Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-06-00272-5
Książka dostępna w zasobach:
Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 608
Rok wydania: 1979
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
^bjnaipokój
Przełożył Andrzej Sta war
Tytuł oryginału «Wojna i mir»
Okładkę projektowała Teresa Kawińska
ISBN 83-06-00272-5
Część pierwsza
X
Część druga
V
Część trzecia
Część czwarta
III
V
XI
XII
XIII
XVII
Część pierwsza
VII
Część druga
yin
Przegląd treści podług rozdziałów"
Xix
Przypisy
Część pierwsza
i
Petersburgu w wyższych sferach toczyła się
z większym niż kiedykolwiek zapałem zawiła walka partii Rumiancewa, Francuzów, Marii Fiodo-rowny, następcy tronu i innych, tłumiona jak zawsze brzęczeniem dworskich trutni. Ale życie petersburskie — spokojne, zbytkowne, zaprzątnięte tylko urojeniami, odbiciem życia — szło po staremu: i wskutek biegu tego życia trzeba było wielkich wysiłków, aby rozumieć niebezpieczeństwo i tę trudną sytuację, w jakiej znajdował się lud rosyjski. Te same były wizyty, bale, ten sam teatr francuski, te same sprawy dworów, te same sprawy urzędowe oraz intrygi. Tylko w najwyższych sferach usiłowano przypominać trudności rzeczywistego stanu rzeczy. Opowiadana szeptem, jak sprzecznie postąpiły w tak trudnych okolicznościach obie cesarzowe. Cesarzowa Maria Fiodo-rowna, troszcząc się o los pozostających pod jej opieką zakładów dobroczynnych i wychowawczych, zarządziła przeniesienie wszystkich instytucji do Kazania i rzeczy tych zakładów były już spakowane. A cesarzowa Elżbieta Aleksiejewnal, zapytana, jakie zechce wydać rozporządzenia, raczyła odpowiedzieć z właściwym jej rosyjskim patriotyzmem, że nie może wydawać rozkazów instytucjom państwowym, gdyż to należy do cesarza; jeżeli zaś o nią chodzi, to, jak raczyła oświadczyć, wyjedzie z Petersburga ostatnia.
U Anny Pawłowny 26 sierpnia, w sam dzień bitwy pod Borodinem, odbył się wieczór, którego ozdobą miało być odczytanie listu metropolity, napisanego w związku z przesłaniem cesarzowi obrazu świątobliwego męża Sergiusza 2. List ten uważano za wzór patriotycznego, religijnego krasomówstwa. Miał go przeczytać sam książę Wasilij, znany ze sztuki lektorskiej (czytywał też u cesarzowej). Artyzm czytania polegał na tym, ażeby głośno, śpiewnie, między rozpaczliwym zawodzeniem i pieszczotliwym szmerem przelewać słowa zupełnie niezależnie od ich znaczenia, toteż zupełnie przypadkiem na jedno słowo wypadało zawodzenie, na inne — szmer. Czytanie to, jak i wszystkie wieczory u Anny Pawłowny, miało znaczenie polityczne. Na tym wieczorze miało być kilka ważnych osób, w których należało obudzić wstyd za bywanie w teatrze francuskim i ożywić nastrój patriotyczny. Zebranie było już dość liczne, lecz Anna Pawłowna nie widziała jeszcze w salonie wszystkich tych, którzy byli jej potrzebni, toteż nie rozpoczynając czytania inicjowała rozmowy ogólne.
Nowością dnia w tym dniu w Petersburgu była choroba hrabiny Bezuchow. Hrabina kilka dni temu niespodziewanie zachorowała, opuściła kilka zebrań, których była ozdobą, i mówiono, że nie przyjmuje nikogo i że zamiast znakomitych doktorów petersburskich, którzy zwykle ją leczyli, powierzyła się jakiemuś włoskiemu doktorowi, leczącemu ją jakimś nowym i niezwykłym sposobem.
Wszyscy doskonale wiedzieli, że choroba ślicznej hrabiny wynikła z niedogodności zamążpójścia od razu za dwóch mężów i że leczenie Włocha polegało na usunięciu tej niedogodności; ale w obecności Anny Pawłowny nie tylko nikt nie śmiał myśleć o tym, lecz jakby nawet nikt o tym nie wiedział.
— On dit que la pauvre comtesse est tr&s mai. Le medecin dit que c'est l'angine pectorale.
— L'anginę? Oh, c'est une maladze terrible!
— On dit ąue les rivaux se sont reconcilies grace a Vanginę.. *
Słowo „anginę" powtarzano z dużą przyjemnością.
— Le vieux comte est toućhant a ce ąu'on dit, 11 a pleure comme un enfant ąuand le medecin lui a dit ąue le cas etait dangereux.
— Oh, ce serait une perte terrible. C'est une jem-me ravissante.
— Vous parlez de la pauvre comtesse — rzekła Anna Pawłowna zbliżając się. — J'ai envoyś savoir de ses nouvelles. On m'a dit qu'elle allait un peu mieux. Oh, sans doute, c'est la plus charmante femme du monde — rzekła Anna Pawłowna uśmiechając się z własnego uniesienia. — Nous appartenons a des camps differents, mais cela ne m'empeche pas de l'es-timer, comme elle le merite. Elle est bien malheu-reuse ** — dodała Anna Pawłowna.
Sądząc, że tymi słowami Anna Pawłowna z lekka podnosiła zasłonę tajemnicy nad chorobą hrabiny, pewien nieopatrzny młody człowiek pozwolił sobie wyrazie zdziwienie, że nie wezwano znanych lekarzy i że hrabinę leczy szarlatan, który może zastosować niebezpieczne środki.
— Vos informations peuvent etre meilleures ąue les miennes — jadowicie wpadła naraz Anna Pawłowna na niedoświadczonego młodego człowieka. — Mais je sais de bonne source ąue ce medecin est un homme tres savant et tr&s habile. C'est le medecin intime de la reine d'Espagne.
* Mówią, że biedna hrabina bardao źle się ceuje. Doktor powiedział, że to dusznica.
Dusznica? O, to okropna choroba!
Mówią, że rywale pogodzili się dzięki dusznicy...
♦* Stary hrabia jest wzruszający, jak mówią. Rozpłakał się jak dziecko, gdy doktor powiedział, że przypadek jest niebezpieczny.
O, to byłaby wielka strata. Taka śliczna kobieta! Mówicie o biednej hrabinie?.- Posyłałam po wiadomości o jej zdrowiu. Powiedziane mi, że jej nieco lepiej. O, bez wątpienia, to naj powabniej sza kobieta w świecie... Należymy do różnych obozów, ale to nie przeszkadza mi oceniać jej, jak na to zasługuje. Ona jest taka nieszczęśliwa.
I unicestwiwszy w ten sposób młodzieńca Anna Pawłowna zwróciła się do Bilibina, który w drugim kółku, zmarszczywszy skórę twarzy, widocznie szykował się do jej wygładzenia, by powiedzieć un mot*; mówił o Austriakach.
— Je trouve que c'est charmant — mówił o nocie dyplomatycznej, z którą odesłano do Wiednia sztandary austriackie zdobyte przez Wittgensteina, le heros de Petropol ** (jak go nazywano* w Petersburgu).
— Jak, jak to? — zwróciła się do niego Anna Pawłowna wrywołując milczenie, by można było usłyszeć mot, które już znała.
I Bilibin powtórzył następujące oryginalne słowa depeszy dyplomatycznej ułożonej przez niego:
— L'Empereur renvoie les drapeaux autrichiens — powiedział Bilibin — drapeaux amis et egares, qu'il a trouve kors de la route *** — dokończył Bilibin wygładzając czoło.
— Charmant} charmant! — powiedział książę Wasilij.
— C'est la route de Varsovie peut-etre **** — głośno i nieoczekiwanie rzekł książę Hipolit. Wszyscy spojrzeli na niego nie rozumiejąc, co chciał przez to powiedzieć. Książę Hipolit również rozglądał się dokoła z wesołym zdziwieniem. On również, jak inni, nie rozumiał, co znaczyły wypowiedziane przez niego słowa. W czasie swej kariery dyplomatycznej zauważył nieraz, że takim sposobem wypowiedziane słowa okazywały się nagle bardzo dowcipne, i na wszelki wypadek powiedział te słowa, pierwsze, jakie przyszły mu na myśl. ,,Może wyjdzie bardzo dobrze — myślał — a jeżeli nie wyjdzie, oni tam będą umieli to urządzić." Rzeczywiście, w czasie gdy zapanowrało to
• Pańskie wiadomości mogą być lepsze niż moje. Ale ja wiem z dobrych źródeł, że ten doktor to człowiek bardzo wykształcony i zręczny. To lekarz osobisty królowej hiszpańskiej... powiedzonko ** Uważam, że to jest czarujące!... bohater Petropola.
♦** Cesarz odsyła austriackie sztandary, sztandary sojusznicze i zabłąkane, które znalazł nie na właściwej drodze.
**** Może to droga do Warszawy.
krępujące milczenie, weszła owa niedostatecznie patriotyczna osobistość, której Anna Pawłowna oczekiwała, by ją nawrócić, więc pani domu, uśmiechając się i grożąc Hipolitowi palcem, wskazała księciu Wa-siliowi miejsce przy stole, a przyniósłszy mu świece i manuskrypt poprosiła go o rozpoczęcie. Zapanowała cisza.
— „Najmiłościwszy Monarcho Imperatorze! — zaczął surowo książę Wasilij i spojrzał na publiczność, jakby pytając, czy kto nie chciałby powiedzieć coś przeciw temu. Ale nikt nic nie powiedział. — Pierwszy stołeczny gród Moskwa, Nowe Jeruzalem, przyjmie Chrystusa swego — nagle położył nacisk na słowo «swTego» — jako matka gorliwych synów swoich w objęcie, a poprzez unoszące się mgły przenikające wspaniałą sławę państwa Twego, śpiewa w zachwycie: «Hosanna, błogosławion, który nadchodzi!»" — Książę Wasilij wypowiedział ostatnie słowa głosem płaczliwym.
Bilibin oglądał uważnie swoje paznokcie, a wielu innych zatrwożyło się widocznie, jakby pytając, czym zawinili. Anna Pawłowna już naprzód powtarzała szeptem, jak staruszka modlitwę przed komunią: „Niechaj Goliat zuchwały a czelny..— wyszeptała.
Książę Wasilij ciągnął dalej:
— ,,Niechaj Goliat zuchwały a czelny od kresów Francji roznosi po krańce Rosji śmiercionośne zgrozy; korna wiara, owa proca rosyjskiego Dawida, porazi z nagła łeb krwiożerczej jego pychy. Ten obraz błogosławionego Sergiusza, odwiecznego orędownika naszej ojczyzny, składamy Waszej Cesarskiej Mości. Boleję, że słabnące me siły przeszkadzają mi nacie-szyc się widokiem najukochańszego oblicza Waszego. Wznoszę do nieba gorące modlitw^y, niech Wszechmocny wywyższy ród prawych i spełni miłościwie pragnienia Waszej Cesarskiej Mości."
— Quelle force! Quel style! * — posypały się pochwały dla czytającego i dla autora. Ożywieni tą prze-
♦ Co za siła! Co za styl!
mową goście Anny Pawłowny długo jeszcze rozmawiali o położeniu ojczyzny i wygłaszali różne domysły co do wyniku bitwy, która miała się w najbliższych dniach odbyć.
— Vous verrez * — powiedziała Anna Pawłowna — że jutro, w dniu urodzin cesarza, otrzymamy wiadomości. Mam dobre przeczucie.
II
Przeczucie Anny Pawłowny rzeczywiście się sprawdziło. Następnego dnia, podczas nabożeństwa w pałacu z powodu urodzin cesarza, wywołano z cerkwi księcia Wołkońskiego i wręczono mu kopertę od księcia Kutuzowa. Było to zawiadomienie Kutuzowa napisane w Tatarinowej w dniu bitwy. Kutuzow pisał, że Rosjanie ani na krok się nie cofnęli, że Francuzi ponieśli znacznie większe straty niż my, że pisze w pośpiechu z pola bitwy, nie zdążywszy jeszcze zebrać ostatnich wiadomości. A więc było to zwycięstwo. I natychmiast, nie wychodząc ze świątyni, złożono hołd dziękczynny Stwórcy za pomoc i za zwycięstwo.
Przeczucie Anny Pawłowny sprawdziło się, i w mieście przez cały poranek panował radosno-świąteczny nastrój. Wszyscy uważali, że zwycięstwo jest zupełne, i niektórzy mówili już o wzięciu samego Napoleona do niewoli, o jego zdetronizowaniu i wybraniu nowego władcy dla Francji. '
Z dala od wojny, wśród warunków życia dworskiego, jest rzeczą bardzo trudną, żeby wypadki odzwierciedlały się w całej swojej pełni i sile. Mimo woli wydarzenia ogólne grupują się wokół jakiegoś zdarzenia natury osobistej. Toteż i teraz największa radość dworzan polegała tyle samo na tym, żeśmy zwyciężyli, jak i na tym, że wiadomość o tym zwy-
* Zobaczycie
cięstwie nadeszła właśnie w dniu urodzin cesarza. Była to niby udana niespodzianka urodzinowa. W liście Kutuzowa mówiło się również o stratach rosyjskich, a w ich liczbie wymienieni byli Tuczkow, Ba-gration, Kutajsow. Również i smutna strona wydarzenia mimowolnie zgrupowała się w tutejszym petersburskim świecie koło jednego wypadku — śmierci Kutajsowa. Znali go wszyscy, cesarz go lubił, był młody, interesujący. W tym dniu wszyscy spotkali się ze słowami:
— Jaki zadziwiający wypadek! W samo nabożeństwo! Ach, jaka szkoda — Kutajsow! Ach, jakie to
smutne!
— A co ja wam mówiłem o Kutuzowie? — mówił teraz książę Wasilij z dumą proroka. — Zawsze mówiłem, że on jeden zdolny jest zwyciężyć Napoleona.
Ale nazajutrz nie otrzymano wiadomości z armii i opinia powszechna była zaniepokojona. Dworzanie cierpieli z powodu cierpień niepewności, w której znajdował się cesarz.
— Jakież jest położenie najjaśniejszego pana! — mówili dworzanie i już nie wychwalali jak onegdaj, lecz potępiali Kutuzowa, który był przyczyną niepokoju cesarza. Książę Wasilij w tym dniu nie chwalił się już więcej swoimi protege Kutuzowem, lecz milczał gdy była mowa o wodzu naczelnym. Poza tym pod wieczór tego dnia wszystko jakby się sprzysięgło, aby mieszkańców Petersburga pogrążyć w trwodze i niepokoju; rozeszła się jeszcze jedna straszna wieść: hrabina Helena Bezuchow zmarła nagle na tę okropną chorobę, którą tak przyjemnie było wymawiać. Oficjalnie w wielkim świecie wszyscy mówili, że hrabina Bezuchow umarła na straszny atak anginę pectorale, ale w kółkach wtajemniczonych opowiadano szczegóły o tym, jak Ze medecin intime de la reine d'Espag-ne * zaordynował Helene niewielkie dozy jakiegoś lekarstwa celem wywołania wiadomego skutku; lecz Helene dręcząc się, że stary hrabia ją podejrzewał
♦ dusznicy... lekarz osobisty królowej hiszpańskiej
i że mąż, do którego pisała (ten nieszczęsny rozpustnik Pierre), nie odpowiadał, zażyła nagle wielką dozę przepisanego jej leku i zmarła w męczarniach, nim nadeszła pomoc. Opowiadano, że książę Wasilij i stary hrabia zabrali się do Włocha, ale Włoch pokazał takie bileciki od nieszczęśliwej zmarłej, że go natychmiast zwolniono.
Ogólna rozmowa ześrcdkowała się około trzech smutnych wydarzeń: niepewności cesarza, śmierci Kuta jsowa i zgonu Helene.
Trzeciego dnia po wiadomościach od Kutuzowa przyjechał do Petersburga ziemianin z Moskwy i po całym mieście rozeszła się wieść o oddaniu Moskwy Francuzom. To było straszne! W jakiej sytuacji znalazł się cesarz! Kutuzow był zdrajcą, a książę Wasilij w czasie visites de condoleance *, które mu składano z powodu śmierci córki, mówił o wychwalanym poprzednio przez siebie Kutuzowie (można mu wybaczyć, że w smutku zapomniał, co mówił przedtem), że nie sposób było spodziewać się niczego innego po ślepym i rozpustnym starcu.
— Dziwię się tylko, jak można było poruczyć los Rosji takiemu człowiekowi.
Dopóki wiadomość ta n^e była jeszcze oficjalna, dopóty można jej było jeszóze nie dowierzać, lecz nazajutrz nadszedł od hrabiego Rastopczyna następujący raport:
„Adiutant księcia Kutuzowa przywiózł mi list, w którym książę żąda ode mnie przysłania oficerów policji celem przeprowadzenia armii na drogę ria-zańską. Mówi, że z ubolewaniem opuszcza Moskwę. Miłościwy Panie! Postępek Kutuzowa rozstrzyga o losie stolicy oraz Twego cesarstwa. Rosja wzdrygnie się na wieść o oddaniu miasta, gdzie skupiona jest wielkość Rosji, gdzie spoczywają prochy przodków Twoich. Pójdę za armią. Wszystko wywiozłem, pozostaje mi płacz nad losem mojej ojczyzny."
• wizyt kondolencyjnych
Otrzymawszy tę wiadomość cesarz posłał przez księcia Wołkońskiego następujący reskrypt Kutuzowowi: „Książę Michale Iłarionowiczu! Od 29 sierpnia nie mam żadnych wiadomości od Pana. Tymczasem 1 września otrzymałem przez Jarosława od wojskowego gubernatora Moskwy smutną wiadomość, że zdecydowałeś opuścić z armią Moskwę. Możesz sobie wyobrazić, jak podziałała na mnie ta wiadomość, a milczenie Pańskie pogłębia moje zdziwienie. Wyprawiam z niniejszym generał-adiutanta księcia Wołkońskiego, aby się wywiedział od Pana o położeniu armii i o motywach, które skłoniły Pana do tak smutnej decyzji."
III
W dziewięć dni po opuszczeniu Moskwy przyjechał do Petersburga wysłaniec od Kutuzowa z oficjalnym zawiadomieniem o opuszczeniu Moskwy. Wysłańcem tym był Francuz Michaud, nie mówiący po rosyjsku, ale quoique etranger, Russe de coeur et d'ame*, jak sam o sobie mówił.
Cesarz zaraz przyjął posłańca w swym gabinecie w pałacu na Kamiennej Wyspie. Michaud, który nigdy nie widział Moskwy przed kampanią i który nie mówił po rosyjsku, czuł się jednak wzruszony, gdy stanął przed notre tres gracieux souverain (jak pisał) z wieścią o pożarze Moskwy dont les flammes ecla-iraient sa route. **
Chociaż źródło chagrin *** Michauda musiało być inne niż to, z którego wypływał ból narodu rosyjskiego, Michaud miał tak zatroskane oblicze, gdy go wpro-
* choć obcokrajowiec, Rosjanin całym sercem i całą duszą
** najmiłościwszym władcą,., której płomienie oświecały
i ego drogę.
*** zmartwienia
wadzano do gabinetu cesarza, że cesarz natychmiast zapytał:
— M'apportez-vous de tristes nouvelles, colonel? 1
— Bien tristes, Sire — odparł Michaud spuszczając oczy z westchnieniem — Vabandon de Moscou. **
— Aurait-on livre mon ancienne capitale sans se battre?2 — powiedział szybko cesarz czerwieniejąc nagle.
Michaud z uszanowaniem przekazał to, co mu zlecił Kutuzow przekazać, a mianowicie, że nie było możliwe walczyć pod Moskwą, a ponieważ zostawało do wyboru — stracić armię i Moskwę albo tylko Moskwę, feldmarszałek winien był wybrać to ostatnie.
Cesarz słuchał w milczeniu, nie patrząc na Micha lida.
— Uennemi estfil en ville?3 — zapytał.
— Out, Sire et elle en cendres a 1'heure qu'il est. Je Vai laissee toute en flamm.es4 — powiedział Michaud z determinacją, ale spojrzawszy na cesarza przestraszył się tego, co uczynił. Cesarz ciężko, pośpiesznie oddychał, dolna warga mu drgała, a piękne niebieskie oczy momentalnie zwilżyły się łzami.
Ale trwało to tylko chwilę. Cesarz zachmurzył się nagle, jakby potępiając sam siebie za swą słabość, i podniósłszy głowę, zwrócił się do Michauda twardym głosem:
— Je vois, colonel, par tout ce qui nous arrivc —: powiedział — que la Providence exige de grands sa-crifices de nous... Je suis pret a me soumettre a toutes Ses volontes: mais dites-moi, Michaud, comrnent avez-vous laisse l'armie, en voyant ainsi, sans coup firir, abandonner mon ancienne capitale? N'avez-vous pas aperęu du decouragement? ******
Ujrzawszy, że jego tres grac.ieux souverain odzyskał spokój, Michaud uspokoił się również, ale na proste, rzeczowe pytanie cesarza, wymagające również prostej odpowiedzi, nie zdążył przygotować odpowiedzi.
— Sire, me perraettrez-vous parler franchement en loyal militaire?* — powiedział, żeby wygrać na czasie.
— Colonel, je Vexige toujours — rzekł cesarz. -— Ne me cachez rien, je veux savoir absolument ce qu'il en est. **
— Sire! — powiedział Michaud z delikatnym, ledwo dostrzegalnym uśmiechem, zdążywszy przygotować odpowiedź w formie lekkiej i pełnej szacunku jeu de mots. — Sire! j'ai laisse toute Varmee depuis les chefs jusqu'au dernier soldat, sans exception, dans une crainte epouvantable, effrayante... ***
— Comment ęa? — przerwał cesarz surowo zachmurzony. — Mes Russes se laisseront-ils abatre par le malheur... Jamais! ****
Na to tylko czekał Michaud ze swą grą słów.
— Sire! — powiedział z hołdowniczą swawolnoś-cią — ils craignent seulement que Votre Majeste par bonte de coeur ne se laisse persuader de faire la paix. lis brulent de combattre — mówił pełnomocnik narodu rosyjskiego — et de prouver a Votre Majeste par le sacrifice de leur vie combien ils lui sont cle-voues. ,*****
Opatrzność wymaga od nas wielkich ofiar... Jestem gotów poddać się we wszystkim Jej woli; ale niech mi pan powie, Michaud, jak zostawiłeś armię, opuszczając bez wystrzału moją starą stolicę? Czy nie zauwazyleś w niej upadku ducha?
• Najjaśniejszy panie, czy pozwolisz mówić szczerze, jak uczciwemu żołnierzowi?
** Pułkowniku, zawsze tego żądam... Niech pan nie ukrywa niczego, chcę bezwarunkowo wiedzieć cafą prawdę.
*** gry słów... Najjaśniejszy panie! Zostawiłem całą armię, poczynając od dowódców do ostatniego żołnierza, bez wyjątki! strasznie przerażoną.
**** Jak to?... Czyż moich Rosjan może zgnębić niepowodzenie... Nigdy!
***** Najjaśniejszy panie... oni boją się tylko tego, by najjaśniejszy pan w dobroci swego serca nie dał się skłonić do zawarcia pokoju. Oni płoną żądzą walki i pragną dowieść najjaśniejszemu panu ofiarą swego życia, jak dalece są mu oddani...
— Ach! — z przyjaznym blaskiem oczu powiedział cesarz uspokojony, klepiąc Michauda po ramieniu. — Vous me tranąuilisez, colonei*
Cesarz opuściwszy głowę milczał chwilę.
— Eh hien, retournez a Varmee — powiedział prostując się na całą wysokość i zwrócił się do Michauda z gestem łaskawym a majestatycznym — et dites a nos braves, dites a tous mes bons sujets partout ou vous passerez, que quand je n'aurai plus aucun soldat, je me mettrai, moi-meme, a la tete de ma chere noblesse, de mes bons paysans et fuserai ainsi jusqu,d la der-niere ressource de mon empire. 11 m'en reste encore plus que mes ennemis ne pensent — mówił cesarz ożywiając się coraz bardziej. — Mais si jamais U jut ecrit dans le decrets de la Divine Providence — powiedział wznosząc swe piękne, łagodne i błyszczące uczuciem oczy do nieba — que ma dynastie dut cesser de regner sur le tróne de mes ancetres, alors, apres avoir epuise tous les moyens qui sont en mon pou-voir, je me laisserai croitre la barbe jusqu'ici (cesarz wskazał ręką na pół piersi) et j'irai manger des pommes de terre avec le dernier de mes paysans plu-tót, que de signer la honte de ma patrie et de ma chere nation, dont je sais apprecier les sacrijices... **— Wypowiedziawszy te słowa wzruszonym głosem, cesarz nagle odwrócił się, jakby chcąc skryć przed pułkownikiem łzy w oczach, i poszedł w głąb gabinetu. Postawszy tam przez kilka chwil, wrócił do Michauda wielkimi krokami i silnym ruchem uścisnął mu
* Pan mnie uspokaja, pułkowniku.
** No, wracaj pan do armii... i powiedz pan naszym zuchom, powiedz pan wszystkim moim dobrym poddanym, wszędzie, gdzie pan pojedzie, że gdy nie bcyię miał ani jednego żołnierza, sam stanę na czele mojej ukochanej szlachty i poczciwych chłopów i tak wyzyskam aż do końca wszelkie środki ratunku mego państwa. Więcej ich, niż myślą moi wrogowie... Ale jeżeliby Opatrzność boska zrządziła... że dynastia moja przestanie panować na tronie moich przodków, wtedy, wyczerpawszy wszystko, co w mojej mocy, zapuszczę brodę dotąd... i prędzej pójdę jeść kartofle z ostatnitr-z moich chłopów, niż zdecyduję się podpisać hań^ę mej ojczyzny i mojego drogiego ludu, którego ofiary umiem cenić...
rękę poniżej łokcia. Piękne, dobrotliwe oblicze cesarza poczerwieniało, oczy zaś pałały blaskiem determinacji i gniewu.
— Colonel Michaudy n'oubliez pas ce que je vous dis ici; peut-etre ąu'un jour nous nous le rappellerons avec plaisir... Napoleon ou moi — powiedział cesarz z ręką na piersi. — Nous ne pouvons plus regner ensemble■. J'ai appris a le connaitre, U ne me trompera plus... — I cesarz zachmurzywszy się umilkł. Usłyszawszy te słowa i ujrzawszy wyraz stanowczej decyzji w oczach cesarza, Michaud, ąuoiąue etranger, mais Russe de coeur et d'ame, poczuł się w tej uroczystej chwili enthousiasme par tout ce qu'il venait d'entendre * (jak mówił później) i wyraził zarówno swe uczucia, jak i uczucia narodu rosyjskiego, którego czuł się pełnomocnikiem, w następujących słowach:
— Sire! — powiedział. — Votre Majeste signe dans ce moment la gloire de sa nation et le salut de VEuropę! **
Cesarz odprawił Michauda pochyleniem głowy.
IV
Gdy Rosja była na pół zawojowana, a mieszkańcy Moskwy zbiegli do dalekich guberni, gdy pospolite ruszenia, jedno za drugim, stawały do obrony ojczyzny, mimo wroli przedstawiamy sobie, my nie żyjący w tamych czasach, że wszyscy Rosjanie, od małego do dużego, zajęci byli tylko tym, żeby nieść w ofierze swe życie i ratować ojczyznę albo płakać nad jej zgubą.
* Pułkowniku Michaud, nie zapomnij pan, co powiedziałem tutaj; być może, kiedyś wspomnimy o tym z przyjemnością... Napoleon albo ja... Nie możemy dalej panować razem. Poznałem go teraz i już mnie więcej nie oszuka... choć obcokrajowiec, ale Rosjanin sercem i duszą... rozentuzjazmowany tym wszystkim, co usłyszał.
'* Najjaśniejszy panie! Podpisujesz w tej chwili sławę swe.^o narodu i zbawienie Europy.
Opowiadania, opisy tego czasu — wszystkie bez wyjątku mówią tylko o poświęceniu, miłości ojczyzny, rozpaczy, cierpieniu i bohaterstwie Rosjan. A w rzeczywistości tak nie było. Wydaje nam się to tak tylko dlatego, że widzimy w przeszłości wyłącznie ogólne historyczne sprawy tego czasu, a nie widzimy wszystkich tych osobistych spraw, które ludzie mieli. A tymczasem te osobiste sprawy teraźniejszości są
0 tyle ważniejsze niż sprawy ogólne, że spoza nich nigdy nie odczuwa się (nie zauwTaża się nawet zupełnie) spraw ogólnych. Większość ówczesnych ludzi nie zwracała uwagi na ogólny bieg spraw, lecz kierowała się tylko osobistymi interesami teraźniejszości. I ludzie ci byli w owym czasie najpożyteczniejsi.
Ci zaś, którzy próbowali zrozumieć ogólny bieg spraw i z poświęceniem i bohaterstwem chcieli brać w nim udział, byli najbardziej bezużytecznymi członkami społeczeństwa; widzieli wszystko na odwrót
1 wszystko, co robili dla pożytku, okazywało się bezużytecznym głupstwem, jak pułki Pierre'a, Mamonowa, grabiące wsie rosyjskie, jak szarpie skubane przez panie i nigdy nie dochodzące do rannych itp. Nawet ci, którzy lubiąc pomędrkować i wyrazić swe Uczucia dyskutowali o rzeczywistym położeniu Rosji, mimo woli wnosili w swoje słowa odbicie albo obłudy i zakłamania, albo bezużytecznych potępień i złośliwości wobec ludzi oskarżonych o to, co nie mogło być niczyją winą. W wydarzeniach historycznych najlepiej widać zakaz pożywania owocu z drzewa poznania. Jedynie nieświadoma działalność przynosi owoce i człowiek, grający rolę w historycznych wypadkach, nigdy nie rozumie ich znaczenia. Jeżeli próbuje je zrozumieć, poraża go bezpłodność.
Sens tego, co dokonywało się wtedy w Rosji, tym bardziej był niedostrzegalny, im bliższy w tym był udział człowieka. W Petersburgu i w guberniach oddalonych od Moskwy panie i mężczyźni w mundurach pospolitego ruszenia opłakiwali Rosję i stolicę, mówili o poświęceniu się itp.; ale w armii, która odstępowała od Moskwy, prawie nie mówiono i nie myślano o Moskwie, i patrząc na jej zgliszcza nikt nie przysięgał zemsty Francuzom, lecz myślano o kolejnej wypłacie żołdu za tercję, o kolejnym postoju, o Matrioszce-mar-kietance i temu podobnych.
Mikołaj Rostow nie po to bynajmniej, by się poświęcić, lecz przypadkowo, ponieważ wojna zastała go w wojsku, brał bliski udział w długotrwałej obronie ojczyzny i dlatego bez rozpaczy i posępnych wniosków patrzał na to, co działo się wtedy w Rosji. Jeżeliby go zapytano, co myśli o obecnym położeniu kraju, powiedziałby, że nie potrzebuje myśleć, że od tego jest Kutuzow i inni, ale że słyszał, iż kompletują pułki, że najwidoczniej długo jeszcze będą się bić i że w obecnych warunkach w ciągu dwóch lat nietrudno mu będzie otrzymać dowództwo pułku.
Dlatego że tak patrzył na sprawę, nie tylko przyjął bez żalu zawiadomienie o odkomenderowaniu go do Woroneża po remonty dla dywizji, co uniemożliwiało mu wzięcie udziału w rozstrzygającej bitwie, ale przeciwnie — przyjął je z wielkim zadowoleniem, którego nie ukrywał i które bardzo dobrze rozumieli jego towarzysze.
Na kilka tygodni przed bitwą pod Borodinem Mikołaj otrzymał pieniądze, papiery i wysławszy naprzód huzarów pojechał pocztowymi końmi do Woroneża.
Tylko ten, kto tego doświadczył, czyli ten, kto przebywał kilka miesięcy bez przerwy w atmosferze wojennego, bojowego życia, może zrozumieć tę przyjemność, jakiej doświadczył Mikołaj wyjechawszy z rejonu, do którego sięgały wojska swym furażowaniem, dowozem prowiantów, szpitalami, gdy zamiast żołnierzy, fur, brudnych śladów obozu zobaczył wsie z chłopami i babami, dwory, pola z pasącym się bydłem, stacje pocztowe z zaspanymi poczmistrzami — odczuł taką radość, jakby po raz pierwszy to wszystko zobaczył. To, co go szczególnie długo zadziwiało i cieszyło, to kobiety, młode, zdrowe, z których żadna nie miała koło siebie dziesięciu amantów oficerów, a które cieszyły się i czuły się pochlebione, że przejeżdżający oficer żartuje z nimi.
Mikołaj przyjechał w najlepszym nastroju nocą do zajazdu w Woroneżu, zamówił wszystko, czego był długo pozbawiony w armii, i nazajutrz, ogoliwszy się starannie i przyodziawszy się w galowy, dawno nie używany mundur, pojechał zameldować się władzom.
Naczelnikiem pospolitego ruszenia był generał w służbie cywilnej, człowiek stary, który, widać było, bawił się swoim wojskowym tytułem i rangą. Gniewnie (myśląc, że to wojskowa właściwość) przyjął Mikołaja i znacząco, jakby miał do tego prawo i jakby osądzając ogólny bieg sprawy, chwaląc lub ganiąc, wypytywał go. Mikołaj był tak wesoły, że wydało mu się to zabawne.
Od naczelnika pospolitego ruszenia pojechał do gubernatora. Gubernator był maleńkim, ruchliwym człowieczkiem, nadzwyczaj miłym i prostym. Wskazał Mikołajowi stadniny, w których mógł kupić konie, rekomendował mu handlarza w mieście i ziemianina w majątku oddalonym o dwadzieścia wiorst od miasta, którzy mieli najlepsze konie, i obiecał wszelką pomoc.
— Czy pan jest synem liii Andrejewicza? Moja żona bardzo się przyjaźniła z pańską matką. W czwartki przyjmuję; dziś mamy czwartek, uprzejmie proszę do mnie, bez ceremonii — powiedział gubernator przy pożegnaniu.
Zaraz po wizycie u gubernatora Mikołaj wziął bryczkę pocztową i zabrawszy ze sobą wachmistrza popędził dwadzieścia kilometrów do owego ziemianina. W tym początkowym okresie przebywania w Woroneżu wszystko było dla Mikołaja wesołe i łatwe i wszystko, jak to bywa, gdy człowiek jest dobrze nastrojony, szło składnie i szybko.
Dziedzic, do którego Mikołaj przyjechał, był starym bezżennym eks-kawalerzystą. Był to koniarz, myśliwy, właściciel kilimiarni, stuletniej przepalanki, starego węgrzyna i wspaniałych koni.
Mikołaj bez targu kupił za sześć tysięcy siedemnaście ogierów na wybór (jak mówił), na pokazowe zakończenie remontu. Zjadłszy obiad i popiwszy nieco nad miarę węgrzyna, Rostow wycałowawszy się z dziedzicem, z którym zdążył już przejść na „ty", w najradośniejszym nastroju popędził z powrotem okropną drogą, ponaglając nieustannie woźnicę, aby zdążyć na przyjęcie do gubernatora.
Przebrany, uperfumowany, zlawszy głowę zimną wodą, Mikołaj, choć nieco późno, w myśl zdania: ,,Vaut mieux tard que jamażs" *, stawił się u gubernatora.
Nie był to bal i nie zapowiadano, że będą tańce; ale wszyscy wiedzieli, że Katarzyna Pietrowna będzie grać na klawikordzie walce i ecossaise'y i że będzie się tańczyć, więc wszyscy, licząc na to, zjechali się w strojach balowych.
Życie gubernialne w roki" 1812 było ściśle takie samo jak zawsze, z tą tylko różnicą, że w mieście panowało ożywienie wobec przybycia licznych bogatych rodzin z Moskwy i że — jak we wszystkim, co działo się wtedy w Rosji — widoczny był jakiś szczególny rozmach: wszystko furda, raz się żyje. Poza tym t.-° płaskie rozmowy, niezbędne między ludźmi, któro przedtem prowadzono o pogodzie i o wspólnych znajomych, teraz dotyczyły Moskwy, wojska i Napoleona.
Towarzystwo zebrane u gubernatora było najlepsze w Woroneżu.
Pań było bardzo dużo, było kilka znajomych Mikołaja z Moskwy, ale z mężczyzn nikt nie mógł w żadnej mierze współzawodniczyć z kawalerem Orderu Św. Jerzego, huzarem, przybyłym po remonty, a jednocześnie z dobrodusznym i dobrze wTychowanym hrabią Rostowem.
Wśród mężczyzn był jeniec, Włoch, oficer francuskiej armii, i Mikołaj odczuwał, że obecność tego jeńca jeszcze bardziej podnosiła jego znaczenie — bohatera rosyjskiego. Było to jakby trofeum. Mikołaj odczuwał to i zdawało mu się, że wszyscy tak samo patrzyli
* Lepiej późno niż nigdy.
na Włocha, i Mikołaj potraktował tego oficera uprzejmie, ale godnie i powściągliwie.
Gdy tylko Mikołaj wszedł w swym husarskim mundurze rozsiewając wkoło zapach perfum i wina, powiedział sam i usłyszał kilka razy skierowane do siebie zdania: „Vaut mieux tard que jamażs" — natychmiast otoczono go; wszystkie oczy spoczęły na nim; poczuł, że staje się ulubieńcem wszystkich, co było dla niego i tu w guberni, i zawsze przyjemne, ale teraz po długich wyrzeczeniach stawało się oszałamiającą rozkoszą. Nie tylko na stacjach, w zajazdach i w ki-limiarni ziemianina były dziewczyny zaszczycone uwa-£?;> ale tu, na przyjęciu u gubernatora, była (jak się wydawało Mikołajowi) niezliczona ilość młodziutkich dam i ładniutkich panien, które z niecierpliwością czekały tylko, żeby zwrócił na nie uwagę, Kokietowały go i panie, i panny, a starsi już od pierwszego dnia zaczęli myśleć o tym, jak by ożenić i ustatkować tego huzara, zucha i zbereźnika. W ich liczbie była i żona gubernatora, która przyjęła Rostowa jak krewnego i zwracała się do niego ,,Nicolas" i na „ty".
Katarzyna Pietrowna rzeczywiście zaczęła grać walce, ecossaise'y i rozpoczęły się tańce, w których Mikołaj jeszcze bardziej podbijał swą zręcznością ęał(e gubernialne towarzystwo. Wszystkich nawet zadziwił swą osobliwą, nonszalancką manierą w tańcu na tym wieczorze. W Moskwie nigdy tak nie tańczył i uważałby nawet za nieprzyzwoitość i mauvais genre * taki zbyt nonszalancki sposób tańczenia, ale tu czuł potrzebę zadziwienia ich wszystkich czymś niezwykłym, czymś takim, co powinno było być przyjęte za zwyczajne w stolicach, ale nie znane jeszcze na prowincji.
W ciągu całego wieczoru Mikołaj zwracał główną uwagę na niebieskooką, pulchną i powabną blondynkę, żonę jednego z urzędników gubernialnych: z naiwnym przekonaniem rozbawionych młodych ludzi, że cudze żony stworzone są dla nich, Rostow nie odchodził od tej pani i przyjaźnie, nieco tajemniczo traktował jej
♦ w złym guście
męża, jak gdyby oboje — czyli Mikołaj i żona tego męża — wiedzieli, że świetnie się porozumieją. Mąż jednak, zdawało się, nie podzielał tego przekonania i starał się traktować Rostowa chłodno. Ale dobroduszna naiwność Mikołaja była tak bezgraniczna, że czasem mąż mimo woli poddawał się wesołemu nastrojowi Mikołaja. Jednak pod koniec wieczoru, w miarę jak oblicze żony stawało się coraz bardziej rumiane i ożywione, twarz jej męża stawała się coraz smutniejsza i poważniejsza, jakby porcja ożywienia była wspólna dla obojga, i w miarę tego jak się powiększała część przypadająca na żonę, zmniejszała się część przypadająca na męża.
V
Mikołaj wciąż z uśmiechem na twarzy, nieco przechylony w fotelu, siedział blisko, pochylając się nad blondynką i prawiąc jej mitologiczne komplementy.
Zmieniając dziarsko położenie nóg w napiętych rajtuzach, rozprzestrzeniając wokoło zapach perfum, lubując się swą damą i sobą, i pięknymi kształtami swych nóg w obcisłych rajtuzach, Mikołaj mówił blondynce, że chce tu, w Woroneżu, porwać pewną panią.
— I^tórąż to?
— Rozkoszną, boską. Ma oczy (spojrzał na rozmówczynię) niebieskie, usta jak korale, białość (popatrzył na ramiona) i talia — Diany...
Maż podszedł do nich i posępnie zapytał żonę, o czym mówi.
— O! Nikita Iwanycz — rzekł Mikołaj podnosząc się grzecznie. I jakby pragnąc, żeby Nikita Iwanycz wziął udział w jego żartach, zaczął i jemu opowiadać o swym zamiarze uprowadzenia pewnej blondynki.
Mąż uśmiechnął się ponuro, żona wesoło. Zacna gu-bernatorowa podeszła do nich z wyrazem dezaprobaty.
— Anna Ignatiewna chce cię widzieć, Nicolas — powiedziała, takim głosem wymawiając słowa: „Anna Ignatiewna", że Rostow natychmiast zrozumiał, że Anna Ignatiewna to dama bardzo poważna. — Pójdziemy, Nicolas. Przecież pozwoliłeś mi tak się nazywać?
— O tak, ma tante. Któż to taki?
— Anna Ignatiewna Malwincew. Słyszała o tobie od swej siostrzenicy, jak ją uratowałeś... Zgadujesz?...
— Wcale ich tam nie ratowałem! — powiedział Mikołaj.
— Jej siostrzenicę, księżniczkę Bołkońską. Jest tu, w Woroneżu, z ciotką. Oho, jak poczerwieniał! Co, może?...
— Nie myślałem nawet, ma tante.
— No, dobrze, dobrze... Już ja ciebie znam!
Gubernatorowa zaprowadziła go do wysokiej i bardzo tęgiej starszej damy w niebieskim toczku, która dopiero co skończyła partię kart z najważniejszymi osobami w mieście. Była to pani Malwincew, ciotka księżniczki Marii ze strony matki, bogata, bezdzietna wdowa, mieszkająca w Woroneżu. Stała regulując należności karciane, gdy Mikołaj podszedł do niej. Surowo i poważnie przymrużyła oczy, spojrzała na niego i dalej łajała generała, który od niej wygrał.
— Bardzo się cieszę, mój kochany — powiedziała wyciągnąwszy do niego rękę. — Proszę łaskawie wstąpić do mnie.
Porozmawiawszy o księżniczce Marii i o jej zmarłym ojcu, którego widocznie pani Malwincew nie lubiła, i zapytawszy, co Mikołaj wie o księciu Andrzeju, który również widać nie cieszył się jej uznaniem, matro-na pożegnała go, powtórzywszy zaproszenie.
Mikołaj obiecał i znowu poczerwieniał, gdy żegnał panią Malwincew. Na wspomnienie księżniczki Marii Rostow doświadczał niezrozumiałego dla siebie uczucia nieśmiałości, a nawet strachu.
Odszedłszy od pani Malwincew Rostow chciał wrócić do tańców, ale mała gubernatorowa położyła swą pulchną rączkę na rękawie Mikołaja i powiedziawszy, że chce z nim pomówić, poprowadziła go do bawialni, z której obecni tam zaraz wyszli, żeby nie przeszkadzać gubernatorowej.
— Wiesz, mon cher — powiedziała gubernatorowa z wyrazem powagi na małej, poczciwej twarzyczce — to dla ciebie naprawdę świetna partia. Chcesz, wyswatam cię?
— Z kim, ma tante? — zapytał Mikołaj.
— Z księżniczką. Katarzyna Pawłowna mówi, że Liii, a moim zdaniem — księżniczka. Chcesz? Jestem przekonana, że twoja mama mi podziękuje. Naprawdę cudowna dziewczyna! I wcale nie jest taka brzydka!
— Wcale nie — powiedział Mikołaj, jakby obrażony. — Ja, ma tante, jak przystoi żołnierzowi, nigdy się nie narzucam i od niczego się nie wymawiam — powiedział szybciej, nim zdążył pomyśleć, co mówi.
— Więc pamiętaj: to nie żarty.
— Jakie żarty!
— Tak, tak — rzekła gubernatorowa, jakby do siebie. — A wiesz, mon cher, entre autres. Vous etes trop assidu aupres de Vautre, la blonde .* Mąż taki zgnębiony, naprawdę...
— Ależ nie, jesteśmy przyjaciółmi — odpowiedział Mikołaj w prostocie ducha; nawet mu do głowy nie przychodziło, że takie wesołe dla niego spędzanie czasu mogłoby być dla kogoś przykre.
,,Jakież głupstwo powiedziałem gubernatorowej — nagle przypomniał sobie Mikołaj przy kolacji. — Ona rzeczywiście zacznie mnie swatać. A Sonia?..." I żegnając się z gubernatorową, gdy z uśmiechem jeszcze raz mu powiedziała: „No, więc pamiętaj", odprowadził ją na bok.
— Prawdę mówiąc, ma tante...
— Co, co, mój drogi? Chodźmy, o tu siądziemy.
Mikołaj poczuł nagle chęć i konieczność wypowiedzenia wszystkich swych intymnych myśli (takich, których by nie powiedział matce, siostrze, przyjacielo-
* mój miły, między innymi. Zbyt się zalecasz do taj blondynki.
wi) tej prawie zupełnie obcej kobiecie. Potem, gdy wspominał ów niczym nie umotywowany poryw niezrozumiałej szczerości, który miał jednak dla niego bardzo poważne następstwa, zdawało mu się (jak to zawsze ludziom się zdaje), że opanował go taki głupi nastrój, a tymczasem ów poryw szczerości razem z innymi drobnymi zdarzeniami miał i dla niego, i dla całej rodziny ogromne następstwa.
— Więc tak, ma tante. Maman dawno już chce mnie bogato ożenić; ale sama myśl o tym jest mi wstrętna — żenić się dla pieniędzy.
— O tak, rozumiem — powiedziała gubernatorowa;
— Ale księżniczka Bołkońska — to inna sprawa; po pierwsze, powiem cioci prawdę, ona mi się bardzo podoba i przypadła mi do serca; a następnie, po tym, gdy ją spotkałem w takim położeniu, dziwne to, często mi do głowy przychodziło: to los. Zwłaszcza, proszę pomyśleć: maman dawno o tym myślała, ale przedtem nie zdarzyło mi się jej spotkać, jakoś wszystko się tak składało — nie spotkaliśmy się A wtedy, kiedy moja siostra Natasza była narzeczoną jej brata, przecież nie mógłbym myśleć o małżeństwie z nią. Trzeba było, żebym ją spotkał właśnie teraz, kiedy małżeństwo Nataszy zostało zerwane, no i wszystko... Tak... Nikomu tego nie mówiłem i nie powiem. Tylko pani...
Gubernatorowa uścisnęła mu z wdzięcznością łokieć.
— Czy pani zna kuzynkę Sophie? Kocham ją, obiecałem, że się ożenię z nią, i ożenię się... Dlatego, widzi pani, nie może być mowy o tym — czerwieniąc się mówił bezładnie Mikołaj.
— Mon clner, mon cher, jakże ty rozumujesz? Przecież Sophie nic nie ma, a sam mówiłeś, że interesy twego papy bardzo źle stoją. A twoja maman? To ją zabije — to jedno. Następnie Sophie: jeżeli to dziewczyna z sercem, jakież ją czeka życie? Matka w rozpaczy, interesy w ruinie... Nie, mon cher, powinniście to zrozumieć: i ty, i Sophie.
Mikołaj milczał. Przyjemnie mu było słuchać tych wywodów.
— A jednak, ma tanie, to nie może się stać — powiedział, wzdychając, po chwili milczenia. — A czy księżniczka wyszłaby za mnie? Teraz znowu jest w żałobie. Jak można o tym myśleć!
— A czy ty myślisz, że cię zaraz będą żenić? II y a manierę et maniere * — powiedziała gubernatorowa.
— Ależ z pani swatka, ma tante... — powiedział Mikołaj całując jej pulchną rączkę.
VI
Przyjechawszy do Moskwy po spotkaniu z Rostowe rn księżniczka Maria zastała tam swego bratanka z guwernerem i list od księcia Andrzeja, który zalecał im marszrutę do Woroneża, do cioci Malwincew. Przygotowania do drogi, niepokój o brata, urządzenie życia w nowym domu, nowi ludzie, wychowanie bratanka — wszystko to przytłumiło w duszy księżniczki M arii to uczucie niby pokusy, które męczyło ją w czasie choroby i po śmierci ojca, a zwłaszcza po spotkaniu się z Rostowem. Ogarnął ją smutek. Wrażenie wywołane stratą ojca, łączące się w jej duszy z klęską Rosji, teraz, po miesiącu, który minął w warunkach spokojnego życia, odczuwała coraz silniej. Trwożyła się: myśl o niebezpieczeństwach, na jakie narażał się jej brat, jedyny, bliski człowiek, który jej pozostał, nękała ją bezustannie. Troszczyła się o wychowanie bratanka, do czego stale czuła się niezdolna; ale w głębi duszy była w zgodzie z sobą, co wynikało ze świadomości, że stłumiła w sobie osobiste marzenia i nadzieje powstałe w związku ze zjawieniem się Rostowa.
Nazajutrz po swym wieczorze gubernatorowa przyjechała do pani Malwincew i odbyła z nią rozmowę o swych planach (zrobiwszy zastrzeżenie, że chociaż w obecnych warunkach nie można myśleć o formal-
♦ Różne są sposoby.
nych swatach, jednak trzeba urządzić spotkanie młodych, dać im możność poznania się ze sobą); otrzymawszy zgodę ciotki, gubernatorowa zaczęła w obecności księżniczki Marii mówić o Rostowie, chwaląc go i opowiadając, jak poczerwieniał, gdy wspomniała
0 księżniczce — ale księżniczka Maria doświadczyła uczucia nie tyle radości, ile bólu: jej wewnętrzna równowaga przestała istnieć i znowu zrodziły się pragnienia, wątpliwości, wyrzuty i nadzieje.
W ciągu dwóch dni, które upłynęły od czasu otrzymania tej wiadomości aż do wizyty Rostowa, księżniczka Maria nie przestawała myśleć o tym, jak powinna się zachować wobec Rostowa. Postanawiała, że nie wyjdzie do salonu, gdy on przyjedzie do ciotki, że jej w głębokiej żałobie nie wypada przyjmować gości; albo uważała, że to byłoby niegrzeczne po tym, co on zrobił dla niej; to znów przychodziło jej na myśl, że ciotka i gubernatorowa mają jakieś widoki na nią
1 Rostowa (ich spojrzenia i słowa czasem jak gdyby potwierdzały to przypuszczenie); to znów mówiła sobie, że tylko ona, będąc złym człowiekiem, mogła tak
0 nich myśleć: nie mogły przecie zapomnieć, że w jej sytuacji, kiedy nie zdjęła jeszcze żałoby, takie swatanie byłoby obrażające i dla niej, i dla pamięci jej ojca. Przypuszczając, że wyjdzie do Rostowa, księżniczka Maria wymyślała sobie słowa, które on jej powie
1 które ona jemu powie; i znowu słowa te wydawały się jej to niezasłużenie chłodne, to znów mające zbyt wielką wymowę. Najbardziej bała się przy widzeniu z nim zmieszania, które, czuła to, na pewno nią owładnie i zdradzi ją, gdy tylko go zobaczy.
Ale kiedy w niedzielę po nabożeństwie lokaj zameldował w salonie, że przyjechał hrabia Rostow, księżniczka nie okazała zmieszania; tylko lekki rumieniec wystąpił na jej policzki i oczy błysnęły nowym, promienistym światłem.
— Ciocia go widziała? — spytała księżniczka Maria spokojnym głosem, sama nie wiedząc, jak mogła być zewnętrznie tak spokojna i naturalna.
Kiedy Rostow wszedł do pokoju, księżniczka spuściła na chwilę głowę, jakby dawała gościowi czas na przywitanie się z ciotką, a potem, w chwili gdy Mikołaj zwrócił się do niej, podniosła głowę i błyszczącymi oczami spotkała jego wzrok. Ruchem pełnym godności i gracji wstała z radosnym uśmiechem, wyciągnęła do niego szczupłą, delikatną rękę i przemówiła głosem, w którym po raz pierwszy brzmiały nowe, kobiece, głębokie dźwięki. M-lle Bourienne, będąca w pokoju, ze zdziwieniem patrzyła na księżniczkę Marię. Najbardziej wyrobiona kokietka, ona sama, nie mogłaby lepiej manewrować przy spotkaniu z człowiekiem, któremu chciałaby się podobać.
„Albo jej w czerni tak do twarzy, albo rzeczywiście tak wypiękniała, a ja tego nie zauważyłam. A przede wszystkim — ten takt i gracja" — myślała m-lle Bourienne.
Jeżeliby księżniczka Maria mogła myśleć w tej chwili, bardziej niż m-lle Bourienne zdziwiłaby się przemianą, jaka się w niej dokonała. Od chwili gdy zobaczyła tę miłą, kochaną twarz, jakaś nowa siła życia nią zawładnęła i zmuszała ją, mimo jej woli, do mówienia i działania. TwTarz jej, od chwili gdy wszedł Rostow, zmieniła się nagle. Jak wówczas, gdy po zapaleniu światła w rzeźbionej i malowanej latarni, na szybkach widnieje w całej swojej piękności owa zawiła i artystycznie doskonała robota, która przedtem wydawała się prostacka, niezrozumiała i bezmyślna, tak nagle przemieniła się twarz księżniczki Marii. Po raz pierwszy cały ów jasny, duchowy, wewnętrzny nurt, który dotychczas ją ożywiał, wystąpił na zewnątrz. Cała jej wewnętrzna praca, z której była tak niezadowolona, jej cierpienia, dążność ku doskonaleniu się, pokora, miłość, ofiarność — wszystko to jaśniało teraz w tych promiennych oczach', w subtelnym uśmiechu, w każdym rysie jej delikatnej twarzy.
Rostow zobaczył to wszystko tak wyraziście, jakby znał całe jej życie. Czuł. że istota stojąca przed nim
jest zupełnie inna, lepsza niż wszystkie, które dotychczas spotykał, i co najważniejsze, lepsza niż on sam.
Rozmowa była najprostsza i mało znacząca. Mówili o wojnie, mimo woli, jak wszyscy, wyolbrzymiając swój smutek z tego powodu; mówili o ostatnim spotkaniu, przy czym Mikołaj starał się przejść na inny temat; mówili o zacnej gubernatorowej, o krewnych Mikołaja i księżniczki Marii.
Księżniczka Maria nie mówiła o bracie, przechodząc w rozmowie na inne sprawy, skoro tylko ciotka wspomniała o Andrzeju. Widoczne było, że o nieszczęściach Rosji może mówić z udaniem, ale brat był zbyt bliski jej sercu, nie chciała i nie mogła lekko o nim mówić. Zauważył to Mikołaj, jak w ogóle z niezbyt właściwą mu przenikliwością dostrzegał wszystkie odcienie charakteru księżniczki Marii, które całkowicie potwierdzały jego przekonanie, że była ona całkiem osobliwą i niezwykłą istotą. Mikołaj, tak samo jak księżniczka Maria, mieszał się i rumienił, gdy mu mówiono o księżniczce, a nawet kiedy myślał o niej, ale w jej obecności czuł się zupełnie swobodny i mówił zupełnie nie to, co sobie przygotował, ale to, co błyskawicznie i zawsze w porę przychodziło mu do głowy.
W czasie krótkiej wizyty Mikołaj, jak zawsze, gdzie są dzieci, w chwili przerwy w rozmowie zwracał się do małego syna księcia Andrzeja, pieszcząc go i pytając, czy chciałby być huzarem. Wziął chłopca na ręce, jął go wesoło obracać i spojrzał na księżniczkę Marię. Serdeczny, miłosny i lękliwy wzrok śledził kochanego chłopca w rękach kochanego człowieka. Mikołaj zauważył to spojrzenie i jakby zrozumiawszy, co ono znaczy, poczerwieniał z zadowolenia i z dobroduszną wesołością zaczął całować chłopca.
Księżniczka Maria z powodu żałoby nie bywała nigdzie, a Mikołaj nie uważał za stosowne bywać u nich, ale gubernatorowa wciąż odgrywała rclę swatki i powtórzywszy Mikołajowi pochlebne zdania, które powiedziała o nim księżniczka Maria, i odwrotnie, nalegała, by Rostow oświadczył się księżniczce Marii. Dla tych oświadczyn urządziła młodym spotkanie u archijereja przed nabożeństwem.
Chociaż Rostow powiedział gubernatorowej, że oświadczać się księżniczce nie będzie, jednak obiecał przyjechać.
Jak w Tylży Rostow nie pozwolił sobie powątpiewać, czy dobre jest to, co wszyscy uważają za dobre, tak samo teraz, po krótkiej i prawdziwej walce między próbą urządzenia sobie życia wredług swego życzenia a kornym podporządkowaniem się warunkom, wybrał to ostatnie i oddał się do dyspozycji tej władzy, która go (czuł to) nieprzezwyciężenie dokądś ciągnęła. Wiedział, że po przyrzeczeniu złożonym Soni oświadczenie uczuć księżniczce Marii byłoby tym, co nazywał podłością. I wiedział, że się podłości nie dopuści. Ale wiedział również (i nie tylko wiedział, ale czuł w głębi duszy), że oddając się teraz we władzę warunków i ludzi nim kierujących, nie tylko nie czyni nic złego, lecz, przeciwnie, robi coś bardzo, bardzo ważnego, tak ważnego, że nic podobnego nie czynił w swym życiu.
Po spotkaniu z księżniczką Marią, chociaż tryb jego życia zewnętrznie się nie zmienił, wszystkie poprzednie przyjemności straciły dla niego swój czar i często myślał o księżniczce Marii; ale nigdy nie myślał o niej tak, jak myślał o wszystkich bez wyjątku pannach, spotykanych w towarzystwie, nie tak, jak kiedyś długo i z zachwytem myślał o Soni. O każdej z panien, jak prawie każdy uczciwy młodzieniec, myślał jak o swej przyszłej żonie, przymierzał do nich w swej wyobraźni wszystkie okoliczności małżeńskiego pożycia — biały szlafrok, żona przy samowarze, kareta żony, dzieci, maman i papa, ich stosunek do niej itd., itd., i te wyobrażenia o przyszłości sprawiały mu przyjemność; ale gdy myślał o księżniczce Marii, z którą go swatano, nigdy nie mógł sobie nic wyobrazić z przyszłego małżeńskiego życia. Jeżeli nawet próbował, to wszystko wychodziło nieskładnie i fałszywie. I tylko czuł się nieswojo.;
Straszna wiadomość o bitwie pod Borodinem, o naszych stratach w zabitych i rannych, a jeszcze bardziej straszna wiadomość o utracie Moskwy doszły do Woroneża w połowie września. Księżniczka Maria, dowiedziawszy się tylko z gazet o ranie brata i nie mając
0 nim żadnych wieści, zdecydowała, jak słyszał Mikołaj (sam jednak jej nie widział), jechać na poszukiwanie księcia Andrzeja.
Otrzymawszy wiadomość o bitwie pod Borodinem
1 oddaniu Moskwy, Rostow nie to, żeby odczuwał rozpacz, nienawiść albo chęć zemsty i temu podobne uczucia; ale zrobiło mu się nagle nudno w Woroneżu, wszystko jakoś stało się nieprzyjemne i wstyd mu było tu pozostawać. Wszystkie rozmowy, które słyszał, wydawały mu się nieszczere; nie wiedział, co sądzić o tym wszystkim, i czuł, że tylko w pułku wszystko znowu stanie się jasne. Spieszył się z ukończeniem zakupu kcni i często niesłusznie wpadał w gniew wobec swTe-go sługi i wachmistrza.
Na kilka dni przed wyjazdem Rostowa odbyło się w soborze nabożeństwo z powodu zwycięstwa odniesionego przez rosyjskie wojska — i Mikołaj pojechał na nie. Stanął nieco za gubernatorem i ze służbową powagą, rozmyślając o najróżnorodniejszych sprawach, wytrzymał całe nabożeństwo. Gdy się nabożeństwo skończyło, gubernatorowa wezwała go do siebie.
— Widziałeś księżniczkę? — powiedziała wskazując głową damę w czerni, stojącą za chórem.
Mikołaj natychmiast poznał księżniczkę Marię, nie tyle po profilu widocznym spod kapelusza, ile po owvm uczuciu tkliwej ostrożności, bojaźni, współczucia, które go natychmiast opanowywało. Księżniczka Maria, pogrążona widocznie w myślach, robiła ostatnie znaki krzyża przed wyjściem z cerkwi.
Mikołaj ze zdziwieniem patrzył na jej twarz. To była ta sama twarz, którą widział przedtem, taki sam był w niej ogólny wyraz subtelnej, wewnętrznej, dachowej pracy; ale teraz była zupełnie inaczej rozświetlona. Był w niej wzruszający wyraz smutku* błagania i nadziei. Jak to i przedtem bywało z Mikołajem w jej obecności, nie czekał na radę gubernato-rowej, czy podejść, czy nie podejść do niej, ale podszedł do niej i powiedział, że słyszał o jej cierpieniu i całą duszą jej współczuje. Na sam dźwięk jego głosu twarz jej rozpromieniła się blaskiem oświetlającym jednocześnie jej smutek i radość.
— Chcę pani tylko jedno powiedzieć — rzekł Ros-tow. — Gdyby książę Andrzej Nikołajewicz nie żył, byłaby o tym wiadomość w gazetach ze względu na to, że dowodzi pułkiem.
Księżniczka patrzyła na niego nie rozumiejąc jego słów, lecz radując się wyrazem współczującego cierpienia na jego twarzy.
— Znam tyle przykładów, że rana od odłamka (w gazetach powiedziano o granacie) bywa albo śmiertelna od razu, albo przeciwnie, bardzo lekka — mówił Mikołaj. — Trzeba mieć nadzieję, i jestem przekonany...
Księżniczka Maria przerwała mu.
— O, to byłoby tak strasz... — zaczęła i nie dokończywszy ze wzruszenia słowa, ruchem pełnym gracji (jak w7szystko, co czyniła w jego obecności) pochyliła głowę, spojrzała na niego z wdzięcznością i poszła za ciotką.
Wieczorem tego dnia Mikołaj nigdzie nie pojechał z wizytą i został w domu, żeby skończyć niektóre rachunki ze sprzedawcami koni. Gdy skończył, było już za późno, żeby gdziekolwiek jechać, ale było za wcześnie iść spać, i Mikołaj długo chodził tam i z powrotem po pokoju, rozmyślając nad swym życiem, co rzadko mu się zdarzało.
Księżniczka Maria pod Smoleńskiem wywarła na nim przyjemne wrażenie. To, że spotkał ją wtedy w tak osobliwych warunkach, i to, że w swoim czasie matka wskazywała mu właśnie na nią jako na bogatą partię, sprawiło, że zwrócił na nią szczególną uwagę. W Woroneżu, w czasie jego wizyty, wrażenie to było nie tylko przyjemne, lecz i silne. Mikołaja uderzyła ta osobliwa duchowa piękność, którą tym razem w niej zauważył. Jednak szykował się do odjazdu i ani mu do głowy przychodziło żałowTać, iż wyjeżdżając z Woroneża pozbawia się możności widywania księżniczki. Ale dzisiejsze spotkanie z księżniczką Marią w cerkwi (Mikołaj czuł to) głębiej go poruszyło, niż to przewidywał, i głębiej, niżby chciał dla swego spokoju. Ta blada, delikatna, smutna twarz, to promienne spojrzenie, te spokojne, pełne gracji ruchy, a zwłaszcza ów głęboki, tkliwy smutek, przejawiający się w jej rysach, trwożyły go i zmuszały do współczucia. U mężczyzn Rostow* nie znosił przejawów wyższego, duchowego życia (dlatego nie lubił księcia Andrzeja), nazywał to pogardliwie filozofią, rojeniem; ale w księżniczce Marii właśnie ów smutek, ukazujący całą głębię obcego Mikołajowi świata duchowego, miał dla niego nieodparty powab.
„To musi być cudowna dziewczyna! Istny anioł! — mówił do siebie. — Dlaczego nie jestem wolny, dlaczego pośpieszyłem się z Sonią?" I mimo woli porównywał: ubóstwo w jednej i bogactwo w drugiej tych duchowych darów, których sam nie posiadał i które dlatego tak wysoko cenił. Spróbował sobie wyobrazić, co by było, gdyby był wolny. Jakim sposobem oświadczyłby się jej i czy zostałaby jego żoną? Nie, nie mógł sobie tego wyobrazić. Robiło mu się nieswojo i nic jasnego nie otwierało się przed nim. Dawno już skomponował obraz przyszłości z Sonią i wszystko było jasne i proste właśnie dlatego, że wszystko było obmyślone, i znał wszystko, co było w Soni; ale z księżniczką Marią nie mógł sobie wyobrazić przyszłego życia dlatego, że nie rozumiał jej, lecz tylko ją kochał.
Marzenia o Soni miały w sobie coś wesołego, zabawnego. A myśl o księżniczce Marii zawsze była trudna i trochę napawała lękiem.
„Jak ona się modliła! — myślał. — Widać było, że oddawała się modlitwie całą duszą. Tak, to taka modlitwa, która porusza góry, i jestem przekonany, że będzie wysłuchana. Dlaczego ja nie modlę się o to, co mi potrzebne — myślał. — Czego mi potrzeba? Wolności, rozstania z Sonią. Ona słusznie mówiła — przypomniał sobie słowa gubernatorowej. — Prócz nieszczęścia nic z tego nie wyjdzie, gdy się z nią ożenię. Plątanina, zmartwienie maman... interesy... głupota, straszna głupota. A ja nawet jej nie kocham. Tak, nie kocham tak, jak trzeba Boże mój! wywiedź mnie z tego okropnego położenia bez wyjścia! — zaczął się nagle modlić. — Tak, modlitwa poruszy góry, ale trzeba wierzyć i modlić się nie tak, jak my w dzieciństwie z Nataszą, żeby się śnieg zmienił w cukier, i wybiegaliśmy na dwór próbować, czy robi się ze śniegu cukier: Nie, ja przecież nie o głupstwa teraz proszę" — powiedział odkładając fajkę i złożywszy ręce stanął przed obrazem. Koztkliwiony wspomnieniem księżniczki Marii, zaczął się modlić tak, jak już dawno się nie modlił. Miał łzy w oczach i w gardle, gdy wszedł Ławruszka z jakimiś papierami.
— Durniu! Dlaczego się pchasz, gdy cię nie wzywają! — powiedział Mikołaj zmieniając szybko pozycję.
— Od gubernatora — powiedział Ławruszka zaspanym głosem — k u 1 i e r przyjechał, list do jaśnie pana.
— No, dobrze, dziękuję, idź!
Mikołaj otrzymał dwa listy. Jeden był od matki, drugi od Soni. Poznał je po charakterze pisma i otworzył najpierw list od Soni. Nie zdążył przeczytać kilku wierszy, gdy twarz mu zbladła, a oczy rozwarły się z przestrachem i radością.
— Nie, to być nie może! — powiedział głośno.
Nie mogąc usiedzieć, z listem w ręku, czytając go,
zaczął chodzić po pokoju. Przebiegł go oczami raz, później przeczytał go jeszcze raz, jeszcze raz i rozkładając podniesione ręce stanął na środku pokoju z otwartymi ustami i znieruchomiałymi oczami. To, o co przed chwilą się módlił, będąc pewny, że 3óg spełni jego prośbę, zostało wysłuchane! ale Mikołaj był zdziwiony tym tak, jakby to było coś nadzwyczajnego i jakby tego nigdy nie oczekiwał, i jakby właśnie to, że się tak szybko urzeczywistniło, dowodziło, że stało się to nie z woli Boga, którego prosił, lecz drogą zwykłego przypadku.
Ten wydający się nie do rozwiązania węzeł, który wiązał wolność Rostowowi, został rozwiązany nieoczekiwanym (jak wydawało się Mikołajowi), niczym nie spowodowanym listem Soni. Pisała, że ostatnie nieszczęśliwe okoliczności, utrata prawie całego majątku Rostowów w Moskwie i kilkakrotnie wypowiadane życzenie hrabiny, żeby Mikołaj ożenił się z księżniczką Bołkońską, jego milczenie i chłód w ostatnich czasach — wszystko to razem zmusiło ją do decyzji zwrócenia mu słowa i dania mu zupełnej swobody.
„Zbyt ciężko było mi myśleć, że mogę się stać przyczyną cierpienia lub rozterek w rodzinie, której tyle dobrodziejstw zawdzięczam — pisała — i miłość moja żyje jednym celem: szczęścia dla tych, których kocham; dlatego błagam Pana, Nicolas, byś uważał się za wolnego i wiedział, że mimo wszystko nikt bardziej nie może Pana kochać niż Pańska Sonia."
Oba listy przyszły z Troicy. Drugi był od hrabiny. W liście tym opisywała ostatnie dni w Moskwie, wyjazd, pożar i utratę całego majątku. W liście tym między innymi hrabina pisała, że książę Andrzej wśród innych rannych jechał razem z nimi. Stan jego był bardzo niebezpieczny, ale teraz doktor mówi, że jest więcej nadziei. Pielęgnują go Sonia i Natasza.
Mikołaj nazajutrz pojechał z tym listem do księżniczki Marii. Ani Mikołaj, ani księżniczka Maria nie powiedzieli ani słowa o tym, co mogło znaczyć zdanie: „Pielęgnuje go Natasza", ale dzięki temu listowi Mikołaj nagle zbliżył się do księżniczki na stopie niemal rodzinnej.
Nazajutrz Rostow odwiózł księżniczkę Marię do Jarosławia, a po kilku dniach sam pojechał do pułku.
List Soni do Mikołaja, będący spełnieniem jego modlitwy, napisany był z Troicy. Oto co go spowodowało. Myśl o ożenku Mikołaja z bogatą panną coraz bardziej zajmowała starą hrabinę. Wiedziała, że Sonia była tu główną przeszkodą. I życie Soni w domu hrabiny, zwłaszcza po liście Mikołaja opisującym jego spotkanie w Boguczarowie z księżniczką Marią, stawało się ostatnio coraz cięższe. Hrabina nie ominęła ani jednej okazji, by nie robić obrażliwych lub przykrych aluzji wobec Soni.
Ale m kilka dni przed wyjazdem z Moskwy hrabina poruszona i rozdrażniona wszystkim, co się działo, wezwała do siebie Sonię i zamiast wymówek i żądań, ze łzami zwróciła się do niej z błaganiem, żeby poświęcając się odpłaciła za wszystko, co dla niej zrobiono, i zarwała z Mikołajem.
— Nie uspokoję się póty, póki mi nie przyrzekniesz.
Sonia rozpłakała się histerycznie, mówiła szlochając, że zrobi wszystko, że jest na wszystko gotowa, ale xiie dała jasnej obietnicy i w duszy nie mogła się zdecydować na to, czego od niej żądano. Trzeba się było poświęcić dla szczęścia rodziny, która ją utrzymywała i wychowała. Sonia nawykła poświęcać się dla szczęścia innych. Jej sytuacja w domu była taka, że tylko drogą poświęceń mogła wykazać swe zalety, więc przywykła do tego i lubiła się poświęcać. Ale przedtem we wszystkich wypadkach poświęcania się uświadamiała sobie z radością, że poświęcając się podnosi swą wartość w oczach własnych i otoczenia i staje się bardziej godna Nicolas, którego kochała ponad wszystko w życiu; teraz poświęcenie jej miało polegać na tym, żeby się zrzec tego, co dla niej stanowiło całą nagrodę za ofiary, cały sens życia. I po raz pierwszy odczuła żal do tych ludzi, którzy świadczyli jej dobrodziejstwa po to, aby ją tym boleśniej umęczyć; odczuła zazdrość względem Nataszy, która nie doświadczyła nigdy czegoś podobnego, nie potrzebowała się poświęcać i zmuszała innych, by poświęcali się dla niej, a jednak była kochana przez wszystkich. I po raz pierwszy Sonia poczuła, jak jej skromna, czysta miłość do Nicolas nagle zaczyna się zmieniać w namiętne uczucie, górujące i nad zasadami, i nad cnotą, i nad religią; i pod wpływem tego uczucia Sonia, która, będąc całe życie zależna od innych, instynktownie nauczyła się skrytoś-ci, w ogólnych, nieokreślonych słowach odpowiedziała hrabinie, unikała z nią rozmów i postanowiła czekać na spotkanie z Mikołajem, aby na tym spotkaniu nie tylko nie uwolnić go, lecz, przeciwnie, na zawsze z sobą związać.
Kłopoty i okropności ostatnich dni pobytu Rosto-wów w Moskwie zagłuszyły w Soni ciążące jej czarne myśli. Była rada, że może ratować się przed nimi w zajęciach praktycznych. Ale kiedy dowiedziała się
0 obecności w domu księcia Andrzeja, mimo całego szczerego współczucia, które żywiła dla niego i dla Nataszy, ogarnęło ją radosne i zabobonne uczucie, że Bóg nie chce tego, by ona była rozłączona z Nicolas. Wiedziała, że Natasza kochała tylko księcia Andrzeja
1 nie przestała go kochać. Wiedziała, że teraz, będąc razem w tak strasznych okolicznościach, na nowo pokochają się wzajemnie i że wtedy Mikołaj wskutek powinowactwa, w które z nimi wejdzie, nie będzie mógł się ożenić z księżniczką Marią. Mimo całą okropność wszystkiego, co się działo w ostatnich dniach i w czasie pierwszych dni podróży, to uczucie i świadomość, że Opatrzność wmieszała się w jej sprawy osobiste, radowały Sonię.
W Troickiej Ławrze Rostowowie urządzili pierwszy postój w swej podróży.
W zajeździe Ławry Rostowom dano trzy duże pokoje, z których jeden zajął książę Andrzej. Ranny czuł się tego dnia znacznie lepiej. Była przy nim Natasza. W sąsiednim pokoju przebywali hrabia i hrabina, z szacunkiem rozmawiając z ihumenem, który odwiedził dawnych znajomych i dobroczyńców. Sonia była obok i męczyła ją ciekawość, o czym mówi książę Andrzej z Nataszą. Słyszała spoza drzwi dźwięk ich głosów. Drzwi do pokoju księcia Andrzeja otworzyły się. Wyszła stamtąd vzruszona Natasza i nie zauważywszy podnoszącego się na jej przywitanie i chwytającego się za szeroki rękaw prawej ręki mnicha, podeszła do Soni i wzięła ją za rękę.
— Natasza, co ci jest? Chodźże tu — powiedziała hrabina.
Natasza podeszła po błogosławieństwo, a ihumen radził zwrócić się o pomoc do Boga i do świętych.
Zaraz po wyjściu mnicha Natasza ujęła pod ramię swą przyjaciółkę i weszła z nią do pustego pokoju.
— Soniu, więc tak? Będzie żył? — powiedziała. — Soniu, jaka jestem szczęśliwa i jak nieszczęśliwa! Soniu, kochanie, wszystko po staremu. Żeby tylko żył! On nie może... dlatego że, dlatego... że... — i Natasza rozpłakała się.
— Tak! Wiedziałam o tym! Bogu dzięki — odpowiedziała Sonia. — Będzie żył!
Sonia była wzruszona nie mniej niż przyjaciółka, i jej trwogą, i bólem, i swoimi nie zwierzonymi nikomu myślami. Szlochając całowała, pocieszała Nataszę. „Żeby tylko żył!" — myślała. Popłakawszy, porozmawiawszy i otarłszy łzy obie przyjaciółki podeszły do drzwi księcia Andrzeja. Natasza otworzyła ostrożnie drzwi i zajrzała do pokoju. Sonia stała obok niej w na pół otwartych drzwiach.
Książę Andrzej leżał z głową opartą wysoko na trzech poduszkach. Jego blada twarz była spokojna, oczy miał zamknięte i widać było, że równo oddycha.
— Ach, Natasza! — nieomal krzyknęła nagle Sonia, biorąc pod rękę kuzynkę i odchodząc od drzwi.
— Co? Co? — spytała Natasza.
— To, że... — powiedziała Sonia drżącymi wargami, blednąc. Natasza cicho przymknęła drzwi i poszła z Sonią do okna, nie rozumiejąc jeszcze, co do niej mówiono.
— Pamiętasz — mówiła Sonia z zalęknionym i uroczystym wyrazem twarzy — pamiętasz, jak za ciebie patrzyłam w lustro... W Otradnem, w czasie świąt... Pamiętasz, co widziałam?...
— Tak, tak! — otwierając szeroko oczy powiedziała Natasza, mglisto przypominając sobie, że wtedy Sonia powiedziała coś o księciu Andrzeju, którego widziała leżącego.
— Pamiętasz? — ciągnęła dalej Sonia — widziałam go wtedy i powiedziałam wszystkim: i tobie, i Dunia-szy. Widziałam, że leży na posłaniu — mówiła podnosząc rękę z wyciągniętym palcem przy każdym szczególe — i że zamknął oczy, i że jest przykryty właśnie różową kołdrą, i że złożył ręce — mówiła Sonia przekonując się, w miarę jak opisywała szczegóły widziane przez siebie teraz, że te same szczegóły w i-działa i wtedy. Wtedy nic nie widziała, ale mówiła, że widziała to, co jej przyszło do głowy; ale to, co wtedy wymyśliła, przedstawiało się jej tak rzeczywiste jak wszelkie inne wspomnienie. To, co wtedy powiedziała: że spojrzał na nią i uśmiechnął się, i przykryty był czymś czerwonym, nie tylko pamiętała, ale była przekonana, że wtedy powiedziała i że widziała, że był przykryty różową, właśnie różową kołdrą i że miał oczy zamknięte.
— Tak, tak, właśnie różową — powiedziała Natasza, która teraz również rzekomo pamiętała, że powiedziano „różową", i w tym właśnie upatrywała szczególną osobliwość i tajemniczość przepowiedni.
— Ale co to znaczy? — spytała Natasza w zamyśleniu.
— Ach, nie wiem! Jakie to wszystko niezwykłe! — odpowiedziała Sonia chwytając się za głowę.
W kilka minut potem książę Andrzej zadzwonił i Natasza weszła do niego; a Sonia, doświadczając rzadko przez nią doznawanego wzruszenia i tkliwości, została przy oknie wciąż rozmyślając nad niezwykłością tego, co się stało.
Owego dnia była okazja wysłania listów do armii i hrabina zaczęła pisać do syna.
— Soniu — powiedziała hrabina podnosząc głowę znad listu, gdy krewniaczka przechodziła obok niej — Soniu, nie napiszesz do Nikoleńki? — spytała hrabina cichym, wzruszonym głosem. I w spojrzeniu jej zmęczonych oczu, patrzących przez okulary, Sonia wyczytała wszystko, co hrabina wkładała w te słowa. Spojrzenie to wyrażało błaganie i bojaźń odmowy, i wstyd, że trzeba było prosić, i gotowość do nieprzebłaganej nienawiści w razie odmowy.
Sonia podeszła do hrabiny i klęknąwszy pocałowała ją w rękę.
— Napiszę, maman — powiedziała.
Sonia była wzburzona i roztkliwiona wszystkim, co się działo tego dnia, zwłaszcza tym tajemniczym spełnieniem się wróżby, które przed chwilą widziała. Teraz, gdy wiedziała, że z powodu wznowienia stosunków między Nataszą a księciem Andrzejem Mikołaj nie może ożenić się z księżniczką Marią, z radością uczuła powrót nastroju poświęcenia, w którym lubiła żyć i do którego tak przywykła. I ze łzami w oczach, w radosnej świadomości dokonania wspaniałomyślnego czynu, kilka razy przerywając z powodu łez, które zasłaniały mgłą jej aksamitne, czarne oczy, napisała ów wzruszający list, który tak zdumiał Mikołaja.
IX
Na odwachu, gdzie wprowadzono Pierreła, oficer i żołnierze, którzy go zabrali, traktowali go wrogo, ale jednocześnie z szacunkiem. Czuło się jeszcze w ich stosunku wobec niego niepewność, co on za jeden (czy czasem aby nie jakiś ważny człowiek), i wrogość z powodu świeżej jeszcze, osobistej z nim walki.
Ale gdy nazajutrz rano nastąpiła zmiana warty. Pierre odczuł, że dla nowej straży — dla oficerów i żołnierzy — nie ma on już tego znaczenia, jakie miał dla tych, którzy go zatrzymali. Rzeczywiście, w tym wielkim, tęgim człowieku w chłopskim kaftanie wartownicy, którzy przyszli następnego dnia, nie widzieli już tego dzielnego człowieka, który walczył tak rozpaczliwie z maruderami i z konwojem i powiedział uroczyste zdanie o uratowaniu dziecka, lecz widzieli tylko siedemnastego z Rosjan zatrzymanych z jakiegoś tam powodu na rozkaz wyższego dowództwa. Jeżeli nawet byłoby w nim coś osobliwego, to tylko jego odważny, skupiony, zamyślony wygląd i język francuski, którym ku zdziwieniu Francuzów dobrze władał. Mimo to tego samego dnia przyłączyli Pierre'a do innych ujętych podejrzanych ludzi, gdyż osobna izba, którą zajmował, potrzebna była dla oficera.
Wszyscy Rosjanie, siedzący z Pierre'em, byli ludźmi najniższego stanu. I wszyscy poznawszy w nim pana stronili od niego, tym bardziej że mówił po francusku. Pierre ze smutkiem słyszał, iż drwią sobie z niego.
Nazajutrz wieczorem Pierre dowiedział się, że wszyscy zatrzymani (a prawdopodobnie i on w tej liczbie) będą oddani pod sąd za podpalanie. W trzecim dniu zaprowadzono Pierre'a wraz z innymi do jakiegoś domu, gdzie siedział francuski generał z białymi wąsami, dwaj pułkownicy i inni Francuzi z opaskami na rękawach. Pierre'owi, tak samo jak innym, zadawano z tą niby przewyższającą ludzkie słabości ścisłością i dokładnością, z jaką zwracają się zwykle do podsądnych, pytania: kim jest? gdzie był? w jakim celu? itp.
Pytania te, pomijając całkiem istotę spraw życiowych i wyłączając możliwość ujęcia tej istoty, jak wszystkie pytania zadawane w sądach, podstawiały tylko takie korytko, którym według życzenia sądzących miały spływać odpowiedzi podsądnego i doprowadzić go do celu, tj. do oskarżenia. Gdy tylko pod-sądny zaczął mówić coś, co nie uwzględniało celu oskarżenia, wtedy usuwano korytko i woda mogła ciec, gdzie się jej podobało. Prócz tego Pierre doświadczył tego uczucia, jakiego we wszystkich sądach doświadcza podsądny: zdziwienia, po co zadają mu te wszystkie pytania. Czuł, że tylko z łaskawości albo jakby z grzeczności używano wybiegu z podstawianiem korytka. Wiedział, że znajduje się we władzy tych ludzi, że tylko ich władza go tu przywiodła, że tylko władza dawała im prawo żądać odpowiedzi na pytania, że jedyny cel tego zebrania polegał na tym, żeby go oskarżyć. I dlatego, ponieważ była władza i była chęć oskarżenia, nie trzeba było pułapki pytań i sądu. Było widoczne, że wszystkie odpowiedzi powinny były doprowadzić do ustalenia winy. Na pytanie, co robił, gdy go ujęto, Pierre odpowiedział z pewnym tragizmem, że niósł do rodziców dziecko, qu'il avait sauve des jlammes *. Dlaczego się bił z maruderem? Pierre odpowiedział, że bronił kobiety, że obrona znieważonej kobiety jest obowiązkiem każdego człowieka, że... Przerwano mu: to nie dotyczyło sprawy. Po co był w podwórzu palącego się domu, gdzie widzieli go świadkowie? Odpowiedział, że szedł popatrzeć, co się dzieje w Moskwie. Przerwano mu znowu, nie pytając go, dokąd szedł, lecz dlaczego znajdował się koło pożaru. Kim jest? — powtórzono mu pierwsze pytanie, na które odparł, że nie chce odpowiedzieć. Podkreślił znowu, że tego nie może powiedzieć.
— Proszę zapisać. To niedobrze. Bardzo niedobrze — surowo rzekł generał z białymi wąsami i rumianą twarzą.
Czwartego dnia zaczęły się pożary na Zubowskim Wale.
Pierre'a z trzynastoma innymi odprowadzono na Krymski Bród do wozowni kupieckiego domu. Idąc ulicami Pierre krztusił się dymem, który jak gdyby ogarniał całe miasto. Z różnych stron widać było łuny. Pierre wtedy nie rozumiał jeszcze znaczenia faktu, że Moskwa się pali, i z przerażeniem patrzył na te pożary.
W wozowni domu przy Krymskim Brodzie Pierre przebył jeszcze cztery dni i w tym czasie z rozmów
* które uratował z płomieni.
francuskich żołnierzy dowiedział się, że wszyscy tu trzymani czekają z dnia na dzień decyzji marszałka. Jakiego marszałka — Pierre nie mógł się dowiedzieć od żołnierzy. Żołnierzowi, oczywiście, marszałek przedstawiał się jako wysokie i nieco tajemnicze ogniwo władzy.
Te pierwsze dni do 8 września, dnia, w którym jeńców poprowadzono na powtórne badanie, były najcięższe dla Pierre'a.
1
Przywiózł mi pan smutne wieści, pułkowniku?
2
Czyżby oddano moją starą stolicę bez bitwy?
3
Nieprzyjaciel zajął miasto?
4
Tak, najjaśniejszy panie, i jest ono obecnie w popiołach. Zostawiłem je całe w płomieniach.
•♦**** Widzę, pułkowniku, po wszystkim, co nas spotyka, że
