Wojna o szczepionki - Brian Deer - ebook

Wojna o szczepionki ebook

Brian Deer

3,9

Opis

Najgłośniejszy reportaż śledczy ostatnich lat!

 

Gdy w 1998 roku doktor Andrew Wakefield opublikował w czasopiśmie naukowym „The Lancet” artykuł o związku szczepionki przeciwko śwince, różyczce i odrze z występowaniem u dzieci autyzmu, świat zawrzał. W wielu krajach pojawiły się ruchy antyszczepionkowe, których zwolennicy odmawiali szczepienia dzieci. Tak narodziła się jedna z najgłośniejszych kontrowersji medycznych naszych czasów.

 

Brian Deer, dziennikarz śledczy z „The Sunday Times”, przeprowadził wnikliwe śledztwo. Udowodnił Wakefieldowi fałszowanie badań medycznych i działanie na szkodę pacjentów. Odkrył też, że guru antyszczepionkowców za napisanie artykułu otrzymał ponad czterysta tysięcy dolarów od ludzi, którzy domagali się odszkodowań od koncernów farmaceutycznych. „Wojna o szczepionki” to zapis tego czternastoletniego śledztwa. Niczym medyczny detektyw Deer wyciąga na światło dzienne manipulacje i wątpliwe powiązania Wakefielda, doktora bez pacjentów – ale za to z rzeszą zwolenników, którzy nadal widzą w nim bohatera, który podjął nierówną walkę z koncernami farmaceutycznymi. Po czyjej stronie jest prawda?

 

Przełomowy reportaż demaskujący jedno z najgroźniejszych medycznych oszustw ostatnich lat!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 470

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (75 ocen)
26
28
13
6
2

Popularność




Prolog

Zmartwychwstanie

Pierwszej nocy prezydentury Donalda Trumpa do sieci trafiło wideo, które wstrząsnęło światem medycyny i nauki. Przedstawia 60-latka w smokingu i czarnej muszce, który szeroko uśmiecha się do telefonu pod niebieskimi i białymi światłami sali balowej w Waszyngtonie.

– Przykro mi, ludzie – mówi z miękkim brytyjskim akcentem, który pasowałby do Jamesa Bonda albo Harry’ego Pottera. – Nie wiem, czy już wrócili. Tak?

Potem powtarza:

– Przykro mi.

Pod jasnobrązową grzywką jego twarz lśni od potu. Białe światło odbija się w szarych oczach. Chodzi, wciąż mówiąc; najpierw w blasku, potem w cieniu, zaciska wargi, jakby szukał słów. Potem odchrząkuje w pięść.

– Patrzę, czy jest tu ktoś ważny. – Rozciąga usta w uśmiechu. – Czy uda mi się ich przekonać.

Obraz drga i jest krótki: dwie i pół minuty filmu wrzuconego na żywo do Periscope, aplikacji do transmisji wideo, z najelegantszego wydarzenia tamtego wieczoru. Dudni stłumiona rytmiczna muzyka. Błyskają światła. Tajni agenci zajmują stanowiska.

Według części widzów – ja oglądałem to w Londynie – mężczyzna wyglądał jak idealny gość na przyjęciu. Ludzie niegdyś mówili, że był „przystojny”, nawet „seksowny”, o posturze sportowca, charyzmatycznym uroku i pewności siebie, która budziła zaufanie. Tamtego wieczoru, w wysokim kołnierzyku i w muszce, mógłby uchodzić za dyplomatę, uszlachconego aktora albo emerytowaną gwiazdę baseballa.

Jednak u wielu osób na całym świecie jego widok wywołał stłumione okrzyki. Wydawało się, że na parkiet wstąpił sam Książę Ciemności. Był to bowiem Andrew Wakefield, niesławny ekslekarz, który został pozbawiony prawa wykonywania zawodu pod zarzutem oszustwa, nieuczciwości i „bezdusznego lekceważenia” cierpień dzieci.

„Niepojęte” – sarkał tamtej nocy na Twitterze gastroenterolog z Teksasu. „Dajcie mi coś na mdłości” – lamentował chemik z Los Angeles. Holenderski badacz autyzmu komentował: „Naprawdę przerażające czasy”, brazylijski biolog: „Rząd dla szarlatanów”, a pewien doktorant z Wyspy Północnej Nowej Zelandii napisał: „Miałem nadzieję, że schował się pod jakimś kamieniem”.

Nic z tego. Ten człowiek upajał się niesławą. Zmuszały go do tego własna natura i trudna sytuacja. Od lat 90. i aresztowania niejakiego Harolda Shipmana – który zabił 200 swoich pacjentów – żaden brytyjski praktykujący lekarz nie spotkał się z taką wzgardą. „New York Times” opisywał Wakefielda jako „jednego z najbardziej napiętnowanych lekarzy swego pokolenia”. Magazyn „Time” wciągnął go na listę „największych naukowych oszustów” w historii. A „Daily News” określił go „hańbą dla świata” pod nagłówkiem:

Hipokrates by zwymiotował

Jego upadek nie był sprawą niedawną, z pewnością trudno go było przeoczyć ludziom Trumpa, którzy sporządzali listę gości na tamten wieczór. Wtedy jego zła sława była już utrwalona, wchłonięta przez kulturę popularną. Rysowano go jako złoczyńcę w komiksie (Fakty w sprawie dr. Andrew Wakefielda), studenci z jego powodu oblewali się potem na egzaminach („Czy raport dr. Wakefielda opierał się na wiarygodnych dowodach naukowych?”), a jego nazwisko stało się w mediach symbolem osobnika niegodnego zaufania.

Andrew Wakefield biologii

Andrew Wakefield polityki

Andrew Wakefield transportu i planowania

A mimo to znalazł się na Balu Wolności w piątek 20 stycznia 2017 roku, trochę po siódmej wieczorem. Za nim, na pierwszym piętrze Centrum Kongresowego Waltera E. Washingtona, pierwsi z gości, szeleszcząc jedwabiami, przechodzili obok ochroniarzy w stronę jaskrawo oświetlonych barów. Trump miał tam później krążyć z pierwszą damą, Melanią, do wtóru My Way, klasyka Franka Sinatry z lat 60.

– Więc, eee, tak, to ekscytujący moment – wyrzuca z siebie Wakefield na nagraniu. – Żałuję, że was tu nie ma.

Ja teżżałuję.

Cztery dni później odebrałem telefon. Czy mógłbym napisać 800 słów o tym wydarzeniu? Przez 13 lat, z przerwami, śledziłem Wakefielda dla londyńskiego „Sunday Timesa”. Dzięki ogólnokrajowym nagrodom dziennikarskim, a nawet doktoratowi honoris causa stałem się Abrahamem Van Helsingiem dla naszego hrabiego Draculi, który teraz najwyraźniej wstawał z grobu.

Najwcześniej zainteresowano się nim po mojej stronie Atlantyku, w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Wtedy był nikim: lekarzem bez pacjentów w trzeciorzędnym londyńskim szpitalu i szkole medycznej. Gastroenterologiem z laboratorium, niegdyś na praktyce z chirurgii jamy brzusznej, najlepiej definiowanym przez to, kim nie był. Nie był wirusologiem, immunologiem ani epidemiologiem. Nie był neurologiem, psychologiem ani psychiatrą. Nie był pediatrą ani w ogóle klinicystą.

W miarę upływu czasu jednak stał się graczem na skalę światową – człowiekiem, który odcisnął piętno na całych narodach. Nie oferował jednak leczenia ani wiedzy naukowej. Przyniósł epidemię strachu, poczucia winy i choroby. Te zostały przeniesione do Stanów Zjednoczonych, a stamtąd wszędzie, gdzie tylko rodzą się ludzie. Jak ujął to zjadliwy wstępniak z „New Indian Express”:

Czy jeden człowiek może zmienić świat? Spytajcie Andrew Wakefielda.

Po raz pierwszy usłyszałem jego nazwisko w lutym 1998 roku przy okazji raportu czy „artykułu”, który opublikował w jednym z najważniejszych czasopism medycznych, „The Lancet”. W pięciostronicowym tekście na cztery tysiące słów twierdził, że odkrył straszliwy nowy „syndrom” uszkodzenia mózgu i jelit u dzieci. „Oczywistym czynnikiem wyzwalającym”, jak nazwał go na stronie drugiej, było szczepienie rutynowo obejmujące setki milionów. Później mówił o „epidemii” krzywd.

W miarę upływu czasu odniósł się w zasadzie do każdej szczepionki, od tej przeciwko zapaleniu wątroby typu B po tę przeciwko wirusowi brodawczaka ludzkiego. Na początku jednak skupił się na jednej – szczepionce skojarzonej: przeciwko odrze, śwince i różyczce (MMR). Uważał ją za przyczynę narastającej fali „regresywnego” autyzmu, w przypadku którego dzieci tracą zdolność mówienia i nabywania umiejętności. „Dotknięte nim muszą żyć we własnym, cichym świecie, niezdolne do komunikowania się” – ostrzegał.

Nic dziwnego, że w całej Wielkiej Brytanii młodzi rodzice wpadli w przerażenie. Ze szpitala, w którym Wakefield pracował – a konkretniej z macierzystej szkoły medycznej – wszczął krucjatę, wywołując w publicznej ochronie zdrowia kryzys, jakiego nie widziano od początku epidemii AIDS. Liczba zaszczepionych spadała. Śmiertelne choroby wróciły. A niezliczeni rodzice dzieci z problemami rozwojowymi, którzy zgodnie z zaleceniami lekarzy szczepili swoje potomstwo, przeżywali męki samooskarżeń.

Jestem taka rozgoryczona i zdezorientowana. Czuję się winna.

Osiem lat temu jako rodzic popełniłem tragiczny błąd.

Przekonywaliśmy samych siebie, że to nie nasza wina. Teraz wiemy, że jednak nasza.

W tamtym czasie go ignorowałem. Zajmowałem się szczepionkami i uznałem, że jego artykuł cuchnie. Odkrycia były zbyt gładkie, zbyt prosto wszystko objaśniały. Ale uznałem, że nie da się ich sprawdzić. Śledztwa medyczne (szczególnie w sprawach łapówek i przekrętów przemysłu farmaceutycznego) należały do moich największych dokonań i uważałem, że odkopanie dowodów na to, czego dopuścił się Wakefield, zajmie więcej niż pokolenie. Są zagrzebane w skarbcach tajemnicy lekarskiej, równie dostępne jak zwroty podatkowe Trumpa.

Ale potem, pięć lat później, wszystko się zmieniło wskutek zamówienia na artykuł. Wówczas „doktor MMR” był tak sławny w Wielkiej Brytanii, że jakakolwiek nowa informacja dałaby „niezły spektakl”, jak mawiali dziennikarze w złotym wieku prasy drukowanej. Przeprowadziłem więc wywiad z matką chłopca dotkniętego zaburzeniami rozwojowymi, którego dane zostały ukryte w artykule w „Lancecie”. I taki był początek końca Wakefielda.

Nie poszło łatwo. Odmówił udzielenia wywiadu i uciekał, kiedy próbowałem zadawać mu pytania. Bronił go „Lancet”. Chronił go medyczny establishment. Inni dziennikarze zaczęli ze mną wojnę. Ale ja drążyłem, zadawałem pytania, zbierałem dokumenty i odpierałem pozwy, którymi próbował zamknąć mi usta, i wreszcie artykuł Wakefielda został wycofany jako „całkowicie fałszywy”, a kariera lekarska autora dobiegła końca.

„Wielu ludzi wprowadziło artykuły do »Lancetu«” – żartowałem z nieskromną bezwstydnością. „Ale ja jeden wyprowadziłem”.

Reporterzy tacy jak ja lubią to nazywać „rezultatem”. Planowałem wówczas zająć się innymi pomysłami. Od dawna przymierzałem się, żeby zaatakować statyny – megahit, grupę leków antycholesterolowych – włącznie z najpowszechniej przepisywanymi wówczas lekarstwami. Nie dlatego, że wiedziałem coś, na co nie wpadł nikt inny, ale dlatego, że w przypadku Big Pharmy zawsze jest coś na rzeczy – i tak jak Mount Everest, temat po prostu tam był.

Ale w przeciwieństwie do Shipmana, zabójcy, który zmarł w celi, Wakefield nie zszedł ze sceny. Od początku starał się, by zauważono go w Ameryce: pojawił się w programie publicystycznym 60 Minutes, zwracał się do komisji kongresowych i snuł się po konferencjach antyszczepionkowców.

A teraz został zauważony przez „Donalda”.

„Kiedy dorastałem, autyzm nie był realnym problemem, a teraz znienacka mamy epidemię” – stwierdził przyszły 45 prezydent Stanów Zjednoczonych, gdy był jeszcze miliarderem od nieruchomości i producentem reality show. „Każdy ma teorię” – powiedział lokalnej gazecie, zanim przypuścił jednoosobową ofensywę na Twitterze. „Moja teoria – a zbadałem ją, ponieważ mam małe dzieci – moja teoria to szczepienia”.

To nie była jego teoria. Podebrał ją Wakefieldowi, bez względu na to, czy znał jej pochodzenie, czy nie. I zaledwie trzy miesiące przed wyborami, które wprawiły świat w osłupienie, pewien republikański chiropraktyk i hojny darczyńca, zapewniający usługi medyczne i prawne ofiarom wypadków samochodowych, doprowadził do ich spotkania twarzą w twarz. Naradzali się przez prawie godzinę w Kissimmee na Florydzie, potem pozowali do zdjęcia obok flagi stanowej: Trump z otwartymi ustami, jakby nie umiał przestać mówić, Wakefield uśmiechnięty, z rękami złożonymi w okolicach krocza, w czarnej marynarce, niebieskich dżinsach i jasnobrązowych butach o zdartych czubkach.

Mieli ze sobą tyle wspólnego. I jestem pewny, że Wakefield to wyczuł. Pod wieloma względami należeli do tego samego gatunku. Wówczas obaj gorączkowo przemierzali kraj (jeden w robionym na zamówienie boeingu 757, drugi zaś czarnym autokarem), goniąc zadziwiająco podobne cele. Priorytetem kandydata była biała klasa pracująca. Skrzywdzona. Gniewna. Opuszczona. Ekslekarz tymczasem szukał konkretnych rodziców – rodziców dzieci z autyzmem i podobnymi zaburzeniami – którzy też czuli się skrzywdzeni, rozgniewani i opuszczeni.

Ludzie niekiedy mówią o byciu „w spektrum” tak, jakby to było coś modnego: błąd oprogramowania. I może faktycznie to błąd oprogramowania. Jednak dla rodziców dzieci z głębokim autyzmem jego pierwsze symptomy zawsze zapowiadały rozpaczliwe przedzieranie się przez labirynt nadziei i strachu.

Kto tego nie przeżył, musi spróbować to sobie wyobrazić. Wasz największy skarb, który urodził się tak doskonały, teraz zaczyna mówić i chodzić. I wtem, czasami niezauważalnie, a czasami bardzo nagle, pojawia się zmiana. Coś jest nie tak. Dziecko nie mówi, nie chce być przytulane albo obsesyjnie ogląda swoje palce. Być może ma głębokie upośledzenie.

Potem zjawia się bohater i głosi coś, co brzmi jak rozwiązanie zagadek, których inni nie umieją rozwikłać. Jak powiedział „New York Timesowi” jeden ze współpracowników Wakefielda: „Dla naszej społeczności Andrew Wakefield jest Nelsonem Mandelą i Jezusem Chrystusem w jednej osobie”.

Inni porównywali go do włoskiego astronoma Galileusza, który walczył z Kościołem rzymskokatolickim. „Jeden z ostatnich uczciwych lekarzy w świecie zachodnim […], geniusz […], promień naukowej uczciwości […], błyskotliwy badacz kliniczny o najwyższych standardach moralnych […], niewiarygodna odwaga, prawość i pokora”.

W takiej wersji wydarzeń ten człowiek jest wizjonerem zniszczonym przez cyniczny spisek. Jak sam twierdził, nie zrobił nic złego. Każdy wysunięty przeciwko niemu zarzut był kłamstwem. Wolał uważać się za ofiarę odrażającej zmowy – spisku zawiązanego przez rządy, firmy farmaceutyczne i przede wszystkim przeze mnie – ukrywającej straszliwe krzywdy wyrządzane dzieciom.

„To była strategia” – mówił o rewelacjach, które go zniszczyły. „Rozmyślna strategia. Strategia public relations, żeby powiedzieć: »dyskredytujemy tego człowieka, izolujemy go od kolegów, niszczymy jego karierę i mówimy innym lekarzom, którzy ośmieliliby się w to wmieszać: tak stanie się również z wami«”.

Ale podczas gdy w tamtym roku Trump mówił o nadziei – w kampanii pod hasłem „Uczyńmy Amerykę znów wielką” – Wakefield, jeżdżąc po Stanach Zjednoczonych, niósł ze sobą jedynie cień cierpienia. Zaledwie kilka tygodni przed balem sondaż YouGov wskazywał, że niemal jedna trzecia Amerykanów boi się, iż szczepionki „zdecydowanie” lub „prawdopodobnie” wywołują autyzm. Poziom zaszczepienia spadał, ponieważ rodzice pędzili do pediatrów, by uzyskać dla swych maluchów zwolnienie od zastrzyków. Niecałe trzy miesiące po wieczorze inauguracyjnym na całym globie ponownie wybuchła odra, którą uważano za opanowaną.

Doniesienia nadeszły najpierw z Minnesoty, gdzie Wakefield prowadził swoją kampanię. Potem napłynęły kolejne – z Europy, Ameryki Południowej, Azji i Australazji, gdy choroba niegdyś uznana powszechnie za wyplenioną wróciła, by siać niemoc i zabijać. A w czasie, kiedy nowy prezydent zaczął starania o reelekcję, Stany Zjednoczone doświadczyły jej najgorszego wybuchu od trzech dziesięcioleci, organizacje międzynarodowe wskazywały zaś „postawę antyszczepionkową” jako jedno z dziesięciu największych zagrożeń dla zdrowia ludzkiego.

Nie chodziło tylko o jednego człowieka. Byli inni guru – szczególnie aktorka Jenny McCarthy i prawnik Robert Kennedy – którzy krytykowali szczepienia. Kontrowersje sięgają tysiąca lat wstecz, kiedy to Chińczycy nauczyli się chronić przed ospą prawdziwą. Ale to Wakefield sięgnął po tytuł współczesnego „ojca ruchu antyszczepionkowego”. I tak jak w przypadku L. Rona Hubbarda, który wymyślił scjentologię, albo Josepha Smitha, który otrzymał złote płyty mormonów, nie potrzeba wykładów o -izmach i -ologiach, by ocenić wartość głoszonych przez nich wierzeń. Wystarczy znać człowieka.

Według mnie jego historia przypomina Czarnoksiężnika z Krainy Oz: to opowieść złożona. Oto bohater na krętej drodze, z prawdziwymi ludźmi i szczególnymi danymi, które mają zadziwić albo rozgniewać każdego rozsądnie myślącego czytelnika. Ale wyłania się z niej inna opowieść, gdy po wypowiedzeniu zaklęcia: „Ujawnij się” bez osłonek widzimy, jakie zastosowano sztuczki. Kurtyna się podnosi i ukazuje maszynerię. Czarnoksiężnik zostaje obnażony.

Wiedział, co robi. Czuł, że ma rację. Reguły obowiązywały frajerów. On był wyjątkowy. Ale droga na bal Trumpa była jego własnym rozpaczliwym poszukiwaniem: przez złowrogą stronę nauki, która zagraża nam wszystkim. Jeśli on mógł zrobić to, co zrobił – a pokażę, jak to dokładnie wyglądało – to co inni robią w szpitalach i laboratoriach, w których pewnego dnia możemy szukać ratunku? I kto jeszcze oszukuje świat, kryjąc się za charyzmą i mówieniem o spiskach?

Śmiejąc się do telefonu na Balu Wolności, Wakefield kończy radośnie obietnicą: „Wrzucę parę zdjęć Donalda”.

Ekslekarz bez pacjentów powrócił.

Wielkie idee

Rozdział pierwszy

Olśnienie nad piwem

W jakimś wyimaginowanym wszechświecie mógłby być czczony jako profesor sir Andrew Wakefield. Dwa dziesięciolecia przed zaproszeniem na bal Trumpa celem, który go przyzywał jak kiwający nań wielki kościsty palec, nie był Waszyngton ani żadne miejsce w Ameryce, ale sala koncertowa w centrum Sztokholmu. Marzył, jak mówili ludzie, by ubrany w biały frak niczym Fred Astaire odebrać złoty medal z rąk króla Szwecji.

„Trzeba ich było słyszeć w stołówce” – opowiadał mi jego dawny kolega. „Rozmawiali o Nagrodzie Nobla”.

Ale do tego – czy jakiegokolwiek innego – wszechświata prowadziła ta sama brama: portal do wszystkich możliwości, jakie się przed nim otwierały. Stała wtedy – jak stoi dzisiaj – na Beacon Hill: wysoko nad Bath w hrabstwie Somerset, półtorej godziny pociągiem na zachód od Londynu. Tu znajdziemy wejście do jego domu rodzinnego oraz wyjście na wszystkie drogi, którymi wędrował.

To nie jest furtka ze sztachet, bo to nie Przygody Tomka Sawyera. Sądzę, że rama waży ponad tonę. Składa się z dwóch ponad trzymetrowych doryckich kolumn i pasujących do nich pilastrów, z ozdobnie rzeźbionym fryzem wzdłuż schodkowego architrawu, i przypomina wejście do wiktoriańskiego mauzoleum albo boczne drzwi do Koloseum. Mówi o bogactwie, klasie, autorytecie i prawie. Nadproże zdobi napis:

HEATHFIELD

„Heath” pochodzi od Jamesa Heatha, przedsiębiorcy, który opatentował własny „wózek z Bath”. Był to zgrabny, pchany ręcznie albo ciągnięty przez kucyka mały wózek ze składanym daszkiem albo budką. Zyski z wynalazku poszły na dom (chociaż ponoć sam James nigdy tu nie mieszkał) na urwistej skarpie moreny obfitującej w skamieniałości, ze zboczami niczym w San Francisco. Budynek spoglądał, i nadal spogląda, przez dolinę rzeki Avon na bladożółte miasto wzniesione z wapienia oolitycznego, dziś wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Kamienna rezydencja o sześciu sypialniach – „willa w stylu włoskim” – została ukończona w 1848 roku. Poniżej jej szaroniebieskiego dachu i wysokich, wysokich iglic kominów znajdują się dwa piętra o wysokich sufitach i wielkich oknach, pokoje rodzinne, a pod nimi, w przyziemiu wkopanym w morenę, niegdyś kwaterowały pokojówki i kucharki. Te dwie społeczności łączyła ukryta sieć drutów, połączonych na jednym końcu z metalowymi dźwigienkami przy kominkach, a na drugim z brzęczącymi dzwonkami. Do połowy XX wieku te urządzenia zdążyły zardzewieć. Nie można jednak zapomnieć, że istniały.

W latach 60. i 70. XX wieku mieszkała tutaj, według wszelkich relacji szczęśliwie, rodzina Wakefieldów – dwoje dorosłych i pięcioro dzieci. Dom, z huśtawką zawieszoną w futrynie i stukaniem psich pazurów na parkiecie, tonął w chaosie. Ale wśród przepychanek, jak pamięta matka, Bridget Matthews, jej drugi syn – przyszły krzyżowiec – był oazą spokoju i posłuszeństwa.

„Był najmniej sprawiającym kłopoty dzieckiem, prawdziwy konformista” – opowiadała mi tonem, który zdradzał, że wkłada dużo wysiłku w wyjaśnienie tego. „Kiedy był mały, to jeśli się na niego nakrzyczało i powiedziało: »Masz bałagan w pokoju«, patrzył na ciebie i mówił: »Przepraszam, mamusiu«”. Nigdy nie powiedziałby: »Rany, nie mam czasu na sprzątanie« albo to czy tamto, jak inni. I to ci odbierało cały impet”.

Oboje rodzice byli lekarzami – podobnie jak ojciec i dziadek Bridget – co czyni z Andrew medyka w czwartym pokoleniu. Jeśli tak znakomity rodowód nie gwarantował wielkości, to przynajmniej uzasadniał ambicję. W uparcie klasowej kulturze Anglii Andrew rezydował nad schodami: obdarzony przywilejem pociągania za dźwignie życia i zwolniony z odpowiadania na jego dzwonki.

Największym wzorem był dla niego ojciec, Graham Wakefield, patrycjusz i neurolog o imponujących warunkach fizycznych, który osiągnął najwyższą możliwą pozycję w National Health Service, Narodowej Służbie Zdrowia – konsultanta – w Royal United Hospitals po drugiej stronie doliny. Specjalizował się w leczeniu mózgu w czasach przed urządzeniami skanującymi, niektórzy więc sądzą, że wskutek tego nabrał skłonności do wyrażania kategorycznych opinii, zanim poznał wszystkie fakty. Bez obrazu ze skomputeryzowanej tomografii czy rezonansu magnetycznego jego diagnozy opierały się nie tyle na wiedzy medycznej, ile na obserwacji, wywiadzie i zgadywaniu.

Konsultanci neurolodzy byli bogami wśród bogów. Obchody wyglądały jak majestatyczne procesje. „Potrafił wypytać cię bardzo szczegółowo” – wspominał jeden z lekarzy stażystów. „Ale nie służyło to upokorzeniu czy wprawieniu w zakłopotanie. Miał czas na wyjaśnienia. Każdy pacjent stawał się kolejną okazją do wykładu. »Co to znaczy?«, »Jak głęboka jest rana?«, »Co według pana jest przyczyną?«”.

Graham był zapracowanym klinicystą, ale przez krótki czas zajmował się badaniami, opublikował też artykuł w „Lancecie”. W październiku 1969 roku był drugim z trzech autorów trzystronicowego tekstu o witaminie B12 i neurologicznych powikłaniach w cukrzycy. Publikacja zawierała tabele z danymi ośmiorga pacjentów z Royal United oraz dodatek z ostatniej chwili z czterema późniejszymi przypadkami. Wysłane pocztą czasopismo wylądowało na wycieraczce w Heathfield w czasie, gdy Andy miał 13 lat.

Bridget d’Estouteville Matthew (tytułowana też „panią Wakefield”) stanowiła yin dla yang swojego męża. Była solidną lekarką rodzinną czy też „lekarką ogólną”, pełną zdrowego rozsądku i empatii. Poznała Grahama podczas studiów w St. Mary’s Medical School w dzielnicy Paddington w zachodnim Londynie. Miała nerwy ze stali i twardy charakter, który ukształtował się podczas drugiej wojny światowej, kiedy ewakuowano ją do Nowego Meksyku. Popłynęła tam z trzema siostrami, mając dziesięć lat, a cztery lata później wróciła na okręcie wojennym.

„Nie boi się niczego, ma stanowczy podbródek, silną wolę i piracki temperament” – ostrzegał jej wojennych opiekunów ojciec, Edward Matthews, zanim jego dzieci przepłynęły ocean. „Ma w sobie rys okrucieństwa, pod którym ukrywa wrażliwość, i może rzucać najzłośliwsze uwagi, by zmiażdżyć przeciwników”.

Ale Wakefield dorastał wpatrzony nie tylko w rodziców. Nad Heathfield górowało jeszcze wyższe drzewo. Jego dziadek Edward („mów mi Ted”) był psychiatrą w Royal United i zachował w domu gabinet do konsultacji. Wykładał także w St. Mary’s (jak wcześniej jego ojciec), a gdy zięć czynił postępy jako lekarz zajmujący się mózgiem, Edward doskonalił się jako specjalista od umysłu.

Jego wielkim osiągnięciem była książka dla chłopców Sex, Love and Society (Seks, miłość i społeczeństwo). Wydana w 1959 roku, kiedy skończył 60 lat, miała być „próbą odkrycia podstawowych modeli umysłu”. Jednak ten umysł w większej części był jego własnym. Gdy nastały swingujące lata 60., wykorzystywał swoje pióro do prowadzenia kampanii przeciwko pozamałżeńskim stosunkom seksualnym, prostytucji, homoseksualizmowi i „rosnącej agresywności” kobiet.

„To twarz Heleny trojańskiej tysiąc okrętów wyprawiła w morze” – odnosił się do tej kwestii, nawiązując do greckiego mitu – a nie gwałtowność jej języka czy siła jej mięśni”. Jego książka, zadedykowana wnukom, Andrew, Charlesowi i Richardowi, stanowiła antidotum na jałowe przyjemności. „Chłopiec, który się masturbuje, jest zawsze rozdrażniony i zmęczony” – ostrzegał. „Jeśli czujesz, że musisz się masturbować wbrew swoim dobrym intencjom, zrób to i skończ jak najszybciej”.

Młody Andy miał prawie trzy lata, gdy w świat szły takie złote rady. Nie jest jasne, czy później się do nich stosował. Andrew Jeremy Wakefield urodził się w poniedziałek 3 września 1956 roku w Canadian Red Cross Memorial Hospital koło Taplow w Berkshire, 65 kilometrów na zachód od Londynu. Wybudowana na ziemi podarowanej przez rodzinę Astorów z Nowego Jorku i opłacona przez rząd z Ottawy placówka była północnoamerykańskim wkładem w tytaniczne boje Wielkiej Brytanii w pierwszej i drugiej wojnie światowej.

Gdy Andrew się urodził, jego rodzice byli lekarzami stażystami i niedawno założyli rodzinę, co przypieczętowały narodziny pierwszego syna. Mieszkali w domu w Gloucestershire, a potem przenieśli się do Bath, by ostatecznie przekroczyć potężną bramę Heathfield, kiedy zaczął się okres stabilizacji.

Edukację Andrew odebrał na miejscu, w prywatnej szkole Króla Edwarda w Bath, założonej w 1552 roku, gdzie szczególnie nie błyszczał. Jego matka zwierzyła się, że musiał dwa razy pisać egzaminy końcowe, żeby dostać się do St. Mary’s. „Nie powiedziałabym, że zdał celująco” – powiedziała mi. „Właściwie musiał poprawiać”.

Jednak już w szkole Króla Edwarda pojawiła się u chłopca jedna cecha wyróżniająca: naturalna „charyzma”, o której mówili ludzie i która przydała mu się w przyszłości. Wyjątkowa zdolność podbijania ludzkich serc po raz pierwszy i nader dobitnie objawiła się w sporcie. „W szkole średniej był kapitanem drużyny rugby” – wspominała Bridget. „A potem – dodała – prefektem”.

Tak samo wyglądało to po przyjęciu do St. Mary’s: akademicko nijaki, ale błyskotliwy towarzysko, znów lansował się jako kapitan drużyny rugby. Prowadził ją i zajmował kluczową pozycję jako wiązacz młyna w koszulce z ósemką. Innych graczy identyfikowano z nazwami pozycji – powiedzmy „filar” albo „łącznik ataku” – ale „Wakers”, jak o nim mówiono, odgrywał rolę określaną po prostu numerem. W trakcie rajdów, w centrum walki, ósemka potrzebuje ogromnej siły, sprawności, giętkości i odwagi, żeby szarżować na przeciwnika.

– To typowy facet z Mary’s – poinformował mnie burkliwie stary, zrzędliwy autor historii klubu rugby, kiedy zadzwoniłem do niego po opinię o graczach. – Czytał książkę lorda Morana.

– O. Jak się nazywała?

– Anatomia odwagi.

– Rozumiem.

Wakefield miał odwagę. I potrzebował jej, żeby przetrwać dwa weekendy na pozycji „ósemki”, nie mówiąc o dwóch dziesięcioleciach mieszania szczepionek z błotem. Jednak odwaga podsycana paliwem ambicji może pchnąć człowieka na drogę, na której szaleją światowe wiatry. Sukcesu lub porażki. Chwały lub winy. Sławy lub hańby. Przyjemności lub bólu. Życie może pójść w tę stronę lub w tamtą.

Jego plan A na karierę przewidywał profesurę z chirurgii. „W razie wątpliwości – wytnij to”, i tyle. Chirurdzy to nadal najbardziej zadufani w sobie lekarze; w Anglii są przywiązani do osobliwego średniowiecznego zwyczaju rozróżniania chirurgów od zwykłych „doktorów” przez dodawanie „pan” lub „pani”. Pielęgnują ten snobizm od czasów krwawych jatek, kiedy w razie potrzeby usunięcia jakiejkolwiek części ciała bliscy zabraliby pacjenta do cyrulika.

„Andrew zawsze chciał być chirurgiem” – powiedziała mi jego matka. „Już jako dziecko naszywał łaty na swoje spodnie, i to zawsze bardzo pięknie. I zawsze chciał być chirurgiem. Nigdy nie wspominał, że chciałby być kimś innym”.

Pragnął tej profesury. I gdyby został przy chirurgii, moim zdaniem na pewno spełniłby to marzenie. Jednak kiedy bliżej przyjrzał się tej dziedzinie, najpierw jako student, potem jako lekarz stażysta, odkrył, że nawet najbardziej bohaterskie cięcie i szycie nie dawało mu tego, czego potrzebował w życiu. Resekcja jelit robiłaby różnicę pacjentom. Ale jego marzenia wyrastały ponad to.

Rozwód z życiowym planem obejmującym skalpele i kleszcze nastąpił dopiero w 30. roku życia. Po skończeniu St. Mary’s w 1981 roku Wakefield odbył wiele stażów, głównie w okolicach Londynu, a potem wyjechał do Kanady na dwuletnie stypendium w Toronto General Hospital.

W owym czasie środowisko czołowych chirurgów tej placówki wrzało. Tamtejsze grube ryby rywalizowały o palmę pierwszeństwa. Zamierzały pokonać rywali, dokonując przeszczepu jelita, a był to najbardziej heroiczny wyczyn, jaki został na ich liście celów. Wakefield jednak zajął się pracą w laboratorium – jego matka mówiła o tej zmianie: „tak się sprawy ułożyły” – która zapewniała widoki na osiągnięcia większe niż wymiana narządów, ważne nie tylko dla pacjenta, ale i świata.

Był siódmym z ośmiu autorów pierwszego artykułu o zatruciach wywołanych przez baterie rtęciowe. Przy następnej publikacji jako czwarty z siedmiu zbierał laury za studium o kwestiach odporności u szczurów. „Robił dużo bardzo dobrych badań” – powiedział wiele lat później „Toronto Star” profesor chirurgii Zane Cohen. „Na pewno nie jest zepsuty”.

Ale wtedy – w 1987 roku – dało o sobie znać dziedzictwo Heathfield. W skrócie nazwę to potem „olśnieniem nad piwem”, kiedy wiatr ze świata po raz pierwszy uderzył w jego drzwi. O ile wiem, publicznie wspomniał o tym tylko raz: w wywiadzie dla londyńskiego dziennikarza Jeremy’ego Laurance’a, z którym niegdyś krótko dzieliłem gabinet.

Zdarzyło się to w barze w centrum Toronto w mroźny zimowy wieczór. Wakefield siedział, jak to opisuje artykuł, z pintą swojego ulubionego irlandzkiego ciemnego piwa, samotny, stęskniony za żoną, Carmel, kiedy po raz pierwszy objawił mu się łańcuszek idei, które zdefiniowały jego życie. W nich miał początek dalszy ciąg jego historii.

W tamtym czasie świętym Graalem gastroenterologii były nieswoiste zapalenia jelit, zwane też nieswoistymi chorobami zapalnymi jelit. W ujęciu klasycznym istnieją dwa takie schorzenia: wrzodziejące zapalenie jelita grubego i choroba Crohna[1] – z których Wakefield weźmie na celownik tę drugą. Nazwana na cześć dociekliwego Burrilla B. Crohna i po raz pierwszy kompleksowo opisana w latach 30. XX wieku, niekiedy tak się nasila, że niszczy układ pokarmowy. Mimo to naukowcy nie mogli uzgodnić poglądów na jej przyczyny. Większość uważała ją za reakcję autoimmunologiczną, być może uruchamianą przez bakterie lub sposób odżywiania.

Jednak za oceanem, patrząc w kremową pianę guinnessa, Wakefield doznał objawienia. „A co, jeśli nieswoiste zapalenie jelit wcale nie jest chorobą jelit – Laurance zapisał jego myśl z tamtego kluczowego momentu – ale chorobą naczyniową wywołaną przez utrudnienia w dopływie krwi?”

To ważniejsze, niż się nam wydaje. Właściwie to epokowe. A w Kanadzie Wakefield posunął się dalej. Postawił hipotezę, że ostatecznym winowajcą jest wirus wywołujący zapalenie i śmierć komórek w naczyniach krwionośnych. Była to odważna spekulacja, która wpłynęła na jego życie. Gdyby miał rację i szczególnie jeśli potrafiłby wskazać tego wirusa, spłynęłyby na niego wszelkie zaszczyty.

Wirus? Czemu nie? To były lata 80. XX wieku. Epoka AIDS. Chociaż próby połączenia tajemniczych chorób z czynnikami zakaźnymi pobudzały wyobraźnię lekarzy wizjonerów i naukowców od stuleci, ktokolwiek wkroczyłby na arenę i odkrył przyczynę choroby Crohna, zasłużyłby na złote medale.

Nie chodziło nawet o to, że na chorobę Crohna cierpiało wielu ludzi; szacunki mówią, że co roku zapadało na nią mniej niż 6 na 100 tysięcy osób. Fascynacja wynikała raczej z tajemniczości wroga, który pokonał najodważniejszych i najbłyskotliwszych. Geograficznie przeważał raczej na północy niż na południu; powszechniejszy był w miastach niż na obszarach wiejskich; częstszy wśród palaczy; występował u osób spokrewnionych, a – co najbardziej przykuwało uwagę – prawdopodobieństwo jego znalezienia było większe u tych, których domy wcześnie wyposażono w kurki z ciepłą wodą.

Wtedy Andrew znalazł w sobie odwagę. Pod koniec stypendium porzucił skalpel na zawsze. Zamiast niego przywdział laboratoryjny fartuch w jednej z pośledniejszych szkół medycznych w Londynie. Utknął w szpitalu Royal Free, gdzie spędzi następne 30 trudnych lat i będzie starał się zrealizować obietnicę, którą złożył sobie w tamtą mroźną noc w Toronto.

Z perspektywy czasu należy uznać, że miał wiele atutów. Pewność siebie i charyzma pomagały mu tworzyć zespoły i nimi kierować. Medycyna to mieszanka inspiracji i współpracy, najbardziej efektywna, kiedy przywódcy wykazują się odwagą. Wakefield miał to wszystko – plus spokojną determinację, niezbędną, żeby wykazać słuszność jego idei.

Jednak odwaga w nauce nie polega na udowadnianiu własnej słuszności. Równie dobrze możesz wykazać, że się myliłeś. A z tym syn Bridget miał problem, który wpłynął na więcej istnień niż tylko jego własne.

[1] Znana także jako choroba Leśniewskiego-Crohna (przyp. red.).

Rozdział drugi

To musi być odra

Szpital i szkoła medyczna Royal Free w Hampstead przycupnęły na stokach jednego z najwyższych wzgórz Londynu, sześć kilometrów na północ od Trafalgar Square. Wciśnięte między XVIII-wieczne szeregowce XIX-wieczne ceglane kościoły, z widokiem na łąki i obszary leśne Hampstead Heath, górowały nad okolicą niczym betonowy zamek; 12 pięter modernistycznego brutalizmu na planie nieregularnego krzyża.

Niczym USS „Enterprise” „Royal Free” było nazwą przenoszoną z okrętu na okręt. Otwarty w innym miejscu w latach 30. XIX wieku „Royal” był darem młodej królowej Wiktorii, a „Free” wskazywał na bezpłatność leczenia, sto lat przed National Health Service. W okresie swej najwcześniejszej działalności była to jedyna instytucja w stolicy, która kształciła lekarki w London School of Medicine for Women.

Jednak pod koniec lat 80. XX wieku – kiedy Wakefield dołączył do zespołu pracowników – nie był to ośrodek wybitny. Szkoła medyczna prawie zbankrutowała, jak twierdził dziekan, a szpital, który wynajmował uczelni ćwiartkę budynku, był podziwiany za oddział hepatologiczny i niewiele więcej.

Wakefield pojawił się tu w listopadzie 1988 roku. Miał wtedy 32 lata. W tamtym roku George H. Bush zastąpił Ronalda Reagana w Białym Domu. W Hollywood po raz pierwszy pokuszono się o pokazanie tematu autyzmu w oscarowym Rain Manie. Zaledwie kilka miesięcy później Brytyjczyk Tim Berners-Lee przedstawił pomysł World Wide Web.

Dwa lata wcześniej Wakefield poślubił Carmel, czyli Carmel Philomenę O’Donovan. Tę odżywiającą się świadomie blondynkę poznał, kiedy studiowali w St. Mary’s, i stała się ona dla niego tym, kim Zelda dla Scotta Fitzgeralda. Podobnie jak on nie chciała zajmować się pacjentami i szybko przeniosła się do pracy za biurkiem w Medical Defence Union, instytucji, która chroniła lekarzy przed pozwami w sprawach błędów. „Wyglądała jak ktoś, kogo chcesz mieć u boku w razie bójki na noże” – ocenił jej wdzięki pewien wielbiciel.

W tamtym czasie para mieszkała z pierwszym dzieckiem, Jamesem Wyattem Wakefieldem, w jednopiętrowym szeregowcu o płaskiej fasadzie nieopodal brzegu Tamizy, po zachodniej stronie Barnes Bridge. Od nowego miejsca pracy głowę rodziny dzieliło więc 11 kilometrów pociągiem, a podróże dawały mu godziny na rozmyślania o jego misji: znalezieniu nieodkrytego dotąd winowajcy stojącego za chorobą Crohna.

To były fascynujące czasy dla wybranej przez niego dziedziny. Chociaż zapalenia jelit nie kryły wielu tajemnic, w położonej nieco wyżej części układu pokarmowego, w żołądku i dwunastnicy, dwaj Australijczycy odkryli coś ekstra. Pracujący w Royal Perth Hospital Robin Warren, patolog, i Barry Marshall, klinicysta, opublikowali informacje o spiralnej bakterii (ostatecznie nazwanej Helicobacter pylori), która ich zdaniem nie tylko była główną przyczyną wrzodów trawiennych, ale też dawała się zwalczyć tanimi antybiotykami.

Mieli rację i później wspólnie otrzymali Nagrodę Nobla. Ale wówczas w środowisku medycznym cieszyli się taką popularnością jak włos w poobiedniej brandy. Każdy praktyk powiedziałby, że wrzody wywołuje nadmiar kwasu żołądkowego, stres, zła dieta, palenie, picie lub problematyczne dziedzictwo genetyczne. Potem przepisałby garść pigułek zobojętniających kwas, które zażywane bez końca mogły łagodzić objawy i cieszyć posiadaczy akcji producentów tych specyfików.

Parę z Perth uhonorował jednak „Lancet”: drugi najważniejszy periodyk ogólnomedyczny na świecie. Założony w Londynie w 1823 roku przez siejącego zamęt chirurga i polityka Thomasa Wakleya, z dumą hołdował tradycji drukowania kontrowersyjnych prac i nie wstydził się Warrena i Marshalla. Opublikował ich sensacyjne doniesienie w czerwcu 1984 roku: czterostronicowy artykuł w najbardziej prestiżowym dziale badawczym, na froncie, tuż pod nagłówkiem z datą.

Niezidentyfikowana bakteria spiralna w żołądku pacjentów z zapaleniem żołądka i wrzodami trawiennymi

Wakefield obserwował Warrena i Marshalla od lat. Tak jak on, zadawali ważne pytania. I zaledwie kilka tygodni po tym, jak zajął mały gabinet na drugim piętrze (tuż obok instytucjonalnego muzeum patologicznego, dość makabrycznego), kartkował podwójną, gwiazdkową edycję „Lancetu” i napawał się kolejnym tekstem Australijczyków. Tym razem pięciostronicowym, z siedmioma współautorami, i znowu zamieszczonym jako najważniejszy tekst numeru.

Heathfield… Olśnienie nad piwem… Warren i Marshall… Początki historii Wakefielda. Lata później rozparci w fotelach komentatorzy wszelkiej maści będą szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego miliony zaczęły zamartwiać się szczepionkami; będą szukać wyjaśnień w mediach, w teoriach socjologicznych albo objaśniać zjawisko mistycznym duchem epoki. Ale w strumieniu przyczyn i skutków chodziło o prawdziwych ludzi i konkretne fakty.

Zaczęło się zaledwie 11 miesięcy później, kiedy zespół pod kierunkiem Wakefielda, zainspirowany przez Australijczyków, zapełnił pierwsze sześć stron w „Lancecie”. Za pomocą mikroskopii elektronowej, fotografując zatopione w żywicy preparaty z wycinków jelit pobranych od pacjentów z chorobą Crohna, zwrócili uwagę na nacieki zapalne oraz zmiany zatorowe i martwicze w naczyniach krwionośnych zaopatrujących ścianę jelita.

Sześć stron w piśmie medycznym numer dwa. Wakefield dokonał cudu. Publikacje były pierwszym z dwóch wskaźników jego poziomu, a artykuł w „Lancecie” mógł doprowadzić do zwrotu w karierze. Dużo ważniejszy dla dziekana i szefostwa Royal Free (oraz kształtujący ich podejście do tego, co miało nastąpić) był potencjalny wpływ tego tekstu na status i stan kont uczelni. W tamtym czasie szkoły medyczne rywalizowały w narodowym Programie Oceny Badawczej. Na podstawie skali opartej głównie na publikacjach we wpływowych czasopismach aktywność uczelni wyższych była oceniana w skali od pięciu do jednego, a odpowiedni wynik decydował o przekazywaniu setek milionów funtów z rządowych grantów. University College London, pięć kilometrów na południe, dostawał piątki w dwóch kluczowych obszarach. Szkoła w Hampstead odpowiednio dwójkę i trójkę.

Te strony o chorobie Crohna mogły się więc przełożyć na stan konta. Ale teraz Wakefield musiał wskazać konkretnego wirusa. Gdyby mu się udało, dziekan, wirusolog Arie Zuckerman (który w całym skandalu odegrał niewiarygodną rolę) mógłby dołączyć do niego na drinku w Pałacu Buckingham po tym, jak jeden lub obaj klęknęliby przed Jej Królewską Mością.

Niektórzy badacze natrafiają na swoje kluczowe osiągnięcie przypadkiem. Inni badają wszystko, co się rusza. Ale Wakefield – wciąż nazywający się chirurgiem – by dostać się na następny szczebel kariery, wykorzystał sposób tak prosty, że brak wiedzy naukowej okazał się dobrodziejstwem. Jak później wyjaśniał dziennikarzowi Jeremy’emu Laurance’owi, który zacytował to zdanie w artykule na 900 słów:

Usiadłem z dwoma tomami podręcznika wirusologii i dokładnie je przejrzałem.

Tak po prostu.

Kiedy zacząłem pisać tę historię, poszedłem tropem Wakefielda. Wspomnianą książką była Wirusologia Fieldsa. Dwa czerwono-srebrne tomy, każdy wagi połówki cegły. Encyklopedia wirusów. Drugie wydanie. Grupuje mikroby w 18 rodzin, których członków omawia na dwułamowych kolumnach alfabetycznie: historię, cechy kliniczne, epidemiologię i genetykę. Pełne informacje o tym, czego szukał Wakefield.

Laurance miał cytaty. I powinniśmy być wdzięczni za jego pilność w przechowaniu ich dla potomności. „Doszedłem do wirusa odry” – powiedział mu Wakefield. „W podręczniku opisano, jak przenika on do jelita, wywołuje owrzodzenia i stan zapalny. Równie dobrze mogłeś czytać opis choroby Crohna”.

Wirus odry. Z rodzaju Morbillivirus, rodziny paramyksowirusów z pojedynczą nicią RNA. Trzydziestodwustronicowy rozdział przedstawia jego pochodzenie, być może ze starożytnego Rzymu lub Chin, i ewolucję z nękającego bydło wirusa księgosuszu. Greccy pionierzy medycyny, Hipokrates i Galen, nigdy go nie odnotowali, a symptomy – gorączka, kaszel, wysypka i białe „plamki Koplika” w jamie ustnej – zdawały się rozprzestrzeniać wraz z rozwojem miast jako mniej więcej dziesięciodniowa choroba dziecięca.

„W błonach śluzowych jamy ustnej martwicze komórki nabłonkowe plamek Koplika złuszczają się, pozostawiając maleńkie płytkie owrzodzenia” – głosił fragment, przy którym Wakefieldowi przyspieszył puls.

Zmiany odpowiadające plamkom Koplika zostały znalezione wśród objawów prodromalnych i pierwszego dnia wysypki na błonach śluzowych całego ciała, włącznie ze spojówkami, częścią ustną gardła, nosogardłem, wyściółką krtani, tchawicy, oskrzeli i oskrzelików, całą długością przewodu pokarmowego i pochwą.

„Całą długością przewodu pokarmowego”. To tak jak w chorobie Crohna. Chociaż zazwyczaj znajduje się je w jelicie krętym (część jelita cienkiego położona najdalej od żołądka), objawy mogą występować od ust po odbyt. I „zmiany odpowiadające plamkom Koplika”. Więc… paskudne owrzodzenia w chorobie zapalnej jelit przypominały odrę jelit.

Eureka.

Tak wyglądała pierwsza wielka hipoteza Wakefielda: chorobę Crohna wywołuje wirus odry. A teraz, ogłosiwszy stworzenie tego, co nazwał „zespołem badawczym chorób zapalnych jelit” w Hampstead, zaczął ściągać ludzi o odpowiednich umiejętnościach technicznych, których następnie poprowadził na pole bitwy, jak w rugby.

„Sądziłem, że ma dobry pomysł albo coś, co w tamtym czasie wydawało się dobrym pomysłem” – mówi Philip Minor, wówczas szef wydziału wirusologii w rządowym National Institute of Biological Standards and Control na północnych peryferiach Londynu. „I szukał naukowców do pomocy”.

Wakefield wiedział, że przed nim trudna droga. Sceptycy już ostrzyli pazury. Część wskazywała, że co prawda pokazał jakieś fotografie, ale nie dowodziły one, że zapalenie zaczyna się poza jelitem, a nie wewnątrz niego, jak sądzili.

Krążyły pogłoski, że ekschirurg od jamy brzusznej na nauce po prostu się nie zna. „Prowadził seminarium na moim wydziale” – wspominał przy lunchu jeden ze starszych uczonych. „Zaznaczę, że na moim wydziale było mnóstwo naukowców bardzo, bardzo inteligentnych, którzy całe życie zajmowali się naczyniami krwionośnymi. A on przyszedł i zaczął mówić; pierwszy raz słyszałem, jak wypowiada się o kwestiach naprawdę naukowych. Siedziałem tam, a to było godzinne seminarium, i po mniej więcej trzech zdaniach nie miałem pojęcia, o czym ten facet gada”.

Właśnie usłyszeliśmy głos z medycznego establishmentu: establishmentu, który już wcześniej, jak się okazało, tkwił w błędzie. „Wszyscy wiedzą, że żołądek jest jałowy” – tak później Robin Warren wspominał sceptyków, kiedy w Sztokholmie odbierał swój medal noblowski. Kwas żołądkowy, zapewniali go eksperci, sprawia, że bakterie nie mogą przeżyć w tym środowisku. A nawet gdyby mogły, to ktoś inny by to zauważył. „Dlaczego nikt wcześniej ich nie opisał?”

Wakefield, jak najdalszy od tego rodzaju samozadowolenia, poczuł się zachęcony. Podobnie jak Australijczycy trzymał nerwy na wodzy. Wciąż ledwo rozpoznawany jako trybik liczącego 700 osób personelu szkoły, publikował jako współautor w pismach „Gastroenterology” i „Gut” artykuły o dalszych badaniach naczyń krwionośnych. Następnie w kwietniu 1993 roku znów opublikował rewelację, tym razem w „Journal of Medical Virology” – znanym czytelnikom jako „J Med Virol” – którego redaktorem był Zuckerman, dziekan szkoły medycznej.

„Te badania sugerują, że utrzymywanie się wirusa odry w tkankach jelit jest powszechne – podsumowywał Wakefield na dziewięciu gęsto zadrukowanych stronach, wzbogaconych ilustracjami – i stanowi stałą cechę tkanek dotkniętych chorobą Crohna”.

Był to jego artykuł numer 27 (łącznie z tym, który uruchomił jego karierę i tym, który ją złamał, było ich 80), kolejna perła w jego koronie. „J Med Virol” nie był periodykiem szczególnie wpływowym. Ale Wakefield z zespołem sześciu współpracowników, również podpisanych pod tekstem, przedstawiał w nim imponujące wyniki. Szukając dowodu obecności wirusa w chirurgicznie usuniętych tkankach dotkniętych chorobą Crohna, posłużyli się trzema metodami (zgodnymi ze standardami laboratoryjnymi), z których każda przyniosła sukces. Jedna wskazała pozytywnie 13 z 15 pacjentów, druga 9 z 9, a trzecia 10 z 10.

Jedna z technik – znana jako „immunohistochemia” – polega na szukaniu śladów białek, z których zbudowany jest wirus, zakodowanych, jak w przypadku odry, w RNA. Druga – hybrydyzacja in situ – poluje na segment samego RNA głęboko w genetycznym jądrze wirusa. Żadna z nich nie jest niezawodna. Ale trzecia była pewniakiem: wykorzystując mikroskop elektronowy, powiększający okazy do 85 tysięcy razy, zespół Wakefielda zdołał, jak się wydawało, sfotografować swój cel.

To była odra – lub przynajmniej tak głosili. Zdjęcie przedstawiało zamazane cienie, kratery, plamy, wiry i kropki, przypominające księżycowy pejzaż; Wakefield opisywał je w liczącym 260 słów podpisie. Wskazał obiekty „odpowiadające gęsto upakowanym wirusowym nukleokapsydom”, z „cząstkami wirusa” i „zainfekowanymi” komórkami. Patrzył w twarz swojego przeznaczenia.

Drugim miernikiem osiągnięć Wakefielda były zgromadzone pieniądze, czy to w grantach od rządowego Medical Research Council, ze zbiórek charytatywnych na rzecz badań nad chorobami zapalnymi jelit, czy – jeszcze częściej – od przemysłu farmaceutycznego. W Toronto utrzymywał go Wellcome Trust: stypendialne ramię brytyjsko-amerykańskiego imperium lekowego założonego przez urodzonego w Wisconsin sprzedawcę Henry’ego Wellcome’a. Stypendium przedłużono mu na 1993 rok, ale potem Wakefield wyciągnął żebraczą miseczkę po więcej.

Finanse kontrolował też na gruncie rodzinnym. Przeprowadził się z Carmel do większego domu na zachodzie Londynu: przy krótkiej ulicy ceglanych szeregowców z wykuszowymi oknami, tuż przy linii kolejowej z dworca Waterloo. Utrzymywali dwóch małych chłopców; drugi, Samuel Ryder Wakefield, otrzymał imię po swoim pradziadku (ojcu Edwarda Matthewsa), absolwencie St. Mary’s z 1896 roku.

Większość pracy Wakefielda przebiegała rutynowo, wręcz nudno, w porównaniu z emocjami, które go czekały. Ale zegar tykał. Wakefield potrzebował wyników, bo wciąż czerpał z budżetu szkoły medycznej. A sceptycy deptali mu po piętach. Krytycy podkreślali, że jego hipoteza wskazywała odrę jako przyczynę choroby Crohna, a choć faktycznie w krajach rozwiniętych liczba chorych na crohna rosła, to jednak liczba przypadków odry spadała na łeb na szyję od wprowadzenia szczepień.

Mniej zmotywowany człowiek palnąłby się w czoło i spędził trzy tygodnie w barze. Ale jak opowiadał Wakefield (chociaż później rzucę na to inne światło), ta ewidentna wewnętrzna sprzeczność go zainspirowała. Szczepionki przeciw odrze zawierały osłabione, ale sprawne wirusy odry. Tym samym, rozumował, one także mogły wywoływać chorobę Crohna i to by wyjaśniało jej coraz częstsze występowanie.

Udowodnienie tej hipotezy stanowczo wymagało pieniędzy. A on wiedział, że potrafi je zdobyć. W końcu miał tę często wspominaną cechę, wybitny atrybut, którego – szczerze mówiąc – brakuje niemal wszystkim: „Charyzma… charyzma…”. Była jak motyw przewodni jego życia, zadziwiająca siła psychiczna.

Teraz użył jej na szefach firm farmaceutycznych, organizacji charytatywnych i non profit. Nakłonił Upjohn z Michigan, Searle z Illinois, szwajcarskiego giganta Hoffmann-La Roche i londyńskie Glaxo (później GlaxoSmithKline, GSK), by wrzucili więcej monet do jego kapelusza.

To wsparcie niezbyt pasuje do jego późniejszych twierdzeń, że padł ofiarą spisku Big Pharmy. A co jeszcze bardziej ironiczne, kolejny etap w łańcuchu szczególnych wydarzeń, które pchnęły go ku wojnie ze szczepionkami, po części sfinansowała firma Merck z Rathway w New Jersey, numer jeden na liście światowych producentów szczepionek. „Były to co prawda badania podstawowe – żartował w rozmowie ze mną emerytowany dyrektor – ale dostał pieniądze od Merck”.

Przerzuciwszy się z wirusologii na epidemiologię, zespół Wakefielda poszedł śladem dwóch niepowiązanych brytyjskich badań wykonanych w latach 50. i 60. XX wieku. Jedno dotyczyło zdrowia dzieci przed wprowadzeniem szczepień przeciw odrze, a drugie wczesnych prób wakcynacji. Wakefield napisał do uczestników tamtych badań (przynajmniej tych, których udało się wytropić) i doszedł do wniosku, że choroba Crohna trzy razy częściej występowała u tych, których zaszczepiono, niż u niezaszczepionych.

Publikację znowu skierował do „Lancetu”, wydawnictwa skłonnego drukować pod publiczkę. Jako pismo ogólnomedyczne „Lancet” starał się zwracać do czytelników o różnych specjalnościach za pomocą bardzo ogólnych, niekiedy wręcz tabloidowych tematów, które wszyscy pamiętali ze studiów. Tak więc w kwietniu 1995 roku pojawił się tam artykuł Wakefielda – na trzech stronach, z czterema autorami, w tym profesorem gastroenterologii z Royal Free, Royem Pounderem, i pomagierem Wakefielda, Scottem Montgomerym; obaj mieli odegrać role drugoplanowe, gdy chwałę zastąpi niesława.

„Lancet” zaryzykował. Ale strzegł własnej reputacji, puszczając oko do tych mądrzejszych. Dla czytelników specjalistów, którzy w innym wypadku mogliby się skarżyć, często drukował dodatkowe artykuły – w zasadzie wstępniaki – by uniknąć zjadliwej krytyki z ich strony. A w tym przypadku poprosił dwóch specjalistów z amerykańskiej Food and Drug Administration o napisanie „komentarza”.

Wakefield, jak wytykali, porównywał nieporównywalne; to było jak próba zestawienia śliwek z mango. „Istniały zasadnicze różnice w sposobach, jakimi rekrutowano grupy badawcze i w jaki przeprowadzano z nimi wywiady – napisali o źródłach z lat 50. i 60. – jak również w tym, jak ich uczestnicy zostali ostatecznie sklasyfikowani według ekspozycji i choroby”.

Szczerze mówiąc, zbiorowy artykuł skorzystał na tych brakach. Był spekulatywny. Nic nie zostało udowodnione. Odra „mogła” się utrzymywać w tkance jelit, pisali autorzy. Wczesna ekspozycja „mogła” być czynnikiem ryzyka. Ludzie z chorobą Crohna „mogli” mieć zmienioną odporność. A jakikolwiek związek ze szczepieniami był tak wątły, że tytuł tekstu opatrzony został znakiem zapytania.

Czy szczepienia przeciw odrze są czynnikiem ryzyka

w nieswoistym zapaleniu jelit?

Artykuł wzbudzał poważne zastrzeżenia. Prowokujące je zdania atakowały czytelnika na każdej stronie i wywołały kilka rozbawionych chichotów. Niektórzy nazwali tytuł tekstu przykładem zastosowania „zasady Hinchliffe’a” (w dziennikarstwie znanej jako „prawo nagłówków Betteridge’a”): jeśli tytuł jest pytaniem, na które można odpowiedzieć „tak” lub „nie”, prawidłowa odpowiedź nieodmiennie brzmi: „nie”.

Mimo to Wakefield skupił się teraz właśnie na szczepionkach – nie na odrze występującej naturalnie – jako na przyczynie choroby Crohna.

Ale gdzie – zastanawiał się – znaleźć dowody, by potwierdzić tak śmiałą tezę?

Rozdział trzeci

Zderzenie

Wakefield opowiadał, że jego przygoda z autyzmem zaczęła się od telefonu od pewnej matki.

I rzeczywiście, to prawda. Był 19 maja 1995 roku, piątek. W jego gabinecie na drugim piętrze zadzwonił telefon. Kobieta opowiedziała historię swojego sześcioletniego syna. Odtąd nic już nie miało być takie samo.

Ta kobieta była także tą matką, z której powodu wszcząłem dochodzenie. Tak więc można powiedzieć, że ona nas połączyła. Nazwę ją „Panią Numer Dwa”, a jej syna „Dzieckiem Numer Dwa”: gwarantującymi anonimowość cyframi, nadanymi im w ramach projektu badawczego, przez który świat nigdy miał nie zapomnieć o Wakefieldzie. W tej matce i chłopcu nie było jednak nic drugorzędnego. Byli ze wszech miar i nieodwołalnie pierwsi. Ówczesny lekarz opisze ich jako tych, którzy wywarli „największy wpływ” na jego życie. Dziecko Numer Dwa było jego „przypadkiem przełomowym”.

Chłopiec urodził się pod koniec lipca 1988 roku – donoszony, o czasie – ważył osiem funtów i dziesięć uncji (3,9 kilograma) – bez śladu jakichkolwiek niedoborów. Ciąża matki przebiegała bez powikłań. Nie podano jej żadnych leków podczas porodu, a cztery lub pięć minut po bezproblemowym pojawieniu się na świecie dziecko dostało dziesięć punktów w skali APGAR (Appearance, Pulse, Grimace, Activity i Respiration – kolor skóry, puls, reakcja na bodźce, napięcie mięśniowe, oddychanie), za pomocą której określany jest stan noworodków.

Dziecko Numer Dwa, przywiezione do domu ze szpitala w hrabstwie Cambridgeshire, na północny wschód od Londynu, miało wieść najlepsze życie, jakie mogła zapewnić XX-wieczna angielska rodzina z klasy średniej. Jego ojciec był specjalistą od komputerów, zatrudnionym w przemyśle maszynowym, a Pani Numer Dwa kierowniczką działu informacji i analiz popularnego biura podróży w stolicy.

Tym samym zaczęło dzieciństwo tak, że lepiej nie było można. Wzrok chłopca się wyostrzał. Malec obracał się, śmiał i gaworzył. Zaczął pełzać, potem chodzić, trzymając się mebli. Wskazywał, kształtował dźwięki – „mama… tata…” – aż pewnego cudownego dnia podniósł się na nogi bez trzymanki i stawiał pierwsze kroki, dopóki się nie potknął. Dla rodziców był całym światem i ukoronowaniem życiowych osiągnięć.

Drugi rok: chłopiec wyglądał dobrze. Blond włosy. Niebieskie oczy. Chlapał w kąpieli, ciągnął na sznurku zabawkowego pieska z merdającym ogonkiem i budował wieże z klocków, by dorównać najlepszym.

Ale niestety, o zgrozo, to nie trwało długo. Lada moment jego rodzice mieli rozpocząć rozpaczliwe poszukiwania.

Dokumentacja medyczna zarejestrowała zmianę w drugim półroczu tamtego roku – kilka miesięcy przed drugimi urodzinami chłopca. Stał się „wycofany i niedostępny”, z „napadami nocnego krzyku” i niekiedy epizodami „uderzania głową”. Bardzo wiele dzieci przechodzi takie fazy i wychodzi z nich bez szkody dla swojego rozwoju. Ale Dziecko Numer Dwa nie wyszło. Zaczęło ignorować rodziców. Zaobserwowano regres w zakresie rozwoju mowy.

Był moment, kiedy Pani Numer Dwa trzymała piłkę, a chłopczyk – jej drugi syn – nazywał ją: „piłka”. Wskazywała na kota, a on mówił „kotek”. Ale potem „piłka” stała się „łką”, a „kotek” – „otkiem”, aż w końcu jego zasób słów całkiem zniknął. „Jako ostatnie zgubił słowo »sok«” – powiedziała mi matka, kiedy spotkaliśmy się w jej domu osiem lat po telefonie do Wakefielda. „Przeszedł od »soku« do »oku«, a następnie »ku«. A potem koniec”.

Nigdy nie wskazano żadnej przyczyny ani wyjaśnienia. Przez lata chłopiec przechodził kolejne regresy, tracił mowę, umiejętność zabawy i zainteresowanie innymi, a specjaliści ograniczali się do etykietek takich jak „autystyczny” i „opóźniony”. Ale chociaż regresja jest czasem cechą autyzmu, lekarze wzdragali się przed precyzyjną diagnozą.

Niewielu rodziców ociąga się w obliczu takiego koszmaru. A ta matka, dyrygująca specjalistami niczym japoński przewodnik wycieczek, nie miała problemu z szukaniem pomocy. Zanim zadzwoniła do Wakefielda, kontaktowała się z wieloma autorytetami. Byli to: profesor Dryburgh, doktor Hunter, profesor Neville i doktor Tuck. A także profesor Warner, doktor Rolles, doktor Cass i pani Moore. Oraz doktor Richer, doktor Silveira, profesor Davies, pan Martin, profesor Goodyer, doktor Bhatt, doktor Cavanagh i doktor Wozencroft.

Teraz przyszedł czas na lekarza bez pacjentów.

Do rozmowy telefonicznej doszło wskutek publikacji przez „Lancet” opatrzonego znakiem zapytania artykułu Wakefielda, który próbował powiązać szczepienia z chorobą Crohna. Mimo luk, porównywania nieporównywalnego, lekceważącego komentarza naukowców z FDA i pytajnika na końcu tytułu dwie inne instytucje, równie zaufane jak czasopismo, także wybaczyły tekstowi oczywiste niedostatki i przedstawiły go opinii publicznej.

Pierwszą z nich była szkoła medyczna Royal Free. W ramach przetasowań w systemie opieki zdrowotnej Londynu miała zostać połączona z odnoszącym większe sukcesy sąsiadem: University College London. W nadziei na wysokie stanowisko na tworzonym połączonym wydziale dziekan Hampstead Arie Zuckerman wykorzystał pojawienie się Wakefielda w tym periodyku, żeby pokazać, jakim talentem dysponuje. Z tych samych powodów, mimo 35 lat doświadczeń badawczych, dziekan zgodził się przewodniczyć konferencji prasowej.

Wiele lat później nazwie tę decyzję „katastrofą”. Posadzony wśród prawników i lekarzy podczas najdłuższego śledztwa w sprawie medycznego zaniedbania w Wielkiej Brytanii, wyrazi „ubolewanie” z powodu tego, co nazwie „niemal dramatycznym” spadkiem liczby szczepień przeciw odrze, śwince i różyczce (MMR). A chociaż 12-miesięczne załamanie oznaczało spadek jedynie o 0,3 procent (z 91,8 do 91,5 dzieci przyjmujących szczepionkę w wieku dwóch lat), to właśnie owo niewielkie załamanie stało się początkiem zjazdu po równi pochyłej; poziom wyszczepialności nie wrócił do stanu sprzed Wakefielda przez niemal 20 lat.

W medycynie konferencje prasowe tradycyjnie były zarezerwowane dla przełomowych terapii albo wybuchów epidemii, a nie dla spekulacji średniej klasy badaczy laboratoryjnych. Jednak w ramach preludium do czegoś podobnego, dużo większego, co dopiero miało się wydarzyć, rankiem w piątek 28 kwietnia wyłożony boazerią Marsden Room w szpitalu został zastawiony rzędami krzeseł o tapicerowanych oparciach, ulokowanych przodem do wąskiego stołu na kozłach dla mówców.

Wakefield zajął swoje miejsce ubrany w lekką marynarkę, wzorzysty krawat, koszulę i ciemne spodnie. Jego włosy wyglądały na dziwnie „grube”, jakby ułożone w nażelowany kask. Do kieszonki na lewej piersi przypięty miał identyfikator ze zdjęciem i logo: patrzącym wstecz lwem pośrodku krzyża maltańskiego.

W prawej dłoni ściskał pilota do rzutnika, który ze szczękiem wyświetlał slajdy na ekranie. „Hipoteza” – głosił jeden z nich biało na niebieskim.

Chorobę Crohna wywołuje odpowiedź komórkowa układu odpornościowego na przetrwałą infekcję wirusową śródbłonka drobnych naczyń krwionośnych krezki.

Wirusem tym może być odra.

Nie była to wiadomość dnia. „The Guardian” wydrukował 300 słów na ósmej stronie; „Times” 96 na czwartej. Ale tamtego wieczoru druga instytucja – British Broadcasting Corporation – również wykazała się talentem do wylansowania tematu. Nowa korespondentka naukowa, specjalistka od fizyki i komputerów, dostała 13 minut o medycynie w Newsnight na kanale BBC2.

„Artykuł w najnowszym numerze czasopisma medycznego »Lancet« sugeruje, że osoby zaszczepione narażone są na wyższe ryzyko wystąpienia wyniszczajacych chorób jelit” – ogłosił prezenter programu, zgryźliwy ciemnowłosy dziennikarz Jeremy Paxman, którego rola zakładała wyolbrzymianie niemal wszystkiego. „Wniosek, że szczepienie nie musi służyć wszystkim w każdych okolicznościach, pozostaje w jawnej sprzeczności z praktyką postępowania w tej sprawie, która, jak donosi nasza korespondentka naukowa Susan Watts, stała się niepodważalnym dogmatem”.

„Dogmatem”? Nie kwestią nauki, nie elementem zdrowia publicznego? A relacja Watts poszła dalej tą drogą. Zamiast przyjrzeć się raportowi z „Lancetu” od podszewki, naciągnęła historię, dodając do choroby jelit uszkodzenie mózgu. I wskazała MMR (o którym artykuł Wakefielda nie wspominał) jako potencjalną przyczynę jednego i drugiego.

Pani Numer Dwa powie mi później, że nigdy nie widziała programu. Ale do materiału filmowego z konferencji w Hampstead i paru gadających głów 32-letnia Watts dorzuciła grupę „przeciwników szczepień” (podczas spotkania, które, jak podejrzewam, zainscenizowano do kamery), rządowe ostrzeżenia przed odrą, zdjęcia ośmiolatka (nie powiedziała, co mu dolega) i wywiad w studio z Jackie Fletcher, ubraną w jaskrawą szkarłatną sukienkę.

– Pani Fletcher – zwrócił się do niej Paxman. – Pani syn, Robert, został zaszczepiony jako bardzo małe dziecko. Jakie były skutki uboczne?

– Cóż, dokładnie dziesięć dni po MMR – odparła rozmówczyni – bardzo zachorował i całe jego życie się zmieniło.

Poza sukienką najbardziej uderzające były jej włosy – ciemne, długie do ramion, z przedziałkiem pośrodku – i przenikliwe spojrzenie brązowych oczu. Opowiedziała, jak jej syn w wieku 13 miesięcy przeszedł napad padaczkowy i później pojawiły się u niego poważna epilepsja i problemy z nauką (ale nie zapalenie jelit ani autyzm).

Twierdziła, że rodzice potrzebują więcej informacji o takich sprawach, i pośrednio odniosła się do grupy, którą założyła 16 miesięcy wcześniej, o dwuznacznej nazwie JABS. W Wielkiej Brytanii slangowo nazywano tak szczepionkę, ale gdyby ktoś pytał, to skrót rozwijano jako „Justice, Awareness and Basic Support” (Sprawiedliwość, Świadomość i Podstawowe Wsparcie).

Trzydziestoośmioletnia Fletcher, niegdyś urzędniczka bankowa, nie miała całkiem czystych motywów. Po utworzeniu JABS jej osobistą ambicją stało się pozwanie producentów szczepionek. Nie miała jednak szansy dokonać tego w pojedynkę. Tak kolosalna afera w Wielkiej Brytanii mogła zostać opłacona jedynie z programu darmowej pomocy prawnej prowadzonego przez rząd. A według jego zasad Fletcher musiała znaleźć setki rodzin z podobnymi skargami, żeby usprawiedliwić wydatek.

W tamtym czasie potrójna szczepionka nie budziła kontrowersji. Fletcher miała nadzieję, że zmąci ten spokój. Tak więc gdy pojawiła się w tym samym materiale Newsnight, co Wakefield, skontaktowała się z nim w Hampstead i doradziła innym, by zrobili to samo.

Pani Numer Dwa skorzystała z tego pierwsza.

Pani Numer Dwa miała wtedy 40 lat – o 2 więcej niż Wakefield – i dorastała w Preston, niegdyś ośrodku przemysłu włókienniczego, 320 kilometrów od Londynu. Kiedy odebrał telefon, mówiła szybko, z akcentem z północnego zachodu, przeciągając samogłoski, pewnym siebie, natarczywym tonem.

– Proszę mnie wysłuchać – poleciła.

I słuchał. Rozmowa trwała około dwóch godzin.

„Była niezwykle wymowna” – wspominał wiele lat później. „Opowiedziała bardzo spójną historię”.

Na początku jednak zdezorientowało go podejście rozmówczyni. Czy wybrała dobry numer? Dziecko Numer Dwa miało zdiagnozowane spektrum autyzmu – wówczas był to szybko ewoluujący zbiór definicji rozwojowych obejmujących szczególne cechy, deficyty, a niekiedy prawdziwe upośledzenia, w myśleniu, komunikowaniu się i zachowaniu.

Ale dlaczego telefonowała do gastroenterologa – i to na dokładkę badacza laboratoryjnego? Jak sam później relacjonował, zareagował zaskoczeniem. Chociaż zajmował się medycyną ogólną, zanim wyspecjalizował się w chirurgii, to kiedy na początku lat 80. studiował w St. Mary’s, o autyzmie nie nauczano.

– Przepraszam, ale nie mam pojęcia, jak pani pomóc – wspominał swoją odpowiedź. – Nic nie wiem o autyzmie.

Więc wtedy ona powiedziała (a przynajmniej on twierdził, że to zrobiła):

– Moje dziecko ma też okropne problemy jelitowe. Uważam, że problemy jelitowe i behawioralne są powiązane. Kiedy jedno jest w złym stanie, drugie też; kiedy jedno jest w porządku, drugie nie jest takie złe.

I tak prowadzili (przynajmniej według rekonstrukcji) rozmowę, która połączyła ich poszukiwania. Oboje pamiętali, że gdzieś na początku kobieta upierała się, że jej synowi zaszkodziła szczepionka.

„Powiedziała mi bardzo jasno – wyjaśniał później Wakefield, wspominając po raz kolejny te wydarzenia – że jej normalnie rozwijające się dziecko dostało MMR i w ciągu paru tygodni regres zaczął się pogłębiać”.

Regres. Słowo, którego żaden rodzic nie chciałby usłyszeć w odniesieniu do syna lub córki. W tamtym czasie uważano, że od jednej czwartej do jednej trzeciej dzieci z autyzmem dotyka ten budzący niepokój objaw. Dziecko (zwykle chłopiec) zdaje się rozwijać typowo przez mniej więcej 12 do 24 miesięcy, ale potem traci mowę i umiejętności. Eksperci wiązali to z szybkim rozwojem mózgu i dojściem do głosu genów.

Pani Numer Dwa była oszołomiona zainteresowaniem lekarza. Nigdy wcześniej nikt z nią tak nie rozmawiał. Umowa Wakefielda o pracę wykluczała opiekę nad pacjentami, tak więc w tamten piątek miał mnóstwo tego, czego brakuje klinicystom: czasu. Nie miał poczekalni, oddziału ani listy pacjentów. Dni planował sobie według uznania. Niemal nie wykładał i miał tylko jedno zajęcie: musiał udowodnić, że wirus odry, szczególnie ten w szczepionkach, stanowi nieodkrytą dotąd przyczynę choroby Crohna.

Pani Numer Dwa nie wiedziała, że to lekarz bez pacjentów, Fletcher przedstawiła jej wyłącznie zainteresowania Wakefielda. Działaczka JABS mówiła nie tylko o opatrzonym pytajnikiem artykule z „Lancetu”, ale też o jego wcześniejszej pracy z „J Med Virol”, w którym ogłosił odkrycie wirusa odry w zapaleniu jelit.

„To był moment objawienia” – mówiła mi Pani Numer Dwa podczas spotkania. „Kiedy Jackie o tym powiedziała, wiedziałam, że chyba dokopałam się do mechanizmu. To był punkt zwrotny”.

Wakefield słuchał nawet jeszcze uważniej. Słowa rozmówczyni odpowiadały jego własnym celom. Jej syn, jak wspominał tę wypowiedź, cierpiał z powodu bólów brzucha i biegunki – jedne i drugie mogły być objawami zapalnej choroby jelit. A te, dedukowała matka, wywołane były szczepieniem, które jej zdaniem stało się przyczyną zmiany zachowania chłopca.

„Czasem uważam, że zaszkodziło mu MMR” – przytaczał jej słowa Wakefield. „Tak się składa, że teraz jest autystyczny. I sądzę, że problem z mózgiem jest pochodną problemu z jelitami”.

Tak, tu istniało jakieś powiązanie; Wakefieldowi się to podobało. Na dodatek, tak jak on, kobieta była córką lekarza. Jej zmarły ojciec prowadził praktykę w Preston i przekazał jej umysł otwarty na wielkie idee, co w tamten piątek udowodniła przez telefon.

Postawiona przed zagadkami, które pragnęła rozwiązać, ruszyła na poszukiwania i próbowała na synu wszelkiego rodzaju alternatywnych środków. Pracownik szpitala zasugerował jej dietę Feingolda, która eliminowała sztuczne barwniki i dodatki do żywności. Przekonała lekarzy, by dali jej synowi potężne dawki witaminy B12 („Próbowałam i zadziałało” – powiedziała mi). Dołączyła też do zrzeszającej rodziców grupy o nazwie Allergy-Induced Autism (Autyzm Wywołany Przez Alergię), gdzie zapoznała się z hipotezą zwaną „nadmiarem opioidów”, wedle której pewne substancje w jedzeniu, szczególnie chlebie i mleku, mogą wywoływać zachowania autystyczne.

„Przedstawiła to w chłodny, klarowny sposób” – zapamiętał Wakefield. „Ewidentnie bardzo starannie przemyślała całą kwestię”.

Słuchał jej głosu. I słuchał. Mówiła o „chorobie metabolicznej”, „zasiarczeniu” i „ścieżkach”. A grupa rodziców, wyjaśniła, obejmuje wiele rodzin takich jak jej.

Brzmiała tak poważnie, że niemal nierealnie.

Wydawało się, że ta matka miała wszystko, czego szukał. Tak wiele z jej słów odpowiadało jego myślom. Nawet witamina B12 (wchłaniana głównie z jedzenia w jelicie krętym) intrygująco współgrała z jego hipotezą. Zapomnijcie o mikroskopach elektronowych, zatęchłych hodowlach komórkowych czy opatrzonej pytajnikiem epidemiologii ze starodawnych projektów badawczych; Dziecko Numer Dwa i inne dzieci, które znała grupa jego matki, mogły stanowić żywe dowody na to, że szczepienia wywołują chorobę Crohna.

Wtedy Wakefield zareagował propozycją, żeby poprosiła o specjalistyczną opinię lekarską. „Na tamtym etapie interesował mnie jedynie kliniczny dobrostan tego dziecka” – twierdził później, w trakcie tego samego postępowania dyscyplinarnego, podczas którego przesłuchiwano dziekana. „Moim obowiązkiem jako lekarza i jako człowieka było odpowiedzieć na niedolę tej matki”.

Zarekomendował więc Australijczyka, Johna Walkera-Smitha – wówczas z innego londyńskiego szpitala, położonego siedem kilometrów dalej na południe, zwanego St. Bartholomew albo też, bardziej swojsko, Barts. Miał 58 lat, był profesorem gastroenterologii pediatrycznej i