Wydawca: Studio Truso Grzegorz Gortatewicz Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 190 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojna świrów - Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr

Wojna świrów i skończyły się pokojowe manewry!

Dawid Kain i Kazimierz Kyrcz Jr wywołali prawdziwą wojnę – Wojnę świrów!
Co wspólnego mają ze sobą leśmianowski Dusiołek, megalomański pisarz Roger oraz dysponująca zabójczym głosem piosenkarka Mirella? Czy światem rządzi przypadek, czy raczej spisek? I kto dybie na życie najdziwniejszych mieszkańców Krakowa?

Czarny humor, barwni bohaterowie, celne opisy i pomysły rodem z kosmosu!

Wojna świrów, to pierwszy rodzimy bizarro slasher!

Bizarro fiction (z ang. bizarre – dziwaczny, fiction – fikcja, także: bizarro, neosurrealizm, avant punk) – współczesny gatunek literacki, którego autorzy używają takich środków wyrazu jak absurd, groteska czy satyra w celu stworzenia wyłamującej się ze schematów prozy. Termin został wprowadzony do obiegu w 2005 roku za sprawą niezależnych północnoamerykańskich oficyn wydawniczych Eraserhead Press, Raw Dog Screaming Press oraz Afterbirth Books, które zaadaptowały określenie jako nazwę gatunku literackiego uprawianego przez autorów z nimi współpracujących.
W Polsce terminu bizarro-fiction zaczęto używać w 2011 roku. W sierpniu 2011 roku ukazała się powstała z inicjatywy autorów zainteresowanych tym gatunkiem i wydana niezależnie antologia Bizarro dla początkujących. W październiku 2011 roku rozpoczął działalność portal Niedobre Literki, poświęcony promowaniu gatunku i publikowaniu prac twórców inspirujących się nim.

Do polskich pisarzy tworzących teksty z pogranicza bizarro-fiction można zaliczyć Dawida Kaina (m.in. powieści Prawy, lewy, złamanyGęba w niebieZa pięć rewolta, oraz zbiór opowiadań Makabreski), Kazimierza Kyrcza Jr. (napisana z Robertem Cichowlasem powieść Efemeryda oraz niektóre z opowiadań stworzonych we współpracy z Dawidem Kainem i opublikowanych w zbiorach Piknik w piekleHorrorarium oraz Chory, chorszy, trup), Rafała Kuletę, Krzysztofa T. Dąbrowskiego, Krzysztofa Maciejewskiego, Marka Grzywacza i Karola Mitkę. (źródło: wikipedia.pl)

Opinie o ebooku Wojna świrów - Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr

Fragment ebooka Wojna świrów - Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr

Wojna świrów

Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr

Warszawa 2014

Copyright © Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr & Studio Truso

Redakcja i korekta: Marek Grzywacz

Łamanie i okładka: Grzegorz Gortatewicz

ISBN ePub: 978-83-63966-18-8

ISBN mobi: 78-83-63966-19-5

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

Wydawnictwo Studio Truso

01-949 Warszawa, ul. Kasprowicza 70/17

www.studiotruso.pl, www.facebook.com/StudioTruso

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Zmienić historię potrafią jedynie geniusze i szaleńcy.

Eugeniusz Iwanicki

Za czymże gonią ci szybkobiegacze? Czy niepodobni są do tej kobiety, co przerażona domowym pożarem wyniosła z domu pogrzebacz? Cóż więcej wynoszą oni ze wspaniałego pożaru życia?

Søren Kierkegaard

Prolog

Wyobraź sobie, że ciało staje się twoim najgorszym wrogiem. Że nieustannie musisz z nim walczyć, próbując ocalić siebie samego. Przez całe życie toczysz ten konflikt, rozłożony na setki mniejszych bądź większych bitew. Okupiony łzami, krwiakami, wiecznie zmienną, a zarazem niezmienną deformacją kośćca. Ranami i bliznami duszy, które jedynie ty dostrzegasz. I nawet jeśli odniesiesz chwilowe zwycięstwo, na innych frontach nieuchronnie przegrasz, bo nie jesteś w stanie pozbyć się etykietki odmieńca.

Nie da się ukryć, fizyczność rzadko bywała jego sprzymierzeńcem. Odczuwał to najmocniej, gdy nadciągała transformacja. Tak jak teraz.

Z początku odnosił wrażenie, jakby był dotykany przez tysiące dłoni. Jednocześnie pieszczących go łagodnie, gładzących samymi opuszkami palców. To znów zaciskających się w pięści i miażdżących jego szkielet następującymi po sobie seriami potężnych ciosów. Później zastąpiły je igły, gorliwie nanizujące komórkę po komórce na rozżarzony do czerwoności drut.

Wił się na dywanie, korzył przed własną słabością, w obliczu zmian rozdzierających skórę, kości, ścięgna i mięśnie. Piekący pot zalał mu oczy, usta wypełniała spieniona ślina.

Nie zdążył w porę ściągnąć z siebie koszuli. Dwa symetryczne guzy wyłoniły się znad linii żeber, napierając na kraciasty materiał. Guziki odrywały się z pętelek i jeden po drugim wystrzeliły na podłogę sypialni.

Dysząc spazmatycznie, padł na kolana. Nogi miał chudsze niż jeszcze przed godziną. Skojarzyły mu się z odnóżami jakiegoś rzadkiego owada, może jadowitego pajęczaka, który czeka przycupnięty w najciemniejszych zakamarkach podświadomości, nienazwany dotąd ani przez zoologów, ani przez psychiatrów.

Nie koniec na tym. Wysokie czoło z zalążkami łysiny przeformowało się, ściągając na niego ból, jaki towarzyszyłby przeprowadzanej bez znieczulenia lobotomii. Włosy wypadały mu całymi garściami, przygotowując miejsce dla nowych, mocniejszych.

Wstrząsany drgawkami, zdołał jakimś cudem przyjąć pozycję embrionalną. Wyglądał, jakby ktoś go tutaj właśnie urodził i pozostawił na pewną śmierć. Brakowało tylko oślizgłego zwoju pępowiny, mięsnej pętli czekającej, aż zaciśnie ją sobie na nienaturalnie spłaszczonej krtani.

Nieco później sklepienie czaszki zawibrowało. Można by pomyśleć, że niezliczona ilość mikroskopijnych wiertełek próbuje przebić się z wnętrza głowy na szare światło dnia. Nowe włosy spłynęły mu wzdłuż policzków, łaskocząc zroszony kropelkami potu nos. Wydłużały się w porażającym tempie, aż sięgnęły końcówkami skurczonych, dwa razy węższych niż poprzednio, ramion.

– Zasługuję na to, zasługuję… – wycharczał, nie wiedząc, czy drwi, czy raczej lituje się nad sobą samym.

1.Bolesław, Artur, Beata

– Weź ty się lecz, człowieku! Ja rozumiem, być gejem od urodzenia albo przegiąć się nagle po pięćdziesiątce. Ale spedalić się wyłącznie dla kasy, to już przesada!

Pierdolnąłbym mu. Najchętniej. Za tę opinię, naprędce skleconą i za całą jego postawę w tej chwili. Za tę homoortodoksję, dzielenie wszystkich zwyroli na złotych chłopców i parszywe łżegejostwo. Za domniemaną czystość pedalskiej duszy i dupy, pieniądzem nieskalanej, którą chciał mi wcisnąć. Raz pod oko i drugi raz w szczenę. Albo chociaż liścia na twarz, skoro idzie jesień. To jednak mój kumpel, na dodatek ciota praktycznie od kołyski, a kobiet przecież się nie bije.

– Nie szarp się, Adam, bo się impotencji nabawisz – odparłem więc po prostu.

– Ja się nie szarpię, to ty się szarpiesz! Do reszty ocipiałeś?! Żeby ktoś za forsę podszywał się pod jednego z nas? Co prawda cwele na dworcu dają starszym panom za kieszonkowe, ale ty przecież udajesz miłość! Nie dość, że pieprzysz się z jakimiś typkami, to na dodatek ściemniasz, że ich kochasz…

Adam był jedynym z moich dawnych znajomych, który dowiedział się, co robię. Wściekł się tak bardzo, bo jako kryptogej poczuł się osobiście urażony moim zachowaniem. Zwisało mi to. Żeby żyć na wyższym poziomie trzeba czasami postawić wszystko na jedną kartę.

– Kocham, dymam, pełny serwis… A tobie co do tego?! Pewnie zazdrościsz, że mam co miesiąc nowego sponsora, a ty od wakacji jesteś sam jak fiut.

– Tu nie chodzi o mnie. Wkurza mnie, że udajesz kogoś, kim nie jesteś. Wbrew sobie, swojej naturze, tylko dla floty. Jesteś zwykłym… komercyjnym homosiem.

• • •

A jak! Jazda to jazda.

Nie przepadam za gejami, tak na marginesie. Jednak nastały takie czasy, taka moda, że każdy gej jest okej. Gdziekolwiek się nie odwrócisz, same cioto-sapiens. Co rusz wychodzi na jaw, że kumple, twoi rodzeni kumple, z którymi żeś oglądał pornole w podstawówce i wyrywał laski w liceum, także są po „drugiej stronie”. I bez żadnego zażenowania wyznają ci teraz: „Wiesz, Artur, bo ja jestem inny niż reszta, jestem homoseksualistą”. Też mi, kurwa, „inny”! Jaki „inny”, jak ostatnio co drugi jest niby-odmieńcem? Więc chyba raczej hetero są obecnie w mniejszości. Oni są naprawdę „inni”!

Dzięki temu, że mam sporą grupę spedalonych kumpli, spory odsetek zwyroli w środowisku rodzinno-koleżeńskim, przejrzałem tych ludzi na wylot. Od początku węszyłem niezły zarobek, a to całe pedalstwo pachniało mi niezłą kapustą. Tak musiały pachnieć Billowi Gatesowi komputery, jak zaczynał z Microsoftem. Wiedział, że trzeba mieć dobry pomysł, związany z nową, prężnie rozwijającą się dziedziną i – co najważniejsze – uskutecznić swój plan bez oglądania się na nic.

Jaki jest najpopularniejszy stereotyp na temat wszystkich homo? Że lecą wyłącznie na seks. Wychodząc z tych błędnych założeń, nastoletnie cwele puszczają się gdzie popadnie, zarabiając marne grosze. Ale ja wiem, jak wyssać z pedałów prawdziwe fundusze. Jestem współczesnym Midasem, który prawie każdego napotkanego zboka zmienia w górę złota. Wszystko dlatego, że odkryłem Wielką Prawdę: Geje najbardziej pragną miłości. Nie różnią się pod tym względem od ogółu i szczegółu ludzkości. Seks to tylko chwilowe zastępstwo uczuć, krótka zabawa za stówę czy dwie. Ja nie jestem przeciętnym cwelem, tanią dupodajką. Ja sprzedaję samotnym pedałkom czystą miłość. Bez zbędnych domieszek. A oni? Potrzebują jej tak bardzo, że są gotowi dać mi wszystko, o co poproszę.

• • •

– Serio mnie kochasz, czy ściemę walisz? – spytał kiedyś taki jeden. Bolek się nazywał. Bolesław Namysłowski. Prawdziwy hardkorowiec, ogier jakich mało. Wtedy dopiero wkręcałem się w ten fach, byłem jeszcze zielony w tym swoim udawanym gejostwie. Wiedziałem już jednak, że mogę wyciągnąć profit, sprzedając jednocześnie seks i miłość, dwa w jednym – istne fuck-and-go. Oczywiście pod warunkiem, że będę wiarygodny. Starałem się więc nie tyle udawać, co naprawdę tego gościa kochać. Nie za darmochę, rzecz jasna.

– Pewnie, Boluś. Strasznie cię kocham. Ale sam wiesz, jak jest. Ujawniłem się całkiem niedawno i wciąż mam kłopoty z okazywaniem emocji. Wszystko przez mojego ojca. Oschły i okrutny frajer. Mówiłem ci już jak traktował mnie i matkę. Potrafił, widząc na billboardzie reklamę „Tajemnicy Brokeback Mountain”, krzyczeć: „Pedy do gazu!”. Nic dziwnego, że teraz tak trudno mi się otworzyć. Szczególnie że… jesteś moją pierwszą miłością.

He, he, ale mu nasłodziłem! Mistrzostwo świata i Oscar w dziedzinie aktorstwa propedalskiego. Z tym, że wcale nie kłamałem. Choć pewnie miłość w znaczeniu, w jakim ja ją rozumiem, nie zgadza się z waszym oglądem. Whatever, palanty. W każdym razie – nie miałem żadnych kłopotów z okazywaniem uczuć i bynajmniej nie on był pierwszą osobą, której je okazywałem. Przez całe liceum co dwa – trzy miesiące obracałem nową lalę. Wszystkie szczerze kochałem, bez ściemy. To tylko kwestia pozytywnego nastawienia. Ale jak już się którąś znudziłem, albo jak nam się w łóżku nie układało, szybko znajdowałem sobie następny obiekt westchnień. Jak to mówią – carpe diem, czy raczej – carpe noctem.

Pewnie zastanawiacie się, w jaki sposób mogłem opanować żywioł uczuć, nad którym większość z was nie ma najmniejszej kontroli… Banał! Jako dziecko nie kochałem nikogo. Rodziców, koleżanek, Boga, nikogo. Ale pewnego dnia zdecydowałem, że pomodlę się za to, żeby udało mi się wpierdolić takiemu jednemu gostkowi z osiedla – Frankowi (dwa lata starszy i w pytę silny, więc teoretycznie nie miałem szans). Jakimś cudem modlitwa pomogła. Złamałem fagasowi nos i od tej pory to ja byłem panem na dzielni. Wtedy zacząłem szczerze kochać Boga. Kochałem Go za każdym razem, gdy spełniał moje życzenia. Kiedy ich nie spełniał, nienawidziłem z całego serca. W takich chwilach miał konkretnie przerąbane. Tak jak moja miłość nie miała granic, tak też mój gniew szybko osiągał apokaliptyczne rozmiary. Potrafiłem bluźnić we śnie i na jawie. Nieraz miewałem koszmary, że dźgam wiszącego na krzyżu Jezusa, wbijając mu dzidę pod żebra i grożąc: „Niech lepiej twój Stary zrobi, co kazałem, bo popamiętasz!”.

Z rodzicami podobnie. Dostałem od nich wymarzony rower – moje uwielbienie dla nich było tak wielkie, że aż błyszczały mi gały. Nie chcieli dać na lody z bitą śmietaną – w moich myślach już mieli rozprute bebechy i pętle na szyjach, a ich truchła dyndały jak wahadła starych zegarów…

Taką technikę kontrolowanego kochania stosowałem też przy moich pedalskich eksperymentach. Przećwiczyłem ją najpierw na Bolku. Szczerze kochałem go przez jakieś dwa miesiące. Naprawdę świetnie nam się układało. On był przy kasie – tatuś lekarz, mamusia prawniczka – więc kupował mi różne rzeczy: ubrania, zegarki, nawet komórę podarował, i to jakiś drogi model.

Wyznał kiedyś:

– Artur, ja przez całe lata byłem nieszczęśliwy. Czułem się jak odmieniec, a nie miałem pojęcia, o co może chodzić. Raz nawet pociąłem się żyletką. Przyjechała karetka… straszna afera. Musiałem przez pół roku chodzić do psychologa, ale i to nie pomogło. Dopiero teraz, gdy zrozumiałem kim jestem i poznałem kogoś, dla kogo warto się rano budzić, pewniej stoję na nogach. Sam widzisz, jak często się uśmiecham. To wyłącznie dzięki tobie.

No to mi ładny monolog pierdyknął, nie ma co. Autentyczne homooratorium i gejzer miłości w jednym. Położyłem mu dłoń na ramieniu i – patrząc centralnie w oczy – powiedziałem:

– Wiem, co czujesz, kochany. Sam byłem w tym wszystkim trochę zagubiony, rozumiesz, dojrzewanie, hormony, a do tego jeszcze te gejowskie zainteresowania. Miłość wiele w moim życiu zmieniła. Jestem bardziej wyciszony. Zaakceptowałem samego siebie. Pogodziłem się z tym, kim jestem. Nie chcę niczego zmieniać.

Tak naprawdę to zawsze akceptowałem samego siebie. Akceptowałem też prawa rządzące światem. A jedno z nich głosiło: „łap okazję, oskub fagasa, bo drugi taki naiwniak może się trafić nieprędko”.

Po dwóch miesiącach wyczaiłem kolejną dzianą ciotę – trzydziestoletniego maklera ze stolicy, z portfelem wypchanym jak moszna dinozaura. Wtedy powiedziałem Bolkowi, że z nami koniec, finito, trzym się stary, nie pękaj i narka.

Bolek odpowiedział, że myślał o mnie na poważnie. I że nie wie, co teraz zrobi. Że chyba się zabije.

Na co ja:

– Rób co chcesz. Mnie to już gówno obchodzi.

Nie ma to jak przyjebać samą prawdę. Taka kropka na „i”. Jak skalpelem po aorcie. Piękna rzecz. W tamtej chwili zrozumiałem, że mogę wszystko. Bo rzeczywiście mogłem. Kto kontroluje uczucia, ten kontroluje ludzi. A kto kontroluje ludzi, ten rządzi. Tyle w temacie.

• • •

Wyczajenie nowej cioty do oskubania jest dosyć proste. Najpierw ustalasz miejsce – musisz jednak pamiętać, że to środowisko ma swoje zwyczaje. Raczej nie wyrwiesz gościa na spacerze w parku ani w supermarkecie. Marne szanse, bo może się bać. Wokół węszy zbyt dużo wrogo nastawionych heteryków, więc na dziewięćdziesiąt dziewięć procent nic z tego nie wyjdzie. Poluje się w necie, a najlepiej w lokalach dla queerów. Zazwyczaj w każdym dużym mieście jest po kilka takich. Poświęć trochę czasu i odwiedź je wszystkie. Rozpoznanie terenu to podstawa. Rozpoznanie i cierpliwość. Zwracaj uwagę na wystrój, ceny drinków i na ludzi, którzy tam balują. Powinieneś bez problemów poznać, która knajpa ściąga najbardziej kasiastą klientelę. Do tego właśnie wybierz się na łowy. Ładnie się ubierz, a wcześniej wyszoruj, wypachnij, odpicuj; pedałki mają na tym punkcie korbę. Gość, który nie dba o wygląd, od razu zostanie rozpoznany jako heterycka wtyka. Masz być gejem – ciałem i duchem. Uśmiechaj się szerzej niż zwykle, patrz na wszystkich tak, jakbyś chciał ich tu i teraz zerżnąć.

Stań przy barze. Zamów coś, cokolwiek, to nie jest takie istotne, ale im droższe, tym lepsze. I zacznij się rozglądać.

Popatrz, przy których stolikach są najdroższe drinki. Nie patrz na ich ilość, a na jakość. Może siedzi tam jakiś klient, który stawia innym. Jeżeli taki się trafi, odczekaj parę kolejek, czy dalej będzie fundował, czy zabraknie mu kasy na dalsze szaleństwa. Jak stawia, są dwie możliwości: albo ma megaflotę, bo po prostu jest bogaty, albo jest średniozamożny, ale ma jakąś specjalną okazję – urodziny, imieniny, chuj wie – i dlatego zrobił się rozrzutny. Przyjrzyj się też, w co się ubrał. Popatrz jaki ma zegarek, jakie buty – to ważne. Najlepiej będzie, jak ktoś zadzwoni do niego na komórkę albo wyśle mu esemesa. Przy okazji ocenisz, czy ma jakieś gówno za kilka złotych w promocji, czy najnowszy rarytas wart parę koła. Jeśli uznasz, że klient należy do elity – możesz spróbować zagadać. Ale nie podchodź do jego stolika. Nie narzucaj się, bo możesz zrazić i gościa, i jego znajomych. Poczekaj, aż sam podejdzie do baru. Wtedy coś powiedz. Inteligentnie i seksownie. Nie pierdol o pogodzie, ani o tym, że jesteś wprawdzie ciotą, ale w takie przegięte rejony to trafiłeś pierwszy raz. Zagadaj w sposób, który umożliwi rozwinięcie rozmowy. Potem działaj intuicyjnie – powinno być z górki. Utrzymuj kontakt wzrokowy. Uśmiechaj się. Od czasu do czasu, niby mimochodem, oblizuj wargi. No i staraj się dotknąć klienta, jeśli tylko nadarzy się okazja.

• • •

Jerzy mi się znudził, bo wyjebali go z roboty. Informatyk to nie to samo, co były informatyk. Powiedziałem, że podejrzewam go o niewierność i że muszę odpocząć przez jakiś czas. Oczywiście ściemniałem. Jurek nigdy nie puściłby się na boku. Ale skoro stracił źródło wysokich dochodów, moja miłość stopniała szybciej niż śnieg w lecie.

Jaka jest bajka o łodzi? Nie łódź się! Z łódzkich gejów wyrwałem wszystko, co się dało, więc przeniosłem się do Krakowa. Za parę groszy wziąłem mały pokoik w hostelu i zacząłem przygotowywać się na wieczorne wyrywanie ciot. Lokalizacje miałem już obczajone podczas poprzednich wizyt w tym mieście. Kasy uzbierałem tyle, że spokojnie wystarczy na co najmniej dwa – trzy miechy. Jeśliby się nie udało – co raczej nie wchodziło w grę – zawsze mogłem wrócić do Jurka i wydusić z niego trochę dodatkowej floty na następne wyprawy.

• • •

„Different” – moje ulubione miejsce polowań. Przyjemna atmosfera, ekskluzywne towarzycho, zastępy ciot bogatych i łatwych do szybkiego oskubania. Lesby i pedały orbitują spokojnie wokół baru. Czują się tu pewnie, bo wydaje im się, że są wśród samych swoich.

Złudzenia.

Wyglądam na tyle ładnie, by budzić wyłącznie pozytywne reakcje. Nażelowałem włosy, spryskałem się dobrą wodą kolońską. Sączę przez słomkę browca z sokiem pomarańczowym, rozglądam się, w pełni usatysfakcjonowany tym, jaki jestem fajny. Mam już jednego zboka na celowniku – przystojniak z komórą za cztery i pół kafla. Trzeba znać sprzęt, żeby się nie pomylić. Wiadomo, szkoda czasu na fagasa, który ma w kieszeniach tylko drobniaki. Jak już uderzasz, to porządnie. Podobnie jest z bójkami – wolisz przepychać się z gościem, czy pierdolnąć mu tak, żeby się nie podniósł?

Czekam…

Za parę minut podejdzie i po krótkiej gadce-szmatce będę go miał na własność. Przyda mi się, oj przyda. Oczami wyobraźni już widzę jego portfel, jego karty kredytowe – pewnie złote albo pokryte platyną, tę rzekę kasy, z której będę sobie czerpał do woli, tak długo, jak będę miał ochotę.

– Cześć! – mówi ktoś za moimi plecami.

Piskliwy głos. Pewnie lesba albo ciota przed mutacją.

Odwracam się.

Jakaś dupencja. Całkiem niezła – z twarzy i z figury. Króciutka mini i prześwitująca bluzeczka odsłaniająca kształtne pociski… Odnoszę dziwne wrażenie, że skądś ją znam. Może w czasach licealnych była brzydkim kaczątkiem, a teraz, proszę proszę, wyrosła na ładną i chętną suczkę, więc jeśli mam ochotę na rypanko w klasycznym stylu hetero – to proszę bardzo, droga wolna.

– Cześć – odpowiadam. – Znamy się

– Chyba nie. Jestem tutaj pierwszy raz.

Co ona pierdoli? Chuj mnie obchodzi, że jest tu pierwszy raz. Co ona sobie wyobraża? Czyżbym nagle stał się magnesem dla biseksualnych nimfomanek?

– I jak, podoba ci się? Szukasz koleżanki? – pytam na odczepnego, ot tak, żeby nie wyjść na chama.

Uśmiecha się. Kurwa, jak się uśmiecha, to robi się jeszcze ładniejsza niż normalnie, aż mnie ciary przechodzą. Dawno tak nie miałem.

– Nie, nie. Ze mną to trochę inna bajka. Przyszłam tu, bo chciałam mieć święty spokój… Święty spokój z tymi kolesiami, którzy na każdym kroku chcą mnie łapać za tyłek i miętolić cycki. Tutaj sami geje, więc jestem dla nich niewidzialna. A jeżeli jakaś dziewczyna będzie chciała mnie bliżej poznać, to w sumie nie mam nic przeciwko. Tyle, że nie będzie mogła liczyć na wiele, bo nie jestem les. Choć czasem wolałabym być…

– Dziwna sprawa. Niby uciekasz przed kolesiami, a sama zagadujesz do jednego z nich.

– No tak. Ale ty chyba też jesteś gejem, nie?

Parskam śmiechem, by ukryć zmieszanie. Ten śmiech daje mi parę sekund na podjęcie decyzji. Dobra, co mi tam? Na jakiś czas zwinę stary biznes i otworzę nowy, bardziej w typie charytatywnym. To znaczy – biorę się za tę pizdeczkę, ale wcale nie po to, żeby z niej ściągnąć flotę. Pobawię się z nią, zapomnę o tym całym pedalskim zawszonym majdanie, który ciągnie się za mną od lat… Przydadzą mi się wakacje w damskim towarzystwie.

– Nie. Zawędrowałem tu przypadkiem. Mam nadzieję, że się nie rozczarowałaś.

Robi dziwną minę. Niby zaskoczona, niby zadowolona – coś pomiędzy. Coś, czego nie jestem pewien. Wyraz jej twarzy niczego do końca nie zdradza, co jeszcze bardziej pobudza moją ciekawość.

Skąd ja ją znam?

– Rozczarowałam? Nie, nie. Myślałam, że… A nie, nie będę zawracać ci głowy.

Odwraca się i idzie w kierunku wyjścia. Co do kurwy nędzy?! Gdzie ona się wybiera?!

W tym samym momencie do baru podchodzi mój fagas z komórasiem za cztery i pół. No i jestem w rozterce, bo tu jedna okazja sama do mnie przychodzi, zaś druga znika w korytarzu, zmierzając na zewnątrz. I z jednej strony mógłbym sobie trochę podbić stan konta, popaść się na kolejnym sponsorze, ale z drugiej – już mnie to znudziło. Potrzebuję przerwy. A na tej przerwie chcę być z kobietą. Właśnie z tamtą, która w tej chwili stąd wybywa.

Zostawiam niedopite piwo i biegnę za nią.

Łapię ją zaraz za progiem.

– Co jest? Co tak nagle uciekasz? Krzywi się, jakby miała w ustach przynajmniej połówkę cytryny.

– Och, nic. To nic takiego. Nie chciałam ci przeszkadzać. Po prostu…

– Weź nie ściemniaj.

– Co?

– Nie ściemniaj. Wiem, że coś kręcisz.

Unosi brwi, marszy czoło. Zatroskana? Ojej, czemu?

– Dobra, przejrzałeś mnie. Wcale nie myślałam, że jesteś gejem. Nie mam pojęcia, czy to było jakieś przeczucie, intuicja czy coś, ale od razu doszłam do wniosku, że ty tam nie pasujesz. Więc postanowiłam zagadać, bo wydałeś mi się interesujący. Może zabrzmię jak w jakimś melodramacie, ale czuję, jakbyśmy się już wcześniej gdzieś spotkali.

Kurwa, czy to się nazywa chemia, czy jebana miłość od pierwszego wejrzenia?

– Rzeczywiście, brzmi trochę jak harlekin. Z tym, że… ja też mam takie wrażenie.

Dostrzegam błysk w jej oczach. Można go odczytać na różne sposoby. Albo że się zabujała, albo chce się ze mną trochę poszlajać po mieście, zanim przejdziemy do rzeczy… Albo może ten błysk oznacza: „Oho, rybka chwyciła przynętę”. Ta ostatnia możliwość kompletnie mi nie pasi, więc momentalnie wymazuję ją z pamięci.

• • •

– Co robisz? – Następnego dnia, na naszej pierwszej prawdziwej randce, dopytuje się Beata.

– W jakim sensie?

– No, czym się zajmujesz, z czego żyjesz? Biorę głęboki oddech. Wcale nie tonę, bynajmniej. Rozglądam się po kawiarni, udając, że nagle niezmiernie zainteresowały mnie reprodukcje obrazów Alfonsa Muchy, bujna roślinność wyzierająca z każdego kąta, czy przytwierdzone do ścian kinkiety. Chcę tylko zyskać na czasie. Zwykła gadka, jaką mam przygotowaną na podobne okazje – że złośliwy profesor uparł się na mnie i doprowadził do tego, że na czwartym roku wyleciałem ze studiów i od tamtej pory pracuję dorywczo gdzie się da, byle nie wracać do rodzinnego zadupia gdzieś na kielecczyźnie – jakoś nie chce mi przejść przez gardło. Zbyt mocno tchnie banałem. I kredytem studenckim do spłacenia.

– Ja… – zaczynam głupio i całkiem nieprzekonująco. – Byłem konsultantem w takiej jednej firmie…

– Ale?

– Splajtowała. Póki co żyję z oszczędności. Trochę też gram na giełdzie. I…

– Jakoś wiążesz koniec z końcem?

– Można tak powiedzieć.

– Więc stać cię na mnie? – Uśmiecha się zalotnie, kładąc mi dłoń na udzie i lekko je ściskając. Jej mina sugeruje, że należymy do jakiegoś tajnego stowarzyszenia, a takie gesty są naszym znakiem rozpoznawczym.

Przyjemny prąd sunie od krzyża, po kręgosłupie, aż do ramion. Co można w tej sytuacji odpowiedzieć?

– Pewnie. Jak sama zobaczysz, stać mnie naprawdę na wiele…

Jeszcze tego samego wieczoru ma szansę się o tym przekonać.

Z jednej strony czuję się manipulowany i – co zaskakujące – nieco wykorzystywany, z drugiej jednak jest mi przyjemnie jak nigdy.

Ma delikatne i szczupłe palce, podczas pieszczot prawie nimi nie porusza, co jeszcze bardziej mnie nakręca, bo przynajmniej nie zachowuje się tak, jakby miała pilną sprawę do załatwienia. Po prostu cieszy się mną, a ja odpowiadam jej tym samym.

• • •

Mija miesiąc absolutnego szczęścia, którego nie jest w stanie przyćmić nawet topniejący w błyskawicznym tempie stan mojego konta. Żeby było śmieszniej, wbrew całej tej dyskusji o tym czy mnie na nią stać, Beata zazwyczaj sama płaci za siebie. Co prawda pozwala niekiedy, bym dał jej jakiś drobny prezent: kwiaty, kolczyki czy książkę, na którą od dawna ostrzyła sobie ząbki, ale przecież nie czyni to z niej naciągaczki.

Trzy tygodnie później nawet stan totalnego zabujania nie potrafi przesłonić tego, co powinno być dla mnie oczywiste przynajmniej od kilku dni. Jestem bankrutem, kompletnym gołodupcem. A co gorsza, w tej stolicy centusi nie znam nikogo, kto byłby gotów pożyczyć mi choćby dychę.

Teoretycznie mógłbym na wieczór czy dwa wrócić do swojego starego, sprawdzonego sposobu zarabiania, ale jakoś nie mogę się przełamać. Odkąd poznałem Beatę – z jej jasnoniebieskimi hipnotyzującymi oczyma, jedwabiście miękką skórą i ustami, które potrafią unieść mnie w niebiosa – nawet przez chwilę nie potrafię wyobrazić sobie, że znów nadstawiam się jakiejś dzianej ciocie. Nawet, gdyby ta ciota srała studolarówkami.

• • •

Moja męska duma trochę na tym ucierpi, ale przecież nie ma się co łamać, przekonuję samego siebie, za ostatnie grosze kupując mojej dziewczynie bukiet czerwonych róż. Wszak Beata do biednych nie należy, więc kiedy wyjaśnię jej, że mam przejściowe problemy finansowe, na pewno zrozumie.

Wezmę się w garść, znajdę jakąś normalną robotę, wszystko z czasem się ułoży. Podobno kryzys traci na impecie – prędzej czy później załatwię w którymś z banków kredyt, kupimy sobie mieszkanko, ale przede wszystkim będziemy razem, bo przecież tylko to jest naprawdę ważne…

Umówiliśmy się w kawiarni, ale nie wchodzę do środka. Nieprzypadkowo. Po prostu nie miałbym za co kupić sobie drinka czy choćby herbaty.

Kręcę się przy wejściu, z nudów obserwując pijanego wąsacza, który podtrzymuje kiosk przed upadkiem. Obelix i Asterix byliby dumni ze swojego duchowego pobratymcy. Kilkanaście metrów dalej na ławce siedzą dwie kolesiówy w średnim wieku – za młode, by umrzeć, za stare, by z nimi współżyć.

Nieciekawy widok, zaręczam.

Beata pojawia się pół godziny później. Nie przeszkadza mi to, zdążyłem się już przyzwyczaić, że rzadko bywa punktualna. Wręczam jej bukiet, mówiąc coś banalnie miłego, przytulam ją, na sekundę czy dwie zanurzam twarz w pachnących wiosną włosach i proponuję, żebyśmy wybrali się na spacer.

Trudne rozmowy łatwiej prowadzi się w ruchu. Ja przynajmniej tak mam, że lepiej zbieram myśli, kiedy moje nogi są zajęte.

– Cudowna pogoda, prawda? – zagajam niezobowiązująco.

– Aż się prosi, żeby gdzieś wyjechać… Słuchaj, może urządzimy sobie wycieczkę do Sopotu? Podobno odremontowali molo, moglibyśmy przycupnąć na parę dni w jakimś hotelu i napawać się sobą.

Sopot? Hotel? Na takie patenty trzeba mieć w cholerę pieniędzy! Cóż, moja ukochana nie ułatwia mi tego, co chcę powiedzieć. Jednak zdaję sobie sprawę, że od pewnych tematów nie da się uciec. Im prędzej wyrzucę to z siebie, tym prędzej zajmiemy się czymś ciekawszym.

– Kochanie, chwilowo jestem spłukany – mówię, byle mieć to już za sobą. – Póki co nie stać mnie na taki wyjazd.

– Jak to „spłukany”? – Zatrzymuje się wpół kroku, przez co idący za nami chłopak omija nas praktycznie w ostatniej chwili.

– No… – Nie spodziewałem się aż tak gwałtownej reakcji. – Skończyły mi się oszczędności, muszę rozejrzeć się za jakąś nową pracą. Ale niedługo coś znajdę, nie ma problemu. – Brnę w optymizm, choć rzeczywistość wcale nie wygląda kolorowo.

– To niby co robiłeś do tej pory? – wypala Beata, wyrywając rękę spod mojego ramienia i stając naprzeciwko w taki sposób, jakbyśmy nagle z kochanków zmienili się w odwiecznych wrogów.

– Ja… myślałem…

– Myślałeś?! – parska we wzburzeniu. – Co myślałeś? Że będę cię sponsorowała? Że będziesz moim utrzymankiem, darmozjadem korzystającym z owoców mojej ciężkiej pracy?!

– Wcale nie, ja…

– No ty, pewnie że ty! Znam takie pijawki! Całymi dniami się opieprzają, zero kasy, zero ambicji, ale potem wystarczą słodkie oczka i komplementy dla jakiejś naiwnej. Kilka tygodni nawijania makaronu na uszy i już się wszystko zgadza, konto znowu na plusie. Myślisz, że cię nie przejrzałam?

Patrzy na mnie z autentyczną pogardą, zupełnie jakby uczucia, które do mnie żywiła, były tylko udawane. Ale teraz kurtyna opadła, można skończyć z tamtą oscarową kreacją i pozwolić sobie na szczerość: jesteś dla mnie nikim, jesteś gównem, w które przypadkowo wdepnęłam – gównem jakich wiele.

Minę ma taką, jakbym autentycznie śmierdział, jakbym był menelem, co wyczołgał się ze śmietnika i zaczepia wielką damę, w aurze najdroższych perfum przemierzającą należący do niej Kraków.

– Dlaczego mnie tak traktujesz? – zdołałem wyjąkać, jeszcze zamroczony tym jej słownym nokautem.

– Pierdol się, cwaniaku! – krzyczy, zadając ostatni werbalny cios i nie dając mi niczego wytłumaczyć. – Koniec z nami!

Po tych słowach odwraca się i odchodzi.

Gdybym miał siły, dogoniłbym ją, poprosił o szansę, udobruchał jakoś. Jednak to, jak mnie podsumowała, jej oskarżenia dźwięczące w mojej głowie – wszystko to sprawia, że zamieram. Nie mogę się ruszyć, ledwie oddycham.

Jeszcze nigdy przez nikogo nie zostałem aż tak poniżony, zmieszany z błotem, po prostu skasowany.

• • •

Nie odbiera telefonów, nie pojawia się w knajpach, w których razem bywaliśmy. Nie wiem, gdzie mieszka, nie mam pojęcia, gdzie jej szukać.

Jestem zmiażdżony, rozdarty w pół, a moje serce – organ zaprawiony w tylu bojach, który zawsze powinien mnie słuchać – dosłownie rozpadło się na kawałki.

Cierpię.

Cierpię tak straszliwie, że nigdy, w najczarniejszych godzinach nie pomyślałbym, że to w ogóle możliwe.

Moje dotychczasowe życie raz za razem staje mi przed oczyma, niczym widowisko z gabinetu krzywych luster. Widzę samego siebie, ssącego fiuty brzuchatych japiszonów, kurwiącego się, obracającego w niwecz wszystkie swoje talenty i sprzedającego duszę, której już nie odzyskam.

Rozsypuję się, nie daję rady. Muszę wyglądać jak sto nieszczęść, bo kiedy zaczepiam przechodniów, udaje mi się wyżebrać sporo grosza. Myśl o tym, że Beata potraktowała mnie jak pierwszego lepszego menela, w jakiś chory sposób zdołała się urzeczywistnić. Teraz naprawdę jestem nikim. Moją wartość wyznaczała kasa, którą zarabiałem dojąc naiwnych fagasów. Bez niej stałem się wyłącznie niewierzącym w samego siebie śmieciem, mentalnym zerem.

Żebry jeszcze mocniej wbijają mnie w glebę, ale przynajmniej mają określony cel, w przeciwieństwie do wszystkich innych podejmowanych przeze mnie działań. Wiem już, co zrobię z tymi pieniędzmi, które zdołałem w ostatnich dniach wysępić. Zainwestuję w kurację, która uwolni mnie od wszystkich problemów, od samego siebie, szybką i śmiertelnie skuteczną.

• • •

Beata, dawniej znana jako Bolesław Namysłowski, była z siebie dumna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Choć może „dumna” to nie jest odpowiednie słowo. Po tym jak Artur potraktował jej poprzednie wcielenie, porzucił bez żadnej zapowiedzi, na początku naprawdę chciała się zabić. Na szczęście w porę zrozumiała, że nie tędy droga. Że padła ofiarą bezwzględnego oszusta, gnidy nie mającej prawa żyć.

Jej „inność” nie wynikała wyłącznie z orientacji seksualnej. Beata należała bowiem do istot, które potrafiły diametralnie zmieniać swój wygląd. Bolesny proces pozwalał nie tylko na zmianę płci czy powierzchowności, ale i cech charakteru. Stając się kobietą w pełnym tego słowa znaczeniu, słabeusz Bolek okazał się nagle znacznie silniejszy, niż mógłby przypuszczać. Zawziął się, raz na zawsze zostawiając za sobą przykrą przeszłość, pełną emocjonalnych porażek i duchowych mielizn.

Dzięki nowemu wcieleniu Beata mogła odpłacić Arturowi za wyrządzone krzywdy, mogła wreszcie sprawić, by poczuł się tak jak jego ofiary: obnażony, sponiewierany i gówno warty.

formaty mobilne

dla każdego tytułu

książki multimedialne

każdy ebook w wersji

dla dyslektyków

wygodne e-płatności (przelew, karta)

natychmiastowa wysyłka

Wyślij na Kindle, Dodaj do Dropbox

multimedialny reader on-line

przejrzysta biblioteka

…i wiele innych udogodnień!

pierwsza taka platforma!

formaty mobilne dla

każdej

e-gazety

prasa multimedialna

wygodne e-płatności (przelew, karta)

prenumerata na sztuki

podgląd prenumeraty w bibliotece

możliwość lektury on-line

wygodna i natychmiastowa wysyłka