Wydawca: Psychoskok Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 267 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojna i pokój. Tom 6 - Lew Tołstoj

"Wojna i pokój" to 9-tomowa klasyka uznana za rosyjską epopeje narodową. Niezwykła opowieść o Rosji z czasów wojen napoleońskich. Zawiera szczegółowy obraz społeczeństwa tamtych lat, wyższe sfery i ich majątki, tradycyjny model rodziny oraz przedstawienie motywu wojny i pokoju oraz miłości i cierpienia, wszystko to w doskonale wyważonych proporcjach. Dla zainteresowanych historią i kulturą Rosji powinna to być pozycja obowiązkowa.

Opinie o ebooku Wojna i pokój. Tom 6 - Lew Tołstoj

Fragment ebooka Wojna i pokój. Tom 6 - Lew Tołstoj

Lew Tołstoj
Wojna i pokój

Tom VI

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2018

Lew Tołstoj„Wojna i pokój”

Copyright © by Lew Tołstoj, 1894

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018

Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania

lub edytowania tego dokumentu, pliku

lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.

 Tekst jest własnością publiczną (public domain)

ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.

Skład: Adam Brychcy

Projekt okładki: Adam Brychcy

Druk: J. Czaiński

Wydawnictwo: J. Czaiński

Gródek, 1894

ISBN: 978-83-8119-430-3

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

I.

Pismo święte uczy nas, że szczęście najwyższe człowieka przed jego upadkiem, stanowił brak zupełny pracy jakiejkolwiek. To samo usposobienie odszukujemy i w człowieku upadłym. Dziś atoli, nie może on pozostać zupełnie bezczynnym, nietylko z powodu klątwy Bożej, ciężącej nad nim i skazującej go — „na pracę w pocie czoła, dla zdobycia chleba“ — ale w ogóle, w skutek całego jego ustroju moralnego. Głos tajemniczy, głos sumienia ostrzega go, że staje się występnym, oddając się próżniactwu. Gdyby jednak mógł połączyć ciążące na nim obowiązki, ze słodką bezczynnością, używałby niezaprzeczenie owego szczęścia pierwotnego w raju Adama i Ewy. W tych mniej więcej warunkach znajduje się jednak cała jedna warstwa ludzkości, mianowicie: wyżsi wojskowi. Ci oddają się częstokroć życiu bezczynnemu z musu niejako. Jest im to nie tylko dozwolonem, ale prawdą nakazanem, i stanowi Bogiem a prawdą, główny urok służby wojskowej.

 Od roku 1807, Mikołaj używał w całej pełni owych rozkoszy, zawsze w tym samym pułku huzarów. Obecnie dowodził szwadronem, który przedtem należał do Denissowa.

 Był z niego co się zowie poczciwy chłopiec. Dawniejsze jego znajomości w Moskwie, byłyby może znalazły, że stał się za mało dystyngowanym, za nadto rubasznym i „prosto z mostu“ jak to mówią. Kochali go nie mniej towarzysze broni, szanowali i cenili jego zwierzchnicy, podwładni widzieli w nim surowego, ale sprawiedliwego oficera, który świecił im własnym przykładem. Spokój błogi, mąciły mu jedynie częste listy odbierane od matki w tym czasie. Pełno w nich było gorzkich skarg i wyrzekań, na opłakany stan ich interesów. Błagała go i zaklinała żeby wracał pod dach rodzicielski, na ratunek i pociechę tak ojca jak i matki stroskanej najokropniej.

 Przeczuwał z trwogą najwyższą, że chcą go wyrwać z pośrodka tego życia tak swobodnego i przyjemnego, w którem przechodzi mu dzień za dniem, bez wszelkich trosk i kłopotów. Domyślał się, że wcześniej, czy później, będzie zmuszony wglądnąć w ten labirynt spraw niesłychanie zawikłanych; utonąć w chaosie rachunków niedokładnych, sporów, procesów, intryg i szalbierstw najniegodziwszych. A w dodatku do tego wszystkiego, trapiła go niby ciężka zmora, miłość Sonii i rodzaj zobowiązania w obec niej. Był tem zaniepokojony, rozstrojony, zakłopotany; było to czemś niejasnem, poplątanem, zagadką niesłychanie trudną do rozwiązania. Skracał też coraz bardziej odpowiedzi na rozpaczliwe listy matki, które z jego strony zaczynały się sakramentalnemi słowami: — „Najdroższa Mamo!“ — a kończyły: — „Twój najprzywiązańszy i najposłuszniejszy syn, Mikołaj“. — Ton w tych odpowiedziach, był coraz suchszy i zimniejszy. W roku 1810, oznajmiono mu że Nataszka zaręczona z Bołkońskim, i że ślub z woli starego księcia, ma się odbyć za rok dopiero, wcześniej bowiem dziwak nieznośny, nie chce nań zezwolić. Zmartwił się Mikołaj tą wiadomością. Przykro mu było pomyśleć, że Nataszka wyleci tak wcześnie z gniazda rodzinnego. Z całego rodzeństwa, ona była mu najmilszą. Żałował szczerze, że nie był w domu, w chwili oświadczyn, że nie mógł, po huzarsku, jak to lubił, rąbnąć słowa prawdy Bołkońskiemu, wykazując mu jasno i dobitnie, że związek z nim, nie jest znowu tak wielkim zaszczytem, i gdyby kochał na prawdę swoją śliczną, młodziutką narzeczoną, potrafiłby obejść się bez pozwolenia starego fiksata! Czy ma prosić o urlop, aby zobaczyć się z Nataszką? Zawahał się, zbliżał się bowiem czas wielkich ćwiczeń wojskowych, i lękał się kłopotów, które go w domu czekały. Jakoś pod wiosnę dostał znowu list od matki, pisany w tajemnicy przed mężem, w którym błagała go najusilniej, żeby do nich wybrał się, gdyż wymaga tego nieodzownie stan ich majątku. Jeżeli nikt młodszy i energiczniejszy nie weźmie się do tego, wszystko sprzedadzą na licytacyi, a cała rodzina znajdzie się w nędzy. Stary hrabia, przez dobroduszność i zbytnią słabość pokłada w Mitence zaufanie bez granic, ten zaś tymczasem oszukuje i okrada ich, razem z resztą oficjalistów. Koniec końców, lecą w przepaść bezdenną:

 — „Bój się Boga, synu — pisała matka, na papierze mokrym od łez — i przybądź nam na ratunek!“

 List ten poskutkował nareszcie. Mikołaj zrozumiał (może trochę za późno, jak czynią umysły nie grzeszące zbyteczną bystrością) że nie czas się wahać, i trzeba jechać czemprędzej!

 Po zwykłej drzemce poobiedniej, kazał sobie osiodłać starego Marsa, ogiera mocno kapryśnego i niesfornego, na którym nie siedział od dawna. Po kilku godzinach powrócił na nim stępą. Ale z konia para buchała wszystkiemi porami, a czoło jeźdźca, perliło się grubemi potu kroplami. Zapowiedział Ławruszce, którego wziął również w spuściźnie po Denissowie, i towarzyszom u niego zebranym, że podaje o urlop, aby odwidzieć swoich rodziców. Zdawało mu się czemś równie nieprawdopodobnem, opuszczać pułk przed samemi ćwiczeniami dorocznemi, nie wiedząc na pewno, czy dostanie awans, i dekorację św. Anny, jak sprzedać taniej niż dwa tysiące rubli, trójkę pysznych rysaków, którą targował u niego od dawna, chcąc ją nabyć, hrabia Gołuchowski. Nie będzie zatem dowodził tańcami na balu wspaniałym, który wyprawiali huzary dla pięknej Polki, pani Pszczebiszewskiej, na złość i na przekor ułanom, którzy przed miesiącem fetowali w ten sam sposób, inną piękność warszawską, majorową Berezowską? Co za smutek opuszczać kącik tak cichy obecnie, służbę tak spokojną i wygodną, aby utonąć w chaosie, i mieć kłopotów na głowie po wyżej uszu! Jego towarzysze broni, pożegnali go wspaniałym objadem, po piętnaście rubli od głowy, z muzyką i chórami. Rostow z majorem Bassowem, puścili się w końcu Trepaka. Gdy już wszyscy byli pijani, jeden lepiej niż drugi, oficerowie zaczęli Mikołaja ściskać, całować, porwali go na ręce, i grzmotnęli nim o podłogę. To samo zrobili żołnierze z jego szwadronu, krzycząc „hurra!“ w niebogłosy. Nareszcie położono go jak kłodę na sanki, odprowadzając aż do pierwszej stacji pocztowej.

 Do połowy drogi, Rostow miał jeszcze ciągle pułk swój przed oczami, i trójkę niesprzedaną pysznych rysaków. Zwolna jednak, tamte obrazy zaczynały zacierać się w jego umyśle, a natomiast opanowywała go ciekawość pełna niepokoju. Co też zastanie w Otradnoe, które teraz występywało przed nim coraz jaśniej, im bardziej zbliżał się do tej miejscowości? Można było sądzić że uczucia potęgują się u niego tak samo jak szybkość ciał spadających z góry na dół. Na przedostatniej stacji dał trzy ruble na piwo postyljonowi, i wyskoczył z sani jednym susem, gdy te przed gankiem stanęły, z sercem bijącem na alarm, ze zbytku wzruszenia.

 Skoro minął pierwszy szał radości przy powitaniu, uczuł pewien niesmak, coś nieokreślonego, co nas zwykło opanowywać, w obec zimnej, nieubłaganej rzeczywistości, zawsze jeszcze stokroć gorszej, od tego, na co byliśmy przygotowani. Żałował po niewczasie, że tak pędził na złamanie karku, skoro w domu rodzicielskim żadna przyjemność i pomyślność nań nie czekała. Przyzwyczajał się jednak zwolna do tego życia w ścisłem kółku rodzinnem, w którem na oko, nic się prawie nie było zmieniło. Rodzice tylko postarzeli się mocno w tych kilku latach. Nie było już pomiędzy nimi dawnej miłości i serdeczności. Wskutek kłopotów pieniężnych zakradła się była i wplotła w ich stosunek wzajemny pewna nieufność, dotąd im nie znana, pewien niepokój, trawiący ich, i siły fizyczne podkopujący. Sonia skończyła była właśnie lat dwadzieścia. Piękność jej była w pełnym kwiecie; nie mogła się już zwiększyć. Taka, jaką była obecnie, olśniewała i zachwycała wszystkich. Od chwili powrotu Mikołaja, oddychała niejako szczęściem i miłością. To jej uczucie, tak stałe, tak wierne, tak gotowe do wszelkich ofiar, napełniało dumą i radością młodego huzara. Pawełek i Nataszka wprawili brata w nie lada zdumienie. Zmienili się byli oboje do niepoznania. Zostawił malca odjeżdżając. Dziś zobaczył przed sobą prawie młodzieńca, mimo że Paweł nie miał jeszcze lat piętnastu. Wyrósł, zmężniał, był smukły jak sosenka, twarz miał bardzo ładną, z wyrazem pełnym sprytu i wyższej inteligencji. Głos nawet zaczął mu grubieć i przybierał dźwięki męskie, barytonowe. Tak samo uderzyła go postać Nataszki, najzupełniej przeobrażona. Powodził za nią oczami i rzekł w końcu żartobliwie:

 — Wiesz co, przestałaś być samą sobą!

 — Dla czego? Czy znajdujesz żem zbrzydła i zestarzała się?

 — Wręcz przeciwnie! A co za powaga, w księżnej najmiłościwszej! — dodał po cichu.

 — Tak, tak, ma się rozumieć! — roześmiała się wesoło, opowiadając natychmiast, z wszelkiemi szczegółami, cały swój romans z Andrzejem, od chwili jego pojawienia się w Otradnoe. Pokazała mu w końcu księcia list ostatni:

 — Czyś zadowolony? — spytała. — Ja bo czuję się tak niewypowiedzianie szczęśliwą i spokojną!

 — Wszystko zatem w porządku — brat odrzucił. — To człowiek piękny, miły i bardzo dystyngowany. Kochasz go więc na prawdę?

 — Cóż ci mam odpowiedzieć? Kochałam się w Borysie, byłam czas jakiś zajęta moim metrem śpiewu, a nawet i poczciwym Denissowem. Ale tamto było czemś zupełnie odmiennem. Obecnie jestem tak spokojną, jak ktoś, który długo bujał po falach morza wzburzonego, gdy uczuje się w końcu na stałym lądzie. Czuję, że niktby nie potrafił być lepszym dla mnie od niego. Słowem: jestem szczęśliwa!.. Nie to co dawniej odczuwałam... O! w niczem do tamtego niepodobne!...

 Mikołaj nie taił przed nią swojego niezadowolenia, że tak ślub ich odwlekają. Nataszka zapewniła go, że to było nieodzownem, że sama tego chciała, pragnąc przedewszystkiem nie wciskać się w rodzinę przeciw woli i życzeniu ojca.

 — Ty bo nie rozumiesz czegoś podobnego — dodała z minką niesłychanie poważną. Mikołaj umilkł przyznając jej słuszność.

 Badał ją nieraz pokryjomu i nie mógł odkryć w Nataszce ani cieniu, ani śladu, owej tęsknoty pełnej niepokoju, której doświadczać zwykła rozkochana narzeczona, zalewając się łzami rzewnemi, gdy jest rozłączoną ze swoim najdroższym. Była ciągle jak dawniej wesołą i ożywioną i jej całe usposobienie, żadnej, a żadnej zmianie nie uległo. Zaczynał prawie wątpić, żeby to jej małżeństwo, miało kiedykolwiek nastąpić, tem bardziej, że ich nigdy nie widział razem, siostry z księciem Andrzejem. Był przekonany w głębi duszy, że czegoś niedostaje w tym całym projekcie i że wszystko rozwiąże się ostatecznie. Dla czego tak się z tem opóźniają? Dla czego nie było solennych zaręczyn? Gdy raz wylał się z temi wątpliwościami całkiem szczerze, w cztery oczy przed matką, zdziwił się i był prawie zadowolony, przekonawszy się, że i hrabina w głębi serca podziela najzupełniej te jego obawy i że przyszły związek Nataszki z księciem Andrzejem nie wydaje się jej wcale pewnym.

 — Wyobraź sobie — zakończyła pokazując mu list ostatni Andrzeja, tym tonem rozdrażnionym i niechętnym, którym matki mówią ogólnie, same nie umiejąc sobie zdać sprawy z tego, o przyszłym losie i szczęściu córek za mąż wychodzących. — Czy ty to rozumiesz? Pisze, że nie wróci aż w grudniu. Cóż go tam może tak długo zatrzymywać? Chory na pewno, bo jego zdrowie jest w stanie opłakanym! Tylkoż nie wygadaj się z tem przed Nataszką. Tem lepiej, jeżeli czuje się wesołą i swobodną. Ostatnie to jej chwile szczęśliwe, ostatnie błyski wolności w stanie panieńskim. Skoro odbiera list od niego, widzę ja dobrze, co się z nią dzieje! Któż wie zresztą? Jest on człowiekiem najzacniejszym, prawdziwym „wielkim panem!“ Może za łaską i z pomocą Boską będzie się czuła z nim najszczęśliwszą!...

 Na tem zwykle kończyły się matki skargi żałośne.

II.

 W skutek tej rozmowy z matką, Mikołaj pozostał smutnym i przygnębionym przez kilka dni. Czuł, że wypada mu dogodzić matki życzeniu i że powinien wglądnąć w nudne i zawikłane szczegóły, całej administracji. Ta konieczność męczyła go niewypowiedzianie. Postanowił zatem skończyć z tem im prędzej, tem lepiej i połknąć od razu gorzką pigułkę, skoro tak być musiało. Z brwiami ściągniętemi, z miną Jowisza gromowładnego, udał się zaraz na trzeci dzień po przyjaździe, do oficyn, gdzie mieszkał z rodziną całą Mitenka. Po drodze nie odpowiadał na niczyje pytania. Gdy wszedł do tak zwanej „kancelarji pana rządcy“, zażądał ostro i stanowczo, żeby mu pokazał Mitenka „Rachunki wszystkie administracyjne“. Czem to właściwie być miało, Mikołaj co prawda sam nie wiedział a jeszcze mniej miał o tem wyobrażenia Mitenka. Spiorunowany, skamieniały, rządca bełkotał, plątał się najokropniej, niby to coś tłumacząc i wyjaśniając, z czego nie byłby był mądrym i sam nieboszczyk Salomon! Gminny urząd, z wójtem na czele, czekający na pana rządcę w sieni, usłyszał nagle z przestrachem, ale nie bez pewnego zadowolenia, głos gniewny i mocno podniesiony młodego hrabiego. Burza wzmagała się coraz gwałtowniej, na głowę biednego Mitenki, spadał grad obelg i przekleństw coraz dosadniejszych:

 — Zbóju, łotrze bez krzty sumienia, psie jeden. Ubiję cię, rozdepczę, jak najpodlejszą gadzinę!... — i tak dalej i dalej...

 Nareszcie zobaczyli zgromadzeni w przedpokoju, Mikołaja z twarzą oblaną szkarłatem, z oczami ciskającemi gniewu błyskawice i krwią nabiegłemi, jak wlókł za kark Mitenkę i wytrącił go za drzwi, pomagając mu do wyjścia prędszego, kułakiem, kolanem, a nawet, podeszwą od buta. Przy tej operacji wrzeszczał młody hrabia w niebogłosy:

 — Ruszaj łotrze, łajdaku, złodzieju, na złamanie karku, tylko życzę ci psie, nie pokazuj mi się więcej na oczy!

 Mitenka wyleciał za drzwi niby kamień z procy wyrzucony, stoczył się po sześciu stopniach kamiennych ganku i utonął w gęstym klombie krzewów rozmaitych zasadzonych przed oficyną. Było to zwykłe miejsce przytułku, dla całej służby pałacowej, nietykalne, gdzie chronili się mając sobie cokolwiek do wyrzucenia. Nawet sam pan rządca, używał często owego przytuliska, gdy mu się zdarzyło wracać pjanym z miasteczka do domu.

 Żona i siostra Mitenki, odchyliły drzwi od izby mieszkalnej, z twarzami pozieleniałemi z przerażenia. Można było dopatrzeć przez szparę w drzwiach samowar parą buchający, na stole okrągłym, na środku ustawionym; w rogu zaś szerokie łoże małżeńskie z podwójnym stosem poduszek, piętrzącym się aż pod sufit. Kapa na łóżku, była misternie pozszywana, z kawałków materji najrozmaitszych, które tworzyły wcale ładną i barwną mozajkę. Rostow przeszedł koło nich, dysząc z gniewu i udał się wprost do swego pokoju, gdzie się zamknął na klucz.

 Hrabinie doniósł niebawem jej fraucymer, co się przydarzyło Mitence. Teraz była najmocniej przekonana, że interesa ułożą się jak najpomyślniej. Niepokoiła się jedynie, czy ta scena gwałtowna nie zaszkodzi zdrowiu jej syna. Kilka razy skradała się na palcach pod drzwi Mikołaja, przykładając to ucho, to oko do dziurki w zamku. Ku jej najwyższemu zadowoleniu dopatrzyła, że siedzi w postawie przez pół leżącej na otomanie, naprzeciw drzwi i pali fajkę na długim cybuchu, sądząc z pozoru, najspokojniej w świecie.

 — Wiesz synu kochany — przemówił nazajutrz stary hrabia z rana przy śniadaniu, ze swoim zwykłym uśmiechem dobrodusznym. — Niepotrzebnie tak się uniosłeś. Mitenka wytłumaczył mi to wszystko, jasno jak na dłoni.

 — Wiedziałem z góry — pomyślał z goryczą Mikołaj — że niczego nie dokażę w tym istnym domu warjatów.

 — Zbeształeś go, że nie zapisał owych siedmiuset rubli. One są jednak wymienione w ogólnym rozchodzie... tylko żeś nie popatrzył na drugiej stronnicy.

 — Chciej mi ojcze wierzyć, że jest to złodziej i nikczemnik, wart szubienicy! To co zrobiłem, należało mu się najsłuszniej... Jeżeli ojciec sobie jednak życzy, nie wspomnę więcej o tem.

 — Ależ przeciwnie, duszinko moja! Błagam cię synu najgoręcej, weź się do naszych interesów... ja bo widzisz... starzeję się... i zresztą... — hrabia urwał w pół pomięszany. Wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, że zły z niego gospodarz; czuł i to że odpowiada przed dziećmi za tak fatalne zaprzepaszczanie majątku, któren powinienby im był czystym zostawić, tak, jak go z rąk swego ojca odebrał. Cóż miał jednak na to poradzić, że nie umiał rządzić inaczej?

 — Ależ ja o wiele jeszcze mniej znam się na tem, od ojca kochanego. Przepraszam więc jeżeli ojcu przykrość tem sprawiłem, występując z całą surowością przeciw Mitence... Niech djabli porwą wszystkich rządców i ekonomów, razem z ich ogólnemi rozchodami, zapisywanemi na jakiejś stronie niewidzialnej. Wiedziałem niegdyś co znaczy gjąć parol na sześć lew, ale o podobnie prowadzonych rejestrach gospodarczych, jeszczem nigdy nie słyszał.

 Od tej chwili przysiągł w głębi duszy, sam sobie, że więcej nie wmiesza się do niczego. Dnia pewnego jednak, gdy matka zasięgła jego rady pokazując weksel na dwa tysiące rubli, z podpisem księżny Trubeckoj, która te pieniądze pożyczyła była niegdyś od hrabiny Rostow, odpowiedział bez wahania:

 — Skoro mama raczy pytać mnie o zdanie pod tym względem, powiem co o tem sądzę: Nie lubię ani Borysa, ani jego matki intrygantki, na wielki kamień! Są atoli z nami bądź co bądź spokrewnieni, uważaliśmy ich niegdyś za naszych przyjaciół, a są dotąd ubodzy. Oto co mamy zrobić z tym świstkiem.

 Podarł weksel w oczach matki, która załkała z radości, rzucając mu się na szyję. Od tego dnia Mikołaj aby czemś czas zabić na wsi, zaczął namiętnie polować. Sfory psów wszelkiego rodzaju i konie do polowania z chartami, utrzymywano w Otradnoe na wielką stopę.

III.

 Pierwszy szron zwarzył był w jesieni liście, krzewy i kwiaty delikatniejsze. Trawa wygnieciona, wmieszona w błoto przez pasące się bydło, wyrastała gdzie niegdzie zielonemi kępkami, wśród czarnej ziemi. Gdzie niegdzie sterczała hreczka poczerniała od przymrozków i owies nie zebrany, zwieszał smutno kłosy przez pół wysypane. Lasy świeciły dotąd cudnemi barwami jesiennemi, złotem i purpurą, odbijając prześlicznie od pól szmaragdowych, zasianych wcześnie zbożem ozimem. Zając zmieniał futerko przed zimą, młode lisy zaczynały wymykać się z nory rodzicielskiej, myszkując na własną rękę tędy i owędy. Wilczęta tegoroczne, powyrastały do rozmiarów dużego psa. Była to pora najsposobniejsza do polowania. Sfory psów, należące do namiętnego i niestrudzonego Nemroda, młodego Rostowa, ledwie wlokły nogami, mimo, że ich żywiono doskonale. Zadecydowano zatem, na walnej naradzie, że pieskom pozwolą odpocząć przez trzy dni, a za to szesnastego września, wyruszą na wielkie polowanie, zaczynając od lasu we wsi Dubrawie. Tam miał bowiem znajdować się cały miot młodych wilczków.

 Czternastego września, zimno było na wskroś przejmujące, a ziemia perliła się gęstym szronem. Na wieczór ociepliło się cokolwiek powietrze i puścił przymrozek. Z rana też, piętnastego września, gdy Mikołaj jeszcze w szlafroku prosto z łóżka wyszedł na ganek, zobaczyć co się na świecie dzieje, aż w ręce plasnął z radości. Powietrze było jakby zapisane umyślnie i zamówione z góry, do polowania. Nieba szara powłoka zdawała się rozpuszczać, roztapiać i zniżać coraz bardziej nad ziemią. W powietrzu ani jeden liść nie drgnął. Szmer jedyny sprawiały wśród tej ciszy głębokiej, kropelki mgły okiem niedoścignione, które zbierając się zwolna bądź na liściach, trzymających się dotąd gałązek, bądź na konarach już nagich zupełnie, spływały coraz niżej i niżej. Ziemia w ogrodzie, czarna i tłusta jak smoła, połyskiwała wilgocią, łącząc swoją barwę żałobną i błotną, z niebem dziwnie szarem, mglistem i pełnem ponurej melancholji. W chwilę później, Mikołaj wyszedł na ganek powtórnie już zupełnie ubrany. Po stopniach kamiennych woda spływała i wszędzie były ślady błota, wyciśnięte stopami służby dworskiej. Uczuł w powietrzu odór ostry wychodzący ze stajen i z budynku gdzie psy miały w nocy swoje legowisko. Od pól i lasów wiał ów zapach jesienny, gleby świeżo zoranej i liści gnijących; zapach przypominający, że wkrótce nastąpi śmierć w naturze, że wszystko uśnie pod zimnym śniegu całunem. Na ganku leżała jego ulubiona suka Milka, o sierci czarnej, połyskującej, z rudemi centkami gdzie niegdzie rozrzuconemi. W tyle była szeroka. Oczy ogniste, miała osadzone na wierzchu głowy. Skoro spostrzegła swego pana, wstała z pod progu, przeciągnęła się, położyła mu się u nóg, niby zając w bruździe przyczajony, aż naraz zerwała się, jednym skokiem rzuciła się na piersi Mikołajowi, liżąc go pieszczotliwie po twarzy, różowym językiem. Nadbiegł i chart z ogrodu, kręcąc radośnie ogonem i ocierając się przynajmniej o nogi pańskie, skoro już wyższe piątro zastał zajęte.

 — Ho, ho!... Huź ha!... — Ktoś zawołał w tej chwili, tym tonem nieokreślonym, a tak trudnym do naśladowania, dla mieszczuchów, w którym łączą się nuty najniższe z najwyższemi i (że się tak wyrazimy) najbardziej szpiczastemi. Tak umieją tylko wołać na psy strzelcy z profesji, którzy uczą się tego od lat najmłodszych do późnej starości. Z po za węgła domu wysunął się Daniło, łowczy nadworny hrabiego Rostowa. Twarz miał żółtą jak wosk i pokrytą gęstą siecią zmarszczków. Włosy szpakowate, nosił długie, z przodu podgolone, według mody Mało-Rusinów. Trzymał w prawej dłoni długi bat. W wyrazie jego fizjognomji, malowała się zupełna niezależność i owa głęboka pogarda dla wszystkiego, co nie ma styczności bezpośredniej, z ważną kwestją polowania. Coś podobnego spotyka się bardzo często u strzelców z zawodu. Zdjął wprawdzie czapkę czerkieską z głowy, przed swoim młodym panem, twarz mu się jednak ani na włos nie zmieniła. Nie było przeto w tym wyrazie niczego wyzywającego lub obrażającego innych. Mikołaj cenił wysoko tego człowieka z gminu, mimo jego miny trochę zuchwałej. Daniło był dla młodego adepta sztuki strzeleckiej ideałem dotąd niedoścignionym.

 — Cóż mi powiesz Daniło? — zawołał Mikołaj rozradowany tem powietrzem stworzonem do polowania, widokiem swoich psów i starego łowczego.

 — Co rozkaże wasza miłość? — odpowiedział mu głos basowy, trochę przez nos puszczany, prawdziwy głos niski a zachrypnięty djaka ruskiego. Dwoje oczu czarnych jak piekieł czeluście, a przeszywających niby ostrze szpady, utonęły w postaci młodego hrabiego, który zamilkł nagle. — „Czy on też wytrzyma i oprze się pokusie?“ — zdawały się mówić te oczy ogniste.

 — Dzień jakby zamówiony do polowania z nagonką, nieprawdaż Daniło? — przemówił Mikołaj, kręcąc delikatnie w palcach długie uszy Milki.

 — Uwarka, nasz gajowy, poszedł nadsłuchiwać do dnia, po rosie — odezwał się powtórnie głos basowy. — Gotów przysiądz na Ewangelją, że szelma przeszła w nocy do lasu zamkniętego w Otradnoe. Słychać było ich wycie.

 To miało znaczyć, że wilczyca, z całą swoją nadobną familijką, którą tropił, przeszła do innego lasu, oddalonego o dwie wiorsty od pałacu.

 — Trzeba tam się udać! Cóż ty na to? Sprowadź mi Uwarkę.

 — Jak wola jaśnie pana.

 — Zaczekaj trochę, a nie daj im jeść.

 — Nie głupim! — bąknął od niechcenia Daniło.

 W chwilę później Daniło i Uwarka wchodzili do gabinetu Mikołaja. Daniło był wzrostu miernego, a jednak rzecz dziwna, wydawał się tak samo nie na miejscu w tym pokoju, jak niedźwiedź, lub koń juczny, któregoby wprowadzono do salonu. Odczuwał to instynktowo i przyciskał się do drzwi, żeby o co nie zawadzić. Tak głos zniżył, że prawie szeptem mówił. Skoro znalazł się pod dachem gdziekolwiek, było mu duszno i ciasno. Wypróżniał czemprędzej torbę ze zwierzyny upolowanej i uciekał na świeże powietrze, z pod sufitu, który zdawał się go przygniatać swoim ciężarem.

 Mikołaj ukończywszy śledztwo, po solennem zaręczeniu Daniły, (który sam ginął z chęci namiętnej zapolowania na wilczycę), że psom to wyjdzie właśnie na zdrowie, wydał rozkaz, żeby konie osiodłano. W chwili kiedy Daniło wychodził, wbiegła Nataszka do brata pokoju. Nie była dotąd ani uczesana, ani nawet ubrana. Zarzuciła tylko na prędce dużą chustkę wełnianą starej „niani“.

 — Jedziesz? — wykrzyknęła — Byłam tego pewna! — Sonia utrzymywała przeciwnie. — Byłoby grzechem śmiertelnym, nie korzystać z takiego dnia jak dzisiejszy!

 — Wybieram się rzeczywiście — Mikołaj bąknął od niechcenia, mocno niezadowolony z tej napaści. Miał zapolować tym razem na serjo i nie rad był ciągnąć za sobą Pawła i Nataszkę. — Tropimy wilczycę z wilczętami. Toby cię tylko znudziło.

 — Ależ przeciwnie, interesuje mnie nadzwyczajnie coś podobnego! Wiesz o tem doskonale. Szkaradnie z twojej strony, żeś kazał siodłać konie, a nam o tem ani wspomniałeś.

 — Prawy Rus, nie zna przeszkód, ani zapory!... Na przód! — wrzasnął Paweł na całe gardło wpadając zaraz po siostrze do gabinetu.

 — Powinnabyś pamiętać — gderał Mikołaj — że mama zakazuje ci najsurowiej podobnych ekstrawagancji.

 — A ja pojadę, pojadę! i na tem koniec! — Nataszka tupnęła nóżką energicznie — niech mi osiodłają moją klaczkę Daniło! a Michajłowi powiedz, żeby przygotował moją sforę chartów.

 Daniło zażenowany i unieszczęśliwiony, że w ogóle znajduje się w pokoju, zaniepokoił się jeszcze bardziej, rozkazem wydanym przez młodą panienkę. Wysuwał się bokiem za drzwi, z łokciami przy sobie, żeby przypadkiem nie zawadzić o „pannuńcię“ udając zupełnie głuchego.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok