Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1052 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wojna i pokój. Tom 3 i 4 - Lew Tołstoj

"Wojna i pokój przedstawia panoramę życia w Rosji w burzliwym okresie wojen napoleońskich. Ta epopeja charakteryzuje się mnogością portretów psychologicznych i barwnych postaci – występuje ich w powieści kilkaset, a teren akcji stanowi niemal cała Europa: gabinety dyplomatyczne, salony arystokratyczne, loże masońskie, więzienie, chłopska zagroda, pole bitwy, kluby itp. Obraz Rosji, jaki zawarł Tołstoj w Wojnie i pokoju, jest niezwykle sugestywny – trwają tu nieustanne spory o wybór drogi politycznej, intrygi, zabiegi o pozycję społeczną i ekonomiczną, a równocześnie tuż obok toczy się zwykłe życie: ludzie kochają się, nienawidzą, rozdzielają i łączą. Wydarzenia historyczne stają się tłem dla ludzkich namiętności i perypetii życiowych".

Opinie o ebooku Wojna i pokój. Tom 3 i 4 - Lew Tołstoj

Fragment ebooka Wojna i pokój. Tom 3 i 4 - Lew Tołstoj

Lew Tołstoj

Wojna i pokój

tom III-IV

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Tytuł oryginału:

Wojna i mir

Text © copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-7895-284-8

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

TOM TRZECI

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

Pod koniec roku 1811 monarchowie Europy Zachodniej wypełniali luki w szeregach swoich armii, zbroili na gwałt żołnierzy, koncentrując ich nieopodal granic państwa. W roku 1812 te nagromadzone masy liczyły miliony ludzi, dorzuciwszy do liczby żołnierzy tych, którzy mieli nimi dowodzić, jak też lud wiejski mający ich przewozić z miejsca na miejsce i dostarczać żywności dla ludzi, a furażu dla koni. Cały ten tłum posuwał się z wolna ku granicom Rosji, która też szła naprzeciw najeźdźców z całą swoją armią. 12 czerwca armia Europy Zachodniej weszła na terytorium rosyjskie i wojna wybuchła, czyli w tej chwili zaszedł wypadek kłócący się ze zdrowym rozsądkiem. Był on w dodatku w rażącej niezgodzie ze wszystkimi prawami boskimi i ludzkimi.

Te miliony istot stworzonych na wzór i podobieństwo Boga, obdarzonych duszą nieśmiertelną, popełniały nawzajem najohydniejsze zbrodnie: morderstwa, rabunki, defraudacje, szpiegostwo, zdrady, złodziejstwa, podpalenia, produkcje fałszywych banknotów. Wszystkie te najszkaradniejsze, oburzające czyny były wówczas na porządku dziennym. Dopuszczano się tych zbrodni w tak straszliwej liczbie, że roczniki sądowe jak świat długi i szeroki nie dostarczyłyby tylu spraw kryminalnych przez ciąg całych stuleci. A jednak, co w tym było najciekawsze i godne zastanowienia, ci, którzy te zbrodnie popełniali, uważali się za bohaterów, a nie za kryminalistów.

Gdzież mamy szukać powodów tych niezwykłych wydarzeń? Ówcześni historycy zapewniają nas z całą naiwnością, że odkryli powód nader ważny w zniewadze wyrządzonej księciu Oldenburskiemu, w nieprzestrzeganiu systemu kontynentalnego, w nienasyconej dumie i ambicji Napoleona, w mężnym oporze stawianym przez cara Aleksandra, w rażących błędach ówczesnej dyplomacji... i tak dalej.

Gdybyśmy zatem uwierzyli na słowo historykom, wystarczyłoby do zażegnania i unicestwienia straszliwej wojny, żeby Metternich** (Klemens Lothar von Metternich (właśc. Metternich-Winneburg, 1773-1859) - austriacki książę i polityk; minister spraw zagranicznych, później kanclerz. Popierał europejską równowagę sił, dążąc do osłabienia Rosji i Francji; współtworzył Święte Przymierze. Przeciwnik europejskiego ruchu niepodległościowego i rewolucyjnego, zmienił Austrię w państwo niemal policyjne), Rumiancew lub Talleyrand** (Charles Maurice de Talleyrand (właśc. Talleyrand-Périgord, 1754-1838) - francuski mąż stanu i dyplomata, książę Benewentu; poparł zamach stanu Bonapartego. Minister spraw zagranicznych do 1807 r.; reprezentował Francję na kongresie wiedeńskim) wystosowali zręcznie i dowcipnie zredagowaną notę dyplomatyczną pomiędzy galowym obiadem a jakimś wspaniałym balem dworskim, albo też gdyby Napoleon napisał liścik do cara, w tych słowach mniej więcej: „Panie Bracie, przystaję na oddanie księciu Oldenburskiemu jego księstwa”.

Łatwo zrozumieć, że ówcześni tak a nie inaczej zapatrywali się na ten wypadek niesłychany w dziejach świata. Odpowiedzialność spychali jedni na drugich. Napoleon jeszcze w swoich pamiętnikach, pisanych na Wyspie Świętej Heleny, przypisywał ową wojnę wyłącznie intrygom Anglii. Członkowie angielskiego parlamentu zrzucali całą odpowiedzialność na szaloną dumę Napoleona, książę Oldenburski na zniewagę mu wyrządzoną, kupcy na zamknięcie handlu z Anglią, co niszczyło Europę kontynentalną, legitymiści powoływali się na świętość ich zasad i wierność zaprzysiężoną prawym władcom, monarchom z bożej łaski, sromotnie wypędzonym z Francji przez uzurpatora, dyplomaci uważali za główną przyczynę przymierze austriacko-rosyjskie, którego nie dało się ukryć przed Napoleonem. My, stanowiący potomność, patrzymy z innego stanowiska na ten fakt olbrzymiej doniosłości. Wszystkie owe wyżej przytoczone powody wydają się nam nie dość ważne i nadto drobiazgowe. Nie pojmujemy, co prawda, żeby miliony istot ludzkich miały się zarzynać i mordować nawzajem z tego powodu jedynie, że Napoleon był nadto ambitny, Aleksander uparty i strzegący zawzięcie swoich praw, że Anglia była zawsze chytra i podstępna, a książę Oldenburski czuł się znieważony i pokrzywdzony.

Musimy zatem przypuścić fatalizm w historii, który jedynie tłumaczy nielogiczne wypadki. Im bardziej staramy się wytłumaczyć te zjawiska w historii, tym bardziej stają się one dla nas niedorzeczne i niezrozumiałe.

Każdy człowiek żyje dla siebie i używa wolnej woli niezbędnej, by dojść do wytkniętego celu. Czuje w sobie i ma możność dokonania lub nie czynu tego lub owego. Skoro jednak raz go spełni, czyn przestaje być jego własnością i odtąd należy do historii. Tam zaś znajduje ocenę i stosowne miejsce, wyznaczone z góry bez uwzględnienia trafu, który czyn po części sprowadził.

Życie człowieka jest podwójne. Jednym jest życie wewnętrzne, osobiste, tym bardziej niezależne od spraw zewnętrznych, im ich cel będzie wyższy i szlachetniejszy. Drugim jest życie ogólne, wmieszane mimowolnie w to olbrzymie mrowisko nazywające się społeczeństwem. Tu traci człowiek wolność działania, pociągnięty w wir wypadków kołem rozpędowym praw i obowiązków, którym oprzeć się nie jest w stanie.

Choćby silnie był przekonany o istnieniu w nim wolnej woli, człowiek jednak staje się częstokroć narzędziem bezmyślnie, nieświadomy rządzącego nim fatalizmu. Im wyżej stoi na szczeblach drabiny społecznej, im większą liczbą istot ludzkich rządzi, im potężniejszą na pozór jest jego władza, tym widoczniejsze są przeznaczenie i konieczność w górze zapisana, zmuszające tego potentata do pewnych czynów i aktów poza jego własną wolą:

Serca monarchów są w rękach Opatrzności.

Monarchowie są niewolnikami historii.

Historia, czyli życie zbiorowe całej ludzkości, całego społeczeństwa, korzysta z każdej chwili w życiu monarchów, używając tychże do swego własnego celu.

Chociaż Napoleon w roku 1812 bardziej niż kiedykolwiek był przekonany, że wyłącznie od jego woli zależy wylanie lub nie potoków krwi jego poddanych, więcej niż kiedykolwiek podlegał on owej tajemniczej sile, owemu dziejowemu fatalizmowi popychającemu go naprzód, wiecznie naprzód! Zostawiał mu jednocześnie ułudę, że działa z własnej woli i z własnego popędu.

Idąc więc na nieuniknioną rzeź, te miliony istot myślących i czujących ani przypuszczały, ani się domyślały, że pcha je na wschód fatalizm dziejowy...

Czemu dojrzałe jabłko spada z jabłoni? Czy pociągnięte własnym ciężarem? Czy dlatego, że od promieni słońca usechł korzonek, który trzymał się głównej gałęzi? Czy spadło po prostu dlatego, że pod drzewem stoi dziecko pragnące je zjeść?

Biorąc pojedynczo każdą z tych przyczyn, każda może wydać się dobra i właściwa lub zła i niewłaściwa. Botanik przypisujący spadnięcie jabłka rozkładowi tkanki komórkowej będzie miał tak samo słuszność, jak i to dziecko, które widzi w tym wypadku tylko szczęśliwy traf spowodowany jego żądzą zjedzenia jabłka z największym smakiem.

Tak samo miałby słuszność i myliłby się jednocześnie ten, kto by utrzymywał, że Napoleon wkroczył do Moskwy, bo tak postanowił, i że znalazł tam swoją zgubę, bo taka była wola cara Aleksandra. Tak samo będzie i słuszne, i fałszywe jednocześnie zdanie, dajmy na to inżyniera, któryby zaręczał, że góra ważąca kilka milionów pudów** (Pud (z ros.) - dawn. rosyjska jednostka ciężaru (16,38 kg)) wywróciła się tylko z powodu ostatniego uderzenia motyką przez ostatniego robotnika, który ją podkopywał wraz z innymi.

Tak zwani wielcy ludzie są po prostu etykietami historii. Dają oni swoje nazwiska pewnym wypadkom, częstokroć nie mając nawet, na wzór etykiet na butelkach wina, najmniejszej styczności z faktami.

Żaden z czynów przez nich spełnionych, na pozór dobrowolnie i z całą świadomością, nie był właściwie od nich zależny. Był on związany z góry z biegiem historii, a miejsce jego w dziejach świata było oznaczone od wieków wszechwładną dłonią Opatrzności.

II

Napoleon opuścił Drezno 29 maja. Spędził on tam trzy tygodnie wśród dworu złożonego z samych udzielnych książąt, królów, a nawet jednego cesarza. Uprzejmy dla takich książąt i królów, którzy mu się dobrze zasłużyli, nie szczędził ostrej nagany tym, z których nie był zupełnie zadowolony. Cesarzowej austriackiej ofiarował perły i diamenty zabrane z innych skarbców koronnych i wycałowywał publicznie Marię Ludwikę, która uważała się za jego prawowitą małżonkę. A jednak pod Paryżem mieszkała jego pierwsza żona w ciężkim żalu z powodu wyrządzonej jej krzywdy i rozłąki z mężem. Prosto z Drezna wyjeżdżał, by stanąć na czele armii, pomimo rozmaitych not dyplomatycznych, które łudziły ciągle możnością utrzymania pokoju i które w tym celu jedynie wysyłano, i pomimo jego listu do cara Aleksandra. Zaczynał on się od sakramentalnych słów: „Panie Bracie!”, zawierał dalej „zapewnienie najszczersze, że co do niego, wcale sobie wojny nie życzy”, kończył się zaś mnóstwem czułych wylewności. Na każdym popasie jednak nakazywał on jak największy pośpiech w posuwaniu się wojsk sprzymierzonych z zachodu na wschód. Sam jechał w karecie zaprzężonej w szóstkę koni, otoczony paziami, adiutantami i liczną świtą dworską. Drogę miał wyznaczoną na Poznań, Toruń, Gdańsk i Królewiec. W każdym z tych miast naprzeciw niego wychodziły tłumy, witające go z zapałem, ale i z trwogą.

Jadąc w tym samym kierunku co jego wojska, nocował 10 czerwca w domu pewnego polskiego magnata, który, uprzedzony, zgotował mu iście cesarskie przyjęcie. Następnie zrównał się z armią, wyprzedził ją, dotarł nazajutrz do brzegów Niemna, a przywdziawszy mundur wojsk polskich, wysiadł z karety podróżnej, aby przypatrzeć się dokładniej miejscowości wybranej dla przekroczenia granicy.

Na widok Kozaków, uwijających się na koniach po przeciwległej stronie, i stepów ciągnących się jak okiem sięgnąć aż do bram Moskwy, tego miasta uznawanego za świętość w całym państwie rosyjskim, które swoim ogromem przypominało mu zdobycze Aleksandra Wielkiego, rozkazał naprzód maszerować zaraz nazajutrz, wbrew wszelkim przewidywaniom dyplomacji i wszelkim prawom strategicznym... Wojska jego przeszły rzeczywiście przez Niemen w wyznaczonym na to dniu.

12 czerwca wyszedł spod namiotu ustawionego na lewym brzegu rzeki, aby z dość stromego pagórka patrzeć przez lunetę na ruchy maszerującego wojska. I tu toczyły się niby rwące fale, ale złożone z ludzkich ciał. Wojsko przeprawiało się przez Niemen na drugą stronę po zbudowanych naprędce trzech mostach. Żołnierze wiedzieli, że cesarz tam jest. Wszyscy patrzyli ku niemu, jak kwiat słonecznika zwraca się ku ożywczym promieniom słońca. W historycznym szarym surducie i w małym stosowanym kapeluszu na głowie, odbijał od reszty otoczenia, błyszczącego od złota. Wtedy cały tłum zaczął krzyczeć: „Niech żyje cesarz!” i wyrzucać w górę, co kto miał na głowie. Tak płynęły i płynęły żywe fale, wynurzając się z wolna z leśnego gąszczu, a następnie przechodząc na przeciwny brzeg.

– No, tym razem zrobimy kawał drogi! – gwarzyli żołnierze między sobą. – Och, jak on sam się gdzieś pojawi, tam się robi diabelnie gorąco... Do kroćset diabłów!... Jest tam, tam!... Na wzgórzu, nasz cesarz!... Phi, to są zatem owe sławne stepy azjatyckie?... Jednak wielkie szkaradztwo!... Szkoda oczu, żeby na to patrzeć... Do widzenia, kochany Bauché, zarezerwuję dla ciebie najpiękniejszy pałac w Moskwie i najładniejszą dziewczynę, jaka mi wpadnie w rękę! Do widzenia! I daj ci Boże szczęście! Widziałeś naszego cesarza?... To ci dopiero człowiek, co?... Jeżeli mnie mianuje gubernatorem w Indiach, to ja zrobię ciebie, Gerardzie, ministrem w Kaszmirze!... To postanowione!... Jakbyś już miał nominację w kieszeni!... Niech żyje cesarz! Niech żyje!... Widziałem go dwa razy, małego kaprala, ot, tak blisko, jak ciebie mam teraz przy sobie... Widziałem, jak własnoręcznie przypinał order jednemu z naszych starych wiarusów. Niech żyje cesarz!... – I tysiące innych, podobnych tym, słów urywanych krzyżowało się w powietrzu pomiędzy starymi a nowozaciężnymi rekrutami.

Na wszystkich tych ciemnych, ogorzałych od słońca i wiatru twarzach promieniała najwyższa radość, jak to zwykle bywa przy rozpoczęciu kampanii tak niecierpliwie oczekiwanej. Ów mały człowiek, stojący na wzgórku w szarym surducie, rozpłomieniał wszystkie serca miłością dochodzącą do szału. Każdy w tym tłumie gotów był oddać życie na skinienie swojego ubóstwionego cesarza.

13 czerwca Napoleon dosiadł wierzchowca czystej krwi i puścił się galopem ku jednemu z trzech mostów. Gdziekolwiek się ukazał, spotykały go znowu ogłuszające wiwaty. Tolerował je, raz że nie był w stanie przeszkodzić tym objawom czci i przywiązania, a poza tym pochlebiało to jego wygórowanej dumie i próżności. Było jednak widoczne, że go w końcu nużyły te wrzaski, odwracające uwagę od pochłaniających go całkowicie planów strategicznych, które układał w głowie. Przejechał jak wicher po moście uginającym się pod końskimi kopytami i popędził dalej w kierunku Kowna. Przed nim maszerowali strzelcy gwardyjscy, torując drogę cesarzowi pomiędzy zbitym tłumem wojska. Dojechawszy aż do brzegów Niemna, który w tym miejscu rozlewał się szeroko, zatrzymał się przed pułkiem polskich ułanów.

– Niech żyje cesarz! – krzyknęli żołnierze jak jeden mąż, z zapałem dorównującym zupełnie Francuzom. Zaczęli występować z szeregów, byle mu się z bliska przypatrzeć.

Napoleon zeskoczył z konia i usiadł na kłodzie drzewa nad brzegiem rzeki. Skinął ręką, a jeden z paziów, promieniejący szczęściem i dumny jak paw z tego wyróżnienia, podał mu lunetę. Napoleon oparł ją jednym końcem o ramię młodziutkiego pazia, aby zbadać dokładnie przeciwny brzeg. Następnie zaczął studiować mapę rozłożoną przed nim na drugiej kłodzie drzewa. Powiedział kilka słów, nie odrywając wzroku od mapy, i dwaj adiutanci pomknęli jak strzała ku polskim ułanom.

– Co rozkazał? Co powiedział? – zaszemrali żołnierze w szeregach, podczas gdy ich dowódca dostawał rozkaz poszukania brodu i przejechania ze swoimi ludźmi na drugi brzeg.

Pułkownik, człowiek niemłody, jednak jeszcze dziarskiej postawy, z twarzą nader sympatyczną i z inteligentną, spytał adiutanta, rumieniąc się i jąkając z nadmiaru wzruszenia, czy mu będzie wolno, zamiast szukać brodu, przepłynąć Niemen wpław na czele swego pułku. Można było domyślić się z łatwością, że odpowiedź odmowna zmartwiłaby go i dotknęła do żywego. Adiutant pospieszył więc z zapewnieniem, że cesarz nie mógłby wziąć za złe takiego zbytku gorliwości w spełnieniu jego rozkazu. Na te słowa stary wiarus z rozpłomienionym radością wzrokiem wywinął w górę pałaszem, krzycząc: „Wiwat!”, zakomenderował do podkomendnych: „Za mną, naprzód!” i puścił się galopem, spiąwszy konia ostrogą. Koń przed rzeką stanął dęba, nie mając ochoty skąpać się w jej nurtach. Rozgniewany pułkownik uderzył z całej siły biedne zwierzę i rzucił się w bystry prąd. Wszyscy ułani poszli za przykładem wodza. Jedni, pospadawszy z siodeł, czepiali się bądź grzywy końskiej, bądź tych, którzy płynęli, siedząc na koniach. Kilka koni i kilkudziesięciu ludzi utonęło. Reszta jeźdźców płynęła unoszona wartkimi falami, ile możności w linii prostej, trzymając się kurczowo siodła lub końskiej grzywy. Tymczasem o pół wiorsty od tego miejsca był bród zupełnie płytki i bezpieczny. Oni jednak byli niesłychanie dumni z tego, że mogą tak płynąć, a choćby i umrzeć w oczach tego człowieka siedzącego na pagórku, który nie raczył nawet na nich spojrzeć.

Gdy adiutant powrócił i ośmielił się zwrócić uwagę cesarza na poświęcenie Polaków dla jego osoby, mały człowiek w szarym surducie wstał, przywołał Berthiera** ( Louis Alexandre Berthier (1753-1815) - książę Neuchątel i Wagram, marszałek Francji; należał do rewolucyjnej armii francuskiej. W 1796 r. został szefem sztabu generalnego Napoleona, później ministrem wojny, a w latach 1805-14 był szefem sztabu Wielkiej Armii, po czym przeszedł na stronę Burbonów) i zaczął się z nim przechadzać nad brzegiem rzeki, wydając mu rozmaite polecenia. Niekiedy spozierał niechętnie z gniewnie ściągniętymi brwiami na tonących żołnierzy, którzy niepotrzebnie odrywali jego myśl od tak ważnych planów. Czyż to było dla niego czymś nowym? Czyż on nie wiedział z góry, że od puszcz piaszczystych Afryki aż do stepów moskiewskich jego obecność wystarczała, aby wprawić w szał żołnierzy do tego stopnia, że byli gotowi bez wahania, bez namysłu poświęcić dla niego wszystko, nawet własne życie. Wsiadł na konia i wrócił do obozu.

Czterdziestu ułanów utonęło, mimo że wysłano po nich łodzie ratunkowe. Prawie cały pułk woda popchnęła wstecz do tego samego brzegu, który opuścili. Jedynie pułkownik i kilku ułanów dostali się szczęśliwie na drugą stronę i wyszli z wody zmoknięci jak kaczki. Zaledwie znaleźli się na stałym gruncie, wykrzyknęli na nowo: „Niech żyje!”, szukając oczami Napoleona na wzgórzu. Wprawdzie już go tam nie było, oni jednak czuli się i bez tego najszczęśliwsi.

Tego samego wieczora Napoleon, wydawszy rozkaz, żeby przyspieszono ile możności wysyłkę fałszywych banknotów przeznaczonych dla Rosji, po rozstrzelaniu jakiegoś Saksończyka, przy którym znaleziono papiery objaśniające położenie i liczbę wojsk francuskich, przypiął krzyż oficerski Legii Honorowej pułkownikowi ułanów. I za co? Że bez żadnej potrzeby rzucił się w nurty rzeki w miejscu, w którym była najgłębsza!... Quos vult perdere – dementat!** (Quos vult perdere - dementat (łac.) - Kogo chce zgubić, tego pozbawia rozumu).

III

Car Aleksander mieszkał w Wilnie od przeszło miesiąca. Spędzał czas na przeglądach wojsk i manewrach. Nic dotąd nie było gotowe do wojny, mimo że spodziewano się jej od dawna. Chcąc wszystko przyspieszyć, car opuścił Petersburg. Nie istniał dotąd żaden plan ogólny. Co się tyczy wyboru naczelnego wodza, wahanie co do tej palącej kwestii wzmagało się, w miarę jak się przedłużał pobyt samego monarchy w głównym sztabie. Każda z trzech armii miała swego oddzielnego wodza, ale ogólnego wodza wszystkich armii nie było, car zaś sam nie chciał brać na siebie tak wielkiej odpowiedzialności. Im dłużej bawił car w Wilnie, tym bardziej przeciągały się w nieskończoność wszelkie przygotowywania. Zdawać się mogło, że całe carskie otoczenie na to wysila się jedynie, ten ma tylko cel przed sobą, aby dać zapomnieć o wojnie młodemu monarsze, aby uprzyjemnić mu, ile możności, pobyt w stołecznym mieście Litwy.

Po całym szeregu wspaniałych uczt wyprawianych na cześć cara przez polskich magnatów i przez najwyższych dworskich dostojników, a w końcu i przez samego monarchę jako podziękowanie, powziął myśl jeden z polskich adiutantów cara, żeby urządzić bal na jego cześć w imieniu wszystkich wojskowych kolegów. Ta propozycja, przyjęta z najwyższym zapałem, otrzymała przyzwolenie cara. Zebrano w drodze dobrowolnej składki potrzebne pieniądze, upraszając na gospodynię balu damę, dla której car czuł największą sympatię. Wyznaczono na ów bal dzień 13 czerwca. Obiad, przejażdżkę po wodzie i ognie sztuczne urządzano nieopodal Wilna, w majątku hrabiego Bennigsena** (Leontij Bennigsen (właśc. Levin August Teofil Bennigsen, 1745-1826) - niemiecki hrabia; od 1773 r. w armii rosyjskiej. Brał udział w kampaniach przeciw Turcji, Prusom, Polsce i Francji. W 1807 r.

był wodzem naczelnym armii rosyjskiej), który swój pałac z przyległościami chętnie oddał do rozporządzania tym, którzy układali cały program przyjęcia.

W dniu, w którym Napoleon wydał rozkaz swoim wojskom, a właściwie swojej ariergardzie, aby wkroczyła na terytorium rosyjskie, rozpędzając na cztery wiatry pogranicznych Kozaków, car był na balu wyprawianym na jego cześć przez adiutantów i resztę oficerów głównego sztabu.

Ta świetna uczta zgromadziła w jedno miejsce, według zdania ówczesnych znawców, tyle pięknych kobiet, jakich nigdy i nigdzie dotąd nie widziano. Hrabina Bezuchow, która przybyła umyślnie na ten bal z kilkoma innymi damami z Petersburga, przyćmiewała pyszną toaletą i bujną, lubieżną pięknością, właściwą Rosjankom, damy polskie o rysach delikatniejszych, o kibiciach bardziej wiotkich, z ułożeniem bardziej dystyngowanym. Car jednak zauważył tę jasnowłosą Junonę i raczył raz z nią zatańczyć.

Borys Drubecki, zostawiwszy w Moskwie swoją żonę, żył sobie w Wilnie po kawalersku, jak się sam wyrażał. Chociaż nie był carskim adiutantem, wziął udział w balu, przyczyniwszy się do składki bardzo znaczną sumą. Posiadając obecnie wielki majątek, obrzucany ze wszystkich stron rozmaitymi dostojeństwami, nie szukał już niczyjej protekcji. Utrzymywał się na równej stopie towarzyskiej z najwyższymi ówczesnymi osobistościami. Czuł, że ma do tego wszelkie prawo i że mu je każdy chętnie przyzna.

O północy tańczono jeszcze w najlepsze. Helena, nie znajdując wkoło siebie godnego jej tancerza, sama poprosiła Borysa, żeby stanął z nią do mazura, do którego właśnie się gotowano. Oni byli trzecią parą. Borys patrzył obojętnie na wspaniale i olśniewająco białe ramiona i biust Heleny, jak zawsze bezwstydnie obnażony, kontrastujący z suknią z ciemnowiśniowej gazy, bogato przyozdobionej złotym, wypukłym haftem. Rozmawiali o swoich dawniejszych znajomych, o tym i owym... Borys jednak nie spuszczał z oka cara, który stojąc w drzwiach do ogrodu, zatrzymywał łaskawym skinieniem to jednych, to drugich, obdarzając miłymi słowami, jak to on jedynie potrafił.

Uderzyło wkrótce Borysa, że generał-adiutant Bałaszew, jeden z carskich ulubieńców, zbliżył się poufale na dwa kroki, w chwili kiedy car rozmawiał w najlepsze z jedną z najpiękniejszych dam polskich. Aleksander spojrzał na śmiałka pytająco, zrozumiawszy jednak, że musi mieć nader ważny powód do postępowania wbrew wszelkiej dworskiej etykiecie, skłonił się damie uprzejmie i zwrócił się do Bałaszewa. Twarz cara pobladła, gdy mu Bałaszew szepnął coś do ucha i można było wyczytać w niej najwyższe zdumienie. Wziął go car pod ramię, pociągając żywo za sobą do ogrodu. Nie zwracał wcale uwagi na zaciekawienie tłumu, który jednak usuwał się przed carem z całym uszanowaniem. Borys spojrzał na Arakczejewa, ministra wojny. Zauważył jego zmieszanie, gdy Bałaszew zjawił się nagle przy boku cara. Widział, jak wysuwa się naprzód. Spodziewał się widocznie, że go car obdarzy jakimś słowem. Po tym ruchu ministra wojny Borys zrozumiał, że jest zazdrosny o Bałaszewa, że ma żal do niego, dlaczego jemu pierwszemu szczęście posłużyło donieść carowi o czymś bardzo ważnym. Gdy o nim zupełnie zapomniano, poszedł za tamtymi do ogrodu, trzymając się w odległości jakichś dwudziestu kroków. Dysząc z bezsilnego gniewu, rzucał wokoło wściekłe spojrzenia.

Borys, dręczony niepohamowaną chęcią dowiedzenia się najwcześniej z całego towarzystwa, jaką to ważną wiadomość przyniósł carowi Bałaszew, szepnął na ucho Helenie, że idzie poprosić do figury mazurowej hrabinę Potocką, która tylko co wyszła na taras. W chwili gdy i on stanął w drzwiach do ogrodu, zatrzymał się nagle, jakby wrósł w posadzkę, wracali bowiem car z Bałaszewem. Udał, jakoby nie miał już czasu usunąć się na bok, tylko ile możności przytulił się do drzwi, skłaniając głowę z najwyższym uszanowaniem. Usłyszał Aleksandra mówiącego z rozdrażnieniem, jak ktoś, komu wyrządzono osobistą zniewagę:

– Wejść w granice Rosji wcale wojny nie wydawszy! Nie przyjmiemy i nie zawrzemy pokoju, póki ostatni nieprzyjaciel nie opuści naszego państwa. – Borysowi zdawało się, że car wymawia te słowa z pewnym naciskiem i wewnętrznym zadowoleniem. Cieszyło go widocznie, że myśl swoją potrafił oddać tak patetycznie. Jednocześnie jednak irytowało cara, że go podsłuchano przedwcześnie.

– Nikt o tym wiedzieć nie powinien – dodał, marszcząc groźnie brwi. Borys pojął, że te słowa stosują się do niego. Przymknął oczy i głowę spuścił jeszcze niżej. Car wrócił na salę balową, gdzie jeszcze zabawił z pół godziny.

Borys, dzięki szczególnemu trafowi dowiedziawszy się pierwszy o przejściu przez Niemen francuskich wojsk, skorzystał z tego szczęśliwego zbiegu okoliczności, dając niedwuznacznie do zrozumienia kilku osobistościom stojącym najwyżej w hierarchii dworskiej, że tylko mówić mu o tym nie wolno, ale wie o wiele więcej od nich wszystkich. Tym sposobem w ich mniemaniu urósł o drugie tyle.

Ta wiadomość była istnym uderzeniem pioruna. Dowiedzieć się o czymś podobnym na balu i po całym miesiącu nadaremnego czekania na formalne wypowiedzenie wojny, nie dziw, że wydało się carowi czymś nie do uwierzenia. Monarcha pod pierwszym piorunującym wrażeniem i w pierwszym gwałtownym oburzeniu znalazł i wypowiedział te słowa, które później stały się sławne i przeszły do historii. Chętnie je też potem powtarzał, ponieważ oddawały wiernie uczucia, które rozpierały mu serce. O drugiej po północy, wróciwszy do siebie, posłał po swojego sekretarza Szyszkowa** (Aleksander Szyszkow (1754-1840) - rosyjski pisarz i mąż stanu; w 1812 r. mianowany sekretarzem państwa. W 1814 r. został prezesem Rosyjskiej Akademii Nauk, następnie wiceadmirałem, członkiem Rady Państwa oraz licznych towarzystw naukowych w kraju i za granicą; autor manifestów, proklamacji, ukazów), dyktując mu rozkaz dzienny do armii i pismo do marszałka księcia Sałtykowa** (Mikołaj Sałtykow (1736-1816) - rosyjski książę i polityk; od 1783 r. wychowawca wielkich książąt Aleksandra i Konstantego Pawłowiczów, później mianowany feldmarszałkiem. W 1812 r. przewodniczył Radzie Państwa). W obu pismach wyrażał stałe postanowienie w tych samych słowach, których użył najpierw do Bałaszewa: „nie zawierać pokoju, nie przyzwolić na pokój, póki ostatni Francuz nie opuści terytorium Rosji”.

Następnie własnoręcznie napisał do Napoleona list tej treści:

Panie Bracie, dowiedziałem się wczoraj, że pomimo wierności, z jaką dotrzymywałem z mojej strony wszelkich zobowiązań wobec Waszej Cesarskiej Mości, Jego wojska przekroczyły granice mojego państwa. W tej chwili odbieram z Petersburga powiadomienie od hrabiego Lauristona** ( Aleksander Jakub Bernard Law de Lauriston (1768-1828) - francuski markiz, marszałek i par Francji; w 1800 r. został adiutantem Bonapartego. Brał udział w kampaniach wojennych Napoleona. Po 1809 r. został ambasadorem w Petersburgu (do 1812 r.), później dowódcą w Wielkiej Armii), że powodem tego wtargnięcia jest to, iż Wasza Cesarska Mość uznał, że jesteś w otwartej wojnie ze mną, w chwili gdy książę Kurakin** (Aleksander Borysowicz Kurakin (1752-1818) - rosyjski książę i polityk; za Aleksandra I ambasador w Austrii w latach 1806-08 i we Francji w latach 1808-12) zażądał paszportu i swoich listów uwierzytelniających. Powody, na których książę Bassano** (Hugo Bernard Maret, książę Bassano (1763-1839) - francuski polityk; jako sekretarz stanu towarzyszył Napoleonowi we wszystkich jego wyprawach i na kongresy. W 1812 r. udał się wraz z cesarzem do Wilna, skąd kierował sprawami zagranicznymi) opierał swoją odmowę w wydaniu mu tego, czego żądał, nie mogły nigdy wzniecić we mnie podejrzenia, że ten jego krok może posłużyć za pretekst do napadu na moje państwo. W rzeczywistości ten poseł nie był wcale przez nikogo upoważniony do czegoś podobnego, do czego zresztą sam się przyznał. Dałem mu uczuć dotkliwie, jak tego nie pochwalam, i rozkazałem, żeby nie ważył się opuszczać powierzonego mu stanowiska. Jeżeli Wasza Cesarska Mość nie chce wylewać krwi naszych poddanych dla nieporozumienia w tym rodzaju i jeżeli przystanie na wyprowadzenie swoich wojsk z naszego terytorium, nie zwrócę uwagi na to, co zaszło, i może jeszcze przyjść do zgody między nami. W przeciwnym razie będę zmuszony odeprzeć całą siłą napad, którego niczym z mojej strony nie wywołałem. Od Waszej Cesarskiej Mości zależy więc jedynie oszczędzić ludzkości klęsk i straszliwej niedoli wskutek nowej wojny.

Jestem...

Aleksander

IV

Car przywołał nazajutrz Bałaszewa, odczytał list napisany po francusku, polecając mu, żeby go oddał do rąk własnych Napoleona. Powiedział mu raz jeszcze słowa z balu, nakazując, żeby powtórzył wszystko, słowo w słowo, cesarzowi Francuzów. Pogróżki tej nie umieścił w liście, pojmując z wrodzonym taktem, że nie wypada jej przytaczać w chwili, kiedy próbuje po raz ostatni utrzymać pokój i zażegnać straszne widmo wojny. Bałaszew wybrał się tedy z trębaczem i dwoma Kozakami i stanął z pierwszym brzaskiem dnia we wsi Rykonty, zajęte przez przednią straż konnicy francuskiej już na gruncie rosyjskim.

Podoficer huzarów w amarantowym mundurze i kosmatej czapie, krzyknął, żeby się zatrzymał. Bałaszew jednak jechał dalej stępem. Podoficer podszedł ku niemu, mrucząc coś gniewnie pod nosem, i zakląwszy najpierw siarczyście, wyciągnął pałasz, a wywijając nim groźnie, spytał gburowato, czy jest głuchy. Bałaszew wymienił swoje nazwisko. Wtedy Francuz posłał jednego ze swoich podkomendnych po oficera dowodzącego całym oddziałem. Sam zaś zaczął na nowo swobodną pogawędkę z towarzyszami broni, nie troszcząc się wcale o rosyjskiego wysłannika. Bałaszew doświadczał dziwnego uczucia, wystawiony osobiście na podobne zniewagi i lekceważenie w swoim własnym kraju. Był to objaw brutalnej siły, tak nowej dla niego, nieszanującej niczego i nikogo. A on nawykł do oznak najwyższego poważania jako dostojnik mający w każdej chwili dostęp do cara, który niedawno konferował przez całe trzy godziny ze swoim ulubieńcem.

Słońce przezierało przez lekką zasłonę chmur. Powietrze było świeże, chłodne i przesiąknięte rosą. Trzody wiejskie szły na paszę, a skowronki unosiły się nad kwiecistymi, wonnymi łąkami, napełniając przestrzeń swoim słodkim świergotem. Unosiły się w powietrze niby perełki tworzące się na zagotowanej wodzie. Bałaszew, czekając na oficera, wodził roztargnionym wzrokiem za owymi ptaszętami ginącymi w przestrzeni, a jednocześnie jego eskorta patrzyła na francuskich huzarów spode łba, w milczeniu, podejrzliwie i z nienawiścią.

Francuski pułkownik, którego, o ile się zdawało, wyciągnięto dopiero z łóżka, zjawił się nareszcie z dwoma huzarami jadącymi za nim w tyle. Siedział na pięknym siwku, tak gładkim i wykarmionym, że kropla wody nie utrzymałaby się na jego tłustych i połyskujących bokach. Tak rumaki, jak i jeźdźcy wyglądali doskonale, w pełni zdrowia i animuszu.

Był to dopiero pierwszy okres wojny, okres występów w całej paradzie, we wzorowym porządku, jakby w czasie pokoju, podczas manewrów, jednak z junackimi, zaczepnymi minami, usposobieniem bardziej wojowniczym i owym uniesieniem, owym nadmiarem wesołości, która zwykła ożywiać wojsko na samym początku wyprawy wojennej.

Pułkownik tłumił z wysiłkiem nieprzezwyciężoną chęć ziewania, był jednak grzeczny wobec Bałaszewa, zrozumiawszy na koniec wagę powierzonej mu misji. Pozwolił mu przejść poza tyralierą i zapewnił uprzejmie, że z powodu bliskości miejsca, w którym znajduje się cesarz ze swoim głównym sztabem, życzenie posła, aby mu być przedstawionym osobiście, może spełnić się niebawem i prawdopodobnie nie natrafi na nieprzełamane trudności.

Przeszli następnie wzdłuż wsi pomiędzy pikietami huzarów, jak też i innych żołnierzy, garstkami oficerów tu i ówdzie stojących, którzy salutując im grzecznie, przypatrywali się z wielką ciekawością rosyjskim mundurom. Wyszli na pole stroną przeciwną. O dwie wiorsty dalej stał kwaterą dowódca dywizji, który miał się podjąć przeprowadzenia posła carskiego aż na miejsce, gdzie się znajdował Napoleon.

Słońce, pozbywszy się wszelkich osłon, siało wkoło złote, ożywcze promienie na pola i okoliczne lasy.

Zaledwie minęli karczemkę zbudowaną na jednym z niewielkich pagórków, spostrzegli zbliżających się ku nim kilku wojskowych, na których czele jechał mężczyzna na pięknym, wysokim, karym koniu z czaprakiem i rzędem kapiącymi od złota i błyszczącymi z daleka w słonecznych blaskach. Był postaci wyniosłej, płaszcz purpurowy zarzucił od niechcenia na ramiona, nogi trzymał w strzemionach, zwyczajem francuskim naprzód wyciągnięte. Na głowie miał olbrzymi kapelusz, spod którego wymykały się kosmyki długich włosów kruczej barwy. Lekki wietrzyk poruszał jego pióropuszem na kapeluszu, złożonym z różnobarwnych piór. I on, tak samo jak rząd na koniu, lśnił od złota, brylantów i rozmaitych innych drogich kamieni, niby okno z wystawą u złotnika.

Bałaszew znajdował się już blisko garstki jeźdźców i owego rycerza z twarzą teatralnie uroczystą, poobwieszanego łańcuszkami, dewizkami, spinkami i kosztownymi bransoletami na obu rękach, gdy pułkownik Ulniere szepnął mu do ucha:

– Król Neapolu!

Był to rzeczywiście Murat, którego tak tytułowano, chociaż trudno było pojąć, dlaczego on w tej chwili miał być królem Neapolu. Sam zresztą brał tak na serio ową maskaradę, że gdy w przeddzień odjazdu z Neapolu przechadzał się po ulicach miasta pod ramię z żoną, usłyszawszy kilku Włochów wrzeszczących: Viva il re!** (Viva il re! (wł.) - Niech żyje król! ) – rzekł smutno. – Nieszczęśni! Ani przeczuwają, że ich ukochany monarcha już jutro stąd odjeżdża!

Mimo najsilniejszego przekonania, że nie przestał być królem Neapolu z bożej łaski i że poddani opłakują jego nieobecność, na pierwsze skinienie swego szwagra wziął się wesoło do rzemiosła wojennego, w czym był o wiele bieglejszy niż w rządzeniu państwem neapolitańskim.

– Zrobiłem cię królem, abyś rządził na moją modłę, nie zaś według twojego własnego widzimisię! – zapowiedział mu Napoleon w Gdańsku. I natychmiast, niby młody koń skaczący i dokazujący wesoło mimo cugli i wędzidła, pogalopował po drogach Polski, ustrojony w najjaskrawsze barwy, obwieszony klejnotami niby cudowny obraz, nie troszcząc się wcale o cel i doniosłość wyprawy.

Skoro spostrzegł o kilka kroków przed sobą rosyjskiego generała, ruchem dumnym, iście królewskim, odrzucił w tył głowę pełną misternie ułożonych pukli i spojrzał pytająco na francuskiego pułkownika. Ten z całym uszanowaniem wytłumaczył Jego Królewskiej Mości, czego pragnie carski wysłannik, którego nazwiska nie był w stanie wymówić jak należy.

– De Balmacheve? – powtórzył król bez zająknienia, z wrodzoną mu rezolutnością w pokonywaniu wszelkich przeszkód i trudności, przerobiwszy na włoskie słowiańskie nazwisko, nie troszcząc się, tak jak Ulniere, i nie siląc na jego poprawne wymówienie. – Miło mi pana poznać generale! – dodał z miękkim gestem. Jak tylko jednak król raczył się ożywiać rozmową, jego głos stawał się donośny, prawie wrzaskliwy, tracąc wszelką cechę powagi królewskiej, przechodził natychmiast we właściwy mu ton serdecznej, poufałej pogawędki. Oparł rękę na łopatce wierzchowca Bałaszewa, pytając dobrodusznie:

– Cóż o tym sądzisz, generale? Zdaje się, że mimo najlepszych chęci wojny nie unikniemy – mówił tak, jakby ubolewał nad faktem, którego nie śmiał jednak roztrząsać ani ganić.

– Najjaśniejszy panie, cesarz rosyjski nie życzy sobie wojny i jak Wasza Królewska Mość raczy sama osądzić... – mówił dalej Bałaszew, nie szczędząc z widoczną przesadą tytułu królewskiego słuchającemu go Muratowi, którego to tytułowanie musiało nader miło łechtać po sercu, skoro jego twarz rozpromieniała się najwyższą radością po każdym takim wyrażeniu carskiego posła. Ale nie na darmo przecież dźwiga się na ramionach godność królewską... Murat też czuł się zobowiązany rozmawiać ni w pięć, ni w dziewięć z panem de Balmacheve,wysłannikiem cara, o sprawach państwa. Zsiadł z konia, co też uczynił i Bałaszew. Wziął go następnie pod ramię i zaczął się z nim przechadzać tam i z powrotem, starając się nadać wielkie znaczenie każdemu wyrazowi, który wychodził z jego ust. Powiedział mu między innymi, że Napoleon czuł się obrażony żądaniem, żeby wycofał z Prus swoje wojsko. Dotknęło go szczególnie publiczne ogłoszenie tego żądania. Ten fakt ubliżał godności i powadze Francji. Bałaszew odpowiedział, że to żądanie nie miało w sobie nic, czym Francja mogłaby czuć się dotknięta, ponieważ... Murat jednak nie pozwolił mu dokończyć.

– Zatem według ciebie, generale, car Aleksander nie jest stroną zaczepną? – spytał nagle z dobrodusznym uśmiechem.

Bałaszew starał się mu wytłumaczyć słuszne powody, które każą mu uważać jedynie Napoleona za winnego w tej sprawie.

– Ach, kochany generale, rad byłbym z całego serca, gdyby obaj monarchowie mogli jakoś porozumieć się z sobą i gdyby nie przyszło do tej wojny rozpoczętej wbrew mojemu życzeniu – Murat mówił dalej tonem służących, którzy chcieliby zostać w przyjaźni i serdecznej zażyłości, mimo że ich panowie wodzą się nawzajem za łby. Dowiadywał się następnie o zdrowie wielkiego księcia, wspominając o tych miłych dniach, które spędzali razem w Neapolu. Nagle przypomniała mu się jego wielka godność królewska. Wyprostował się dumnie, przybierając tę samą teatralną pozę, jaką miał podczas swojej koronacji. Protekcjonalnie skinął ręką.

– Nie będziemy cię dłużej zatrzymywali, panie de Balmacheve... życząc wszelkiej pomyślności w spełnieniu powierzonej misji! – Cofnął się ku swojej świcie, która czekała na niego z uszanowaniem o kilka kroków w tyle. Wkrótce purpurowy płaszcz, takiż czaprak na koniu i mnóstwo świecideł połyskujących w słońcu, wszystko to znikło z oczu w tumanach kurzu.

Bałaszew jechał dalej, przekonany, że zastanie Napoleona zaraz w drugiej wsi. Tu tymczasem zatrzymały go straże piechoty pod dowództwom Davouta** (Louis Nicolas Davout (1770-1823) - książę Auerstedt i Eckmühl, marszałek Francji; znakomity dowódca w kampaniach Napoleona 1796-1815. Dowodził wojskami francuskimi i polskimi stacjonującymi w Księstwie Warszawskim). Adiutant pułkowy zaprowadził go do mieszkania pana marszałka.

V

Davout, drugi Arakczejew cesarza Napoleona, nie był wprawdzie takim tchórzem jak tamten, ale był tak samo nieubłaganie surowy na punkcie służby.

Ludzie w tym rodzaju i z takim dzikim usposobieniem są, jak się zdaje, tak samo potrzebni w mechanizmie państwa, jak wilki w przyrodzie. Istnieją w każdym rządzie, okazują swoje drapieżne instynkty i utrzymują się pomimo to na stanowisku z tej nader błahej przyczyny, że stykają się bezustannie z głową tegoż państwa. Jakże inaczej to wytłumaczyć, jeżeli nie potrzebą utrzymania pewnej równowagi w społeczeństwie, którą w przyrodzie reprezentują zwierzęta drapieżne, jak wytłumaczyć obecność w rządzie i wpływ takiego drapieżnika, okrutnika, gbura, jakim był Arakczejew? Podczas przeglądu wojska własnoręcznie wyrywał wąsy grenadierom w przystępie wściekłego szału, niknął jak kamfora, skoro groziło skądkolwiek niebezpieczeństwo, a jednak stał jako minister wojny przy boku Aleksandra, w którego duszy i charakterze było tyle wzniosłych uczuć i tyle cech prawdziwej rycerskości.

Bałaszew zastał marszałka Davouta z adiutantem przy boku, siedzącego na beczułce w chłopskiej stodole i zajętego przeglądaniem i sprawdzaniem rachunków. Na pewno mógłby kazać się wystarać swoim podkomendnym o wygodniejsze siedzenie. Należał on jednak do tej kategorii ludzi, którzy umyślnie utrudniają sobie wszelkie warunki życiowe, aby mieć powód do ponurego i nieprzystępnego usposobienia. Lubią udawać na każdym kroku ogromny pośpiech, jako obarczeni pracą nad siły.

„Czy podobna, pytam, patrzeć na życie przez różowe szkła, gdy jest się tak przygniecionym i wiecznie zafrasowanym jak ja i gdy siedzi się na beczce w lichej stodole?” – zdawała się przemawiać ponura i skrzywiona twarz pana marszałka.

Tego rodzaju osobom sprawia największą przyjemność, jeżeli spotkają na swojej drodze kogoś im równego, ale obecnie w odmiennych i mniej szczęśliwych warunkach życiowych, i mogą popisać się przed nim swoją niesłychaną pracowitością, kwaśną i zgorzkniałą. To samo uczucie ogarnęło Davouta na widok carskiego wysłannika. Bałaszew wyglądał czerstwo i miał dziarską i wesołą minę. Ożywił go świeży i pogodny poranek, ubawiła rozmowa z Muratem. Spojrzał na niego spod okularów, uśmiechnął się zjadliwie, prawie z pogardą, i nawet mu głową nie skinąwszy, zagłębił się na nowo w stosie rachunków, marszcząc gniewnie czoło. Nie uszło uwagi pana marszałka niecierpliwe poruszenie ramion Bałaszewa, przyjętego w sposób tak niegrzeczny. Po chwili podniósł głowę, pytając lodowatym tonem, czego żąda.

Nie mogąc przypisać czemu innemu tak impertynenckiego i pełnego lekceważenia przyjęcia, jak tylko nieświadomości Davouta, że ma przed sobą generała-adiutanta samego cara, a chwilowo posła Jego Carskiej Mości z poufną misją do Napoleona, Bałaszew nie omieszkał powiadomić o tym wszystkim pana marszałka. Jakże się jednak zdziwił, gdy po tym oznajmieniu Davout stał się jeszcze sztywniejszy i bardziej gburowaty.

– Gdzie paczka? – spytał szorstko. – Proszę mi ją oddać, a odeślę cesarzowi.

Bałaszew odpowiedział, że odebrał rozkaz oddać list do rąk własnych Napoleona.

– Rozkazy waszego cara wypełnia się w waszym wojsku. Tu trzeba się poddać naszemu regulaminowi!

Aby rosyjski generał zrozumiał dobitniej, jak w tej chwili jest zależny od brutalnej siły, która odbiera mu wszelką własną wolę, posłał po dyżurnego.

Bałaszew złożył starannie opieczętowany list cara na stole, zaimprowizowanym z połowy jakichś drzwi położonych na drugiej beczce, przy których wisiały dotąd z jednej strony kawałki wyłamanych zawiasów. Davout rzucił okiem na adres na kopercie napisany przez cara.

– Przysługuje panu wszelkie prawo obchodzić się ze mną osobiście grzecznie lub nie – przemówił Bałaszew. – Pozwól pan jednak, żebym zwrócił twoją uwagę, iż mam zaszczyt być zaliczonym do najbliższego otoczenia Jego Carskiej Mości jako jego generał-adiutant i że...

Davout spojrzał na niego, nie wymówiwszy słowa. Rozdrażnienie malujące się w twarzy carskiego wysłannika cieszyło najwidoczniej pana marszałka.

– Oddamy panu honory, które ci się należą – odburknął Davout, chowając pakiet do bocznej kieszeni. Wstał następnie i odszedł, zostawiając Bałaszewa samego w stodole.

W chwilę później pan de Castré, adiutant Davouta, przyszedł zaprosić rosyjskiego generała do przygotowanego dlań mieszkania. Obiad jadł z Davoutem w owej stodole.

W czasie obiadu zapowiedział mu pan marszałek, że sam odjeżdża nazajutrz w dalszą drogę. Jemu zaś polecił zostać na miejscu. Pojedzie dalej i on wtedy dopiero, jeżeli cesarz Napoleon wyda taki rozkaz. Polecił mu również, żeby nie przestawał z nikim więcej, prócz jego adiutanta de Castré.

Po czterech dniach samotności i śmiertelnych nudów, w czasie których był zmuszony zdać sobie dokładnie sprawę, jakim stał się obecnie zerem i jak odjęto mu wszelką możność działania, co było dla niego tym dotkliwsze, że tak niedawno obracał się w najwyższych i wszechwładnych sferach. Po kilku przystankach w tej lub owej miejscowości, dokąd jechał razem z furgonami Davouta, i wśród wojsk francuskich zalewających całą okolicę, Bałaszew został nareszcie przywieziony z powrotem do Wilna i powrócił przez tę samą rogatkę, którą wyjeżdżał przed czterema dniami.

Nazajutrz z rana szambelan cesarza Napoleona, hrabia de Turenne, przyszedł oznajmić mu, że jego pan raczy mu udzielić posłuchania.

Kilka dni temu zaledwie, przed tym samym domem w Wilnie, do którego prowadzono go teraz, zaciągał wartę pułk Preobrażeński. Obecnie stało przed nim na warcie dwóch grenadierów w bermycach na głowie i w granatowych mundurach z białymi wyłogami. Czekał przed domem na wyjście Napoleona cały tłum huzarów, ułanów i liczna eskorta błyszcząca złotymi szlifami i galonami, adiutantów cesarskich. Skupili się u stopni ganku, przed którym mameluk** (Mameluk (z arab.) - dawn. żołnierz straży przybocznej władców muzułmańskich) Rustan trzymał za uzdę cesarskiego wierzchowca. W tym samym domu zatem przyjmował Napoleon Bałaszewa, w którym Aleksander oddał mu ów list napisany własnoręcznie.

VI

Chociaż Bałaszew nawykł do pompy i przepychów dworu, zdziwiła go niezwykła wytworność, która otaczała cesarza Francuzów.

Hrabia de Turenne wprowadził go do wspaniałej sali, gdzie zebrała się tłumnie cała generalicja, szambelani i polscy magnaci, po większej części ci sami, których widział tak niedawno otaczających cara Aleksandra i nadskakujących mu. Duroc przyszedł mu oznajmić, iż otrzyma posłuchanie przed konną przejażdżką jego cesarskiej mości.

W chwilę później szambelan będący tego dnia na służbie, ukłoniwszy mu się z wszelką kurtuazją, poprosił go do przyległego gabinetu, tego samego, w którym odbierał ostatnie rozkazy Aleksandra, gdy odjeżdżał z Wilna z listem do Napoleona.

Czekał ze dwie minuty, gdy naraz dały się słyszeć za drzwiami przyspieszone kroki, stawiane śmiało i żywo. Drzwi otworzono tym razem na oścież... Stał przed nim Napoleon! Był ubrany stosownie do konnej przejażdżki, cały zlany wodą kolońską, nie znosił bowiem odoru końskiego potu. Wyglądał świeżo, z brzuszkiem nieco zanadto zaokrąglonym i odstającym. W jego twarzy był wyraz powagi i iście monarszej łaskawości. Malował się w całej jego postawie dobrobyt człowieka, któremu nie zbywa na niczym, co stanowi rozkosz i wygody życia. Zdawał się też być w wyśmienitym humorze.

Skłonił szybko głowę, odpowiadając na pełen uszanowania ukłon Bałaszewa. Zaczął mówić natychmiast, jak ktoś przeświadczony o wartości każdej chwili w życiu i to nie układa nigdy naprzód tego, co ma powiedzieć, wiedząc z góry, że wszystko, co powie, będzie zawsze uznane za najlepsze i najsprawiedliwsze.

– Dzień dobry, generale. Odebrałem list, który ci powierzył car Aleksander i rad jestem niezmiernie, że cię widzę!

Utkwił w nim na chwilę swoje wielkie, przenikliwe oczy. Niebawem odwrócił od niego wzrok. Bałaszew osobiście wcale go nie zajął. Całe jego zainteresowanie było skupione, jak zwykle, wokół wielkich idei i olbrzymich planów, które rozpierały mu potężny umysł. Zewnętrznemu światu przywiązywał nader małą wartość i prawie nań nie zwracał uwagi. Wszak był najmocniej przekonany, że ten świat cały zależy wyłącznie od jego wszechwładnej woli.

– Nie pragnąłem i nie pragnę wojny – mówił szybko dalej – ale mnie do niej zmuszono. Jestem gotów jeszcze i teraz – położył nacisk na te słowa – przyjąć wszelkie wyjaśnienia, które mi zechcesz dać, generale.

Tu zaczął przedkładać Bałaszewowi w krótkich i zwięzłych słowach niezadowolenie, którego doświadczył, z niestosownego postępowania wobec niego rosyjskiego rządu.

Umiarkowany i przyjacielski ton, w jakim się dotąd cesarz wyrażał, przekonywał i wlewał otuchę w serce Bałaszewa, że może i szczerze życzy sobie utrzymać pokój i wejść z Rosją w układy.

– Najjaśniejszy panie, car, mój monarcha... – zaczął się jąkać, zmieszany badawczym wzrokiem Napoleona, którym zdawał się przenikać go do głębi. „Wahasz się, jesteś niepewny i zażenowany, uspokój się!” – zdawały się przemawiać te wąskie usta, na których igrał lekko drwiący uśmiech. Po chwili Bałaszew, odzyskawszy równowagę, mówił dalej, tłumacząc jasno i dobitnie, że car nie mógł uważać za powód do wojny prywatnej prośby o wydanie mu paszportu i listów uwierzytelniających ze strony Kurakina... że car nie chce wojny i nie istnieje ani cień sekretnego porozumienia między Rosją a Anglią...

– Nie ma dotąd, ale... – urwał w pół Napoleon, jakby się bał za wcześnie zdradzić ze swoimi tajnymi poglądami na tę sprawę. Skinął głową na znak, żeby wysłannik carski mówił do końca, co mu powiedzieć nakazano.

Bałaszew, powiedziawszy wszystko, co miał polecone, powtórzył znowu z trwożliwym wahaniem, że car przystałby na układy tylko pod pewnymi warunkami. Zatrzymał się nagle w połowie zdania, przypomniawszy sobie słowa cara, umieszczone w piśmie dotyczącym Sałtykowa, a które polecono mu powtórzyć Napoleonowi co do joty. Pamiętał je doskonale, ale trudne do określenia uczucie zatrzymywało mu te słowa na ustach. Powiedział z cicha i nieśmiało:

– Pod warunkiem że wojska Waszej Cesarskiej Mości przejdą z powrotem przez Niemen...

Napoleon zauważył jego zmieszanie. Nie tylko muskuły w twarzy drgać mu zaczęły, ale i lewa łydka zadrgała kurczowo. Stojąc na miejscu, zaczął mówić coraz głośniej i coraz prędzej. Mimowolnie Bałaszew spojrzał na drgającą łydkę, zauważając z najwyższym zdziwieniem, że drganie powiększało się, w miarę jak cesarz gniewnie podnosił głos.

– Jestem tak samo żądny pokoju, jak i car Aleksander. Czyż nie uczyniłem wszystkiego, co tylko było w mojej mocy, aby doprowadzić do niego półtora roku temu? I oto przez ten cały długi czas czekam na wyjaśnienia! Czegóż więc żądają ode mnie, aby wejść w układy? – dodał, robiąc energiczny ruch małą, białą i pulchną ręką.

– Przejścia z powrotem przez Niemen, najjaśniejszy panie, wojsk Waszej Cesarskiej Mości – powtórzył Bałaszew.

– Za Niemen, tylko takiej drobnostki? – Napoleon zmierzył go piorunującym wzrokiem od stóp do głów.

Tym razem Bałaszew spuścił tylko potwierdzająco głowę.

– Powtarzasz, generale – Napoleon zaczął teraz niecierpliwym krokiem przemierzać salon – że aby zacząć ze mną jakiekolwiek rokowania, żądają, abym moje wojska wyprowadził za Niemen? Przed dwoma miesiącami czyż nie zażądano tak samo, bym przeszedł z powrotem poza Odrę i Wisłę? I pan chcesz jeszcze po czymś takim marzyć o pokoju?!

Przechadzał się chwilę w milczeniu; nareszcie zatrzymał się przed Bałaszewem. Twarz zdawała się z kamienia, tak srogi wyraz się w niej malował. A lewa łydka drgała teraz konwulsyjnie. „Drganie mojej lewej łydki ma u mnie wielkie znaczenie” – później nieraz wspominał o tym Napoleon.

– Podobne propozycje, jak opuszczenie Odry i Wisły, można robić księciu Badeńskiemu** (Karol Fryderyk Badeński (zm. 1811) - książę; w 1796 r. został zmuszony do odstąpienia Francji wszystkich swych posiadłości z lewego brzegu Renu, w 1803 r. zaś Francja, pragnąc uczynić go swoim sprzymierzeńcem, uzyskała dla niego na sejmie niemieckim pięciokrotnie większe ziemie i tytuł księcia elektora. W wojnie przeciw Austrii w 1805 r. przyłączył swe wojska do Napoleona, za co otrzymał Austrię Przednią) na przykład, ale nie mnie! – krzyknął nagle, niezdolny więcej do panowania nad sobą. – Gdybyście mi dawali Petersburg z Moskwą razem, jeszcze bym waszych warunków nie przyjął! Mnie oskarżacie, że wojnę rozpocząłem, a któż pierwszy podążył do obozu? Car Aleksander, nie ja! Przychodzicie teraz mówić mi o układach, kiedy wydałem miliony, kiedy sami macie konszachty z Anglią poza moimi plecami i kiedy wasze położenie staje się z każdym dniem trudniejsze, prawie bez wyjścia! W jakim celu zawarliście sojusz z Anglią? Co wam dotąd z niego przyszło? – mówił z coraz większym uniesieniem, usiłując dowieść swoich praw, swojej niepokonanej siły i błędów popełnionych przez cara Aleksandra. O to mu jedynie chodziło, aby przekonać Bałaszewa, że on jest jak zawsze, tak i teraz nieomylny, a nie o roztrząsanie, pod jakimi warunkami dałoby się w tym wypadku utrzymać pokój.

W pierwszej chwili dość jeszcze oględnie dowodził wszelkich korzyści swojego obecnego położenia, dając do zrozumienia, że mimo tej wielkiej przewagi z jego strony raczyłby może jeszcze nawiązać z Rosją pokojowe układy. W miarę jednak, jak go gniew opanowywał, tracił prawie przytomność i wyrzucał gwałtownie słowa bez związku. W końcu było aż nadto widoczne, że zmierza tylko do jednego celu, aby siebie wywyższyć do granic niemożliwych, poniżając i upokarzając Aleksandra. Na samym początku rozmowy zdawał się jednak chcieć czegoś wręcz przeciwnego.

– Mówią, żeście również zawarli sojusz z Turcją?

Bałaszew potwierdzająco skinął głową:

– Tak, najjaśniejszy panie, sojusz jest... – Napoleon nie pozwolił mu dokończyć. Musiał mówić, i to sam jeden tylko.

– Wiem o tym – wszczął rozmowę na nowo z tym brakiem wstrzemięźliwości i rozdrażnieniem, które bywa częstokroć cechą pieszczochów. – Tak, zawarliście sojusz z Turcją, nie dostawszy za to ani Mołdawii, ani Wołoszczyzny. A ja oddałbym te prowincje w ręce waszego monarchy tak samo, jak mu oddałem Finlandię! Tak, wywalczyłbym mu je, bo to święcie obiecałem, teraz zaś ich nie zobaczy! A czułby się nader szczęśliwy, gdyby tak mógł połączyć je ze swoim państwem i rozciągnąć granice Rosji od Zatoki Botnickiej aż do ujścia Dunaju. Wielka Katarzyna nie mogłaby już dokazać niczego lepszego! – perorował z coraz większym zapałem, powtarzając prawie te same słowa, które już raz wypowiedział podczas zjazdu w Tylży. – Wszystko to zawdzięczałby mojej przyjaźni!.. – szybkim ruchem wyjął z kieszonki kamizelki małą złotą tabakierkę, otworzył i zażył sporą szczyptę tabaki. – Co by to mogło być za wspaniałe panowanie! – spojrzał z politowaniem na Bałaszewa i natychmiast zaczął mówić na nowo, skoro ten usta otwierał, aby ze swojej strony wtrącić słów kilka. – Czy mógł sobie wasz car życzyć czegoś lepszego nad moją przyjaźń? – wzruszył ramionami. – Nie! On tymczasem wolał otoczyć się moimi wrogami, jak Stein** (Heinrich Friedrich Karl vom und zum Stein (1757-1831) - pruski polityk; reformator państwa pruskiego, minister w latach 1804-08. Usunięty w 1812 r. pod wpływem Napoleona, został doradcą Aleksandra I), Armfelt** ( Gustaw Armfelt (1757-1814) - szwedzki hrabia; brał udział w kampaniach wojennych Szwecji. W 1810 r. przeszedł w służbę rosyjską, gdzie otrzymał tytuł hrabiowski i został mianowany kanclerzem uniwersytetu w Abo, prezydentem komitetu finlandzkiego i członkiem Rady Państwa), Bennigsen, Wintzingerode! Stein zdrajca wypędzony ze swojej ojczyzny, Armfelt intrygant zgangrenowany do szpiku i kości, Wintzingerode dezerter z francuskich szeregów, Bennigsen, niby to znający się trochę więcej niż inni na sztuce wojennej, ale również zupełnie niewystarczający. Bennigsen, który nie zdołał zdziałać niczego w roku 1807 i którego sama obecność powinna wywoływać tak przykre i straszne wspomnienia! Przypuśćmy zresztą, że są i najbardziej uzdolnieni – Napoleon szedł dalej w swoich wywodach, sam niejako oszołomiony argumentami, które tłoczyły się jedne za drugimi w jego umyśle, na dowód jego niepokonanej siły i jego nienaruszalnych praw, co w jego oczach wychodziło na jedno i to samo. – Ale nie, nie! Oni są wszyscy do niczego, tak w czasie wojny, jak i w czasie pokoju. Barclay** (Michaił B. Barclay de T olly (1761-1818) - rosyjski książę i feldmarszałek pochodzenia szkockiego. W latach 1810-12 był ministrem wojny. Podczas kampanii 1812 r. dowodził wojskami rosyjskimi (od sierpnia Kutuzow), a w latach 1813-14 - rosyjskimi i pruskimi) ma być jeszcze najtęższy z nich wszystkich, jak niektórzy utrzymują, ja jednak nie mogę podzielać ich zdania, sądząc o tym po jego pierwszych marszach... I cóż robi ten tłum dworaków? Pfuel** (Ernest Pfuel (ur. 1781) - pruski minister wojny i generał; zaciekły przeciwnik Napoleona. Brał udział w kampanii 1806 r., w 1809 r. wstąpił do armii austriackiej, a w 1812 r. do służby rosyjskiej. W 1813 r. był szefem sztabu generalnego pod Tettenborn; później wrócił do służby pruskiej) wiecznie coś proponuje, Armfelt to zbija, Bennigsen bada, Barclay zaś, wezwany, aby działać, nie wie, do czego ma się najpierw wziąć! Jeden Bagration to człowiek rozumiejący się cokolwiek na wojnie: głupi co prawda, ale ma doświadczenie, rzut oka, szybkie orientowanie się w położeniu i stanowczość w działaniu! Jakąż rolę, chciej mi powiedzieć, generale, odgrywa wasz młody monarcha wśród tych zer bez żadnego znaczenia, które go tylko w najwyższym stopniu kompromitują i czynią odpowiedzialnym za wszystko, co się dzieje z powodu ich niezdarności? Monarcha wtedy tylko powinien stawać na czele armii, jeżeli jest wodzem znakomitym! – wyrzucił te słowa niby kamień z procy, niby rękawicę w twarz Aleksandrowi, wiedząc doskonale, jak ten rad byłby uchodzić za doskonałego wodza. – Od tygodnia dopiero kampania rozpoczęta, a wyście nie skusili się nawet próbować obrony Wilna! Jesteście na pół przecięci, wypędzeni z polskich prowincji, a wasza armia pomrukuje, i słusznie!

– Wasza Cesarska Mość raczy darować – Bałaszew potrafił uchwycić sposobną chwilę i umieścić kilka słów wśród tej niewstrzymanej powodzi – nasze wojsko pała żądzą właśnie...

– Wiem o wszystkim – Napoleon przerwał mu znowu. – Wszystko! Zrozumiałeś doniosłość tego słowa, generale? Znam tak samo liczbę ludzi w waszych oddziałach, jak w moim własnym wojsku. Nie macie pod bronią ani dwakroć stu tysięcy żołnierzy, ja zaś zgromadziłem ich trzy razy tyle! Daję na to słowo honoru! – dodał, zapominając, że jego słowo honoru nie może wzbudzać zbyt wielkiego zaufania. – Mam za Wisłą pięciokroć trzydzieści tysięcy żołnierzy... Turcy nie pomogą wam w niczym, są do niczego; czego warci, dowiedli, zawierając sojusz z wami! Co do Szwedów, tych przeznaczeniem było, jest i będzie mieć zawsze monarchów wariatów. Skoro ich król stracił zdrowe zmysły, obrali sobie drugiego, jeszcze lepszego szaleńca niż tamten... Bernadotte!** (Jean-Baptiste Jules Bernadotte, Karol XIV Jan (1763-1844) - król szwedzki i norweski od 1818 r.; od 1780 r. w armii francuskiej. W 1810 r. został adoptowany przez króla Karola XIII. Faktyczne rządy w Szwecji sprawował od 1811 r.; w 1812 r. zawarł przymierze z Rosją, a w 1813 r. opowiedział się po stronie koalicji antyfrancuskiej). Jeżeli jest się Szwedem, trzeba skończonego wariata, żeby łączyć się z Rosją!... – Napoleon, uśmiechając się zjadliwie, zażył znowu sporą szczyptę tabaki.

Bałaszew miał odpowiedzi na końcu języka i mimowolnie okazywał ruchami najwyższą niecierpliwość. Ale prędzej by zatrzymał młyńskie koło w rozpędzie, niż ten rwący i szumiący potok słów. Co się tyczy domniemanego szaleństwa Szwedów, mógłby zarzucić, że po sojuszu z Rosją Szwecja przemieniała się w wyspę. Napoleon znajdował się jednak w takim stanie chorobliwego podniecenia, w którym ma się nieprzezwyciężoną chęć mówienia, łajania i hałasowania, aby przekonać samego siebie, że się ma słuszność. Położenie Bałaszewa stawało się coraz przykrzejsze i drażliwsze. Bał się, żeby go nie dotknięto w godności poselskiej, jeżeli nic nie odpowie. Jako człowiek prywatny natomiast cofał się i truchlał mimowolnie wobec bezmyślności tego wściekłego gniewu, do którego nie było ani cienia przyczyny. Pojmował, że w tym wszystkim, co usłyszał, nie było ładu ni składu, nie można było zatem brać tego na serio i że pierwszy Napoleon, ochłonąwszy cokolwiek, będzie się wstydził, że tak nie umie panować nad własnym rozdrażnieniem. Stał też przez cały czas ze spuszczonymi oczami, aby uniknąć piorunujących spojrzeń małego człowieka. Widział jedynie jego grube łydki, drgające i tańcujące na wszystkie strony.

– Cóż mnie zresztą obchodzą wasi sprzymierzeńcy? I mnie ich nie brak... Mam Polaków osiemdziesiąt tysięcy, którzy walczą jak lwy... a wkrótce stanie ich dwakroć.

Podniecony coraz bardziej własnymi kłamstwami i milczeniem Bałaszewa, który dalej zachowywał się spokojnie, zbliżył się na pół kroku, wbił w niego piorunujący wzrok i wymachując obiema pulchnymi rękami, krzyknął urywanym głosem, pozieleniały z gniewu: – Dowiedz się pan, że jeżeli zbuntowalibyście Prusy przeciw mnie, wymażę je z mapy państw europejskich... a was zepchnę poza Dźwinę i Dniepr... Zbuduję z powrotem przeciw wam zaporę, którą zaślepiona i zbrodnicza Europa pozwoliła obalić... Postawię Polskę silną i potężną... Tak, oto, co was czeka i co zyskacie, zrywając ze mną...

Zaczął na nowo przechadzać się po pokoju, zażył tabaki kilka razy, na koniec zatrzymał się przed rosyjskim generałem, mierząc go szyderczym wzrokiem.

– A jednak – mruknął półgłosem – jakie wspaniałe panowanie mógł mieć wasz monarcha.

Bałaszew nie wytrzymał i odpowiedział kategorycznie, że Rosja nie widzi obecnego położenia w tak czarnych kolorach i że, przeciwnie, liczy na jak najlepsze powodzenie. Napoleon raczył skinąć drwiąco głową, chcąc tym wyrazić: „Rozumiem, twoją powinnością jest mówić w ten sposób, ale pierwszy w to nie wierzysz, bo przekonałem cię przecież, że jest wręcz odwrotnie”.

Pozwolił mu na koniec dopowiedzieć swoje zdanie, a zażywszy po raz trzeci tabaki, uderzył nogą o posadzkę. To było sygnałem. Natychmiast otworzyły się drzwi na oścież i wszedł szambelan, podając cesarzowi z niskim ukłonem kapelusz i rękawiczki. Inny niósł chustkę do nosa. Nie zwrócił na nich wcale uwagi.

– Zapewnij, generale, w moim imieniu twego monarchę – mówił dalej – że jestem mu tak samo oddany, jak i przedtem. Znam go i umiem cenić nader wysoko jego niezrównane przymioty... Nie zatrzymuję cię dłużej, generale... odbierzesz niebawem moją odpowiedź na list cara... – Wyrwał kapelusz z rąk szambelana i gwałtownie rzucił się ku drzwiom. Dworska świta popędziła czym prędzej po schodach na złamanie karku, aby oczekiwać cesarza u stopni ganku.

VII

Po owym gwałtownym wybuchu i ostatnich niesłychanie suchych i szorstkich słowach Bałaszew był najmocniej przekonany, że Napoleon więcej go nie przywoła, będzie nawet starannie unikał jego widoku. Czyż on, wysłannik cara, nie był już dość upokorzony? Z drugiej strony zaś, czyż nie był świadkiem zupełnie niestosownego uniesienia cesarza Francuzów? Jakże się zdziwił, gdy mu Duroc przysłał tego samego dnia zaproszenie na obiad do cesarskiego stołu. Byli również na obiedzie Bessieres** (Jean-Baptiste Bessi e r e s (zm. 1813) - marszałek pierwszego Cesarstwa Francuskiego. Pozostawał w służbie wojskowej od 1790 r., wspierał Bonapartego przy zamachu stanu. Odznaczył się w kampaniach wojennych Napoleona), Caulaincourt i Berthier.

Napoleon przyjął Bałaszewa z całą uprzejmością, nie zdradzając ani cienia zażenowania lub zakłopotania. Był w wyśmienitym humorze, starając się tak samo rozbawić i ośmielić swego gościa. Był tak przeświadczony o swojej nieomylności, że wszystko, co czynił, czy było zgodne lub nie z odwiecznymi prawami, według których rozpoznajemy, co jest dobre i sprawiedliwe, a co złe i przewrotne, musiało być doskonałe, skoro on to czynił.

Usposobiła go jak najlepiej przejażdżka po ulicach Wilna, gdzie nieprzeliczone tłumy zastępowały mu drogę, witając z najwyższym zapałem. Wszędzie, którędy przejeżdżał, okna były obwieszone kobiercami, chorągwiami o barwach polskich, litewskich i francuskich, a polskie damy powiewały chustkami, kłaniając mu się i witając radosnymi okrzykami.

Rozmawiał z Bałaszewem tak swobodnie, jak gdyby ten należał do jego najbliższego otoczenia, pochwalał jego plany i zamiary, ciesząc się całym sercem jego powodzeniem. Między innymi zagadnął w rozmowie i o Moskwę. Wypytywał się szczegółowo o to wspaniałe miasto, niby zagorzały turysta, który chce zasięgnąć dokładnych wiadomości o kraju dotąd mu nieznanym. Był znowu najmocniej przekonany, że słuchającemu go Bałaszewowi, jako Moskalowi, powinno to niesłychanie pochlebić, że tak wielki człowiek raczy interesować się jego barbarzyńskim krajem.

– Ile w Moskwie jest mieszkańców? Ile posiada domów, a ile cerkwi? Czy naprawdę nazywają ten gród „świętą Moskwą”? – badał i badał nieustannie. Gdy mu Bałaszew odpowiedział, że jest w Moskwie przeszło dwieście cerkwi, wykrzyknął:

– Na cóż aż tyle?

– Rosjanie są bardzo pobożni – odrzucił Bałaszew.

– Jest to jednak niezawodną cechą – zauważył Napoleon, zwracając się do Caulaincourta – zacofanej cywilizacji, w kolebce zaledwie, jeżeli w jakimś mieście budują tak wielką liczbę kościołów.

Bałaszew ośmielił się, mimo całego uszanowania, wystąpić ze zdaniem przeciwnym.

– Co kraj, to obyczaj – rzekł w końcu.

– Być może, przyznaj jednak, generale, że niczego podobnego nie spotyka się w całej Europie – Napoleon nie dał za wygraną.

– Wasza Cesarska Mość raczy mi przebaczyć, ale poza Rosją mamy jeszcze Hiszpanię, gdzie liczba kościołów i klasztorów jest tak samo niezliczona.

Ta odpowiedź, która wywołała wielkie wrażenie na dworze cara, o czym Bałaszew dowiedział się później, przypominając niedawną porażkę Francuzów w Hiszpanii, przeszła niepostrzeżenie u stołu Napoleona.

Twarze panów marszałków, z wyrazem najzupełniej obojętnym, dowodziły jasno i dobitnie, że nie zrozumieli ani trafności, ani ukrytej intencji w tej odpowiedzi. „Gdyby to było czymś naprawdę dowcipnym – zdawały się mówić te bezmyślne twarze – przecież byśmy to odgadli. A więc nic w tym nie ma!” Napoleon również nie uchwycił, jak się mogło zdawać, całej doniosłości tego powiedzenia, bo zwrócił się natychmiast do Bałaszewa z naiwną prośbą, żeby mu wymienił wszystkie większe miasta i miasteczka na jak najprostszej drodze wiodącej z Wilna do Moskwy. Wysłannik cara, ważąc każde słowo, odpowiedział żartobliwie, że jak wszystkimi drogami można dojechać do Rzymu, tak samo można trafić i do Moskwy, że jest zresztą dróg kilka, między innymi na Połtawę, którą sobie wybrał Karol XII** (Karol XII - król szwedzki; w 1707 r. wyruszył z osłabioną przez walkę i marsze armią na Moskwę, wybierając drogę na opatrzoną w liczne zapasy Połtawę, którą zamierzał zdobyć). Zaledwie miał czas sam sobie powinszować w głębi serca, że tak mu się świetnie udało, a już Caulaincourt zwrócił rozmowę na co innego, wyliczając wszelkie zapory i trudności prawie nie do przezwyciężenia na linii łączącej Petersburg z Moskwą.

Przeszli po obiedzie na czarną kawę do gabinetu Napoleona. Cesarz usiadł, wskazując krzesło Bałaszewowi.

Dla każdego prawie człowieka poobiednia chwila ma ten szczególny przywilej, że czyni go zadowolonym tak z siebie, jak i z reszty świata. Wtedy chciałby znaleźć wszędzie wokoło samych przyjaciół! Napoleon poddawał się mimowolnie owej słabostce razem z ogółem przeciętnych śmiertelników. Zdawało mu się, że jest otoczony samymi wielbicielami, nie wyłączając i Bałaszewa.

– Ten gabinet – zwrócił się ku niemu z uprzejmym uśmiechem, choć nieco drwiącym – był, jak się zdaje, zajmowany przed kilkoma dniami przez cara Aleksandra. Przyznaj, generale, że to, bądź co bądź, zdumiewający zbieg okoliczności. – Był przekonany, że ta uwaga, dowodząca niezbicie jego przewagi nad carem, musi sprawić nie lada przyjemność tegoż cara wysłannikowi.

Bałaszew zadowolił się potwierdzającym skinieniem głowy.

– Tak, w tym samym miejscu przed czterema dniami naradzali się Stein i Wintzingerode – Napoleon prowadził rzecz dalej drwiącym tonem. – Rzeczywiście nie pojmuję, jak car Aleksander mógł otoczyć się moimi osobistymi wrogami... Nie mogę tego zrozumieć!. Jakże mógł nie zastanowić się, że i ja jestem gotów uczynić to samo? – Te ostatnie słowa obudziły w nim na nowo gniew i rozdrażnienie zaledwie lekko uśpione.

– Niechaj wie, że tak zrobię! – krzyknął gromko, zrywając się od stolika i odtrącając z brzękiem opróżnioną filiżankę. – Wypędzę z Niemiec wszystkich jego krewnych, z Wirtembergi, Badenu, Weimaru! Tak, porozpędzam na cztery wiatry! Niechże im przygotuje zawczasu schronienie u siebie, w świętej Rosji!

Bałaszew zrobił ruch wyrażający i chęć oddalenia się, i jednocześnie przykrość, że musi słuchać podobnej mowy, nie mogąc nawet odciąć się należycie. Napoleon jednak wcale tego nie zauważył. Mówił z nim dalej nie jak z wysłannikiem swojego wroga i przeciwnika, ale jak z człowiekiem, który musiał powziąć dla niego najwyższe uwielbienie. Powinien zatem cieszyć się upokorzeniem tego, który był jego panem i władcą.

– Po co było carowi Aleksandrowi stawać na czele armii? Pytam: po co? Wojna jest moim rzemiosłem, a jego zadaniem rządy sprawować w swoim rozległym państwie! Dlaczego wziął na siebie tak wielką odpowiedzialność? – Napoleon otworzył tabakierkę, zażył tabaki, przeszedł się po pokoju i nagle stanął jak wryty przed Bałaszewem.

– I cóż, nic nie odpowiadasz, wielbicielu i dworaku carski? – spytał szyderczym tonem, jakby chciał wykazać jasno i dobitnie, że ani przypuszcza, aby ktoś w jego obecności mógł uwielbiać kogokolwiek, a nie jego... – Przygotowano konie dla pana generała? – dodał, skinąwszy nieznacznie głową w odpowiedzi na pełen uszanowania ukłon Bałaszewa. – Dajcie mu moje, i to najlepsze... ma daleką drogę przed sobą!

Bałaszew, wróciwszy z listem Napoleona, ostatnim, jaki napisał do Aleksandra, zdał carowi dokładny raport z przyjęcia, które go spotkało i... wojna wybuchła!

VIII

K