Wojna siedmioletnia. Konflikt globalny (1754-1763) - Daniel Baugh - ebook

Wojna siedmioletnia. Konflikt globalny (1754-1763) ebook

Daniel Baugh

0,0
59,99 zł

lub
Opis

Wojna siedmioletnia była konfliktem globalnym pomiędzy dwiema najbardziej rozwiniętymi monarchiami osiemnastowiecznej Europy, Francją i Wielką Brytanią. Winston Churchill nazwał ją „pierwszą wojną światową”. Żadna ze stron nie mogła sobie pozwolić na utratę przewagi w którejś części świata i decydujące bitwy wojny zostały stoczone na obszarze od Fortu Duquesne na terenie współczesnego Pittsburgha po Minorkę na Morzu Śródziemnym oraz od Bengalu po Quebec. Pod koniec wojny Brytyjczycy skonsolidowali swoją potęgę w Ameryce Północnej i Indiach, kładąc fundamenty pod imperium, jednak w tym czasie obie strony postrzegały ją przede wszystkim jako walkę o bezpieczeństwo i wpływy wśród europejskich uczestników konfliktu.
Daniel Baugh, największy autorytet w dziedzinie historii marynarki wojennej w XVIII wieku, przedstawia przejrzysty, wyczerpujący i wnikliwy opis wojny. Bitwy i oblężenia zostały omówione w kontekście trudności związanych z prowadzeniem kampanii w odległych i nieznanych rejonach, oglądamy też osiągnięcia (i porażki) Royal Navy. Snując opowieść o licznych wyzwaniach, przed którymi stanęli mężowie stanu i oficerowie, Baugh umożliwia dokonanie nowej oceny systemów politycznych i czołowych polityków obu stron, w tym Williama Pitta i diuka de Choiseul.
Ta autorytatywna praca będzie źródłem wiedzy i informacji dla każdego, kto interesuje się wymogami wojennymi i tarciami politycznymi towarzyszącymi procesowi pokojowemu, zwłaszcza w XVIII wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1327

Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Tytuł oryginału

The Global Seven Years War 1754-1763

© Copyright 2015 Daniel Baugh

© Copyright 2015 Taylor & Francis

© All Rights Reserved

Authorized translation from English language edition published by Routledge, a member of the Taylor & Francis Gruoup

© Copyright for Polish Edition

Wydawnictwo Napoleon V

Oświęcim 2021

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Tłumaczenie:

Grzegorz Smółka

Redakcja:

Michał Swędrowski

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt:[email protected]

Numer ISBN:  978-83-8178-723-9

PRZEDMOWA I PODZIĘKOWANIA

Unicestwienie armii generała Braddocka przez Indian towarzyszących niewielkiemu zgrupowaniu francuskich żołnierzy w pobliżu Fortu Duquesne; francuski podbój Minorki, po którym admirał John Byng został stracony za niedopełnienie obowiązków; zwycięstwo Clive’a w Bengalu, pierwszy krok na drodze do podporządkowania Indii Brytyjczykom; zwycięstwo Wolfe’a nad Montcalmem w Quebecu, w wyniku którego Brytyjczycy opanowali Kanadę; niezwykłe zdobycie Hawany, gdzie niemal wszyscy zdobywcy zmarli na żółtą febrę – są to ważne wydarzenia militarne wojny siedmioletniej, która była konfliktem globalnym. W rzeczywistości w jej trakcie doszło do niewielu bitew lądowych, a liczba zaangażowanych żołnierzy była zazwyczaj dość ograniczona. Na morzu stoczono zaledwie sześć bitew: trzy na Atlantyku i Morzu Śródziemnym oraz trzy na Oceanie Indyjskim. Bitwy miały znaczenie – niektóre zasługują na miano rozstrzygających – lecz niniejsza książka skupi się również na wyzwaniach związanych z organizowaniem ekspedycji i prowadzeniem długich kampanii w trudnych warunkach. Dla Brytyjczyków wyzwaniem było też utrzymanie dominacji na morzu, a dla Francuzów próba uniknięcia jej konsekwencji. Była to wojna, podczas której planowanie strategiczne i operacyjne, staranne przygotowania logistyczne i dostosowanie się do nieznanych warunków kampanijnych były nieodzownymi warunkami sukcesu.

Wojna nosiła znamiona rywalizacji wielkich mocarstw. Mężowie stanu po obu stronach uważali, że ich obowiązkiem jest zdobycie lub utrzymanie przewagi we wszystkich rejonach świata, w których Brytyjczycy i Francuzi mieli swoje interesy. Gdyby było inaczej, Londyn i Wersal zażegnałyby spór o kontrolę nad dzikim regionem zwanym Ohio pomimo tego, że dochodziło tam do krwawych potyczek między Kanadyjczykami i Wirgińczykami. Negocjacje zakończyły się jednak fiaskiem (w konsekwencji należy uznać 1754 za rok wybuchu ogólnoświatowej wojny siedmioletniej pomiędzy Wielką Brytanią i Francją). Po drugiej stronie świata, w Indiach, walka rozgorzała na nowo, gdy tylko nadesłano wypowiedzenie wojny z Europy, chociaż w 1754 roku lokalne porozumienie położyło kres wrogim działaniom z udziałem Francuzów i sił angielskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, które rozpoczęły się przed wybuchem wojny.

Wojna siedmioletnia wybuchła, kiedy europejscy monarchowie znacząco skonsolidowali swoje państwa i mogli polegać głównie na własnych armiach, zamiast na najemnikach. Gdy nie można było wyżywić tych wojsk Korony na zdobytych terenach, należało je utrzymywać na koszt skarbu królewskiego. Od monarchów oczekiwano obrony, a może też powiększania swoich państw, ale na ogół brakowało im środków finansowych i nie mogli albo nie śmieli wykorzystywać entuzjazmu narodu ani stawiać swoim poddanym żądań, które pojawiły się pół wieku później. W XVIII wieku wojnę do pewnego stopnia „ograniczały” uprzejmość i umiarkowanie arystokratów, głównie zaś niechęć lub niezdolność rządów do nałożenia wyższych podatków na uprzywilejowane klasy polityczne i społeczne. Wojny były długie i po trzech lub czterech latach większość państw miała trudności z finansowaniem kampanii. Godny uwagi wyjątek stanowiła Wielka Brytania, po części dlatego, że jej armia była stosunkowo mała, lecz przede wszystkim dzięki dobrze rozwiniętemu i niezawodnemu systemowi finansowemu. System ten został znacznie wzmocniony przez zasoby generowane poza granicami królestwa przez handel morski i kolonialny. Inne mocarstwa europejskie zaczęły to dostrzegać i w efekcie pragnęły zachować oraz rozwinąć własne zamorskie posiadłości i możliwości. Wysokie wymagania stawiane skarbowi państwa podczas wojny i dostrzeżenie znaczenia zasobów transoceanicznych zasadniczo tłumaczą szczególny charakter wojny siedmioletniej jako konfliktu globalnego. Na szczeblu operacyjnym najbardziej uderzającym wyrazem tego specyficznego charakteru były sukcesy militarne Brytyjczyków, które umożliwiła bezprecedensowa penetracja rzek przez okręty liniowe; słynnym przykładem jest Quebec, a o wiele mniej znany przypadek, który jednak przygotował grunt pod przemiany w Indiach, został przedstawiony na okładce książki1.

Postanowiłem przedstawić historię wojny w porządku chronologicznym, uwzględniając fakt, iż kampanie toczyły się jednocześnie na całym świecie. Od samego początku zamierzałem przyjrzeć się obu stronom. Narracja nie zakłada, że to, co się wydarzyło, było nieuniknione. Zamiast tego jej celem jest zaprezentowanie okoliczności oraz względów, którymi kierowano się przy podejmowaniu decyzji. Przytoczono wypowiedzi decydentów, o ile tylko było to możliwe. Aby ukazać proces podejmowania decyzji przez gabinet brytyjski (w książce określenie „gabinet” jest używane bardzo ogólnie, w odniesieniu do grupy mężów stanu, pomniejszych lub najwyżej postawionych, którzy musieli podejmować decyzje), oparłem się na dokumentach Newcastle’a i Hardwicke’a przechowywanych w British Library – są to jedyne zbiory rękopisów, które systematyczne przeglądałem. Zadanie ułatwiło mi nieocenione Life and Correspondence lorda Hardwicke, opublikowane sto lat temu w trzech tomach przez P.C. Yorke’a. Niestety po stronie francuskiej nie ma żadnego porównywalnego archiwum, a stojące za tym przyczyny są interesujące i zostaną wyjaśnione w innym miejscu. Usiłując ustalić, jakie decyzje zapadały w Wersalu, korzystałem głównie ze wspaniałej wielotomowej historii wojny napisanej przed ponad stuleciem przez Richarda Waddingtona, który zajął się tematem z wielką przenikliwością i wykonał tytaniczną pracę badawczą.

Często twierdzi się, że wojny są sprawdzianem możliwości i skuteczności państwa narodowego. Oto dwa wielkie osiemnastowieczne państwa narodowe, z pozoru porównywalne – ich obywatele byli utalentowani i wysoko rozwinięci pod względem intelektualnym (wojna siedmioletnia zbiegła się w czasie z rozkwitem francuskiego oświecenia), a ich możliwości wojenne budziły podziw. Jednak w miarę prowadzenia badań i pisania książki zacząłem sobie coraz bardziej uświadamiać różnice w kierowaniu działaniami wojennymi przez oba państwa na najwyższym szczeblu. Prowadzenie polityki i opracowywanie strategii w Wersalu często było nierozważne i nieudolne. Rząd Ludwika XV wydawał się zadowolony z siebie – skłonny działać tak, jak gdyby Francja była niezwyciężona, nie zważając na to, co działo się w szerokim świecie. Ponoszono jedną porażkę za drugą, a mimo to dwór nie mógł uwierzyć, że osiągnięcie „honorowego i rozsądnego pokoju” może się okazać dla Francji niemożliwe. Choć wielu Francuzów uważało, że ich naród jest zaangażowany w zmagania wielkich mocarstw, uwagę Ludwika XV i jego świty najwyraźniej bardziej zaprzątały inne sprawy, takie jak reputacja wojskowa, pozycja króla Francji w Europie, jego status jako Burbona i autorytet Kościoła. W Wielkiej Brytanii wprawdzie troszczono się o reputację wojskową (i morską), ale stosunek do wojny był inny. Jeszcze przed przejęciem steru przez Williama Pitta rząd brytyjski bardzo poważnie podchodził do jej wygrania lub przynajmniej do uniknięcia klęski. Brytyjscy mężowie stanu, podobnie jak opinia publiczna, zawsze uznawali Francję za potężniejszy kraj, nawet pośród przytłaczających zwycięstw własnych sił.

Warto poświęcić parę słów odniesieniom bibliograficznym. Wszystkie cytaty zostały opatrzone przypisami. Pełne opisy zazwyczaj znajdują się w Uwagach bibliograficznych do danego rozdziału lub są zamieszczone w wykazie skrótów. Wymienione prace stanowią podstawę ujęcia danego tematu w niniejszej książce. W miarę możliwości wykorzystano źródła drukowane.

Nazwy miejscowości zostały na ogół podane zgodnie z obecnymi mapami, ale jeśli francuska nazwa jest znana w języku angielskim, wykorzystano pisownię angielską (stąd Quebec, a nie Québec)2. W kilku przypadkach uwspółcześniłem pisownię i interpunkcję przez wzgląd na klarowność i zrozumiałość.

Dziękuję pracownikom Olin Library na Uniwersytecie Cornella, a zwłaszcza działom obiegu, informacji i map oraz wypożyczeń międzybibliotecznych, za niesłabnącą pomoc i chcę podkreślić, że w wielkim stopniu korzystałem z systemu wypożyczeń bezpośrednich (Ivy League). Bardzo doceniam słowa zachęty ze strony moich kolegów z Wydziału Historycznego Uniwersytetu Cornella w trakcie tego długiego projektu. W Londynie bardzo pomocny i skuteczny okazał się personel działu rękopisów British Library i British National Archives (dawne Public Record Office). Miałem również szczęście prowadzić badania w Instytucie Badań Historycznych w Londynie. W Paryżu Yves-Marie Bercé ułatwił mi odkrycie motywów francuskiej polityki w latach 1755-1756 poprzez kwerendę w Archives du Ministère des Affaires Étrangères, zaś pracownicy archiwum udzielili mi fachowej pomocy. Fundusz badawczy Uniwersytetu Cornella udostępniony emerytowanym profesorom pomógł w pokryciu kosztów podróży do tych zagranicznych archiwów.

Moja żona towarzyszyła mi w trakcie podróży po Kanadzie i stanie Nowy Jork. Nasza wizyta w twierdzy Louisbourg, uznanej za miejsce pamięci historycznej (National Historic Site), okazała się szczególnie pouczająca dzięki wskazówkom członków personelu. Nicholas Westbrook, dyrektor Fortu Ticonderoga, chętnie oprowadził nas po najważniejszych miejscach związanych ze szturmem z 1758 roku; jednym z nich było Mount Defiance, gdzie Westbrook wskazał prawdopodobną pozycję baterii porucznika Clerka.

Globalny zakres niniejszej książki przerósłby moje możliwości, gdyby nie pomoc ze strony wielu historyków. Podziękowanie im za ich szczodrość jest czystą przyjemnością. Serdecznie dziękuję Ianowi K. Steele’owi, Jamesowi Pritchardowi, Christianowi Buchetowi, Nicholasowi Rodgerowi, Danielowi Usnerowi, Davidowi Syrettowi, Alanowi Jamiesonowi, Clive’owi Wilkinsonowi, Jamesowi Vaughnowi, Karlowi Schweizerowi i Mattowi Schumannowi za odpowiedzi na moje pytania i cenne sugestie (The Seven Years War: A Transatlantic History Schweizera i Schumanna, London-New York 2008, ukazała się zbyt późno, abym mógł z niej skorzystać). Kent Hackmann, Jeremy Michell i Javier Cuenca podzielili się ze mną ustaleniami ze swoich nieopublikowanych prac. Szczególnie wdzięczny jestem Timowi Le Goffowi, Johnowi Bosherowi i Joëlowi Félixowi za odpowiedzi na pytania oraz przysłanie odbitek, fragmentów i kopii ich prac. Jestem również wdzięczny Carole Séguin z National Archives of Canada za przysłanie fotokopii mikrofilmów korespondencji pomiędzy Mirepoix i Rouillém z początku 1755 roku. Jonathan Dull udostępnił mi maszynopis swojej pracy The French Navy and the Seven Years’ War,zanim została wydana; choć czasem dokonuję odmiennej interpretacji wydarzeń i inaczej rozkładam akcenty, książka ta pomogła mi pod pewnymi ważnymi względami, zawiera też wyczerpującą bibliografię.

Jestem niezmiernie wdzięczny Peterowi Marshallowi, Gerry’emu Bryantowi i mojemu koledze z Uniwersytetu Cornella, Robertowi Traversowi za przeczytanie i skomentowanie fragmentów dotyczących Indii. John Parmenter uczynił to samo z partiami poświęconymi amerykańskim Indianom, a Ruddock Mackay z fragmentami na temat blokady Hawke’a, zatoki Lagos i zatoki Quiberon. Moi synowie Charles i John przeczytali po jednym rozdziale i wysunęli przydatne sugestie, a moja córka Nancy Baugh Fortunel zapoznała się z sześcioma pierwszymi rozdziałami i udzieliła mi bardzo cennych rad w kwestii przystępności narracji. Poza tym ona i jej mąż Christian pomogli mi z francuskimi wyrażeniami, których nie mogłem z przekonaniem przetłumaczyć. Moja synowa Anja przetłumaczyła niemieckie wyrażenie, które sprawiło mi kłopot. Na koniec pragnę zaznaczyć, że książka bardzo wiele zyskała dzięki czujnej i błyskotliwej pracy redakcyjnej Barbary Massam.

W trakcie podróży badawczych do Londynu pani Terry Masterson zapewniła mi zakwaterowanie w Kew Gardens, tak kojące i przyjemne, jak tylko można sobie zażyczyć. Stary przyjaciel Roger Knight i jego żona Jane wielokrotnie okazywali mi swoją cudowną gościnność. Zasadniczo historyk pracuje w samotności, lecz moim wielkim szczęściem były częste rozmowy z Rogerem przy śniadaniu, które wzbogaciły moje badania i natchnęły mnie większym optymizmem. W trakcie wieloletniej pracy nad książką Ruddock Mackay prowadził ze mną nieprzerwaną, pomocną korespondencję mailową i udzielał rozsądnych rad dotyczących marynarki wojennej i nawigacji.

Mam ogromny dług wobec mojego uczelnianego redaktora Hamisha Scotta. To on zasugerował mi napisanie tej historii (jedynej wojny, którą naprawdę chciałem dokładnie zbadać). Uważnie przeczytał tekst i nie dość, że uchronił mnie przed wieloma błędami w sprawach europejskich – wyłącznie ja ponoszę odpowiedzialność za te, które pozostały – to jeszcze udzielił licznych przydatnych wskazówek. Jego cierpliwość, wyważony krytycyzm i serdeczne słowa zachęty miały fundamentalne znaczenie. Moja żona, uważna korektorka, przeanalizowała każdy rozdział, czasami dwukrotnie. Spędziła wiele poranków na cierpliwym słuchaniu, kiedy próbowałem się odnaleźć w gąszczu pomysłów, wypowiadając je na głos w nadziei, że zada kluczowe pytanie, co zresztą nieraz robiła. Pomimo przedłużających się prac nad tą książką jej wsparcie nigdy nie osłabło.

WPROWADZENIE

Wojna siedmioletnia została nazwana „wielką wojną o imperium”1. Z pewnością nią była, lecz wojna o imperium stanowiła część wielkomocarstwowej rywalizacji pomiędzy Wielką Brytanią i Francją. W połowie XVIII wieku te wielkie rywalki, dwie najlepiej rozwinięte monarchie w Europie, były skłonne mierzyć potęgę nie tylko na podstawie armii i terytorium w Europie, ale także handlu morskiego, sprawności marynarki wojennej i wytrzymałości finansowej. W rezultacie wojna siedmioletnia objęła nie tylko Europę, lecz również morza i cały świat. Rozdział na jej temat w History of the English-Speaking Peoples sir Winstona Churchilla nosi tytuł „Pierwsza wojna światowa”, co jest trafnym określeniem2. U jej schyłku Wielka Brytania kontrolowała sytuację w Ameryce Północnej i Indiach, co wywarło ogromny wpływ na nowożytną historię świata, więc co zrozumiałe, z perspektywy czasu wojna jest postrzegana jako walka o stworzenie imperium. Ostatecznym celem mężów stanu w Londynie i Wersalu było jednak zachowanie lub zwiększenie bezpieczeństwa, potęgi i wpływów w Europie.

Historia każdej wojny powinna być rozpatrywana z punktu widzenia obu stron, zwłaszcza konfrontacja pomiędzy wielkimi mocarstwami. Choć kampanie Francuzów w Ameryce Północnej są dobrze udokumentowane, w przypadku innych części świata sytuacja wygląda o wiele gorzej, a podczas poszukiwania wiarygodnych informacji na temat podejmowania decyzji na dworze Ludwika XV francuskie archiwa okazują się na ogół nieprzydatne. Zważywszy, że król Francji rządził jednym z najlepiej rozwiniętych i najbardziej wyrafinowanych społeczeństw w Europie, mrok spowijający podejmowanie decyzji na najwyższym szczeblu przez Francuzów jest niezwykły i dość nietypowy w porównaniu z praktykami większości innych ówczesnych dworów w Europie. Kontrast pomiędzy Wielką Brytanią a Francją pod względem zachowanych źródeł jest ogromny. Zbiory brytyjskich archiwów pozwalają prześledzić podejmowanie decyzji na wysokim szczeblu niemal dzień po dniu. W przypadku dworu Ludwika XV posiadamy natomiast kilka prywatnych pamiętników oraz listy wysłane za granicę do francuskich ambasadorów. Główna przyczyną tego niedoboru jest celowe utrzymywanie tajemnicy w tamtym czasie, a nie przypadkowe zniszczenie archiwów w późniejszym okresie.

Formalne wypowiedzenie wojny nastąpiło wiosną 1756 roku, ale żołnierze brytyjscy i francuscy ścierali się w Ameryce Północnej już w 1755 i w tym samym roku Brytyjczycy zarekwirowali francuskie statki na morzu. Na wojnę niezaprzeczalnie składało się osiem lat zorganizowanych działań zbrojnych pomiędzy Anglikami i Francuzami. W Ameryce konflikt jest znany jako wojna z Francuzami i Indianami, która wybuchła w 1754 roku (aczkolwiek Francuzi zaczęli rozmieszczać siły zbrojne w pobliżu granicy kolonii brytyjskich już w 1753 roku). W pierwotnym konspekcie tej książki nie planowałem poświęcić zbyt wiele miejsca ukazaniu genezy wojny. Sprawa wydawała się rozstrzygnięta; działania wojenne wzdłuż spornych granic Nowej Francji i kolonii brytyjskich były nieuniknione. Mimo to należy ponownie odpowiedzieć na pytania, dlaczego zorganizowana przemoc zaczęła się akurat wtedy i dlaczego doszło do wybuchu wojny angielsko-francuskiej na pełną skalę. Ponieważ w 1755 roku ani Londyn, ani Wersal nie chciały wojny, powszechnie zakłada się, że rządy macierzystych krajów zostały w nią „wciągnięte” przez swoich gubernatorów w Ameryce Północnej, jak gdyby były bezradne. Jak się okaże, istnieją mocne dowody przemawiające przeciwko temu założeniu. Ponadto niezrozumiałe jest to, że głównym przedmiotem sporu był dziki region za górami w głębi lądu, o którym mężowie stanu w Londynie i Paryżu nie wiedzieli niemal nic i do którego nie przywiązywali dotąd wielkiej wagi. Równie zagadkowe jest niepowodzenie podjętej na początku 1755 roku próby wynegocjowania porozumienia. Biorąc to wszystko pod uwagę, niniejsza książka rozpocznie się od opisu wydarzeń w latach 1752-1753.

Wzrost znaczenia Ameryki Północnej

Względy polityczne sprawiły, że Ameryka Północna przestała być kolonią o niskim statusie i stała się kontynentem, o który warto było walczyć. Po zawarciu pokoju w Akwizgranie, który w 1748 roku zakończył wojnę o sukcesję austriacką, spodziewano się rychłego wybuchu kolejnej wielkiej wojny między Wielką Brytanią i Francją, lecz nikt nie przewidział, że jej przyczyną będą sporne roszczenia w niedokładnie zmapowanym regionie leżącym na zachód od Appalachów w Ameryce Północnej.

Angielskie osadnictwo w Ameryce Północnej, które zaczęło się półtora wieku wcześniej, zostało zaaprobowane przez rząd, ale nie otrzymało prawie żadnego wsparcia finansowego, a nadania ziemskie nic króla nie kosztowały. Jedynym znaczącym wyjątkiem był podbój Nowego Amsterdamu w latach 60. i 70. XVII wieku, możliwy dzięki Royal Navy. Dzięki temu nabytkowi, przemianowanemu na Nowy Jork, całe wybrzeże pomiędzy Nową Szkocją i Karoliną Południową znalazło się pod władzą Brytyjczyków. Poza tym Skarb Państwa nie wydawał pieniędzy na zakładanie nowych kolonii czy promowanie osadnictwa w Ameryce Północnej, dopóki nie przeznaczono skromnych subsydiów rządowych na założenie Georgii w 1733 roku i nie zaczęto przyznawać grantów parlamentarnych na zasiedlenie Nowej Szkocji w 1749 roku. W brytyjskiej części Ameryki Północnej nastąpił szybki wzrost liczby ludności, zarówno w sposób naturalny, jak i w wyniku polityki imigracyjnej – lub jej braku – umożliwiającej napływ cudzoziemców.

Celem rządu brytyjskiego było niedopuszczenie do wzrostu kosztów administracji terytorialnej i obrony. W długim okresie pokoju między Anglią i Francją po 1714 roku gubernatorzy kolonii często prosili Londyn o pomoc w rozbudowie umocnień granicznych, lecz była ona bardzo skąpa. Nie ulega wątpliwości, że dla rządu brytyjskiego dzikie pogranicze w Ameryce Północnej było utrapieniem. Oczekiwano, że nieliczni koloniści, którzy odważyli się handlować z Indianami za granicami zasiedlonych terenów, sami zatroszczą się o swoje bezpieczeństwo. Zgromadzenia kolonialne rzadko wydawały pieniądze lub wkładały wysiłek w niesienie im pomocy. Ze swojej strony Londyn chciał po prostu utrzymać spokój na wewnętrznych granicach w nadziei na ignorowanie wszelkich problemów. Ta postawa stanowi podsumowanie brytyjskiej polityki terytorialnej w Ameryce Północnej do około 1750 roku.

Wielka Brytania nie troszczyła się o terytorium, lecz o handel i żeglugę. Na mocy aktów nawigacyjnych (Navigation Acts)z lat 1651, 1660 i 1663 kolonie brytyjskie nad Atlantykiem zostały połączone w ramach systemu morsko-imperialnego. Kolejne rządy brytyjskie ceniły ten system, ponieważ stymulował handel morski, generował bogactwo, które pomagało w utrzymaniu płynności finansów publicznych, i powiększył flotę handlową, zapewniającą rezerwę wyszkolonych żeglarzy, która była niezbędna dla marynarki wojennej. Był to system „wymiany”, czyli handlu oraz żeglugi. O przyznawaniu pierwszeństwa tej drugiej świadczą wzorce egzekwowania; punkty aktów nawigacyjnych, które dotyczyły żeglugi, były dość ściśle egzekwowane, podczas gdy te odnoszące się do towarów były często rewidowane lub pozostawały martwą literą, aby dostosować się do wymagań rynku i zmaksymalizować wymianę. Na przykład nie ściągano zaporowego cła od melasy z francuskich Indii Zachodnich, która trafiała do Nowej Anglii, ale zgodnie z prawem mogły ją przewozić tylko statki brytyjskie. Transportowano ją głównie na statkach z Nowej Anglii, które stanowiły niemal jedną trzecią całego brytyjskiego tonażu handlowego (na mocy aktów nawigacyjnych amerykańskim statkom kolonialnym przysługiwały te same przywileje, co statkom z kraju macierzystego). Tym samym system morsko-imperialny był wystarczająco otwarty, żeby stymulować wzrost gospodarczy i dobrobyt, mimo że handel skupiał się w koloniach brytyjskich. Aby zasilić system walutą, zezwolono na kontrabandowy handel z hiszpańską Ameryką w celu zdobycia srebrnych monet, chociaż władze hiszpańskie uznawały go za nielegalny. W 1775 roku Edmund Burke, który zauważył, że brak sztywnych przepisów przyczynił się do sukcesu handlowego, przestrzegał przed ignoranckimi zmianami legislacyjnymi i przypisał rozwój brytyjskiego handlu atlantyckiego i dobrobyt kolonii „zbawiennemu zaniedbaniu”3.

W okresie 1650-1750 brytyjscy decydenci polityczni przywiązywali do kolonii na kontynencie amerykańskim o wiele mniejszą wagę, niż do Indii Zachodnich, gdzie źródłem największego bogactwa były tytoń, cukier, kawa i indygo produkowane przez niewolników oraz kontrabandowy handel z imperium hiszpańskim. Jednak w pierwszej połowie XVIII wieku brytyjska część Ameryki Północnej stała się ważnym rynkiem eksportowym dla towarów produkowanych przez Brytyjczyków. W 1700 roku jej populacja liczyła 234 000 ludzi, a w 1750 roku wzrosła do 1 206 000 (964 000, nie licząc ludności czarnoskórej). Chociaż w 1700 roku Indie Zachodnie kupowały więcej krajowych towarów niż kolonie na kontynencie (pod względem wartości), w 1750 roku konsumpcja w koloniach na stałym lądzie była ponad dwukrotnie większa niż w Indiach Zachodnich. Adam Smith w Bogactwie narodów wysunął tezę, że brytyjskie towary sprzedawały się dobrze w Ameryce Północnej, ponieważ była ona rynkiem zmonopolizowanym, lecz w połowie stulecia brytyjskie towary w Ameryce sprzedawałyby się lepiej niż większość towarów z Europy, nawet gdyby było inaczej.

W połowie stulecia, kiedy uświadomiono sobie, że w Ameryce Północnej koloniści kupują ogromne ilości towarów produkowanych w Wielkiej Brytanii, a handel sprzyja żegludze na dużą skalę, wpływowi członkowie opinii publicznej uznali, że należy zezwolić koloniom na ekspansję. Posiadłości Francuzów na północy i zachodzie nie powinny zatem hamować ich rozrostu. Gdy spekulanci ziemscy w Wirginii, wśród których był wuj George’a Washingtona, wystosowali petycję z prośbą o duże nadanie ziemskie nad zachodnią granicą w imieniu Kompanii Ohio, George Montagu Dunk, hrabia Halifaksu, który stał na czele Zarządu Handlu (Board of Trade), zalecił królowi, aby wyraził zgodę. Zauważył, że w petycji była mowa o założeniu nowych osad i wybudowaniu fortu w ciągu siedmiu lat. Stwierdził (w 1749 roku), że „byłby to odpowiedni krok na drodze do sprawienia zawodu Francuzom i powstrzymania ich przed naruszaniem granicy poprzez częściowe przecięcie komunikacji z ich przyczółkami nad wielkimi jeziorami, aż po rzekę Missisipi”4. Choć Zarząd Handlu nie ignorował już granic, w 1749 roku większość brytyjskich mężów stanu nie przejmowała się tym, czy Kompania Ohio zdoła zrealizować ten plan.

Przydatność Kanady dla Francji

Mniej więcej w tym samym czasie dobrze poinformowany ekspert udzielał dworowi w Wersalu rad w tej kwestii. Był to Roland-Michel Barrin, hrabia de la Galissonnière, admirał, który niedawno przez dwa lata pełnił obowiązki gubernatora generalnego w Quebecu. Jego długie memorandum, zatytułowane „Rozprawa o koloniach francuskich w Ameryce Północnej”, odczytano królowi i Radzie Stanu w grudniu 1750 roku. Podkreślił w nim, że ekspansja kolonii brytyjskich na kontynencie jest wielkim zagrożeniem dla francuskich Indii Zachodnich, a rozwój amerykańskiego handlu zwiększa potęgę morską Brytyjczyków w stopniu zagrażającym dominacji Francji w Europie5.

Na początku stwierdził, że chociaż Kanada nie przynosi zysków, nie można jej porzucić „przez wzgląd na chwałę, honor i religię”, lecz jego argument na rzecz wspierania Kanady miał charakter geopolityczny. La Galissonnière opisał ponure realia. Podczas gdy tropikalne kolonie (wymienił Santo Domingo i Martynikę) wyraźnie zwiększały bogactwo Francuzów, wpływały korzystnie na bilans handlowy i zapewniały państwu dochody, Kanada drenowała francuski skarbiec, co prawdopodobnie nie zmieni się jeszcze przez długi czas. Nie rozwodził się nad łowiskami, ponieważ wszyscy znali ich wartość. Problemem był interior. Niedogodności geograficzne uniemożliwiały eksport tamtejszych towarów po konkurencyjnych cenach, więc pozostawał jedynie handel futrami, z którego czerpano nierówne zyski. Podsumowując, Kanada była „jałowym pograniczem”, aczkolwiek posiada jeden wielki atrybut – stanowi „najsilniejszą barierę, którą [można] przeciwstawić ambicji Anglików”, podkreślił admirał.

Ostatecznie La Galissonnière z zakłopotaniem przekonywał, że należy znaleźć jakiś sposób na uporanie się z potęgą brytyjskiej marynarki wojennej. Była ona największym zagrożeniem dla potęgi Francuzów: „Jeśli cokolwiek może złamać dominację Francji w Europie, są to angielskie siły morskie; tylko przez nie (…) Francja straciła owoce całego podboju Niderlandów Austriackich pod koniec ostatniej wojny”6. Najwyraźniej uważał, że w 1748 roku francuscy przywódcy pochopnie podpisali traktat pokojowy, w którym zrezygnowali z militarnego podboju Niderlandów Austriackich, ponieważ dwa miażdżące zwycięstwa brytyjskiej marynarki wojennej w 1747 roku sygnalizowały koniec francuskiego handlu i łączności z koloniami.

Francja nie mogła jednak liczyć na to, że dorówna brytyjskiej marynarce wojennej: „Nie możemy sobie pochlebiać, że będziemy mogli długo ponosić koszt utrzymania floty dorównującej ich własnej; dlatego też pozostaje jedynie przypuścić na nich atak w ich posiadłościach”. Potrzeba podjęcia takiego kroku była coraz bardziej nagląca, bowiem siła kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej „wzrasta z każdym dniem” i „jeśli nie znajdzie się sposobu na jej zahamowanie”, wkrótce wchłoną wszystkie kolonie Francuzów za Atlantykiem. Miał na myśli także zagarnięcie przez Brytyjczyków całych Indii Zachodnich:

Jeżeli nie powstrzymamy szybkich postępów angielskich kolonii na kontynencie lub, co sprowadza się niemal do tego samego, jeżeli nie stworzymy przeciwwagi mogącej je utrzymać w ryzach i zmusić do defensywy, wkrótce zyskają tak wielką infrastrukturę, że będą mogły przeprowadzić ogromne armements[zbrojenia – przyp. tłum.] na kontynencie amerykańskim, a przerzucenie dużych sił na Santo Domingo, Kubę lub nasze Wyspy Nawietrzne zajmie im tak mało czasu, że nie będzie nadziei na ich utrzymanie, chyba że za wysoką cenę.

Nikt nie kwestionował znaczenia tych wysp, gdzie produkcja cukru i kawy napędzała zakrojony na wielką skalę i zyskowny handel. W sprawie ich obrony Francja polegała bardziej na fortach i milicjach niż na potędze morskiej, ale La Galissonnière zdał sobie sprawę, że takie metody nie są niezawodne; ostatecznie ich obrona zależała od trudności, jakie napotka nieprzyjaciel, przewożąc „z Europy oddziały mogące je opanować”. Jednak rosnące w siłę kolonie brytyjskie w Ameryce Północnej umożliwiały stosunkowo łatwy atak na francuskie wyspy7.

Dzięki produktom z tych kolonii mieszkańcy brytyjskich Karaibów, garnizony i okręty wojenne mogły być zaopatrywane bardziej niezawodnie i znacznie mniejszym kosztem niż w przypadku wysyłania tych samych towarów z Wielkiej Brytanii (zanim wojna siedmioletnia dobiegła końca, brytyjska część Ameryki Północnej odgrywała ważną rolę w atakach na francuskie i hiszpańskie Indie Zachodnie). La Galissonnière twierdził, że należy ograniczyć rozrost tych kolonii i je nękać. Dlatego też Francja powinna „wzmocnić i ufortyfikować Kanadę i Luizjanę”, wykorzystując dwa czynniki, które zapewniały przewagę Francuzom walczącym w tym rejonie. Pierwszym były sojusze z Indianami, „którzy ciągle darzą nas nieco większą miłością i lękają się o wiele bardziej niż Anglików”, ale rozumieją, że w ich interesie leży „utrzymywanie równowagi sił między Anglikami i Francuzami”. Drugim była „liczba francuskich Kanadyjczyków, którzy przywykli do życia w lasach, tak jak Indianie, i są dobrze przygotowani nie tylko do poprowadzenia ich do walki z Anglikami, ale także do toczenia wojny przeciwko tym samym Indianom, gdy zachodzi taka konieczność”. Owe atuty były nieco „przypadkowe”, lecz należało je utrzymać i udoskonalić bez względu na koszty.

Na zakończenie La Galissonnière stwierdził, że jeśli postępy Brytyjczyków w Ameryce nie zostaną zatrzymane, „z pewnością zapewnią im przewagę w Europie”. Francuska Kanada i Luizjana hamowały owe postępy i Francja mogła „zrekompensować brak potęgi morskiej”, jedynie opierając się na tych koloniach. Nowa Francja nie mogła jednak pełnić tej ważnej funkcji w swoim obecnym stanie. Potrzebowała inwestycji, wzrostu liczby ludności (nawet jeśli oznaczało to wysłanie tam „femmes de mauvaise vie” [kobiet lekkich obyczajów – przyp. tłum.]) i rozbudowy osad nad rzeką Illinois, gdzie znajdowały się znakomite tereny pod uprawę8.

Oczywiście argumentacja La Galissonnière’a na rzecz utrzymania Kanady miała charakter geopolityczny – chodziło o zahamowanie wzrostu potęgi gospodarczej Wielkiej Brytanii i pośrednio jej potęgi morskiej, która zagrażała dominacji Francji w Europie. Memorandum wzbudziło bardzo duże zainteresowanie na dworze w Wersalu i wyraźnie wybiegało w przyszłość. Przedstawiało jednak również sposób, w jaki należało natychmiast wzmocnić zasoby i środki obronne Kanady, a gubernatorzy generalni już nad tym pracowali, za zgodą ministra, o czym przekonamy się w rozdziale II. W Kanadzie politykę wprowadzano w życie, jeszcze zanim memorandum zostało przedłożone Radzie Stanu w Wersalu.

Francuska polityka miała zmienić stosunek Brytyjczyków do imperium w Ameryce Północnej. W wyniku aktywności Francuzów na granicach kolonii brytyjskich oraz uznania ich znaczenia jako rosnącego rynku zbytu dla brytyjskich towarów w powszechnej świadomości pojawiły się koncepcje imperialnego terytorium. Kwestia relacji między państwem i Kościołem, która dawniej wywołała głęboki rozłam pomiędzy torysami i wigami, ustąpiła miejsca ekscytacji wokół handlu, imperium i dominacji na morzu, a teraz, w połowie stulecia, handel splótł się z terytorialnym imperializmem. Charakter traktatu pokojowego z 1748 roku sprawił, że aspekt terytorialny zyskał polityczne pierwszeństwo. Obie strony chciały szybko zakończyć wojnę, więc w Akwizgranie odłożyły na bok wiele spornych roszczeń w szerokim świecie i przekazały je do rozpatrzenia Komisji Granicznej. Tym samym spory o granice w Ameryce Północnej formalnie znalazły się w agendzie politycznej, w atmosferze intensywnej rywalizacji z Francją.

Rywalizacja globalna

Choć wojna siedmioletnia pomiędzy Anglikami i Francuzami wybuchła w Ameryce Północnej, stała się konfliktem globalnym. Z biegiem czasu walka wywiązała się na czterech kontynentach, między innymi w Afryce. Kluczową rolę wszędzie odgrywała Royal Navy. Okręty pływały po wszystkich oceanach z wyjątkiem Pacyfiku, a w ostatnich miesiącach wojny zapuściły się nawet tam, kiedy ekspedycja z Indii zaatakowała Manilę. Chociaż Morze Śródziemne nie było tak ważne, jak w trakcie poprzedniej wojny, zdarzało się, że nabierało większego znaczenia. Karaiby od samego początku były polem walki dużych i małych okrętów i w końcu stały się sceną ważnych podbojów Brytyjczyków. Niemniej jednak, dopóki Kanada nie skapitulowała w 1760 roku, głównym teatrem działań pozostawała Ameryka Północna.

Podczas gdy strategia Francuzów w Ameryce Północnej była defensywna, w Europie szybko nabrała charakteru ofensywnego. Po kilku miesiącach wahania rząd Ludwika XV postanowił zaangażować duże siły zbrojne w Niemczech. Z pozoru król kierował się chęcią udzielenia pomocy swojej nowej sojuszniczce Austrii, czego zresztą osobiście bardzo sobie życzył, lecz od samego początku było jasne, że głównym punktem planu Francuzów było zajęcie Hanoweru, ukochanej ojczyzny króla Jerzego II. Francja zamierzała zmusić Wielką Brytanię do zgody na wynegocjowany pokój i niewątpliwie wydawało się to najszybszym i najdogodniejszym sposobem na doprowadzenie wojny do zadowalającego końca. Ostatecznie Brytyjczycy wysłali swoje oddziały, aby pomóc Hanowerowi i przeciwstawić się Francuzom. W 1761 roku w kampanii na kontynencie u boku Hanowerczyków i Hesów uczestniczyły niemal 22 000 ludzi pod dowództwem generała wypożyczonego z armii pruskiej. Brytyjski Skarb Państwa ponosił prawie cały koszt utrzymania tej kombinowanej armii. Te wszystkie powody sprawiają, że w historii wojny siedmioletniej postrzeganej jako konflikt globalny musimy do pewnego stopnia uwzględnić kampanie w Europie. Należy jednak zrozumieć, że kiedy ludzie w Londynie i Paryżu mówili o „wojnie w Niemczech”, mieli na myśli wojnę na północno-zachodnim odcinku, nazywanym ogólnie Westfalią. Francuzi mieli nadzieję, że odniosą tam zwycięstwa, które zrekompensują przewidywane porażki za morzem. Jeszcze dalej we wschodniej części Europy w ramach wojny siedmioletniej toczyła się zaciekła i wyczerpująca walka między Prusami a ich przeciwnikami, głównie Rosją i Austrią. Owa wojna w środkowej Europie, w której król pruski Fryderyk Wielki zdołał w zdumiewający sposób przezwyciężyć przeszkody i kontynuować walkę, nie została omówiona w niniejszej książce, aczkolwiek nie można jej całkowicie zignorować, ponieważ Wielka Brytania zawarła sojusz z Prusami i przysyłała Fryderykowi subsydia, podczas gdy Francja bezpośrednio wspierała Austrię.

W trakcie tej ogólnoświatowej rywalizacji dominacja na morzu miała kluczowe znaczenie dla sukcesu Brytyjczyków, umożliwiając nie tylko ochronę linii zaopatrzeniowych, ale także przeprowadzanie ekspedycji morskich. Podczas wojny siedmioletniej armia i marynarka wojenna Brytyjczyków, posiadających przewagę na morzu, zapoczątkowały rozwój skutecznych, specjalistycznych metod i taktyk desantowych. Na rzece Hugli w Bengalu i na Rzece Świętego Wawrzyńca w Kanadzie marynarka wojenna walnie przyczyniła się do sukcesu militarnego, a na Karaibach, wybrzeżu Francji i wybrzeżu południowych Indii zadecydowała o wyniku działań wojennych.

W tym ostatnim przypadku, na Wybrzeżu Koromandelskim, doszło do trzech bitew między Anglikami i Francuzami z udziałem dużych eskadr, ale poza tym w trakcie wojny siedmioletniej stoczono niewiele wielkich bitew morskich. Francuska marynarka wojenna rzadko rzucała Brytyjczykom wyzwanie w otwartej walce. Mimo to Brytyjczycy byli zaangażowani w ciągłą wojnę na morzu, która na najważniejszym teatrze działań wiązała się ze żmudnym, zazwyczaj bezbarwnym (z wyjątkiem sztormów) żeglowaniem u wybrzeży Francji. Strategia francuskiej marynarki wojennej polegała na czekaniu – przebywaniu w porcie, dopóki wiatr nie umożliwi ucieczki – i powrocie do portu w nadziei, że uda się wykonać unik. Gdy dochodziło do walki, zwykle przybierała ona charakter starć pojedynczych okrętów. W późniejszych latach wojny, w dużej mierze dzięki decydującemu zwycięstwu na morzu w zatoce Quiberon w listopadzie 1759 roku, brytyjskie krążowniki i okręty korsarskie mogły operować w głębi lądu. Zanim jednak do tego doszło, niełatwo było przechwycić wypływające francuskie okręty wojenne i transporty zaopatrzenia, a mówienie o brytyjskiej „blokadzie” przed rokiem 1759 jest błędem. Każda historia wojny siedmioletniej generalnie przyjmuje, że Royal Navy bardzo utrudniała Francuzom przewożenie zapasów i posiłków do oblężonych kolonii po drugiej stronie Atlantyku, lecz w niniejszej książce przybliżono szczegóły porażek i sukcesów.

Pod względem liczebnym brytyjska marynarka wojenna zyskała wielką przewagę nad Francuzami dopiero w 1758 roku z przyczyn, które zostaną wyjaśnione w rozdziale VIII, lecz wdawanie się w walkę, której dało się uniknąć, było dla Francuzów bezsensowne nawet wtedy, gdy dysproporcja sił na morzu nie była zbyt duża. Jednym z powodów była przewaga brytyjskiej artylerii okrętowej, lecz główną przyczynę stanowiła strategia francuskiej marynarki wojennej ukierunkowana na wykonywanie misji, polegająca na unikaniu walki o panowanie na morzu.

Największym wyzwaniem związanym z prowadzeniem wojny na morzu było zdrowie. Zważywszy na ograniczoną obecność francuskiej marynarki wojennej na morzu, można byłoby przypuszczać, że choroby były dla niej mniej dotkliwe niż dla Brytyjczyków. Jej schemat działań oparty na wykonywaniu misji polegał głównie na pływaniu „tam i z powrotem” i francuskie eskadry spędzały dużo czasu w porcie. Oczekiwano, że jedynie okręty wojenne wysyłane na Ocean Indyjski pozostaną na morzu przez dłuższy czas. Te, które zmierzały do Kanady lub Indii Zachodnich, zazwyczaj posiadały zapas żywności na pół roku i oczekiwano, że po dwóch lub trzech miesiącach wrócą bez ich uzupełniania, z wyjątkiem pobrania wody i świeżych zapasów w celu uniknięcia szkorbutu, o ile będzie to możliwe. Wyjątków było niewiele. Można by zatem dojść do wniosku, że zdrowie nie powinno stanowić problemu dla francuskiej marynarki wojennej, lecz w rzeczywistości problem był poważny. Po mobilizacji wśród załóg szerzył się tyfus, który przenoszono na morze, gdzie dalej okazywał swoją zjadliwość.

Dla Royal Navy zdrowie powinno stanowić większy problem, ponieważ była to flota krążownicza, a okręt mógł spędzić wiele miesięcy na morzu, wskutek czego pojawiał się szkorbut, choroba wywołana niedoborem substancji odżywczych. Strategia Eskadry Zachodniej, która przez długi czas krążyła u wybrzeży Francji poza zasięgiem wzroku, sprzyjała tej chorobie. Strategia została wcielona w życie, gdy tylko zaczęły się działania wojenne, a ciągła obecność Brytyjczyków w znanych miejscach pobytu francuskiej eskadry była kluczowa, gdyż Francuzi wypłynęliby, gdyby dowiedzieli się, że przeciwnik wrócił do portu. Na początku wojny Eskadra Zachodnia zwykle musiała przedwcześnie wracać do Portsmouth lub Plymouth, bo zbyt wielu marynarzy było chorych oraz umierało na tyfus i szkorbut. W trzecim roku wojny tyfus osłabł, ale szkorbut nadal stanowił problem; zazwyczaj człowiek zapadał na tę chorobę wywołaną przez brak witaminy C po około pięciu tygodniach i jeśli nie posilił się świeżą żywnością, tracił sprawność i umierał. Mimo to w 1759 roku Eskadra Zachodnia pod komendą admirała sir Edwarda Hawke’a pozostawała przed Brestem przez pół roku i nie zachorował praktycznie nikt. Okręty kursowały parami do Plymouth albo Torbay po żywność, lecz nie tłumaczy to w pełni niemal magicznego dobrego stanu zdrowia w eskadrze, które wynikało z wielkiego wysiłku, jaki wkładano w dostarczenie świeżych zapasów na nieruchome okręty. Prawdopodobnie było to najbardziej niezwykłe osiągnięcie aprowizacyjne w historii osiemnastowiecznej marynarki wojennej9.

Jeśli okręt liniowy (który był niezwyciężony w walce z każdym przeciwnikiem z wyjątkiem innego okrętu tej klasy) miał zapasy na pół roku lub dłużej, mógł popłynąć w dowolne miejsce na świecie, w którym miał możliwość uzupełnienia wody pitnej. Pozostawanie na zagranicznym teatrze działań wojennych zależało głównie od trzech czynników: czyszczenia kadłuba w celu zwiększenia szybkości i zwalczenia teredo navalis (świdraka okrętowca), wymiany uszkodzonych masztów i dbania o zdrowie załogi. W przypadku dwóch pierwszych kwestii bardzo pożądana była baza morska z magazynami, masztownią i nabrzeżami do karenażu. Dbanie o zdrowie wymagało odpowiedniej żywności, wody pitnej i świeżych dostaw w celu zwalczenia szkorbutu. Do tego czasu administracja Royal Navy opracowała metody dostarczania potrzebnych rzeczy w stopniu, którego francuska marynarka wojenna mogła jej tylko pozazdrościć. Liczebność floty może być miarą potęgi morskiej, której ostatecznym probierzem jest bitwa, ale gdyby nie długotrwałe kotwiczenie, możliwe dzięki odpowiedniej infrastrukturze lądowej, jej skuteczność byłaby ograniczona. W tego rodzaju przedsięwzięciu – patrolowaniu i krążeniu – Royal Navy posiadała szereg atutów, zwłaszcza w pierwszej połowie XVIII wieku. Jednym z nich było założenie przez Admiralicję stałych baz zamorskich. Francuska marynarka wojenna nie miała ani jednej. Jej okręty wojenne mogły dokonywać napraw w prywatnych ośrodkach za morzem, ale pod rządami administracji królewskiej w koloniach nie było żadnych stoczni, dopóki w 1787 roku nie założono stoczni na Martynice.

Brak amunicji nie był powszechnym problemem. Czasami, kiedy okręty bombardowały cele na wybrzeżu lub gdy wypożyczano działa i amunicję marynarki wojennej armii ekspedycyjnej na lądzie, mógł wystąpić niedobór, lecz nie w bitwach morskich. Sto lat wcześniej w trakcie wojen angielsko-holenderskich występowały braki, ale podczas wojny siedmioletniej się to nie zdarzało, nawet w zaciętych bitwach morskich, w których dochodziło do strasznego rozlewu krwi.

Na lądzie dbanie o zdrowie armii często stanowiło poważny problem, lecz największym wyzwaniem były wymogi transportowe. Francuzi przekonali się, jak problematyczne było posłanie dużej armii w głąb Niemiec. Jeśli siły były średniego rozmiaru, nieobciążone ciężką artylerią i wyszkolone w szybkim maszerowaniu, mogły zaspokoić swoje potrzeby aprowizacyjne po drodze, uciekając się do rekwizycji, ale odległość stwarzała problemy, zwłaszcza dla dużych sił. Ponieważ głównym celem armii francuskiej w tej wojnie było podbicie i zajęcie Hanoweru, celu oddalonego od granicy francuskiej o wiele bardziej niż Niderlandy Austriackie, gdzie wojska francuskie toczyły kampanie w przeszłości, konieczne były składy i magazyny, należało też ochraniać długie linie zaopatrzeniowe. Wozy, zaprzęgi, pasza i furaż – sfrustrowani generałowie po obu stronach wielokrotnie wypowiadali te słowa. Sprowadzenie ich wystarczającej ilości z tyłów było praktycznie niemożliwe, toteż armia rzadko ruszała naprzód przed pojawieniem się „zielonej paszy”, co często miało miejsce dopiero w czerwcu. Bez jej ogromnej ilości potrzebnej do wykarmienia koni kawaleria nie mogła się zgromadzić, nie można było przewozić zapasów, a artyleria była unieruchomiona. Grupy furażerów musiały się rozciągać w promieniu wielu kilometrów wzdłuż linii marszu, a kiedy wykonały swoje zadanie, teren opisywano jako „pustynię”. Jak napisał francuski minister wojny do swojego generała dowodzącego w Westfalii w 1758 roku: „Może pan być pewny, że kiedy kładę się do łóżka, myślę o furażu, i nie przestaję o nim myśleć, gdy wstaję”10. Im dalej w głąb Niemiec zapuszczały się francuskie armie, tym dłuższy był łańcuch zaopatrzenia i tym większa była konieczność zdobycia zapasów na miejscu.

Pod względem kosztów kampania w Niemczech była dla armii francuskiej tańsza niż dla jej hanowerskich i brytyjskich przeciwników, bo Francuzi nie płacili dobrze za rekwizycje i prawie zawsze się z tym ociągali. Pięćdziesiąt lat wcześniej za panowania Ludwika XIV i pięćdziesiąt lat później, kiedy toczyły się kampanie Napoleona, rząd francuski postrzegał przymusowe rekwizycje jako idealny sposób prowadzenia wojny – podbita ludność miała ponosić dużą część kosztów – ale podczas wojny siedmioletniej ta praktyka nie była skuteczna pod względem militarnym, a największy problem stanowił opór miejscowych rolników, którzy oddawali w sekwestr swoje wozy i żywność. Żądania Brytyjczyków i sojuszniczych sił niemieckich również wywoływały rozżalenie i opór nawet wśród przychylniej nastawionych mieszkańców – było to nieuniknione – lecz generalnie Brytyjczycy byli znani z tego, że płacili za to, co brali.

W Ameryce Północnej ciężar ofensywy spoczywał na barkach Brytyjczyków, czy też Brytyjczyków i Amerykanów, ponieważ siły bojowe w dużej mierze były zależne od pomocy oddziałów kolonialnych – powszechnie nazywanych „prowincjonalnymi” – w sprowadzaniu zapasów i strzeżeniu linii zaopatrzeniowych. Jak zauważył profesor John Shy, była to wojna, „podczas której geografia nastręczała tak wielkich problemów komunikacyjnych i zaopatrzeniowych, że głównym zadaniem dowództwa było po prostu doprowadzenie do nawiązania kontaktu pomiędzy średnich rozmiarów siłami i nieprzyjacielem”11. Z wyjątkiem drewna, wody i zielonej paszy dzika przyroda nie zaspokajała potrzeb armii. Zapasy kampanijne musiały docierać z tyłów, a w lasach nie było żadnych dróg.

Dlatego też niemal we wszystkich przypadkach zapasy, takie jak działa, moździerze czy pociski wykorzystywane podczas oblężeń, musiały być transportowane drogą wodną. Chociaż można było wytyczyć krótkie drogi przez zalesiony teren, dotarcie armii do odległego celu bez transportu wodnego było właściwie niemożliwe. Jedynym wyjątkiem była kampania w Pensylwanii w 1758 roku, którą przeniesiono za góry pod Fort Duquesne dzięki drodze wybudowanej z rozkazu generała Johna Forbesa. Było to żmudne i kontrowersyjne przedsięwzięcie, w trakcie którego nie brakowało opóźnień i zawodów12. Atak na Kanadę był prowadzony wyłącznie drogą wodną: na Rzece Świętego Wawrzyńca oraz na rzekach i jeziorach w północnej części Nowego Jorku. Na tym drugim obszarze nieodzownym środkiem transportu był bat – drewniana łódź o płytkim zanurzeniu, zazwyczaj długa na 7,60-12 m, która mogła przepłynąć przez umiarkowane bystrza.

Nie trzeba dodawać, że drogi wodne i przenoski, które je łączyły, były narażone na atak nieprzyjaciela. Przewodnikami podczas takich ataków, często przypuszczanych z zasadzki, niemal zawsze byli Indianie, potrafiący znaleźć właściwą drogę w rozległych lasach, w których wszyscy inni byli ślepi. Kanadyjscy handlarze futrami i francuscy misjonarze dotarli w głąb Ameryki Północnej, więc większość plemion zachowywała neutralność lub była sprzymierzona z Francuzami, zwłaszcza w pierwszych latach wojny. Armia brytyjska, która miała trudności z pozyskaniem indiańskich zwiadowców, sformowała bataliony rangersów, złożone głównie z amerykańskich kolonistów. Zasługą generała Jeffreya Amhersta, którego historycy wojskowości powszechnie krytykują za opieszałość, jest to, że w latach 1759-1760 w trakcie marszu na północ do Kanady jego żołnierze uniknęli krwawych porażek poniesionych w czasie poprzednich kampanii. Z drugiej strony kanadyjskie rzeki i jeziora zapewniały obrońcom godne pozazdroszczenia wewnętrzne linie komunikacyjne.

Z wyjątkiem kampanii w Europie angielsko-francuska wojna siedmioletnia była wojną wodną – nie zawsze toczyła się na wodzie, ale transport drogą wodną umożliwiał działania ofensywne. Skuteczność transportu drogą wodną uwypukla korzyści płynące z operacji desantowych. Oficerowie ich nie lubili – sądzili, że są bardzo ryzykowne i przynoszą niewiele chwały – lecz gdyby nie one, Brytyjczycy nie wygraliby wojny siedmioletniej. Oczywistymi przykładami są ataki na Louisbourg i Quebec oraz te, do których doszło w Indiach Zachodnich. Znaczenie dostawy zapasów drogą wodną dla sukcesu kampanii w Indiach jest mniej znane. Wyjątek potwierdza regułę: wielką przeszkodą w spenetrowaniu przez Francuzów północno-zachodnich Niemiec był brak odpowiednich dróg wodnych. Największe rzeki w Westfalii płyną na północ i południe. Chociaż Lippe i Ruhra wpływają do Renu ze wschodu, nie można było nimi dopłynąć wystarczająco daleko na wschód. W pobliżu źródeł rzeki siły inwazyjne były całkowicie zależne od zaprzęgów i wozów. Kiedy natomiast Brytyjczycy i sojusznicze siły niemieckie kontrolowały Wezerę i Ems (które płyną z południa na północ), mogły je wykorzystać do sprowadzania zapasów z portów nad Morzem Północnym.

Zarówno w Ameryce Północnej, jak i w północno-zachodnich Niemczech problemy logistyczne na peryferiach zadecydowały o charakterze walki: dochodziło do drobnych starć, które często wywiązywały się w wyniku ataków na linie zaopatrzeniowe, a wielkie bitwy należały do rzadkości (w wojnie prowadzonej przez Prusy stoczono o wiele więcej bitew, po części dlatego, że armia pruska została dobrze wyszkolona w szybkim maszerowaniu, po drugie zaś położenie geograficzne rzek w środkowej Europie umożliwiało armii pruskiej szybsze pokonywanie dużych odległości). Zarówno w Westfalii, jak i w Ameryce Północnej bitwy, potyczki i oblężenia mogły zadecydować o ostatecznym sukcesie lub fiasku kampanii, ale ówcześni generałowie nigdy nie mogli sobie pozwolić na zignorowanie transportu i logistyki bez narażania się na niebezpieczeństwo.

Geografia i polityka

Admirał sir Herbert Richmond, dociekliwy oficer marynarki wojennej, który studiował historię flot i wojen, doszedł do następującego wniosku:

Jakkolwiek mocne mogą być argumenty natury technicznej, argumenty polityczne są o wiele mocniejsze. Na dłuższą metę dalekosiężne skutki błędów politycznych są znacznie większe niż konsekwencje błędów strategicznych, które z kolei są o wiele większe niż w przypadku błędów taktycznych, a skutki tych ostatnich dalece przewyższają konsekwencje błędów technicznych13.

Admirał przez „technikę” rozumiał broń i umiejętność jej używania oraz organizację taktyczną. Jego najważniejsze dzieło, Statesmen and Sea Power (Oxford 1946), powstało pod wpływem tej opinii z 1938 roku. Książka, której geneza sięga wykładów poświęconych pamięci Jamesa Forda w Oksfordzie w 1943 roku, badała związki między brytyjską polityką i strategią od czasów Elżbiety I do wybuchu II wojny światowej. Można łatwo dojść do wniosku, że „dalekosiężne skutki błędów politycznych są znacznie większe” niż w przypadku błędów strategicznych i taktycznych oraz ważniejsze od skuteczności dostępnego uzbrojenia, zwłaszcza w odniesieniu do Francuzów w okresie wojny siedmioletniej.

Rozważania polityczne należy rozpocząć od faktu, że w XVIII wieku Francja była najpotężniejszym państwem w Europie, a być może na całym świecie. W 1750 roku jej populacja i obszar, który można było zagospodarować, były trzykrotnie większe niż w Wielkiej Brytanii. Francja mogła zmobilizować ponad 300-tysięczną armię, natomiast Wielka Brytania z trudem powoływała 80 000 żołnierzy, nawet gdy ściągała rekrutów z Irlandii. Royal Navy podczas wojny w szczytowym momencie liczyła co najmniej 80 000 marynarzy, ale Francja posiadała drugą najpotężniejszą marynarkę wojenną, będącą uzupełnieniem jej bardzo silnej armii. Oczywiście Rosja była o wiele większa i ludniejsza od Francji, lecz miała zacofaną gospodarkę, podczas gdy we Francji pod wieloma względami była ona rozwinięta. Uważano, że życie intelektualne i kulturalne Francji osiągnęło najwyższy poziom, a w latach 50. XVIII wieku francuskie oświecenie zaczęło świecić najjaśniejszym blaskiem. Praktycznie każdy wykształcony Anglik potrafił mówić i czytać po francusku – bez wzajemności.

Choć Brytyjczycy podziwiali Francuzów (aczkolwiek nie pod względem politycznym), obawiali się potęgi Francji, i to nie bez powodu. Pół wieku wcześniej Ludwik XIV prowadził długie wojny, w których jednym z jego głównych celów było stłumienie angielskiej „chwalebnej rewolucji” z lat 1688-1689. Forma obrony, którą Anglia rozwinęła i przyjęła po 1689 roku, była czymś unikalnym. Jej najważniejsze elementy to utrzymanie dominacji własnej floty i zawiązywanie koalicji z sojusznikami na kontynencie. Owi sojusznicy oczekiwali od Brytyjczyków subsydiów, a Wielka Brytania oczekiwała, że będą wystarczająco zaniepokojeni potęgą militarną Francji, aby się jej przeciwstawić. Marynarka wojenna i subsydia wymagały wielkich nakładów finansowych, więc trzecim głównym elementem brytyjskiej polityki było pomnażanie bogactwa i dobrobytu. Dobrobyt przyczyniał się do tego, że Izba Gmin i opinia publiczna były zadowolone, a bogactwo ułatwiało ściąganie podatków i umożliwiało spłatę długu narodowego. Możliwości wojenne i wytrzymałość Wielkiej Brytanii były w dużej mierze zależne od skuteczności jej systemu pożyczek publicznych. Handel morski uchodził za nieodzowny warunek dobrobytu. Uważano, że potężna flota odgrywa kluczową rolę nie tylko w obronie królestwa przed inwazją, ale też w ochronie handlu, z którego czerpano zyski pokrywające koszt obrony. La Galissonnière doskonale zdawał sobie sprawę z tego związku.

Francja była zarówno potęgą morską, jak i lądową, a jej zachodnie porty miały dostęp do oceanu. Główny port Brytyjczyków, Londyn, znajdował się dosłownie w „rękawie” (La Manche), a po Francji rozsiane były liczne małe porty, w których cumowali korsarze. Dzięki swojemu wyspiarskiemu położeniu Wielka Brytania mogła uczynić z marynarki wojennej podstawę obrony narodowej i chociaż położenie Londynu nie zapewniało łatwego dostępu do oceanu, zachęcało do dokonania takiego wyboru, gdyż centrum handlu morskiego i finansów było jednocześnie siedzibą rządu. Ponieważ główne porty oceaniczne Francji były oddalone od siedziby rządu w Paryżu, kwestiom morskim i kolonialnym poświęcano mniejszą uwagę. Mimo to w połowie XVIII wieku wykształcona opinia publiczna we Francji zaczęła zwracać uwagę na sferę morską. Narastająca fascynacja wyprawami odkrywczymi była oznaką tego trendu, lecz głównym zmartwieniem był złowieszczy wzrost potęgi i dobrobytu Wielkiej Brytanii. W 1750 roku francuska opinia publiczna uznawała Wielką Brytanię za największego wroga swego kraju14.

Naród brytyjski ze swojej strony nieustannie obawiał się francuskiej inwazji. Gdyby Francuzi zajęli Irlandię, zyskaliby nie tylko większą możliwość zakłócania brytyjskiej żeglugi, ale także bazę wypadową, z której można było dokonać inwazji na Wielką Brytanię. Wprawdzie Francja znajdowała się blisko południowego wybrzeża Anglii, ale bezpośrednia inwazja przez Kanał była ryzykowna. Wiatry umożliwiały francuskiej flocie bojowej eskortowanie sił inwazyjnych płynących w górę kanału La Manche, lecz ten sam układ wiatrów sprawiał, że taka flota nie miałaby możliwości odwrotu, gdyby natrafiła na silnego przeciwnika, a po stronie francuskiej nie było dużych, chronionych, głębokich red zapewniających bezpieczne schronienie. Gdyby Francja opanowała południowe Niderlandy, takim schronieniem mogłoby się stać ujście Skaldy, a wyspiarska obrona Wielkiej Brytanii byłaby o wiele trudniejsza i droższa. Obrona przed inwazją była głównym powodem, dla którego celem brytyjskiej polityki zawsze pozostawało niedopuszczenie do zajęcia Irlandii i Niderlandów przez Francuzów.

Żaden rozsądny Anglik nie wątpił w wartość sojuszników w kwestii przeciwstawienia się potędze militarnej Francuzów na kontynencie europejskim, lecz trwały burzliwe spory o cel i zakres działań. Czy potencjalny sojusznik stanąłby do walki z armią francuską? Czy w razie potrzeby pomógłby w obronie Niderlandów? Pozostawała też sprawa Hanoweru. Król Jerzy II był jednocześnie elektorem hanowerskim. Urodził się i wychował w elektoracie i jego serce nadal było do niego przywiązane. Choć w statucie Parlamentu, na mocy którego tron angielski przypadł w udziale dynastii hanowerskiej, zastrzeżono, że rząd brytyjski nie jest zobowiązany do obrony niemieckich posiadłości króla, jak je nazywano, w rzeczywistości, gdyby znalazły się w niebezpieczeństwie, angielscy ministrowie Jerzego II byliby moralnie zobowiązani do dbania o bezpieczeństwo tych ziem i można było przewidzieć, że król wywierałby na nich nacisk. W przededniu wojny siedmioletniej brytyjscy mężowie stanu musieli się zastanowić, jaki będzie wpływ wojny na interesy Brytyjczyków w Europie, lecz ich uwagę zaprzątały Niderlandy i Hanower. Niektórzy mężowie stanu mogli mówić o równowadze sił w Europie, jednak z godnym uwagi wyjątkiem księcia Newcastle większość zgadzała się z opinią publiczną, która uważała, że sprawą najwyższej wagi jest ogólnoświatowa wojna mająca na celu podtrzymanie i wzmocnienie żeglugi, handlu i dobrobytu, a nie stanowisko dyplomatyczne kontynentu europejskiego.

ROZDZIAŁ IMĘŻOWIE STANU I REŻIMY

Pod względem strukturalnym angielski ustrój ze swoim ciągłym napięciem pomiędzy Parlamentem a monarchą zdawał się nieprzystosowany do wojny. Francuska monarchia absolutna wydawała się lepiej przygotowana do osiągnięcia jedności w kwestiach politycznych i strategicznych oraz do łatwiejszego wykorzystywania zasobów. Podczas wojny Francja czerpała pewne korzyści ze swoich absolutystycznych instytucji, lecz były one równoważone z nawiązką przez brak publicznego zaufania do finansów królewskich oraz błędy i niestabilność polityki. System wymagał koordynacji ze strony przywódcy cieszącego się autorytetem. Ludwik XV nie spełniał tego wymogu, a kiedy znalazł odpowiedniego człowieka, było już za późno. Z wyjątkiem ostatniego roku wojny jakość przywództwa rządu brytyjskiego zapewniała mu zdecydowaną przewagę.

Brytyjski ustrój nie gwarantował takiej jakości. Królowi przysługiwało prawo do wybierania ministrów, ale Izba Gmin mogła odmówić owym ministrom funduszy niezbędnych do utrzymania ich rządu. W trakcie poprzedniej wojny Jerzy II uparcie obstawał przy zachowaniu ministrów, których polityka nie podobała się praktycznie całemu Parlamentowi. Na początku 1746 roku grupa polityków, którzy zdobyli silne poparcie w Parlamencie, zdołała zmusić króla do zaakceptowania nowego ministerium wyłącznie dzięki jednomyślnej decyzji o podaniu się do dymisji. Ten osobliwy epizod, który miał miejsce w samym środku wojny o sukcesję austriacką, kiedy przybrała zły obrót dla Wielkiej Brytanii, był jednym z najważniejszych wydarzeń konstytucyjnych tamtego stulecia. Nowy rząd zdołał doprowadzić niemal do remisu, zawierając pokój w Akwizgranie w 1748 roku.

W okresie wojny siedmioletniej trzej brytyjscy mężowie stanu przewyższali wszystkich pozostałych pod względem znaczenia. Wspólnie przezwyciężyli komplikacje wynikające z prowadzenia wojny w monarchii konstytucyjnej, a ich działania nosiły zasadnicze cechy brytyjskiego systemu politycznego w jego najlepszym wydaniu. Zasługują na szczegółowe przedstawienie (generałowie i admirałowie będą prezentowani w miarę swego pojawiania się na scenie).

Książę Newcastle

Thomas Pelham-Holles, 1. książę Newcastle, był najważniejszym ministrem przez prawie całą wojnę. Urodzony w 1693 roku, uczęszczał do Westminster School i Clare College w Cambridge, które dobrze wspominał. Wraz ze swoim przyrodnim bratem Henrym Pelhamem i zaufanym współpracownikiem hrabią Hardwicke stał na czele grupy, która w 1746 roku przełamała opór króla. W 1754 roku Jerzy II nie żywił już urazy do Newcastle’a, głównie dlatego, że książę skłaniał się teraz ku prowadzeniu polityki zagranicznej zapewniającej ochronę ukochanemu Hanowerowi króla. Zyskawszy zaufanie władcy, Newcastle posiadał „łatwy dostęp do gabinetu” (czyli stałe zaproszenie do prywatnych dyskusji z królem na tematy polityczne) oraz pozwolenie na nadzorowanie dużej części królewskiego patronatu. Patronat ten mógł być wykorzystywany, bezpośrednio lub pośrednio, do zapewnienia rządowi poparcia w Parlamencie. Jednak Newcastle dzięki odziedziczeniu ogromnego majątku i posiadłości sam był wielkim patronem. Oczywiście zasiadał w Izbie Lordów, lecz kontrolował około siedemnastu miejsc w Izbie Gmin, co miało kluczowe znaczenie. Może się wydawać, że to niewiele w 558-osobowej izbie, ale większość miejsc rzadko przechodziła z rąk do rąk. Człowiek zdolny do tak znacznego przeważenia szali w Parlamencie musiał być pożądanym kolegą dla każdego rządu, a Newcastle był chętny do służby. Odkąd otrzymał pierwszą nominację na sekretarza stanu (były dwie) w 1724 roku, piastował wysokie stanowisko przez 38 lat.

Osobowość księcia na pierwszy rzut oka wydaje się zupełnie nie pasować do kariery politycznej i rządowej. W oczy rzucała się jego uczuciowość. W trakcie rozmowy dawał upust emocjom, czasami chwytał rozmówcę za rękę lub policzek. Ponieważ miał paranoję na punkcie zagrożeń dla swojej pozycji politycznej, najmniejsza oznaka sprzeciwu sprawiała, że tracił jasność myślenia. Towarzyszyły temu ciągła obawa przed obarczeniem go winą i skłonność do użalania się nad sobą; brakowało mu niestety kręgosłupa politycznego.

Jednak Newcastle posiadał również przymioty, które były pożądane u polityka zajmującego się bieżącymi sprawami. Był towarzyski, serdeczny, uprzejmy, czerpał radość z obowiązku zabawiania innych, uwielbiał powitania. Znał setki ludzi z kręgów politycznych – nie tylko elitę, która gromadziła się w Westminsterze, ale też niżej postawionych ludzi w hrabstwach, takich jak Sussex i Nottingham, gdzie jego wpływ był przemożny; ludzie ci zachęcali do głosowania na kandydatów, którym sprzyjał. Bogactwo i patronat nie gwarantowały lojalności. W sprawach wyborczych potrafił dobrze ocenić sytuację. Przed wyborami w 1761 roku książę Newcastle rozmawiał o tym, kto „wybierze Izbę Gmin” – on czy nowy mentor króla, John Stuart, 3. hrabia Bute – co może budzić niepokój, lecz właśnie taki był tok jego rozumowania, kiedy wybierał nominatów w okręgach wyborczych. Oczywiście parał się polityką i sprawiało mu to przyjemność. Rozmowy mu nie wystarczały, musiał czytać i pisać niezliczone listy, ale i pod tym względem był niezmordowany. Ktoś celnie zauważył, że był „zazdrosnym kochankiem papieru”. Jego korespondencja polityczna i rządowa, nie licząc innych zebranych pism, mieści się w ponad dwustu grubych tomach w formacie quarto.

Ludzie, którzy komentowali osobiste słabostki księcia – a robili to niemal wszyscy – przyznawali, że był uczciwy. Nie wzbogacił się na wysokim stanowisku; wręcz przeciwnie, wydał ogromny majątek na utrzymanie swojej pozycji. Największe błędy, jakie popełnił w trakcie kariery, wynikały jednak właśnie z namiętnego pragnienia utrzymania władzy. Zazdrościł ludziom, których talenty mogły doprowadzić do rywalizacji, dlatego nie chciał, aby silna i wpływowa osoba przewodniczyła Izbie Gmin.

Gdy w 1755 roku rozpoczęły się działania wojenne, Newcastle był sekretarzem stanu Departamentu Południowego i czołowym ministrem. Chociaż był dobrze rozeznany w kwestii relacji międzynarodowych, bojaźliwość często wpływała negatywnie na jego opinie, a przebiegłość nie była jego mocną stroną. W 1757 roku został pierwszym lordem skarbu w rządzie Pitta-Newcastle’a. Czy w tym przypadku pochodzenie, majątek, ambicja i zdolność do wykorzystywania patronatu sprawiły, że wysokie stanowisko zostało powierzone osobie niekompetentnej? Newcastle nie był niekompetentny. Kiedy jego umysłu nie mąciły obawy polityczne, potrafił być spostrzegawczy, a poza tym ciężko pracował i był inteligentny. Jako dobry słuchacz posiadał niezwykłą umiejętność przypominania sobie ważnych rozmów i zapisywania ich na papierze. Owe memoranda, zazwyczaj w formie listów do kolegów, były na ogół uczciwe, mimo jego osobistych antypatii i uprzedzeń; wiedział też, że gdyby jego listy były niezgodne z prawdą, koledzy szybko by się o tym dowiedzieli. Jego listy i dokumenty dotyczą zarówno polityki i strategii, jak też patronatu. Można się z nich nawet dowiedzieć, o czym myślano w Wersalu, ponieważ Newcastle miał tam dobrze ustosunkowanego informatora, który przez całą wojnę przesyłał mu raporty przez Kolonię. Książę, który znajdował się w samym centrum władzy i był człowiekiem czynu, odgrywał istotną rolę koordynatora; w praktyce pełnił funkcję rządowego sekretariatu.

Posiadał jeszcze jedną bardzo ważną cechę, którą można uznać za zbawienną: był świadomy własnych ograniczeń. Jako pierwszy lord skarbu zatrudnił dobrze poinformowanych asystentów, którzy utrzymywali kontakt z czołowymi finansistami londyńskiego City. Kluczowe było zaufanie, jakim finansiści darzyli Newcastle’a. W kwestiach dyplomatycznych i strategicznych już na początku kariery nauczył się, że nie powinien polegać wyłącznie na własnym rozumie, a raczej na mądrości inteligentnego i wykształconego osobistego doradcy – kogoś, kto go lubił, był cierpliwy i potrafił go przekonać do swoich racji, zręcznie łącząc uprzejmość ze stanowczością i unikając urażenia uczuć księcia.

Hrabia Hardwicke

Człowiekiem tym był Philip Yorke, 1. hrabia Hardwicke. W 1755 roku piastował urząd lorda kanclerza, najwyższe stanowisko sądowe w królestwie, które zajmował od 18 lat. Pochodził z klasy średniej. Jego dobrze usytuowani rodzice mieszkali w Dover i posłali go do szkoły w Londynie, aby pobierał nauki od jednego z najlepszych nauczycieli tamtych czasów. Potem, zamiast pójść do Cambridge, studiował prawo. Materiał był dla niego męczący, ale zdołał go sobie przyswoić i wkrótce starsi wykonawcy zawodu uznali go za młodzieńca zasługującego na patronat. Szybko piął się w górę i został wybitnym jurystą, do dziś znanym z oparcia angielskiego prawa słuszności (equity)na spójnych fundamentach. Mimo konserwatywnego charakteru można było na nim polegać podczas rozstrzygania sporów majątkowych w społeczeństwie coraz bardziej opartym na handlu. Praca Sądu Kanclerskiego (Court of Chancery) była żmudna. Po tym, jak w 1756 roku tymczasowa konieczność polityczna zmusiła Hardwicke’a do ustąpienia ze stanowiska lorda kanclerza, dziewięć miesięcy później, w wieku 66 lat, postanowił nie obejmować go ponownie.

Przez wiele lat wykonywał drugą, bardzo czasochłonną pracę męża stanu. W 1740 roku sir Robert Walpole zasugerował Hardwicke’owi, aby zastanowił się nad objęciem urzędu premiera. Niewątpliwie posiadał niektóre potrzebne do tego przymioty i talenty. Wielu ludzi twierdziło, że był przystojny, miał donośny głos i łączył powagę z bezpretensjonalnym poczuciem humoru. Potrafił przekonująco przemawiać w Izbie Lordów, na którą miał ogromny wpływ. Miał przenikliwy umysł, potrafił z łatwością pisać po łacinie, a jego angielska proza była klarowna, przekonująca i oszczędna. Przez dwadzieścia lat Hardwicke pisał mowy dla króla na otwarcie sesji Parlamentu. Był pilny, cierpliwy, uprzejmy i znał się na ludziach, ale nie chciał się wysuwać na czoło w polityce, więc odrzucił propozycję Walpole’a. Mimo to wywarł duży wpływ na wybór ministrów przez Jerzego II. W 1746 roku pomógł zażegnać groźbę masowej dymisji i od tego czasu aż do śmierci Henry’ego Pelhama w 1754 roku odgrywał w gabinecie dominującą rolę wraz z Pelhamem i Newcastle’em. Po śmierci Pelhama zapewnił przywództwo Newcastle’owi i był prawą ręką księcia. Podczas wojny siedmioletniej pełnił funkcję doradcy – uczestniczył w posiedzeniach gabinetu, a ponadto regularnie odbierał zawartość tego, co dzisiaj nazwalibyśmy skrzynką na dokumenty. „Choć pański ojciec przebywa w Wimpole – pisał Newcastle do przebywającego w Hadze syna Hardwicke’a – nadaje ton wszystkim naszym poczynaniom oraz jest łaskaw swobodnie i bardzo umiejętnie dzielić się ze mną swoimi przemyśleniami na każdy temat; na ogół prędzej czy później postępujemy zgodnie z nimi”1. Od XVIII wieku pokutuje opinia, że Hardwicke nie był pierwszorzędnym mężem stanu. Ani jego koledzy z gabinetu, ani król Jerzy II by się z tym nie zgodzili.

W tym miejscu należy poruszyć temat skuteczności gabinetu. Wszyscy wielcy ludzie piastujący wysokie stanowiska w rządzie mieli rezydencje w Londynie, ale ponieważ lubili wyjeżdżać do swoich majątków wiejskich, można by przypuszczać, że nawet w czasie wojny pozwalali sprawom toczyć się w nieśpiesznym, arystokratycznym tempie. W rzeczywistości trzej ludzie, którzy byli najbardziej zaangażowani w prowadzenie wojny siedmioletniej, upewnili się, że tak się nie stanie. Wiejska rezydencja Newcastle’a, Claremont, znajdowała się na południowy zachód od Londynu w Surrey, Wimpole Hardwicke’a na północ od Londynu, w pobliżu Royston w Cambridgeshire, a rezydencja Williama Pitta w Hayes na południowym wschodzie w Kencie, lecz komunikowano się szybko za pośrednictwem konnego posłańca. Zaufani kurierzy byli im znani, często zwracali się do nich po imieniu (które mogło nie być prawdziwe). Listy i dokumenty krążyły tam i z powrotem w ciągu jednego lub dwóch dni. Czasami Newcastle wysyłał dokumenty do Wimpole, nie czekając, aż jego sekretarze sporządzą kopie. Jeśli musiał je szybko dostać z powrotem wraz z radą Hardwicke’a, potrzebowano dwóch dni, bo posłaniec musiał się zatrzymać na noc.

Jako lord kanclerz i sędzia sądu apelacyjnego orzekającego o legalności zdobycia pryz na morzu Hardwicke znał sprawy morskie z pierwszej ręki. Większe znaczenie miał fakt, że admirał lord Anson, pierwszy lord Admiralicji, był jego zięciem; często odbywali nieoficjalne rozmowy. Kolejnym ważnym źródłem był jego syn. Otóż Joseph Yorke zrobił przyzwoitą karierę w armii (chociaż, co oczywiste, zawdzięczał swój niezwykle szybki awans przede wszystkim pozycji politycznej ojca). Po zakończeniu czynnej służby pełnił funkcję podsekretarza ambasady brytyjskiej w Paryżu, gdzie spędził cztery lata, po czym został brytyjskim ministrem pełnomocnym w Hadze. Haga stanowiła centrum informacyjne Europy. Joe, jak nazywał go ojciec, regularnie korespondował z całą rodziną – ojcem, braćmi i siostrami – oraz bezpośrednio z Newcastle’em, przekazując wieści, które napływały do Hagi z Paryża, oraz wysyłając i komentując raporty na temat wydarzeń militarnych i dyplomatycznych w Europie. Lord Hardwicke posiadał zatem osobisty dostęp do aktualnych informacji; znał również historię, zarówno nowożytną, jak i starożytną. Podsumowując, mógł sformułować oparte na dobrych informacjach, wnikliwe spostrzeżenia na temat wojny na lądzie i morzu oraz spraw zagranicznych. W następnych rozdziałach stanie się jasne, że rozwój wypadków zazwyczaj potwierdzał słuszność jego rad. Jak ponad 70 lat temu zauważył pewien przenikliwy historyk, Hardwicke był „najlepszym strategiem gabinetu”2.

Był człowiekiem, który zgromadził majątek dzięki inteligencji, przedsiębiorczości i przemyślanym przygotowaniom; był odnoszącym sukcesy adwokatem, a jako lord kanclerz zarabiał na życie, spędzając długie godziny przy swoim biurku i w sądowej ławie. Według niektórych ówczesnych obserwatorów był oszczędny, czego dowiódł, używając taniego papieru (dla historyka jest to powód do frustracji, ponieważ pisał na obu stronach i atrament przeciekał z tyłu, przez co niektóre słowa są nieczytelne). Jeśli Hardwicke zaniedbywał gościnność w sensie towarzyskim, tłumaczyła go chęć spędzania krótkiego czasu wolnego z żoną i dziećmi. Miał pięciu synów i dwie córki, uwielbiał duże spotkania rodzinne, które Joe nazywał „kongresem w Wimpole”. Dla współczesnych, którzy zarzucali mu chciwość, najlepszym dowodem były publiczne łaski, o które zabiegał i które zapewnił swoim synom. Zgodnie z osiemnastowiecznymi arystokratycznymi standardami synowie zajmujący wysoką pozycję społeczną powinni się żenić dla pieniędzy, lecz Hardwicke posunął się za daleko. Joe chciał poślubić córkę rosyjskiego ambasadora, w której najwyraźniej się zakochał, i prosił swojego brata Charlesa i siostrę Elizabeth (lady Anson) o wstawiennictwo u „taty i mamy”. Uznano jednak ten związek za nieodpowiedni, nie dlatego, że dama była Rosjanką, lecz dlatego, że nie posiadała majątku. Joe i jego bracia odczuwali zbyt wielki strach przed swoim ojcem, aby sprzeciwiać się jego celom jako patriarchy. Chociaż synowie byli inteligentni i sumienni, nieśmiałość nieco ograniczyła ich przyszłe kariery. Joe i Elizabeth stanowili wyjątek; byli mniej poważni, a nawet weseli i optymistyczni. Zrozpaczony syn, który nie otrzymał zgody na małżeństwo, otwarcie skrytykował temperament swojej rodziny. Do brata Charlesa napisał: „Oświadczyłem tacie w liście i obstaję przy tym, że mam fundamentalny zarzut wobec całej rodziny, nie wyłączając samego siebie, a jest nim nasz przeklęty zwyczaj przesadnego roztrząsania każdej sprawy, co (…) pozbawia nas tysięcy rzeczy, które osładzają życie naszym bliźnim”3. Osiem lat później odmówił, kiedy rodzice zaproponowali mu zaaranżowane małżeństwo z pewną damą, warte 40 000 funtów.

Rola Hardwicke’a jako doradcy w kwestii polityki wojennej będzie w niniejszej książce wyraźnie widoczna, jednak można powiedzieć, że odgrywał jeszcze ważniejszą rolę: był pośrednikiem i spoiwem rządu, dzięki czemu brytyjska monarchia konstytucyjna osiągnęła zwycięstwo przekraczające początkowe oczekiwania. To Hardwicke przekonał Jerzego II do zaakceptowania rządu Pitta-Newcastle’a i cierpliwie pracował nad jego utrzymaniem. Rola, jaką odegrał, jest niedoceniana. Czasami William Pitt robił coś, co dla byłego lorda kanclerza było nie do zaakceptowania, czego przykładem jest propozycja Pitta w sprawie habeas corpus4 z marca 1758 roku, ale ogólnie rzecz biorąc, to jego bliski przyjaciel Newcastle najczęściej wystawiał jego cierpliwość na próbę. Hardwicke ostrzegł Newcastle’a, że nie chce przyjeżdżać do Londynu „za każdym razem, gdy trzeba rozmawiać z panem Pittem”, i tym samym „nieustannie pełnić funkcji pośrednika”, „ciągle protestować”. Mimo to poświęcał mnóstwo czasu na napisanie niezliczonych listów w celu uspokojenia księcia, zalecając mu, aby nabrał dystansu do trywialnych afrontów i wyimaginowanych zniewag, na które bez ustanku narzekał. Pewnego razu nie ukrył jednak swojego gniewu, ponieważ Newcastle nie obronił Joego przed fałszywym oskarżeniem. Książę, otumaniony przez strach i słabość, nie miał odwagi powiedzieć Pittowi, dlaczego Joe napisał tylko do niego o błahym wydarzeniu dyplomatycznym, o którym według Pitta powinien zostać poinformowany on sam jako sekretarz stanu. Ostatecznie Hardwicke musiał poprosić Ansona o przekazanie Newcastle’owi szorstkiej wiadomości. Brzmiała następująco: proszę powiedzieć Pittowi prawdę albo „moja noga nie postanie w Izbie Lordów. Nie zbliżę się do sądu i nie wysłucham ani jednego słowa na temat spraw publicznych”5. Wiadomość odniosła skutek i obaj wielcy panowie nadal darzyli się zaufaniem i przyjaźnią.

William Pitt