Wojna Ashley. Nieznana historia wojskowej jednostki specjalnej złożonej z kobiet - Gayle Tzemach Lemmon - ebook

Wojna Ashley. Nieznana historia wojskowej jednostki specjalnej złożonej z kobiet ebook

Gayle Tzemach Lemmon

0,0
30,40 zł

lub
Opis

Porywająca i wzruszająca opowieść o przyjaźni – historia, która odmieni spojrzenie na wojnę.

W 2010 roku armia USA powołała Cultural Support Teams (zespoły wsparcia kulturowego, w skrócie – CST), tajny program pilotażowy, który miał wprowadzić kobiety do akcji prowadzonych przez żołnierzy oddziałów specjalnych w Afganistanie. Dowództwo armii uważało, że kobiety mogą odgrywać szczególną rolę w jednostkach operacji specjalnych − w czasie, gdy ich towarzysze będą szukać powstańców, kobiety zajmą się przesłuchiwaniem matek, sióstr, córek i żon mieszkających na terenie zajętej posiadłości. Okazało się, że obecność członkiń CST działa kojąco na Afganki i ich dzieci i że – co istotniejsze – Amerykanki mogą je przeszukiwać, nie łamiąc religijnego i kulturowego tabu. Umundurowane kobiety zdobywały cenne informacje, ale też budowały przyjazne relacje, w kraju muzułmańskim niedostępne dla mężczyzn. 

Gayle Tzemach Lemmon opisuje w formie reportażu, z ogromnym wyczuciem i zrozumieniem złożonych realiów wojny, historię CST-2, jednostki kobiet wyselekcjonowanych do służby. Pionierki z tej grupy dowiodły – przynajmniej niektórym spośród zaprawionych w bojach żołnierzy jednostek specjalnych – że kobiety potrafią być dość wytrzymałe fizycznie i psychicznie, by im dorównać. Cena, jaką płacą za ich akceptację, to zerwanie wielu więzi towarzyskich i izolacja społeczna – bowiem jedynymi osobami, które naprawdę je rozumieją, są ich towarzyszki broni. Osią „Wojny Ashley” jest przyjaźń scementowana serialem „Glee”, grami komputerowymi, zagrożeniami z pola bitwy i uwodzicielską mocą walki z realnym wrogiem, zaś centralną postacią książki jest powszechnie lubiana i bardzo skuteczna żołnierka − Ashley White. 

Podobnie jak w bestsellerowych „Kobietach z Kabulu”, Lemmon przenosi czytelników w zupełnie nowy, nieznany im świat − do społeczności kobiet, które mają za zadanie „podbijać serca i umysły”, kobiet połączonych ogromną determinacją i odwagą w obliczu zagrożenia. To porywająca i wzruszająca opowieść o przyjaźni – historia, która odmieni spojrzenie czytelników na wojnę i pojęcie służby.

Niesamowita historia… bardzo poruszająca!

„The Daily Show”

Gayle Tzemach Lemmon opisuje niezwykłą historię jednego z pierwszych zespołów kobiet służących w jednostkach specjalnych armii amerykańskiej. Te odważne kobiety dbają o bezpieczeństwo na całym świecie.

Senator John McCain

Lemmon wykonała bardzo ciężką pracę… Jest bardzo silna i zdeterminowana w swoich działaniach.  Z dbałością o każdy szczegół pokazuje nam świat, o jakim nie mieliśmy pojęcia. 

Foreign Policy

Gayle Tzemach Lemmon jest członkinią Council of Foreign Relations (amerykańskiej niezależnej organizacji politycznej, która zajmuje się kwestiami związanymi z polityką międzynarodową), współpracuje również ze stroną internetową „Defense One” redagowaną przez miesięcznik „The Atlantic”, gdzie pisze głównie o bezpieczeństwie narodowym i polityce międzynarodowej. W roku 2004 odeszła z redakcji „ABC News” w Waszyngtonie, by zająć się studiami MBA na Harvardzie. Tam też zaczęła pisać o przedsiębiorcach działających na terenach, na których toczą się lub toczyły konflikty zbrojne, takich jak Afganistan, Bośnia i Rwanda. Jest autorką bestsellera „Kobiety z Kabulu”, pisze lub pisywała dla takich dzienników, czasopism czy instytucji jak „Newsweek”, „Financial Times”, „International Herald Tribune”, „Christian Science Monitor”, CNN.com, „Daily Beast”, Bank Światowy czy Harvard Business School. Jej mowa na otwarciu konferencji TEDxWomen w 2011 roku została uznana za jedno z najlepszych przemówień w historii tych sesji. Często bierze udział w programach publicystycznych, gdzie zwykle wypowiada się na temat polityki zagranicznej USA.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 406




Tytuł oryginału

ASHLEY’S WAR

Copyright © 2015 by Gayle Tzemach Lemmon

All rights reserved

Projekt okładki

Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce

© Stephen Mulcahey/Arcangel Images; SFC/Shutterstock.com;

Rich Carey/Shutterstock.com

Zdjęcia w książce

Część I: Cultural Support Team recruiting poster

Część II: 1st Lt. Ashley White in uniform (Courtesy of the White family)

Część III: Ashley White and Jason Stumpf on their wedding day

(Courtesy of the White family)

Epilog: The funeral of 1st Lt. Ashley White (Courtesy of the White family)

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8097-281-0

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wszystkim wojownikom,

o których nie śpiewa się w pieśniach.

Oby o was nie zapomniano.

Rhodzie Spielman Tzemach i Frances Spielman.

I JL, która wierzyła od samego początku.

Od autorki

Ta książka jest owocem dwudziestu miesięcy podróży, setek wywiadów prowadzonych w kilkunastu stanach USA, badań i analiz trudnej do oszacowania liczby dokumentów oraz licznych pouczających rozmów z doświadczonymi wysokimi rangą żołnierzami.

To też skomplikowana układanka, którą udało mi się złożyć w całość, zaszczyt, jakim jest opowiedzenie o tych wydarzeniach, oraz odpowiedzialność, jaką niesie ono ze sobą.

Prezentuję historię widzianą oczami kobiet, które na wezwanie państwa podjęły służbę w jednostkach wojsk specjalnych – patriotek, które gdy tylko dowiedziały się o szansie na walkę u boku najlepszych, natychmiast podniosły rękę. Czytelnicy, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej o taktyce wojskowej, procesach decyzyjnych i kreowaniu strategii, znajdą kilka propozycji w bibliografii, przedstawionej na końcu książki.

Większość nazwisk została zmieniona dla dobra członków jednostek specjalnych, zarówno tych byłych, jak i wciąż aktywnych. Ze względów bezpieczeństwa pominięto również niektóre szczegóły.

Miałam zaszczyt poznać wielu mężczyzn i wiele kobiet, o których nie wspominam na kartach tej książki. Każde z nich miało ciekawą, wartą wysłuchania historię.

Żołnierze opowiadali mi o swoich wojennych doświadczeniach nie po to, by zdobyć sławę – bo na niej wcale im nie zależy – lecz by ocalić pamięć o swoich przyjaciołach i kolegach z jednostki.

Oni i one są autorami opowieści. Wszystkie błędy to wyłącznie moja wina.

W czasie, gdy rośnie przepaść między tymi, którzy z własnej woli walczą w wojnach Ameryki, i tymi, którzy nigdy nie służyli w wojsku, powinniśmy głośniej niż kiedykolwiek mówić o wszystkich, którzy przelewają za nas krew.

Miniony rok przekonał mnie, że bez względu na to, co ci żołnierze będą robić w przyszłości, nic nie będzie mogło równać się z miesiącami, które spędzili na polu bitwy wraz z mężczyznami z amerykańskich sił specjalnych.

I nigdy nie utracą poczucia przynależności do CST-2.

Członkinie CST

Żołnierki w czynnej służbie

Rigby Allen, wywiad wojskowy, Fort Huachuca, Arizona

Kimberly Blake, żandarmeria wojskowa, Fort Stewart, Georgia

Anne Jeremy, wojska inżynieryjne, Fort Carson, Kolorado

Tristan Marsden, artyleria, Fort Sill, Oklahoma

Kate Raimann, żandarmeria wojskowa, Fort Benning, Columbus, Georgia

Amber Treadmont, wywiad wojskowy, Fort Jackson, Columbia, Karolina Południowa

Rachel Washburn, wywiad wojskowy, Fort Huachuca, Arizona

Isabel Wood, żandarmeria wojskowa, garnizon armii USA w Yongsan, Korea Południowa

Członkinie Gwardii Narodowej i rezerwistki

Lane Mason, kierowca ciężarówki, Nevada

Leda Reston, operacje specjalne, Waszyngton

Ashley White, korpus medyczny, Karolina Północna

Skróty

DFAC

Dining facility – stołówka

JOC

Joint Operations Center – Ośrodek Operacji Specjalnych

JSOC

Joint Special Operations Command – Połączone Dowództwo Operacji Specjalnych w Fayetteville, Karolina Północna

KAF

Kandahar Airfield – lotnisko w Kandaharze

MP

Military Police – Żandarmeria Wojskowa

MREs

Meals, Ready to Eat – racje żywnościowe

SF

Special Forces: the Green Berets – Siły Specjalne: Zielone Berety

SOCOM

Special Operations Command – Dowództwo Operacji Specjalnych w Tampa na Florydzie

SOF

Special Operations Forces – Siły Operacji Specjalnych/Jednostki Specjalne, do których należą Delta Force, Zielone Berety, Navy SEALs, 75 Pułk Rangersów, Air Force Special Operations Command (Dowództwo Operacji Specjalnych Sił Powietrznych), Marine Corps Forces Special Operations Command (Dowództwo Operacji Specjalnych Sił Korpusu Piechoty Morskiej)

TOC

Tactical Operations Center – Centrum Operacji Taktycznych

XO

Executive officer – zastępca dowódcy w niektórych oddziałach

Wstęp: Kandahar

Podporucznik White weszła do sali odpraw i zaczęła się przygotowywać do nocnej bitwy.

Kandahar, sierpień 2011, 22.00: wąski pokój odchodzący od głównego korytarza, ściany zastawione półkami ze sklejki i plastikowymi szufladami, które były wypełnione głównie rolkami rzepów, kablami elektrycznymi i zwojami srebrnej taśmy. W powietrzu unosił się zapach oleju do broni. White przygotowała wcześniej długą listę potrzebnego sprzętu, a teraz spokojnie kompletowała wszystkie przedmioty niezbędne do wykonania misji.

Hełm i noktowizor. Są.

Słuchawki do utrzymania łączności z dowódcą plutonu. Są.

Karabin M4. Jest.

Pistolet M9. Jest.

Amunicja do M4 i M9. Jest, jest.

Okulary ochronne, osłaniające przed pyłem i piaskiem. Są.

Kartki i długopisy do dokumentowania wszystkiego, co zostało powiedziane i zrobione. Są.

Batony energetyczne Clif Bar, na wypadek gdyby misja się przeciągnęła. Są.

Żelki Jolly Ranchers i Tootsie Rolls dla miejscowych dzieciaków. Są.

Opaski uciskowe do powstrzymania krwawienia. Są.

Rękawice gumowe. Są.

Opaski zaciskowe. Są.

Woda. Jest.

Poczuła, jak ogarnia ją strach, ale bardziej doświadczeni wojownicy udzielili jej wcześniej wielu rad dotyczących tej szczególnej trwogi, jaka towarzyszy żołnierzowi przed pierwszą nocną misją. „Po pierwszym razie jest już łatwiej”, zapewniali nowicjuszy podczas szkolenia. „Nie zastanawiajcie się nad tym, po prostu przez to przejdźcie”.

Gotowa do akcji White rozejrzała się dokoła. Kilkudziesięciu zaprawionych w bojach mężczyzn, należących do jednej z najlepszych i najlepiej wyszkolonych jednostek armii USA, elitarnego 75 Pułku US Army Rangers, zebrało się tu, by obejrzeć prezentację PowerPoint. Wielu z nich mogło się poszczycić medalem Purpurowe Serce i co najmniej dwucyfrową liczbą wykonanych misji. Towarzyszyli im członkowie personelu pomocniczego, którzy wspierają żołnierzy informacjami wywiadowczymi, środkami łączności i umiejętnościami saperskimi. Wszyscy uważnie oglądali plan kompleksu będącego celem ataku, podczas gdy dowódcy omawiali poszczególne etapy akcji, posługując się specyficznym żargonem – mieszanką wojskowych skrótów i terminów, które dla niewtajemniczonych brzmiały jak język obcy. Jednak każda z osób obecnych na sali doskonale wiedziała, gdzie powinna się znaleźć, jaką ma pełnić funkcję i jak wykonać swoje zadanie.

White miała wrażenie, że znalazła się na planie filmu wojennego. Obok niej stał podoficer, weteran wojny w Iraku, z którym porucznik się szkoliła.

– Mamy coś mówić? – spytała.

Sierżant sztabowy Mason, która również po raz pierwszy brała udział w takiej akcji, przysunęła się bliżej – żaden z nowo przybyłych żołnierzy nie chciał zwracać na siebie uwagi weteranów – i odpowiedziała jej szeptem:

– Nie, chyba nie. Ostatnia grupa będzie mówić w naszym imieniu.

White odetchnęła z ulgą. Nie chciała zabierać głosu w sali pełnej żołnierzy, dla których walka na froncie była chlebem powszednim. Niczym aktorzy, którzy od dekady grają w tej samej sztuce, znali swoje kwestie i ruchy, wiedzieli też wszystko o prywatnym życiu swoich towarzyszy. Dla White było to zaskakujące odkrycie, którego dokonała w ciągu zaledwie piętnastominutowej odprawy, w prowizorycznej sali konferencyjnej, znajdującej się pośrodku jednej z najniebezpieczniejszych prowincji Afganistanu: Ta jednostka była w istocie jedną wielką rodziną. Bractwem.

Odprawa dobiegła końca, dowódca wyszedł przed zgromadzonych w sali żołnierzy, a ci krzyknęli jednym głosem:

– Rangersi zawsze na czele!

Zasalutowali charakterystycznym, starannie wypracowanym gestem i ruszyli do wyjścia.

Młoda podporucznik zrobiła to samo, licząc w duchu, że jej salut nie wygląda zbyt niezdarnie, po czym również udała się w stronę drzwi. Sierżant Mason nie odstępowała jej na krok. Weszły do swojego biura – ciasnej klitki, która jeszcze niedawno pełniła rolę schowka na miotły – i odetchnęły z ulgą.

– O cholera… – pozwoliła sobie White.

– Żarty się skończyły – zgodziła się z nią Mason. – Teraz będzie naprawdę ostro.

Potem obie bez słowa zabrały się do sprawdzania sprzętu. Na początek, ustawiwszy odpowiednią częstotliwość, upewniły się, że ich radia są sprawne. Łączność radiowa mogła im uratować życie podczas misji. Trzykrotnie przetestowały również działanie noktowizorów przyczepionych do ich hełmów, sprawdziły, czy mają baterie do wszystkich urządzeń elektronicznych, które zabierały ze sobą: słuchawek, radiostacji i wskaźników laserowych. Gdy w końcu wyszły z koszar, każda z nich niosła dobrze ponad dwadzieścia kilogramów sprzętu.

W jednej z licznych, zapinanych na rzep, kieszeni munduru White znajdowała się informacja o powstańcu, którego mieli ująć, wraz z listą popełnionych przez niego zbrodni. W innej kieszeni leżały medal Świętego Józefa i obrazek z modlitwą. Opuszczając koszary, White starała się ukryć emocje, jakie towarzyszyły jej w tym momencie: dumę z przynależności do jednostki, która ścigała terrorystę zabijającego amerykańskich żołnierzy i własnych rodaków, oraz niepokój wywołany myślą, że po krótkim locie helikopterem znajdą się w mieszkaniu tego człowieka. Ale właśnie tego chciała i po to się szkoliła – by walczyć u boku innych w tej długiej wojnie, by robić coś, co ma znaczenie.

Żołnierze ustawili się w szeregu, według kolejności alfabetycznej nazwisk, a potem pomaszerowali prosto w mrok nocy Kandaharu. Większość z nich pochodziła z amerykańskich miast, gdzie niebo często przesłaniają kłęby dymu i spalin, podświetlone milionami świateł, z których korzysta nowoczesne, aktywne całą dobę społeczeństwo. Tutaj na atramentowoczarnym nieboskłonie lśniły niezliczone gwiazdy i konstelacje, o jakich mieszczuchy mogą tylko poczytać. Widok był naprawdę cudowny, White aż zwolniła na moment, by podziwiać niebiański spektakl skrzący się nad jej głową. Wkrótce jednak przywołał ją do rzeczywistości odrażający smród – równie intensywny jak widok rozgwieżdżonego nieba, lecz wywołujący kompletnie odmienne doznania estetyczne, zapach ludzkich ekskrementów, który unosił się nad obozem w Kandaharze. W mieście, w którym kanalizacja została niemal całkowicie zniszczona, fetor odchodów atakował bezlitośnie amerykańskich żołnierzy, gdy tylko wiatr wiał w ich stronę.

White starała się skoncentrować na czymś jeszcze bardziej przyziemnym – na utrzymaniu równowagi podczas marszu po nierównym, usianym kamieniami asfalcie, nad którym zalegały nieprzeniknione ciemności.

– Skup się na następnym kroku – szeptała do siebie. – Żadnych błędów. Rób, co do ciebie należy. Nie spieprz tego.

Z mroku co jakiś czas dochodziły głosy innych żołnierzy, którzy przerzucali się dobrotliwymi docinkami i przebłyskami wisielczego humoru. White dostrzegła jednak w blasku papierosa, tkwiącego w ustach jednego z Rangersów, oznakę zdenerwowania, które towarzyszyło im wszystkim. Weterani dobrze ukrywali zmęczenie i niepokój, ale nie mogli się ich całkowicie pozbyć.

White i Mason szły obok swoich „nauczycieli” z wojsk specjalnych, grupy zawierającej saperów rozsławionych za sprawą hollywoodzkiego hitu „Hurt Locker”. (Choć film wzbudzał w nich mieszane uczucia, wszyscy doceniali scenę, w której żołnierz, który właśnie wrócił z misji, stoi w sklepie, patrzy na rzęsiście oświetloną, barwną alejkę z płatkami śniadaniowymi i zastanawia się, po co komu tak wielki wybór). Tuż za nimi szedł ich tłumacz, Afgańczyk urodzony w Stanach, który zaczynał już czwarty rok służby w tym miejscu. Nikt nie kwestionował jego umiejętności lingwistycznych, ale sprzęt, którym się posługiwał, pochodził chyba jeszcze z czasów Eisenhowera. Wszyscy przypuszczali, że hełm tłumacza należał kiedyś do żołnierza walczącego w Wietnamie: był porysowany i powyginany, a noktowizor ledwie się go trzymał.

Wchodząc do zatłoczonego helikoptera, White i Mason nie chciały popełnić błędu typowego dla nowicjuszy i zająć niewłaściwego miejsca, trzymały się więc sierżanta, który już wcześniej wziął wszystkich nowo przybyłych żołnierzy pod swoje skrzydła. Kiedy usiadł, usadowiły się obok niego i podobnie jak on przypięły elastyczną linę zwisającą z metalowego kółka na ich uprzęży do haków umieszczonych pod wąskim metalowym siedziskiem. Teoretycznie liny miały nie dopuścić do tego, by przesuwały się bezwładnie po wnętrzu helikoptera – lub z niego wypadły – gdy ten wzbije się w powietrze. Gdy wszyscy żołnierze zajęli już swoje miejsca, rozległ się ryk silnika i helikopter oderwał się od ziemi. W zielonym blasku wypełniającym noktowizor porucznik White widziała jedynie pozycyjne światła śmigłowca.

No to lecimy, pomyślała. Na pozór zupełnie spokojna, w rzeczywistości czuła ekscytację i strach jednocześnie. Wszystko – proces selekcji, szkolenie, przydział – działo się zaskakująco szybko. I nagle to, co dotąd było jedynie teorią i marzeniem, zmieniło się w rzeczywistość. Co jeszcze bardziej zdumiewające – tak miała wyglądać większość nocy przez następne dziewięć miesięcy jej życia.

Dość tych bajdurzeń. Skup się, przykazała sobie w myślach. Myśl o tym, co masz teraz robić. Jak wygląda procedura?

Przygotuj się do lądowania.

Wypnij się.

Wyjdź z helikoptera.

Biegnij co sił w nogach.

Przyklęknij.

Przekrzykując ryk silnika, sierżant podawał im czas pozostały do lądowania.

– Sześć minut! Trzy minuty! – Odwróciła się do Mason, pokazała jej podniesione kciuki i uśmiechnęła się z pewnością siebie, której wcale nie czuła. – Minuta!

Zaczynamy.

Helikopter wylądował, drzwi otworzyły się powoli niczym paszcza wielkiego drapieżnego gada, który właśnie sfrunął z nieba. White wypadła za innymi na zewnątrz, odbiegła na niewielką odległość od helikoptera i przykucnęła, kryjąc twarz przed chmurą kamieni, piasku i Bóg wie czego jeszcze, co odrywa się od ziemi przy starcie śmigłowca.

Krztusząc się pyłem, wymamrotała pod nosem:

– Witaj w Afganistanie. – Po czym skoczyła na równe nogi i poprawiła noktowizor, bez którego całkowicie straciłaby orientację w świecie spowitym czernią. Wymieniwszy zaledwie kilka krótkich poleceń, Rangersi ustawili się gęsiego i ruszyli w stronę osady stanowiącej cel ich misji.

Piasek i ziemia chrzęściły pod ich stopami, gdy maszerowali przez winnice i wadi – charakterystyczne dla afgańskiego krajobrazu kotliny i wyschnięte łożyska rzek. Szli szybkim, równym krokiem, choć spłaszczony obraz widoczny w noktowizorach praktycznie uniemożliwiał ocenę odległości. White udało się nie wywrócić na licznych pnączach przecinających wszerz i wzdłuż trasę ich pochodu. Wszyscy zachowywali całkowitą ciszę. Nawet stłumiony kaszel czy chrząknięcie mogło się ponieść w noc i ostrzec wroga. Każdy żołnierz wie, że zaskoczenie to klucz do sukcesu i ocalenia życia. A warunkiem zaskoczenia jest cisza.

Dotarli do celu po kwadransie, choć White wydawało się, że minęła zaledwie minuta. Rozległ się głos tłumacza, który namawiał po pasztuńsku mieszkańców domu, by wyszli na zewnątrz. Kilka minut później amerykańscy i afgańscy żołnierze weszli do budynku, by odszukać zbrodniarza oraz materiały wybuchowe i broń, które mógł ukryć w swoim domu.

I wtedy podporucznik Ashley White usłyszała wezwanie, które zaprowadziło ją z ciepłego wnętrza jej domu w Karolinie Północnej do jednego z najodleglejszych – i najniebezpieczniejszych – zakątków świata.

– CST, chodźcie tutaj – przemówił głos w radiu.

Rangersi byli gotowi na współpracę z White i jej zespołem. Trzy kobiety – White, Mason oraz Nadia, ich cywilna tłumaczka, ruszyły w stronę budynku widocznego w ich noktowizorach jako ciemniejsza plama na zielonym tle. Był środek nocy, ale dla White właśnie rozpoczynał się dzień.

Zaczęła się jej wojenna epopeja. Zaczął się czas działania kobiet.

I

ZEW SŁUŻBY

1

Wujek Sam potrzebuje ciebie

Dwa lata przed tym, jak Ashley White wybiegła z helikoptera w Kandaharze, dowódca Wojsk Specjalnych USA, Eric Olson, wpadł na pewien pomysł. Admirał Olson, który zajmował gabinet na pierwszym piętrze głównej siedziby Dowództwa Operacji Specjalnych (SOCOM) w Bazie Powietrznej MacDille w Tampa na Florydzie, od wielu lat analizował zmieniające się nieustannie warunki najdłuższej wojny w historii Ameryki. Nowoczesna technika, broń i środki łączności radykalnie odmieniły oblicze współczes­nej wojny, zapewniając jej uczestnikom aktualne informacje o sytuacji na polu bitwy i o ruchach przeciwnika. Jednak pewne obszary mikrowiedzy, jak nazywał to Olson – ważne, szczegółowe dane o mieszkańcach danego regionu, ich kulturze, języku i obyczajach – pozostawały poza zasięgiem amerykańskich sił. Admirał chciał to zmienić.

Olson był postacią nietuzinkową. Jako pierwszy żołnierz Navy SEAL został trójgwiazdkowym, a potem czterogwiazdkowym admirałem, był również pierwszym oficerem marynarki wojennej, który kierował Dowództwem Operacji Specjalnych. Stanowisko to uważano za jedno z najważniejszych – i najmniej znanych – w amerykańskiej walce z terroryzmem.

Utworzenie SOCOM, które miało miejsce w 1987 roku, zakończyło spór między orędownikami wojsk specjalnych w Kongresie oraz społecznością związaną z tymi wojskami a wojskową i cywilną wierchuszką w Pentagonie. Przywódcy wojskowi postrzegali SOCOM jako niepotrzebną instytucję czerpiącą ze środków amerykańskich sił zbrojnych, w których oddziały specjalne stanowiły zaledwie niecałe pięć procent potencjału wojskowego. Ponieważ w tej specyficznej formacji bardziej się ceni małe jednostki i niezależne rozwiązywanie problemów niż tradycyjną, formalną hierarchię wojskową, znaczna część wojsk lądowych, marynarki wojennej, piechoty morskiej i sił powietrznych traktowała ją z nieskrywaną podejrzliwością. Pierwsze amerykańskie jednostki specjalne powstały w czasie drugiej wojny światowej i miały wypełniać delikatne, ściśle tajne i wymagające dużej precyzji misje, do których nie nadawały się tradycyjne rozbudowane siły zbrojne. Zawsze zakładano, że specyfika ich działań będzie całkowicie odmienna od zadań podejmowanych przez tradycyjne wojska lądowe. W 1962 roku, podczas przemówienia do absolwentów West Point, prezydent John F. Kennedy odniósł się do nowej sytuacji geopolitycznej, która doprowadziła do powstania sił specjalnych:

„To wojna innego rodzaju, nowa pod względem intensywności, choć zrodzona z tych samych, co zawsze, przyczyn – wojna prowadzona przez partyzantów, wywrotowców, powstańców, zamachowców; wojna, która ucieka się do zasadzek, a nie do otwartej walki, do infiltracji, a nie do agresji; wojna, w której zwycięża się wroga, odbierając mu siły i wiarę, a nie mierząc się z nim na polu bitwy. Taka wojna wymaga – tam, gdzie musimy się w nią zaangażować – zupełnie nowej strategii, zupełnie nowych sił, a tym samym zupełnie nowego rodzaju szkolenia”.

Na przestrzeni lat wojska specjalne przeżywały okresy rozkwitu i zapaści, zależne od narastających lub wygasających konfliktów. Odegrały ważną rolę w czasie drugiej wojny światowej, gdy bohaterscy żołnierze jednostek specjalnych, zrzucani na spadochronach, atakowali niemieckie twierdze i umocnienia, gdy wspinali się na klif Pointe du Hoc w Normandii, by zniszczyć wrogie stanowiska artyleryjskie, gdy zapuszczali się za linie wroga, by uwolnić amerykańskich więźniów z japońskich obozów jenieckich. W Korei jednostki specjalne urządzały wypady i zasadzki, wkrótce jednak zmniejszono ich budżet i liczebność. Rozrosły się ponownie podczas wojny w Wietnamie, gdzie przy pomocy małych zespołów wywiadowczych wykonywały misje daleko za linią wroga oraz szkoliły bojowników z Wietnamu Południowego, lecz pod koniec lat siedemdziesiątych znów ograniczono ich liczebność niemal do zera. W okresie zimnej wojny uważano, że styl ich działań nie sprawdzi się w konfrontacji z Sowietami, którzy dynamicznie rozbudowywali siły konwencjonalne.

Wszystko zmieniło się w latach dziewięćdziesiątych – dzięki sukcesom wojsk specjalnych podczas operacji Pustynna Burza oraz zagrożeniu terroryzmem ze strony nowych, pozapaństwowych organizacji takich jak Hezbollah, a później Al-Kaida. Po atakach z 11 września przebieg­łość, szybkość i zaskoczenie, czyli najważniejsze elementy działań jednostek specjalnych, zapewniły im czołowe miejsce na froncie walki z terroryzmem. W 2010 roku SOCOM mogło korzystać z ludzi, technologii, finansów i sprzętu, o jakich dwadzieścia lat wcześniej jego założyciele nie śmieliby marzyć. W tym właśnie okresie, w drugiej połowie wojny z terroryzmem w Afganistanie, dowódca Eric Olson wymagał od swoich żołnierzy – kobiet i mężczyzn – znacznie więcej niż kiedykolwiek.

Olson był uosobieniem żołnierza jednostek specjalnych. Drobny jak na mężczyznę, lecz obdarzony wielką charyz­mą, jest typowym „dyskretnym zawodowcem”, za jakich chcą uchodzić żołnierze wojsk specjalnych. Jego podwładni opisywali go jako oficera intelektualistę, niezwykłego choćby przez to, że częściej i chętniej słuchał, niż mówił. W ciągu swej długiej kariery brał udział w wielu walkach, za które odebrał liczne odznaczenia, między innymi Srebrną Gwiazdę, którą dostał po tym, jak poprowadził swoją jednostkę ulicami Mogadiszu, by ratować rannych żołnierzy atakowanych przez somalijskich bojowników (ta akcja i bitwa znane są powszechnie pod nazwą Black Hawk Down1).

Od samego początku wojny Olson uważał, że Ameryka nie osiągnie zwycięstwa w Afganistanie, stosując tradycyjne metody walki. „Musimy się nauczyć, jak wykorzystywać w tej wojnie spryt i wiedzę”, mawiał. Aby zrealizować ten cel, „musimy zrozumieć ją lepiej”. Przez jakiś czas rozmyślał o „całym yin i yang współczesnych możliwości i działań wojennych”. Jego zdaniem „pojęcia, które na pierwszy rzut oka wydają się sprzeczne, mogą w istocie być częściami tej samej całości”. Doszedł też do przekonania, że Stany Zjednoczone nie zachowują należytej równowagi, że zbyt wielką wagę przykładają do tradycyjnie pojmowanej twardej wojny, a nie doceniają tego, co on uważał za działania łagodniejsze, bardziej złożone – wojny opartej na wiedzy.

W opinii Olsona przynajmniej po części winę za to ponosił fakt, że cały system motywacyjny armii amerykańskiej – dobór pracowników, programy, premie, ścieżki kariery – stawiał konkretne umiejętności ponad głęboką wiedzę. Uważał, że nawet najlepiej wykształceni członkowie elity wojsk specjalnych w Afganistanie – eksperci, którzy znali geografię, historię i język tego regionu i którzy czuli się tu niemal jak u siebie – nie mieli dostępu do bardzo znaczącej części wiedzy o wrogu oraz o ludziach, których mieli chronić. Olson był przekonany, że wiele istotnych informacji kryje się wśród tych mieszkańców Afganistanu, do których siły specjalne, niemal po dziesięciu latach wojny, nie mają praktycznie dostępu: wśród kobiet.

Od stuleci kobiety traktowane są w afgańskiej kulturze jako ucieleśnienie honoru rodziny, dlatego też otacza się je szczególną troską. W niektórych regionach, zwłaszcza na terenach wiejskich, zamieszkanych przez konserwatywnych Pasztunów, z których pochodzi większość talibskich wojowników, kobiety kontaktują się jedynie z tymi mężczyznami, z którymi łączą je więzy krwi lub powinowactwo. Pasztunwali, niepisany kodeks honorowy przenikający wszelkie aspekty życia społecznego Pasztunów, kształtuje również ich prawa i zwyczaje. Kluczowym elementem tego systemu jest zasada namus, która określa relacje między kobietami i mężczyznami oraz podkreśla znaczenie czystości i wierności seksualnej kobiet w obrębie rodziny. Namus nakazuje mężczyznom szanować, i co ważniejsze – zachowywać, coś, co uznaje za honor i cześć afgańskich kobiet. Jeden z najważniejszych nakazów tego prawa głosi, że kobiety nie powinny przebywać w towarzystwie mężczyzn od chwili, gdy zaczną wchodzić w okres dojrzewania, aż do ślubu. Gdy jakaś kobieta wychodzi poza obręb swojego rodzinnego domostwa, musi jej towarzyszyć mężczyzna z najbliższej rodziny lub grupa innych kobiet, którym przewodzi mężczyzna, pełniący rolę przyzwoitki. Kobiety pokazujące się publicznie noszą chadri albo burkę, która całkowicie zakrywa ich twarz.

Chociaż wiele się zmieniło w zwyczajach i zachowaniu milionów Afgańczyków, którzy mieszkają w zatłoczonych afgańskich miastach, gdzie dziewczynki chodzą do szkoły, a kobiety pracują poza domem, w najodleglejszych wiejskich regionach Afganistanu, gdzie toczą się najzacieklejsze walki, życie kobiet wciąż jest odbiciem tych starych, uświęconych tradycją zasad.

Pradawny zwyczaj purdah, czyli ukrywanie kobiet przed wzrokiem osób postronnych, sprawia, że kobiety z tych regionów Afganistanu są praktycznie niewidzialne dla obcych żołnierzy, walczących w ich kraju. Oznacza to również, że afgańskie rodziny czują się głęboko dotknięte, gdy jakiś wojownik z obcego państwa zobaczy twarz kobiety. Przeszukiwanie kobiet to jeszcze większa obraza. Nawiązując kontakt z afgańskimi kobietami, żołnierze okazują brak szacunku nie tylko wobec nich, ale i wobec spokrewnionych z nimi mężczyzn, którzy mają je chronić. Takie działania postrzegane są jako naruszenie kodeksu honorowego, który stanowi fundament tamtejszej kultury i społeczeństwa.

Tego rodzaju przekroczenie norm kulturowych stało również w sprzeczności z doktryną przeciwpowstańczą, odświeżoną niedawno strategią zakładającą, że wojska wyzwoleńcze nie tylko tłumią rebelię, ale też chronią miejscową ludność i pomagają jej tworzyć nowe władze, które zadbają o jej podstawowe potrzeby. Doktrynę tę zastosowano najpierw w Iraku w 2007 roku, miały się nią też kierować dodatkowe wojska amerykańskie w sile trzydziestu tysięcy żołnierzy, które przybyły do Afganistanu w roku 2009. Jak głosiło najważniejsze założenie tej teorii, „nagrodą jest ludność”. Zdobycie serc i umysłów cywilów oraz chronienie ich życia odgrywały teraz kluczową rolę w amerykańskiej strategii wojskowej, lecz realizacja tych zasad była praktycznie niemożliwa w sytuacji, gdy amerykańscy mężczyźni nie przestrzegali zwyczajów dotyczących afgańskich kobiet.

W grę wchodził również inny ważny element kulturowy. W społeczeństwie wspólnotowym, gdzie centralne miejsce zajmuje rodzina – a takie właśnie społeczności funkcjonują w Afganistanie – kobieta pełni bardzo ważną rolę. Afgańskie kobiety widziały, słyszały i rozumiały większość z tego, co działo się w ich gospodarstwach domowych, codziennie też wymieniały się informacjami. W wiejskich rejonach Afganistanu wiadomości przekazywane ustnie przez kolejnych członków rodziny rozchodzą się szybciej niż te, które w innych częściach świata rozpowszechnia się za pomocą urządzeń elektronicznych, a kobiety często doskonale wiedzą, czym się zajmują i co zamierzają ich synowie, mężowie, bracia i powinowaci.

Admirał Olson nabierał coraz większego przekonania, że ze strategicznego punktu widzenia brak kontaktu z afgańskimi kobietami oznaczał, iż amerykańscy żołnierze nie mieli dostępu do połowy ludności tego kraju oraz wszystkich informacji, jakie ta ludność mogła znać. Co więcej, nie mieli też dostępu do wszystkiego, co mogło się kryć w pomieszczeniach zajmowanych przez kobiety – od talibskich wojowników, przez broń, po cenne wiadomości. Stanowiło to poważne naruszenie zasad bezpieczeństwa, bo jeśli w domu choć jeden pokój był niedostępny dla żołnierzy, należało go uznać za nieprzeszukany. Pozostawało tylko jedno pytanie: czy wojsko mogło cokolwiek zrobić w tej kwestii?

Podobne pytania zadawano sobie kilka lat wcześniej w Iraku. Odpowiedzią na nie był program „Lioness” (Lwica) prowadzony przez piechotę morską. W latach 2003 i 2004, gdy w mieście Ramadi zbrojny ruch oporu przybierał na sile, amerykańscy dowódcy zebrali na poczekaniu grupę około dwudziestu kobiet z regularnego wojska i z piechoty morskiej – głównie kierowców lub mechaników, obsługujących również karabin maszynowy kalibru .50 – które towarzyszyły mężczyznom podczas wypadów i patroli oraz na coraz liczniejszych punktach kontrolnych, które miały powstrzymać zamachowców samobójców. Ich praca polegała głównie na przeszukiwaniu Irakijek, które mogły ukrywać broń lub pasy z materiałami wybuchowymi, i sprawdzaniu, czy rzeczywiście są to kobiety, a nie przebrani bojownicy.

Podobna sytuacja miała miejsce później w Afganistanie – znów główną rolę odegrali żołnierze piechoty morskiej. Na początku 2009 roku jednostka tej formacji planowała operację w prowincji Farah, by ująć bojowników odpowiedzialnych za podkładanie ładunków wybuchowych własnej roboty (improvised explosive devices – IED), które zabiły kilku amerykańskich marines.

Jednym z oficerów przygotowujących tę akcję był porucznik Matt Pottinger, żołnierz piechoty morskiej, który przeszedł niezwykłą drogę, zanim ostatecznie trafił do Afganistanu. Wcześniej przez pięć lat pracował w pekińskim biurze „Wall Street Journal”, opisując bieżące wydarzenia gospodarcze i polityczne w Chinach. Miał bardzo krytyczny stosunek do chińskich władz, pewnego razu został nawet aresztowany za artykuł o korupcji politycznej. Z rosnącym niepokojem obserwował z Pekinu, jak jego kolega z redakcji „Journal”, Daniel Pearl, został porwany i zabity przez Al-Kaidę, a Irak pogrążał się w coraz większym wojennym chaosie. Później, w 2004 roku, na zlecenie gazety zajął się relacjonowaniem sytuacji w Azji po uderzeniu potężnej fali tsunami, która zabiła ćwierć miliona ludzi. Jedynymi spośród pierwszych ratowników przybyłych na miejsce katastrofy, którzy zaimponowali mu jako ludzie i profesjonaliści, byli amerykańscy żołnierze piechoty morskiej i marynarze, którzy zatrzymali się tam w drodze powrotnej z Iraku. Podczas gdy miejscowe i międzynarodowe organizacje charytatywne pogrążały się w chaosie organizacyjnym, mężczyźni i kobiety z amerykańskiej armii metodycznie rozwiązywali kolejne problemy i pokonywali przeszkody, niosąc ludziom w potrzebie realną pomoc. Pottinger był pod ogromnym wrażeniem ich działań i uznał, że jeśli kiedykolwiek ma służyć swojemu krajowi, to powinien zrobić to teraz, z ludźmi takiego kalibru, w czasie ogólnonarodowego kryzysu. I tak w 2005 roku – w wieku trzydziestu dwóch lat – wstąpił do szkoły oficerskiej piechoty morskiej. Półtora roku później został wysłany do Iraku.

Zanim Matt Pottinger trafił do prowincji Farah, dysponował już nie tylko reporterską intuicją, ale i wiedzą oraz doświadczeniem nabytymi w Iraku, co pozwalało mu umiejętnie poruszać się w labiryncie zwyczajów i problemów kulturowych, które kształtują Afganistan. Wkrótce zrozumiał, że ze względu na afgańską tradycję i obyczaje wojskowi nie będą w stanie zajmować i przeszukiwać domów zamieszkanych również przez kobiety, nie zrażając przy tym do siebie pozostałych mieszkańców wioski. Po miesiącach badań doszedł do zaskakującego wniosku: Jeśli amerykańskie misje mają odnosić sukcesy, potrzebują kobiet.

Początkowo ten pomysł wydawał mu się absurdalny i sprzeczny ze wszystkim, co podpowiadała mu żołnierska intuicja, więc korzystając z łączności satelitarnej, skonsultował się z kilkoma znawcami tematu, przebywającymi wtedy w USA, między innymi z Sarah Chayes, amerykańską dziennikarką, która przez kilka lat mieszkała sama w Kandaharze. Chayes potwierdziła słuszność koncepcji Pottingera: Obecność żołnierzy kobiet w amerykańskich oddziałach nie spowoduje wzrostu napięcia w relacjach z Afgańczykami, lecz raczej ich udobrucha i ułatwi całą operację. Jeśli wierzyć ekspertom, takie posunięcie nie tylko nie naruszyłoby w żaden sposób miejscowych zwyczajów, lecz budowałoby obustronne zaufanie. Za przyzwoleniem swojego dowódcy Pottinger zebrał grupę złożoną z siedmiu kobiet służących w piechocie morskiej i jednej tłumaczki, po czym przez kilka dni udzielał im zaimprowizowanych lekcji dotyczących afgańskiej kultury, odpowiednich strategii przeszukiwania oraz przesłuchiwania.

Eksperyment się powiódł. Przy pomocy kobiet z pobliskiej osady, z którymi rozmawiały członkinie oddziału, nazywanego wkrótce Female Engagement Team (FET) – bo taką nazwę nadali mu Pottinger i oficer logistyki, porucznik Johannah Shaffer – marines namierzyli powstańców odpowiedzialnych za podkładanie ładunków wybuchowych. Równie istotny był inny fakt – starszyzna wioski wyraziła zadowolenie, że ani afgańscy, ani amerykańscy mężczyźni nie zadawali się z ich kobietami. Udział żołnierek w akcji okazał się przydatny i cenny zarówno kulturowo, jak i taktycznie.

Dowiodła tego również nieudana akcja przeprowadzona kilka tygodni później w południowej prowincji Helmand. Zrobiło się o niej głośno ze względu na zachowanie afgańskich bojowników, którzy przeszli tuż obok amerykańskich marines otaczających ich osadę. Wszyscy po prostu włożyli burki i przemaszerowali bezczelnie przed nosem Amerykanów, którzy wezwali kobiety do opuszczenia domostw, gdzie wkrótce miała się rozpętać bitwa. Dopiero później amerykańscy żołnierze zrozumieli, co się stało.

Wieści o pomyśle Pottingera rozeszły się szerokim echem. Wkrótce były porucznik piechoty morskiej, Claire Russo, która dążyła do utworzenia regularnych oddziałów kobiecych na kształt tego, jaki powołał Pottinger, postanowiła zasięgnąć u niego rady. Russo przyleciała do Afganistanu w 2009 roku, a więc w tym samym czasie, co Pottinger, jako członkini cywilnego zespołu, który miał pomóc amerykańskiemu wojsku lepiej zrozumieć kulturę tego kraju. Tuż po przybyciu na wschodnie rubieże Afganistanu spotkała się z tamtejszym dowódcą w randze pułkownika i została zaangażowana do realizacji bardzo specyficznej misji – jakby stworzonej dla tego właśnie byłego żołnierza piechoty morskiej.

Pułkownik już od jakiegoś czasu otrzymywał od batalionów i kompanii z całego regionu informacje, że niektóre jednostki tworzyły na poczekaniu kobiece zespoły ułatwiające realizację ich zadań. Chciał wiedzieć, czym konkretnie zajmują się podczas misji żołnierki, dlaczego dowódcy uważali, że są szczególnie predestynowane do niektórych zadań, i czy jest to legalne, jako że oficjalnie przepisy nie pozwalały kobietom przebywać na polu walki. Russo miała zbadać wszystkie te zagadnienia i wrócić do pułkownika z gotowymi odpowiedziami.

Ta misja wywiadowcza zawiodła Russo do baz rozsianych po całym wschodnim Afganistanie, gdzie badała sytuację w różnych jednostkach wojskowych, od Zespołów Odbudowy Prowincji (Provincial Reconstruction Teams – PRT) po jednostki piechoty. Przekonała się, że właściwie wszystkie korzystają z obecności kobiet na różne sposoby – niektóre prowadziły programy zatrudnienia dla Afganek, inne wysyłały kobiety w teren, by dowiedziały się, co się dzieje w pobliskich społecznościach.

Russo zaniepokoił jednak fakt, że kobiety wykonujące te zadania nie przechodziły żadnych szkoleń taktycznych. Były to w większości lekarki zatrudnione w wojsku albo funkcjonariuszki z jednostek wsparcia, które w ramach swoich nowych obowiązków działały na obszarach często odwiedzanych przez bojowników i wrogie wojska, w samym środku strefy walk. Choć odważne i biegłe w swoich zawodach, wszystkie właściwie improwizowały. Dla Russo oczywisty był fakt, że armia potrzebuje kobiecych oddziałów – dowódcy mówili jej, że dzięki takim jednostkom zdobywają cenne informacje i lepiej poznają układ sił na swoim terenie. Jednak wśród niektórych starszych rangą dowódców wciąż panowało przekonanie, że kobiety w Afganistanie nie mają żadnych wpływów ani władzy. Obserwacje dokonane przez Russo doprowadziły ją do całkiem odmiennych wniosków: Afganki zajmowały centralne miejsce w skomplikowanej sieci rodzinnych relacji i w znacznym stopniu kształtowały postawy ludności.

Podbudowana tym odkryciem i zachęcana przez oficerów, którzy chcieli mieć podobne jednostki w swoich szeregach, Russo uparcie dążyła do realizacji celu. Kiedy coś już sobie postanowiła, nikt i nic nie mogło jej skłonić do kapitulacji. Osobista tragedia tylko wzmocniła jej wolę i siłę charakteru. W 2004 roku Russo była nowo mianowanym oficerem wywiadu; właśnie zrealizowała swoje dziecięce marzenie o służbie w piechocie morskiej, do czego zainspirował ją film Ludzie honoru. Po kilku miesiącach służby na swojej pierwszej placówce została zgwałcona przez innego żołnierza piechoty morskiej podczas balu Marine Corps. Zawiadomiła o tym przełożonych, lecz ci nie chcieli złożyć oskarżenia. W końcu, dzięki pomocy śledczego z marynarki wojennej, sprawa Russo trafiła na biurko prokuratora okręgowego w San Diego. Prowadzone przezeń śledztwo wykazało, że oskarżony o gwałt skrzywdził w podobny sposób kilka innych kobiet żołnierzy. Za swój upór i niezgodę na wyciszenie sprawy Russo otrzymała z rąk prokuratora okręgowego nagrodę Citizen of Courage (za odwagę cywilną).

Pięć lat później w Afganistanie, gdzie służyła w armii jako pracownik cywilny, Russo z podobnym uporem i pasją szukała kogoś, kto miał doświadczenie w tworzeniu tego rodzaju kobiecych jednostek – i niemal natychmiast natknęła się na nazwisko Pottingera. Odszukała go w Kabulu, pożyczyła część jego materiałów dotyczących FET i sama zaczęła szkolenie kolejnych jednostek tego typu dla dowódcy w północno-wschodnim Afganistanie.

Później, wyposażeni w gromadzoną cierpliwie wiedzę o kobietach oraz o rzeczywistych i kulturowych polach bitew, Pottinger, Russo i wpływowy doradca kulturowy, Amerykanin afgańskiego pochodzenia, Hali Jilani, postanowili wspólnymi siłami rozprawić się z narosłymi wokół FET mitami i nieporozumieniami. Tytuł ich raportu, opublikowanego w 2010 roku w pewnym wojskowym czasopiśmie, mówił sam za siebie: „Połowiczne zaangażowanie: próba podbicia Afganistanu bez afgańskich kobiet”.

Artykuł wyjaśniał najpierw, że afgańscy mężczyźni często postrzegają cudzoziemki jako trzecią płeć: kobiety z zagranicy nie stanowią dla nich zagrożenia i nie podlegają tym samym ograniczeniom kulturowym, co Afganki, stanowią całkiem odmienną grupę, z którą Afgańczycy mogą się komunikować, zachowując należyty szacunek i otwartość. Autorzy zauważyli, że „niechęć do angażowania kobiet w taktyczne operacje przeciwko powstańcom jest lustrzanym odbiciem podejścia talibów do tej kwestii”, dodali również, że w 2009 roku „tak nieliczne kobiety służące w naszej armii nawiązały znaczące kontakty z Afgankami, że statystycznie rzecz ujmując, miały większe szanse zajść w ciążę, niż spotkać afgańską kobietę w terenie”.

W konkluzji artykułu pojawia się śmiałe i istotne pytanie: Kto w większym stopniu ogranicza kontakty swoich kobiet z afgańskim społeczeństwem: Pasztuni czy przywódcy amerykańskiej armii?

Mniej więcej w tym samym czasie w Tampa admirał Olson pracował nad swoją koncepcją kobiecych jednostek. Choć uznał FET, czyli model stosowany w piechocie morskiej, za interesujący, uważał, że jest zbyt sformalizowany, by mógł sprawdzić się w operacjach specjalnych. W filmach ludzie tacy przedstawiani są jako atleci o nadludzkiej niemal sile oraz geniusze strategii, ale Olson często opisywał najlepsze spośród jednostek SEALs oraz innych oddziałów specjalnych – obejmujące Zielone Berety (Army Special Forces), 75 Pułk US Army Rangers, Navy SEALs oraz jednostki specjalne lotnictwa i piechoty morskiej – w znacznie bardziej przyziemny sposób: „fizycznie sprawni specjaliści od rozwiązywania problemów”.

Olson wiedział, że propozycja wysyłania kobiet bezpośrednio do strefy walki spotka się z silnym sprzeciwem samych wojskowych. Chociaż jednostki specjalne od dawna wysyłały kobiety na obszary objęte wojną, zatrudniając je jako lekarki, psychologów czy pracowników wywiadu, zakaz wstępu na pole walki – oficjalny przepis, sformalizowany zapisem z 1994 roku, który zabrania kobietom służyć na linii frontu – był w opinii Olsona „mostem, który musimy przekroczyć”. I nie miał wątpliwości, że należy tego dokonać właśnie w tym momencie, jak najszybciej.

Od 1948 roku prawa i obowiązki kobiet służących w amerykańskim wojsku określała ustawa Women’s Armed Services Integration Act. Obejmowała ona też różnego rodzaju ograniczenia, między innymi zabraniała kobietom służyć na okrętach marynarki wojennej (z wyjątkiem okrętów szpitalnych i transportowych) oraz w samolotach, które mogły pełnić misje bojowe. Nie wspominano w niej o udziale kobiet w walkach na lądzie. W latach osiemdziesiątych ten stan rzeczy zaczął się powoli zmieniać: kobiety należały do załóg samolotów, które nie brały udziału w walce, służyły również na niektórych okrętach marynarki wojennej. Jeszcze więcej możliwości i dostępnych stanowisk pojawiło się w latach 1990–1991, gdy do armii przyjęto ponad czterdzieści tysięcy kobiet, które brały udział w operacji Pustynna Tarcza i Pustynna Burza. W połowie lat dziewięćdziesiątych kobiety mogły już służyć na pokładzie samolotów i okrętów bojowych. Jednak przydział do jednostek, „których głównym zadaniem jest bezpośrednia walka na lądzie”, wciąż był dostępny tylko dla mężczyzn.

Olson zaczął podnosić w dowództwie kwestię dopuszczenia kobiet do misji bojowych na lądzie, gdzie mogłyby wspierać oddziały specjalne, nieodmiennie spotykał się jednak z chłodną reakcją. Admirał zdawał sobie sprawę, że ma dość ograniczone możliwości, bo choć stanowisko dowódcy SOCOM dawało mu spore wpływy, w istocie był jedynie „dostawcą sił specjalnych”, a nie dowódcą wszystkich amerykańskich wojsk specjalnych działających na całym świecie. Innymi słowy, był dyrektorem naczelnym firmy Operacje Specjalne, a jego zadaniem było dostarczanie produktu – gotowości bojowej, opcji i umiejętności – z którego mogli skorzystać dowódcy wojsk lądowych. Mogli, ale nie musieli. Olson nie miał wpływu na ostateczne decyzje tych dowódców: mógł tylko tworzyć i rozwijać określone projekty, by były dostępne dla każdego, kto zechce z nich skorzystać.

Decydenci powiązani z SOCOM wysłuchiwali uprzejmie pomysłów Olsona, a potem pozbawiali go złudzeń. Niektórzy wyraźnie dawali mu do zrozumienia, że nie mogą się już doczekać, kiedy odejdzie ze stanowiska dowódcy i zabierze ze sobą ideę kobiecych oddziałów. Podobna sytuacja miała miejsce w Pentagonie dwadzieścia lat wcześniej, gdy Kongres zażądał utworzenia SOCOM.

Jednak po kilku miesiącach układ sił się zmienił. W kwietniu 2010 roku do Afganistanu przybyła nowa fala amerykańskich wojsk, część sił zapowiedzianych w grudniu minionego roku, a walka z rebelią przyspieszała. Pomysł Olsona zyskał wtedy poparcie z najmniej oczekiwanej strony – od najbardziej zaprawionego w bojach oddziału piechoty: 75 Pułku US Army Rangers, jednostki specjalnej, której początki sięgały czasów kolonialnych.

W kwietniu 2010 roku admirał William McRaven, powszechnie ceniony szef Połączonego Dowództwa Operacji Specjalnych, złożył w SOCOM oficjalną prośbę o przydzielenie kobiet żołnierzy do misji Rangersów. Prośba ta wypływała z przemyśleń dalekowzrocznego dowódcy, który uznał, że kobiety mogą się przyczynić do sukcesu misji wypełnianych przez jego żołnierzy. Pomysł ten zakładał, że najlepsi żołnierze kobiety dołączą do elitarnych sił uderzeniowych 75 Pułku Rangersów i będą mu towarzyszyć podczas nocnych wypadów zmierzających do ujęcia terrorystów i powstańców.

JSOC, dowództwo McRavena, zostało powołane do życia na początku lat osiemdziesiątych, po nieudanej i upokarzającej próbie uwolnienia amerykańskich zakładników w Iranie. W następstwie tej katastrofalnej misji, podczas której zginęło sześciu amerykańskich żołnierzy, Pentagon powołał komisję, która miała zbadać przyczyny porażki. Wśród zaleceń tej komisji znalazło się również utworzenie „połączonego” dowództwa, które mogłoby powołać spójną, zgraną jednostkę specjalną złożoną z najlepszych oddziałów amerykańskiej armii: Navy SEALs, pilotów operacji specjalnych, Delta Force, Zielonych Beretów oraz 75 Pułku Rangersów.

W 2003 roku generał Stanley McChrystal objął dowództwo JSOC i w ciągu pięciu lat przekształcił tę organizację w niezwykle sprawną i precyzyjną machinę do realizacji zadań o szczególnym znaczeniu. Powstańców namierzano dopóty, dopóki nie udało się ich schwytać. Każdy wypad dostarczał informacji, które określały kolejne cele. Rezultaty były zdumiewające. Ataki na domy terrorystów, składy broni i kryjówki, które jeszcze w 2003 roku planowano przez parę dni, w roku 2010 wymagały zaledwie kilku minut przygotowań. W sierpniu 2004 roku w ciągu jednego miesiąca JSOC nadzorowało 18 nocnych ataków w Iraku. W sierpniu 2006 roku takich akcji było już 300.

McChrystal używa cywilnej analogii, by opisać przemianę JSOC z wyspecjalizowanej jednostki w organizację kształtowaną i kierowaną siłą swej rozbudowanej sieci: „Zaczynaliśmy jako najwięksi księgarze na świecie, a skończyliśmy jako Amazon.com”. Najlepsze siły specjalne Ameryki przekształciły się w doskonale zorganizowaną, niezwykle sprawną organizację napędzaną informacjami rządu Stanów Zjednoczonych, równie elastyczną jak jej potężny przeciwnik, Al-Kaida.

W miarę jak ataki i wypady stawały się coraz liczniejsze i szybsze, odpowiedzialność za taktykę i planowanie tych misji wędrowała w dół, do dowódców obecnych w terenie. Delta, Zielone Berety i SEALs – „najspecjalniejsze” z sił specjalnych – nie mogły już dźwigać całego ciężaru walki. Jak ujął to McChrystal w 2014 roku, „kiedy zaczęliśmy działać coraz szybciej, po prostu nie opłacało się utrzymywać na miejscu facetów, którzy nie brali udziału w akcjach, więc nagle ci z samej góry powiedzieli: Rangersi, wy atakujecie ten cel, wojska specjalne, wy bierzecie tamten, więc w końcu każdy oddział sam zajmował się swoim celem”.

Rangersi, którzy zaczynali wojnę w Afganistanie i Iraku jako „młodsi bracia” sił specjalnych – podrzędne jednostki, które wspierały bardziej doświadczone, elitarne oddziały podczas dużych operacji – teraz odnosili sukcesy, które zawdzięczali wyłącznie sobie. Podczas kolejnych misji nabierali doświadczenia, umiejętności i pewności siebie.

W czerwcu 2008 roku McRaven zastąpił McChrystala na stanowisku dowódcy JSOC. Nowy komendant starał się w pełni wykorzystywać rosnącą sprawność i tempo działania, jakie narzucił jego poprzednik. Jednak podobnie jak admirał Olson, admirał McRaven, autor Spec Ops, książki wypełnionej opisami i analizą operacji specjalnej, był przekonany, że nie zdołają w stu procentach zrealizować swoich zadań, jeśli połowa populacji pozostanie poza ich zasięgiem.

Z kolei McChrystal, odpowiedzialny teraz za całokształt amerykańskich działań wojennych w Afganistanie, wciąż czuł się dotknięty oceną pewnej akcji, którą przeprowadził kilka lat wcześniej i która skończyła się dla niego utratą wielu dotychczasowych sprzymierzeńców. Jego ludzie otoczyli pewną posiadłość i przystąpili do działania, trzymając się jasnych, rozsądnych i – przynajmniej ich zdaniem – dostosowanych do miejscowej kultury procedur: nie przeszukali kobiet, lecz przeprowadzili je w bezpieczne miejsce, a potem sprawdzili dokładnie wszystkie pomieszczenia, także pokoje należące właśnie do kobiet. „Później dostaliśmy informację, że zhańbiliśmy kobiety”, wspomina McChrystal. „Jak?”, pytali on sam i jego ludzie. Nawet się do nich nie zbliżyli. Był zaszokowany, gdy poznał odpowiedź: „To nieważne. Przeglądaliście ich rzeczy i dotykaliście ich ubrań”.

„Właśnie tak wyglądała nasza ignorancja. A przecież to nie był początek wojny”, zauważa dziś McChrystal, dodając, że choć siły USA coraz lepiej rozumiały afgańską kulturę w ogólnym zarysie, niuanse wciąż pozostawały poza ich zasięgiem.

W roku 2010 sytuacja Amerykanów w Afganistanie była już tak kiepska, że wszyscy marzyli jedynie o jakimś skutecznym rozwiązaniu. Od dziesięciu lat kobiety brały udział w walce – niezależnie od oficjalnego stanowiska dowództwa – jako analitycy wywiadu, piloci bojowi i żołnierze Delta Force. Otrzymywały najwyższe odznaczenia, takie jak Purpurowe Serce czy Brązowa Gwiazda, ginęły i odnosiły poważne obrażenia, tak samo jak ich towarzysze broni, mężczyźni. McRaven zawsze miał rzeczowe, rozsądne podejście do problemów, które musiał rozwiązać. To, co jeszcze pięć lat temu byłoby nie do pomyślenia – zarówno ze względu na inne postrzeganie kobiet w wojsku, jak i ze względu na brak wiedzy o roli kobiet w afgańskim społeczeństwie – teraz stało się nieuniknione. McRaven podjął decyzję: kobiety miały oficjalnie towarzyszyć Rangersom podczas nocnych akcji. Do diabła z ideologią.

Na ironię zakrawa fakt, że to właśnie „prymitywni” Rangersi jako pierwsi poprosili o wsparcie kobiecych oddziałów. To nie byli delikatni wrażliwcy, stanowili raczej „tępe narzędzie” operacji specjalnych i mieli największą frajdę, gdy po wypiciu puszki napoju energetycznego i po dwóch godzinach ostrych ćwiczeń na siłowni mogli wziąć do ręki broń i ruszyć do walki z wrogiem. Nie bawili się też w tworzenie lokalnych oddziałów czy nawiązywanie dobrych relacji z miejscową ludnością, co było specjalnością osławionych Zielonych Beretów. Rangersi kierowali się bardzo jasnymi i jednoznacznymi kryteriami: albo uda ci się dopaść powstańca, którego szukasz, albo nie. McRaven gotów był teraz zastosować wszelkie dostępne rozwiązania, które podniosłyby skuteczność działań jego ludzi i pozwoliły realizować ich misje.

Kiedy więc oficjalna prośba McRavena o wsparcie w postaci kobiecych oddziałów wylądowała na biurku Olsona, ten uznał ją za wezwanie do natychmiastowego działania. Tutaj nie chodziło już o jego koncepcje „yin i yang współczesnej wojny”. Jak powiedział swoim współpracownikom – oto miał przed sobą konkretne żądanie dowódcy JSOC dotyczące jednostek walczących na pierwszej linii frontu. Wszyscy wiedzieli, że JSOC zawsze dostaje to, o co prosi. Olson natychmiast puścił w ruch urzędową machinę, a zaczął od skierowanej do SOCOM prośby o organizację szkoleń dla nowych oddziałów kobiecych w bazie Fort Bragg. Podzielił te oddziały na dwie grupy: jednostki działań bezpośrednich miały towarzyszyć żołnierzom – między innymi Rangersom – prowadzącym akcje bojowe przeciwko terrorystom. Kobiety z drugiej grupy miały się zająć działaniami pośrednimi, czyli wspierać oddziały Zielonych Beretów, nawiązujące relacje z miejscową ludnością i jej przywódcami, co stanowiło część programu stabilizacji obszarów wsi, czyli Village Stability Operations (VSOs).

W międzyczasie Olson przeanalizował ze swoimi prawnikami kwestię zakazu udziału kobiet w walkach na lądzie i dowiedział się, że jeśli będzie tylko „dołączał”, a nie „przydzielał”, kobiety do jednostek specjalnych, może je wysyłać praktycznie wszędzie. Również na misje z Rangersami.

Na koniec pojawiła się kwestia nazwy takich jednostek. Wszyscy uznali, że należy unikać słowa „kobiecy”, bo wtedy trudniej będzie zaakceptować tę koncepcję oddziałom złożonym wyłącznie z mężczyzn. Ponieważ jednym z fundamentalnych elementów działania jednostek spec­jalnych i scalającego je poczucia wspólnoty jest pojęcie pracy zespołowej, uznano zgodnie, że w nazwie powinno się znaleźć określenie „zespół”. Inne starannie dobrane słowo miało zamknąć usta tym, którzy twierdzili, że program służy jedynie wprowadzeniu bocznymi drzwiami kobiet na pierwszą linię frontu: „wsparcie”. Należało jeszcze dodać termin, który podkreślałby fakt, że kobiety służące w amerykańskim wojsku miały wcisnąć się w strukturę społeczną Afganistanu i dotrzeć do miejsc niedostępnych dla mężczyzn: „kulturowy”.

W ten sposób powstały Zespoły Wsparcia Kulturowego (Cultural Support Teams, CST).

I tak oto przemyślenia Olsona dotyczące tego, co mogły osiągnąć tylko żołnierze kobiety, a nie mężczyźni, dążenie do zwycięstwa McChrystala i jego doświadczenia z terenów objętych walką oraz prośba McRavena o wsparcie kobiet dla jego ludzi zaowocowały serią rozmów, które w końcu przyjęły postać konkretnych planów. Z tych planów, poddanych po drodze kilku nieoczekiwanym przemianom, zrodził się program, który pewnej sierpniowej nocy 2011 roku zaprowadził podporucznik Ashley White i jej towarzyszki na pole walki w Kandaharze.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Od autorki

Członkinie CST

Skróty

Wstęp: Kandahar

I. ZEW SŁUŻBY

1. Wujek Sam potrzebuje ciebie

2. Zew służby

3. Landmark Inn

4. Sto godzin piekła

5. Triumfatorki

6. Szkolenie

7. Diamenty pośród diamentów

II. PLACÓWKA

8. Afganistan, początki

9. Operacja „Dopasowanie”

10. Tłumacz

11. Nocna wspinaczka po górach

12. Zmieniać świat na lepsze

13. Kłamstwa wojny

III. APEL POLEGŁYCH

14. Pierwsza śmierć

15. Rozpacz ujarzmiona

16. Człowiek na arenie

17. Kandahar

Epilog

Podziękowania

Wybrana bibliografia

1 Wydarzenia te posłużyły za kanwę filmu Black Hawk Down znanego w Polsce jako Helikopter w ogniu.