał. Lecz i tym ra­zem prze­słu­chu­ją­ca go Za­bój­czy­ni nie za­mie­rza­ła ode­słać go do pie­kła.

– Kie­dy? – za­py­ta­ła tyl­ko. Jej głos ciął ni­czym sza­bla.

– Nie wiem. To wie­dzą tyl­ko Kra­sus i Ale­era. Ja i inni mamy zbie­rać krew.

Mi­chał po­pa­trzył w stro­nę nie­przy­tom­nej ko­bie­ty w żół­tym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym. Schultz po­dą­żył za jego spoj­rze­niem.

– Do­brze ku­masz, Za­bój­co – wy­stę­kał. – Jej krew mia­ła zo­stać zmie­sza­na z krwią in­nych, aby stać się po­kar­mem dla na­sze­go pana, gdy on po­wró­ci.

– Ka­inus jest uwię­zio­ny w ru­inach Gor­do­thu – rzekł Mi­chał.

– Szu­ka­cie go?

– Do­myśl się.

Mi­chał wes­tchnął i na­dep­nął ob­ca­sem na jed­ną z ran po­strza­ło­wych. Niby nie­zbyt moc­no, ale Schultz i tak za­char­czał z bólu, skrę­ca­jąc się i wi­jąc; jesz­cze do­tkli­wiej ska­le­czył się przy tym o kin­dżał Kasi.

– Gdzie zbie­ra­cie krew? – Jego głos był na po­zór spo­koj­ny i zim­ny. Jed­no­cze­śnie kry­ło się w nim coś prze­ra­ża­ją­ce­go. Schultz też to wy­czuł, bo po­pa­trzył z dołu na Mi­cha­ła. Ten za­uwa­żył, że oczy ko­na­ją­ce­go wam­pi­ra ro­bią się już szkli­ste. Wkrót­ce na­stą­pi ko­niec jego nik­czem­nej eg­zy­sten­cji. Po­win­ni się po­spie­szyć, je­śli mie­li za­miar coś jesz­cze od nie­go wy­cią­gnąć. – Gdzie?! – Wzmoc­nił na­cisk.

– Jedź­cie… Na za­chód od Kra­ko­wa, poza ludz­ki­mi osie­dla­mi, jest prze­twór­nia mię­sa Kró­lew­skie Wy­ro­by. Tam… szu­kaj­cie… Aaahhh!!!

Do­tknął po­licz­kiem za­la­ne­go desz­czem i swo­ją krwią bru­ku. Nie po­ru­szał się już ani nie wy­da­wał żad­nych dźwię­ków. Mi­chał scho­wał uzi do ka­bu­ry, Ka­sia szyb­kim ru­chem we­pchnę­ła kin­dżał do po­chwy. Ro­zej­rze­li się do­oko­ła, pa­trząc na zma­sa­kro­wa­ne zwło­ki Żoł­nie­rzy, nie­przy­tom­ne­go żula i znaj­du­ją­cą się w tym sa­mym sta­nie dziew­czy­nę. Mi­chał po chwi­li za­sta­no­wie­nia pod­szedł do niej. Nie mu­siał na­wet spraw­dzać jej pul­su ani od­de­chu; jako wam­pir wi­dział i sły­szał jed­no i dru­gie. Żyła, wy­glą­da­ło na to, że prze­ży­ła sil­ny szok (nor­mal­ne u lu­dzi, wam­pi­ry bę­dą­ce nimi kie­dyś świet­nie pa­mię­ta­ły ta­kie wła­śnie uczu­cie), ale jej stan wy­da­wał się sta­bil­ny. Ka­sia sta­nę­ła obok nie­go.

– Wzy­wa­my ka­ret­kę?

Po­trzą­snął gło­wą, spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Z nią wszyst­ko w po­rząd­ku, naj­wy­żej się prze­zię­bi. Z resz­tą jest go­rzej. Mu­si­my zo­sta­wić tru­py, Cze­siek bę­dzie więc miał co ro­bić. No, nie­waż­ne. Do­pie­ro wpół do dru­giej, przed świ­tem po­win­ni­śmy zdą­żyć do prze­twór­ni.

– Trud­no bę­dzie ją od­na­leźć. Schultz nie po­dał do­kład­ne­go ad­re­su.

– Ale ja wiem, gdzie to jest. Nie­da­le­ko Li­szek, zresz­tą Kró­lew­skie Wy­ro­by rok albo dwa lata temu ode­bra­ły Lisz­kom ty­tuł re­gio­nal­ne­go li­de­ra pro­duk­cji mięs. Cho­le­ra, nig­dy bym nie przy­pusz­czał, że…

Ka­sia wzdry­gnę­ła się. Do­pie­ro nie­daw­no zo­sta­ła wam­pi­rzy­cą i jesz­cze nie na­uczy­ła się pa­no­wać nad wszyst­ki­mi ludz­ki­mi od­ru­cha­mi. Sama twier­dzi­ła, że dzię­ki temu utrzy­mu­je się w niej ja­kaś na­miast­ka czło­wie­czeń­stwa. Mi­chał ro­zu­miał ją; też miał przez dłu­gi czas po­dob­ne pro­ble­my. Tak daw­no temu…

– Wiesz, o czym wła­śnie po­my­śla­łam?

– Do­my­ślam się, że o tym sa­mym, co ja. Bóg je­den wie, z cze­go te skur­czy­by­ki pro­du­ku­ją mię­so. Wład­cy mają tyle for­sy, że są w sta­nie prze­ku­pić Sa­ne­pid, aby ukryć praw­dzi­wy skład swo­ich kieł­bas, szy­nek i tak da­lej. Po­trze­bu­ją tyl­ko krwi, ciał prze­cież nie je­dzą, mogą je za­tem spo­żyt­ko­wać w inny spo­sób. Dla nich każ­da for­ma za­rob­ku jest do­bra.

– Ostat­nio było spo­ro za­gi­nięć – przy­po­mnia­ła so­bie Ka­sia.

– Klan pro­wa­dził śledz­two w ich spra­wie.

– Je­śli się po­spie­szy­my, może do­koń­czy­my je jesz­cze tej nocy. Do auta!

Kil­ka chwil póź­niej uli­ca Szew­ska i kra­kow­ski Ry­nek za­po­mnia­ły o pa­rze Za­bój­ców. W dal­szym cią­gu wy­peł­nia­ła je wszak­że nie­mal na­ma­cal­na gro­za. Ule­wa nie była w sta­nie spłu­kać wam­pi­rzej krwi ani zneu­tra­li­zo­wać mdłe­go smro­du śmier­ci.

Na­stęp­ne­go dnia po­li­cja prze­słu­cha­ła Mar­tę, ale skoń­czy­ło się na skie­ro­wa­niu jej do za­kła­du psy­chia­trycz­ne­go na ob­ser­wa­cję, po­nie­waż cią­gle mó­wi­ła o wam­pi­rach. Nie zna­le­zio­no żad­nych ciał (Czy­ści­cie­le, inny od­dział Obroń­ców, jak za­wsze spi­sa­li się na me­dal), od­na­le­zio­no je­dy­nie śla­dy mo­gą­ce świad­czyć o wy­mia­nie ognia. Od obec­ne­go na miej­scu zda­rze­nia żula ni­cze­go kon­kret­ne­go nie dało się wy­cią­gnąć, gdyż w trak­cie strze­la­ni­ny był tak pi­ja­ny, że nic nie pa­mię­tał. Przez ja­kiś czas ta­blo­idy in­te­re­so­wa­ły się spra­wą, okre­śla­jąc ją jako woj­nę gan­gów, ale rzecz cała szyb­ko uci­chła i po­szła w za­po­mnie­nie.

Do celu do­tar­li szyb­ko, bo w cią­gu mniej wię­cej go­dzi­ny. Oka­za­ło się, że to nie­co da­lej niż przy­pusz­czał Mi­chał – na­le­ża­ło moc­no od­da­lić się od Li­szek i wy­je­chać na po­lną dro­gę, z po­wo­du desz­czu w kil­ku miej­scach przy­wo­dzą­cą na myśl mi­nia­tur­kę Żół­tej Rze­ki, któ­ra pro­wa­dzi­ła do za­kła­du znaj­du­ją­ce­go się po­środ­ku szcze­re­go pola; dość da­le­ko wi­dać było po­je­dyn­cze za­bu­do­wa­nia miej­sco­wych go­spo­darstw rol­nych. Z po­wo­du zni­ko­me­go o tej po­rze ru­chu całą tra­sę po­ko­na­li na szczę­ście spraw­nie i bez kło­po­tów.

Mi­chał, kie­ru­ją­cy czar­nym te­re­no­wym hy­un­da­iem, za­trzy­mał sa­mo­chód w spo­rej od­le­gło­ści od bra­my wjaz­do­wej, z któ­rą są­sia­do­wa­ła bud­ka straż­ni­ka, wkom­po­no­wa­na w wy­so­kie me­ta­lo­we ogro­dze­nie. Świa­tła wy­łą­czył już wcze­śniej, skut­kiem cze­go po­jazd po­zo­sta­wał trud­ny do za­uwa­że­nia, do cze­go przy­czy­niał się rów­nież deszcz.

W bud­ce po­ły­ski­wał mały czer­wo­ny punk­cik – stróż pa­lił pa­pie­ro­sa.

– Mam na­dzie­ję – po­wie­dzia­ła ci­cho Ka­sia, od­bez­pie­cza­jąc pi­sto­let ma­szy­no­wy – że to wam­pir.

– Wąt­pię, by Wład­cy byli na tyle głu­pi, aby za­trud­niać tu czło­wie­ka, przy­najm­niej na eta­ty, że tak po­wiem, noc­ne. – Mi­chał uśmiech­nął się lek­ko. – Je­że­li Schultz mó­wił praw­dę, a coś mi się wy­da­je, że nie miał tyle od­wa­gi, by nas wy­sta­wić, w tej kan­cia­pie na sto pro­cent sie­dzi Żoł­nierz, może dla nie­po­zna­ki prze­bra­ny za cie­cia. Jest tyl­ko je­den spo­sób, aby się o tym prze­ko­nać.

– Nie trać­my cza­su. Aha, jesz­cze jed­no. Dla­cze­go nie we­zwa­li­śmy wspar­cia?

Mi­chał po­wstrzy­mał wes­tchnie­nie. Cóż, to było pierw­sze tak po­waż­ne za­da­nie Kasi, pew­ne po­mył­ki na­le­ża­ło jej za­tem wy­ba­czyć.

– Mel­do­wa­łem prze­cież o sy­tu­acji. Po­ra­dzi­my so­bie sami, zo­ba­czysz. Nic się nie bój, w mie­ście roz­wa­li­li­śmy sze­ściu Żoł­nie­rzy, te­raz bę­dzie rów­nie do­brze. Rób tak, jak cię uczy­łem, a wszyst­ko pój­dzie jak po ma­śle. Po­myśl o Jac­ku.

Na dźwięk tego imie­nia jej oczy zwę­zi­ły się nie­bez­piecz­nie. „Taką cię lu­bię”, po­my­ślał z ra­do­ścią Mi­chał.

– Nie trać­my cza­su – po­wtó­rzy­ła.

Deszcz za­głu­szył ich kro­ki, a ciem­no­ści sku­tecz­nie ukry­ły syl­wet­ki. Mi­chał i Ka­sia, jak wszyst­kie wam­pi­ry, po­tra­fi­li świet­nie skry­wać się na­wet w nie­wiel­kim mro­ku; umie­jęt­ność tę jesz­cze spo­tę­go­wał tre­ning Za­bój­ców, a w przy­pad­ku Mi­cha­ła tak­że kil­ku­set­let­nia wpra­wa.

Od bud­ki straż­ni­ka nie wy­czu­li cha­rak­te­ry­stycz­ne­go ludz­kie­go cie­pła, co ozna­cza­ło, że fak­tycz­nie prze­by­wał tam wam­pir. Po­mi­mo że zga­sił on pa­pie­ro­sa, już z od­le­gło­ści kil­ku me­trów do­brze wi­dzie­li jego mrocz­ny za­rys. Sie­dział ob­ró­co­ny do nich bo­kiem, ubra­ny jak jego ko­le­dzy w Kra­ko­wie, ale z pod­wi­nię­tą ko­mi­niar­ką. Nie wy­glą­da­ło na to, że ich do­strzegł, nie­mniej Za­bój­cy nie za­po­mi­na­li, że czuj­ność i ostroż­ność to pod­sta­wa. Ten w bud­ce rów­nież mógł być do­brze wy­szko­lo­nym, do­świad­czo­nym wo­jow­ni­kiem, i uda­wać, że nie wie o ich obec­no­ści. Mi­chał i Ka­sia mu­sie­li dzia­łać szyb­ko i… ci­cho. Na­gle do­strze­gli, że straż­nik pod­no­si się z krze­sła i idzie do drzwi. Na­tych­miast ukry­li się za bud­ką.

Drzwicz­ki skrzyp­nę­ły i Żoł­nierz Wład­ców wy­szedł na ze­wnątrz. Do pasa przy­pię­te miał dwie ka­bu­ry z pi­sto­le­ta­mi, a pod pa­chą trzy­mał po­chwę z mie­czem. Za­czął uważ­nie roz­glą­dać się do­oko­ła. Mu­siał coś usły­szeć albo wy­czuć. Za­bój­cy ob­ser­wo­wa­li go z ukry­cia. Nie spo­glą­dał w ich stro­nę, i bar­dzo do­brze. Za­klął ci­cho pod no­sem, mó­wiąc brzyd­ko o psach wa­łę­sa­ją­cych się po oko­li­cy, po czym skie­ro­wał się z po­wro­tem do swo­je­go cie­płe­go miej­sca pra­cy. Już sta­wał na pro­gu, kie­dy Mi­chał bły­ska­wicz­nym i ci­chym ru­chem nie­to­pe­rza wy­su­nął się zza bud­ki i usta­wił za jego ple­ca­mi. Żoł­nierz wy­czuł jego obec­ność, na­tych­miast się ob­ró­cił, do­by­wa­jąc mie­cza, ale Mi­cha­ło­wi uda­ło się wy­prze­dzić go o uła­mek se­kun­dy. Klin­ga bły­snę­ła sre­brem, świ­snę­ło cię­te po­wie­trze. Od­rą­ba­na gło­wa wy­strze­li­ła w górę, ob­ró­ci­ła się w po­wie­trzu i plu­snę­ła w bło­to tuż obok stóp Żoł­nie­rza tań­czą­ce­go ostat­ni, upior­ny, kon­wul­syj­ny ta­niec w swo­im ży­ciu. W koń­cu Mi­chał wes­tchnął i kop­nia­kiem po­mógł mu osu­nąć się na ple­cy, już we­wnątrz bud­ki. Żoł­nierz prze­stał się ru­szać.

Mi­chał wy­tarł brzesz­czot wy­do­by­tą z kie­sze­ni szmat­ką i scho­wał broń do po­chwy. Obok nie­go sta­nę­ła Ka­sia z uzi w ręku. Za­bez­pie­cza­ła tyły, bo obo­je do­brze wie­dzie­li, jak dzia­ła­ją Wład­cy. Za­bi­ty przed chwi­lą Żoł­nierz, mało do­świad­czo­ny i nie­zbyt roz­gar­nię­ty, sie­dział so­bie w bud­ce, za­alar­mo­wa­ny wy­szedł na ze­wnątrz. Tym­cza­sem ko­lej­ni, znacz­nie bar­dziej za­pra­wie­ni w bo­jach i, nie ma co kryć, in­te­li­gent­niej­si, cze­ka­ją w za­sadz­ce w mro­ku nocy i za chwi­lę wy­sko­czą nie wia­do­mo skąd.

To­też Ka­sia ob­ró­ci­ła się do­oko­ła, wo­dząc lufą po wszyst­kich moż­li­wych kry­jów­kach, ja­kie zna­la­zły się w za­się­gu wzro­ku. Mi­chał zro­bił to samo. Był dum­ny, że Ka­sia, jego uczen­ni­ca, dzia­ła tak spraw­nie i z gło­wą. Se­kun­dy jed­nak mi­ja­ły, a on ni­cze­go nie do­strze­gał. Gdy­by byli tu Wład­cy, już zdą­ży­li­by za­ata­ko­wać. Mi­chał opu­ścił więc uzi, ale nie cho­wał go do ka­bu­ry.

– Idzie­my – wska­zał gło­wą bu­dy­nek za­kła­du. – Tyl­ko ostroż­nie, pu­łap­kę mo­gli za­sta­wić w środ­ku!

Ka­sia po­pa­trzy­ła mu w oczy.

– Wiem – rze­kła tyl­ko.

Nie tru­dzi­li się pod­no­sze­niem ram­py, po pro­stu pod nią prze­szli i szyb­kim kro­kiem do­sta­li się pod ścia­nę za­kła­du. Bu­dy­nek był duży, ale ni­ski i moc­no prze­szklo­ny. Szy­by znaj­do­wa­ły się kil­ka me­trów po­nad zie­mią, co jed­nak dla wam­pi­rów nie sta­no­wi­ło żad­ne­go pro­ble­mu. Mi­chał ru­chem gło­wy wska­zał Kasi jed­no z okien. Od­bi­ła się więc lek­ko od pod­ło­ża, wznio­sła na od­po­wied­nią wy­so­kość. Jed­ną rękę mia­ła wol­ną, w dru­giej trzy­ma­ła broń. Pa­ra­pe­tu nie było, ale wam­pi­rzy­cy wy­star­czy­ło przy­trzy­mać się pal­ca­mi okien­nej ramy. Zaj­rza­ła do środ­ka. Mi­chał zo­stał na dole, by w ra­zie cze­go ją osła­niać.

Hala była ogrom­na. Pa­no­wał pół­mrok, za­bu­rzo­ny wszak przez kil­ka ja­rze­nió­wek. Ka­sia zo­ba­czy­ła spo­ro taśm, o tej po­rze oczysz­czo­nych z mię­sa, i in­nych urzą­dzeń ma­ją­cych za­sto­so­wa­nie w pro­duk­cji kieł­bas, szy­nek, sal­ce­so­nów, ba­le­ro­nów itp. Po dru­giej stro­nie, mniej wię­cej na­prze­ciw­ko jej punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go, znaj­do­wa­ły się drzwi wyj­ścio­we, a kil­ka me­trów na pra­wo od nich ko­lej­ne, pro­wa­dzą­ce naj­praw­do­po­dob­niej do chłod­ni, ma­ga­zy­nu lub ja­kie­goś po­miesz­cze­nia pro­duk­cyj­ne­go. Ka­sia przy­mknę­ła oczy, sta­ra­ła się wy­czuć, czy przez okno nie prze­bi­ja ja­kaś ema­na­cja. I rze­czy­wi­ście, po chwi­li od tych dru­gich, po­dwój­nych drzwi po­czu­ła lek­ki chłód. „Czy­li chłod­nia, mia­łam ra­cję. Cie­ka­we, gdzie trzy­ma­ją krew?”.

Pu­ści­ła ramę i wy­lą­do­wa­ła mięk­ko obok Mi­cha­ła. Szyb­ko zda­ła mu re­la­cję.

– Chodź­my z dru­giej stro­ny – po­sta­no­wił.

Obe­szli szyb­ko za­kład, po­ru­sza­jąc się nadal w cał­ko­wi­tej ci­szy. Cały czas go­to­wa­li się do od­par­cia ata­ku, któ­ry mógł na­stą­pić w każ­dej chwi­li i z każ­dej stro­ny. Na ra­zie nie wy­glą­da­ło na to, aby zo­sta­li za­uwa­że­ni, co jed­nak Mi­cha­ła wca­le nie uspo­ko­iło. Z do­świad­cze­nia wie­dział, że je­że­li coś idzie gład­ko, to wca­le nie ozna­cza, że idzie do­brze. Wręcz prze­ciw­nie. Te­raz czuł się wy­jąt­ko­wo nie­swo­jo. Dzi­wi­ło go, że Kró­lew­skich Wy­ro­bów pil­no­wał tyl­ko je­den, i to naj­wy­raź­niej nie­zbyt do­świad­czo­ny Żoł­nierz. Sko­ro za­kład jest tak waż­ny, jak twier­dził Schultz, i fak­tycz­nie skła­du­ją tu krew na czas ry­chłe­go po­wro­tu Ka­inu­sa (Mi­chał z re­zer­wą trak­to­wał po­dob­ne re­we­la­cje, w koń­cu Wład­cy od cza­su po­grze­ba­nia swe­go mrocz­ne­go pana sta­ra­li się go od­na­leźć i oży­wić, ale bez więk­sze­go efek­tu – tym ra­zem za­pew­ne było po­dob­nie), a stra­że są tak sła­be, to mo­gło to ozna­czać dwie rze­czy. Pierw­sza: Schultz gów­no wie­dział, przy­ci­śnię­ty coś so­bie wy­my­ślił i wy­pu­ścił parę Za­bój­ców, wska­zu­jąc im zwy­czaj­ny za­kład mię­sny, z któ­re­go Wład­cy czer­pa­li zy­ski i nic poza tym. Dru­ga: tu fak­tycz­nie mo­gło od­by­wać się coś znacz­nie gor­sze­go niż pro­duk­cja wy­ro­bów nie dla we­ge­ta­rian, a w ta­kim ra­zie sła­be stra­że na ze­wnątrz wska­zy­wa­ły­by, że w środ­ku na Za­bój­ców (któ­rych przy­by­cia Wład­cy się spo­dzie­wa­ją) cze­ka za­sadz­ka.

Mi­cha­ło­wi owa dru­ga ewen­tu­al­ność wy­da­wa­ła się bar­dziej praw­do­po­dob­na. To miej­sce wy­jąt­ko­wo mu się nie po­do­ba­ło. I nie cho­dzi­ło by­najm­niej o jego wy­gląd, bo pod tym wzglę­dem Kró­lew­skie Wy­ro­by róż­ni­ły się od in­nych za­kła­dów mię­snych co naj­wy­żej roz­lo­ko­wa­niem za­bu­do­wań. Za­pach su­ro­we­go mię­si­wa, nie­zbyt przy­jem­ny, a dla wam­pi­rów znacz­nie in­ten­syw­niej­szy niż dla lu­dzi, rów­nież nie wy­bi­jał się po­nad nor­mę. Nie­mniej w tu­tej­szej at­mos­fe­rze Mi­chał czuł coś pa­skud­ne­go, złe­go, prze­ra­ża­ją­ce­go. Po chwi­li zo­rien­to­wał się – krew nie­win­nych. Krew nie­win­nych każ­dy wam­pir, a już na pew­no Obroń­ca, nie­ży­wią­cy się ludz­ką krwią, lecz zwie­rzę­cą lub sklo­no­wa­ną, był w sta­nie wy­czuć, przy czym nie cho­dzi­ło o woń, ma­sko­wa­ną w tym wy­pad­ku przez za­pach mię­sa, lecz o od­dzia­ły­wa­nie na psy­chi­kę. Krew nie­win­nych sta­no­wi­ła coś w ro­dza­ju po­śmiert­ne­go ape­lu za­mor­do­wa­nych, zwy­kle w be­stial­ski spo­sób, lu­dzi (wam­pi­rów też), i to ape­lu o ze­mstę i karę. Tam, gdzie zgro­ma­dzi­ła się w du­żych ilo­ściach, a tu Mi­chał od­bie­rał jej sy­gnał z na­praw­dę wiel­ką siłą, wszyst­ko prze­peł­nia­ła nie­mal na­ma­cal­na gro­za. Śmier­tel­ni­cy cza­sem tak­że by­wa­li w sta­nie ją wy­czuć, ale je­dy­nie ci szcze­gól­nie wraż­li­wi, na przy­kład me­dia. Wam­pi­ry były pod tym wzglę­dem znacz­nie bar­dziej wy­czu­lo­ne, ale na gro­zę wzbu­dzo­ną przez krew nie­win­nych nie re­ago­wa­ły stra­chem (w koń­cu, na­wet je­śli nie­ko­niecz­nie ludz­ka, krew sta­no­wi­ła pod­sta­wo­wy skład­nik ich die­ty). Men­tal­ne świa­dec­two okrut­nych mor­dów było dla nich sy­gna­łem za­gro­że­nia, nie­kie­dy dzia­ła­ło też jak nar­ko­tyk, wzbu­dza­jąc eu­fo­rię. Mi­chał z trud­no­ścią po­wstrzy­mał kły przed wy­su­nię­ciem z dzią­seł. Rzu­cił okiem na Ka­się i do­strzegł w wy­ra­zie jej twa­rzy, że na nią krew nie­win­nych po­dzia­ła­ła tak samo jak na nie­go, a może jesz­cze moc­niej. Jako po­cząt­ku­ją­ca wam­pi­rzy­ca była na jej od­dzia­ły­wa­nie nie­co mniej od­por­na.

– Tu­taj chy­ba jest ja­kiś cho­ler­ny obóz za­gła­dy! – wy­szep­ta­ła.

– Schultz mó­wił praw­dę.

Ski­nął gło­wą.

– Też po­czu­łem. Ale, na bo­gów ciem­no­ści, za­cho­waj spo­kój! Gdy­by nas za­ata­ko­wa­no, nie daj się po­nieść żą­dzy krwi. Lu­dzi, któ­rych tu za­mor­do­wa­no, na­le­ży po­mścić, ale nie ule­ga­jąc wła­snym dra­pież­nym in­stynk­tom. Ro­zu­miesz?

– Oczy­wi­ście – za­pew­ni­ła.

Sze­ro­kim łu­kiem obe­szli głów­ny bu­dy­nek kom­plek­su, czy­li ten, do któ­re­go Ka­sia za­glą­da­ła kil­ka chwil wcze­śniej. Na ty­łach były ga­ra­że i ma­ga­zy­ny sprzę­tu, te­raz po­za­my­ka­ne. Wła­śnie zza nich, bez­sze­lest­nie ni­czym wid­ma, wy­sko­czy­ło dzie­się­ciu Żoł­nie­rzy w ka­mi­zel­kach ku­lo­od­por­nych, ko­mi­niar­kach, z mie­cza­mi lub sza­bla­mi na ple­cach. Dzie­siąt­ka luf ka­łasz­ni­ko­wów wy­ce­lo­wa­ła w Mi­cha­ła i Ka­się. Oni rów­nież na­tych­miast wy­mie­rzy­li ze swo­ich uzi w nie­przy­ja­ciół, wo­dząc bro­nią od jed­ne­go do dru­gie­go. Mi­chał za­klął. Żoł­nie­rze nie od­po­wie­dzie­li, w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu ota­cza­jąc parę Za­bój­ców.

„No i sta­ło się!”, po­my­ślał Mi­chał. „Wpa­dli­śmy w cho­ler­ną za­sadz­kę, jak dzie­ci”.

Za­bój­cy za­re­ago­wa­li od­ru­cho­wo, usta­wia­jąc się cia­sno ple­ca­mi do sie­bie w taki spo­sób, by jed­no mia­ło w za­się­gu jed­ną piąt­kę nie­przy­ja­ciół, a dru­gie – dru­gą. Żoł­nie­rze cały czas się po­ru­sza­li, to przy­bli­ża­jąc się, to od­da­la­jąc, jed­no­cze­śnie okrąg, jaki utwo­rzy­li wo­kół Mi­cha­ła i Kasi, ob­ra­cał się, zmu­sza­jąc uwię­zio­ną we­wnątrz parę do cią­głej zmia­ny po­zy­cji. Obo­je z miej­sca za­uwa­ży­li, że Żoł­nie­rze sta­ra­li się usta­wić tak, aby w ra­zie otwar­cia ognia nie wy­strze­lać się wza­jem­nie. Na ra­zie jed­nak ża­den ani my­ślał na­ci­snąć na spust. Na coś cze­ka­li, tyl­ko na co? Może li­czy­li, iż któ­reś z Za­bój­ców da się spro­wo­ko­wać i wy­strze­li jako pierw­sze, co bę­dzie ozna­cza­ło po­czą­tek nie­uchron­nej ma­sa­kry? A może…

Po kil­ku nie­zno­śnie dłu­gich se­kun­dach oka­za­ło się, że wła­śnie „a może”. Nie wia­do­mo skąd pod ścia­ną za­kła­du po­ja­wił się wy­so­ki i strasz­li­wie chu­dy wam­pir o po­cią­głej, a przy tym kan­cia­stej twa­rzy oraz rzad­kich, si­wie­ją­cych wło­sach i su­mia­stych wą­sach. Odzia­ny był w sie­dem­na­sto­wiecz­ny szla­chec­ki kon­tusz, zu­peł­nie nie przej­mu­jąc się, że ów za­by­tek kra­wiec­twa mok­nie i nisz­cze­je na desz­czu. Miał też przy sze­ro­kim pa­sie ka­ra­be­lę w ozdob­nej po­chwie; Mi­chał wie­dział, że klin­ga po­kry­ta jest sre­brem, po­dob­nie jak mie­cze wszyst­kich tu obec­nych. In­nej bro­ni szlach­cic nie po­sia­dał, chy­ba że ukry­tą. Mi­chał nie przy­pusz­czał, by wła­ści­ciel kon­tu­sza i ka­ra­be­li zmie­nił upodo­ba­nia co do orę­ża, no­wo­cze­sne być może to­le­ro­wał, ale nie u sie­bie – sam wo­lał po­słu­gi­wać się sza­bel­ką. I był w tym mi­strzem.

– Po­wi­tać, po­wi­tać! – Szlach­cic uśmiech­nął się sze­ro­ko, bły­ska­jąc gar­ni­tu­rem uzę­bie­nia, w tym wy­su­nię­ty­mi na mak­si­mum kła­mi. – Jak wi­dzę, Schultz nie za­wiódł i spro­wa­dził was tu. Mia­łem, przy­znam, w tym wzglę­dzie nie­ja­kie wąt­pli­wo­ści, bra­łem was bo­wiem za mą­drzej­szych, tu­dzież ob­da­rzo­nych lep­szą wy­obraź­nią. Przy­najm­niej cie­bie, Mi­cha­le, bo trud­no ta­kich przy­mio­tów szu­kać u tej two­jej młód­ki.

Ka­sia spio­ru­no­wa­ła go wzro­kiem. Na ten wi­dok szlach­cic tyl­ko się za­śmiał. Mi­chał znał tego dra­nia i wie­dział, iż gdy­by chciał ich od razu za­bić, to w tym mo­men­cie wal­ka trwa­ła­by w naj­lep­sze lub zdą­ży­ła­by się już skoń­czyć.

– Pa­nie Bo­ru­to – rzekł wol­no, si­ląc się na spo­kój. – Jak wi­dzę, pra­gniesz kon­wer­sa­cji. Za­tem prze­stań ła­ska­wie ob­ra­żać moją uczen­ni­cę i za­cznij­my po­ga­węd­kę. Po­win­ni­śmy się do­ga­dać. My obaj ry­cer­stwo i szlach­ta, tyle że moje szla­chec­two o pół­to­ra wie­ku star­sze.

Spoj­rze­nie wam­pi­ra w kon­tu­szu sta­ło się na­gle tak lo­do­wa­te i wro­gie, że gdy­by Mi­chał był czło­wie­kiem, pew­nie za­mar­zł­by pod jego wpły­wem na so­pel. Od­po­wie­dział jed­nak rów­nie lo­do­wa­tym i wro­gim wzro­kiem, uka­zu­jąc przy tym wy­su­nię­te kły. Bo­ru­ta na­wet nie mru­gnął okiem.

– Może ty i by­łeś szlach­ci­cem, ale wy­rze­kłeś się swe­go szla­chec­twa – po­wie­dział bar­dzo po­wo­li, a w jego gło­sie dźwię­czał me­tal. – Pa­mię­tam, co mó­wi­łeś – że my, pa­no­wie szlach­ta, prze­pi­ja­my Pol­skę, że tyl­ko pry­wa­ta nam w gło­wach i że li­że­my dupę Ko­ścio­ło­wi. Tak, tak wła­śnie mó­wi­łeś. Do­brze wiem, ja­kie masz po­glą­dy, ry­ce­rzy­ku. Wca­le się nie dzi­wię, że cią­gle sto­isz po stro­nie prze­gra­nych. Obroń­cy! Dzia­dy je­ste­ście, a nie Obroń­cy! Za­miast chwy­tać swo­je prze­zna­cze­nie za grzy­wę i jako je­den na­ród wam­pi­rów we­spół z nami, Wład­ca­mi, rzą­dzić świa­tem, ten wasz cały Val­ger, jego ślicz­na sio­strzycz­ka i ban­da na­iw­nych ide­ow­ców ta­kich jak wy, któ­rych wasi wspa­nia­li przy­wód­cy za sobą po­cią­gnę­li, pro­wa­dzi­cie dur­ną woj­nę i na­wet nie po­tra­fi­cie jej wy­grać. Bo wy prze­gry­wa­cie, dro­gi Mi­cha­le. A wiesz, co jest tego naj­lep­szym do­wo­dem? A to, że nas jest tu je­de­na­stu, a was dwo­je, ha, ha!

Mi­chał wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

– To  w y  prze­gry­wa­cie, mo­ści Bo­ru­to. A wiesz, co jest tego naj­lep­szym do­wo­dem? A to, że do zbie­ra­nia krwi na po­wrót tego wa­sze­go za­faj­da­ne­go Ka­inu­sa, je­że­li on kie­dy­kol­wiek na­stą­pi, mu­si­cie wy­ko­rzy­sty­wać ta­kie tchórz­li­we, upa­dłe i mi­zer­ne ka­na­lie jak nie­świę­tej pa­mię­ci Schultz!

Uśmiech na ob­li­czu Bo­ru­ty znikł jak star­ty szmat­ką. Za­stą­pił go gry­mas bez­brzeż­ne­go zdu­mie­nia. Mi­chał po­czuł nie­li­chą sa­tys­fak­cję, któ­rej nie przy­ćmił na­wet fakt, iż cały czas byli z Ka­sią w pu­łap­ce. A więc Schultz, któ­ry miał ich spro­wo­ko­wać do od­wie­dzin Kró­lew­skich Wy­ro­bów, przy­ci­śnię­ty, znaj­du­jąc się na gra­ni­cy śmier­ci, chlap­nął co­kol­wiek za dużo. Mi­chał i Ka­sia mie­li tra­fić w to prze­klę­te za spra­wą roz­la­nej krwi nie­win­nych miej­sce, ale nie po­win­ni byli do­wie­dzieć się o Ka­inu­sie. Upa­dłym przy­wód­cy kla­nu Wład­ców, któ­re­go człon­ko­wie, jak się oka­zu­je, nie za­prze­sta­li prób przy­wró­ce­nia swe­go pana do ży­cia.

Smu­kła dłoń Bo­ru­ty z nie­zwy­kłą szyb­ko­ścią pod­peł­zła do rę­ko­je­ści sza­bli i za­ci­snę­ła się na niej. Po­sre­brza­na za­krzy­wio­na klin­ga bły­snę­ła w desz­czu.

– Za­bić ich! – za­war­czał szlach­cic. – Za­bić! Za­biiiiić!!!

Mi­chał i Ka­sia nie cze­ka­li, aż Żoł­nie­rze wy­peł­nią roz­kaz. Od po­cząt­ku szko­le­nia Kasi ćwi­czy­li spo­sób na wy­do­sta­wa­nie się z okrą­że­nia, czę­ścio­wo wy­pró­bo­wa­ny już raz tej nocy, na uli­cy Szew­skiej. Nim jesz­cze Bo­ru­ta prze­stał się wy­dzie­rać, Za­bój­cy wy­sko­czy­li, a ra­czej wy­strze­li­li w górę tak wy­so­ko, że zna­leź­li się nie­mal dzie­sięć me­trów po­wy­żej po­zio­mu da­chu za­kła­du. Żoł­nie­rze dali się tym za­sko­czyć, po­dob­nie jak gra­dem po­ci­sków, któ­rym zo­sta­li za­sy­pa­ni. Były za­le­d­wie dwie krót­kie se­rie, ale przy­nio­sły krwa­wy efekt. Je­den z wam­pi­rów w ko­mi­niar­kach, po­zba­wio­ny spo­rej czę­ści gło­wy, osu­nął się na as­falt, kon­wul­syj­nie na­ci­ska­jąc na spust ka­ra­bi­nu i ko­sząc tym sa­mym dwóch sto­ją­cych na­prze­ciw to­wa­rzy­szy; po­ci­ski prze­cię­ły ich na dwo­je. Cze­goś ta­kie­go na­wet wam­pi­ry nie mo­gły prze­żyć. Ostat­nią ofia­rą oka­zał się ko­lej­ny tra­fio­ny z góry Żoł­nierz, któ­ry wy­to­czył się na śro­dek okrę­gu-pu­łap­ki, bro­cząc krwią i char­cząc, po czym naj­pierw nie­zdar­nie uklęk­nął, a po­tem upadł na twarz, a ra­czej na krwa­wą bre­ję, jaka z niej po­zo­sta­ła.

Wszyst­ko to trwa­ło nie dłu­żej niż trzy ude­rze­nia ser­ca.

Mi­chał i Ka­sia, jesz­cze w gó­rze, wy­krę­ci­li jed­no­cze­śnie sal­to w tył i mięk­ko wy­lą­do­wa­li na da­chu za­kła­du. Z dołu do­szedł ich wście­kły ryk Bo­ru­ty:

– Da­lej, ła­pać za mie­cze i po­cia­chać ich na pla­ster­ki!

„Pla­ster­ki, aku­rat! – po­my­ślał kpią­co Mi­chał, cho­wa­jąc uzi do ka­bu­ry i płyn­nym ru­chem do­by­wa­jąc mie­cza. Ka­sia uczy­ni­ła to samo. – Su­kin­syn po­sy­ła tych dzia­dów na śmierć, a sam pew­nie weź­mie nogi za pas”.

Szóst­ka oca­la­łych Żoł­nie­rzy wsko­czy­ła na dach; każ­dy miał w ręku miecz, w jed­nym wy­pad­ku była to pięk­na ja­poń­ska ka­ta­na. Ten wła­śnie i dwóch in­nych z miej­sca za­ata­ko­wa­li Ka­się, za­sy­pu­jąc ją mi­go­czą­cy­mi cię­cia­mi i szty­cha­mi. Po­zo­sta­ła trój­ka rzu­ci­ła się na Mi­cha­ła.

Od razu po­znał, że ma do czy­nie­nia z do­brze wy­szko­lo­ny­mi wo­jow­ni­ka­mi. Dwóch cię­ło go jed­no­cze­śnie, je­den krót­ko w pa­chwi­nę, dru­gi za­ma­szy­ście w tęt­ni­cę szyj­ną. Trze­ci spró­bo­wał obejść wal­czą­cych z za­mia­rem wpa­ko­wa­nia mu zdra­dziec­kie­go szty­chu w bok. Za­bój­ca z kil­ku­set­let­nią wpra­wą nie dał się jed­nak wy­ma­new­ro­wać. Wie­dział, że dwóch za­da­nych jed­no­cze­śnie cio­sów nie bę­dzie w sta­nie spa­ro­wać, za­tem umknął spod ostrzy ta­necz­nym pi­ru­etem, ota­cza­jąc się młyń­cem wła­sne­go mie­cza. Ostrze pra­wie nie na­po­tka­ło opo­ru, kie­dy we­rż­nę­ło się w czasz­kę tego trze­cie­go, któ­ry chciał za­ata­ko­wać z boku, kom­plet­nie go tym za­ska­ku­jąc. Z gło­wy od­le­ciał mu spo­ry frag­ment wraz z le­wym okiem.

Nim jesz­cze trup znie­ru­cho­miał na bla­sze fa­li­stej da­chu, Mi­chał za­marł na­prze­ciw dwóch po­zo­sta­łych prze­ciw­ni­ków, ce­lu­jąc w nich szty­chem mie­cza. Z boku do­cho­dził szczęk ostrzy tak szyb­ki, że wy­da­wał się jed­no­li­tym, cią­głym dźwię­kiem. To ten z ka­ta­ną i jego kom­pan sie­kli się z Ka­sią. W kil­ka se­kund, ja­kie upły­nę­ły od po­cząt­ku wal­ki, ona też zdo­ła­ła po­ko­nać jed­ne­go z prze­ciw­ni­ków; le­żał nie­ru­cho­mo na skra­ju da­chu, a jego gło­wa kil­ka me­trów da­lej. Mię­dzy nią a cia­łem wid­nia­ła ciem­na smu­ga krwi roz­cień­czo­nej desz­czów­ką.

Dwaj Żoł­nie­rze spró­bo­wa­li wy­ko­rzy­stać ową chwil­kę po­zor­nej nie­uwa­gi Mi­cha­ła, ką­tem oka spo­glą­da­ją­ce­go na wal­czą­cą przy­ja­ciół­kę. Sko­czy­li na nie­go, tnąc jed­no­cze­śnie z dwóch stron. Mi­chał jed­nak ani na mo­ment nie zmniej­szył kon­cen­tra­cji. Za­miast się uchy­lać, cof­nął rękę z mie­czem, za­krę­cił nim szyb­kie­go młyń­ca, udał pchnię­cie w lewo, w bliż­sze­go Żoł­nie­rza. Ten dał się na­brać na tę fin­tę, od­ru­cho­wo cof­nął się, klnąc pa­skud­nie. Te­raz Mi­chał miał wię­cej cza­su i miej­sca na po­je­dy­nek z tym po pra­wej. Ko­rzy­sta­jąc z roz­pę­du, od­wi­nął cię, chla­snął, ale Żoł­nierz zdą­żył spa­ro­wać, za­dźwię­cza­ły krzy­żu­ją­ce się ostrza. Z tyłu przy­sko­czył dru­gi, ude­rza­jąc w kark Mi­cha­ła. Ten znów się wy­wi­nął, za­wi­ro­wał w pi­ru­ecie, jed­no­cze­śnie wy­pro­wa­dza­jąc cię­cie, pro­ściu­teń­ko mię­dzy ło­pat­ki Żoł­nie­rza, któ­re­go uła­mek se­kun­dy wcze­śniej miał za ple­ca­mi. Ude­rze­nie zdar­ło ka­mi­zel­kę ku­lo­od­por­ną, bry­znę­ła krew, ran­ny za­to­czył się na to­wa­rzy­sza, char­cząc. Ostat­ni prze­ciw­nik Mi­cha­ła cof­nął się, by ko­le­ga nie na­dział się na jego miecz. Kie­dy Mi­chał do­sko­czył do nie­go, od­ru­cho­wo spa­ro­wał, lecz za szyb­ko i nie­co za ni­sko. Do­stał sztych w pół­otwar­te usta; brzesz­czot zdru­zgo­tał mu zęby i prze­bił ję­zyk, z chrup­nię­ciem prze­szył krę­go­słup. Try­snę­ła krew. Mi­chał wy­szarp­nął miecz ze strasz­li­wej rany. Ob­ró­cił się w stro­nę ostat­nie­go, tego ran­ne­go w ple­cy. Taka rana, dla czło­wie­ka śmier­tel­na, nie mo­gła wy­koń­czyć wam­pi­ra, to­też Mi­chał wie­dział, że bę­dzie mu­siał ode­przeć jesz­cze je­den atak. Do­pu­ścił wro­ga na wła­ści­wą od­le­głość, spa­ro­wał sztych, za­ata­ko­wał. Gór­na po­ło­wa cia­ła Żoł­nie­rza wy­strze­li­ła na do­bry metr w górę, wlo­kąc za sobą ma­ka­brycz­ny, krwa­wy war­kocz je­lit. Ta sto­ją­ca za­chwia­ła się, po czym prze­wró­ci­ła na bok, to zgi­na­jąc, to pro­stu­jąc nogi.

Tym­cza­sem Ka­sia roz­pła­ta­ła ko­lej­ne­go prze­ciw­ni­ka od czub­ka gło­wy po mo­stek, zo­stał tyl­ko ten z ka­ta­ną. Wi­dząc śmierć to­wa­rzy­szy, nie spa­ni­ko­wał, ale za­czął wol­no krą­żyć wo­kół Za­bój­czy­ni, z mie­czem wy­su­nię­tym w bok. Po­ru­szał nim, sta­ra­jąc się zmy­lić, spro­wo­ko­wać Ka­się. Ta jed­nak mia­ła za sobą zbyt do­bry tre­ning, żeby dać się tak ła­two po­dejść. Za­ata­ko­wa­ła, lecz nie do­szła do celu, szyb­ko wy­co­fa­ła się, umy­ka­jąc przed śmi­ga­ją­cym ostrzem. Żoł­nierz nie zo­rien­to­wał się jed­nak, iż to była fin­ta; wy­cią­gnął się w ata­ku jak cza­pla. Z bro­nią wy­su­nię­tą mak­sy­mal­nie przed sie­bie nie zdą­żył wy­ko­nać od­wrot­ne­go zwo­du, uni­ku i cię­cia. Ka­sia w przy­klę­ku, wę­żo­wym ru­chem wśli­znę­ła się pod ka­ta­nę i ręce, cię­ła z dołu, jed­no­cze­śnie pod­no­sząc się. Jed­nym ru­chem od­rą­ba­ła koń­czy­ny i gło­wę. Resz­ta cia­ła Żoł­nie­rza z głu­chym ło­sko­tem ru­nę­ła na wznak.

Nad bu­dy­nek wzniósł się Bo­ru­ta, wy­lą­do­wał dwa me­try przed Mi­cha­łem. Nie scho­wał ka­ra­be­li. Mi­chał na­tych­miast wy­ce­lo­wał w nie­go czu­bek klin­gi, Ka­sia za­sta­wi­ła się.

– Wy za­sra­ni, kre­tyń­scy, bez­móz­dzy de­spe­ra­ci! – wy­sa­pał wam­pir szlach­cic; wręcz go­to­wał się z wście­kło­ści. – Mie­li­ście szan­sę, aby się pod­dać! Ale nie da­li­ście mi wy­bo­ru!

– Ja­koś nie było mowy o pod­da­niu się. – Mi­chał wy­krzy­wił usta w obe­lży­wym uśmiesz­ku. – W każ­dym ra­zie ja so­bie nie przy­po­mi­nam. Naj­pierw ga­da­łeś, a po­tem po­sta­no­wi­łeś nas za­bić, to i masz za swo­je, szla­chet­ko. Te­raz to my mamy prze­wa­gę. Je­śli jed­nak masz jesz­cze w za­na­drzu ja­kichś pa­choł­ków, za­proś ich tu­taj. Po­tań­czy­li­śmy tro­chę z Ka­sią, ale nie dość nam jesz­cze tań­ca.

Bo­ru­ta wark­nął i za­sy­czał, uka­zu­jąc kły. Mi­chał po raz ko­lej­ny za­pre­zen­to­wał mu swo­je. A po­tem się za­czę­ło.

Bo­ru­ta albo nie chciał za­pra­szać pa­choł­ków (może ich za­bra­kło?), albo miał ocho­tę po­tań­czyć z Mi­cha­łem oso­bi­ście, bo rzu­cił się na nie­go, wy­ma­chu­jąc ka­ra­be­lą. Mi­chał wy­ko­nał szyb­ki unik, po­tem spa­ro­wał cios, i jesz­cze raz. Za­krzy­wio­ne ostrze w osza­ła­mia­ją­cym tem­pie krzy­żo­wa­ło się z pro­stym. Ka­sia trzy­ma­ła się z boku, w od­wo­dzie. Nie spo­tka­ła do­tąd le­gen­dar­ne­go Bo­ru­ty, jed­ne­go z naj­wy­żej po­sta­wio­nych Wład­ców, jed­nak wie­dzia­ła o nim do­sta­tecz­nie dużo, aby nie pchać mu się pod ostrze. Był dla niej po pro­stu zbyt wy­traw­nym szer­mie­rzem.

Wy­glą­da­ło na to, że dla Mi­cha­ła rów­nież. Spod zde­rza­ją­cych się ostrzy le­cia­ły iskry, szczęk po­kry­tej sre­brem sta­li prze­ro­dził się w nie­usta­ją­cy ło­mot. Bo­ru­ta ciął, za­da­wał szty­chy, do­ska­ki­wał i od­ska­ki­wał. Wszyst­kie jego ude­rze­nia były bar­dzo krót­kie, ale sil­ne i pre­cy­zyj­ne, wy­mie­rzo­ne w sła­biej chro­nio­ne miej­sca.

Tyle że Mi­chał nie za­mie­rzał mu ustę­po­wać. Cio­sy Bo­ru­ty ze­śli­zgi­wa­ły się po jego pa­ra­dach ni­czym po polu si­ło­wym. Sza­bla była szyb­sza od mie­cza, ale Mi­chał znał świet­nie swój oręż; dys­po­no­wał też nie­ma­łym ze­sta­wem spryt­nych za­staw, pa­rad, fint i in­nych tri­ków. Od sa­me­go po­cząt­ku sta­rał się sto­so­wać spraw­dzo­ną stra­te­gię wal­ki z rów­nym so­bie prze­ciw­ni­kiem: po­cząt­ko­wo ogra­ni­czyć się do obro­ny, roz­wście­czyć i tym sa­mym zde­kon­cen­tro­wać dra­nia, by po­peł­nił błąd, a na ko­niec z tego błę­du sko­rzy­stać.

Bo­ru­ta był wście­kły już przed po­je­dyn­kiem, zaś w jego trak­cie roz­sier­dził się nie na żar­ty, co jed­nak w ża­den spo­sób nie przy­czy­ni­ło się do osła­bie­nia jego kon­cen­tra­cji. Wal­czył w sza­leń­czym ryt­mie, rysy twa­rzy wy­krzy­wił gry­mas nie­po­ha­mo­wa­nej wście­kło­ści, jego ru­chy z każ­dą chwi­lą sta­wa­ły się co­raz szyb­sze i cel­niej­sze, ostrze ka­ra­be­li nie­stru­dze­nie szu­ka­ło dro­gi do cia­ła Mi­cha­ła, i tyl­ko jego pa­ra­dy, kontr­ude­rze­nia i uni­ki spra­wia­ły, że jesz­cze jej nie zna­la­zło. Sy­tu­acja jed­nak ro­bi­ła się groź­na.

Deszcz znów się wzmógł, a dach z bla­chy fa­li­stej już wcze­śniej był śli­ski. Te­raz wal­czą­cym uda­wa­ło się utrzy­my­wać rów­no­wa­gę tyl­ko dzię­ki temu, że byli wam­pi­ra­mi, nie ludź­mi. Woda plu­ska­ła im spod bu­tów, za­le­wa­ła twa­rze, utrud­nia­ła wi­dze­nie. Mi­chał zdał so­bie spra­wę, że musi za­koń­czyć wal­kę jak naj­szyb­ciej, in­a­czej jej wy­nik ob­ró­ci się na jego nie­ko­rzyść. I wie­dział, jak to zro­bić.

Od­bił ko­lej­ne ude­rze­nie, przy­siadł i z przy­sia­du sko­czył, na­tych­miast wcho­dząc w sal­to; unik­nął sza­bli Bo­ru­ty do­słow­nie o kil­ka mi­li­me­trów. Wi­dząc to, Ka­sia mi­mo­wol­nie wes­tchnę­ła. Kie­dy zna­lazł się nad gło­wą prze­ciw­ni­ka, Mi­chał ob­ró­cił się po­now­nie, jed­no­cze­śnie wy­pro­wa­dza­jąc cię­cie. Mie­rzył się jed­nak z nie­li­chym gra­czem. Bo­ru­ta wy­ko­nał szyb­ki unik, skut­kiem cze­go ostrze Za­bój­cy nie roz­pła­ta­ło mu gło­wy na dwo­je. Ale Bo­ru­ta nie od razu zro­zu­miał, że Mi­chał nie chciał roz­wa­lić mu łba… i że tym swo­im uni­kiem tyl­ko uła­twił mu za­da­nie.

Ostrze po­kry­te­go sre­brem mie­cza wbi­ło się w lewy staw bar­ko­wy Wład­cy, roz­ci­na­jąc go nie­mal ide­al­nie. Od­rą­ba­na ręka spa­dła na bla­sza­ny dach, z roz­pła­ta­nej ar­te­rii try­ska­ła krew. Bo­ru­ta, wciąż wy­chy­lo­ny w uni­ku, ką­tem oka za­uwa­żył, co się sta­ło, krzyk­nął z prze­ra­że­nia i z bólu, ma­cha­jąc pra­wą ręką i dzier­żo­ną w niej ka­ra­be­lą nada­rem­nie spró­bo­wał utrzy­mać rów­no­wa­gę. Nie uda­ło się, bo Mi­chał, nim jesz­cze opadł na dach, wy­wi­nął się w po­wie­trzu po raz ko­lej­ny i kop­nął Bo­ru­tę w skroń. Do­pie­ro po­tem wy­lą­do­wał na zgię­tych no­gach, ob­ró­cił się, pa­trząc jak prze­ciw­nik, ocie­ka­jąc po­so­ką i desz­czów­ką, wsta­je, prze­no­sząc spoj­rze­nie z nie­go na utra­co­ną koń­czy­nę i z po­wro­tem.

– Ty… ty… ty…

– Ja, ja. – Mi­chał za­mach­nął się mie­czem. Zo­ba­czył, jak za ple­ca­mi Bo­ru­ty usta­wia się Ka­sia ze swo­im w po­go­to­wiu. – Masz te­raz dwie moż­li­wo­ści, ko­le­go. Pierw­sza: za­da­my ci kil­ka py­tań, ty na nie grzecz­nie od­po­wiesz, a wte­dy po­zwo­li­my ci za­brać rącz­kę i w spo­ko­ju odejść.

Ka­sia po­pa­trzy­ła na nie­go dziw­nie, ale Mi­chał nie przej­mo­wał się tym. „Mała musi jesz­cze wie­le się na­uczyć”, po­my­ślał.

– Dru­ga: zmu­si­my cię do od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, przy oka­zji za­da­jąc ci parę do­dat­ko­wych ran. Bę­dziesz umie­rał dłu­go i w bo­le­ściach. Wy­bie­raj za­tem!

Bo­ru­ta za­sy­czał. Stał, miał sza­blę w ręku, lecz był za­sza­cho­wa­ny z dwóch stron.

– Jest jesz­cze trze­cia moż­li­wość – wy­ce­dził, wsu­wa­jąc ka­ra­be­lę do po­chwy. Po czym na­tych­miast przy­stą­pił do ko­rzy­sta­nia z niej. Bły­ska­wicz­nym ru­chem się­gnął po od­rą­ba­ną rękę, jed­no­cze­śnie prze­cho­dząc w przy­klęk i za­czy­na­jąc się tur­lać. Miecz Mi­cha­ła śmi­gnął tuż nad nim, na­zna­cza­jąc kon­tusz, ale Bo­ru­cie uda­ło się wy­śli­znąć spod ostrza. Jesz­cze tyl­ko je­den ob­rót, dru­gi i skok. Mi­chał i Ka­sia rzu­ci­li się na nie­go, lecz było za póź­no. Bo­ru­ta ze­sko­czył z da­chu za­kła­du na je­den z ma­ga­zy­nów. Był już wy­czer­pa­ny wal­ką i ubyt­kiem krwi, to­też za­raz po wy­lą­do­wa­niu upadł. Mi­chał i Ka­sia już mie­li w rę­kach pi­sto­le­ty ma­szy­no­we, ale Bo­ru­ta zdo­łał się mi­giem pod­nieść i sko­czyć po­now­nie, tym ra­zem poza te­ren Kró­lew­skich Wy­ro­bów, a tym sa­mym poza za­sięg sku­tecz­nych strza­łów.

– A to skur­czy­byk! – wy­sy­cza­ła Ka­sia, cho­wa­jąc uzi do ka­bu­ry.

– Wred­ny, cuch­ną­cy skur­czy­byk!

Mi­chał, czu­jąc ogar­nia­ją­cą go wście­kłość, tak­że scho­wał broń.

– Wy­dut­kał nas na cacy! – wark­nął. – Cho­ciaż, z dru­giej stro­ny… Wąt­pię, by Ale­era i Kra­sus cie­pło go przy­wi­ta­li, kie­dy zja­wi się w ich sie­dzi­bie w ta­kim sta­nie, w do­dat­ku z wia­do­mo­ścią, że nie tyl­ko nas nie za­ła­twił, ale jesz­cze zo­sta­wił nam Kró­lew­skie Wy­ro­by do spe­ne­tro­wa­nia.

– Więc za­bie­raj­my się do tego, i to szyb­ko. Świt co­raz bli­żej.

– Ja­sne, tyl­ko uwa­żaj. Su­kin­sy­ny mo­gli tu za­sta­wić wię­cej pu­ła­pek.

– Są­dzisz, że oni fak­tycz­nie cze­goś tu pil­no­wa­li?

– Nie wiem, ale chy­ba wy­czu­wasz krew nie­win­nych? Wład­cy mor­do­wa­li tu lu­dzi jak w ja­kimś cho­ler­nym obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym, albo jesz­cze go­rzej. Ro­bi­li tu strasz­ne rze­czy i na­wet ja, wam­pir od bli­sko sze­ściu wie­ków, czu­ję, jak mi się pod­no­szą wło­ski na kar­ku. Do tego za­sta­na­wia mnie, dla­cze­go chcie­li nas zwa­bić w pu­łap­kę? To zna­czy, dla­cze­go aku­rat  n a s?

W sa­mym za­kła­dzie nie zna­leź­li ni­cze­go cie­ka­we­go ani nie na­tknę­li się na żad­ne nowe pu­łap­ki. Kró­lew­skie Wy­ro­by rze­czy­wi­ście zaj­mo­wa­ły się pro­duk­cją wy­ro­bów mię­snych, i to naj­róż­niej­szych. Nig­dzie jed­nak nie wy­kry­li po­szlak, by mię­so po­cho­dzi­ło od lu­dzi. Wy­glą­da­ło na to, że do pro­duk­cji wy­ko­rzy­sty­wa­no naj­zwy­klej­szą w świe­cie wie­przo­wi­nę, wo­ło­wi­nę, ba­ra­ni­nę i drób. Jed­nak cały czas sły­sze­li zew krwi nie­win­nych, za­tem lu­dzie fak­tycz­nie w tym miej­scu gi­nę­li, na­wet je­śli nie prze­ra­bia­no ich po­tem na kieł­ba­ski. Kró­lew­skie Wy­ro­by, para wam­pi­rów wy­czu­wa­ła to bez naj­mniej­sze­go tru­du, były miej­scem strasz­li­wych zbrod­ni; nie­mal każ­dy kąt, każ­dą ce­głę prze­sy­cał odór śmier­ci… i by­najm­niej nie cho­dzi­ło o śmierć zwie­rząt.

Po­twier­dzi­ło się to w piw­ni­cach. Tam bo­wiem Ka­sia i Mi­chał do­ko­na­li ma­ka­brycz­ne­go od­kry­cia. Kom­pleks piw­nic znacz­nie prze­kra­czał ku­ba­tu­rą na­ziem­ną część za­kła­du, od któ­rej był zresz­tą szczel­nie od­gro­dzo­ny her­me­tycz­ny­mi, za­my­ka­ny­mi zam­kiem szy­fro­wym drzwia­mi. Za­mek jed­nak oka­zał się ba­nal­ny w roz­pra­co­wa­niu i otwar­ciu. Na­stęp­nie scho­dzi­ło się bar­dzo dłu­gi­mi, stro­my­mi scho­da­mi w dół, aż do du­że­go ko­ry­ta­rza, roz­dzie­la­ją­ce­go się na kil­ka mniej­szych, pro­wa­dzą­cych do drzwi sta­no­wią­cych wej­ścia do róż­nych po­miesz­czeń. Wszyst­ko otu­la­ły ciem­no­ści, ale Mi­chał i Ka­sia da­ro­wa­li so­bie włą­cza­nie oświe­tle­nia. Za­czę­li po ko­lei spraw­dzać drzwi. Każ­de za­mknię­to na zwy­czaj­ny za­mek, więc so­lid­ny kop­niak w zu­peł­no­ści wy­star­czał do ich otwar­cia.

Za pierw­szy­mi na­tknę­li się na coś w ro­dza­ju chłod­ni. Po­miesz­cze­nie było bar­dzo moc­no wy­zię­bio­ne. Pod ścia­na­mi znaj­do­wa­ły się po­tęż­ne sta­lo­we sza­fy, po­za­my­ka­ne na kłód­ki. Mi­chał szarp­nął jed­ną, od­ry­wa­jąc ją bez żad­nych pro­ble­mów i dzi­wiąc się, dla­cze­go za­sto­so­wa­no tak mar­niut­kie za­bez­pie­cze­nie, tym bar­dziej że przy­pusz­czał, co od­naj­dzie we­wnątrz. Krew nie­win­nych i za­pach śmier­ci były tu nie­zwy­kle wy­raź­ne.

Kie­dy Ka­sia zo­ba­czy­ła, co jest w sza­fie, nie zdo­ła­ła po­wstrzy­mać jęku. Mi­chał za­cho­wał spo­kój, choć wie­le go to kosz­to­wa­ło. W sza­fie znaj­do­wa­ło się sześć fo­lio­wych wor­ków, z cze­go trzy za­wie­szo­no na ha­kach, a po­zo­sta­łe le­ża­ły na pod­ło­dze. W tych wi­szą­cych były ludz­kie zwło­ki (dwo­je męż­czyzn i ko­bie­ta; oni wy­glą­da­li na Gru­zi­nów lub Cze­czeń­ców, ona na Chin­kę lub Wiet­nam­kę, za­pew­ne byli to więc nie­le­gal­ni imi­gran­ci, któ­rych lo­sem nikt się nie przej­mo­wał i Wład­cy mo­gli ich bez tru­du zgar­nąć z uli­cy), roz­kro­jo­ne od szyi po kro­cze i opróż­nio­ne z ca­łej za­war­to­ści. Przez roz­cię­te klat­ki pier­sio­we oraz brzu­chy wi­docz­ne były krę­go­słu­py za­bi­tych. Wszyst­kie cia­ła za­cho­wa­ły się w bar­dzo do­brym sta­nie, rzecz ja­sna, dzię­ki ni­skiej tem­pe­ra­tu­rze, ale skó­ra każ­de­go z nich, co zu­peł­nie na­tu­ral­ne, była sina i wy­glą­da­ła na wy­su­szo­ną. W wor­kach na dnie sza­fy były wnętrz­no­ści za­bi­tych, do­kład­nie oczysz­czo­ne z krwi.

– Za­sta­na­wia mnie – ode­zwa­ła się Ka­sia po dłu­giej chwi­li mil­cze­nia – czy kie­dy ich pa­tro­szo­no, jesz­cze żyli.

Mi­chał wska­zał na ich twa­rze, mó­wiąc:

– Ja­sne, że żyli. – Sam się so­bie dzi­wił, że po­wie­dział to z ta­kim spo­ko­jem.

Rze­czy­wi­ście, na twa­rzach tru­pów ma­lo­wa­ło się nie­wy­obra­żal­ne cier­pie­nie i zgro­za. Oczy, mimo iż mar­twe i szkli­ste, po­zo­sta­wa­ły otwar­te. Nie było wąt­pli­wo­ści – roz­kro­jo­no ich i wy­pa­tro­szo­no na żyw­ca. Wy­glą­da­ło na to, że lu­dzi tych za­mor­do­wa­no nie tyl­ko po to, by zdo­być krew, lecz tak­że dla czy­stej przy­jem­no­ści za­da­wa­nia okrut­nej męki. Rzecz bu­dzą­ca gro­zę na­wet w bru­tal­nym świe­cie wam­pi­rów.

W dwóch po­zo­sta­łych sza­fach tak­że od­kry­li zwło­ki, w po­dob­nym sta­nie jak po­przed­nie. W jed­nej wi­sie­li dwaj Mu­rzy­ni, w dru­giej, więk­szej, znaj­do­wa­ło się aż pięć tru­pów, wszyst­kie ko­bie­ce, wy­glą­da­ją­ce na cia­ła Azja­tek. I w tych przy­pad­kach ope­ra­cję wy­kra­wa­nia na­rzą­dów prze­pro­wa­dzo­no na ży­wych or­ga­ni­zmach.

– Zgar­nia­ją imi­gran­tów – wy­szep­ta­ła Ka­sia, mó­wiąc na głos to, co Mi­chał tyl­ko po­my­ślał. – I to pew­nie nie­le­gal­nych. Ta­kich, któ­rych moż­na zwi­nąć bez­kar­nie i nie­zau­wa­że­nie… Tyl­ko po co ich tak ma­sa­kru­ją? Je­śli fak­tycz­nie zbie­ra­ją krew, mo­gli to zro­bić mniej dra­stycz­nie…

Mi­chał zmełł w ustach prze­kleń­stwo.

– Ta dziew­czy­na z Szew­skiej – po­wie­dział – była pro­sty­tut­ką. Schultz za­sa­dził się na nią, bo są­dził, że na jej znik­nię­cie nie­wie­le osób zwró­ci uwa­gę, a więk­szość tych, któ­re zwró­cą, się tym nie przej­mie. I mógł, skur­wiel, mieć ra­cję, chy­ba że oca­lo­ne przez nas dziew­czę mia­ło wpły­wo­wych klien­tów.

– Boję się na­wet my­śleć, co znaj­dzie­my w in­nych po­miesz­cze­niach.

– Ja też, i dla­te­go wo­lał­bym się po­spie­szyć.

W wy­chło­dzo­nym po­miesz­cze­niu obok zna­leź­li małą salę ope­ra­cyj­ną. Na usta­wio­nym na środ­ku sto­le le­ża­ła dziew­czy­na o azja­tyc­kich ry­sach twa­rzy. Mi­chał po­chy­lił się nad nią i za­mknął jej oczy. Mło­da Azjat­ka była mar­twa i w znacz­nym stop­niu „osu­szo­na” z krwi, lecz jesz­cze nie­zu­peł­nie wy­pa­tro­szo­na. Z brzu­cha wy­cią­gnię­to jej je­li­to cien­kie i roz­wie­szo­no na czymś w ro­dza­ju me­ta­lo­we­go ste­la­ża umiesz­czo­ne­go nad sto­łem. Pod nim po­usta­wia­no zbior­nicz­ki na krew; wszyst­kie zdą­ży­ły się już za­peł­nić. Fakt, że krew nie krze­pła, świad­czył, iż zmar­łej po­da­no an­ty­ko­agu­lant.

W na­stęp­nej sali, rów­nie zim­nej jak po­przed­nie, było sie­dem kil­ku­na­sto­li­tro­wych be­czek z PCV, szczel­nie po­za­my­ka­nych. Na­wet bez czy­ta­nia ozna­czeń – a ozna­czo­no je z po­dzi­wu god­ną pie­czo­ło­wi­to­ścią – moż­na się było do­my­ślić, co za­wie­ra­ją. Na ich wi­dok Za­bój­cy po­czu­li dreszcz. Licz­ba ciał oraz zma­ga­zy­no­wa­nej w becz­kach krwi wska­zy­wa­ły na to, że ma­ka­brycz­ny pro­ce­der trwał już od dłuż­sze­go cza­su na wiel­ką ska­lę. Było to tym bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce, że za­kład Kró­lew­skie Wy­ro­by był praw­do­po­dob­nie tyl­ko jed­nym z kil­ku (kil­ku­na­stu, może kil­ku­dzie­się­ciu?) miejsc, gdzie okrut­nie mor­do­wa­no lu­dzi, zbie­ra­no i ma­ga­zy­no­wa­no ich krew. I za­pew­ne nie od­gry­wał w ca­łym tym zbrod­ni­czym przed­się­wzię­ciu wy­so­kiej po­zy­cji na li­ście, sko­ro Wład­cy za­ry­zy­ko­wa­li jego od­kry­cie przez wro­gów.

Ko­lej­ne po­miesz­cze­nie za­wie­ra­ło po­jem­ni­ki z ko­ść­mi, oczy­wi­ście ludz­ki­mi. Były do­kład­nie oczysz­czo­ne z krwi i mię­sa i ozna­czo­ne: PRZE­ZNA­CZE­NIE – PRO­DUK­CJA ŻE­LA­TY­NY. Mi­chał za­klął. Po­dob­ne po­jem­ni­ki, z któ­rych część, we­dle ozna­czeń, za­wie­ra­ła rów­nież ko­ściec zwie­rzę­cy, od­kry­li w dwóch in­nych sa­lach. Wszyst­kie trzy po­miesz­cze­nia z ko­ść­mi nie zo­sta­ły wy­chło­dzo­ne.

Na ze­wnątrz z lek­ka sią­pi­ło. Noc trwa­ła w naj­lep­sze, jed­nak spoj­rze­nie na ze­ga­rek przy­po­mnia­ło o zbli­ża­ją­cym się nie­uchron­nie świ­cie. Ka­sia i Mi­chał byli w wy­jąt­ko­wo po­nu­rych na­stro­jach. Na­wet świe­żość i chłód po­wie­trza po ule­wie nie były w sta­nie za­głu­szyć odo­ru ma­so­wej za­gła­dy. Wła­śnie to tam od­kry­li – ma­so­wą za­gła­dę. Mi­chał kil­ka­krot­nie od­wie­dził Au­schwitz-Bir­ke­nau, już po woj­nie, kie­dy utwo­rzo­no tam mu­zeum, pa­miąt­kę jed­nej z naj­okrut­niej­szych zbrod­ni w hi­sto­rii ludz­ko­ści, a tak­że kil­ka in­nych po­dob­nych miejsc, i za­wsze czuł krew nie­win­nych oraz prze­sy­ca­ją­cą wszyst­ko at­mos­fe­rę miej­sca kaź­ni. W Kró­lew­skich Wy­ro­bach miał iden­tycz­ne od­czu­cia, mimo iż pod wzglę­dem ilo­ści za­mor­do­wa­nych za­kład ten nie do­rów­ny­wał obo­zom za­gła­dy. Ale je­śli cho­dzi o okru­cień­stwo – może na­wet je prze­ra­stał. Wszyst­ko, co tam zo­ba­czy­li, mie­li udo­ku­men­to­wa­ne w pa­mię­ci apa­ra­tu cy­fro­we­go.

Mi­chał otwo­rzył drzwi