Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojna - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Wojna niszczy i unicestwia. Wojna odczłowiecza. Nie chodzi tylko o okresowy konflikt zbrojny, lecz permanentną walkę zarówno w świecie, jak i w człowieku. Bohaterka Wojny, Béatrice B., wyrusza w poszukiwaniu kluczy niezbędnych do zrozumienia natury tego odwiecznego zła. W czasie wędrówki spotyka M.X., który staje się jej przewodnikiem po postindustrialnym świecie. Uświadamia dziewczynie negatywne konsekwencje technizacji życia. Wojna to także refleksja nad kreacyjną mocą języka i wyobraźni. Le Clézio eksperymentuje z formą: sprawdza, czy permanentna przemoc, o której pisze, może rzeczywiście przenikać każdą cząstkę jego powieści.

Wojna interpretuje teraźniejszość przy użyciu narzędzi literaturoznawczych, a jednocześnie przepowiada nadciągającą katastrofę.

„The Times Literary Supplement"

Lektura tej książki jest silnym i odurzającym doświadczeniem.

„Sunday Times"

Le Clézio jest pisarzem jeśli nie enigmatycznym, to przynajmniej świadomie tajemniczym. Jego twórczość, wsłuchana w wyciszone głosy, nie jest literaturą ucieczki, ale poszukiwania; szuka ukrytego skarbu, który uważny czytelnik w końcu odnajduje. Ale nie dajmy się zwieść pozorom: Le Clézio nie jest marzycielem, jest pisarzem, który oskarża, walczy i prowokuje.

„Magazine littéraire"

Opinie o ebooku Wojna - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Fragment ebooka Wojna - Jean-Marie Gustave Le Clezio

J.M.G. Le Clézio

WOJ­NA

Przełożył Krzysz­tof Teo­do­ro­wicz

Tytuł ory­gi­nału: La gu­er­re

Co­py­ri­ght © Edi­tions Gal­li­mard, Pa­ris, 1970

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2010

Woj­na się roz­poczęła. Nikt już nie wie, gdzie i w jaki sposób, ale to się stało. Dziś jest tuż za ple­ca­mi, otwo­rzyła paszczę i dy­szy. Woj­na zbrod­ni i znie­wag, fu­ria spoj­rzeń, eks­plo­zja myśli z mózgów. Jest tu, otwar­ta na świat, po­kry­wa go sie­cią prze­wodów elek­trycz­nych. Z każdą se­kundą po­su­wa się naprzód, wy­ry­wa coś i ob­ra­ca w popiół. Wszyst­ko jest do­bre, by ude­rzyć. Ma nie­zli­czo­ne kły, dzio­by i pa­zu­ry. Nikt się przed nią do końca nie ostoi. Nikt nie będzie oszczędzo­ny. To właśnie to, to oko praw­dy.

Gdy dzień, ude­rza światłem. A gdy noc, posługu­je się przypływem ciem­ności, jej chłodem, jej ciszą.

Woj­na nad­ciąga, by trwać dzie­sięć tysięcy lat, by trwać dłużej niż hi­sto­ria ludz­kości. Nie ma przed nią uciecz­ki, nie ma od­wro­tu. Sta­je­my wo­bec woj­ny z po­chy­lo­nym czołem, na­sze ciała posłużą ku­lom za cel. Za­ostrzo­na sza­bla szu­ka gar­deł i serc, nie­kie­dy brzuchów, by je roz­orać. Pia­sek spra­gnio­ny jest krwi. Nie­wzru­szo­ne góry chcą wyryć prze­paście pod sto­pa­mi wędrowców. Dro­gi pragną, by dać się na nich roz­gnia­tać i miażdżyć bez ustan­ku. Mo­rze musi kru­szyć tcha­wi­ce. A w prze­strze­ni ko­smicz­nej pa­nu­je strasz­li­wa wola za­mknięcia wokół gwiazd imadła próżni i stłumie­nia mi­go­tań ma­te­rii.

Woj­na wznie­ciła wi­cher, który uni­ce­stwi wszyst­ko. Z rur wy­de­cho­wych wy­do­by­wa się roz­pa­lo­ny gaz, tle­nek węgla roz­prze­strze­nia się w płucach i w żyłach. Usta otwie­rają się sze­ro­ko i wy­rzu­cają pierście­nie sza­ro­nie­bie­skie­go dymu, które, tańcząc, unoszą się aż pod su­fit. War­gi roz­chy­lają się i uwal­niają stru­mie­nie śmier­cio­nośnych słów, słów, które budzą strach. To właśnie to. To jest wi­cher woj­ny.

Neo­no­we błyski wy­bu­chają wokół twa­rzy młodej dziew­czy­ny. Prze­dziu­ra­wią jej skórę, spalą jej twarz o łagod­nych ry­sach, po­skręcają żarem jej długie, zwierzęce włosy.

Twar­de pro­mie­nie światła try­skają z żarówki nie­ustan­nie. W szkla­nej kuli świe­ci rozżarzo­ny dru­cik. To, to właśnie jest spoj­rze­nie woj­ny, bez­li­to­sne oko, które ośle­pia po­wierzch­nie po­ko­ju i za­trzy­mu­je ob­raz na ma­to­wej błonie.

Po­dob­ne do krótkie­go płomie­nia błyska­wicz­nie wy­do­by­wającego się z lufy re­wol­we­ru, po­dob­ne do wy­bu­chu bom­by, po­dob­ne do stru­mie­nia na­pal­mu płynącego uli­ca­mi mia­sta. Białe domy, kościoły, wieże – ruńcie! Nie ma­cie już pra­wa się wzno­sić. Ko­bie­to w zna­nej ma­sce, pa­daj, pa­daj! Nie masz już pra­wa sta­wiać czoła nie­zna­ne­mu. Woj­na chce, by schy­lić przed nią głowę, by pełzać po zie­mi pełnej błota i żela­znych drutów. Ko­bie­to, two­je na­gie ciało nie służy już żad­ne­mu uwiel­bie­niu. Te­raz ist­nie­je dla ciosów, dla poniżających spoj­rzeń, dla ran, które odsłaniają za­ka­mar­ki życia.

Po­dob­na do płomie­nia gwiaz­dy, błyszczącej wśród nocy, by wy­po­wie­dzieć je­dy­nie mi­liar­dy ki­lo­metrów, których nig­dy nie się nie po­ko­na, jest iskra spoj­rze­nia między dwie­ma po­wie­ka­mi. Po­dob­na do kro­pli wody, do kro­pli krwi, jest świa­do­mość tej młodej dziew­czy­ny, której imię nie zna­czy nic, nie za­wie­ra ni­cze­go. Nie ma już sa­mot­ności. Nie ma już dum­ne­go od­rzu­ce­nia. Żywa woj­na uni­ce­stwiła je z łatwością jed­nym cio­sem swe­go światła. Jakże można by być sa­mot­nym pośród tego rozpęta­nia? Jakże można by po­wie­dzieć, czy choćby na­pi­sać

NIE

gdy wszyst­ko wokół, wszyst­ko w głębi, cały czas mówi „tak”?

Działo się to więc w tle, w trze­ciej oso­bie. Nie było już miej­sca na „ja”. Świad­ko­wie zo­sta­li wy­gna­ni, pozo­sta­li tyl­ko ak­to­rzy, sami ak­to­rzy. Oczy prze­stały cho­dzić pa­ra­mi, i nogi, i pier­si. W pusz­kach cza­szek już nie ma ob­razów łagod­nych, już nie ma opo­wieści, już nie ma ana­liz. Cy­fry, mro­wie cyfr wypełniało po­wie­trze, spa­dało desz­czem, ude­rzało o zie­mię. Słowa nie chciały już dwa razy mówić tego sa­me­go. Już nie pamiętały. Być może nadal pi­sa­no li­sty, być może... Po­eci, po­chy­le­ni nad kart­ka­mi pa­pie­ru, po­zwa­la­li snuć się swo­im pro­stym hi­sto­riom. Być może... W gęstym po­wie­trzu ka­wiarń drżały jesz­cze ja­kieś pio­sen­ki, ja­kieś dźwięki gi­ta­ry i ko­bie­cy głos wy­li­czający słowa miłości. Tak, tak, być może, być może... ale to nie było ważne. To nie zna­czyło nic. To były odgłosy, wśród tylu in­nych, dźwięki z wiel­kiej ma­chi­ny wy­twa­rzającej wi­bra­cje. Nie, to, co należało wy­po­wie­dzieć, te­raz, tego dnia, to była praw­da o mno­gości. Nie było już du­szy, nie było już uczu­cia w kształcie wy­spy. Nie było już myśli pod­dającej się swe­mu maleńkie­mu li­ne­ar­ne­mu ry­sun­ko­wi. Nie było już ani jed­nej rze­czy.

Wszyst­ko nad­cho­dzi więc ra­zem. Wszyst­ko po­su­wa się jak ar­mia szczurów, jed­nym fron­tem, i oba­la mur. Przypływ mo­rza – chciałoby się rzec – o mi­lio­nach punktów opar­cia, który rośnie, prze­ta­cza się, miażdży. Wszyst­kie na­zwy. Wszyst­kie mięśnie. Wszyst­kie pal­ce życia, które cisną, ob­ma­cują, prze­cie­rają so­bie drogę. Któż po­wie o tłumie? Kim jest ten, ten, kto w końcu zro­zu­mie drogę mno­gości? On jest drogą.

W taki sposób niewątpli­wie roz­poczęła się woj­na, ale jest za późno, by dokład­nie to wie­dzieć. Po sza­rej równi­nie się roz­prze­strze­nia. Wypełnia prze­strzeń. Cho­ro­ba, roz­bi­jająca prze­gro­dy i wy­ta­czająca limfę. Wy­brała miej­sca za­miesz­kałe przez lu­dzi. Prze­rwała tamy. Po­sta­wiła na zie­mi stożek bólu, nerw wśród mi­lionów nerwów. Wy­brała ciało jed­nej młodej dziew­czy­ny spośród mi­lionów młodych dziew­czyn. Ale to zupełnie ja­sne, że za­wsze była wojną, że ist­nie­je poza myślą. Jest wszędzie. W noc­nych ma­rze­niach, w mar­szu w świe­tle dnia, w miłości, w nie­na­wiści, w zemście. Do­pie­ro się roz­poczęła.

Nie jest przy­pad­kiem. Nie jest wy­da­rze­niem. Jest wojną.

Jest wy­pi­sa­na na pa­pie­rze murów, wpi­sa­na w kwia­ty i ro­ze­ty. Jest wy­ry­ta na szkle, na po­wierzch­ni wody, w płomy­ku zapałki, na każdym ziarn­ku pia­sku.

Woj­na, która nie chce zwy­ciężyć, która nie po­trze­bu­je zwy­ciężyć. To już nie są ludz­kie spo­ry, wyścigi, ko­ry­ta­rze gdańskie czy sie­dem­na­ste równo­leżniki. Tam­te rze­czy działy się bar­dzo szyb­ko, a ci, co umie­ra­li, nie umie­ra­li, walcząc, lecz przez przy­pa­dek, bo kula za­kreśliła tra­jek­to­rię, na której aku­rat zna­lazło się ich gardło czy płuco. Między okiem, które zro­dziło śmierć, a kawałkiem żela­za, który ją zadał, nie było nic.

Lecz ta woj­na, o której mówię, ona nie igno­ru­je. Jest śmier­cią w całej roz­ciągłości.

Ciężki ka­ra­bin ma­szy­no­wy, mau­zer, ku­sza, sar­ba­kan czy topór były w swej isto­cie łagod­ne, bo były ślepe. Były tyl­ko bro­nią. Lecz to znisz­cze­nie, o którym mówię, ono ma oczy. Jego broń jest to­tal­na. Jego zbrod­nia bez­u­stan­na.

Woj­na, która po­tra­fi być piękna. O bar­wach pożaru czy za­cho­du słońca nad mo­rzem. O ko­cich ru­chach. O włosach z alg. Woj­na, która żyje, jest prawdą, przyszłością! I na cóż się zdało, że świat od­krył pew­ne­go dnia jej se­kre­ty?

Tego nie ma w du­szy młodej dziew­czy­ny. Gdy­by to było w du­szy dziew­czy­ny, wszyst­ko byłoby zupełnie pro­ste. Za­bra­no by jej duszę, wy­rwa­no by jak cho­ry ząb, i wszyst­ko znów stałoby się nor­mal­ne. Gdy­by to działo się w oczach dziew­czy­ny, do­brze wia­do­mo, co by się stało: po­zba­wio­no by ją oczu, umiesz­czając za­miast nich dwa win­ne gro­na. Nie, to nie są oczy. To jest poza oczy­ma, poza duszą. To nie jest nerw, co boli. To jest poza ner­wa­mi, Bądźcie, kim chce­cie, mówcie, co chce­cie – ale nie sądźcie, że co­kol­wiek się zmie­ni. Za­mknij­cie oczy, pisz­cie wier­sze zwykłymi słowa­mi, fo­to­gra­fuj­cie pier­si ko­biet, pieśćcie war­gi, gdy się uśmie­chają. Ale nie sądźcie, że co­kol­wiek będzie trwało w po­ko­ju.

Jakże to po­wie­dzieć? By to wy­ra­zić w sposób ab­so­lut­ny, po­trze­ba by eks­plo­zji i znisz­czeń, po­trze­ba by słów przy­by­wających z ko­smo­su z prędkością światła, słów, które roz­bi­jają w pył wszyst­ko na swej dro­dze, słów po­dob­nych do po­toków lawy, słów, które świszczą w po­wie­trzu i żłobią na po­wierzch­ni zie­mi wiel­kie wrzące kra­te­ry.

Trze­ba wyjść z sa­me­go sie­bie, trze­ba ko­niecz­nie. Trze­ba zajść w głąb sie­bie tak da­le­ko, że już się ni­cze­go nie roz­po­zna, że wszyst­ko trze­ba będzie wymyślić od nowa.

To na­deszło po­wo­li, właśnie tak, i usiadło na świe­cie. Lecące kręgi, na przykład, i pierście­nie spadły na zie­mię jed­ne po dru­gich. Jest gdzieś w ko­smo­sie wiel­ki wąż, który owi­ja się wokół ofia­ry; jego milczące ciało nie­po­wstrzy­ma­nie ota­cza ją wciąż no­wy­mi pętla­mi. Gdy tyl­ko po­ja­wi się jakaś żywa isto­ta, wiel­ki wąż owi­ja się wokół niej i za­ci­ska węzeł.

Nie, nie, to nie to. Wiel­ki wąż nie ma tyle siły. Bi­twy, które toczą się o życie, są o wie­le prost­sze. To jest bar­dziej ukry­te niż one, nie ma twa­rzy ani ciała. To we wnętrzu rze­czy po­wstają kręgi. Wszyst­ko na­da­je życie kręgom. Płyną wokół pyłków ku­rzu, roz­chodzą się, wywołują drżenie ma­te­rii. Nie­ustający nie­pokój, który nisz­czy wszyst­ko, co stałe, eks­ta­tycz­nie nie­ru­cho­me. Wola nie jest czymś zewnętrznym. Nie­bez­pie­czeństwo nie jest czymś ob­cym. To strach po­wo­du­je, że świat drży, że mącą się ob­ra­zy. Nic już nie jest tu bez­piecz­ne. Zbierz­cie blo­ki skal­ne, wznieście gra­ni­to­we po­mni­ki, szyb­ko, szyb­ko. Bo będzie za późno. Strach po­trze­bu­je gór i skał. To dla­te­go ludz­kość wzniosła tyle pi­ra­mid i ka­tedr. Przez wie­ki wal­czyły z rozpływa­niem się wszechświa­ta.

Umrzeć – to nic. Ale za­mie­nić się w wodę... Po­tem, roz­dzie­lając wodę, roz­chy­lając jej mem­bra­ny, prze­mie­nić się w gaz. Oto przy­czy­na stra­chu. Pia­sko­we i as­fal­to­we pu­sty­nie – to ostat­nie miej­sca świa­do­mości, gdy jest tyle rzek.

Chmu­ry nad mia­stem ro­zerwą się lada chwi­la. Nikt nie chce zniknąć. Sko­ro na­ro­dzi­liśmy się pew­ne­go dnia i sko­ro uj­rze­liśmy słońce, i sko­ro stwo­rzy­liśmy suszę, nig­dy nam dość pust­ko­wi i pod­zie­mi, by się schro­nić.

Język w ustach wal­czy ze śliną. Słowa – to spra­wa zębów i pod­nie­bie­nia twar­de­go, napiętych warg. Gru­czoły wy­dzie­lają ślinę, a słowa prze­chodzą przez nią pęche­rzy­ka­mi. Cza­sem jakiś żołnierz pada na ko­la­na z prze­dziu­ra­wio­ny­mi płuca­mi. Wówczas po­tok czer­wo­nej śliny pod­cho­dzi do gardła i wy­le­wa się przez usta. Za­miast krzy­ku: „Na po­moc! Ra­tun­ku! Szyb­ko, szyb­ko!”, słychać tyl­ko rzężenie tonącego, coś w ro­dza­ju: „Arrl arr­rulll!! Uuuuuurl! Ooohu­uurlll!”.

Cy­wi­li­za­cje słońca prze­miną. Nie mogły trwać. Wszyst­kie blo­ki ka­mien­ne, świąty­nie, scho­dy nie mogły za­trzy­mać na­po­ru wody. Ka­mień jest wrażliwy, stop­nio­wo za­mie­nia się w pył. Góry nie są wyższe od chmur. Oczy nie są gwiaz­da­mi, to lam­py, które gasną. Myśl nie idzie pro­sto przed sie­bie jak światło. Myśl jest jak strzyk­nięcie śliny.

Daw­na sa­mot­ność, ta, która wy­rzu­cała w głąb ko­smo­su, która za­mu­ro­wy­wała w swej ci­szy – roz­kosz ciała pławiącego się w mu­ty­zmie – jakże w nią jesz­cze wie­rzyć? Odkąd wszyst­ko stało się języ­kiem, zna­czy, że nie ma już na­dziei na zro­zu­mie­nie. Być sa­mot­nym – to próbować zro­zu­mieć. Lecz być ze wszyst­ki­mi tam, w tym wiel­kim wi­rze, w rwącym po­to­ku, który szar­pie brze­gi, to nie zna­czy ro­zu­mieć. To zna­czy być, strasz­li­wie, wchłoniętym przez ogromną pa­nikę.

Te wszyst­kie:

„Je­stem”

„Chcę”

„Ja... Ja ko­cham”

„Ja, ja, mnie, ze mną, o mnie, mną, mój, moja, moje, ja, ja, ja!”

i te wszyst­kie daw­ne wspo­mnie­nia, fo­to­gra­fie pełne cie­ni i ta­jem­nic, ry­sun­ki na skraw­kach pa­pie­ru, wier­sze o Ja po­dzi­wiającym wi­dok mo­rza, o Ja wo­bec piękna ptaków, o Ja siedzącym u boku ko­bie­ty, wsłucha­nym w bi­cie jej ser­ca, i o Ja wo­bec śmier­ci: kłam­stwa, kłam­stwa, czar­ne oku­la­ry! To było po to, by nie wi­dzieć, jak zbliża się woj­na. To było, by za­po­mnieć na­ra­stający stu­kot bu­ciorów nad­chodzącej hor­dy, by uda­wać, że nie ma nas tu, gdy ONI, oni przy-by­wają!

Świat ni­cze­go nie za­po­mniał. Mści się. Z głębi cza­su nad­bie­ga, na ma­sakrę. Mo­men­tal­nie prze­rwie wszyst­kie daw­ne ma­rze­nia, wszyst­kie an­ty­fo­ny. Prze­tnie psal­mo­dię – ra­zem z gardłem, roz­le­je myśl – ra­zem z krwią.

Wy­dy­cha kłęby dymu, a ciem­ność gęstnie­je.

Po cóż więc krzy­czeć? Możecie so­bie wy­pluć płuca i wypłakać oczy, a świat przyj­mie wa­sze wołanie i za­mie­ni je w zgiełk, zgiełk, który będzie mla­skać, jęczeć, trzesz­czeć, kle­ko­tać, grzmieć, gru­chać, wyć, gda­kać, gwiz­dać, śpie­wać i łomo­tać wraz z in­ny­mi hałasa­mi. Słuchaj­cie, słuchaj­cie wspa­niałej mu­zy­ki! Już z niej nie wyj­dzie­cie.

Być sa­mym. Być je­dy­nym. Być tym, który jest, bez­i­mien­nie. To, to byłby pokój. Lecz dziś przez otwartą czaszkę wyszła du­sza. Roz­pro­szyła się we wszechświe­cie, znikła nad mo­rzem. Z przy­zwy­cza­je­nia, lub z tchórzo­stwa, ist­nieją jesz­cze te strzępy, ten bełkot, te swe­go ro­dza­ju pod­pi­sy. To jest moje. Tam­to – two­je, jej. Cza­sem uważamy się jesz­cze za właści­cie­li, choć sto­czy­liśmy się już do wspólne­go dołu. Mamy usta, by po­sia­dać, oczy – by zdo­by­wać. Mie­rzy­my świat długością sto­py. Jakże o tym wszyst­kim za­po­mnieć? Czyżby już nie było naj­mniej­sze­go okru­cha, który nosiłby wa­sze mia­no? Czyżby nie było snu, po­dmu­chu po­wie­trza, poświa­ty, które by do was należały?

Wszyst­ko jest wspólne. Nic ni­czy­je. Wszyst­ko jest ni­kim. O, spoj­rze­nie, od­zy­skaj swą siłę! Zdo­by­waj od nowa! Świat jest wiecz­nie ten sam. Za każdym ra­zem, gdy na końcu kra­nu ro­dzi się kro­pla wody, zna­czy, iż można coś ode­rwać od bez­i­mien­nej masy. Za każdym ra­zem, gdy ro­dzi się życie, zna­czy, że bu­do­wa­ny jest dom i że szczu­ry wy­gnają jego miesz­kańców.

Ar­mia w prze­mar­szu, tra­tu­je pola, nisz­czy mo­sty, krad­nie, gwałci, miażdży. Nie­wi­dzial­ne woj­sko, bez myśli ni czynów!

Skąd się bie­rze? Czy to możliwe, że bie­rze się z umysłu, je­dy­nie z umysłu, by siać znisz­cze­nie? Czy to możliwe, żeby w człowie­ku była aż taka nie­na­wiść do człowie­ka, a w drze­wie – aż taka nie­na­wiść do drze­wa? Wszyst­ko zmie­rza ku znisz­cze­niu, ku zo­hy­dze­niu. Nie ma mowy o czułości ni o bez­pie­czeństwie. Jest tyl­ko ta dzi­ka ar­mia, której oczy mącą wzrok i zrzu­cają w prze­paść. To nie za­ba­wa. Jest je­dy­nie po­trze­ba zwy­ciężania, każdego dnia.

W końcu na­ro­dziło się zło. Od daw­na się o nim mówiło, zaczęto już na­wet nie­co powątpie­wać. Aż do tego dnia zło nie miało zna­cze­nia. Miało swych bo­ha­terów i swych sędziów. Miało swo­je gra­ni­ce. Gdy po­ja­wiało się na zie­mi, to nie­mal przy­pad­kiem. Wy­bu­chało po­dob­nie jak bu­rza, z kon­den­sacją, kon­cen­tracją, pio­ru­na­mi. Tuż za nim podążał pokój. Dziś wresz­cie człowiek po­znał zło. Ono nie jest już wy­ni­kiem zbie­gu oko­licz­ności, nie jest już sta­nem du­cha. Jest NIE­ZMIER­NIE ZEWNĘTRZNE.

Zło, woj­na, czy­li wy­obra­zić so­bie zewnętrzność. Po­tem, wy­obra­ziwszy ją so­bie, otwo­rzyć bra­my wnętrza. Lek­ka sub­stan­cja ulot­niła się, roz­puściła w gęstym oce­anie. Strach zaczął się w dniu, w którym ta młoda dziew­czy­na mogła po­wie­dzieć, być może dla żartu, albo po pro­stu dla­te­go, że stało się to w tym mo­men­cie prawdą:

„Je­stem ni­czym”

Po­tem nastąpiły de­kla­ra­cje wol­ności:

„Ni­cze­go nie chcę”

„Nie będę mieć dziec­ka”

„Już nie wierzę”

„Nie ist­nie­jesz”

Świat się nie za­wa­lił, jak to so­bie wcześniej wy­obrażała. Wszyst­ko po­zo­stało na miej­scu. Sa­mo­cho­dy nadal jeździły po as­fal­to­wa­nych ale­jach, lu­dzie wciąż sta­li na własnych no­gach, sa­mo­lo­ty latały jak przed­tem. Ale strasz­ne było to, że coś zniknęło, że coś opuściło wnętrze człowie­ka. To coś było nie­wi­dzial­ne, nie wia­do­mo było dokład­nie, co to było, ale jed­nak – coś. W środ­ku każdego przed­mio­tu było te­raz zagłębie­nie, wydrążenie, którego wlot był bar­dzo wąski, za to wnętrze ob­szer­niej­sze niż gro­ta, coś w ro­dza­ju ko­bie­ce­go brzu­cha.

To w tych wydrążeniach po­wsta­je woj­na. Każdy przed­miot jest gi­gan­tyczną ma­cicą, w jesz­cze większej ma­cicy świa­ta.

Wszyst­kie te brzu­chy rodzą. Woj­na jest właśnie tym – ak­tem na­ro­dzin.

Ro­dzi się świat, a człowiek jest po nic w jego na­ro­dzi­nach. Świat wokół nie­go, wokół młodej dziew­czy­ny, zajęty jest swym własnym wiel­kim wysiłkiem po­ro­du. Dziew­czy­na wi­dzi, jak spa­zmy prze­chodzą po­wie­trze i zie­mię. Niektóre prze­bie­gają jej ciało jak dresz­cze. Świat chce dopiąć swe­go. Boleśnie ru­sza się, by zna­leźć ujście, ku światłu. Czyż to nie strasz­ne dla ludu glist?

Mówić, pew­ne­go dnia. Po­wie­dzieć wie­le słów, na­pi­sać własną wol­ność. A po­tem, in­ne­go dnia, na­sta­je naj­większa wol­ność. Ta, która nie trosz­czyła się o słowa, ta, która pro­wa­dziła walkę, by się wy­zwo­lić: dziec­ko, rodząc się, pożre jed­nym ru­chem języka całe mo­rze łożyska.

Dziew­czy­na nie chce tego syna. Chce go otruć, za­nim się na­ro­dzi. Jak można by pragnąć syna, który za­bi­je własną matkę?

Już nie ma świa­do­mości. Spoj­rze­nie prze­stało już wędro­wać tam i z po­wro­tem.

Spoj­rze­nie jest już tyl­ko sza­lo­nym bie­giem do dna stud­ni, ku krańcom ho­ry­zon­tu. Świat jest za­krzy­wio­ny, nig­dy nie na­tra­fia się na mur. By się odbić, trze­ba by znać ostat­ni sza­niec, ten, który spra­wia, że umysł dopełnił swej ody­sei. Te­raz, i to wia­do­mo, podróże nie mają celu. Roz­po­znać gra­ni­ce oszołomie­nia, zna­leźć je i po­znać – cóż to ta­kie­go? Nicość ucie­ka przed nim, kry­je się. Pust­ka nie chce na­wet, by ją po­znano. Otchłań na­gle sta­je się płaska – to naj­lep­szy sposób, by być niezgłębioną.

Aby je po­znać, trze­ba by spo­tkać rze­czy. Któż je spo­tkał? By zaś po­znać sie­bie sa­me­go, trze­ba by do­tknąć sie­bie jak przed­mio­tu. Światów – oto, co chciałem przede wszyst­kim po­wie­dzieć – nie sposób od­na­leźć.

Nikt już nie ma twa­rzy.

A jed­nak młoda dziew­czy­na, o której wam mówię, miała twarz. Wyglądała mniej więcej tak: ma­ska de­li­kat­nej białej skóry, z różowy­mi plam­ka­mi na po­licz­kach, na czo­le i na skrzy­dełkach nosa. Z kil­ko­ma ciem­no­nie­bie­ski­mi żyłkami na skro­niach, z kil­ko­ma zmarszcz­ka­mi w kąci­kach oczu i na czo­le, z dwo­ma czy trze­ma pie­przy­ka­mi i setką piegów.

Twarz głęboka, z lek­ki­mi wzgórka­mi, twarz z ka­mie­nia wygładzo­ne­go wodą, sta­wiającego opór cza­so­wi.

Jej twarz nie po­wstała przez przy­pa­dek. To ona sama ją ukształtowała, być może rękoma albo ra­czej myślą. Ufor­mo­wała ją, by przy­ciągała światło, by prze­ni­kała deszcz, by prześli­zgi­wała się przez war­stwy po­wie­trza. W środ­ku twa­rzy utwo­rzyła ten do­da­tek w kształcie pi­ra­mi­dy, z dwo­ma otwo­ra­mi, by chłodne po­wie­trze mogło wniknąć do wnętrza jej ciała i prze­chodząc przez owłosio­ne kanały, oczysz­czało się, roz­grze­wało i napełniało wil­go­cią.

Poniżej nosa był ten ro­wek, ta­kie ko­ryt­ko, którym miał spływać śluz.

Po­tem war­gi – dwa si­na­we wałecz­ki, usia­ne drob­ny­mi zmarszcz­ka­mi, drob­ny­mi ry­sa­mi. Tędy świat zewnętrzny wle­wał się do gardła, opływał komórki, pochłaniał, ob­my­wał, roz­sie­wał tysiące swych palców. Gdy war­gi roz­chy­lały się, odsłaniając jamę ustną o ta­jem­nych za­pa­chach, świat się nie wahał: wcho­dził. To właśnie po to dziew­czy­na otwo­rzyła tę bramę w dole twa­rzy. To był pierw­szy atak prze­ciw­ko ci­szy. Głowa prze­stała być ka­mie­niem i to­czyć się przez noc mo­rza. Prąd wtargnął, niosąc z sobą nie­ustanną mu­zykę i głosy.

Chciałbym po­wie­dzieć również o oczach. Dziew­czy­na wy­obra­ziła so­bie świe­tli­stość świa­ta, ma­rzyła o kra­jo­bra­zach płonących w słońcu, o głębo­kich no­cach, o pięknie. Wte­dy na­ry­so­wała so­bie na twa­rzy dwa jak­by kwia­ty, dwie błękit­ne gro­ty, które zaczęły błysz­czeć, przez które prze­do­sta­wało się światło, wi­brując. Wokół tych iskrzących grot na­kreśliła płatki czar­nych rzęs, ciężkich smołą, które lek­ko ude­rzały o sie­bie, by otwie­rać i za­my­kać otwo­ry źre­nic. Żyjące obiek­ty na twa­rzy, to właśnie z nich wyszła świa­do­mość. To właśnie dzięki nim świat na­gle wy­ogrom­niał.

Oczy pa­trzyły. Wszechświat był przed ocza­mi.

Gdy dziew­czy­na na­ry­so­wała te dwa wspa­niałe wzo­ry na twa­rzy, zro­zu­miała, że nig­dy nic już nie będzie ta­kie samo. To dla­te­go właśnie każdego ran­ka swe­go życia sia­dała przed lu­strem i roz­po­czy­nała ry­tuał two­rze­nia oczu przy po­mo­cy małych pędzelków i tu­bek z czarną masą.

Po tym twarz była go­to­wa. Wy­star­czyły jesz­cze dwa inne otwo­ry, by słyszeć odgłosy, i tysiące włosów wy­rosłych na skórze czasz­ki, by nie po­zwo­lić twa­rzy otwo­rzyć się i roz­lać swej za­war­tości po nie­bie.

A po­tem twarz się rozpłynęła. Utra­ciła rysy je­den po dru­gim, tak po pro­stu. Nos prze­stał roz­ci­nać wiatr, okrągły me­ta­lo­wy ry­jek, po którym śli­zgały się od­bla­ski. Oczy spłynęły, czer­niąc po­licz­ki tu­szem, a łuki brwi roz­ma­zały się. Usta naj­pierw się za­mknęły, war­gi za­cisnęły; rana się za­bliźniła, i w końcu po­zo­stał już tyl­ko le­d­wie do­strze­gal­ny ślad, jakaś fio­le­to­wa szra­ma, okry­ta prze­zro­czystą skórą.

Po­tem znikły te wszyst­kie drob­ne ozna­ki życia. Bro­daw­ki, włosy, dołki, zmarszcz­ki, wałecz­ki uszu, ścięgna i żyły.

Właśnie w ten sposób zbu­rzo­no bu­dy­nek – ude­rze­nia­mi ta­ra­na i ładun­ka­mi dy­na­mi­tu. Tak wy­so­ka i tak piękna fa­sa­da zwa­liła się, wy­zwa­lając tu­ma­ny pyłu i chma­ry ka­ra­luchów. Okna za­trzy­mały się na chwilę, ślepe, za­wie­szo­ne na nie­bie, tak bar­dzo otwar­te, że już ich nie można było zo­ba­czyć. Wresz­cie ostat­nim wysiłkiem i one upadły, spłynęły na zie­mię jak zwiędłe liście i wia­do­mo było, że do­mostw nig­dy już więcej nie będzie.

W opu­sto­szałym mieście, w którym skry­li się mężczyźni i ko­bie­ty, na­gle ro­dzi się ol­brzy­mi wy­buch. Pośrod­ku wul­kan otwie­ra paszczę i wy­rzu­ca w po­wie­trze słup bez­barw­nych płomie­ni. Ka­mie­nie bru­ku wzla­tują bar­dzo wy­so­ko i spa­dają, dziu­ra­wiąc da­chy ka­mie­nic. Okna roz­pry­skują się. Podłogi chwieją się pod sto­pa­mi, zwieńcze­nia bram pękają pod na­gle uwol­nio­nym ciężarem. A huk zbliża się, zwa­lając wszyst­ko na zie­mię, cy­klon huku, który prze­la­tu­je nad mia­stem jak gi­gan­tycz­ny cień, zmie­rzający wprost ku młodej dziew­czy­nie, cień, który ją pochłonie, uni­ce­stwi.

Gdzie się skryć? Gdzie? Czy ist­nie­je jesz­cze na świe­cie ja­kieś miej­sce, do którego nie do­tarł ten huk? Czy ist­nie­je ja­kieś je­zio­ro o przej­rzy­stych, lo­do­wa­tych wo­dach, je­zio­ro czy­ste jak zwier­ciadło, na szczy­cie góry, je­zio­ro ci­szy, w którym można by za­nu­rzyć się i obmyć?

Opusz­czo­na plaża, długa, lśniąca w słońcu, z mo­rzem kołyszącym się nie­ustan­nie z boku na bok, i z lo­tem much, brzęczących po­nad sto­sem wo­do­rostów?

Czy jest jakaś as­fal­to­wa dro­ga, biegnąca wprost, nie zważając na to, co dzie­je się po pra­wej czy po le­wej i która prze­bi­ja ho­ry­zont pew­nym cięciem, tworząc wyrwę w prze­strze­ni, przez którą będą mogły wresz­cie rzu­cić się do uciecz­ki umy­kające li­nie per­spek­ty­wy?

Czy ist­nie­je – oto właśnie py­ta­nie, praw­dzi­we py­ta­nie – czy ist­nie­je jakaś młoda dziew­czy­na, jed­na je­dy­na, która na­zy­wa się Bea czy Eva, czy Dje­mia, a która nie znałaby woj­ny? Choć jed­na, która nie wal­czyłaby ze swym ciałem, ze swą łagodną twarzą i swy­mi wil­got­ny­mi oczy­ma, ze swy­mi usta­mi i zębami, z włosa­mi? Choć jed­na, która nie byłaby zdo­byczą dla myśli­we­go i która by nie po­lo­wała? Wszędzie są czy­hające spoj­rze­nia, gro­ty jeżące się za blan­ka­mi w mu­rach obron­nych. Wszędzie zbro­je, tar­cze, ka­bu­ry, strzały, lufy ka­ra­binów ma­szy­no­wych.

Gdy roz­brzmie­wają odgłosy za­bi­ja­nia, ucie­ka. Bie­gnie boso przez pust­ko­wie pełne ruin. W za­ku­rzo­nej zie­mi wście­kle otwie­rają się pułapki, wy­dając dziw­ne odgłosy ssa­nia. Dziew­czy­na wy­my­ka się im, prze­ska­kując prze­szko­dy, prześli­zgując się, klucząc, skacząc na jed­nej no­dze. Bie­gnie ku wznie­sie­niu, ku ster­cie ka­mie­ni i błota wznoszącej się nad równiną. Bie­gnie tam, bo wie, że to jej je­dy­na szan­sa. Tuż za­nim do­biegła, upadła. Ból był tak strasz­ny, że na­wet nie mogła krzy­czeć. Wgryzła się w po­krytą pyłem zie­mię jak suka, osza­lała z bólu i stra­chu. Upadła na brzuch, ude­rzając ręką w ostry krze­mień. Zaczęła wypływać z niej krew, a wraz z krwią – życie. Szyb­ko, bar­dzo szyb­ko rozpłynęła się, znikła. Jej ciało, jej kości, jej myśli wto­piły się w równin­ne pust­ko­wie. Na­deszła śmierć roz­kosz­na i strasz­na, przy­nosząc jej stop­nio­wo ulgę. Stała się lek­ka. Uno­si się. Jest pi­ja­na.

Lub też in­nej nocy, na przykład 10 stycz­nia, śni, że leży na le­wym boku, na sa­mym ma­te­ra­cu. W po­ko­ju po­ja­wiła się po­stać bez twa­rzy, idąca po­wo­li. Nie wi­działa jej, lecz wie: nóż o błyszczącym ostrzu prze­sunął się w mro­ku, po­zio­ma kre­ska światła w całej tej mrocz­nej ma­sie. Minęła nie­mal wiecz­ność, po czym ostrze zagłębiło się w ple­cy dziew­czy­ny, dokład­nie pomiędzy łopat­ki, i prześli­zgnęło się aż do ser­ca. Czu­bek noża do­tknął ser­ca, wydrążył je, ro­ze­rwał, otwo­rzył je jak po­mi­do­ra. I po­czuła w swo­im cie­le ogni­sty płyn, który roz­prze­strze­niał się, wrzał. Roz­kosz jest tak sil­na, że mdle­je.

Albo jesz­cze – 12 maja. Dziew­czy­na śni, że ją wie­szają.

19 sierp­nia. Upa­da.

20 sierp­nia. Topi się w stud­ni.

4 grud­nia. Pożerają ją dwa wiel­kie łacia­te psy.

A za­tem? Czyż nie ro­zu­mie­cie? Te po­two­ry, te wrza­ski, te głosy – nig­dy ich nie zna­liście! Wa­sza woj­na to tyl­ko wy­mysł! Sny, wszyst­ko ja­sne. Ta cała ohy­da, tam, wokół was: zja­wy! Zja­wy! Kształty wyłonio­ne z mo­rza, mgły! Daj­cie im odpór, tu­taj, te­raz. To mi­nie... Spójrz­cie chi­me­rom w oczy! Za­bij­cie je wzro­kiem po­zba­wio­nym po­wiek. Słońcu nic się nie oprze. Oba­wa, zgiełk: cała ta fu­ria jest tyl­ko wewnętrzna. Spójrz­cie na świat, jak jest spo­koj­ny! Nic się nie dzie­je! Nig­dy zie­mia nie była tak spo­koj­na. Nig­dy za­cho­dy słońca nie były tak głupie. A wa­sze otchłanie, wa­sze głębiny – kałuże wody, kre­to­wi­ska!

Gdzież słyszy­cie te krzy­ki? Nie ma nic prócz ci­szy, jak zwy­kle, ci­szy bez wy­ra­zu, chłod­nej, obojętnej. Gdzież wi­dzi­cie te oczy? My nic nie wi­dzi­my, z całą pew­nością.

Nie ma z cze­go robić pro­ble­mu, do­praw­dy. Sno­py po­cisków, sztucz­ne ognie! Ależ to me­cha­nicz­ne święta, co trwają za­le­d­wie parę mi­nut. Sa­mo­cho­dy po­su­wają się w ko­le­inach? Już stają, za­raz staną! Odgłos słów – lek­kie brzęcze­nie w uszach! Nie ma po­wo­du do stra­chu. Nig­dy ob­raz świa­ta nie był tak jed­no­znacz­ny, nig­dy bie­le nie były biel­sze, a czer­nie – bar­dziej czar­ne.

Nie ma przed czym ucie­kać. Kryjówki? Na cóż się zdadzą?

Świa­do­mość wam umy­ka? Ale już nie je­steście sami. Wśli­zgu­je­cie się w wir ludz­ki, w czas, w prze­strzeń. Sza­leństwo jest bez kon­se­kwen­cji. Nig­dy lu­dzie nie byli bar­dziej re­al­ni, słyszy­cie? Nig­dy.

Spójrz­cie ra­czej na tę młodą dziew­czynę, jak to mówi­cie. Zo­bacz­cie ją: idzie ulicą, prze­cho­dzi obok wi­tryn skle­po­wych. Za­trzy­mu­je się. Przy­gry­za pa­lec. Ru­sza da­lej. Ob­ca­sy stu­kają – raz, dwa, raz, dwa! Hop! Wcho­dzi po stop­niach. Wcho­dzi do domu to­wa­ro­we­go. Świe­ci wśród neonów. Jej włosy lśnią jak szkla­ne włókien­ka. Widać jej twarz ko­lo­ru gip­su, o ry­sach czar­nych jak węgiel. Jej oczy się po­ru­szają. Do­strzegła coś na półce. Wyciąga rękę, jej dłoń otwie­ra się, za­my­ka. W pal­cach o po­ma­lo­wa­nych pa­znok­ciach trzy­ma małą książeczkę opra­wioną w nie­bieską sztuczną skórę, na której na­pi­sa­ne jest złoty­mi li­te­ra­mi:

KA­LEN­DA­RZYK „PRA­TIC”

Dziew­czy­na otwie­ra czer­wo­ne usta i mówi. Mówi:

„A, tak...”

„Chciałam...”

„A ten?”

„Proszę?”

„Ile?”

„Tak, tak”.

„Dzię... dziękuję”.

To nie jest praw­da. To nie jest praw­da. Kłamie­cie, żeby po­opo­wia­dać hi­sto­rie. Chce­cie, by wam uwie­rzo­no. Je­steście sami, zupełnie sami. Czer­pie­cie te kłam­li­we opo­wiast­ki z głębi was sa­mych i chce­cie nimi okryć świat. Aby mieć rację, chce­cie uni­ce­stwić to, co dzie­li wewnętrzne od zewnętrzne­go. Chce­cie żyć tak, jak się śni, i vice ver­sa. Lecz świat was nie słucha. Podąża swym re­gu­lar­nym ru­chem, a potężnym ra­mie­niem, po­ru­sza­nym przez nie­wi­dzial­ny tłok, kreśli wiel­kie fi­gu­ry geo­me­trycz­ne, które za­ma­zują wa­sze gry­zmoły.

We wnętrzu tej młodej dziew­czy­ny, jak to ją na­zy­wa­cie. Jest tam, nie tyl­ko w głębi jej zwin­ne­go, ciepłego ciała, nie tyl­ko na jej przej­rzy­stej skórze, na jej pier­siach, jej brzu­chu, jej no­gach, jej twa­rzy. Lecz również w tym pan­ce­rzu z ny­lo­nu i wełny, w tym sta­ni­ku, w tych pod­wiązkach, w tych czółen­kach, w tym białym płasz­czu nie­prze­ma­kal­nym. Ta ludz­ka syl­wet­ka nie jest ani wol­na, ani znie­wo­lo­na. Nikt nie pro­wa­dzi woj­ny, nikt nie za­bi­ja. Jest tyl­ko ta obca siła, tak in­tym­na prze­cież, która ura­bia.

Dziew­czy­na, o której mówi­cie, pra­gnie dziec­ka. Jest wpi­sa­ne w jej ciało, że będzie ich mieć kil­ko­ro, małych mężczyzn i małe ko­bie­ty, które za­pragną swo­ich dzie­ci. Nie ma brzuchów bez dzie­ci.

Wszyst­ko jest w niej. Dziew­czy­na, o której wam mówię, nie ma jed­ne­go tyl­ko ciała i jed­nej tyl­ko du­szy. Ma ich tysiące.

*

W przy­pad­ku masy mi­li­gra­ma sre­bra, której położenie udało się określić z dokładnością do 0,1 mi­li­me­tra, nie­pew­ność do­tycząca jej prędkości nie­uchron­nie prze­kra­cza mi­liar­dową mi­liar­dowej części mi­kro­na na go­dzinę.

Wer­ner He­isen­berg

Młoda dziew­czy­na, która na­zy­wa się Bea B., wi­dzi, jak wokół jej głowy two­rzy się mia­sto. Nie stało się to od razu, nie. Po­trze­ba było lat, z mie­siącami i dnia­mi, tymi, które od­li­cza się, spoglądając w kart­ki ka­len­da­rza lub za­zna­czając mały krzyżyk co dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny.

Pierw­sze­go dnia był tam­ten pokój ho­te­lo­wy, o ścia­nach po­kry­tych żółtą ta­petą i z oknem, w którym wi­siała nie­bie­ska zasłona. Tego dnia wszyst­ko wzięło się z łóżka, z wy­gnie­cio­ne­go ma­te­ra­ca i z białych przeście­ra­deł. Po­ja­wiła się pust­ka, częścio­wo ula­tując, częścio­wo płynąc, i roz­pro­szyła się w chłod­nym po­wie­trzu, wy­biegła na ulicę, wy­niosła pokój na sam szczyt cze­goś w ro­dza­ju wieży, po­nad mo­rze zgiełku i ru­chu.

Ósme­go dnia były już różno­ra­kie uli­ce, które utwo­rzyły coś na kształt pro­mie­ni gwiaz­dy lub ra­czej szprych koła. W sa­mym środ­ku, na piaście, sie­działa na krześle Bea B., słuchając odgłosów umy­wa­lek i spłuczek, roz­chodzących się wzdłuż ścian.

Trzy­dzie­ste­go dnia wi­działa twa­rze. Z dru­giej stro­ny kwar­tału domów mężczyznę o błyszczących oczach, z pio­nową zmarszczką między brwia­mi.

Sześćdzie­siątego trze­cie­go dnia gra­ni­ce jesz­cze bar­dziej się cofnęły. Po­nad ciągiem ta­rasów i dachów, podążając wzro­kiem za ko­ry­ta­rza­mi jed­no­kie­run­ko­wych ulic, do­strzegła wyłaniające się wiel­kie ogro­dy z drze­wa­mi, traw­ni­ka­mi, fon­tan­na­mi i żwi­ro­wy­mi alej­ka­mi. Maleńkie dzie­ci bie­gały po alej­kach, krzycząc. Gołębie pod­ja­dały. W cie­ni­stym zakątku – ce­gla­ny pi­su­ar, gdzie bez prze­rwy wcho­dzi­li i wy­cho­dzi­li mężczyźni.

Sto dru­gie­go dnia – wiel­kie bul­wa­ry na pe­ry­fe­riach.

Sto trze­cie­go dnia – lądo­wi­ska, sza­re pust­ko­wie, po którym z wol­na po­ru­szały się sa­mo­lo­ty.

Etc. Z po­ko­ju ho­te­lo­we­go na piątym piętrze młoda dziew­czy­na Bea B. drążyła głową dziurę w zie­mi i wy­py­chała na zewnątrz kręgi nie­czy­stości i przed­miotów.

Z każdym dniem po­wierzch­nia rosła. Do­cho­dziły ki­lo­me­try ulic, ta­fle as­fal­tu, ta­bli­ce i ścia­ny. Z każdym dniem było więcej okien, więcej krawężników. Ano­ni­mo­wy tłum na­bie­rał przy­zwy­cza­jeń, do­sta­wał na­zwi­ska: na­zy­wa­li się pan Cor­dier, pan Giof­fret, pani Duez, pani Lem­ploy, pan José Mar­tin, państwo André Vi­gnaux, Eli­za­beth, An­to­inet­te, Dick Flan­ders, Jo, Eve­ly­ne, Ni­co­le No­lon.

Trud­no było w tych wa­run­kach po­zo­stać sobą. Nocą Bea B. sia­dała więc na krześle, obok łóżka, i przeglądała się w lu­strze umiesz­czo­nym na drzwiach sza­fy. Przyglądała się swym dłoniom, spo­czy­wającym na ko­la­nach, i cy­no­we­mu pierścion­ko­wi, który Je­an­je­an ofia­ro­wał jej nie­gdyś na plaży. Przyglądała się ko­la­nom z ich dwie­ma białymi rzep­ka­mi, po­tem przyglądała się bo­sym sto­pom o roz­ca­pie­rzo­nych pal­cach. Przyglądała się swej twa­rzy i nie­bie­sko­sza­ro­zie­lo­nym, podkrążonym oczom. Przyglądała się włosom, każdemu z osob­na, kru­czo­czar­nym, brązo­wym, ja­sno­kasz­ta­no­wym, ru­dym, białym.

Stroiła następujące miny:

1. War­gi roz­chy­lo­ne, odsłonięte sie­ka­cze, jed­na brew pod­nie­sio­na, dru­ga opusz­czo­na.

2. Oczy ze­zujące, ale w dół.

3. Brwi unie­sio­ne tak, że w po­przek czoła tworzą się trzy zmarszcz­ki a nad oczy­ma dwie.

4. Wydęte po­licz­ki, zmarsz­czo­ny nos.

5. Usta otwar­te sze­ro­ko, tak że wi­docz­ny jest w głębi drżący języ­czek.

Po­tem wsta­wała, cho­dziła po po­ko­ju, przed lu­strem. Podcho­dziła. Od­da­lała się. Robiła strip­tiz. Tańczyła. Śpie­wała fałszy­wie. Uda­wała Avę Gard­ner w Bo­so­no­giej con­tes­sie. A po­tem Thedę Bara w Kle­opa­trze.

Cza­sem również mówiła sama do sie­bie ochrypłym głosem, szep­tem. Mówiła:

„To praw­da. Przy­sięgam ci, to praw­da. Gdy mi to wczo­raj po­wie­działeś, nie wie­działam, co od­po­wie­dzieć. Wiesz, za­wsze mam wrażenie, że je­stem na zewnątrz, to zna­czy, chcę po­wie­dzieć, że wszyst­ko dzie­je się bar­dzo da­le­ko ode mnie, że nie­zbyt do­brze ro­zu­miem, cze­go się ode mnie chce. Więc nie wiem, co po­wie­dzieć. A po­tem mam ta­kie wrażenie, że widzę coś żywe­go u in­nych, a mimo to nie ufam. I inne ta­kie. Wiesz, gdy wy­je­chałam od ro­dziców, trzy czy czte­ry lata temu, nie byłam taka. Przy­je­chałam i za­miesz­kałam tu. Wy­cho­dziłam co wieczór i prze­sia­dy­wałam w lo­ka­lach do czwar­tej nad ra­nem, i tak da­lej chciałam być taka jak wszy­scy. Wi­dy­wałam mnóstwo lu­dzi. Sądziłam, że być dzien­ni­karką to poważna spra­wa. Więc bar­dzo się sta­rałam. Cho­dziłam po ka­wiar­niach, była tam pacz­ka, z którą spo­ty­kałam się co wieczór. To byli Jérôme, Lo­uis, An­to­ine, i ten gość, z łysą czaszką, Pe­dro, zda­je się. I jesz­cze So­phie, Ro­se­li­ne, Thérèse Bal­duc­ci, i Françoise. Robiłam głupo­ty, sądziłam, że to wszyst­ko było ważne.

Nie miałam cza­su myśleć. A po­tem, stop­nio­wo, wszyst­ko to się zmie­niło. To się stało łagod­nie, na­wet nie zdałam so­bie z tego spra­wy. Spo­strzegłam, że już nie słucham tego, co mówią inni. Gdy roz­ma­wia­li, za­pa­lałam pa­pie­ro­sa albo po pro­stu so­bie szłam. A po­tem zaczęłam pisać moje ar­ty­kuły w ka­wiar­ni, ze słowni­kiem. Gdy nie miałam już po­mysłów, otwie­rałam słownik i wy­bie­rałam ja­kie­kol­wiek słowo, zupełnie przy­pad­ko­wo. Wątro­ba, na przykład. Obok było na­pi­sa­ne trze­wia. Więc pisałam coś o za­cho­wa­niach trze­wio­wych. Jak się czują lu­dzie, gdy boli ich wątro­ba. I o po­wszech­ności trze­wi. Or­ganów wewnętrznych, które za­wia­dują życiem. Skóra – to była okry­wa wątro­by. Albo na przykład py­ton. Ob­se­sja na punk­cie py­tonów. Lu­dzie widzą py­tony wszędzie. Py­to­ny wśli­zgują się do łóżek, do ubrań, do wa­nien. Albo Dago. Wy­spa Dago. Wy­spa Dago ma 15 000 miesz­kańców. To zna­czy, że mamy mniej więcej półto­rej szan­sy na trzy­sta tysięcy, że pew­ne­go dnia spo­tka­my Dagończy­ka”.

Prze­sta­wała mówić, żeby za­pa­lić przed lu­strem pa­pie­ro­sa.

„Ro­zu­miesz, na czym to po­le­gało. A już szczyt wszyst­kie­go, że w re­dak­cji byli bar­dzo za­do­wo­le­ni. Ilu­stro­wa­li to bar­dzo piękny­mi, trochę pre­ten­sjo­nal­ny­mi zdjęcia­mi, które robił Hen­ri. On tak samo. Też był bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Myślał, że się po­bie­rze­my, chciał, żebym mu uro­dziła syna. Pragnął mnóstwa rze­czy. A ja, ja po­zo­sta­wałam z tyłu. Nie nadążałam. Uda­wałam. Ro­zu­miesz, wszędzie było tyle in­te­li­gen­cji, a ja wolałabym, żeby świat był nie­my. Wszy­scy oni za­mie­rza­li do­ko­nać wiel­kich rze­czy, nie chcie­li zaj­mo­wać się rze­cza­mi bez zna­cze­nia. To dla­te­go przy­je­chałam tu­taj, żeby mieć czas przyj­rzeć się, co tak na­prawdę się dzie­je. Próbo­wa­li mi tłuma­czyć. Zja­wia­li się po ko­lei – moi ro­dzi­ce, Hen­ri, Jérome, Pe­dro i wszy­scy po­zo­sta­li. Roz­sia­da­li się w moim po­ko­ju i roz­po­czy­na­li swo­je prze­mo­wy. No a po­tem, po­tem się zmęczy­li. Prze­sta­li do mnie wy­dzwa­niać. Zastąpili mnie kimś in­nym. Za­baw­ne, co? Nig­dy bym nie uwie­rzyła, że można tak łatwo zniknąć”.

W tym cza­sie po­zo­stała część mia­sta nie­ustan­nie drążyła kra­ter wokół głowy dziew­czy­ny. Uli­ce wi­ro­wały wokół sza­fy z lu­strem, zagłębiając swe per­spek­ty­wy bar­dzo da­le­ko w szkla­nej ta­fli.

Był gdzieś w jej głowie stały punkt. Może jakaś biała pla­ma na zwo­ju mózgo­wym lub też wspo­mnie­nie bólu. Dzień, gdy szła plażą, a jej bosa sto­pa stanęła na sta­rej de­sce, z której ster­czał je­den je­dy­ny za­rdze­wiały gwóźdź.

To dzień, w którym zro­zu­miała, to było strasz­ne, że nig­dy nie będzie na­prawdę sama.

Więc robiła plan mia­sta, by po­wstrzy­mać ruch wirów. Lecz nie było to łatwe. Za­czy­nała od środ­ka głowy i próbowała li­czyć: pierw­szy wir, dru­gi wir, trze­ci wir. Prąd mor­ski. Rafa. Przylądek. Sze­reg wy­se­pek. Rafa. Ude­rze­nia fal. Czwar­ty, piąty wir. Roz­legła po­wierzch­nia, pla­ma ole­ju, ci­sza. Spokój, spokój. Wiatr od mo­rza. Lot mew. Dno. Krótka plaża, na której osia­dają me­du­zy. Ko­ry­tarz po­wietrz­ny. Roz­dar­cie chmur.

Plan nie­ustan­nie się roz­pa­dał. Nic nie było usta­lo­ne. Był tyl­ko nie­ustan­ny ruch.

Za­czy­nała od nowa: pierw­szy szczyt. Dru­gi szczyt. Urwi­ska. Wąwozy. Do­li­na lo­dow­co­wa, długa, kręta, za­ta­ra­so­wa­na szre­niem. Kra­ter wul­ka­nu. Trze­ci szczyt. Czwar­ty szczyt. Mo­rze lodu, lśniące mo­rze śnie­gu. Czar­ne szczy­ty sterczące z białego śnie­gu. Wśli­zgi­wa­nie się cie­nia w szcze­li­ny. Po­wiew ci­szy.

Albo jesz­cze in­a­czej: pierw­sza mgławi­ca. Dru­ga mgławi­ca. Trze­cia mgławi­ca. Ob­szar pust­ki. Kon­ste­la­cja. Ga­lak­ty­ka śli­zgająca się po czar­nym pust­ko­wiu. Nova. Połknięta ci­sza. Ból spi­cza­stych gwiazd w cen­trum ogrom­ne­go znie­czu­le­nia. Upa­dek. Czwar­ta mgławi­ca.

A oto jak spra­wy prze­bie­gały w rze­czy­wi­stości: w po­ko­ju o żółtych ścia­nach, nocą, około północy, dziew­czy­na sie­działa na krześle przed szafą z lu­strem. Mówiła na głos, paląc pa­pie­ro­sa i myśląc o fa­ce­cie, który miał na imię Hen­ri albo Ste­phan. Po­tem brała książeczkę w okładce z nie­bie­skie­go pla­sti­ku, na której wid­niał złoty na­pis:

KA­LEN­DA­RZYK „PRA­TIC”

i szyb­ko pisała długo­pi­sem:

So­bo­ta, 9 stycz­nia

To już rok, jak tu je­stem. Jak ten czas leci! A mimo to nie znam jesz­cze ni­ko­go. Spędzam czas na za­ku­pach, w bi­blio­te­ce, w ka­wiar­niach, w po­ko­ju. Jest zim­no. Pada. Wszy­scy fa­ce­ci to idio­ci. Zbo­ki. Dziew­czy­ny też. Ja też! Uważam, że to idio­tycz­ne. Te wszyst­kie spra­wy płci. Dla­cze­go tak jest, że jed­ni są jed­nej płci, a inni – in­nej? To zupełnie kre­tyńskie. Idę do kina. Wi­działam Wal­ko­wer Sko­li­mow­skie­go. Na uli­cy na­po­tkałam spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu Pana X. Jest brzyd­ki, ale mnie się po­do­ba.

Po­tem wkładała nie­bieską książeczkę do szu­fla­dy, paliła jesz­cze jed­ne­go ame­ry­kańskie­go pa­pie­ro­sa. Pa­trzyła na ulicę przez szcze­li­ny żalu­zji. Myła zęby nad umy­walką i splu­wała.

Tej nocy śniło jej się, że ogrom­ny pociąg o kołach ostrych jak ma­szy­ny do kra­ja­nia szyn­ki prze­jeżdżał przez jej ciało, roz­ci­nając je na rząd pla­sterków.

*

Woj­na nie zbliża się ku końcowi, o nie, nie! Rzu­ca dzi­kie błyski, błyski światła bar­dziej śmier­cio­nośne niż kule, błyski oczu, błyski żela­za. Wszyst­kie rze­czy są wy­tre­so­wa­ne i pragną uni­ce­stwiać. Wszyst­ko, co jest jed­nostką, wszyst­ko, co zro­dziło się w swej wyjątko­wości – na śmierć, na śmierć! Ko­niec z myśle­niem! Ko­niec z działaniem! Pod­dańczość... Woj­na wy­do­by­wa ogni­ste pasz­cze. Unoszą się osłony i uka­zują się ar­ma­ty. Czar­ny sa­mochód zjeżdża po po­chyłości uli­cy, ale na­gle na da­chu po­ja­wia się ka­ra­bin ma­szy­no­wy i strze­la do tłumu. Słowo „za­bi­jać” kry­je się wszędzie, od­bi­ja się echem we wszyst­kich in­nych słowach. Ale tu nie cho­dzi o za­bi­janie. Cóż za spokój, wresz­cie, gdy krew wypływa z ran! Gdy au­to­bus wy­pa­da z nie­wi­dzial­nych ko­le­in szo­sy i ude­rza w mur, przy­gnia­tając do nie­go dwo­je lub tro­je dzie­ci i jedną czy dwie ko­bie­ty, coś się wy­zwa­la. Po­ja­wia się jakaś radość czy jakaś praw­da.

Gdy prze­moc prze­ra­dza się w zbrod­nię, wymyśla wol­ność.

A to wszyst­ko, co jest trzy­ma­ne na wo­dzy! Wszyst­ko to, co jest ściśnięte w pod­ziem­nych ko­ry­ta­rzach wul­ka­nu i cze­go nic nie oca­li! Spa­zmy, które wstrząsają brzu­szy­ska­mi ma­szyn, dresz­cze, drgaw­ki: dzi­kość! Dzi­ka nie­na­wiść! Igno­ran­cja! Nie­mo­ta!

To, co znaj­du­je się w głębi ko­lo­ru czar­ne­go, to, co znaj­du­je się w płomie­niu! Pra­gnie­nie uni­ce­stwie­nia ob­ra­zu świa­ta, jego całko­wi­te­go prze­kreśle­nia! Ciągłe po­ro­nie­nie, zwiot­cze­nie mięśni, gry­mas – i nic się nie dzie­je!

Świat pa­trzy mi­lio­na­mi oczu, a jego spoj­rze­nie jest bar­dziej fa­scy­nujące niż źre­ni­ce ty­gry­sa. Wpro­wa­dza strzy­kawkę w głębię du­szy i za­sy­sa. To spoj­rze­nie pra­gnie, byś wypróżnił się z treści, pra­gnie, by wspomóc je w owym strasz­li­wym krwio-toku. Wszechświat jest ol­brzy­mią pustką, którą trze­ba nie­ustan­nie wypełniać. To nig­dy nie po­win­no było nastąpić. Smok z roz­dzia­wioną paszczą wypełnił nie­bo i zie­mię. Trze­ba mu wciąż no­wych ciał na pożar­cie, nig­dy nie jest syty. Żołnie­rze, uwol­nij­cie nas od świa­ta! Jest zbyt wiel­ki. Jest zbyt potężny. Ma zbyt wie­le wieków przed sobą, zbyt wie­le za sobą. Ma za dużo ma­te­rii. Nie zdołamy mu się oprzeć. Będzie­my zsu­wać się stop­nio­wo ku jego pasz­czy, w której już widać gru­czoły tra­wien­ne.

W mieście zro­dził się żarłoczny wir, już ufor­mo­wał swój lej. Jest za dużo in­te­li­gen­cji, za dużo piękna. Jakże się oprzeć? Czyż trze­ba stać się brzyd­kim, po­dob­nym do czar­nej kuli zwi­niętej w ku­rza­wie? Chcę zo­stać, choćby dziś, prze­mie­nio­na w sta­re psie łajno, sku­lo­ne jak wąż na chod­ni­ku. Może mnie nie do­strzegą? Może on mnie nie do­strzeże?

Pa­nie X, o ty, który je­steś żołnie­rzem, przyjdź mi z po­mocą. Po­ko­naj go. Za­bij go. Zmiażdż go kołami mo­to­cy­kla. Naj­pierw wyłup mu oczy, wszyst­kie oczy. Ma ich tyle. Wie­czo­rem, gdy za­cho­dzi słońce, widać, jak lśnią za szy­ba­mi ka­wiarń, małe szkla­ne kul­ki z barw­ny­mi dru­ci­ka­mi. Ran­kiem, gdy wscho­dzi słońce, wszyst­kie są spla­mio­ne krwią.

Roz­bij kule żarówek elek­trycz­nych, zniszcz re­kla­my świetl­ne! One są również oczy­ma, które bar­dziej niż patrzą: one pożerają. Wszyst­kie ra­zem lśnią nocą na fa­sa­dach domów, wzdłuż ulic, kreślą zna­ki. Już nie mam cza­su się za­sta­na­wiać. Biegnę ku nim jak głupia ćma.

Prze­stać ist­nieć! Ist­nie­nie jest nie­ustanną de­zercją w kie­run­ku wszyst­kich tych punktów świetl­nych. We­zwa­nia zbliżają się do sie­bie, osa­czają nas. Wszy­scy mężczyźni i wszyst­kie ko­bie­ty są ofia­ra­mi. Są już w pasz­czy smo­ka, nie mają co do tego wątpli­wości. Pieprzą się w szczękach po­two­ra!

Nie sposób już być sa­mej. Długo żyłam w ukry­ciu. Byłam po­grze­ba­na pod sta­ry­mi płótna­mi, byłam czar­nym punk­tem wśród mnóstwa czar­nych punktów. Lecz woj­na jest la­tar­nią, która na­gle za­pa­la się w nocy i która płoszy kąty i załama­nia. Ko­lumną światła, która za­czy­na prze­szy­wać mrok, by wypędzić z kryjówek wy­stra­szo­ne zwierzęta.

Strach: oczy się roz­sze­rzają, ser­ca biją jak sza­lo­ne w wąskich pier­siach. Wszyst­ko sta­je się bez­li­to­sne. Nie sposób umknąć. Drzwi są za­mknięte, wszyst­kie drzwi, które za­wia­dują wcho­dze­niem w głąb rze­czy. Nie­gdyś można było wejść w drze­wo lub w słup te­le­gra­ficz­ny. Wcho­dziło się do wnętrza, zupełnie pro­sto, i sta­wało się zim­nym jak ce­ment. Albo na wiel­kiej ka­mie­ni­stej plaży, o kil­ka cen­ty­metrów od brze­gu. Słońce piekło. Fale, jed­na po dru­giej, padały z chro­bo­tem na ka­mie­nie. Nie­bo było błękit­ne. Można było wte­dy za­mknąć oczy i wyciągnąć się na ple­cach, i wcho­dziło się w plażę. Człowiek sta­wał się płaski jak ona, roz­legły jak ona, z mi­lio­na­mi okrąglaków spiętrzo­nych jed­ne na dru­gich.

Naj­pierw wyglądało się tak ▬, a po­tem tak •.

Kto otwo­rzył śluzy? Kto znisz­czył tamę po­wstrzy­mującą mo­rze? I kto po­za­pa­lał wszędzie te sun­li­gh­ty? Te­raz nie ma już ani mo­rza, ani plaży. Jest mózg, wszędzie. I tyl­ko mózg.

Zie­mia jest sko­rupą as­fal­tu, woda jest z ce­lo­fa­nu, po­wie­trze – z ny­lo­nu. Słońce świe­ci pośrod­ku su­fi­tu ze sklej­ki swą wielką 1600-wa­tową żarówką. Musi tu gdzieś być wiel­ka fa­bry­ka, która bez ustan­ku, wpra­wiając w wi­bra­cje swe rozżarzo­ne do białości ma­szy­ny, wy­twa­rza wszyst­kie te pro­duk­ty kłam­stwa: fałszy­we nie­ba po­ma­lo­wa­ne na nie­bie­sko, fałszy­we góry z alu­mi­nium, fałszy­we gwiaz­dy z włókna szkla­ne­go. Drze­wa z kau­czu­ku wi­brują w po­dmu­chu wen­ty­la­torów. Ich zie­lo­ne liście nig­dy nie umie­rają. Owo­ce w ko­szach nie mogą zgnić: fio­le­to­we wi­no­gro­na, ba­na­ny, po­ma­rańcze, jabłka. Ma­szy­ny wy­mo­de­lo­wały je i po­wy­ci­nały laub­zegą. W do­ni­cach rosną bez­na­dziej­nie sztucz­ne pe­lar­go­nie. Ny­lo­no­we fu­tra lśnią w świe­tle. Nie ma już prze­strze­ni, wszyst­ko jest płaskie. Szy­by z har­to­wa­ne­go szkła za­gro­dziły drogę ku nie­skończo­ności, wszędzie leżą bla­sza­ne i ce­men­to­we płyty. Cza­sem pada deszcz, ale to już nie jest deszcz. Kro­ple – to kul­ki z prze­zro­czy­ste­go pla­sti­ku, które toczą się po po­wierzch­ni dachów, nie wsiąkając weń. Na po­kry­tej żwi­rem zie­mi wy­ry­te są bruz­dy, bez wątpie­nia na wiecz­ność. Świat jest nowy i lśniący, pach­nie chlo­ro­fi­lem i ben­ze­nem. Krysz­tałowy pył, osfo­ry­zujący śnieg, sztyw­ne części, złączo­ne na stałe. Wszyst­ko to je­dy­nie kość i masa perłowa. Wszędzie pobłyskują sta­lo­we nity, a nie­bo wol­niut­ko ob­ra­ca się wokół swej osi, na ol­brzy­mich za­wia­sach.

W sce­no­gra­fii pełnej kręgów i li­nii, cza­sem też trójkątów, prześli­zgują się, prze­chodzą mężczyźni i ko­bie­ty. Przy­by­wają z końca świa­ta, stamtąd, gdzie hu­czy ma­szy­na do mie­le­nia ciał i twa­rzy, i prze­chodzą spo­koj­nie przez her­me­tyczną ulicę. Na czasz­kach o błyszczących łysi­nach po­dry­gują frędzle po­wie­trza. Prze­ni­kli­we oczy lśnią zza szkieł oku­larów. Me­ta­licz­ne gar­ni­tu­ry sązapięte na ostat­ni gu­zik. Skrzy­pią la­kier­ki. Dłonie są zaciśnięte na twar­dych przed­mio­tach, po­dob­nych do kości: na pa­ra­so­lach, tor­bach, tor­ni­strach, białych pa­pie­ro­sach. Po zie­mi prze­chodzą ba­ke­li­to­we Mu­rzyn­ki, ny­lo­no­wi Chińczy­cy, Bia­li z różowe­go ce­lu­lo­idu i Czer­wo­noskórzy ze ska­ju. Ich myśli do­by­wają się z ust ni­czym po­krzy­ki­wa­nia nie­to­pe­rzy lub też tworzą obłoki pary, coś tak jak roz­pry­skujący się sty­ro­pian.

Chodźmy, Pa­nie X, ra­zem po­szu­ka­my miej­sca, gdzie kry­je się ta wiel­ka fa­bry­ka, co pro­du­ku­je wszyst­kie te rze­czy.

Lecz te­raz nie ma już młodej dziew­czy­ny. Ta, która na­zy­wa się Bea B., zniknęła. Ulot­niła się. Nie ma jej już na swo­im miej­scu, na krześle, przed szafą z lu­strem, ani też idącej szyb­ko wzdłuż wie­lo­barw­nych ulic, po­ru­szającej się niby me­cha­nizm na kołach.

Nad górną częścią od­la­ne­go kor­pu­su złożone­go z dwóch spo­jo­nych, sy­me­trycz­nych części znaj­du­je się twarz lal­ki. Pla­sti­ko­wa kula, miej­sca­mi wy­pukła, z na­ma­lo­wa­ny­mi do­brze zna­ny­mi, od­wiecz­ny­mi ry­sa­mi. Krótki nos z dwie­ma dziur­ka­mi, dwa brązowe łuki brwi, oczy z zie­lo­nych szkla­nych pa­ciorków, po­ma­lo­wa­ne na czar­no ny­lo­no­we rzęsy, mru­gające po­wie­ki, czoło bez zmarsz­czek, ko­smy­ki kasz­ta­no­wych włosów przy­mo­co­wa­nych gęsto do skle­pie­nia czasz­ki i usta pociągnięte krwi­sto­czer­wo­nym la­kie­rem, które uśmie­chają się bez słowa.

Możliwe, że woj­na już ją po­ko­nała, unie­ru­cho­miła ją, ot tak, cio­sa­mi światła, dźwięków i ru­chu. Możli-we, że już nic nie można zro­bić, by ją zdo­być. Możliwe też, że żyje au­to­ma­tycz­nie, ta mięsożerna lal­ka, która nig­dy się nie ze­sta­rze­je, nig­dy nie umrze. Możliwe, że wszyst­kie jej ge­sty i pra­gnie­nia to ob­ra­cające się koła i żarówki elek­trycz­ne, które za­pa­lają się w głębi sko­ru­py jej ciała. A jej myśli, jej słowa – ślady szpi­lek na as­fal­cie, nie­do­pałki pa­pie­rosów, od­bla­ski na ka­ro­se­riach sa­mo­chodów, stro­ny cza­so­pism, na których są tyl­ko zdjęcia nie­zna­nych ko­biet.

*

Lecz nie była to po­wieść, to był list, i także to, co bym myślała, gdy­bym nie była małą dziew­czynką, to zna­czy, gdy­bym miała od­wagę być brzyd­ka cały czas. Jest tyle szmin­ki, tyle różu na ustach, i długie rzęsy, i tyle kre­dek we wszyst­kich ko­lo­rach, i far­by na włosach, że by­cie tchórzem jest już bez zna­cze­nia.

Clau­de Gre­nier

– Wie pan, co zro­bi­my? – mówi Bea B. do Pana X. – Przej­dzie­my do ata­ku.

Wstała i zaczęła cho­dzić boso po po­ko­ju. Za­pa­liła pa­pie­ro­sa zapałką.

– Będzie­my żołnie­rza­mi i wszyst­ko roz­wa­li­my – to właśnie zro­bi­my.

Usiadła na brze­gu łóżka i przej­rzała się w lu­strze.

– Zgo­da?

Uznała, że wciąż ma zbyt łagod­ne spoj­rze­nie. Włożyła czar­ne oku­la­ry.

– Za­wsze za dużo ga­da­my.

Wstała, włożyła buty, otwo­rzyła drzwi i wyszła.

– NAPRZÓD!

Przede wszyst­kim po­trzeb­ny był mun­dur. Bez mun­duru nie ma praw­dzi­wych żołnie­rzy.