Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 406 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojna Starka - Jack Campbell

Stany Zjednoczone władają niepodzielnie całą Ziemią, jako ostatnie z supermocarstw. Pozostałe państwa, pragnąc zbudować społeczeństwo wolne od tej dominacji, kolonizują Księżyc. Eksploatują tamtejsze złoża, uniezależniając się ekonomicznie. Armia USA otrzymuje więc rozkaz odbicia ziemskiego satelity i zwrócenia go prawowitym właścicielom.

Sierżant Ethan Stark musi przygotować swoją drużynę do walki z nieustępliwym wrogiem, w miejscu, gdzie nie ma atmosfery a grawitacja jest mniejsza sześć razy od ziemskiej. Przeżycie w tych warunkach będzie wymagało od niego podejmowania trudnych decyzji. Musi wybierać, które rozkazy wykonać, a które zignorować?

Porywająca podróż przez pola bitew niedalekiej przyszłości, gdzie wiedza oznacza kontrolę nad sytuacją, a głupota wciąż rządzi. To znakomita i przede wszystkim bardzo mądra opowieść

Mike Sheperd, autor "Kris Longknife: Redoubtable".

Opinie o ebooku Wojna Starka - Jack Campbell

Fragment ebooka Wojna Starka - Jack Campbell

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
Prolog
CZĘŚĆ PIERWSZA. Operacja „Spokój” (fragment)
CZĘŚĆ DRUGA. Tam, gdzie nie doleciał żaden skowronek
CZĘŚĆ TRZECIA. Idź i powiedz Spartanom
Jack Campbell
Karta redakcyjna
Okładka

Mojemu ojcu, komandorowi porucznikowi US Navy, Jackowi M. Hemry’emu, który wstąpił do marynarki jako zwykły marynarz i ciężką pracą zasłużył sobie na stopień oficerski, oraz mojej mamie, Iris J. Hemry, która wiernie przy nim trwała mimo kilku wojen, zadań pełnionych na drugim krańcu świata, licznych manewrów oraz czwórki dzieci.

Prolog

Amerykanie przybyli tutaj niegdyś w swoich prymitywnych rakietach na paliwo ciekłe, gnani charakterystycznym dla ich nacji przeświadczeniem, że to oni właśnie muszą pierwsi pokonać ostateczną granicę, jaką jest niebo. Wylądowali, posiedzieli chwilę, zbadali skromny wycinek terenu, szukając nowej wiedzy. Potem ich zapał do eksploracji wygasł, zwyciężyła opcja kolonizacji bliższych, tańszych i bardziej bezpiecznych rejonów. Odlecieli więc po raz ostatni i nigdy nie powrócili, pozostawiając ledwie kilka wątłych śladów świadczących o tym, że ludzkość kiedykolwiek ważyła się opuścić macierzystą planetę.

Tuż przed końcem dwudziestego wieku, gdy trwająca niemal pięćdziesiąt lat zimna wojna dobiegła końca, a nowe potęgi – przezwyciężywszy kryzys, który dotknął świat w początkach nowego tysiąclecia – zaczęły się rozwijać w niespotykanym do tej pory tempie, Ameryka pozostała ostatnim z supermocarstw. Przewyższała rywali gospodarczo i militarnie. Jej korporacje, wspierane przez najbardziej zaawansowaną technologicznie armię świata, zdominowały Ziemię bardziej niż jakiekolwiek imperium wcześniej.

Gdy koncerny zdobyły kontrolę nad wszystkimi surowcami dostępnymi na Ziemi, reszta państw zaczęła się rozglądać za nowymi źródłami zaopatrzenia. Wiele lat po odlocie Amerykanów pojawili się wysłannicy innych nacji i sojuszy, poszukujący bogactw oferowanych przez kosmos. To oni wybudowali tutaj laboratoria, kopalnie, rafinerie, linie produkcyjne w strefie niskiego ciążenia i osiedla dla siły roboczej, które rozrosły się wkrótce do rozmiarów niewielkich miast. Po etapie wielkich inwestycji nadszedł czas wysyłki pozyskanych dóbr na macierzystą planetę i bogacenia się kolonistów.

Wtedy Ameryka po raz kolejny spojrzała w niebo i zdawszy sobie sprawę, że jest ono teraz własnością innych, uznała, iż czas najwyższy powrócić w przestrzeń i odebrać to, co – przynajmniej w swoim mniemaniu – utraciła.

CZĘŚĆ PIERWSZA Operacja „Spokój”

Okręt desantowy trząsł się niemiłosiernie. Zmieniał co chwilę kierunek lotu, aby zmylić losowymi manewrami systemy ogniowe przeciwnika, co wkurzało żołnierzy tkwiących w przewożonych na jego pokładzie transporterach. Regularne zwroty dało się przewidzieć i kompensować ze stosownym wyprzedzeniem, ale w takiej sytuacji pasażerowie desantowca byli całkowicie bezbronni. Sierżant Ethan Stark zaklął głośno, gdy podczas kolejnego zwrotu uprząż fotela wbiła mu się boleśnie w ciało. Nigdy nie można było mieć pewności, co stanie się z człowiekiem po zrzucie, ale jedno nie ulegało kwestii: tym razem już sam dolot do celu oznaczał liczne siniaki i otarcia.

– Przygotować się do zrzutu. – Z interkomu dobiegł głos porucznika, przerywając przytłaczającą ciszę w przedziale osobowym.

Kanciaste wnętrze transportera opancerzonego rzadko nastrajało optymistycznie, ale na moment przed dokonaniem zrzutu zawsze panowała w nim bardzo napięta atmosfera.

Stark przymknął oczy, próbując się skoncentrować.

– Zrzut! – wrzasnął porucznik Porter.

Moment później rozległ się charakterystyczny wizg wind desantowych. Wielokrotnie trenowali symulowane zrzuty w grawitacji lunarnej, zauważyli więc niemal natychmiast, że coś jest nie tak. Pilot odpalił kapsułę transportera, ale zrzut trwał już o dziesięć sekund dłużej, niż powinien. A to oznaczało problem.

Stark otworzył oczy i spojrzał w stronę siedzącego w sąsiednim boksie zesztywniałego porucznika. Dowódca milczał, miał niepewność wypisaną na twarzy.

– Przygotować się do zderzenia! – rozkazał Ethan swoim ludziom na moment przed tym, jak transporter zarył w grunt z tak głośnym zgrzytem, że utonął w nim nawet jazgot złorzeczących żołnierzy. Maszyna poszła bokiem, odbiła się i znów wzniosła.

Zwykły szeregowiec nie miał żadnego oglądu sytuacji, ale Stark nie zaliczał się do tego rodzaju żołnierzy. Był dowódcą drużyny, załatwił więc sobie dodatkowe środki łączności. Dostał do nich dostęp nie dlatego, że ceniono go bardziej od innych, ale na wypadek, gdyby porucznik Porter został zabity na początku operacji. W takiej sytuacji właśnie na sierżanta spadał obowiązek odbierania i przekazywania dalej rozkazów z góry. Co wcale nie znaczy, że mam zamiar tkwić w niewiedzy aż do tego tragicznego momentu, pomyślał Stark, naciskając klawisz komunikatora, aby obejść zabezpieczenia linii łączności zarezerwowanej dla oficerów. Teraz miał dostęp nie tylko do oficjalnego kanału informacji, ale też do wiedzy, jaką posiadali jego przełożeni – co prawdę powiedziawszy, ani trochę go nie uspokoiło.

– Gdzie my jesteśmy, u licha? – żołądkował się porucznik. – Nie mogę skalibrować mojego taka.

– Znajdujemy się poza obszarem załadowanym do waszych map taktycznych. – Lakoniczna odpowiedź pilota została wygłoszona takim tonem, jakby zamierzał nią wkurzyć żołnierzy do reszty. – Przekazuję nowe dane.

Wgranie nowych map na sprzęt porucznika zajęło kilka sekund, które Stark wykorzystał, aby paroma szybkimi ruchami palców na klawiaturze komunikatora ściągnąć je także na swojego taka. Ledwie skończył, porucznik znowu wybuchnął.

– Szlag by ich trafił! Zrzucili nas dwadzieścia kilosów za celem!

– Wiem – mruknął pojednawczo pilot transportera. – I w dodatku ze zbyt dużej wysokości. Na szczęście nie uszkodziliśmy mocno maszyny. Robię, co mogę, by dowieźć was do strefy zrzutu.

– Dwadzieścia kilosów za celem i ze zbyt dużej wysokości. Bóg jeden wie, gdzie jest reszta mojego plutonu. Sądzicie, że powinienem napisać oficjalne zażalenie?

– A czy to coś kiedyś dało? Zameldowałbym o tym mojej przełożonej, ale jej wóz walnął w grunt z takim impetem, że całkowicie stracił łączność. – Po tej wiadomości pilota zaległa na moment cisza.

Stark usadowił się wygodniej w uprzęży, studiując nowe mapy, ale w trzewiach wciąż odczuwał ucisk charakterystyczny dla niepewności. Czasami człowiek może tylko czekać. Pokonanie dwudziestu kilometrów zajmie parę minut nawet przy maksymalnej prędkości transportera.

– Poruczniku? – Pilot odezwał się znacznie szybciej, niż powinien, gdyby chciał zameldować o dotarciu do celu.

– Jestem – burknął w odpowiedzi Porter. – Czego?

– Musimy lądować. Ogniwa zasilające się przegrzewają. Jeśli nie zatrzymam silników, wylecimy w powietrze.

– Czy mi się zdaje, czy powiedziałeś przed chwilą, że transporter nie odniósł poważniejszych uszkodzeń podczas przyziemienia?

– Bo nie odniósł. – Pilot, sądząc po głosie, także był przytłoczony. – To wada konstrukcyjna. Czasami ogniwa przegrzewają się same z siebie. Jedynym sposobem na załatwienie sprawy jest wyłączenie ich i pozwolenie, by ostygły.

– Jak daleko do strefy zrzutu? – Po kolejnej wpadce porucznik balansował na krawędzi załamania nerwowego.

– Cztery kilometry. Podchodzę do lądowania – zameldował pilot drżącym głosem. Może obawiał się reakcji porucznika, a może niepokoił go stan napędu.

– To za daleko. Co się stanie, jeśli nie zmniejszysz obciążenia ogniw jeszcze przez chwilę?

– Eksplodują.

– Chyba powinniśmy zaryzykować. Musimy się trzymać planu taktycznego, a on mówi wyraźnie, że masz nas dowieźć na wyznaczone pozycje.

Stark zamarł, zaczął szukać argumentów, którymi przekonałby dowódcę, że warto słuchać pilota maszyny, ale jak się okazało, ten doskonale wiedział, co powiedzieć.

– Nie radziłbym, poruczniku. Siedzicie na tych ogniwach. Jeśli je szlag trafi, cały impet eksplozji pójdzie najpierw do przedziału osobowego, a dopiero potem wybije panele pancerza. Wiem, że tak nie powinno być, ale niestety jest. Widywałem już skutki podobnych awarii i może mi pan wierzyć, nie było to nic przyjemnego.

Porucznik Porter zamilkł, a kiedy odezwał się znowu, przemawiał znacznie rozsądniejszym tonem.

– To kolejna wada konstrukcyjna, jak mniemam?

– Ja nie projektowałem tych cholernych maszyn, ja je tylko prowadzę. Pójdziecie pieszo czy poczekacie godzinę na wystudzenie ogniw?

– Nie wiem. Dlaczego, u licha, nie mam wciąż łączności ze sztabem?

– To już nie moja wina. – Pilot zaczął się niecierpliwić. – Nawalacie z buta albo czekacie. Decyzja należy do pana.

– Muszę mieć rozkaz.

Czas wkroczyć na scenę, pomyślał Stark, luzując uprząż, by klepnąć dłonią – z niewinną, ale zatroskaną miną – w opancerzone kolano dowódcy.

– Zatrzymaliśmy się, panie poruczniku. Czy to nie oznacza opóźnień w stosunku do harmonogramu?

– Opóźnienie? – powtórzył przerażony Porter. – Boże. Szlag by to trafił. Idziemy – poinformował obcesowo pilota transportera.

Stark zaczął się przygotowywać do akcji, aby porucznik nie zauważył, że nasłuchuje nawet teraz, gdy Porter zmienił częstotliwość na kanał dowodzenia.

– Dobra, słuchajcie mnie uważnie. Transporter ma awarię, a znajdujemy się cztery kilosy od właściwej strefy zrzutu. Musimy iść dalej sami. Zajmijcie się przygotowaniem ludzi, sierżancie.

– Tajest! – Stark zignorował chóralny jęk zawodu, jaki rozległ się w łączach po tym wystąpieniu dowódcy. – Słyszeliście, co powiedział pan porucznik. Ruszać się! Szybko i z zachowaniem szyku albo załatwię wam taką musztrę po powrocie, że zatęsknicie za kolejnym zrzutem.

Właz opadł i żołnierze wyskoczyli na zewnątrz, opadając bardzo wolno na pylisty, usiany drobnymi kamykami grunt. Niektórzy wykonywali instynktownie kontrolowane przewroty, ale zaraz się podnosili, by sprawnie zająć miejsca w luźnym szyku, tak charakterystycznym dla weteranów znajdujących się na terytorium wroga. Stark stał na skraju rampy, nadając butem pęd kolejnym wylatującym na zewnątrz żołnierzom, zwłaszcza tym, którym wydawało się naiwnie, że ciążenie załatwi całą resztę. Gdy ostatni z nich wylądował pod komicznym kątem, machając rozpaczliwie rękoma, jakby próbował się chwycić nieistniejącej atmosfery, Ethan opuścił swoje stanowisko, odbijając się mocno od obramowania luku, by nabrać wystarczającego pędu i dotrzeć bez problemów na powierzchnię satelity.

Spod ciężkich wojskowych butów uniosły się maleńkie chmurki pyłu. Wisiały nad powierzchnią Księżyca jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym zaczęły wolno opadać na swoje miejsce. Stark omiótł wzrokiem horyzont, sprawdzając wzmocniony elektronicznie obraz bezkresnej kamienistej równiny upstrzonej dziwnie wyglądającymi kolorowymi ikonkami, wyświetlanymi na wizjerze hełmu. Pozycje własnych oddziałów oznaczono na jego HUD-zie zielonymi markerami, innych barw na razie nie widział, co wcale jednak nie musiało oznaczać, że w pobliżu nie kryje się żadne zagrożenie.

– Chen! Billings! Odsuńcie się od siebie, u licha. Nie jesteście na pieprzonej randce! – Ikonki rozdzieliły się, gdy dwoje żołnierzy odskoczyło od siebie posłusznie. – Rozmieszczenie oddziału zakończone, poruczniku – zameldował.

– Dobra robota – mruknął Porter roztargnionym tonem. – Nadal nie mogę wywołać nikogo spoza waszej drużyny – dodał z jeszcze większą troską w głosie.

Stark także przełączył swój komunikator na odbiór, ale urządzenie pozostało ślepe i głuche. A nawet na autoryzowanym przez sztab paśmie powinien mieć dokładny ogląd sytuacji własnego plutonu. Furtka w systemie łączności dowódcy gwarantowała mu dostęp do przekazów z całego pola walki.

– Ja też nie odbieram żadnych sygnałów, poruczniku.

– Musimy przerwać misję. Łączność całkowicie wysiadła.

– Jeśli komunikatory nie działają, jak zsynchronizujemy nasze ruchy z pozostałymi drużynami?

– Nie mam pojęcia! Przeciwnik zakłóca łączność na wyższych poziomach dowodzenia. I jak tu działać w takich warunkach? W tej chwili wróg może prowadzić zmasowany atak na pozycje całej reszty naszej brygady!

Stark okręcił się na pięcie, ponownie omiatając wzrokiem cały horyzont.

– Czy tego rodzaju działań nie zarejestrowałyby nasze sensory? Widzielibyśmy pył wzniesiony eksplozjami. Czulibyśmy wywołane przez nie drgania podłoża...

– Przecież wiem!

– Harmonogram taktyczny wciąż działa. – Widoczne na osłonie hełmu Ethana cyfry miały barwę żółtą zamiast zielonej, co oznaczało, że są spóźnieni w stosunku do ustalonego w sztabie planu działania. Porter wciąż się wahał. Stark podglądał jego działania, korzystając z furtki w systemie, wiedział więc, że dowódca nerwowo przeskakuje z obwodu na obwód, szukając jakiegokolwiek połączenia z łańcuchem dowodzenia. – Zdaje się, że zegar odliczający czas zmienił właśnie kolor na pomarańczowy.

– Pomarańczowy? – Porucznik zaczerpnął mocno tchu, rozdarty między chęcią wykonania powierzonego mu zadania i potrzebą kontaktu z przełożonymi.

– Tajest! – potwierdził Ethan. – Zaczyna się robić czerwony. Chyba na dobre wypadamy z harmonogramu.

– Przestańcie mnie poganiać, sierżancie!

– Tajest! – Jeszcze nie zacząłem cię tak naprawdę naciskać, pomyślał Stark, ale odpowiedział, zachowując odpowiednią dozę zawodowej obojętności i przepraszającego tonu. – Staram się wspierać pana porucznika merytorycznie i dbać o to, by miał pan pełen ogląd sytuacji.

– Sierżancie, ja... – Porter nagle stracił głos, a gdy go odzyskał, kontynuował z ogromnym przejęciem: – Mamy status pomarańczowy, sierżancie. Co teraz?

– Musimy podjąć niezależne działania. Plan na tę ewentualność ma pan w taku.

– Oczywiście. Znakomity pomysł, sierżancie. Postępujmy zgodnie z planem. Zaraz wydam drużynie odpowiednie rozkazy... A niech to szlag! – zaklął moment później. – Nie mogę uaktualnić mojego taka.

Stark wpisał własną sekwencję aktywacji i skrzywił się, gdy jego urządzenie także odmówiło współpracy.

– Ja też nie mam dostępu, poruczniku.

– Świetnie. Po prostu cudownie... – wyjęczał Porter tonem sugerującym, że niczego nie jest już pewien. – Mamy blokady w naszych systemach. Można je uaktualnić jedynie z poziomu dowództwa brygady.

Ethan sprawdził i to.

– Pamięta pan, poruczniku, mówili nam na odprawie, że zakładają blokady, bo nie chcą, żeby ktoś coś sknocił.

– Powinni to powiedzieć temu idiocie, który kazał nas zrzucić dwadzieścia kilosów od celu, albo kretynom odpowiedzialnym za zaprojektowanie transportera, nie wspominając już o tych durniach, którzy lada moment zaczną nas ostrzeliwać, ponieważ element zaskoczenia diabli wzięli! – Porter zamilkł na moment, jego opancerzona głowa skierowana była na północno-zachodni wycinek horyzontu Księżyca. – Dobrze, sierżancie. Nasza strefa zrzutu znajduje się gdzieś tam. Będziemy szli we właściwym kierunku, dopóki nie uda nam się nawiązać łączności z resztą brygady.

– Tajest!

– Ruchy, sierżancie. Mamy spóźnienie w stosunku do planu!

– Tajest! Za mną! – Stark wydał rozkaz swojej drużynie i ruszył przodem, kierując się żyrokompasem, którego wąska zielona strzałka wskazywała dokładnie północny zachód. Przez chwilę zastanawiał się, czy cisza w eterze nie jest przypadkiem efektem zbyt mocnego przyziemienia transportera, ale zaraz skoncentrował myśli na utrzymywaniu szybkiego tempa marszu i jednoczesnym wyszukiwaniu potencjalnych zagrożeń. Każde odbicie od gruntu posyłało go łagodną trajektorią do przodu. Sunął leniwie nad powierzchnią, stanowiąc idealny cel i marząc tylko o tym, by jego podeszwy znów zetknęły się z twardymi skałami Księżyca. Z wolna nabierał właściwego rytmu, przekształcając większość energii odbicia w ruch, wydłużając systematycznie skoki i walcząc z nabytym na Ziemi przyzwyczajeniem, aby wybijać się jak najwyżej. Doświadczenie zdobyte podczas tysięcy marszobiegów na rozmaitym terenie pozwalało mu na poruszanie się z automatyczną precyzją, dzięki czemu mógł skoncentrować myśli na poważniejszych sprawach, takich jak wypatrywanie zagrożeń i obserwacja dwunastki podległych mu ludzi.

Coś było nie tak. Stark sprawdził raz jeszcze wyświetlacz HUD-a, zastanawiając się, co też może być źródłem jego nagłego zaniepokojenia. Nie stwierdził niczego niezwykłego, niemniej zwrócił uwagę na nieco nerwowe ruchy kaprala.

– Co się dzieje, Desoto?

Odpowiedział mu głos świadczący o zmęczeniu zbyt dużym jak na dystans, który do tej pory pokonali.

– Nic takiego, sierżancie. Mam drobny problem z kombinezonem. To nic poważnego.

– Drobny problem? – Stark nie próbował nawet kryć sceptycyzmu. Sprawdził zdalnie status swojego podwładnego. – Co ty pieprzysz, Pablo? Wydajność twojego systemu podtrzymywania życia ma zaledwie trzydzieści procent i nadal spada.

– Tak, tak. Ale już się stabilizuje. Poradzę sobie.

– Nie, nie stabilizuje się, i nie, nie poradzisz sobie.

– Nic mi nie jest, sierżancie.

– Będziesz się ze mną licytował, Desoto? Wracaj do transportera, i to w podskokach. Zabraniam ci zdychać z powodu przegrzania organizmu.

– Dam radę, sierżancie – powtórzył Pablo błagalnym tonem.

– Wydałem ci rozkaz, do jasnej cholery. Jazda mi stąd! – Teraz Stark musiał się zastanowić, kim powinien go zastąpić. W tym celu przeleciał w myślach charakterystyki pozostałych członków drużyny. Rola kaprala może nie była znacząca, zwłaszcza gdy porównało się go z generałem dowodzącym takimi operacjami, ale i tak należało dobierać na to stanowisko ludzi zaufanych, jako że to oni właśnie ubezpieczali tyłek swojego sierżanta. – Gomez!

– Tak, sierżancie?

– Przejmujesz obowiązki kaprala Desoto. – Gomez nie miała najdłuższego stażu w jego drużynie, ale była ostra. Bardzo ostra.

– Sierżancie. Nie jestem najstarsza. Ktoś inny powinien go zastąpić.

Stark prychnął gniewnie.

– Czego wy się naćpaliście, durne małpoludy, że zamiast wykonywać rozkazy, dyskutujecie ze mną za każdym razem? Gomez, przejmujesz obowiązki kaprala. Koniec, kropka. Wykonać.

– Tak jest, sierżancie.

– Jeszcze jedno, Gomez.

– Słucham, sierżancie.

– Tylko niczego mi nie schrzań.

Nie zdążył dokończyć zdania, gdy w komunikatorze rozległ się głos porucznika.

– Sierżancie, dokąd udaje się kapral Desoto?

– Wraca do transportera, poruczniku. Ma uszkodzony skafander. Zastąpiła go szeregowa Gomez. – Wypowiedział te słowa zdecydowanym tonem, raczej donosząc o podjętej decyzji, niż prosząc o zgodę na nią.

– Dlaczego nie zostałem o tym poinformowany?

– To decyzja na poziomie drużyny, poruczniku. Odpowiedzialność za nią spoczywa wyłącznie na mnie.

– Ja tu dowodzę, sierżancie! Mam być poinformowany o planowanych posunięciach, zanim o nie zapytam, bo to do mnie należy ostateczna decyzja.

Jasne. Fakt, że nie wiesz, co sam masz robić, upoważnia cię także do utrudniania roboty innym.

– Oczywiście, poruczniku. – Mów jak zawodowiec, spokojnie i na tyle niejednoznacznie, by w razie potrzeby zostawił ci wystarczającą swobodę działania.

Stark dopiero po dłuższej chwili zauważył, że jego drużyna przeprawia się przez teren wyglądający jak największy na świecie lej po bombie. Przypomniał sobie kratery, na jakie trafiał, walcząc lata temu na Bliskim Wschodzie. Tamte wyryły taktyczne głowice nuklearne, ale ten był od nich znacznie większy. Takich dziur nie mogła stworzyć marna ludzka technologia, musiały być dziełem artylerii niebios. Na powierzchni Księżyca roi się od podobnych wgłębień, uzmysłowił sobie, od razu dostrzegając przewagę, jaką daje obrona na terenie pociętym setkami naturalnych fortyfikacji. Niestety, w tej akurat chwili jego drużyna należała do strony atakującej. Strefy cienia tak czarnego, że nie sposób go przebić wzrokiem, stanowiły idealne kryjówki dla dobrze okopanych żołnierzy. Stark poczuł, że mimowolnie napina mięśnie grzbietu. Położył palec na spuście broni. Ładunki zostały dobrane tak, by pociski miały znacznie mniejszą prędkość niż ich odpowiedniki na Ziemi, ale i tak musiałby mierzyć znacznie niżej, niż to podpowiada instynkt, by nie przestrzelić nad celem przy tak niskiej grawitacji i braku atmosfery.

– Dzięki Bogu – jęknął porucznik, wzdychając z ulgą w komunikator. Rozproszył tym przygnębiające myśli Starka. – Odzyskaliśmy łączność.

– Świetnie – mruknął Ethan.

Natychmiast wyświetlił pozycje własnego plutonu i z niedowierzania aż pokręcił głową, gdy dostrzegł na wyświetlaczu nazbyt rozproszoną drużynę sierżant Reynolds. Ją także zrzucono za daleko od celu. Uśmiechnął się pod nosem, czując sporą ulgę. Victoria była jego starą znajomą i najlepszym żołnierzem, z jakim miał przyjemność służyć, dlatego ucieszyło go, że wyszła z tego przyziemienia cało.

– Się masz, Vic – zawołał, uruchamiając łącze, które już dawno zaszyfrował na własną rękę, by mieć kanał do prywatnych rozmów. – Miło cię widzieć. Od razu poczułem się bezpieczniej.

– Cześć, Ethan. Ja również.

– Wygląda na to, że ciebie także zrzucono nie tam, gdzie trzeba.

– Owszem. – Victoria nie próbowała nawet kryć zniesmaczenia. – Piloci przywykli do stosowanych na Ziemi systemów automatycznej nawigacji, mają więc teraz spory problem, gdy trzeba chwycić osobiście za stery.

– Co się stało z łącznością? Dlaczego wcześniej nie widzieliśmy się wzajemnie? Czyżby wróg znalazł jakiś sposób na zakłócanie naszych transmisji?

– Nie mam pojęcia, ale wszyscy oficerowie ganiają w kółko jak kot z pęcherzem, szukając kontaktu z kimś, kto powie im, co mają robić.

– Sierżancie Reynolds. – Porter wciął się do rozmowy, o której przebiegu nie miał pojęcia. – Co tam u was?

– Wszystko w porządku, poruczniku. Nie trafiliśmy na wyznaczone pozycje, ale zmierzamy w ich kierunku i wkrótce powinniśmy nadrobić opóźnienia.

– Świetnie. Świetnie. Z czym mieliście wcześniej problem? Dlaczego nie widzieliśmy się na takach i nie mogliśmy wymieniać danych?

– Coś zagłusza naszą łączność w tym sektorze, poruczniku – odparła uspokajającym tonem Reynolds, widząc jego rozemocjonowanie. – Chrzani nam się też oprogramowanie przekaźników. Ale nasi chłopcy już nad tym pracują.

– Ktoś zagłusza nasze komunikatory? – w głosie Portera dało się wyczuć przerażenie. – Jak w takim razie dowodzi pani swoją drużyną?

– Jak Juliusz Cezar, poruczniku, wykorzystuję sygnalizację ręczną.

– Aha, no tak, rozumiem. A gdzie Sanchez?

– Nie mam pojęcia. Jego drużyna nie dotarła na powierzchnię.

Stark skrzywił się bezwiednie. Sierżant Sanchez miał prawdziwie pokerową twarz, nikt nie potrafił powiedzieć, co mu się podoba, a czego nie znosi. Niemniej znał się na swojej robocie a do tego dowodził dwunastką świetnych ludzi.

Porter najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku.

– Chryste. Jego transporter rozbił się podczas zrzutu?

– Nie sądzę. Zobaczylibyśmy albo poczulibyśmy, gdyby tak się stało. Raczej nie doszło do odpalenia jego windy. Sierżant Sanchez wspominał mi niedawno, że jego pilot skarżył się na usterki systemu.

– Dlaczego, u licha, nikt mi o tym nie powiedział?

– Jestem pewna, poruczniku, że sierżant Sanchez wiedział, co robi, ale jeśli mam zgadywać...

– Dajmy temu spokój. Stark!

– Słucham, poruczniku.

– Pański komunikator jest sprawny? Otrzymał pan uaktualnienie taktyczne ze sztabu brygady?

– Tajest! – Ethan przeleciał wzrokiem po otrzymanych danych. – Żadnych zagrożeń?

– Na razie niczego nie wykryto – potwierdził Porter. – Ale przed nami długa droga do celu. Nie zatrzymujcie się. Ja dołączę do pierwszej drużyny i sierżant Reynolds.

– Rozumiem, poruczniku. – Stark przełączył się od razu na prywatny kanał. – Hej, Vic, będziesz miała towarzystwo.

– Tak, słyszałam. Znowu wykazałeś się niesubordynacją?

– Wykonywałem tylko swoją robotę, starając się utrzymać wszystkich przy życiu.

– A co ja powiedziałam?

– Vic, nic na to nie poradzę, że oficerowie nie potrafią działać, dopóki ich przełożeni nie dadzą im na piśmie rozkazów, co mają zrobić.

– Wiesz dobrze, że to nie do końca ich wina, Ethan. Młodym podoficerom zakazuje się myślenia. Trepy ze sztabu bez przerwy monitorują ich ruchy i instruują na każdym kroku.

– Gdyby któryś wytrzymał na swoim stanowisku dłużej niż pół roku, może nauczyłby się samodzielnego myślenia – zasugerował Stark. – Nam to się jakoś udało. Chociaż jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, człowiek, który myśli niezależnie i wytrzyma dość długo, by się nauczyć fachu, nigdy nie awansuje, bo na wyższe szczeble dowodzenia trafiają wyłącznie ci, którzy wierzą, że mikrozarządzanie jest jedynym kluczem do sukcesu. Co to za system...

– Samowystarczalny. Mógłbyś mimo wszystko zachowywać się bardziej dyplomatycznie, Ethan.

– Jestem żołnierzem, Vic. Nie przymilam się do wrogo nastawionych ludzi, tylko ich zabijam.

Roześmiała się. Jej rechot rozbrzmiewający z głośniczków komunikatora wydawał się dziwnie obcy w szarawej pustce otaczającej Starka.

– Dobra. Postaram się udobruchać naszego porucznika.

– Dzięki. Właśnie dlatego jesteś jego ulubienicą.

– Wal się.

Żadnych zagrożeń. Przerażające do niedawna cienie nie kryły żołnierzy wroga czekających z palcami na spustach broni. Wypełniała je pustka, jak wszystko wokół. Napięcie ustąpiło znużeniu. Wprawdzie żołnierze pierwszej linii nie powinni się poddawać temu uczuciu, lecz jak tu się nie nudzić, kiedy w okolicy nie ma wroga ani żadnych przeszkód do pokonania, a wokół rozciąga się tylko bezbrzeżna szara równina zasypana warstewką drobniutkiego pyłu. Gwiazdy musiały wyglądać prześlicznie, ale jedno spojrzenie w niebo mogło się skończyć zaczepieniem stopą o wszechobecne kamienie, a co za tym idzie, bolesną przewrotką.

Za monotonnie tutaj i za cicho... Stark uaktywnił pirackie łącze, by sprawdzić, czym się teraz zajmuje porucznik Porter i reszta przełożonych.

– ...nuda! Tracimy widownię z każdą sekundą! – Ten głos należał chyba do generała dowodzącego dzisiaj ich brygadą. O czym on, u licha, gada? Jaką znowu widownię?

– Nie mamy z kim walczyć, generale – narzekał inny oficer.

– Bo za bardzo się guzdrzecie. Weźmy tę jednostkę. Co to za ludzie? Kto nimi dowodzi?

– To część plutonu porucznika Portera – wyjaśnił następny głos.

Stark poczuł zimny dreszcz, gdy padły te słowa.

– Porter! Wypadliście z harmonogramu!

– Wiem, generale – odparł natychmiast porucznik. – Zrzucono nas dwadzieścia kilometrów od...

– Dlaczego pańscy ludzie nie poruszają się szybciej?

– No... Nasza doktryna, generale...

– Pieprzyć doktryny! Domagam się akcji. Pogońcie swoje jednostki!

– Tak jest, generale. Już się robi. – Stark zdołał się opanować, zanim porucznik wywołał go na oficjalnym kanale. – Sierżancie, podwajamy tempo marszu.

– Jeśli przyśpieszymy – zaczął ostrożnie Ethan – nie zdołamy zareagować w porę na ewentualny ostrzał.

– Nie będziecie musieli reagować na nic, sierżancie! Po prostu pogońcie swoich ludzi.

Biegniemy zboczem w dół, lada moment dotrzemy do jego podstawy. Przygryzając dolną wargę, Stark jeszcze raz sprawdził odczyty na HUD-zie. Nic, tylko zielone ikony własnych jednostek. Brak widocznych zagrożeń, a skoro nie mogę zauważyć pozycji wroga przy tej prędkości, jej zwiększenie może nam wyjść tylko na dobre, o ile nie straciliśmy do reszty przewagi zaskoczenia.

– Trzecia drużyna, podwoić tempo marszu. – W komunikatorze rozległy się jęki i przekleństwa. – Zamknijcie jadaczki i ruszcie tyłki! Gomez, pilnuj, żeby twój koniec formacji nie stracił kontaktu z moim. Nie pozwól nikomu zostać z tyłu.

– Tak jest, sierżancie.

Przyśpieszenie marszu groziło utratą orientacji. Głazy przesuwały się wolno pod ich nogami, ale z powodu braku atmosfery trudno było ocenić ich wielkość i dystans dzielący je od skaczących żołnierzy. Tak wyraźnie widoczne obiekty musiały znajdować się bardzo blisko, aczkolwiek w tych warunkach Ethan nie postawiłby na to nawet centa. Spoglądanie prosto w dół groziło zawrotami głowy z powodu wielkiego kontrastu między oślepiająco białymi połaciami pyłu i atramentowo czarnymi strefami cienia. Po podniesieniu głowy człowiek miał przed oczyma tryliony gwiazd, które zdawały się przyciągać go do siebie, prosto w kosmos, więc zaczynał mimowolnie machać rękami i nogami, dopóki nie uzmysłowił sobie, że wcale nie leci w górę. Nad tym wszystkim wisiał błękitny dysk upstrzony bielą chmur – planeta, z której pochodzili i na której zdaniem wszystkich tu obecnych powinni toczyć swoje wojny.

– Żeby cię... – jęknęła pełniąca obowiązki kaprala Gomez, ale urwane w połowie przekleństwo przeszło w głośne stęknięcie.

– Wszystko w porządku? – zapytał Stark, sprawdzając od razu stan jej skafandra.

– Tak jest. Potknęłam się i padłam na ryj.

– Skafander nie utracił szczelności.

– Wiem. Dlaczego ten horyzont wydaje się taki bliski, ale nie sposób do niego dotrzeć bez względu na to, jak szybko się posuwamy? – zapytała z rozgoryczeniem.

– Przecież to proste, Anito – wtrącił Chen. – Wydaje ci się, że tkwisz w koszmarze, i masz całkowitą rację, bo trafiłaś prosto do piekła, kiedy nasz transporter rozpieprzył się o powierzchnię Księżyca.

– No tak. Jestem w piekle. Fakt, że cię widzę, uprawdopodabnia tę teorię.

– Skończcie te głupie gadki, pajace – rozkazał Stark, chociaż nie widział niczego zdrożnego w tym, że jego podwładni rozładują nieco napięcie kąśliwymi docinkami, zwłaszcza że przełożeni uznali, iż stopień zagrożenia jest tak niski, że żołnierze mogą biec do wyznaczonego celu. Niemniej już dawno zrozumiał jedną z podstawowych prawd: nie powinno się ufać ocenom, jeśli pochodzą z wyższego szczebla niż kompanijny, a już szczególnie gdy formułujący je człowiek siedzi daleko poza linią frontu. – To nie spacerek po parku, kierujemy się do strefy walk. Żadnych prywatnych rozmów.

– Tak jest. – W głosie Gomez wychwycił tak nietypowe dla niej zakłopotanie. – Przepraszam.

– Za co przepraszacie? – zapytał ostro Stark.

– Pełnię tymczasowo obowiązki kaprala, sir. Nie powinien mi pan przypominać o takich rzeczach.

– To prawda. – Czasami dodatkowa, nawet niezbyt wielka odpowiedzialność zmieniała całkowicie postawę żołnierza. A czasami nie zmieniała. Gomez, jak widać, czuła brzemię dodatkowej władzy. – Ale nie musicie mnie przepraszać. Po prostu róbcie, co do was należy.

Stark ponownie wszedł na kanał dowodzenia, martwiąc się, że tymczasem wykryto jakieś źródła zagrożenia, a także licząc po cichu na to, iż ktoś po raz kolejny zruga porucznika Portera. Zamiast tego jednak usłyszał wydawane monotonnym tonem szczegółowe rozkazy dla kolejnych jednostek i żołnierzy. Normalka. Ciekawe, co robiliby oficerowie siedzący nam na karku, gdyby nie wydawano im co sekundę kolejnych poleceń? Przełączył się znowu, wywołując sierżant Reynolds. – Vic? Jesteś bardzo zajęta?

– Niespecjalnie, zważywszy, że prowadzimy właśnie natarcie – rzuciła cierpkim tonem. – Czego chcesz?

– Co jest z tą widownią?

– A co ma być?

– No właśnie nie wiem, a bardzo nie lubię, kiedy na polu walki dzieje się coś, czego nie rozumiem.

Vic zawahała się, zanim odpowiedziała:

– Nasza operacja jest retransmitowana przez cywilne media na Ziemię z zaledwie półgodzinnym opóźnieniem.

– Co takiego?

– Przekaz audio i wideo z naszego sprzętu trafia prosto do departamentu spraw wewnętrznych – wyjaśniła cierpliwie – skąd jest retransmitowany do sieci wizyjnych. Gratuluję, stałeś się gwiazdą wyświetlaczy.

– Nie chcę być żadną gwiazdą. Po jaką cholerę oni to robią? – zapytał poirytowany Stark. – Nie chcę, żeby wróg widział, co robimy, i to w naszych cywilnych sieciach.

– Opóźnienie transmisji zapewnia nam całkowite bezpieczeństwo. Rzecz jasna, o ile będziemy się trzymać harmonogramu.

– Z czym akurat mamy spory problem. Pieprzeni planiści zawsze zbyt optymistycznie podchodzą do ustalania czasu akcji.

– Wiem. Nie ja to wymyśliłam. – Ton Vic zmienił się, znów była rzeczowa i zwięzła. – Czas na mnie. Docieramy do celu.

– Rozumiem. My też jesteśmy już blisko. – Stark spojrzał przed siebie, szukając wzrokiem miejsca, które według komputera taktycznego powinno znajdować się tuż przed nim. Skoncentruj się na robocie, która cię teraz czeka. Ledwie minął krawędź kolejnego krateru, w polu widzenia dostrzegł wielki obiekt, który jarzył się feerią barw na ekranie czujnika podczerwieni. Emitują ciepło. I to w jakich ilościach. Wygląda na to, że nie spodziewali się problemów i nie ograniczyli emisji, by zmniejszyć możliwość wykrycia. Świetnie.

– Mam cel w polu widzenia – zameldował Murphy.

– Ja też – potwierdził Stark. – To powinno być główne wejście do naszego celu. Mendoza, sprawdź, czy na pokrywie nie założono jakichś pułapek albo czujników. Gomez, zostaniesz z Billings i Carter na tyłach, będziecie osłaniać resztę drużyny, dopóki nie otworzymy tego włazu. Reszta zbiórka wokół celu.

Poruszali się szybko i sprawnie, przećwiczyli to wcześniej tysiące razy w setkach innych miejsc, aczkolwiek żadne nie wyglądało tak obco jak powierzchnia Księżyca. Stark zbliżył się ostrożnie do włazu, przykucnął z bronią gotową do strzału, aby osłaniać szeregowego Mendozę, gdy ten wyjmował sprzęt z zamiarem przeskanowania wejścia w poszukiwaniu urządzeń alarmowych i pułapek.

– Nie ma tu niczego prócz standardowego dzwonka – zameldował żołnierz. – Wygląda na to, sierżancie, że nie spodziewali się żadnych problemów.

– Świetnie. Zatem...

Przerwał mu czyjś głos dobiegający z komunikatora.

– Co to jest, sierżancie? Na co teraz patrzycie?

Stark sprawdził tożsamość rozmówcy, zanim odpowiedział. Wyglądało na to, że sztab raczył zwrócić uwagę na drobny wycinek wielkiej operacji, przynajmniej w tym momencie.

– To drzwi, pułkowniku.

– Drzwi? Na Księżycu?

– Właściwie to właz, sir. Główna śluza prowadząca do wnętrza naszego celu.

– Czyli do laboratorium, jeśli mnie pamięć nie myli? To jednostka badawcza zajmująca się testowaniem technologii stosowanych w produkcji przy niskim ciążeniu.

Cokolwiek to znaczy.

– Taką informację mam na swoim taku, sir.

– Świetnie. Doskonale. Zbierzcie swoich ludzi i przygotujcie się do wejścia.

– Oni są już gotowi, sir – wyjaśnił Stark z wymuszoną cierpliwością.

– No to na co jeszcze czekasz, człowieku?!

Ethan wskazał ręką na właz.

– Dobra, małpoludy...

– Chwileczkę! – Kolejny głos pojawił się na łączu. – Sprawdziliście, czy to wejście nie zostało zaminowane?

– Tak jest, generale. – Stark przygryzł mocno wargę, zanim odpowiedział na to pytanie.

– I jest czyste?

– Tak jest, generale.

– Nie chciałbym, aby to miejsce zostało uszkodzone bardziej niż trzeba. Powiedzcie temu szeregowcowi... Nie, czekajcie. Jak on się nazywa?

– Mendoza, sir. On...

– Szeregowy Mendoza, sprawdźcie jeszcze raz, czy na włazie nie ma przypadkiem ładunków wybuchowych – rozkazał generał.

– Tajest – wysyczał wywołany żołnierz. Skan trwał zaledwie kilka sekund. – Wygląda na czysty, generale.

– Wygląda na czysty czy jest czysty?

– Jest czysty – poprawił się natychmiast Mendoza.

– Zatem możecie wchodzić – rozkazał generał.

– Dziękujemy, sir! – odparł Stark, wymawiając ostrożnie te dwa słowa.

– Postarajcie się wypaść jak najlepiej. Pamiętajcie, że mamy na was oko z góry.

Pamiętamy jeszcze czasy, kiedy obowiązywał tradycyjny łańcuch dowodzenia, pomyślał z przekąsem Stark, ale posłusznie odpowiedział:

– Tajest!

Właz przetoczył się na bok bez problemu, był czysty, tak jak twierdził Mendoza. Drużyna weszła do środka z bronią gotową do strzału i poczekała na wypełnienie śluzy powietrzem. Moment później pokrywa wewnętrznego włazu odskoczyła od kołnierza i ożył panoramiczny ekranik umieszczony na ścianie, ukazując twarz jakiegoś zaskoczonego mężczyzny. Oczy miał wielkie jak sowa.

– Kim jesteście? Nie spodziewaliśmy się dzisiaj wizyty, a w każdym razie nie o tak wczesnej porze.

– I o to chodziło, cywilu – mruknęła Gomez, gdy właz stanął otworem. – My to nazywamy pełnym zaskoczeniem.

– Zaskoczeniem? – Zagraniczny naukowiec zrobił jeszcze większe oczy. – Nie rozumiem. Po co mielibyście nas zaskakiwać? Mam wam wskazać drogę?

– Lepiej zostań, człowieku, tam, gdzie jesteś – poradził mu Stark. – Już idziemy po ciebie. – Odwrócił się do żołnierzy i wskazał ręką otwarte przejście. – Ruchy! Zgarnąć cywilbandę, zanim zorientuje się, co jest grane.

Ludzie natychmiast się podzielili na zespoły ogniowe i ruszyli wyciosanymi w skale tunelami w głąb laboratorium, zgodnie ze wskazówkami wyświetlanymi na takach. Stark wziął dwóch żołnierzy i przeszedł na koniec najszerszego korytarza do miejsca, skąd odchodziła poprzeczna odnoga. Zatrzymał się, podnosząc broń, aby móc otworzyć ogień natychmiast po minięciu załomu, gdyby oczywiście zaszła taka potrzeba.

– Sierżancie! – Ethan drgnął mimowolnie, gdy w jego komunikatorze rozległ się kolejny głos. – Uważajcie na ten zakręt!

– Tak jest, pułkowniku – wycedził przez zęby.

– Za załomem możecie natrafić na zbrojny opór – kontynuował niezrażony sztabowiec. – Upewnijcie się, że wasi ludzie was kryją.

– Jestem pewien, że to robią, pułkowniku – Ethan uspokoił znajdującego się gdzieś daleko przełożonego. – A teraz zamknij się i daj mi robić to, co do mnie należy – dodał, mrucząc pod nosem.

– Co powiedzieliście, sierżancie? Nie dosłyszałem ostatniego zdania.

– Nic nie mówiłem, pułkowniku – zapewnił go pośpiesznie Ethan.

– Ale ja wyraźnie słyszałem, że coś mówicie. Majorze, słyszeliście to samo co ja?

– Ktoś coś powiedział. – Drugi głos był bardziej stłumiony. – Na pewno.

– Chyba coś jest nie tak z waszym systemem łączności, sierżancie – zadecydował pułkownik. – Przeprowadźcie natychmiast pełną diagnozę.

– Pułkowniku, przeprowadzamy właśnie operację przejęcia...

– Nie przejmujcie się. Zrobimy to zdalnie, z punktu dowodzenia. Nie możemy sobie pozwolić na utracenie kontaktu z wami.

Stark otworzył usta, by gorąco zaprotestować, ale zamknął je zaraz, widząc na wyświetlaczu HUD-a czerwoną ikonkę oznaczającą wyłączenie systemu na czas przeprowadzania diagnostyki. Zaczął walić pięścią w najbliższą ścianę, posyłając gniewne spojrzenia w kierunku obu szeregowców, którzy starali się udawać, że niczego nie widzą. Stark czekał, nie mogąc posuwać się naprzód, dopóki nie odzyska łączności z pozostałymi członkami oddziału, i pieklił się na płynący cholernie wolno czas, gdy komputery skanowały całe oprogramowanie i sprawdzały elektronikę jego komunikatora.

Proszę cię, słodki Jezu, modlił się w duchu, żeby te barany z dowództwa brygady znalazły sobie kogoś innego do zajeżdżenia na śmierć, kiedy już uporają się z diagnostyką mojego sprzętu.

Błysk zielonej diody oznajmił zakończenie diagnostyki. Stark zamarł, wstrzymując oddech. Czekał na kolejne wskazówki z tylnego siedzenia, ale w komunikatorze panowała idealna cisza. Może znudziło ich czekanie na koniec skanowania i przerzucili się na innego biedaka, żeby go uczyć, jak wiązać sznurowadła? Ethan ruszył w stronę zakrętu, dając znak swoim ludziom, by szli za nim, a potem zatrzymał się ponownie. Szkolono go, by w takich momentach najpierw wysuwał zza węgła palec – to pozwalało mu zbadać otoczenie za pomocą światłowodowej kamery umieszczonej na materiale rękawicy. Dzięki temu mógł się upewnić, że za załomem ściany nie czeka na niego żadna niespodzianka, ale ta metoda miała także swoje minusy – wróg dowiadywał się, że właściciel wysuwanego palca za moment sam znajdzie się w polu widzenia.

– Idziemy – mruknął do mikrofonu i przemknął za róg, przylegając plecami do ściany i kierując lufę w głąb następnego sektora korytarza. W jego kierunku szło wolnym krokiem dwóch dyskutujących ze sobą naukowców. Najpierw pierwszy, a moment później drugi zauważył mierzącą w nich opancerzoną sylwetkę żołnierza, co sprawiło, że obaj stanęli jak wryci z opadniętymi szczękami. Stark machnął ręką, przywołując towarzyszących mu szeregowców. W tym samym momencie włączył zewnętrzny głośnik.

– Uwaga. To laboratorium zostało zajęte przez siły zbrojne Stanów Zjednoczonych – wyrecytował. – Wszyscy pracownicy zostaną zatrzymani dla ich własnego dobra. Na wszelkie próby oporu odpowiemy siłą.

Szeregowcy dobiegli do pary cywilów, nadal zbyt zaskoczonych, by stawiać czynny opór, i ustawili ich pod najbliższą ścianą, trzymając cały czas na muszkach karabinów.

– Billings, odprowadź ich – rozkazał Ethan. – Murphy i ja wchodzimy do laboratorium.

Główna sala laboratorium – czyli jego cel – była największym pomieszczeniem tego kompleksu, a przynajmniej wyglądała na taką na ekranie taka.

Stark pognał od razu przed siebie, uznawszy, że element zaskoczenia, którego jak widać, jednak nie utracili, będzie działał na ich korzyść. Biegł, kierując się odczytami mapy wyświetlanej na taku. Pokonał jeden korytarz, potem skręcił w prawo, ale gdy po chwili spróbował powtórzyć ten manewr, natknął się na litą skałę.

– Cholera!

– Sierżancie? – zapytał lekko wystraszony Murphy. – Czy tutaj nie powinno być przejścia?

– Owszem, ale jak widać, już go nie ma. Plany zdobywane zawczasu przez wywiad nigdy nie zgadzają się w stu procentach z wykończonymi budowlami.

– I co teraz, sierżancie?

Regulamin mówił jasno, jak mają się zachować w podobnych sytuacjach. Nie dopuszczał żadnych zmian w planie zapisanym na taku, co oznaczało, że Stark musiał skontaktować się z pułkownikiem odpowiadającym za jego sektor i poczekać na oficjalne potwierdzenie, iż stanął właśnie przed ścianą, której tu nie powinno być, i wgranie nowej sekwencji programu uwzględniającej tę poprawkę. Żołnierzom nie wolno pozwolić na samodzielne myślenie! Tknięty przeczuciem Stark sprawdził, jak duże opóźnienia występują w komunikacji ze sztabem brygady, i wyszczerzył zęby z radości. Zgodnie z jego oczekiwaniami szum informacyjny narastał w miarę rozwoju operacji. W chwili obecnej przekraczał już wydolność systemu. Opóźnienia wynosiły nie sekundy, ale całe minuty, co dawało mu całkiem sporo czasu, zanim ktokolwiek w sztabie zorientuje się, że jego działania nie są w stu procentach zgodne z zaplanowanymi.

– Za mną – warknął na Murphy’ego, ruszając biegiem do następnego zaznaczonego na planie wejścia. Jego HUD pokazywał, że pozostałe zespoły ogniowe zajęły już wyznaczone pozycje i zabezpieczyły teren, nie musiał się więc przejmować potencjalnymi zagrożeniami i mógł w pełni wykorzystać te kilka minut, jakie mu zostały, zanim któryś z oficerów zauważy, że zszedł ze ścieżki wytyczonej przez taka.

Czasami to się sprawdzało, ale nie tym razem, niestety. Za kolejnym rogiem trafili na mężczyznę w mundurze tutejszego stróża prawa. Stał tam uzbrojony w pistolet wiszący przy pasie i spoglądał na nich groźnie. Złudzenie przewagi spowodowanej zaskoczeniem prysnęło jak bańka mydlana, gdy sięgnął do kabury. Stark – wisząc właśnie w powietrzu po zrobieniu kolejnego długiego susa – zauważył, że Murphy podnosi broń, ale czyni to z widocznym wahaniem.

– Zastrzel go, do cholery!

– Ale sierżancie, ten pistolet nie...

W tym momencie Stark znów stał pewnie na nogach i mógł wymierzyć, co też uczynił, natychmiast pociągając za spust. Trafił w dolną część tułowia. Pocisk uderzył w ciało z takim impetem, że policjant poleciał cały metr do tyłu.

– Rozbrój go! – rozkazał Ethan. – I żeby mi to było ostatni raz!

– Ale sierżancie...

– Nie ma żadnego ale! – Choć lufa jego karabinu wciąż była wymierzona w rannego mężczyznę, całą wściekłość Stark skierował na szeregowca. – Wisi mi, czy jego pukawka może przebić twój pancerz. Lepiej nie ryzykować. Rozumiesz? Jeśli przeciwnik ma pistolet, strzelasz do niego. Nawet jeśli to tylko zabawka na wodę.

Murphy kopnął broń policjanta, nie patrząc nawet na Starka.

– Przepraszam, sierżancie.

– I słusznie, cholera. – Ethan zdołał zapanować nad gniewem i odłożył broń, widząc, że krew tryska z rany na brzuchu postrzelonego o wiele mocniej, niż miałoby to miejsce w ziemskim ciążeniu. – Patrz, Murphy. Przyjrzyj się dobrze. Nie chciałbym, abyś to ty znalazł się na jego miejscu. A teraz bierz apteczkę, opatrz go i odprowadź do punktu zbornego.

– Dobrze, sierżancie. Pan się nie martwi. Wiem, co spieprzyłem.

– Świetnie.

Stark ruszył ponownie w kierunku wyznaczonego celu. Wpadł do pomieszczenia laboratorium w tej samej chwili, gdy w jego słuchawkach rozległ się rozeźlony głos.

– Sierżancie, dlaczego nie wykonujecie poleceń zapisanych w taku?

– Wykonuję je, sir – odparł tonem zranionej niewinności. – Zgodnie z zapisem na komputerze taktycznym miałem dotrzeć do pomieszczenia, w którym teraz się znajduję.

– Ale... – zaczął oficer, lecz zaraz umilkł. Zapewne trafił na kolejny dowód czyjejś niesubordynacji. – Niech wam będzie. Róbcie swoje.

– Tajest!

Stark zapoznał się z aktualną sytuacją. W pomieszczeniu znajdowała się już spora grupa zagranicznych naukowców stojąca pod strażą żołnierzy z jego drużyny. Większość zatrzymanych miała na sobie białe fartuchy, ale kilku doprowadzono w tym, w czym akurat spali. Więźniowie spoglądali na swoich oprawców z wyraźnym niedowierzaniem. Ethan przywołał do siebie kobietę pełniącą tymczasowo obowiązki kaprala.

– Miałaś jakieś problemy, Gomez?

– No, sargento – odparła Anita z wyraźnym rozbawieniem. – To znaczy kilku cywili nie miało ochoty iść z nami, ale nie trzeba ich było zbyt mocno przekonywać.

Stark przyjrzał się raz jeszcze zgromadzonym naukowcom. Przynajmniej jeden z nich miał podbite oko.

– Ktoś został ranny?

– Nie, sierżancie. A jeśli już, to lekko.

– Świetnie. Musimy się z nimi dogadać. – Ethan przełączył się na zewnętrzny głośnik, dzięki czemu mógł przemówić jednocześnie do schwytanych i swoich ludzi. – To laboratorium zostało zajęte przez siły Stanów Zjednoczonych. Zostaniecie pod strażą dla swojego własnego bezpieczeństwa do momentu przybycia środków transportu, którymi przewieziemy was na Ziemię, do waszych krajów. Nikt nie poniesie szkody, jeśli nie...

Jakaś kobieta wystąpiła z grupy, przerywając jego przemówienie. W jej ciemnych oczach tliła się furia, a podniesione w górę ręce służyły wzmocnieniu przekazu.

– Wynocha stąd. Przeszkadzacie w niezwykle ważnej pracy, nie mówiąc już o tym, że wkroczyliście na prywatny teren.

– Jak już wspomniałem, szanowna pani, kompleks ten jest od tej pory własnością rządu USA.

– Piraci! Najemnicy!

Stark wyczuł nerwowość swoich ludzi. Zwłaszcza to drugie określenie ubodło ich do żywego.

– Nie jesteśmy najemnikami, proszę szanownej pani – poprawił ją wyniośle. – Nie walczymy dla pieniędzy.

– Mam gdzieś, czym usprawiedliwiacie swoje czyny! – Kobieta patrzyła mu prosto w oczy. – To bezprawie! Wy, Amerykanie, zagarnęliście dla siebie wszystkie bogactwa naturalne Ziemi. Jeszcze wam mało? Musieliście przylatywać tutaj i odbierać nam nasze laboratoria?

– Otrzymałem rozkaz, aby...

– To akt piractwa! – powtórzyła, oglądając się na pozostałych naukowców, jakby szukała u nich wsparcia. – Nie macie prawa zajmować tego kompleksu.

– To już nie moja działka, proszę pani – zapewnił ją Stark, akcentując mocno każde słowo. – Chce pani złożyć skargę, proszę skierować ją na ręce mojego przełożonego. Ja tylko wykonuję rozkazy.

– Zatem proszę poinformować swojego dowódcę, że żądam, abyście natychmiast opuścili nasze laboratoria.

Stark podniósł wyżej lufę karabinu. Metal, z którego wykonano broń, zalśnił złowieszczo w jasnym świetle wypełniającym pomieszczenie. Tym prostym gestem zwrócił na siebie uwagę wszystkich cywili, napełniając ich serca lękiem i niepewnością.

– Otrzymałem rozkaz zajęcia tego kompleksu i zatrzymania jego personelu.

– Nie obchodzą mnie pańskie rozkazy!

– To zrozumiałe. Ale ostrzegam, że każda próba oporu z waszej strony spotka się z naszą zdecydowaną odpowiedzią. – Stark ułożył broń tak, że jej lufa skierowana była teraz w stronę zbitych w gromadkę naukowców. – Decyzja należy do was.

Większość zatrzymanych natychmiast podniosła ręce w kierunku kamiennego sklepienia, pocąc się obficie mimo panującego w laboratorium chłodu. Gdy pozostali wciąż się wahali, do sali wszedł Murphy, niosąc rannego, który wciąż jeszcze oddychał, ale był blady jak kreda. Na ten widok reszta rąk wystrzeliła w górę. Tylko rozwścieczona kobieta nadal nie dawała za wygraną.

– Zabiliście go! – raczej stwierdziła, niż zapytała.

– Jeszcze żyje – odparł Stark lodowatym tonem. – Ale każdy, kto zagrozi moim ludziom, podzieli jego los.

Kobieta zacisnęła dłonie w pięści.

– Nie zamierzam legitymizować waszych działań, idąc na współpracę.

– Pani sprawa – odparł Stark i wskazał na nią kciukiem. – Zabrać ją!

Mimo odblaskowej powłoki hełmu ukrywającej twarz Ethan zdawał sobie doskonale sprawę, że Gomez radośnie szczerzy zęby, występując z szeregu, by walnąć buntowniczkę kolbą karabinu w lewą goleń. Kobieta padła na podłogę, jęcząc z bólu, a jej pogromczyni obróciła szybko broń, przyłożyła wylot lufy pod brodę ofiary, a potem przyklęknęła sprawnie i skuła jej ręce. Kajdanki zacisnęły się automatycznie, a przylegały tak idealnie, jakby taśma z fibry utworzyła drugą niezniszczalną skórę na nadgarstkach.

– Jeśli spróbujesz je rozciąć – ostrzegła Gomez – wykrwawisz się na śmierć. Comprendo?

Kobieta skinęła głową i pozwoliła się odprowadzić razem z resztą jeńców w najdalszy kąt sali.

– Poruczniku... – Stark przełączył się na wewnętrzny komunikator. – Zabezpieczyliśmy cały kompleks.

– Przyjąłem. Napotkaliście opór?

– Postrzeliliśmy jednego człowieka z ochrony kompleksu. Ale przeżyje.

– Szkoda. Sztab brygady narzeka na niewystarczający poziom walk podczas tego ataku.

Stark zaczerpnął głęboko tchu, skupiając wzrok gdzieś w przestrzeni.

– Nie ponieśliśmy żadnych strat, poruczniku.

– Jedno dobre, sierżancie. Transporter dotrze do was za jakieś pół godziny i zabierze jeńców. Nie pozwólcie im skonstruować w tym czasie jakiejś atomówki.

– Tajest! – Ethan posłał gniewne spojrzenie w stronę grupy naukowców zgromadzonych przy sprzęcie, którego przeznaczenia nawet się nie domyślał. – Gomez, dopilnujesz, żeby nikt niczego nie dotykał. Mówię poważnie. Jeśli któryś wyciągnie rękę, żeby podrapać się po dupie, masz mu ją połamać.

– Sí, sargento. Słyszeliście, co powiedział sierżant? – To pytanie Gomez skierowała do cywilów. Ci byli tak przerażeni, że niemal żaden nie odważył się skinąć w odpowiedzi. – Dobrze. Nie chcemy kłopotów. Nie cierpię lać ludzi, którzy nie mogą mi oddać, ale zrobię to, jeśli zajdzie potrzeba.

Stark nie zdołał się odprężyć. Patrolował bez końca korytarze kompleksu w poszukiwaniu potencjalnych źródeł zagrożenia, dopóki nie pojawił się zapowiadany transporter i nie zabrał wszystkich jeńców. A przyleciał jakieś pół godziny po wyznaczonym terminie, przywożąc klnącego na czym świat stoi Desoto, który narzekał , że nie mógł wziąć udziału w akcji.

– Powinienem był iść z wami – burczał do Starka.

– Jasne, nie nudzilibyśmy się przynajmniej po drodze, próbując uratować cię przed rozgotowaniem wewnątrz uszkodzonego skafandra. Miałem dość problemów w czasie tej akcji, żeby się jeszcze zajmować tobą.

Desoto gapił się przez chwilę w podłogę, potem skinął głową.

– Ma pan rację, sierżancie. Nie powinienem narzekać.

– A niech cię, Pablo – Ethan wyszczerzył zęby. – Ty zawsze będziesz narzekał. Tego jednego wojo nigdy cię nie oduczy. – Uśmiech ustąpił miejsca śmiertelnej powadze. – W czasie walki nie mam czasu na myślenie o niczym prócz mojej roboty. Nie liczą się ani moje, ani twoje uczucia. Albo czy któremuś małpoludowi z naszej drużyny coś się podoba, czy też wręcz przeciwnie. Jesteś kapralem, Pablo. Pamiętaj o tym. Jeśli zobaczę, że nie wyrabiasz, dostaniesz kopa w dupę i znajdę na twoje miejsce kogoś lepszego.

Desoto raz jeszcze zwiesił głowę.

– Wiem. Nie zapomnę o tym, sierżancie. – Rozejrzał się, przeczesując wzrokiem widoczną część kompleksu. – Jak długo tu zostaniemy?

– Jeszcze trochę, jeśli dopisze nam szczęście. Mieszkało tutaj ponad dwudziestu cywili, więc wyposażono to miejsce w kuchnię z prawdziwego zdarzenia. Wygodnie tutaj jak u mamy, a siłownię zaopatrującą ten kompleks w energię przejęli mechanicy z drugiego batalionu, więc nie musimy się o nic martwić.

– Nieźle! – Żołnierze służby zasadniczej byli przyzwyczajeni do takich warunków, że nawet proste udogodnienia wydawały im się luksusem. Zachwyt Desoto szybko jednak wyparował. – Oficerowie wypieprzą nas stąd, jak tylko się o tym dowiedzą.

– Niekoniecznie. Słyszałem, że w okolicy jest sporo wygodniejszych kwater niż ta...

– Sierżancie! – zawołał Murphy z pokoju przerobionego na tymczasowe centrum dowodzenia. – Mamy połączenie z Reynolds.

Victoria wyglądała na zadowoloną, gdy ujrzał ją na ekranie stacjonarnego komunikatora. Rozpierała się w głębokim fotelu, który na Ziemi prezentowałby się idealnie, ale w obniżonej grawitacji wydawał się jakby... opuchnięty.

– Zabezpieczyłeś wszystko, Ethan?

– Bez problemu – odparł. – Jakieś wieści?

– Możecie się tam rozgościć – poradziła mu Reynolds. – Mamy bronić tych instalacji, dopóki nie nadejdą nowe rozkazy.

– To wszystko? Nie powiem, żeby mi to przeszkadzało. Widziałem tutaj kilka naprawdę przyzwoitych kwater. Na pewno nie będziemy umacniać naszych pozycji?

– Żadnego okopywania się. Trepy nie chcą, abyśmy doprowadzili do jakichkolwiek zniszczeń, na wypadek gdyby trzeba było przehandlować część tego, co zdobyliśmy.

– Świetnie. Kiedy nastąpi kontratak, po prostu poddamy się bez walki.

Vic roześmiała się.

– Nie będzie żadnego kontrataku. Z tego co wiem, jesteśmy jedynymi wojskowymi na Księżycu.

– I uważasz, że to się nie zmieni w najbliższym czasie?

– Tego nie powiedziałam. Ale tej nocy możesz spać spokojnie.

– Teoretycznie tak – mruknął Stark bez głębszego przekonania.

Pokręciła głową.

– Co cię gryzie, Ethan? Odpręż się. Już po walce.

– Walka jeszcze się nawet nie rozpoczęła – poprawił ją natychmiast. – Odprężę się, kiedy zobaczę ponownie mury naszego garnizonu.

– Jak tam sobie chcesz – posłała mu kolejny uśmiech. – Moja drużyna zajęła dom zarządcy tego sektora. Powiem ci tyle, że przełożeni cywilbandy wiedzą, jak żyć.

– Domyślam się. A gdzie będzie kwaterował nasz porucznik?

– Tutaj. – Vic zdołała zachować radosny wyraz twarzy.

Stark postanowił, że nie będzie gorszy.

– Czyż to nie rozkoszne? Kilka miesięcy, jak Bóg da, z porucznikiem wpitym w twój kark przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Życzę dobrej zabawy, sierżant Reynolds.

– Dzięki. Ale bez obaw, w czasie pobytu na froncie nie pozwalam sobie na relaks.

– Nie jesteś już kotem, Vic. Wybacz, jeśli potraktowałem cię jak jednego z nich. Do cholery, jesteś lepsza ode mnie w tej robocie. – Stark przygryzł dolną wargę i przymknął powieki w zamyśleniu. – Nie podoba mi się to, że nie umacniamy naszych stanowisk. Czy trepy naprawdę uważają, że faceci, którym zabraliśmy tak fajne zabawki, nie zechcą ich odzyskać?

– Na to wygląda. Albo liczą, że wystarczy, jeśli oddamy niewielką ich część.

– Wiesz, Vic, walczyliśmy już przeciw ludziom, których własność teraz zagarnęliśmy, ale przy tej okazji sięgnęliśmy też po dobra należące do naszych niedawnych sojuszników.

– Technicznie biorąc, ustawa Kongresu stanowi, że to nasza własność. My ją tylko odebraliśmy.

– Jasne. Bądźmy szczerzy, korporacjom, które mają w kieszeni nasz rząd, nie spodobało się, że jacyś ludzie z Pierwszego, Drugiego czy też Trzeciego Świata położyli łapę na tutejszych surowcach.

– To jedyne złoża, jakie jeszcze pozostały. Zdobyliśmy już wszystko, co oferowała staruszka Ziemia. Takie są korzyści z bycia jedynym supermocarstwem. Wiesz, jeśli umiesz dobrze rozgrywać, nikt nie zagrozi twojej bramce.

Stark skrzywił się.

– Jasne, Vic. Jak już wspomniałem, znamy tych ludzi. Zmęczyło ich już to ciągłe uginanie grzbietu, żebyśmy mieli lepsze widoki. Tym razem nie puszczą nam tego płazem.

Victoria wzruszyła ramionami.

– To nie nasza sprawa, Ethan. I uważaj, co mówisz, bo twoje słowa trącą sympatią dla Trzeciego Świata.

– Po prostu mam już dość walki i zabijania tylko po to, by jakaś gruba ryba mogła się bardziej nachapać. Cholerny Pax America. Co jest pokojowego w wysyłaniu wojsk do każdego zakątka Ziemi, a teraz nawet na ten kawałek skały wiszący w kosmosie?

– Wydawało mi się, że nie narzekałeś na warunki zamieszkania w tym kompleksie – drażniła go Reynolds.

– Nie mam nic do tych pokoi. Nie podoba mi się tylko miejsce, w którym się znajdują.

– Nie ten sektor?

– Nie ta planeta, satelita czy jak to zwać. To paskudne miejsce, Vic. Nie ma tu żadnego życia. Znaczy na zewnątrz. Księżyc jest martwy. Całkowicie martwy.

– I dobrze. Wolałbyś, żeby przed włazem waszego laboratorium stał teraz batalion wrogo nastawionej zmechanizowanej piechoty?

– Bardzo zabawne. – Stark poczuł zimny dreszcz mimo bardzo przyjemnej temperatury, jaką termostaty utrzymywały we wnętrzu jego zbroi. – Przecież tu nie ma nawet źdźbła trawy, Vic. Tylko kamienie.

– Wydawało mi się, że nie cierpisz trawy, aczkolwiek chyba nigdy nie powiedziałeś dlaczego.

– Nie lubię zielska, ale jeszcze bardziej nienawidzę martwego krajobrazu. – Ethan poczuł kolejny dreszcz. – Mimo że to naprawdę wielka odmiana, wcale nie czuję się lepiej. No wiesz, chodzi mi o Ziemię, a zwłaszcza o naszą ostatnią operację. Nie podobało mi się tam, ale tutaj jest jeszcze gorzej.

COPYRIGHT©2011 BY John G. HemryCOPYRIGHT©BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2012 COPYRIGHT©FOR TRANSLATION BY Robert J. Szmidt, 2012

TYTUŁ ORYGINAŁU: Stark’s War

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-698-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE © Algol | Dreamstime.com

REDAKCJA Małgorzata Hawrylewicz-Pieńkowska

REDAKCJA Urszula Gardner

KOREKTA Katarzyna Bagier

SKŁAD Dariusz Haponiuk

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl