Wydawca: Akurat Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Wojna starego człowieka ebook

John Scalzi  

4.33333333333333 (18)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 398 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojna starego człowieka - John Scalzi

W dniu swoich siedemdziesiątych piątych urodzin John Perry zrobił dwie rzeczy. Najpierw odwiedził grób swojej żony. A potem wstąpił do armii.

Ludzkość w końcu znalazła drogę do międzygwiezdnej przestrzeni – to dobra wiadomość. Zła wiadomość jest taka, że w kosmosie jest niewiele nadających się do zamieszkania planet – za to aż roi się tam od obcych, którzy chcą o nie walczyć. Wychodzi na to, że wszechświat jest dla człowieka wrogim miejscem.

A więc – walczymy. Żeby obronić Ziemię (która może stać się celem ataku dla naszych nowych wrogów, jeśli dopuścimy ich zbyt blisko); walczymy również o nasz planetarny stan posiadania. Z dala od Ziemi, ta wojna trwa już od dziesiątków lat: jest brutalna, krwawa i nieubłagana.

Sama Ziemia jest zaściankiem. Większa część zasobów ludzkości znajduje się w rękach Kolonialnych Sił Obrony, które chronią Ziemię przed zbyt dokładną wiedzą na ten temat. Ogólnie wiadomo tylko jedno – kiedy osiągnie się wiek emerytalny, można się zaciągnąć do KSO. Oni nie chcą młodych ludzi; chcą ludzi, którzy mają wiedzę i doświadczenia zebrane w ciągu długiego życia.

Zostaniesz zabrany z Ziemi, żeby już nigdy nie móc na nią powrócić. Będziesz musiał odsłużyć swoje na froncie. A jeśli uda ci się przeżyć, wspaniałomyślnie pozwoli ci się osiedlić na jednej z ciężko wywalczonych planet.

John Perry zgadza się na te warunki. Praktycznie nie ma pojęcia o tym, co go czeka. Prowadzona w odległości wielu lat świetlnych od domu wojna okazuje się o wiele cięższa, niż mógł sobie wyobrazić – i, jak się przekona, o wiele dziwniejsza.

Opinie o ebooku Wojna starego człowieka - John Scalzi

Fragment ebooka Wojna starego człowieka - John Scalzi

Tytuł oryginału: Old Man’s War

Projekt okładki: Krzysztof Krawiec

Redakcja: Julia Celer

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Kamil Kowalski

Copyright © 2005 by John Scalzi

All rights reserved.

For the cover illustration © by Joe Roberts

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

© for the Polish translation by Jakub Małecki

ISBN 978-83-7758-935-9

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W dniu swoich siedemdziesiątych piątych urodzin zrobiłem dwie rzeczy. Najpierw odwiedziłem grób żony. A potem wstąpiłem do wojska.

Wizyta przy grobie Kathy była tą mniej dramatyczną czynnością. Moja żona leży na cmentarzu Harris Creek, niecałe półtora kilometra od miejsca, gdzie mieszkałem i gdzie wspólnie wychowaliśmy dzieci. Załatwienie jej parceli na tym cmentarzu było trudniejsze, niż można się było spodziewać – żadne z nas nie spodziewało się śmierci, dlatego nie przygotowaliśmy sobie miejsca pochówku wcześniej. To śmiertelnie upokarzające – że użyję tak trafnego zwrotu – kłócić się z kierownikiem cmentarza o grób dla twojej zmarłej żony. W końcu mój syn Charlie, który jest burmistrzem miasta, pociągnął za kilka sznurków i załatwił nam miejsce. Bycie ojcem burmistrza ma swoje plusy.

Wróćmy jednak do samego grobu. Jest prosty i niczym się nie wyróżnia; zamiast wielkiego nagrobka znajduje się tam tylko niewielka płyta. Kontrastuje z nią wielki pomnik Sandry Cain z jej szkolnym zdjęciem i wyrytymi na przodzie ckliwymi aforyzmami Keatsa na temat śmierci, młodości i piękna. Kathy na pewno roześmiałaby się, gdyby wiedziała, że jej grób sąsiaduje z wielkim nagrobkiem Sandy, która przez całe życie rywalizowała z nią z tym swoim zadziwiającym, maniakalnym uporem. Kiedy Kathy pojawiała się z ciastem na lokalnym targu wypieków, Sandy przynosiła trzy placki i nawet nie próbowała kryć oburzenia, jeśli nie sprzedała ich pierwsza. Kathy starała się wtedy łagodzić sytuację i kupowała jeden z jej wypieków. Nie wiadomo jednak, czy z punktu widzenia Sandy polepszało to, czy też może pogarszało całą sprawę.

Przypuszczam, że pomnik Sandy można uznać za ostatnie słowo w tej rywalizacji − nie dało się jednak na nie odpowiedzieć, ponieważ Kathy już nie żyła. Z drugiej strony nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek odwiedzał jej grób. Trzy miesiące po jej śmierci Steve Cain sprzedał dom i przeniósł się do Arizony, a kiedy wyjeżdżał, na jego twarzy rozciągał się uśmiech rozmiarów drogi międzystanowej numer dziesięć. Jakiś czas później przysłał mi pocztówkę; w nowym miejscu zaczął spotykać się z kobietą, która pięćdziesiąt lat wcześniej była gwiazdą porno. Przez tydzień po otrzymaniu tej informacji czułem się nieswojo. Dzieci i wnuki Sandy mieszkają w sąsiedniej miejscowości, ale biorąc pod uwagę częstotliwość ich wizyt na cmentarzu, równie dobrze mogłyby żyć w Arizonie. Od czasu pogrzebu Sandy słowa Keatsa czytałem chyba tylko ja, idąc na grób żony.

Na pomniku Kathy wyryto jej nazwisko (Katherine Rebecca Perry), daty urodzin i śmierci oraz słowa „Ukochana żona i matka”. Czytam ten napis podczas każdej wizyty. Nie mogę się powstrzymać; te cztery słowa tak niedostatecznie, a zarazem tak doskonale obrazują jej życie. To zdanie nic o niej nie mówi: nie opisuje jej codziennych zajęć, jej zainteresowań i miejsc, do których lubiła jeździć. Nie wynika z niego, jaki był jej ulubiony kolor, jaką nosiła fryzurę, na kogo głosowała ani jakie miała poczucie humoru. Niczego się o niej nie dowiemy, oprócz tego, że Kathy była kochana. I rzeczywiście była. Ona sama uznałaby pewnie, że to wystarczy.

Nienawidzę tego cmentarza. Nienawidzę tego, że moja czterdziestodwuletnia żona nie żyje − że tamtego sobotniego poranka mieszała w misce ciasto na gofry i opowiadała mi o sprzeczce, która miała miejsce na spotkaniu zarządu biblioteki poprzedniego wieczoru, a chwilę później jej ciało drgało konwulsyjnie na podłodze, kiedy wylew niszczył mózg. Nienawidzę tego, że jej ostatnie słowa brzmiały: „Cholera, gdzie ja wsadziłam cukier waniliowy?”.

Nienawidzę tego, że stałem się typowym starym facetem, który przychodzi na cmentarz, żeby spędzać czas ze zmarłą żoną. Kiedy byłem (znacznie) młodszy, pytałem czasem Kathy, jaki jest w tym sens. Sterta gnijącego mięsa i kości, która kiedyś była człowiekiem, już nim nie jest – jest tylko stertą gnijącego mięsa i kości. Człowieka już nie ma; trafił do nieba, piekła czy jeszcze gdzie indziej, a może nigdzie. Równie dobrze moglibyśmy odwiedzać półtusze wieprzowe. Wraz z wiekiem zdajemy sobie sprawę, że tak jest rzeczywiście. Tylko że już się tym nie przejmujemy. Te kości to wszystko, co mamy.

Nienawidzę tego cmentarza, ale wtedy cieszyłem się, że jest. Tęsknię za żoną. Łatwiej tęsknić za nią na cmentarzu, gdzie zawsze była martwa, niż w tych wszystkich miejscach, w których była żywa.

Jak zwykle nie zostałem długo. Tylko żeby poczuć ukłucie bólu, który wydawał się tak świeży jak osiem lat temu i który przypomniał mi, że mam jeszcze coś do zrobienia, poza sterczeniem na cmentarzu niczym stary głupiec. Kiedy tylko to zrozumiałem, odwróciłem się i ruszyłem z powrotem, nie oglądając się za siebie. Był to ostatni raz, gdy widziałem ten cmentarz i grób żony, ale nie starałem się zapamiętać go jak najlepiej. Jak już mówiłem, jest to miejsce, w którym Kathy od zawsze była martwa. Po co je zapamiętywać.

***

Właściwie, jeśli dobrze się zastanowić, zapisanie się do wojska też nie było specjalnie dramatyczne.

W naszym niewielkim miasteczku nie mieliśmy oddziału komisji rekrutacyjnej. Żeby się zaciągnąć, musiałem pojechać do stolicy hrabstwa, czyli do Greenville. Biuro mieściło się w niewielkim lokalu na terenie nieciekawego pasażu handlowego; sąsiadowało ze sklepem monopolowym i z salonem tatuażu. Niezależnie od tego, co bym tam zamówił, następnego ranka mógłbym mieć problemy.

Wnętrze biura było jeszcze mniej zachęcające, o ile to w ogóle możliwe. Wyposażenie składało się z biurka, komputera, drukarki, człowieka za biurkiem, dwóch krzeseł ustawionych naprzeciwko i sześciu przy sąsiedniej ścianie. Na niewielkim stoliku przed rzędem krzeseł leżały ulotki informacyjne oraz stare numery „Time’a” i „Newsweeka”. Byliśmy tu z Kathy dziesięć lat temu i podejrzewam, że nic się od tamtej pory nie zmieniło, łącznie z gazetami. Tylko człowiek wydawał się nowy. A przynajmniej nie kojarzę, żeby poprzedni miał tyle włosów. I piersi.

Kobieta zajęta była stukaniem w klawiaturę i kiedy wszedłem, nawet na mnie nie spojrzała.

– Chwileczkę, dobrze? – mruknęła w taki sposób, jakby otwarcie drzwi wywoływało u niej odruch Pawłowa.

– Proszę się nie spieszyć – powiedziałem. – Widzę, że macie tu niezły ruch.

Ta odrobina sarkazmu pozostała zignorowana i niedoceniona, co w ciągu ostatnich kilku lat przydarzało mi się regularnie; dobrze wiedzieć, że nie straciłem formy. Usiadłem przed biurkiem i czekałem, aż kobieta skończy.

– Podpisujemy czy wylatujemy? – zapytała, nadal na mnie nie patrząc.

– Słucham?

– Przychodzi pan, żeby się zarejestrować czy rozpoczyna pan służbę?

– Ach, tak. Chciałbym rozpocząć służbę, jeśli można.

W końcu spojrzała na mnie i zmrużyła oczy skryte za grubymi szkłami okularów.

– John Perry? – zapytała.

– Tak, to ja. Skąd pani wie?

Przeniosła wzrok z powrotem na ekran komputera.

– Większość osób, które chcą się zaciągnąć, przychodzi w dniu swoich urodzin, mimo że zgodnie z przepisami mają na to trzydzieści dni. Dzisiaj urodziny obchodzą trzy osoby. Mary Valory już dzwoniła, żeby powiedzieć, że nie leci. A na Cynthię Smith mi pan nie wygląda.

– Miło mi to słyszeć – powiedziałem.

– Nie przyszedł pan, żeby się zarejestrować – kontynuowała, ignorując mój kolejny żart – oznacza to więc, że jest pan Johnem Perrym.

– Mógłbym też być samotnym starszym panem, który szuka okazji do rozmowy – zasugerowałem.

– Rzadko nam się tacy trafiają – wyjaśniła. – Chyba odstraszają ich te wytatuowane dzieciaki z lokalu obok.

Kobieta wreszcie odsunęła od siebie klawiaturę i poświęciła mi całą swoją uwagę.

– No dobrze, czy mogę zobaczyć jakiś dokument tożsamości?

– Przecież pani już wie, kim jestem – przypomniałem.

– Upewnijmy się. – Mówiąc to, nie zdobyła się nawet na cień uśmiechu. Codzienne użeranie się z gadatliwymi starymi pierdzielami w jej przypadku najwyraźniej zrobiło swoje.

Podałem jej prawo jazdy, akt urodzenia i krajową kartę identyfikacyjną. Odebrała je ode mnie, a następnie wyjęła z biurka skaner, podłączyła go do komputera i przesunęła w moją stronę. Położyłem na nim dłoń i czekałem, aż skanowanie zostanie zakończone. Potem kobieta przeciągnęła kartę identyfikacyjną przez czytnik na boku urządzenia, potwierdzając w ten sposób moją tożsamość.

– Tak, to pan.

– Wróciliśmy więc do punktu wyjścia – zauważyłem.

Po raz kolejny zignorowała mój komentarz.

– Dziesięć lat temu podczas okresowego szkolenia kandydatów otrzymał pan informacje dotyczące Sił Obronnych Kolonii, a także obowiązków związanych ze wstąpieniem do jednostki – oświadczyła tonem, z którego wynikało, że przez większość swojego zawodowego życia wypowiadała to zdanie przynajmniej raz dziennie. – Wysyłano panu również materiały dotyczące powinności członka SOK-u. Czy potrzebuje pan dodatkowych informacji lub prezentacji utrwalającej tę wiedzę, czy oświadcza pan, że w pełni rozumie wszystkie swoje przyszłe zadania i obowiązki? Proszę pamiętać, że wniosek o dodatkowe materiały informacyjne jak również odmowa przystąpienia do SOK-u nie wiążą się z żadnymi konsekwencjami.

Przypomniałem sobie szkolenie okresowe. Pierwsza część polegała na tym, że grupa starszych obywateli siedziała na składanych krzesłach w domu kultury w Greenville, jedząc pączki, pijąc kawę i słuchając nudnej gadki jakiegoś urzędnika o historii ludzkich kolonii. Następnie facet rozdał ulotki z informacjami na temat służby w SOK-u, która przypominała po prostu życie w wojsku. Kiedy już można było zadawać pytania, dowiedzieliśmy się, że ten człowiek nigdy do SOK-u nie należał – został tylko zatrudniony do przeprowadzania prezentacji w okolicach Miami.

Drugą część szkolenia stanowiły krótkie badania lekarskie: lekarz pobrał mi krew, i materiał genetyczny z moich ust oraz zrobił mi tomografię mózgu. Najwyraźniej wyniki okazały się pozytywne. Od tamtej pory raz na rok dostawałem pocztą taki sam informator, jaki mi dali podczas szkolenia. Po dwóch latach zacząłem wyrzucać je do kosza. W ogóle ich nie czytałem.

– Wszystko zrozumiałem – oświadczyłem.

Kobieta skinęła głową i podała mi kartkę oraz długopis. Na arkuszu wydrukowano kilka akapitów, a pod każdym znajdowało się miejsce na podpis. Rozpoznałem ten dokument − bardzo podobny podpisywałem dekadę wcześniej, potwierdzając, że rozumiem, co mnie czeka za dziesięć lat.

– Przeczytam teraz panu po kolei paragrafy. Jeśli wyraża pan zgodę na warunki zawarte w każdym z nich, proszę wpisać dzisiejszą datę i podpisać się w wykropkowanym miejscu poniżej. Jeśli będzie pan miał jakieś pytania, proszę je zadać, gdy skończę czytać dany akapit. Jeżeli nie zrozumie pan lub nie zaakceptuje zapisów któregokolwiek paragrafu, proszę nie składać pod nim podpisu. Czy wszystko jest dla pana zrozumiałe?

– Tak – odpowiedziałem.

– Znakomicie. Paragraf pierwszy. „Ja, niżej podpisany, potwierdzam, że z własnej i nieprzymuszonej woli zgłaszam chęć przystąpienia do Sił Obronnych Kolonii na okres nie krótszy niż dwa lata. Rozumiem też, że w przypadku konfliktu zbrojnego czas ten może zostać jednostronnie wydłużony przez Siły Obronne Kolonii maksymalnie o osiem lat”.

Klauzula wydłużenia okresu służby do dziesięciu lat nie była dla mnie niczym nowym – raz czy dwa razy przeczytałem przecież informator, który mi wysyłano – zastanawiałem się jednak, jak wiele osób ją przegapiło oraz ilu z tych, którzy zwrócili na nią uwagę, spodziewało się, że naprawdę będą musieli odsłużyć pełen okres. Osobiście uważałem, że władze SOK-u nie wymagałyby wyrażenia zgody na dziesięć lat służby, jeśliby nie zakładały, że będzie im to potrzebne. Z powodu Prawa Kwarantanny nie dociera do nas zbyt wiele informacji na temat wojen pomiędzy koloniami. Słyszeliśmy natomiast na tyle dużo, by wiedzieć, że nie ma pokoju we wszechświecie.

Podpisałem.

– Paragraf drugi. „Wstępując do Sił Obronnych Kolonii, zgadzam się nosić broń i używać jej w walce z wrogami Unii Kolonialnej, także przeciwko ludziom. W trakcie służby nie będę odmawiał noszenia i używania broni ani sprzeciwiał się uczestnictwu w konfliktach zbrojnych z powodów religijnych czy moralnych”.

Jak wielu ochotników wstępuje do armii, a potem regularnie powołuje się na konflikt sumienia? Podpisałem.

– Paragraf trzeci. „Zgadzam się sumiennie i bezzwłocznie wykonywać rozkazy i polecenia wydawane przez moich zwierzchników oraz te zawarte w Regulaminie Sił Obronnych Kolonii”.

Podpisałem.

– Paragraf czwarty. „Wstępując do Sił Obronnych Kolonii, wyrażam zgodę na podejmowanie wszelkich niezbędnych czynności medycznych, chirurgicznych i terapeutycznych oraz na przestrzeganie procedur uznanych przez Siły Obronne Kolonii za nieodzowne do podniesienia moich umiejętności bojowych”.

No właśnie: oto powód, dla którego każdego roku do służby wstępują niezliczone rzesze siedemdziesięciopięciolatków.

Powiedziałem kiedyś dziadkowi, że do czasu, kiedy będę w jego wieku, ludzie wymyślą sposób na wydłużenie życia. Roześmiał się wtedy i powiedział mi, że on w moim wieku uważał podobnie, a mimo to, proszę, zestarzał się. Ja też się zestarzałem. Rzecz w tym, że starzenie się to nie następujące po sobie problemy ze zdrowiem, ale wszystkie te cholerstwa naraz i przez cały czas.

Nie można przestać się starzeć. Terapie genowe, wymiany organów i operacje plastyczne w pewnym sensie opóźniają ten proces. Ale starość i tak nas dopada. Wstaw sobie nowe płuca, a wysiądzie ci serce. Załatw sobie nowe serce, a wątroba spuchnie ci do rozmiarów basenu. Wymienisz sobie wątrobę, dostaniesz wylewu. To właśnie as w rękawie starości: nie można wymienić sobie mózgu.

Średnia długość życia człowieka wzrosła jakiś czas temu do dziewięćdziesięciu lat i od tamtej pory stoi w miejscu. Dodaliśmy kolejne dwie dekady do „miary naszych lat”[1], a potem Bóg przydepnął nas butem. Ludzie mogą żyć dłużej – i żyją – ale wydłużeniu ulega tylko okres starości. W tym względzie nic się nie zmieniło.

Sami się nad tym zastanówcie: kiedy macie dwadzieścia pięć, trzydzieści pięć, czterdzieści pięć, a nawet pięćdziesiąt pięć lat, wciąż wydaje wam się, że świat może jeszcze należeć do was. Kiedy macie sześćdziesiąt pięć, a wasze ciało coraz bardziej przypomina ruinę, te tajemnicze „czynności medyczne, chirurgiczne i terapeutyczne oraz nieodzowne procedury” zaczynają budzić zainteresowanie. W końcu osiągacie wiek siedemdziesięciu pięciu lat, wasi znajomi nie żyją, a wy wymieniliście już sobie przynajmniej jeden ważny organ, chodzicie do ubikacji cztery razy w ciągu nocy i nie potraficie pokonać jednego odcinka schodów bez zadyszki – na dodatek wszyscy wam mówią, że nieźle się trzymacie jak na swój wiek.

Zamiana tego na dziesięć lat nowego życia na polu walki wydaje się niezwykle kusząca. Zwłaszcza że jeśli tego nie zrobicie, za dekadę stuknie wam osiemdziesiąt pięć lat i jedyną różnicą pomiędzy wami a rodzynkiem, równie pomarszczonym i bez prostaty jak wy, to fakt, że on nigdy gruczołu prostaty nie miał.

Ale w jaki sposób SOK zdołał odwrócić proces starzenia? Nikt tutaj tego nie wie. Ziemscy naukowcy nie potrafią tego wyjaśnić, nie są też w stanie osiągnąć podobnych rezultatów, choć wiele razy próbowali. Nie można zapytać o to żadnego weterana, ponieważ SOK nie działa na planetach. Rekrutacje do służb odbywają się wyłącznie na planetach, więc i tak niczego byśmy się nie dowiedzieli od kolonistów, nawet gdybyśmy mogli ich o to spytać. SOK przeprowadza wszelkie terapie we własnych strefach, z dala od obszarów globalnych jurysdykcji i krajowych rządów. Nie pomoże tu więc ani Wuj Sam, ani nikt inny.

Zdarza się, że ciało ustawodawcze jakiegoś kraju, prezydent albo dyktator postanawia zablokować działania SOK-u, dopóki służby nie ujawnią swoich sekretów. SOK nigdy nie wdaje się w takie dyskusje – osoby rekrutujące po prostu się pakują i opuszczają dane miejsce. A wtedy wszyscy siedemdziesięciopięciolatkowie z takiego kraju wybierają się na długie międzynarodowe wakacje, z których już nie wracają. SOK nie udziela żadnych wyjaśnień, wskazówek ani uzasadnień. Jeśli chcecie się dowiedzieć, w jaki sposób odmładzają ludzi, sami musicie się zaciągnąć.

Podpisałem.

– Paragraf piąty. „Oświadczam, że wstępując do Sił Obronnych Kolonii, zrzekam się mojego dotychczasowego obywatelstwa, w tym przypadku obywatelstwa Stanów Zjednoczonych Ameryki, a także statusu rezydenta umożliwiającego mi pobyt na Ziemi. Wyrażam zgodę na przekazanie mojego obywatelstwa Unii Kolonialnej i Siłom Obronnych Kolonii. Przyjmuję również do wiadomości, że moja rezygnacja z obywatelstwa oraz ze statusu rezydenta jest równoznaczna z dożywotnim opuszczeniem planety Ziemia oraz wyrażam zgodę, aby po zakończeniu przeze mnie służby w ramach Sił Obronnych Kolonii skierowano mnie do kolonii wyznaczonej przez Unię Kolonialną i/lub Siły Obronne Kolonii”.

Innymi słowy: nie wrócę już do domu. Jest to jeden z przepisów Prawa Kwarantanny wprowadzonego przez Unię Kolonialną i SOK w celu – przynajmniej oficjalnie – ochrony Ziemi przed ksenobiologicznymi kataklizmami, takimi jak Fałda. Mieszkańcy Ziemi poparli wtedy ten pomysł. Dziwne, jak ograniczona staje się społeczność danej planety, kiedy w ciągu roku jedna trzecia męskiej populacji staje się trwale bezpłodna. Ale dziś ludzie nie są tym zachwyceni – znudzili się Ziemią i chcieliby zobaczyć resztę wszechświata, a nie pamiętają już Bezdzietnego Wujka Walta. Jednak tylko UK i SOK posiadają statki kosmiczne z napędem skokowym umożliwiającym podróże międzygwiezdne. Tak to właśnie wygląda.

(W ten sposób zgoda na wysłanie do wybranej przez UK kolonii staje się poniekąd pozbawiona sensu – skoro tylko oni posiadają odpowiednie statki, to i tak polecisz tam, gdzie cię zawiozą. Przecież nie pozwolą ci pilotować statku kosmicznego).

Skutkiem ubocznym Prawa Kwarantanny i monopolu na napęd skokowy jest brak komunikacji pomiędzy Ziemią a koloniami (a także pomiędzy poszczególnymi koloniami). Jedynym sposobem kontaktu z kolonią jest wysłanie notatki za pośrednictwem statku z napędem skokowym – SOK niechętnie przekazuje w ten sposób wiadomości rządom planetarnym, inne podmioty natomiast są całkowicie pozbawione tego przywileju. Mógłbym próbować przechwycić za pomocą anteny radiowej sygnał nadawany przez kolonię, jednak najbliższa z nich, Alpha, oddalona jest od nas o osiemdziesiąt trzy lata świetlne. Trochę zbyt dużo, żeby móc sobie poplotkować.

Nigdy o to nie pytałem, ale podejrzewam, że właśnie ten paragraf najczęściej skłania ludzi do wycofania się. Co innego mieć nadzieję na młodość, a co innego na zawsze odwrócić się plecami do każdego znanego miejsca, każdej ukochanej osoby i każdego doświadczenia, które spotkało nas w ciągu siedmiu i pół dekady. Pożegnanie się z całym życiem to cholernie trudna sprawa.

Podpisałem.

– Paragraf szósty i ostatni – powiedziała rekrutująca mnie kobieta. – „Przyjmuję do wiadomości, że wraz z chwilą odebrania mnie z Ziemi przez Siły Obronne Kolonii albo w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin od momentu podpisania niniejszego dokumentu, w zależności od tego, co nastąpi wcześniej, pod względem prawnym i politycznym stan Ohio oraz Stany Zjednoczone Ameryki uznają mnie za osobę zmarłą. Wszelkie prawne przywileje i zobowiązania, które wygasają wraz ze śmiercią każdego człowieka, zostaną mi w tym momencie odebrane. Wszystkie dotychczasowe zapisy prawne, o charakterze zarówno pozytywnym, jak i negatywnym, stracą ważność, a wszelkie zobowiązania finansowe zostaną anulowane na mocy prawa. Przyjmuję również do wiadomości, że jeśli do momentu podpisania niniejszego dokumentu nie dokonałem podziału swoich aktywów, Służby Obronne Kolonii w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin zapewnią mi prawne i finansowe doradztwo w tym zakresie”.

Podpisałem. Zostały mi siedemdziesiąt dwie godziny życia. I tyle.

– A co się stanie, jeśli nie opuszczę planety w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin? – zapytałem.

– Nic – odpowiedziała kobieta, odbierając ode mnie formularz. – Oprócz tego, że oficjalnie będzie pan uznany za zmarłego, pana majątek zostanie rozdysponowany, wszelkie świadczenia zostaną anulowane albo scedowane na pańskich spadkobierców, a jako osobę zmarłą przestanie już pana obejmować jakakolwiek ochrona prawna, niezależnie czy mówimy tu o zwykłym pomówieniu, czy na przykład o zabójstwie.

– Czyli że ktoś mógłby mnie zabić i nie poniósłby za to żadnej kary?

– Nie – odparła. – Myślę, że gdyby ktoś zamordował pana w momencie, kiedy był pan oficjalnie uznany za zmarłego, stan Ohio oskarżyłby go o bezczeszczenie zwłok.

– Fascynujące – powiedziałem.

– Zwykle jednak do tego nie dochodzi – kontynuowała kobieta jeszcze bardziej formalnym tonem. – W ciągu tych siedemdziesięciu dwóch godzin może pan jeszcze zmienić zdanie odnośnie do rozpoczęcia służby. Proszę wtedy do mnie zadzwonić. Jeśli nie będzie mnie przy telefonie, automatyczna sekretarka zarejestruje pańskie imię i nazwisko. Jeżeli potwierdzimy, że to rzeczywiście pan wycofał swoją kandydaturę, zostanie pan zwolniony z wszelkich obowiązków. Proszę jednak pamiętać, iż takie wycofanie wniosku oznacza, że już nigdy nie będzie pan mógł się zaciągnąć.

– Rozumiem – odpowiedziałem. – Czy mnie pani teraz zaprzysięgnie?

– Nie – odrzekła. – Muszę tylko opracować pański wniosek i wydać panu bilet.

Odwróciła się do ekranu i przez kilka minut stukała w klawiaturę, a następnie wcisnęła „Enter”.

– Komputer generuje teraz pański bilet. Chwilę to potrwa.

– W porządku. Czy mogę panią o coś zapytać?

– Jestem zamężna.

– Nie to miałem na myśli… Czy ludzie naprawdę się tu pani oświadczają?

– Bez przerwy. To rzeczywiście jest męczące.

– Przykro mi – powiedziałem, a ona kiwnęła głową. – Chciałem zapytać, czy kiedykolwiek spotkała pani kogoś z SOK-u.

– To znaczy oprócz osób, które się zaciągają?

Potwierdziłem ruchem głowy.

– Nie. SOK ma tu swoich reprezentantów, którzy zajmują się procesem rekrutacji, ale żaden z nas nie jest członkiem służb. Myślę, że dotyczy to nawet prezesa. Wszystkie informacje i materiały otrzymujemy od pracowników ambasady Unii Kolonialnej, a nie bezpośrednio od SOK-u. Nie sądzę, by ich pracownicy w ogóle odwiedzali Ziemię.

– Nie przeszkadza to pani, że pracuje pani dla organizacji, której członków nigdy nie spotkała?

– Nie. Praca jest znośna, a zarobki są zadziwiająco wysokie, jeśli wziąć pod uwagę to, jak niewiele pieniędzy przeznaczono na wystrój tego biura. Pan natomiast zamierza przyłączyć się do organizacji, której członków nigdy pan nie spotkał. Czy to pana martwi?

– Nie – przyznałem. – Jestem już stary, moja żona nie żyje i nie mam zbyt wielu powodów, aby tu zostawać. A czy pani będzie chciała się zaciągnąć, kiedy przyjdzie pani kolej?

Wzruszyła ramionami.

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby się zestarzeć.

– Ja też nie miałem, kiedy byłem młodszy. Ale potem dopadła mnie starość.

Drukarka zaszumiała cicho i wypluła przedmiot przypominający wizytówkę. Kobieta wręczyła mi go, mówiąc:

– To pański bilet. Figuruje pan na nim jako John Perry, rekrut SOK-u. Proszę go nie zgubić. Transport, którym uda się pan na lotnisko w Dayton, wyrusza za trzy dni spod tego biura. Czas odjazdu to ósma trzydzieści, ale sugerowałabym, aby pojawił się pan nieco wcześniej. Będzie pan mógł zabrać ze sobą tylko jeden bagaż podręczny, dlatego proszę dobrze zastanowić się nad tym, co chce pan spakować. O godzinie jedenastej zero zero leci pan z Dayton do Chicago, a stamtąd o czternastej zero zero ma pan lot do Nairobi. Różnica czasu wynosi siedem godzin, a więc będzie pan na miejscu około północy według miejscowego czasu. Tam spotka się pan z przedstawicielem SOK-u i o godzinie drugiej zero zero winda kosmiczna przetransportuje pana na Stację Kolonialną, chyba że będzie pan wolał odpocząć i skorzystać z kolejnej windy o godzinie dziewiątej zero zero. Potem przejmą już pana służby SOK-u.

Wziąłem bilet do ręki.

– A co, jeśli któryś z tych lotów będzie opóźniony albo odwołany?

– Przez pięć lat, jak tu pracuję, nie zdarzyło się to ani razu.

– Wow. Założę się, że pociągi SOK-u też przyjeżdżają na czas.

Kobieta spojrzała na mnie tępo.

– Wie pani… – zacząłem – próbuję panią rozśmieszyć, od momentu gdy tu wszedłem.

– Wiem – odparła. – Przepraszam. Kiedy byłam dzieckiem, operacyjnie usunięto mi poczucie humoru.

– Ojej.

– Żartowałam – powiedziała i wstała, wyciągając do mnie rękę.

– Och. – Ja też wstałem i uścisnąłem jej dłoń.

– Gratulacje, rekrucie. Powodzenia tam, w gwiazdach. Szczerze panu tego życzę.

– Dziękuję. To miło z pani strony.

Kiwnęła głową i usiadła, wbijając wzrok z powrotem w komputer. Byłem wolny.

Kiedy wychodziłem, zwróciłem uwagę na starszą kobietę, która szła przez parking w stronę biura komisji rekrutacyjnej.

– Pani Cynthia Smith? – spytałem.

– Tak – potwierdziła. – Skąd pan wie?

– Chciałem tylko życzyć pani wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – powiedziałem, a potem pokazałem do góry. – I może do zobaczenia gdzieś tam.

Zrozumiała i uśmiechnęła się. W końcu udało mi się kogoś rozweselić. Szło mi coraz lepiej.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nairobi uciekło nam spod stóp; podeszliśmy do ściany kapsuły przypominającej szybką windę i patrzyliśmy, jak Ziemia pod nami zaczyna się oddalać.

– Wyglądają stąd jak mrówki – zachichotał stojący obok mnie Leon Deak. – Czarne mrówki!

Miałem wielką ochotę wybić okno i wyrzucić przez nie Leona. Niestety, w windzie nie było okien, a przezroczysta „szyba”, przez którą patrzyliśmy, wykonana była z tego samego diamentowego kompozytu co reszta platformy. Kabina była hermetyczna, co okazało się przydatne już kilka minut później, kiedy znaleźliśmy się tak wysoko, że wybicie okna skończyłoby się gwałtowną dekompresją, niedotlenieniem i śmiercią.

Leona nie czekał więc niespodziewany i nagły powrót na Ziemię. Wielka szkoda. Facet przyczepił się do mnie w Chicago niczym tłusty, ochlany piwem rzep; byłem zdziwiony, że ktoś, kto zamiast krwi miał w żyłach słoninę, zdołał dożyć wieku siedemdziesięciu pięciu lat. Przez pół drogi do Nairobi słuchałem jego pierdnięć i teorii na temat rasowego składu kolonii. Pierdnięcia były w tym wszystkim najprzyjemniejsze; nigdy wcześniej sprzedawane pasażerom słuchawki nie wydawały mi się aż tak kuszące.

Miałem nadzieję, że uda mi się go pozbyć, jeśli skorzystam w Nairobi z pierwszej windy. Leon wyglądał na gościa, który po ciężkim dniu pierdzenia będzie chciał się przespać. Niestety. Perspektywa spędzenia kolejnych sześciu godzin z tym facetem i jego bąkami dosłownie mnie dobijała. Gdyby platforma miała okna, a ja nie mógłbym wypchnąć przez nie Leona, pewnie sam bym stamtąd wyskoczył. Zamiast tego przeprosiłem go, tłumacząc, że muszę skorzystać z toalety. Leon wymamrotał coś w rodzaju aprobaty. Ruszyłem na lewo, w kierunku ubikacji, mając nadzieję, że uda mi się znaleźć miejsce, gdzie byłbym bezpieczny.

Nie było to łatwe zadanie. Platforma miała kształt pączka z dziurką, a jej średnica wynosiła około trzydziestu metrów. „Dziurka” pączka – czyli miejsce, w którym znajdował się mechanizm wznoszący platformę po łodydze – miała średnicę około sześciu metrów. Sama łodyga była oczywiście nieco węższa; jak na przewód o długości kilku tysięcy kilometrów te pięć i pół metra średnicy wydawało się niezbyt imponujące. Resztę przestrzeni zajmowały wygodne kabiny i kanapy, na których siedzieli rozmawiający ze sobą rekruci, a także ekrany, konsole do gier i stoliki, przy których można było coś zjeść. Oczywiście było tam też wiele punktów widokowych, z których można było obserwować Ziemię, inne łodygi i platformy oraz majaczącą w górze Stację Kolonialną.

Całe to miejsce przypominało trochę recepcję przyjemnego hotelu wystrzeloną nagle na orbitę geostacjonarną. Jedyny problem polegał na tym, że otwarta przestrzeń utrudniała ukrycie się przed kimkolwiek. Nasz transport wybrało niewielu rekrutów, w związku z czym nie mogłem wtopić się w tłum. Postanowiłem w końcu zamówić coś do picia przy stoisku nieopodal środka platformy, mniej więcej naprzeciw miejsca, gdzie stał Leon. Przy takim a nie innym układzie pomieszczenia to właśnie tam miałem największe szanse się przed nim ukryć.

Opuszczenie Ziemi było męczące – głównie za sprawą nieznośnego zachowania Leona – jednak pod względem emocjonalnym okazało się zaskakująco łatwe. Już rok wcześniej postanowiłem, że przyłączę się do SOK-u, i od tamtej pory musiałem tylko poczynić odpowiednie kroki oraz pożegnać się, z kim trzeba. Kiedy dziesięć lat wcześniej postanowiliśmy wspólnie z Kathy, że się zaciągniemy, przepisaliśmy dom na naszego syna Charliego, żeby mógł odziedziczyć go bez konieczności przeprowadzania sprawy spadkowej. Nie posiadaliśmy niczego szczególnie wartościowego poza domem – tylko drobiazgi, którymi człowiek otacza się przez całe życie. Najcenniejsze przedmioty rozdałem w ciągu ostatniego roku znajomym i rodzinie, resztą miał się zająć Charlie.

Żegnanie się z ludźmi nie było dużo trudniejsze. Wiadomość o moim wylocie przyjmowano z zaskoczeniem i ze smutkiem; każdy wie, że ten, kto przyłącza się do Sił Obronnych Kolonii, nigdy już nie wraca. Nie jest to jednak to samo co śmierć. Twoi znajomi wiedzą, że gdzieś tam wciąż żyjesz; cholera, może się nawet okazać, że po jakimś czasie do ciebie dołączą. Wyobrażam sobie, że podobnie musieli czuć się ludzie kilkaset lat temu, kiedy jakaś bliska im osoba zaprzęgała wóz i wyruszała na zachód. Płakali i tęsknili, ale musieli w końcu wrócić do swoich zajęć.

W każdym razie o swojej decyzji poinformowałem wszystkich już rok wcześniej. To wystarczająco dużo czasu, żeby uregulować swoje sprawy, powiedzieć innym co trzeba i z każdym się pogodzić. W ciągu tego roku spotkałem się ze starymi znajomymi i z członkami rodziny, odgrzebałem też zadawnione przedsięwzięcia i prawie wszystkie udało mi się doprowadzić do pozytywnego zakończenia. Kilka razy przepraszałem za coś, czego wcale nie żałowałem, a w jednym przypadku pojednałem się z człowiekiem, z którym w żadnej innej sytuacji bym tego nie zrobił. Chcąc zamknąć pewne tematy, robimy jednak to, co musimy – inni czują się dzięki temu lepiej, a nas niewiele to kosztuje. Wolałbym przeprosić kogoś za coś, co w ogóle mnie nie obchodzi, i opuścić Ziemię ze świadomością, że osoba ta myśli o mnie dobrze, niż swoim uporem sprawić, by życzyła mi bolesnej śmierci z ręki jakiegoś kosmity. To swego rodzaju duchowe ubezpieczenie.

Moim głównym zmartwieniem był Charlie. Jak wielu ojców i synów mieliśmy lepsze i gorsze okresy; ja nie byłem najbardziej troskliwym ojcem na świecie, a on nie był najbardziej samodzielnym synem, nawet po przekroczeniu trzydziestki. Kiedy dowiedział się, że ja i Kathy zamierzamy się zaciągnąć, strasznie na nas naskoczył. Przypomniał nam, że protestowaliśmy przeciwko Wojnie Międzykontynentalnej. Przypomniał nam też, że zawsze uczyliśmy go, iż przemoc nie jest żadnym rozwiązaniem. Wreszcie przypomniał, że kiedyś daliśmy mu miesięczny szlaban za to, że pojechał na strzelnicę z Billem Youngiem (oboje uznaliśmy to później za trochę dziwne, ponieważ Charlie miał już wtedy trzydzieści pięć lat).

Śmierć Kathy położyła kres większości naszych sporów, ponieważ obaj zrozumieliśmy, że rzeczy, o które się kłóciliśmy, nie mają żadnego znaczenia – ja byłem wdowcem, a on kawalerem, i mieliśmy tylko siebie nawzajem. Niedługo potem Charlie poznał i poślubił Lisę, a jakiś rok później jednego szalonego wieczoru został ojcem i po raz drugi wybrano go na burmistrza. Charlie co prawda dojrzał późno, ale wyrósł na porządnego mężczyznę. Któregoś razu porozmawiałem z nim w cztery oczy, przeprosiłem go (szczerze) za pewne rzeczy i równie szczerze powiedziałem mu, że jestem dumny z tego, jakim stał się człowiekiem. Później usiedliśmy z piwem na ganku, obserwując, jak mój wnuk bawi się miniaturowym zestawem bejsbolowym, i długo rozmawiając o mało ważnych sprawach. Rozstaliśmy się w dobrych nastrojach i w miłości, czyli właśnie tak, jak powinni rozstawać się ojcowie i synowie.

Stałem z colą przy stoisku i myślałem o Charliem oraz o jego rodzinie, kiedy nagle usłyszałem zrzędzenie Leona i odpowiadający mu niski głos jakiejś kobiety. Walcząc ze sobą, wyjrzałem zza stoiska. Leon zdołał najwyraźniej przyprzeć do muru tę nieszczęsną kobietę i katował ją teraz jedną z tych idiotycznych teorii zrodzonych w jego przeżartym wołowiną mózgu. Moja rycerskość wzięła górę nad pragnieniem pozostania w ukryciu i postanowiłem zainterweniować.

– Chcę tylko powiedzieć, że to nie w porządku, że pani, ja i każdy inny Amerykanin musimy czekać, aż zestarzejemy się jak jakieś zeschnięte gówno, a ci mali Hindusi lecą poznawać nowe światy, kiedy tylko osiągną dojrzałość płciową – tłumaczył. – Czyli cholernie szybko. To po prostu nie w porządku. Uważa pani, że tak powinno być?

– Nie, nie uważam, żeby to było sprawiedliwe – odparła kobieta. – Jednak równie mało sprawiedliwe wydaje mi się to, że zrównaliśmy z ziemią całe Nowe Delhi i Bombaj.

– O to mi właśnie chodzi! – wykrzyknął Leon. – Rozwaliliśmy przecież tych głąbów z kropkami na czole! Wygraliśmy wojnę! A to powinno coś znaczyć! Ale niech pani zobaczy, co się teraz dzieje. To przegrani kolonizują wszechświat, a my możemy wylecieć tylko pod warunkiem, że zgodzimy się ich ochraniać! Przepraszam, ale czy w Biblii nie jest napisane, że „pokorni odziedziczą ziemię”? Jak dla mnie pokorni to ci, co przegrali wojnę.

– Wydaje mi się, że to zdanie znaczy coś innego, niż myślisz, Leonie – wtrąciłem, podchodząc do nich.

– John! Widzi pani? Ten facet wie, o czym mówię – oświadczył Leon, szczerząc się do mnie.

Kobieta odwróciła się w moją stronę.

– Panowie się znają? – zapytała w sposób, z którego wynikało, że jeśli tak, to musi być ze mną coś nie w porządku.

– Poznaliśmy się w drodze do Nairobi – odparłem, nieznacznie unosząc brwi na znak, że nie jestem tym faktem zachwycony. – John Perry.

– Jesse Gonzales – przedstawiła się.

– Niezmiernie mi miło – powiedziałem, a potem odwróciłem się do Leona. – Źle zrozumiałeś ten cytat, Leonie. Jest to fragment Kazania na górze i brzmi dokładnie: „Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię”. Odziedziczenie ziemi ma być nagrodą, a nie karą.

Leon zamrugał i prychnął.

– Ale i tak ich pokonaliśmy. Skopaliśmy im te ich małe brązowe dupska. To my powinniśmy kolonizować wszechświat, a nie oni.

Otworzyłem już usta, żeby na to odpowiedzieć, ale Jesse mnie ubiegła.

– Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie – powiedziała do Leona, zerkając w moją stronę.

Leon gapił się na nas przez jakąś minutę, a potem odburknął:

– Chyba nie mówicie serio? W Biblii nie ma ani słowa o tym, że mamy się kisić na Ziemi i patrzeć, jak banda brudasów, którzy nawet nie wierzą w Jezusa, zapełnia galaktykę. A już na pewno nie jest tam napisane, że mamy ich ochraniać, kiedy to robią. Chryste, w tej wojnie walczył mój syn. Jakiś kropkowaniec odstrzelił mu tam jedno jajo! Jajo, rozumiecie?! Gnojki zasłużyły na to, co ich spotkało. Więc nie mówcie mi, że mam się cieszyć, że będę musiał chronić im dupska tam w górze.

Jesse mrugnęła do mnie.

– Zechciałbyś?

– Jeśli nie masz nic przeciwko.

– Skądże.

– A ja wam powiadam: miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych – zacytowałem.

Leon zrobił się czerwony jak burak.

– Odwaliło wam! – oświadczył i opuścił nas tak szybko, jak mu na to pozwalał jego tłuszcz.

– Dzięki Bogu – powiedziałem. – I to dosłownie.

– Nieźle ci idzie cytowanie Pisma Świętego – stwierdziła Jesse. – W poprzednim życiu byłeś pastorem?

– Nie – odparłem. – Żyłem za to w miasteczku, gdzie mieliśmy dwa tysiące mieszkańców i piętnaście kościołów. Znajomość odpowiedniego języka była pomocna. Zresztą, nie trzeba być religijnym, żeby cenić Kazanie na górze. A jakie ty masz wytłumaczenie?

– Lekcje religii w szkole katolickiej – odparła. – W dziesiątej klasie dostałam dyplom za recytację z pamięci. To zadziwiające, że ludzki mózg trzyma takie rzeczy przez sześćdziesiąt lat, a jednocześnie nie potrafi zapamiętać, gdzie stoi zaparkowany przed chwilą samochód.

– W każdym razie przepraszam za Leona. Dopiero go poznałem, ale wiem już o nim wystarczająco dużo, by stwierdzić, że jest kretynem.

– Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni – powiedziała Jesse i wzruszyła ramionami. – W gruncie rzeczy on mówi na głos to, co myśli wielu z nas. Uważam, że to głupie i błędne poglądy, ale to nie znaczy, że ich nie rozumiem. Chciałabym móc widzieć kolonie jako coś innego niż tylko miejsce, na które musiałam czekać całe życie i w którym muszę wstąpić do wojska. Gdybym mogła zostać kolonistką za młodu, zrobiłabym to.

– Nie zaciągnęłaś się więc z nadzieją na wielką wojenną przygodę? – spytałem.

– Oczywiście, że nie – odparła pogardliwym tonem. – A czy ty zrobiłeś to, bo kierowałeś się pragnieniem walki na wojnie?

– Nie.

Skinęła głową.

– W takim razie jest nas dwoje. Zresztą większość rekrutów powiedziałaby o sobie to samo. Twój przyjaciel Leon też na pewno nie zaciągnął się, żeby wstąpić do armii, bo przecież nie cierpi tych, których mamy ochraniać. Ludzie wstępują do SOK-u, ponieważ nie są gotowi na śmierć i nie chcą być starzy. Robią to, bo w pewnym wieku życie na Ziemi przestaje już być ciekawe. A czasem po prostu chcą jeszcze przed śmiercią zobaczyć coś innego. Ja zaciągnęłam się właśnie dlatego. Nie po to, by walczyć albo by być młodą. Chcę po prostu zobaczyć, jak to jest być gdzie indziej.

Odwróciła się i wyjrzała na zewnątrz.

– W moich ustach brzmi to bardzo zabawnie. Wyobraź sobie, że przez całe życie, aż do wczoraj, ani razu nie wyjechałam poza stan Teksas.

– Nie masz czego żałować – zapewniłem ją. – Teksas to duży stan.

Uśmiechnęła się.

– Dziękuję. Właściwie to wcale nie żałuję. To po prostu zabawne. Kiedy byłam mała, czytałam wszystkie książki z serii „Młody kolonista”, marząc o hodowaniu arkturiańskich zwierząt i walce z okrutnymi robalami w kolonii Gamma Prime. Kilka lat później zrozumiałam, że koloniści pochodzą z Indii, Kazachstanu i Norwegii, gdzie władze nie potrafią zapewnić warunków do życia wszystkim swoim mieszkańcom, a ja, jako urodzona w Ameryce, nigdzie nie polecę. Dowiedziałam się też, że arkturiańskie zwierzęta i wielkie robale nie istnieją! Miałam wtedy dwanaście lat i byłam bardzo rozczarowana.

Po raz kolejny wzruszyła ramionami.

– Wychowałam się w San Antonio, „wyjechałam” na studia do Austin, a potem wróciłam do rodzinnego miasta i znalazłam tam pracę. W końcu wyszłam za mąż i wakacje spędzaliśmy z mężem nad Zatoką Meksykańską. Na trzydziestą rocznicę ślubu planowaliśmy wybrać się do Włoch, ale nam nie wyszło.

– Co się stało?

Zaśmiała się.

– Stała się jego sekretarka. To z nią poleciał do Włoch, na miesiąc miodowy. Ja zostałam w domu. Ale za to w Wenecji oboje zatruli się skorupiakami, więc w sumie dobrze się stało, że nigdy się tam nie wybrałam. Od tamtej pory nie miałam zbytniej ochoty na podróżowanie. Wiedziałam, że się zaciągnę, kiedy tylko będę miała okazję, i tak też zrobiłam. Teraz jednak żałuję, że nie podróżowałam. Leciałam z Dallas do Nairobi. To było fajne. Szkoda, że zrobiłam to tylko raz w życiu. Poza tym nigdy bym się nie spodziewała, że… – wskazała ręką na pionowe łodygi – odważę się wsiąść do czegoś takiego. A tak na marginesie, w jaki sposób ten kabel trzyma się tam w górze?

– Za pomocą wiary – odparłem. – Wierzysz, że nie spadnie, i nie spada. Spróbuj nie myśleć o tym za dużo, bo inaczej możemy znaleźć się w tarapatach.

– Ja wierzę, że coś bym zjadła. Masz ochotę się przyłączyć?

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Nawiązanie do fragmentu psalmu 90.: „Miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt; a większość z nich to trud i marność…” (Wszystkie cytaty z Pisma Świętego za Biblią Tysiąclecia) – przyp. tłum.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz