Wydawca: Psychoskok Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 201 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojna i pokój. Tom 3 - Lew Tołstoj

"Wojna i pokój" to 9-tomowa klasyka uznana za rosyjską epopeje narodową. Niezwykła opowieść o Rosji z czasów wojen napoleońskich. Zawiera szczegółowy obraz społeczeństwa tamtych lat, wyższe sfery i ich majątki, tradycyjny model rodziny oraz przedstawienie motywu wojny i pokoju oraz miłości i cierpienia, wszystko to w doskonale wyważonych proporcjach. Dla zainteresowanych historią i kulturą Rosji powinna to być pozycja obowiązkowa.

Opinie o ebooku Wojna i pokój. Tom 3 - Lew Tołstoj

Fragment ebooka Wojna i pokój. Tom 3 - Lew Tołstoj

Lew Tołstoj
Wojna i pokój

Tom III

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2018

Lew Tołstoj„Wojna i pokój”

Copyright © by Lew Tołstoj, 1894

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018

Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania

lub edytowania tego dokumentu, pliku

lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.

 Tekst jest własnością publiczną (public domain)

ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.

Skład: Adam Brychcy

Projekt okładki: Adam Brychcy

Druk: J. Czaiński

Wydawnictwo: J. Czaiński

Gródek, 1894

ISBN: 978-83-8119-427-3

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

I.

 Książę Bazyli nie układał nigdy planów naprzód, tem mniej w głowie mu nawet nie postało, popełnić coś złego, by ciągnąć z tego na przyszłość korzyści. Był to po prostu człowiek wielkiego świata, któremu dotąd wiodło się wszystko, do czego tylko rękę przyłożył, uważał zatem każde w życiu powodzenie, za coś zwyczajnego i koniecznego.

 Działał stosownie do okoliczności, do stosunków z tymi lub owymi. Do tej stałej zasady, naginał i zastosowywał rozmaite kombinacje, które budziły w nim najwyższe zajęcie i były celem jedynym jego życia. Jednakże sam przed sobą nie zawsze zdawał sobie sprawę, czemu postępuje tak, a nie inaczej? Miał jednocześnie dziesięć planów w głowie. Niektóre z nich zostawały niewykonanemi jako projekta rysujące się dopiero w umyśle, nieokreślone ścisłemi konturami. Inne przychodziły do skutku; a jeszcze inne nie udawały się i jemu, chybiając celu. W takim razie przechodził nad niemi do porządku dziennego, i zapominał o nich najzupełniej. Naprzykład: nie powiedział sobie nigdy z góry: — „Ten i ten, jest teraz u szczytu władzy, powinienbym zaskarbić sobie jego przyjaźń i starać się zyskać jego zaufanie, aby otrzymać za jego pośrednictwem to, lub owo“. — I tego naprzód nie powiedział nawet samemu sobie: — „Z Piotra zrobił się teraz pan miljonowy, postaram się wciągnąć go do mego domu, aby poślubił moją córkę i pożyczył mi na razie czterdzieści tysięcy rubli, których potrzebuję nieodzownie“. — Ilekroć jednak ten, lub ów, mogący dopomódz mu w jakikolwiek sposób znalazł się przypadkiem na jego drodze, instynkt zachowawczy podszepnął mu zawsze, w jaki sposób ów jegomość mógłby stać się dla niego pożytecznym, i jaką on, książę Bazyli, mógłby z tej znajomości korzyść wyciągnąć. Zbliżał się zatem do tego kogoś, wchodził z nim w stosunki najserdeczniejsze, w sposób najnaturalniejszy w świecie, pochlebiał mu, i umiał stać się dlań niezbędnym. Tak samo, niczego z góry nie układając, prawie bezmyślnie, śledził każdy krok Piotra w Moskwie. Dzięki jego wpływom, zamianowano hrabiego Bestużewa carskim szambelanem. W owej epoce była to ranga, równająca się radcy stanu. Następnie namówił Piotra, żeby powrócił z nim do Petersburga, i zamieszkał jak przedtem w jego domu. Trzeba przyznać, że książę Bazyli urządzał wszystko w ten sposób, żeby zbliżyć młodych i wydać córkę za hrabiego Bestużewa; robił to jednak z pewną niedbałością, jakby od niechcenia, niby sam nie domyślając się celu tego postępowania i przekonany szczerze, że inaczej przecież stać się nie mogło, tylko tak, jak się właśnie stało. Gdyby książę Bazyli był cokolwiek i kiedykolwiek naprzód układał; gdyby który z jego planów miał czas dojrzeć, nie mógłby był działać z taką dobrodusznością, z taką prawie naiwną prostotą, z jaką zwykle występywał w stosunkach tak z niższymi od siebie, jak i z tymi, którzy stali wyżej od niego. Jakaś siła niewidzialna popychała go zawsze ku tym, którzy byli bogatsi, lub mieli większe wpływy od niego. Umiał zaś ze zręcznością zadziwiającą schwycić w lot chwilę najsposobniejszą, aby z nich wyciągnąć dla siebie korzyść największą. Zaledwie Piotr został bogatym i hrabią Bestużewem, musiał pożegnać się ze swoją samotnością, a więc i swobodą, której dotąd używał w całej pełni. Ujrzał się otoczonym, i tak umiano zająć go sprawami najrozmaitszemi, że nie tylko nie mógł pomyśleć spokojnie, ale nie zostawiano mu prawie czasu odetchnąć. Musiał podpisywać jakieś dokumenta, biegać po sądach i biurach, o czem dotąd miał ledwie słabe wyobrażenie; musiał konferować ze swoim głównym zarządcą i pełnomocnikiem, zwidzać dobra leżące w okolicach Moskwy, i przyjmować mnóstwo ludzi, jemu najobojętniejszych, którzy dotąd udawali że nie wiedzą wcale, czy jakiś tam Piotruś na świecie istnieje. Gdyby teraz chciał się był uwolnić od tej nieznośnej dla niego pańszczyzny, i nie przyjmował tych intruzów, byliby się czuli obrażeni śmiertelnie. Sędziowie, prawnicy, dalecy krewni, znajomi, nawet nieznajomi, byli równie uprzejmi i nadskakujący w obec młodego dziedzica. Wszyscy zdawali się być głęboko przeświadczeni, o nadzwyczajnych i wzniosłych przymiotach Piotra. Obecnie obijało mu się co chwila o uszy: — „Dzięki pańskiej dobroci niewyczerpanej“ — albo — „dzięki pańskiemu sercu wspaniałomyślnemu“ — lub też — „Pan, który jesteś tak wzniosłym w swoich czynach“... „Ba! gdyby on miał pańską inteligencją“... „Cóż kiedy przewyższasz go rozumem, o całe niebo“ — i tak dalej... i tem podobnie... W końcu uwierzył sam w swoją „niewyczerpaną dobroć“, w „swoje wielkie czyny i pierwszorzędną inteligencję“. Co do tego zresztą, był on oddawna przekonany, że ma serce poczciwe, dla drugich wylane, i nie jest wcale ograniczonym. Ci nawet, którzy niegdyś byli mu najgorszymi wrogami, i prześladowali go na każdym kroku, stali się nagle w obec niego najmilszymi i najżyczliwszymi. Najstarsza z księżniczek, z figurą wysoką i chudą jak tyka, z usposobieniem cierpkiem i nieznośnem, z włosami przylepionemi do skroni, jak peruczka na głowie lalki; przyszła oświadczyć mu zaraz po pogrzebie, z oczkami skromnie spuszczonemi, z minką pokorną i twarzą rumieńcem pałającą, że nie może dość odżałować nieporozumień dawniejszych, że wprawdzie nie ma prawa do niczego, ośmiela się jednak błagać go jak o łaskę, żeby mogła po ciosie, który ją spotkał, przebyć jeszcze bodaj kilka tygodni w domu, tak przez nią ukochanym i gdzie poświęcała się przez tak długi przeciąg czasu. Zobaczywszy tonącą we łzach tę osobę tak zwykle apatyczną i na wszystko obojętną, Piotr ujął ją z całą serdecznością za obie dłonie, prosząc nawzajem o przebaczenie, choć właściwie nie wiedział za co ją przeprasza? Od tego dnia pamiętnego, księżniczka zaczęła robić dla niego na drutach szalik ciepły na szyję z włóczki w cienie.

 — Zrób coś dla niej mój drogi! — wstawiał się za księżniczką Bazyli — wiesz przecie ile wycierpiała przy nieboszczyku, jaki był dokuczliwy i wymagający.

 Przy tych słowach podsunął Piotrowi papier, w którym darowywał jej trzydzieści tysięcy rubli, z kapitałów w banku złożonych. Książę powiedział sobie w duchu, że trzeba i księżniczce dać bodaj kostkę do obgryzienia, aby zamknąć jej usta co do roli haniebnej, jaką on, książę Bazyli, odegrał w owej sprawie ze sławnym pugilaresem. Piotr poczciwy podpisał dokument bez wahania, po czem sucha i długa księżniczka, zaczęła otaczać go jeszcze czulszemi staraniami. Młodsze siostry poszły za dobrym przykładem danym przez najstarszą, szczególniej ta ładna z pieprzykiem. Zdarzało się często że Piotr był zażenowany i zakłopotany, jej uśmieszkami zalotnemi i rumieńcami, któremi płonęła na jego widok, skoro spotkali się gdziekolwiek sam na sam.

 To ogólne przywiązanie do jego osoby, wydawało się Piotrowi tak naturalnem, że ani mu się przyśniło posądzić kogokolwiek o nieszczerość pod tym względem. Nie miał zresztą i czasu zastanawiać się głębiej i badać sam siebie co do tej kwrestji, tak był upojony czarem tych wrażeń zupełnie nowych dla niego. Czuł, że był niejako punktem, w koło którego krążyły sprawy wielkiej wagi, że oczekiwano i spodziewano się po nim czynności nieustannej. Jego bezczynność byłaby szkodliwą dla niejednego. Rozumiał doskonale, że mógłby obecnie zdziałać wiele dobrego, a jednak nie robił nic na własną rękę, wypełniając jedynie ściśle to, o co go proszono. Co do reszty, spuszczał się na traf, na zbieg okoliczności, które miały w przyszłości urzeczywistnieć jego chęci i marzenia.

 Książę Bazyli zawojował z kretesem Piotra i wziął na siebie ogólny zarząd jego dobrami, nie mniej prowadzenie jego interesów. Chociaż czasami zdawać się mogło, że goni ostatkiem sił, jednak zdecydował się na to, aby tylko nie puścić samopas dziedzica tak wielkiego majątku, syna swego najlepszego przyjaciela, i nie oddać go na pastwę intrygom i wyzyskiwaniom rozmaitych łotrów i szalbierzy. W pierwszych dniach po śmierci hrabiego Bestużewa, kierował każdym krokiem Piotra i wskazywał mu co ma robić, nieledwie co ma komu powiedzieć. A czynił to głosem zmęczonym, który miał oznaczać:

 — Wiesz, żem obarczony własnemi interesami. Jeżeli zajmuję się tobą, to li z chrześćjańskiego miłosierdzia. Sam zresztą powinieneś zrozumieć, że to, co ci proponuję, jest w tym wypadku rzeczą nieodzowną.

 — A więc mój drogi, odjeżdżamy jutro — przemówił do Piotra dnia pewnego, przymykając oczy ze zbytku znużenia, tonem tak stanowczym, jakby ten projekt był oddawna ułożony między nimi. Przytem, jak to było u niego w zwyczaju, głaskał rękę Piotra swojemi trzema palcami. — Jedziemy tedy, a ja ofiaruję ci z największą przyjemnością miejsce w mojej podróżnej karecie. Tu już z grubszego udało mi się wszystko załatwić, a w Petersburgu czekają na mnie sprawy nader ważne i zwłoki nie cierpiące. Oto, com dostał świeżo od kanclerza. Zamianowano cię carskim szambelanem, i członkiem ciała dyplomatycznego.

 Mimo tonu nader poważnego, i który nie znosił jakiejkolwiek opozycji, Piotr, zastanawiając się oddawna, jaki zawód ma obrać, chciał najenergiczniej zaprotestować przeciw temu mianowaniu. Książę Bazyli nie dopuścił go jednak do słowa. W wypadkach nadzwyczajnych, przemawiał głosem niskim, stłumionym, jakby z grobu wychodził:

 — Ależ mój drogi, zrobiłem to sam dla siebie, aby mieć spokojne sumienie. Nie masz mi za co dziękować. Nikt jeszcze w życiu nie narzekał, że go zbyt kochają. Zresztą jesteś wolny najzupełniej, i porzucisz służbę kiedy zechcesz. Osądzisz to sam najlepiej stanąwszy w Petersburgu. Dziś sprawą dla nas najważniejszą, jest oddalenie się od tych wspomnień tak okropnie bolesnych...

 Tu westchnął ciężko...

 — Twój kamerdyner, mój drogi — dodał po chwili, tonem mniej uroczystym — pojedzie za nami w twoim powozie... Ale, ale, byłbym na śmierć zapomniał... Miałem pewne rachunki z twoim ojcem. Zatrzymałem też dochód z twoich dóbr Riancow. Tobie niepotrzebna ta sumka drobna... później przedłożę ci cały rachunek...

 I rzeczywiście, ugrzęzły w kieszeni księcia Bazylego kilka tysięcy rubli, które wypłacano za dzierżawę owego majątku.

 Atmosfera przesiąknięta czułością i wielbieniem, która otaczała Piotra w Moskwie, nie odstąpiła go również w Petersburgu. Sam uznał, że było czystem niepodobieństwem, nie przyjąć ofiarowanego mu urzędu, tem bardziej, że nie wymagano od niego żadnej roboty. Mnogie znajomości, zaproszenia spadające na niego ze wszech stron, utrzymywały go jeszcze bardziej niż w Moskwie w owym dziwnie błogim stanie snu na jawie; w tem ciągłem poruszeniu i pod wpływem szczęścia niewypowiedzianego, którego on w końcu zaznał w całej pełni.

 Dawni towarzysze jego hulaszczych wybryków, rozpierzchli się po świecie. Gwardja maszerowała właśnie ku granicy. Dołogow służył w wojsku jako prosty szeregowiec; Anatol Kurakin był przydzielony do środkowego korpusu armji, a zaś Andrzej Bołkoński gdzieś już wojował... To też Piotr nie spędzał więcej nocy na swywolnych hulankach, co niegdyś sprawiało mu taką wielką przyjemność; nie miał nikogo pod ręką, z owych druhów serdecznych, z którymi gawędziło mu się tak miło, tak swobodnie. Cały czas pochłaniały bale, proszone objady, na które udawał się zawsze w towarzystwie księcia Bazylego, jego otyłej i wielce imponującej małżonki i ich córki, przepięknej księżniczki Heleny.

 Jedną z pierwszych w Petersburgu, która dowiodła, jak niesłychanie zmieniło się usposobienie towarzystwa w obec Piotra, była panna Scherer.

 Niegdyś, ilekroć znalazł się w obecności Anny Pawłówny, czuł instynktowo że wszystko, z czem się wyrwał, nie miało wiele sensu, że nie umiał postępować z taktem, według światowych reguł i konwenansów. Tak zdania jak i ocenianie bądź osób w towarzystwie, bądź bieżących wypadków, które w jego umyśle przedstawiały się jako nader trafne i świadczące o wyższej inteligencji, robiły się wprost głupiemi, skoro ośmielił się takowe głośno wypowiedzieć. Natomiast frazesa idjotyczne księcia Hipolita, przyjmowano z góry, jako kwintessencją rozumu i dowcipu. Dziś przeciwnie, cokolwiek Piotr wypowiedział, było uznane za coś „zachwycającego!“ Jeżeli Anna Pawłówna, wstrzymywała się czasem z wylewem swojego uwielbienia, to jedynie przez wzgląd na Piotra skromność znaną i uznaną.

 Na początku zimy z roku 1805 na 1806, Piotr dostał zaproszenie na bilecie różowym, a w przypisku te słowa:

 „Znajdziesz u mnie hrabio kochany, naszą prześliczną Helenkę, na którą nikomu nigdy nie naprzykrzyło się patrzeć i podziwiać“.

 Przy czytaniu bileciku uczuł po raz pierwszy, że istnieje między nim a Heleną Kurakin pewien węzeł, który zwrócił widocznie uwagę wielu osób. Przeraziła go ta myśl. Pociągała ona za sobą rozmaite zobowiązania, do spełnienia których nie czuł najmniejszej ochoty. Zabawiło go i rozśmieszyło jednocześnie to przypuszczenie, tak zupełnie bezpodstawne.

 Herbatka u panny Scherer, była podobniuteńką do wieczorku w zeszłem lecie. Różnicę jedyną stanowiła okoliczność: że tym razem nowalijką, ofiarowaną gościom dla zachęty, nie był Mortemart, lecz jakiś młody dyplomata świeżo przybyły z Berlina. Opowiadał on niesłychanie zajmująco, ciekawe i najnowsze szczegóły o pobycie cara Aleksandra w Poczdamie, gdzie dwaj dostojni przyjaciele, zaprzysięgli solennie jeden drugiemu sojusz wieczny, celem pogromienia i zniszczenia „wroga ludzkości!“ Anna Pawłówna przyjęła Piotra z lekkim odcieniem smutku, który nakazywała jej świeża strata, jaką poniósł w osobie ojca. Była to ta sama minka żałośna jaką zwykle przybierała, ilekroć zdarzyło jej się wspomnieć nawiasem o carowej Marji Fedorównie. Z taktem jej właściwym, potworzyła z swoich gości grupy rozmaite. Grupę główną stanowiło kilku jenerałów i książę Bazyli. Ci używali na nowalijce, i delektowali się młodym dyplomatą. Drugie mniejsze kółko, zgromadziło się przy stoliku z herbatą. Panna Scherer była w stanie podniecenia nerwowego, jakiego zwykł doznawać wódz naczelny na polu bitwy, w którego mózgu krzyżują się plany mistrzowskie, a brak mu czasu, żeby mógł wszystkie z nich wykonać. Spostrzegłszy że Piotr dąży w stronę pierwszej grupy, dotknęła się lekko jego ramienia:

 — Zatrzymaj się hrabio kochany! Upatrzyłam dla ciebie na ten wieczór coś niezwykłego...

 Spojrzała w stronę Heleny z uśmiechem wielce znaczącym:

 — Moja śliczna i najlepsza Helenko, bądź miłosierną dla mojej biednej cioci, która cię uwielbia i pójdź zabawić ją przez jaki kwadransik. Oto nasz miły i kochany hrabia, chce podzielić z tobą to poświęcenie.

 Zatrzymała Piotra przez chwilę, jakby mu chciała zwierzyć się z czemś:

 — Nieprawdaż jaka zachwycająca? — szepnęła wzrokiem wskazując od niechcenia Helenę „płynącą“ majestatycznie ku „cioci“. — Jakie ułożenie królewskie, jaka powaga u tak młodziutkiej panienki. Stokroć szczęśliwy komu dostanie się ten skarb... Człowiek który ją poślubi, choćby pochodził z najniższej sfery, może być pewien, że dojdzie najwyżej... Czy podzielasz w tem moje zdanie hrabio kochany?...

 Piotr odpowiedział łącząc pochwały własne, do uwielbień przesadzonych, jak zwykle, u panny Scherer, dla pięknej Heleny. Jeżeli kiedy o niej pomyślał, to uderzało go najpierw ułożenie pełne dystynkcji i brak zupełnej kokieterji w tej piękności pierwszorzędnej. Dotąd atoli nie odurzała go ona wcale i na jej widok serce nie zabiło ani raz żywiej w jego piersi.

 „Ciocia“ wciśnięta jak zawsze w swój kącik, nie zdawała się tak nadzwyczajnie uszczęśliwioną widokiem „nadpływającej“ Heleny. Rzuciła nawet swojej siostrzenicy spojrzenie wystraszone, jakby ją pytała, co ma zrobić z tym fantem? Nie zważając na minę starej ciotuni, Anna Pawłówna przemówiła głośno do Piotra na odchodnem:

 — Spodziewam się, że dziś hrabio kochany, chyba nie powiesz, że u mnie można się znudzić, co?

 Helena uśmiechnęła się jakby zdziwiona przypuszczeniem czegoś podobnego. Czyżby mógł znudzić się ktokolwiek, komu dostało się w udziele szczęście nadzwyczajne podziwiania jej i rozmawiania z nią? Ciocia odchrząknąwszy raz i drugi, aby sobie głos oczyścić, zaczęła wynurzać Helenie po francuzku, ile znajduje przyjemności w jej towarzystwie. Zwróciwszy się do Piotra, powtórzyła słowo w słowo ten sam frazes. Podczas gdy rozmowa wlokła się leniwo, rwąc się i kulejąc co chwila, Helena obdarzyła Piotra jednym ze swoich uśmieszków najrozkoszniejszych i najbardziej promienistych, któremi zresztą szafowała hojnie, nie skąpiąc ich nikomu. Piotr tak do nich nawykł, że wcale na to uwagi nie zwrócił. Ciocia zaczęła się wypytywać, ile zostało tabakierek po jego ojcu? Kazała mu przy tej sposobności podziwiać swoją, bardzo misternie wyrabianą z portretem jej nieboszczyka męża na złocie emaljowanym.

 — To pewno robota V.? — spytał Piotr wymieniając nazwisko sławnego w owym czasie miniaturzysty.

 Pochylił się nad stoliczkiem, aby wziąć w rękę tabakierkę. Nudna rozmowa z ciocią, nie przeszkadzała mu wcale wytężać słuch, aby pochwycić cośkolwiek z rozprawy dyplomatyczno-politycznej, prowadzonej w głównem kole. Chciał właśnie powstać, gdy ciocia podała mu tabakierkę po nad głową Heleny. Ta pochyliła się, zawsze z tym samym czarownym uśmieszkiem. Miała na sobie według mody ówczesnej, staniczek mocno wycięty, na piersiach i na plecach. Jej gors prześliczny, pełny białości olśniewającej, zdał się Piotrowi wykutym z marmuru. Był tak blisko niego, że pomimo krótkiego wzroku mógł dopatrzeć żyłek najdrobniejszych na tej cudnej szyjce łabędziej, mógł podziwiać biustu linje klasyczne. Potrzebował tylko schylić się cokolwiek, aby dotknąć się ustami tych pulchnych ramion. Odczuwał instynktowo ciepło bijące od jej ciała, zmięszane z wonią perfum paryskich, któremi była zlana obficie. Podniecony nerwowo, słyszał trzeszczenie rogów w sznurówce, za każdem Heleny poruszeniem. Tym razem atoli nie uderzało go głównie piękno tego posągu marmurowego. Odgadywał on wdzięki rozkoszne ciała smukłego, giętkiego, które okrywała lekka gaza. Gwałtowność żądz czysto zmysłowych, które w tej chwili przeniknęły i wstrząsnęły nim do głębi, zatarła na zawsze pierwsze, mniej namiętne wrażenia. Nie mógł już wrócić do nich, tak samo jak nikt z nas nie może odszukać ułud wieku młodzieńczego, gdy raz je utraci.

 — Nie uważałeś więc dotąd, jak jestem piękną? — zdawała się przemawiać do niego Helena. — Nie przyszło ci zatem nigdy na myśl, żem kobietą, — kobietą, którą każdy może posiąść, a ty jeszcze łatwiej od innych?

 Piotr zrozumiał nareszcie mowę tajemną tych oczów fiołkowych, tego uśmiechu rozkosznego, tego ciała wyginającego się z gracją niezrównaną. Powiedział sobie w tej chwili, że nie tylko Helena mogłaby zostać jego żoną, ale będzie nią najniezawodniej. Tak był tego pewnym, jakby już odchodzili od ołtarza, przez księdza złączeni nierozerwalnym węzłem małżeńskim. Jak to się stanie, dla czego? Tego jeszcze nie pojmował. Czy będzie z nią szczęśliwy? I z tego nie zdawał sobie sprawy. Przeczuwał raczej, że to będzie nieszczęściem dla niego, ale nie mniej wiedział z góry, że stać się to musi.

 Spuścił oczy i podniósł je na nowo, starając się widzieć w niej znowu ową piękność lodowatą, imponującą, pełną dystynkcji, która do dziś dnia, zostawiała go tak spokojnym i najzupełniej obojętnym. Nie mógł odszukać owych wrażeń pierwotnych. Poddawał się bez oporu wpływowi magnetycznemu tej czarodziejki, czując, że jedyną zaporę między nim, a piękną księżniczką Heleną, mogłaby stanowić chyba jego własna wola.

 — Zostawiam cię nadal, hrabio kochany, w twoim kąciku... Widzę, że ci tam bardzo dobrze — rzuciła mu w przelocie panna Scherer tonem żartobliwym.

 Piotr przerażony, pytał się w duchu, czy nie popełnił jakiej nieprzyzwoitości, czy nie zdradził się przypadkiem z namiętnym niepokojem, który go na wskroś przenikał? Wstał natychmiast, i złączył się z głównem kółkiem, w którem punktem dośrodkowym był młody dyplomata.

 Tu chwyciła go znowu, niby przypadkiem Anna Pawłówna:

 — Powiadają — spytała od niechcenia — że hrabia upiększasz twój pałac w Petersburgu?

 Tak było rzeczywiście. Budowniczy przez Piotra wezwany, zapowiedział zmiany niezbędne w urządzeniu pałacu, i on przystał z góry na wszystko.

 — To bardzo dobrze, ale mimo to nie wyprowadzaj się hrabio od księcia Bazylego. Nic w życiu nam nie zastąpi takiego serdecznego, zaufanego przyjaciela. Mogłabym coś i ja o tem powiedzieć... — panna Scherer spojrzała czule i z uśmiechem w stronę księcia Bazylego. — Jesteś jeszcze hrabio tak młody... potrzeba ci rady kogoś doświadczonego... Wszak nie weźmiesz mi za złe, że korzystam z przysługującego mi przywileju jako starej kobiety, mówienia prawdy każdemu...

 Zatrzymała się cokolwiek, czekając na komplement, na grzeczne zaprotestowanie, co mówi się zwykle kobietom, gdy wspomną o swoim wieku.

 — Jak ożenisz się hrabio — kończyła z dość kwaśną minką, zawiedziona w nadziei — wtedy zmieni się zupełnie postać rzeczy.

 Po tych słowach objęła oboje, Piotra i Helenę, jednym rzutem oka. Nie patrzyli na siebie, a jednak Piotr czuł bliskość Heleny i to go przerażało... Zamruczał jakąś odpowiedź banalną i niezrozumiałą.

 Gdy wrócił późno w nocy do siebie, nie mógł długo zasnąć. Myślał i myślał ciągle o tem, czego doświadczył tam, w salonie panny Scherer. Teraz dopiero zrozumiał, że ta kobieta, którą znał dzieckiem, i mówił o niej najobojętniej w świecie: — „Jest piękną rzeczywiście“ — wznieciła w nim zmysłową pożądliwość, i że mógłby ją dostać każdej chwili.

 — Ależ ona taka głupia! Zawsze przecież to mnie uderzało — mówił sobie w duchu. — Jest więc coś złego, coś prawie zakazanego w uczuciu, które we mnie wzbudziła. Czyż mi nie opowiadano pod sekretem, że była jakaś miłostka między nią, a tym oczajduszą Anatolem? Z tego nawet powodu miano go wyprawić czemprędzej z Petersburga. Jej drugi brat, to ten idjota Hipolit. Ojciec, książę Bazyli... Niedobrze wszystko się składa... Oj! nawet bardzo źle...

 Mimo tych uwag niefortunnych, świadczących o nader lichej wartości moralnej, tak samej Heleny, jak i jej całej rodziny, Piotr nie mógł wstrzymać się od marzeń rozkosznych, gdy wyobraził sobie Helenę, jako swoją żonę. Łudził się błogą nadzieją, że pokochałaby go wtedy szczerze... To, co o niej głucho szeptano, mogło być tylko obmową, fałszem wierutnym. Taka piękna! czyż nie mogła wzbudzić zawiści, w tych, które natura nie tak hojnie w wdzięki wyposażyła? I znowu widział przed sobą nie księżniczkę Helenę, dystyngowaną i majestatyczną, ale jej ciało prześliczne, woniejące, osłonięte niby mgłą, lekkiemi draperjami gazy białej...

 — Dla czegóż dotąd nie dopatrzyłem w niej tego wszystkiego?... — pytał się w duchu, znajdując, że ten związek małżeński, byłby czemś wstrętnem, czemś nieuczciwem, czemś ubliżającem godności jego, i wyrzucał sobie słabość nie do przebaczenia!

 Przypominał sobie słowa, spojrzenia swoje własne, jak i pół-słówka, uśmiechy i aluzje nader przeźroczyste, tak panny Scherer, jak i księcia Bazylego. Zastanawiał się z trwogą śmiertelną, czy już nie posunął się zadaleko? Czy nie będzie zmuszony zbiegiem fatalnym okoliczności, uczynić coś złego widocznie, skoro wyrzuca mu to własne sumienie?... Wydając sam na siebie wyrok tak surowy, widział dalej majaczącą mu przed oczami i nęcącą ku sobie czarowną postać Heleny, opromienioną odurzającemi i zdradliwemi wdziękami.

II.

 W roku 1805 we wrześniu, kazano księciu Bazylemu obejrzeć cztery gubernje. Wyprosił sobie u rządu tę missją, aby przy tej sposobności, nie tylko grosza z kieszeni nie wydając, ale grubo zarobiwszy na podobnej inspekcji, przejechać się po własnych dobrach, mocno zniszczonych i wyssanych. Po drodze chciał również przychwycić Anatola i zawieźć go do księcia Mikołaja Bołkońskiego, w celu ożenienia tego „syna marnotrawnego“, z córką jedyną starego dziwaka, skąpiarza, ale siedzącego nie mniej na miljonach. Zanimby jednak wdał się i rozpoczął tę nową kampanję, trzeba było skończyć raz z Piotrem i pokonać jego wahanie. Piotr przepędzał dni całe w domu księcia Bazylego, i był wiecznie ten sam, głupi, zmięszany i zakłopotany (zwykły zresztą stan u młodzików rozkochanych) wobec Heleny. Stał dotąd w jednem i tem samem miejscu, ani o krok nie posunąwszy się naprzód, nie decydując się ani tak, ani owak.

 — Wszystko pięknie i dobrze, ale muszę raz porządek z tem zrobić — powiedział sobie pewnego ranka książę Bazyli z uśmiechem pełnym melancholji. Zaczynał znajdywać, że Piotr, który mu tak wiele zawdzięczał, nie postępował po formie w tym wypadku: — „Taka to młodość! płocha, nierozważna! Niech go Bóg ma w swojej opiece — myślał dalej — ale tak dłużej być nie może... Trzeba skończyć z tą sprawą. — Tu uśmiechnął się dobrodusznie, dziwiąc się własnej wspaniałomyślnej wybaczliwości. — Tak! tak! trzeba żeby się skończyło... Pojutrze Heleny urodziny: zgromadzę kółko naszych najserdeczniejszych... Jeżeliby jeszcze nie dorozumiał się co mu czynić wypada, sam będę nad tem czuwał... Jest to moją świętą powinnością jako ojca...

 Minęło sześć tygodni od owego wieczoru u panny Scherer i od owej nocy spędzonej bezsennie, podczas której Piotr zawyrokował ostatecznie, że małżeństwo z Heleną byłoby jego zgubą, i że wypadało mu wyjechać czemprędzej, aby uniknąć tej niedoli. A jednak nie opuścił dotąd domu księcia Bazylego i czuł przerażony, że przykuwają go do Heleny pęta coraz silniejsze. Nie mógł już teraz zdobyć się na obojętność w jej obecności. Z drugiej zaś strony, nie miał również dość siły i stanowczości oderwać się od niej i widział się zmuszonym poślubić osobę, z którą przeczuwał to z góry, szczęścia wcale nie zazna. Byłby się może i wycofał jeszcze, gdyby nie przezorność księcia Bazylego. Ten nie przyjmując dotąd w domu prawie nikogo, teraz otwierał co wieczór swoje gościnne salony. Ile razy Piotr usiłował uwolnić się od tych zebrań w kółku najściślejszem, niemal rodzinnem, zawsze go gwałtem zatrzymywano, wmawiając weń, że popsułby tem gościom całą przyjemność, bo wszyscy cieszą się z góry na jego towarzystwo. Byłby to zatem zbyt bolesny zawód, gdyby jego brakowało w salonie księstwa. Podczas chwil krótkich, które książę Bazyli w domu spędzał; nie omieszkał nigdy bąknąć nawiasem, podając Piotrowi do pocałowania twarz świeżo ogoloną: — „Do zobaczenia, mój drogi, dziś przy objedzie“ — lub — „dziś wieczór! Jeżeli zostaję w domu, to wyłącznie dla ciebie Piotrusiu kochany! Chciej mi wierzyć“... — A jednak mimo tych zapewnień, że tylko dla Piotra zostaje, prawie nie widział go przez cały wieczór, rzucając młodego człowieka na pastwę wyłączną Helenie.

 Piotr nie miał odwagi rozwiać jego nadziei. Powtarzał sobie z dnia na dzień:

 — Postaram się poznać ją lepiej. Omyliłem się może w sądzie o niej... Czyżbym raczej teraz widział wszystko fałszywie?... Teraz nie wydaje mi się wcale ograniczoną... Jest przeciwnie zachwycającą! Mówi niewiele, to prawda, nie powie jednak nigdy nic niedorzecznego i wygląda zawsze pewna siebie, bez cieniu zmięszania lub zakłopotania.

 Próbował czasem wciągnąć ją w jaką dysputę w kwestjach naukowych. Odpowiadała niezmiennie głosikiem pieszczonym, tonem najłagodniejszym, coś takiego, co świadczyło jak mało interesu przedstawiała dla niej ta kwestja; a częstokroć rzucała na Piotra spojrzenie i uśmiech tak słodki i upajający, że Piotr przyznawał w ducha pokorze, iż go przewyższa o całe niebo. Miała zresztą słuszność najzupełniejszą uważać jego mądre dysertacje za bzdurstwa wierutne; bo i czemże one były w porównaniu z jej uśmiechem? A miała dla Piotra w zapasie uśmieszek wyłączny, dziwnie promienisty i okazujący ufność bezgraniczną. Był on inny, w niczem niepodobny do owych uśmiechów konwencjonalnych, pospolitych, któremi świat cały obdarzała. Piotr wiedział od dawna, że czekają na słowo jego, na krok przekraczający pewną granicę, wiedział również i o tem, że będzie zmuszony granicę przekroczyć, pomimo trwogi nieokreślonej a niepokonanej, która go opanowywała ilekroć o tem pomyślał. W przeciągu tych sześciu tygodni, czuł się pociągniętym bezwiednie, nad sam brzeg owej przepaści, i pytał się w duchu:

 — Gdzież moja siła, moja stałość i energja? Czyż dam się wiecznie wodzić na pasku?

 W tych strasznych walkach mogło zdawać się rzeczywiście, że zamierała w nim wszelka siła, wszelka samodzielność. Piotr należał do tej nielicznej kategorji ludzi, którzy dopóty są silni i działają z całą energją, póki nie czują żadnego ciężaru na własnem sumieniu. W chwili jednak, gdy pochylony nad ową nieszczęsną tabakierką „cioci“, uczuł się pochwyconym i opanowanym przez szatana żądzy cielesnej, siła jego i samodzielność zostały ubezwładnione przeświadczeniem o własnej jego winie.

 Małe kółko krewnych i najserdeczniejszych przyjaciół, (tak przynajmniej utrzymywała księżna Bazylowa), zgromadziło się na wieczór u Kurakinów, aby uczcić dzisiejszą solenizantkę. Na samym wstępie dano gościom zręcznie do zrozumienia, że tego wieczora mają rozstrzygnąć się przyszłe losy księżniczki Heleny. Księżna Kurakin, niegdyś piękność pierwszorzędna, dziś jeszcze imponująca, mimo że rysy twarzy rozlały się cokolwiek, a kibić popsuła zbyteczna otyłość, siedziała na głównem miejscu przy wieczerzy. Po jednej i drugiej stronie miała gości najznakomitszych: jakiegoś jenerała z żoną i pannę Scherer. Dalej pousiadali inni goście; Piotr, ma się rozumieć, obok Heleny. Książe Bazyli nie jadał nic na wieczór, nie usiadł więc przy stole, tylko przechadzał się po sali, rzucając po słówku od niechcenia, to jednemu, to drugiemu z zaproszonych.

 Był w doskonałym humorze, każdemu prawił grzecznostki, prócz Piotra i Heleny, do których ani się odezwał, jakby wcale nie spostrzegał ich obecności. Stół jadalny był rzęsiście oświetlony. Mnóstwo świec płonących odbijało się jaskrawo, w pysznej zastawie z srebra, kryształów i kosztownej sewrskiej porcelany. W koło stołu kręciła się służba, w liberji ponsowej, suto szamerowanej złotemi galonami. W sali panował gwar niesłychany. Słychać było ze wszech stron szczęk nożów i widelców, brzęk szklanek, kieliszków, talerzy, i głosy pomięszane rozmawiających. Pewien stary i łysy szambelan, zapewniał żartobliwie, równie niemłodą baronowę, siedzącą obok niego, o swojej dla niej namiętnej miłości. Staruszka odpowiadała mu na te oświadczyny płomieniste, wybuchem śmiechu szalonego. Inny gość opowiadał najnowszy skandalik, który zdarzył się w budoarze najulubieńszej aktorki, Marji Wiktorówny. Książę Bazyli znowu ściągał ogólną uwagę dam, opisując im w sposób niesłychanie komiczny, ostatnie posiedzenie Rady państwa. Wśród posiedzenia, wręczono nowo zamianowanemu gubernatorowi w Petersburgu, z nakazem odczytania w głos, sławny manifest cara Aleksandra, wydany do armji. W tym manifeście monarcha wspominał nader łaskawie, o mnogich dowodach wierności i przywiązania, które ludy jego składają mu w dani, i raczył zapewnić, że najmilszemi będą mu zawsze owe, składane przez sam Petersburg u stopni jego tronu, że czuje się dumnym, iż może panować nad takim narodem, i postara się dowieść czynami, że jest godnym piastować berło tak potężne.

 — Manifest zaczynał się od tych słów — opowiadał książę Bazyli: „Sergjuszu Kuśmiczu, dochodzą nas wieści ze wszech stron“... — i tak dalej, i tem podobnie...

 — Jakto? — spytała jedna z pań śmiechem wybuchając — i nie czytał dalej?

 — Ani jednego słowa więcej... „Sergjuszu Kuśmiczu, ze wszech stron... ze wszech stron Sergjuszu Kuśmiczu“... i na tem utknąwszy biedny Wiaśmitynów, nie był wstanie czytać dalej — książę Bazyli sam trzymał się za boki od śmiechu. — Zaczynał czytać kilka razy, ilekroć jednak wymówił głosem drżącym „Sergjuszu Kuśmiczu“, łzy zaczynały go dławić, a przy słowach: „ze wszech stron“ tak już łkał, że nie było mowy o dalszem czytaniu. Wyciągał czem prędzej chustkę z kieszeni, obcierał łzy rzęsiste i nos siąkał z hałasem... W końcu musiał ktoś inny ofiarować się do odczytania carskiego manifestu.

 — Nie bądź książę takim złośliwym! — pogroziła mu panna Scherer, śmiejąc się nie mniej od innych — to taki zacny i poczciwy, ten nasz kochany Wiaśmitynów!

 Wszyscy ginęli od śmiechu, prócz Piotra i Heleny. Ci wstrzymywali się z wielkim trudem, starając się zapanować nad uśmiechem w innym rodzaju, rozpromienionym i jednocześnie nieśmiałym, który wywoływały co chwila na ich usta uczucia tajemne, rozpierające im serca i popędzające do głowy krew wzburzoną.

 Mimo wesołej gawędy w koło nich; mimo że śmiano się i żartowano przy stole; zjadano z wielkim apetytem pasztety, lody, ciasta; zapijano wina reńskie i francuzkie, niby na nich wcale nie patrząc; odczuwali oboje instynktownie, po szybkich rzutach oczu tego, lub owego, po śmiechu wybuchach, po anegdotce o „Sergjuszu Kuśmiczu“, że to wszystko było komedją, i że cała uwaga towarzystwa skierowana jest ku nim coraz bardziej, mimo, że za przykładem samego gospodarza, goście udają, jakoby ich wcale nie widzieli. Naśladując głos drżący i łkanie „Sergjusza Kuśmicza“, książę Bazyli patrzał z pod oka na córkę i mówił w duchu:

 — Dobrze idzie... dziś sprawa musi się rozstrzygnąć!

 W oczach Anny Pawłówny, gdy mu groziła paluszkiem figlarnie, czytał wyraźnie życzenia składane mu z okazji przyszłego córki małżeństwa. Księżna matka, obrzucając córkę wzrokiem gniewnym i proponując tonem smętnym kieliszek wina siedzącej obok niej jenerałowej, zdawała się jej mówić: — Tak, tak, moja droga! Nic nam już w życiu nie zostaje, jak chyba wypić kieliszek wina słodkiego. Teraz kolej na młodsze pokolenie i na ich zuchwale miłostki! na ich szczęście, którem nas tylko drażnią!

 — Oto są prawdziwe w życiu rozkosze — myślał ów młody dyplomata, spozierając kiedy niekiedy na parę zakochaną. — Jakże suchemi i niesmacznemi wydają się mnie samemu owe brednie polityczne, których tyle dziś naplotłem, obok tamtych dwojga milczenia tak wymownego!

 Wśród spraw drobiazgowych i sztucznie wyśrubowanych, które zajmowały i poruszały to całe towarzystwo, odróżniało się zwycięzko i wysuwało się na pierwszy plan, uczucie naturalne. Był niem pociąg niepohamowany dwojga ludzi młodych, przystojnych, pełnych sił żywotnych i jędrności. To uczucie górowało w sposób prawie przygniatający, rozwalając sztuczną budowę, spraw i interesów urojonych. Nie tylko rodzice Heleny i goście, byli zajęci młodą parą, mającą się wkrótce skojarzyć węzłem nierozerwalnym. Służba nawet kręcąca się w koło stołu, zatrzymywała się w pół drogi, zagapiona i zapatrzona w twarze szczęściem promieniejące Piotra i Heleny.

 Piotr płonąc co chwila rumieńcem, był jednocześnie dumnym i pomięszanym, gdyż stał się celem powszechnej uwagi. Znajdował się w położeniu człowieka tak zatopionego w jednym przedmiocie, że staje się prawie głuchym na resztę swojego otoczenia. Chwilami tylko coś mu zamajaczy błyskawicznie przed oczami, i znowu świat zewnętrzny zapada w ciemności.

 — Wszystko zatem skończone... jak to mogło nastąpić tak prędko?... Bo nie podobna mi już cofnąć się... Niemożliwe... dla niej... dla mnie... dla tych tam wszystkich. Są tak o tem silnie przeświadczeni, że nie mogę zawieść ich nadziei...

 Oto, co sobie Piotr mówił w głębi ducha, wpatrując się z rozkoszną dreszczą w biust i ramiona olśniewającej białości, które prawie ocierały się o niego. Czasami wstyd go ogarniał mimowolnie. Ta ogólna uwaga zwrócona ku nim, sprawiała mu przykrość niewypowiedzianą. Wstyd mu było okazywać się tak naiwnie szczęśliwym. Wstydził się również roli Parysa, uwodziciela pięknej Heleny. Czyż ona była stosowną dla takiego jak on niezgraby, nie grzeszącego bynajmniej pięknością fizyczną? Tak jednak miało być i tak będzie. To fatum nieodwołalne, pocieszało go trochę. Przecież ze swojej strony, nie wywołał tego niczem... Wyjechał z Moskwy razem z księciem Bazylim i zatrzymał się chwilowo w jego domu... dla czego nie miałby był tego uczynić?... Potem grywał z nią czasem w karty, podnosił kłębek, lub woreczek z robotą, jeżeli ten upadł na posadzkę, szedł razem na przechadzkę... Kiedyż zaczęło się to właściwie?... A teraz są już prawie narzeczonymi... Ona jest tu, przy jego boku... Widzi ją, odczuwa, poi się jej oddechem, podziwia jej piękność... Nagle głos znany wyrwał go z głębokiej zadumy, powtarzając po raz drugi to samo pytanie:

 — Powiedz mi Piotrze kochany, kiedyś miał list ostatni od Bołkońskiego? Pytam i pytam... a tyś głuchy na wszystko... Czemu jesteś dzisiaj tak niesłychanie roztargnionym?...

 Piotr zauważył w tej chwili, że całe towarzystwo uśmiechało się znacząco, patrząc na niego i na Helenę.

 — Mniejsza o to — pomyślał. — Niech się zresztą domyślają, skoro to jest prawdą niezbitą...

 I na jego ustach szerokich, czerwonych, zaigrał uśmiech dobroduszny, prawie dziecinny.

 — Kiedyż odebrałeś od niego list ostatni? Czy pisał do ciebie z Ołomuńca?

 — Mam-że ja czas myśleć o podobnych drobnostkach? — Piotr powiedział sobie w duchu. — Tak... z Ołomuńca, o ile pamiętam — odrzucił wymijająco.

 Gdy wszyscy ruszyli się od stołu, on podał ramię swojej sąsiadce i odprowadził ją do salonu, idąc za innemi parami. Kilka osób odeszło natychmiast, nie pożegnawszy się nawet z Heleną. Niektórzy zbliżali się do niej na sekundę, kładnąc nacisk na to, że nie chcą jej przeszkadzać. Każdy z osobna błagał ją, żeby go nie odprowadzała.

 Dyplomata odchodził smutny i zafrasowany. Jakże błahą wydała mu się jego cała karjera, mimo że ją tak świetnie rozpoczynał, w obec szczęścia tych tam dwojga młodych ludzi. Stary jenerał zapytany przez żonę, czy nie odzywają mu się przypadkiem bole reumatyczne, mruknął jakąś kwaśną odpowiedź, a szepnął sam do siebie: — Głupia stara! Mówcie mi o Helenie Bazylównie. To wcale inny gatunek! Ta będzie jeszcze piękną i w latach pięćdziesięciu.

 — O ile mi się zdaje, mogę ci z serca powinszować księżno kochana! — szepnęła słodziutko na odchodnem Anna Pawłówna do matki Heleny, ściskając ją najczulej. — Gdyby nie moja nieszczęsna migrena, zostałabym dłużej z wami.

 Księżna nic nie odpowiedziała. Zazdrościła córce. Gdy się tak żegnano i gości odprowadzano jednych za drugimi, Piotr znalazł się sam na sam z Heleną, w małym saloniku. Nieraz ich tam samych zostawiano, a jakoś dawniej nie przyszło mu nigdy na myśl i nie zebrała go ochota mówić jej o miłości. Czuł że nadeszła chwila stanowcza, a jednak nie mógł odważyć się na ten krok ostateczny. Wstydził się samego siebie. Zdawało mu się, że zajmuje miejsce przy Helenie, przeznaczone zupełnie dla kogo innego.

 — Nie dla ciebie to szczęście! — słyszał w głębi duszy jakiś głos tajemny. — Jest ono dla tych, którzy nie posiadają tego co ty.

 Trzeba jednak było przerwać milczenie. Spytał czy była zadowoloną z dzisiejszej zabawy? Odpowiedziała ze zwykłą u niej prostotą, bez cieniu przesady, że nigdy jeszcze w życiu nie spędziła dnia urodzin tak przyjemnie, jak w tym roku. Krewni najbliżsi rozmawiali dotąd w głównym salonie. Książę Bazyli wszedł na chwilę do saloniku, zbliżył się do Piotra mimochodem, a ten nie znalazł nic lepszego do zrobienia, jak zerwać się na równe nogi, oświadczyć, że jest już bardzo późno. Padło na niego ojca spojrzenie piorunujące i badawcze zarazem, czem dawano mu do poznania, że słowa jego są zupełnie niezrozumiałe. Natychmiast jednak książę Bazyli zmienił wyraz twarzy, uśmiechnął się słodziutko i dobrodusznie, zmuszając Piotra żeby usiadł napowrót:

 — I cóż, kochana moja Helenciu? — przemówił do córki tonem nader czułym, który starał się naśladować, chociaż dzieci wcale nie kochał, uważając je za ciężar w życiu nieznośny. — „Sergjuszu Kuśmiczu, z wszystkich stron...“ — zanucił zcicha drwiąco mnąc niecierpliwie w palcach guzik od kamizelki.

 Zrozumiał Piotr, że księciu Bazylemu idzie wręcz o co innego w tej chwili, niż o jakąś tam banalną anegdotkę, a i ojciec Heleny odczuł, że odgadnięto jego tajne myśli i pragnienia. Porzucił ich nagle i wrócił do salonu. Młodemu człowiekowi zdawało się, że spostrzega na twarzy starca głębokie wzruszenie i niepokój. To go rozczuliło. Zwrócił się ku Helenie. Była jakby zawstydzona i pomięszana, a jej wzrok zdawał się mówić:

 — Pańska wina!... nie moja!

 — To mnie już ominąć nie może! tak być musi!... kiedyż nie jestem w stanie!... powtarzał w duchu, zaczynając mówić o rzeczach najobojętniejszych w świecie. Spytał Helenę między innemi, w czem właściwie tkwi dowcip i sens moralny tej anegdotki o „Sergjuszu Kuśmiczu?“

 Helena odrzuciła wymijająco, że nic nie wie, bo wcale nie słyszała ojca opowiadania.

 W salonie księżna Kurakin rozmawiała o Piotrze z jakąś damą w starszym wieku:

 — Zapewne, jest to świetna partja, ale czy majątek może szczęście zapewnić, moja droga?...

 — Hm! hm! — bąknęła staruszka. — Powiadają „że śmierć i żona, od Boga przeznaczona“ — trzeba zatem wierzyć, że tam, w górze, zapisane są małżeństwa...

 Książę Bazyli, który w tej chwili wrócił do salonu, usiadł w kącie najciemniejszym i zdrzemnął się na chwilę. Głowa opadła mu naprzód i to go obudziło.

 — Sasza! — rzekł do żony oczy otwierając — zobacz co oni tam robią.

 Księżna rzuciła okiem od niechcenia w głąb saloniku, przeszedłszy koło drzwi:

 — Siedzą jak siedzieli! — odpowiedziała mężowi wzruszając miłosiernie ramionami.

 Książę Bazyli zmarszczył brwi. Policzki mu zadrgały, usta wykrzywiły się niemiło. Twarz przybrała wyraz pospolity, prawie brutalny. Otrząsł się ze śpiączki, przetarł oczy i wszedł krokiem zamaszystym do saloniku. Minę miał tak uroczystą i tryumfującą, że Piotr zerwał się przerażony:

 — Dzięki Bogu! — wzniósł oczy w górę. — Żona wszystko mi opowiedziała. — Ujął w ramiona najprzód Piotra, potem córkę i uściskał najserdeczniej. Głos mu drżał: — Tak kochałem twego ojca Piotrze!... będzie dla ciebie żoną najlepszą, z poświęceniem!... Niech was Bóg błogosławi!...

 Łzy ściekały mu po policzkach.

 — Księżno! księżno! — zawołał radośnie. — Chodźże tu!

 Znowu uścisnął córkę z wykrzyknikami urywanemi:

 — Moja Heleńciu! moje serduszko! co za radość! jakie szczęście!...

 Weszła i księżna tonąc we łzach i owa poważna matrona, udawała że obciera z łez oczy suchuteńkie. Wszyscy po kolei ściskali Piotra, Piotr zaś na odwrót im ręce wycałowywał, a najdłużej pozostał z ustami, na białej rączce Heleny. W chwilę później znaleźli się znowu sam na sam.

 — Tak miało być i tak jest — Piotr pomyślał. — Nie ma po co pytać teraz, czy stało się dobrze, czy źle?... Raczej dobrze, bo skończyła się raz moja niepewność i moje wahanie.

 Trzymał dotąd w dłoni rękę narzeczonej, której pierś podnosiła się i opadała gwałtownie.

 — Helenko! — rzekł w głos. I zatrzymał się nagle... — Jest przecież w zwyczaju — pomyślał — powiedzieć cokolwiek w takim wypadku nadzwyczajnym, ale co to się mówi właściwie?...

 Nie mógł sobie tego przypomnieć. Spojrzał na nią, ona przysunęła się bliżej płonąc rumieńcem.

 — Ah! zdejm je! zdejm! — zawołała wskazując z niechęcią na jego okulary.

 Zdjął je natychmiast. Oczy jego miały teraz wyraz dziwny: niepewny, wytrzeszczony i jakby strwożony, zwykły u ludzi przyzwyczajonych do noszenia szkieł. Pochylił się nad jej ręką, gdy tymczasem ona ruchem szybkim i gwałtownym, porwała go oburącz za głowę i usta do jego ust przycisnęła w namiętnym pocałunku. Ta nagła zmiana, jej zwykłej dystynkcji, i obejścia prawie zimnego i pełnego przyzwoitej wstrzemięźliwości, na takie oddanie mu się bezwarunkowe, uderzyła Piotra nieprzyjemnie:

 — Źle!... bardzo źle!... nie podoba mi się to wszystko... Ale przepadło!... rzecz skończona!... zresztą... wszak ją kocham... — mówił sobie w duchu.

 — Kocham cię, Helenko! — wyksztusił nareszcie z wielkim trudem.

 To wyznanie zabrzmiało tak nędznie w jego własnych uszach, że aż wstydem zapłonął.

 W sześć tygodni później był już ożenionym i zamieszkał z żoną w świeżo odnowionym pałacu wspaniałym po zmarłym hrabi Bestużewie. Opowiadano sobie o nim, jako o człowieku najszczęśliwszym pod słońcem. Czyż nie posiadał niezliczonych miljonów, i najpiękniejszej kobiety w całym Petersburgu?

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok