Wojenna miłość - Doug Gold - ebook + audiobook + książka

Wojenna miłość ebook i audiobook

Gold Doug

4,0

Opis

Prawdziwa historia miłości, która wbrew wszystkiemu rozkwitła między dwojgiem ludzi z dwóch krańców świata, którzy podczas II wojny światowej walczyli o wolność.

W sercu okupowanej przez nazistów Europy następuje przypadkowe, przelotne spotkanie dwóch osób. Jedną z nich jest bojowniczka ruchu oporu; drugą jeniec wojenny. Wymięty liścik, który trafił do jego rąk, kieruje tych dwoje nieznajomych na kurs, który na zawsze odmieni ich życie.


Wojenna miłość” to prawdziwa historia Josefine Lobnik i Bruce’a Murraya, którzy dzięki niemal niemożliwym zbiegom okoliczności, pośród brutalnej wojny, odkrywają miłość.
To opowieść o wielkiej odwadze, brawurowych ucieczkach, zdradzie, torturach i odwecie.
To niezwykła historia ich miłości, która przetrwała na przekór wszystkiemu.
To niezwykła relacja dwojga zwykłych ludzi żyjących w niewyobrażalnie barbarzyńskim reżimie Hitlera.

„Miłosna historia, której nigdy nie zapomnę”. - Heather Morris, autorka „Tatuażysty z Auschwitz”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 372

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 46 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Oceny
4,0 (70 ocen)
25
25
14
6
0
Sortuj według:
BBassia

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisana książka. Gorąco polecam
10

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamięci Bruce’a Murraya i Josefine Lobnik,

którzy w środku krwawego konfliktu odnaleźli miłość.

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

 

 

BRUCE, STALAG XVIIID,

15 LUTEGO 1942

 

Miał potwornego kaca. Bruce Murray potrzebował kilku minut, żeby zrozumieć, gdzie jest. Powoli zaczął rozpoznawać szczegóły: z grubsza ociosane belki na ścianach baraku, pokrytą błotem podłogę z desek, usmarowane okienko w drzwiach.

Była niedziela. Dobre i to. Cholernie dobre, biorąc pod uwagę jego stan. Wyobraził sobie, jak by to było, gdyby niemieccy strażnicy zaczęli walić w drzwi, jak robili to w inne dni, rozkazując mu stawić się do pracy przymusowej w jakiejś słoweńskiej fabryce albo, co gorsza, przy którejś z ramp kolejowych w pobliżu obozu jenieckiego w Mariborze.

Wzdrygnął się. Zaczęły wracać do niego urywki poprzedniego wieczoru. Wybuchy śmiechu. Oczywiście zadymione powietrze. Wyciskający łzy z oczu, palący bimber – jakaś piekielna mikstura, którą chłopcy pędzili w tajemnicy z kradzionych ziemniaków i zapasów cukru, przynajmniej tak zrozumiał.

Lofty. Już wiedział. Lofty Collier miał dwudzieste pierwsze urodziny i to była wystarczająca okazja, żeby napić się wódy. Bruce’owi zdarzało się już mieć kaca, więcej razy niż pamiętał, ale ten był naprawdę wyjątkowy. Miał wrażenie, jak gdyby w skroń wbijało mu się wiertło, a język przyklejony do podniebienia był jak pokryty cementem. I jeszcze jeździło mu w brzuchu.

Jęknął.

W ciągu wieczoru nastrój zmieniał się gwałtownie. Na początku panowało rozbawienie – dowcipy, śmiech i poczucie wspólnoty. Potem pojawił się ostry zgrzyt, gdy ludzie przypominali sobie, jak rozwścieczyła ich ostatnia zniewaga ze strony tego czy innego strażnika. Oczywiście gdy mężczyźni dzielili się wspomnieniami i opowieściami o domu, zrobiło się ckliwie. W miarę jak zbliżała się północ, zaczęli się ożywiać i popłynęły śpiewy. Jakiś czas i kilka kubków grogu później, gdy schrypnięte gardła chóralnie zaintonowały refren „Auld Lang Syne”, co w tym wykonaniu brzmiało raczej jak „Old Lands Shine”, znowu wszyscy utracili radość. Pojawiły się łzy. Możliwe, że Bruce też kilka uronił.

Co było dalej, nie pamiętał już zbyt dużo.

W baraku śmierdziało. Jego koszula śmierdziała. Musiał wyjść na zewnątrz.

Bruce dźwignął się do pozycji siedzącej i przewiesił nogi przez skraj pryczy. Szorstki, szary koc zsunął się na ziemię. Barak zawirował, a Bruce’owi niebezpiecznie się odbiło. Przygotował się, stanął chwiejnie na nogach, odwrócił wzrok od ostrego odłamka zamglonego lustra, nałożył buty, wcisnął się w swój szynel i poczłapał do drzwi. Gdy je otworzył, powitał go powiew lodowatego powietrza. Zmrużył oczy, by chronić je przed blaskiem bijącym od śniegu. Być może, pomyślał, lodowaty wiatr go oczyści, wymiecie z niego toksyczne pozostałości minionej nocy. Siadł ciężko na odwróconej skrzynce ze znakiem Czerwonego Krzyża, na której czasem siadywał, gdy było cieplej, owinął się płaszczem i zaczął się zastanawiać, czy fajka sprawi, że poczuje się lepiej, czy gorzej.

Tam właśnie zastał go Frank Butler.

– Wstawaj, ty paskudny gnojku – powiedział Frank.

– Odwal się, Frank – odpowiedział Bruce.

– No dalej, Brusie. Ruszże dupsko. Przejdziemy się, trzeba się rozruszać.

Frank złapał Bruce’a za ramię i dźwignął go na nogi. Przechadzka po Stalagu XVIIID była ich niedzielnym zwyczajem; częściowo dla ruchu, a częściowo dlatego, że mieli dzięki temu dodatkową okazję, by podrażnić strażników szyderstwami ostrymi jak otaczający obóz drut kolczasty, głównie żeby zabić okropną nudę.

– Rany, wyglądasz jak gówno – stwierdził Frank, zerkając na niego kątem oka. Obelgi były w ich rozmowach zupełnie normalne, ale Frank mówił poważnie. Rano o tej porze Bruce był zazwyczaj świeżo umyty, włosy miał przyczesane i ułożone, a ubranie wyglądało na tyle dobrze, na ile było to możliwe. Ale nie dzisiaj.

Bruce’a stać było tylko ma burknięcie w odpowiedzi.

Szli w przyjaznym milczeniu. Pod podeszwami ich butów poskrzypywał cal świeżego śniegu. Chmury nad ich głowami trochę się rozeszły i światło pojaśniało. Dla zaczerwienionych oczu Bruce’a to była tortura. Mocno zacisnął powieki i zgrzytnął zębami.

– No proszę – westchnął Frank. – A co my tutaj mamy?

Bruce otworzył oczy.

Znajdowali się na południu, trzydzieści jardów od miejsca, które nie podlegało bezpośredniej obserwacji strażników na wieżyczkach. Po drugiej stronie ogrodzenia bez ruchu stała jakaś postać – musiała być odważna albo zdesperowana, bo strażnicy raczej nie zachęcali miejscowych do kontaktów z osadzonymi. Sądząc po ubraniu, była to stara kobieta – miała na sobie bezkształtną, wełnianą sukienkę oraz dziergany szal z czarnymi frędzlami.

Jej obecność była czymś niezwykłym, czymś odstającym od monotonii życia obozowego.

– Chodź – powiedział Bruce. – Zobaczymy, czego chce.

Frank rozejrzał się uważnie. Nie było widać żadnych strażników, ale to nic nie znaczyło. W każdej chwili ktoś mógł się pojawić.

– Lepiej nie – mruknął. – Jak kogoś zobaczą, to zastrzelą.

– Nieee – przeciągnął Bruce. – Nic jej się nie stanie.

Kac trochę odpuścił. Odzyskał chęć do życia.

Frank został tam, gdzie stał. Bruce dziarsko podszedł do ogrodzenia. W przeciwieństwie do większości obozów dla jeńców wojennych, gdzie były podwójne ogrodzenia, które dzieliło dziesięć jardów martwej ziemi, Stalag XVIIID, w którym mieściły się baraki armii słoweńskiej, otoczony był pojedynczym, wysokim płotem z drutu. Pomimo niebezpieczeństwa miejscowi czasami przychodzili, żeby przehandlować jajka, chleb czy wełniane rękawiczki za rzadkie dobra luksusowe, takie jak konserwy mięsne czy czekolada, które trafiały do obozu w paczkach Czerwonego Krzyża.

Kobieta obserwowała, jak się zbliżał. Pochylona i bezkształtna, przypominała Bruce’owi starą Sis Moore, która terroryzowała okoliczne dzieciaki, gdy dorastał. Krążyły plotki, że dzieciaki, które szwendały się po jej ziemi, biła – a nawet zjadała.

– Dzień dobry – powiedział, gdy zbliżył się do ogrodzenia, i uśmiechnął się.

Kobieta zrobiła krok do przodu i wyciągnęła do niego ręce. Gdy na niego spojrzała, uśmiech zamarł mu na ustach – pod frędzlami szala jej oczy były zielone i bez wątpienia młode.

– Bitte – powiedziała. – Bitte, hilf mir.

Powiedziała więcej – kilka zdań cichym, naglącym głosem, głosem młodej kobiety – ale Bruce nie znał niemieckiego. Zrozumiał prośbę o pomoc, ale reszty już nie. Pokręcił głową.

– Przykro mi – zaczął mówić, ale zamilkł. Jej spojrzenie prześlizgnęło się po jego ramionach, a jej oczy – piękne oczy, co zauważył – lekko się rozszerzyły.

– Bitte – powtórzyła i znowu wyciągnęła dłoń w stronę ogrodzenia.

Bruce wyciągnął swoją i poczuł, że wpycha mu w palce skrawek papieru. A potem zniknęła. Można by uznać, że byli świadkiem cudu, gdy starucha się wyprostowała, uniosła skraj sukienki i jak gazela pomknęła w dół łagodnego wzgórza, w stronę odległych o jakieś sto jardów drzew.

– Halt!

Bruce się odwrócił i zobaczył, że obok Franka idzie jeden ze strażników, unosząc karabin. Machnął na Bruce’a, żeby usunął się z drogi, ale ten się nie ruszył. Strażnik zrobił krok w lewo, by mieć czysty strzał. Bruce zrobił krok w prawo, blokując go.

– Halt! – znowu wrzasnął strażnik głosem pełnym wściekłości.

– Uciekaj! – ryknął Bruce, nie spuszczając wzroku ze strażnika. – Szybciej!

Rozszczekały się psy, wydając dziki, zajadły dźwięk. Strażnik zrobił krok, by wyminąć Bruce’a, ale Bruce opuścił ramię i pchnął go. Zamiast strzelić do uciekającej dziewczyny Niemiec odwrócił się do niego. Twarz miał bladą ze złości i wypluł z siebie coś po niemiecku. Bruce uśmiechnął się do niego. Strażnik uniósł broń, ale gdy Bruce nawet nie drgnął, opuścił ją, zmienił uchwyt i walnął go kolbą. Bruce zdążył się odwrócić i przyjął uderzenie na dolną część pleców.

– Gnojek! – powiedział.

Teraz znowu czuł się żywy. Kac mu przeszedł. Patrzyli na siebie ze strażnikiem, ich oddechy parowały w powietrzu. Po kilku chwilach Niemiec zaklął, splunął na ziemię i odszedł z zamiarem – Bruce nie miał co do tego żadnych wątpliwości – narobienia mu kłopotów.

Dołączył do Franka.

– Udało się jej? – spytał.

– Nie wiem. Szybko biegła. Chyba coś sobie zrobiła tuż przed tym, jak dotarła do drzew. Musiała się zranić. Resztę drogi się czołgała. Jeśli puszczą za nią psy, to już po niej.

Psy nadal ujadały. Ale gdy Frank i Bruce wrócili do swojego popisu nonszalancji, ich jazgot zaczął przycichać. Ktoś krzyknął na nie po niemiecku. Minutę czy dwie później w obozie znowu zapanowała cisza.

– No i co, warto było dać sobie skopać dupę? – powiedział Frank. – Co ci dała?

Bruce ukradkowo otworzył dłoń i pokazał Frankowi kawałek papieru.

– Okantowała cię – stwierdził Frank.

Bruce tak nie uważał, nadal był pod wrażeniem tego spotkania. Przynajmniej było czymś interesującym. I przeszedł mu kac.

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

 

 

JOSEFINE, MARIBOR,

12–15 LUTEGO 1942

 

Tego dnia, gdy wszystko się zmieniło – 12 lutego 1942 roku – Josefine Lobnik szła po ulicach starej części Mariboru, zmierzając w stronę Vetrinjskiej, jak wcielenie wzruszającej niewinności. Ubrana była w stylu typowym dla Słowenek: miała czarną, sięgającą kostek spódnicę z wysokim stanem, białą, haftowaną bluzkę i czerwony płaszczyk z jedwabną podszewką. Cudowną falę jej kruczych włosów podkreślała obszyta koronką mantylka, a pod podszewką płaszczyka miała paczuszkę z dokumentami, które przenosiła między jedną a drugą grupą partyzantów.

Gdy znalazła się w pobliżu targu Glavni – jak większość Słoweńców, odmawiała nazywania placu miejskiego Adolf-Hitler-Platz, co zarządził nazistowski okupant – nagle wszędzie zaroiło się od niemieckich żołnierzy. Oddech uwiązł jej w gardle. Odkrycie dokumentów, które miała przy sobie, oznaczałoby nie tylko wyrok śmierci dla niej, ale także doprowadzenie do zdemaskowania wielu słoweńskich patriotów.

Żołnierze, grożąc karabinami, spędzili wszystkich na centralny dziedziniec. W pierwszej chwili Josefine sądziła, że zostanie aresztowana i przeszukana, ale gdy tylko znalazła się na placu, zrozumiała, co się działo.

Na rynku stała ciasno ściśnięta grupa dwudziestu ludzi. Z dachu Rotovž, pięknego ratusza w stylu renesansowym, zsuwały się zaspy białego puchu, spadając na ramiona zebranych. Śnieg prószył z ołowianego nieba i zmiękczał krawędzie budynku Ludvigshof i innych budowli o stromych dachach, które oskrzydlały plac; to powinna była być piękna scena. Jednak każdego wyjścia strzegli niemieccy żołnierze w swoich szarych mundurach, a tych kilku, którzy stali parę kroków od dwudziestu jeńców, trzymało pistolety automatyczne.

Przez tłum przemknął jęk przerażenia, gdy ludzie, tak jak Josefine, uświadomili sobie, czego świadkami mają być. Żołnierze zmusili mężczyzn i kobiety, by z grubsza ustawili się w rzędzie, a z tłumu zaczęły się podnosić okrzyki rozpaczy, w miarę jak widzowie rozpoznawali twarze. Wszyscy znali niskiego, baryłkowatego Miljenkę. Nikt nie pamiętał jego nazwiska, ale każdy kojarzył jego nalaną, czerwoną twarz z bulwiastym nosem poznaczonym niebieskimi żyłkami. Zawsze kręcił się gdzieś po centrum Mariboru, albo śpiąc w bramach, albo szwendając się po ulicach, niezmienne roztaczając woń taniego wina.

Josefine rozpoznała także Franca Gudeka, przyjaciela jej ojca. Franc miał dobrze po siedemdziesiątce, niegdyś handlował książkami, a obecnie był na emeryturze. Był drobnym człowiekiem o łagodnym sposobie bycia, uduchowionych oczach o opadających powiekach, wąskich, przygarbionych ramionach, ze smutnym uśmiechem na wąskich wargach i przerzedzonych, śnieżnobiałych włosach. Zawsze drżały mu wargi, a w lewym oku miał niekontrolowany tik, co razem dawało efekt taki, jakby miał zaraz zalać się łzami.

Josefine wzdrygnęła się, gdy rozpoznała też dwóch z braci Milaveców: Albina i Marjana. Albin miał osiemnaście lat, tyle samo, co Josefine; Marjan był o rok młodszy. Obaj byli wysocy, ale drobnej budowy, Marjan z brązowymi włosami zaczesanymi do tyłu, a Albin z czarnymi jak węgiel lokami rozdzielonymi przedziałkiem na środku. Josefine spotykała się z Albinem na niektórych lekcjach w szkole. Nie znała go dobrze, ale był pilny i zawsze wobec niej grzeczny – z pewnością nie był to typ, który wdawałby się w bójki na szkolnym boisku. O ile Josefine było wiadomo, nikogo nie skrzywdził.

– Albin – jęknęła. – Dlaczego ty?

Spojrzał na nią stojący obok mężczyzna.

– Bez powodu – powiedział. – To mógł być ktokolwiek. Mogłaś to być ty albo ja. Wszystko przez to, co się tam stało.

Kciukiem wskazał w kierunku Pohorje, gór wznoszących się na zachód od miasta. Josefine wiedziała lepiej niż ktokolwiek, że kilka dni wcześniej na zalesionych zboczach partyzanci zasadzili się na niemiecki patrol. Kiepsko wyposażeni partyzanci nie powinni się porywać na tego zdyscyplinowanego wroga z jego nowoczesną bronią, ale znajomość trudnego terenu dawała im znaczącą przewagę, zwłaszcza zimą, gdy głębokie, podstępne zaspy sprawiały, że warunki były jeszcze trudniejsze. W wyniku krótkiego i gwałtownego starcia zginęło czterech Niemców. Straty po stronie partyzantów to dwóch lekko rannych – i triumfowali po cichu, gdy wracali do swojej górskiej kryjówki i bezpiecznej, dobrze ukrytej bazy. Radosny nastrój panujący w pewnych, tajnych kręgach Mariboru był podszyty niepokojem ze względu na złe przeczucia. Wszyscy wiedzieli, że dowódca sił okupacyjnych wydał dyrektywę, zgodnie z którą za śmierć każdego Niemca życie straci pięćdziesięciu Słoweńców. Raczej dla wygody niż z litości na targu Glavni zgromadzono tylko dwadzieścia osób. Ofiary zostały wybrane zasadniczo losowo; po prostu było to pierwszych dwadzieścia osób, na które naziści się natknęli na placu. Dla nich ten dzień zaczął się jak każdy inny – kupowali chleb, zajmowali się swoimi obowiązkami, wyprowadzali psy, oraz, w przypadku Miljenki, pili wino – teraz jednak wszystko to miała zakończyć śmierć. Pół godziny wcześniej, a w sieć katów wpadłaby także sama Josefine.

– Ale oni nawet nie są partyzantami – powiedziała Josefine, po czym z przestrachem zerknęła na mężczyznę, uświadamiając sobie, co mógł wywnioskować z jej słów.

Skinął głową.

– No właśnie – mruknął ponuro.

Cztery ofiary, w tym Franc i Albin, spoglądały na swoich katów, mając w oczach wyłącznie pogardę i bunt. Franc miał zupełnie nieruchomą twarz; Josefine myślała o tym, że nie doceniała jego odwagi. Na biednego Albina ledwie była w stanie patrzeć.

Niemiecki oficer próbował przemówić, ale jego głos utonął pośród płaczu tłumu. Jego frustracja rosła. Zgromadzeni jęknęli, gdy dwóch z dwudziestu zemdlało, a stojący obok dźwignęli ich z powrotem na nogi, podtrzymując ich w pasie.

Ktoś zawołał, żeby wezwać księdza, by udzielił ostatniego namaszczenia, a okrzyk został podchwycony przez tłum. Prośba została zignorowana. Potem, znienacka, jedna z ofiar zaczęła mówić. W głosie mężczyzny był strach, ale także bunt.

– Naš Oče, ki je v Nebesih… Ojcze nasz, któryś jest w niebie…

Dwudziestka złapała się za ręce. Tłum momentalnie zamarł, a potem dołączył do modlitwy ofiar. Nawet Miljenko, który był permanentnie pijany, a poza tym uważany za nieco opóźnionego, wydawał się wiedzieć, co się stanie. Pochylił ramiona i mamrotał z innymi.

Zanim modlitwa dobiegła końca, jedna z kobiet stojących w rzędzie osunęła się, padając na ziemię mimo wysiłków pozostałych, żeby ją podtrzymać. Rozległo się ostre szczeknięcie ognia maszynowego. Josefine nie dosłyszała rozkazu, by otworzyć ogień. W tłumie narastał jęk. Z zakamarków i daszków starych, kamiennych budynków otaczających plac setki gołębi poderwały się do lotu tak, jak te oszołomione dusze. Na wydeptanym śniegu pod bezładną stertą ciał rosła szkarłatna plama.

Spokojnie, bez pośpiechu, nazistowski dowódca dobył z kabury swojego walthera P38 i podszedł do tej kobiety, która zemdlała; teraz szlochała, leżąc na ziemi. Wycelował starannie i dwukrotnie strzelił jej w głowę. Krzyki tłumu zostały wzmocnione przez mroczny pomruk. Może jednak, ponuro pomyślała Josefine, Adolf-Hitler-Platz było odpowiednią nazwą.

– Kundle – wyszeptała.

– Tak – zgodził się mężczyzna obok niej. – Sądzą, że to zastraszy nas tak bardzo, że nie będziemy wspierać partyzantów. – Splunął na ziemię. – No, to się zdziwią.

Z wyjątkiem kilku osób, które próbowały dostać się do ciał – i były trzymane na muszce, by się nie zbliżyły – tłum zaczął się rozchodzić. Josefine pozwoliła mu się ponieść. Jej początkowy, tępy szok zastąpiła dzika, bezlitosna wściekłość. Przy wyjściu z placu stał wyglądający na przestraszonego niemiecki żołnierz, potrącany przez tych, którzy go mijali; Josefine, przechodząc, opluła go.

– Mam nadzieję, że spłoniecie w piekle! – krzyknęła, ale jej klątwa zginęła pośród głośniejszych przekleństw ciskanych przez innych.

Zupełnie przestała myśleć o tym, że ma zadanie do wykonania. Dokumenty spoczywały bezpiecznie w sekretnej kieszonce jej płaszcza, ale o ile tego popołudnia wyruszyła z poczuciem, że zrobi wszystko, żeby sprzeciwić się okupacji, teraz miała wrażenie, że to zdecydowanie za mało. Przysięgła sobie, że zrobi wszystko, co w jej mocy – poświęci własne życie, jeśli to będzie konieczne – by uwolnić swój kraj od nazistowskiej zarazy.

Gdy zmierzała w stronę mostu, który musiała pokonać po drodze do domu w wiosce Limbuš, poczuła nagły, przemożny dreszcz. Właśnie o dom chodziło; cały czas chodziło o dom. Gdy przed dziesięcioma dniami aresztowano jej brata, Poldego, była pewna, że był bezpieczny. W niewoli, ale bezpieczny. Słyszała pogłoski o masowych egzekucjach – że młodych mężczyzn i kobiety wleczono do lasów otaczających miasto i rozstrzeliwano – ale tyleż w nie powątpiewała, co, jeśli miała być ze sobą szczera, nie chciała zmierzyć się z prawdą. Tak, jak inne koszmary wojny, wydawało się to zbyt odległe. Teraz jednak, po tym, czego świadkiem była na targu, nagle wszystko, co najgorsze, zyskało upiorny rys prawdopodobieństwa.

Gdy była blisko domu, zaczęła biec, początkowo powoli, potem szybciej, jakby w pięty kąsał ją strach. Gdy wpadła przez drzwi, natychmiast wybuchła płaczem.

W drzwiach kuchennych pojawiła się jej starsza siostra, Anica.

– Pepi, co się stało? – spytała, zwracając się do Josefine tak, jak nazywano ją w rodzinie. – Co się stało?

Josefine pokręciła głową, nie będąc w stanie mówić. Anica ją przytuliła i pogładziła po włosach.

– Co się dzieje? – powtórzyła po minucie czy dwóch, gdy Josefine wciąż szlochała. Mówiła tym płaskim, pozbawionym emocji tonem, którym posługiwała się, odkąd kilka tygodni wcześniej pojawiła się po swojej niewyjaśnionej nieobecności. To był głos osoby, która przeżyła horror i spodziewa się, że przeżyje go ponownie.

– Anica – wyszeptała Josefine. – Zabili Franca. Franca Gudeka. Zastrzelili go, i innych też. Albina, Marjana…

Nie była w stanie mówić dalej.

– Albina? Chłopaka Milaveców? – spytała Anica.

Josefine skinęła głową.

– I jego brata, Marjana.

– To tragedia. Byli tacy młodzi. Ojciec będzie zdruzgotany – powiedziała Anica. – Franc był dobrym przyjacielem. Dobrym człowiekiem. Powiedz mi, co się stało.

– Zastrzelili dwadzieścia osób na placu targowym – chlipnęła Josefine. – Dwadzieścia. Po prostu… ich zastrzelili.

Potrząsnęła głową, żeby pozbyć się tego powidoku: czarnych wzgórków ciał i rozszerzającej się plamy pod nimi. Trzasku pistoletu: raz, dwa. Spazmatycznego drgania nogi tej kobiety. Josefine widywała już zwłoki – wyznający katolicyzm Słoweńcy odprawiali czuwania przy martwych w otwartych trumnach – ale nigdy nie widziała, jak ktoś umiera, nie mówiąc już o gwałtownej śmierci.

Anica milczała. Obejmowała Josefine i mechanicznie gładziła jej włosy.

– Polde – zdołała wykrztusić Josefine. – Co z naszym drogim bratem?

– Musimy mieć nadzieję na najlepsze. – Anica wyrecytowała rodzinną mantrę, ale w jej głosie brakowało spokoju. – Zatrzymują ludzi za nic, te bydlaki – powiedziała po chwili, niemal jakby mówiła do siebie. – Bez namysłu wymordują nas wszystkich. Dla tych świń życie Słoweńca nie ma żadnej wartości.

Josefine słyszała, jak inni mówią to samo, jednak po raz pierwszy poczuła, że w tych słowach jest prawda.

 

 

Rano po wydarzeniach na targu Glavni Josefine ponownie przekroczyła most do Mariboru. Tym razem spotkała się ze swoim kontaktem i przekazała dokumenty. Potem rozpoczęła poszukiwania brata. Ktoś, jak uznała w trakcie długiej, bezsennej nocy, musi coś wiedzieć.

Na wszelki wypadek porozmawiała ze starymi przyjaciółmi Poldego. Szukała ludzi, którzy często go odwiedzali. Męczyła swoje kontakty w ruchu partyzanckim, rozmawiała nawet z tymi, o których wiedziała, że zostali aresztowani przez nazistów, a potem zwolnieni. Kilku ludzi wiedziało, że Polde został pojmany – takie wieści szybko się rozchodzą – ale nikt nie potrafił powiedzieć nic o okolicznościach jego aresztowania, i nikt nie miał najbledszego pojęcia, co się z nim dzieje. Najlepsza przyjaciółka Josefine, Jelena Kunstek – Jelka – pracowała nocami jako sprzątaczka w Kommandantur, niemieckim biurze administracyjnym, i często miała dostęp do informacji, które przekazywała ruchowi oporu, ale nawet jej nie udało się znaleźć niczego, co rzuciłoby jakieś światło na los Poldego.

Josefine, odkładając na bok niechęć, zawitała nawet do znajomej sprzed wojny, którą podejrzewała o kolaborację, ale ta kobieta też niczego nie słyszała.

Ludzie mieli natomiast różne teorie. Być może Polde został wysłany na północ, do Austrii, albo na wschód, do Niemiec, gdzie podobno były obozy dla „przesiedlanych” dysydentów? Może marnieje w którymś z lokalnych więzień, jak to pod zamkiem Maribor? To oznaczałoby, że jest torturowany; Josefine odpychała od siebie myśl, że to mogłaby być prawda. Żadna z osób, z którymi rozmawiała, nie wspomniała o innej możliwości, tej, o której nie miała śmiałości myśleć: że ciało Poldego spoczywa w płytkiej mogile, gdzieś w lesie. Ale ta myśl i tak była, niewypowiedziana.

Jedyny cień nadziei dał jej człowiek powiązany z partyzantami, który miał przyjaciół często wzywanych do Stalagu XVIIID, obozu jenieckiego na obrzeżach Mariboru, by dokonać różnych napraw. Josefine wiedziała, że Słoweńcy byli przetrzymywani w części wschodniej, i spytała, czy byłaby możliwość, żeby tam popytać, ale mężczyzna pokręcił głową.

– Moi przyjaciele nigdy tam nie chodzą. A z zewnątrz nie da się porozmawiać z więźniami. Słowiańska część jest zbyt mocno strzeżona. Nie uda ci się tam podejść.

Na widok wyrazu twarzy Josefine mówił dalej.

– Jedyna szansa, żeby się dowiedzieć, czy twój brat tam jest, to znaleźć kogoś, kto mógłby popytać pośród angielskich więźniów. Oni być może byliby w stanie dowiedzieć się czegoś od Słowian.

– A jak mogłabym porozmawiać z Anglikami? – spytała podniecona Josefine.

– Ludzie czasami chodzą tam handlować – odparł. – Jest takie miejsce przy ogrodzeniu, gdzie strażnicy niezbyt często się zapuszczają. – Zamilkł na moment. – Powiedziałaś „ja”. Chyba nie masz zamiaru sama próbować, co? To zbyt niebezpieczne.

– Oczywiście, że nie – skłamała Josefine. – To była figura retoryczna.

 

 

Josefine dowiedziała się, że angielscy więźniowie, normalnie kierowani do zakładów pracy, niedziele spędzali w obozie. A ponieważ był to dzień odpoczynku, ci, którzy mieli odwagę przenosić kontrabandę do Stalagu XVIIID, uważali ten dzień za najbezpieczniejszy, bo również strażnicy wydawali się na to patrzeć przez palce.

Zatem w niedzielę Josefine stała, drżąc, na skraju lasu u stóp wzgórza, na którym wznosiło się ogrodzenie z drutu kolczastego otaczające obóz. Ubrana była jak staruszka – jej zwykłe przebranie, gdy wykonywała zadania dla mariborskiego ruchu oporu – ale licha sukienka z wełny nie nadawała się tę pogodę. Chłodny wiatr przewiewał ją na wskroś.

Żołądek miała ściśnięty. Wiedziała, że Niemcy strzelają do każdego, kto w pobliżu ogrodzenia zachowuje się podejrzanie – albo, wcale nie lepiej, spuszczają za nim psy. Podczas swoich zadań w Mariborze wielokrotnie ryzykowała, ale niebezpieczeństwo zawsze wydawało się czymś abstrakcyjnym. Teraz, mając w głowie świeże wspomnienie z targu Glavni i z widocznymi raz po raz strażnikami, którzy z karabinami na ramieniu patrolowali teren obozu, było aż nadto realne.

Dwukrotnie już zebrała się na odwagę, żeby ruszyć w stronę ogrodzenia, gdy pojawiał się strażnik i z walącym sercem musiała przykucać między drzewami. Przyszło jej do głowy, żeby może lepiej dać sobie spokój z tą wyprawą, ale liścik, który miała w kieszeni, sprawiał, że czekała. Wreszcie, gdy strażnik niespiesznie minął płot i zniknął za rogiem budynku, wzięła głęboki wdech i zmusiła się, żeby ruszyć.

To było najdłuższych sto jardów w jej życiu. Gdy dotarła do ogrodzenia, nikogo tam nie było. Zupełnie, jakby obóz spał. Na to nie była przygotowana. Zakładała, że będzie tu ktoś, komu od razu będzie mogła przekazać liścik i uciec. Zamiast tego zmuszona była, żeby tam stać, czując, że rzuca się w oczy tak, jak gdyby była naga.

Wreszcie zobaczyła dwóch mężczyzn, obu w obcych mundurach. Zgadywała, że byli to Anglicy. Jeden z nich ją zobaczył i przystanął. Drugi uniósł wzrok.

Po chwili ten drugi ruszył w jej stronę.

– Proszę – powiedziała po niemiecku, wyciągając liścik. – Proszę, pomóż mi. Naziści zabrali mojego brata i sądzimy, że może być tutaj więziony. Nie ma go od dwóch tygodni.

Spojrzała mu prosto w twarz. Był nieogolony i miał zaczerwienione oczy, a na koszuli podejrzane smugi. Zobaczyła, jak zareagował, gdy dojrzał jej twarz: dłoń instynktownie podniósł do włosów – dziwny gest, biorąc pod uwagę, jakie były tłuste i niechlujne.

Mężczyźni, pomyślała. Są w stanie myśleć tylko o tym, jakie wrażenie robią na kobietach.

– Proszę, pomóż mojej rodzinie dowiedzieć się, co się z nim stało – powiedziała.

Mężczyzna zaczął coś mówić po angielsku, ale uwagę Josefine przyciągnął jakiś ruch za jego plecami – błysk szarości. Niemiecki żołnierz.

Wepchnęła karteczkę przez druty, a tamten mężczyzna ją wziął. Żołnierz krzyknął, ona zaś odwróciła się i pobiegła, w każdej chwili spodziewając się strzału. W panice oddychała szybko i chrapliwie, aż bolało ją gardło. Wydawało się, że las w ogóle się nie przybliża.

Rozległ się kolejny krzyk, potem jeszcze jeden. Nadal nikt nie strzelał. Do drzew miała dwadzieścia jardów. Teraz zaczęły szczekać psy, a ją przepełnił atawistyczny, pierwotny strach. Właśnie wtedy o coś się potknęła – o kamień, korzeń, dziurę w ziemi – i noga wykręciła jej się boleśnie. Krzyknęła i upadła naprzód. Kolano zapłonęło bólem. Próbowała się podnieść, ale kolano nie było w stanie utrzymać jej ciężaru. Gorączkowo zaczęła się czołgać w stronę drzew.

Błagam, myślała. Błagam. Tylko nie psy.

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

 

 

 

 

BRUCE, STALAG XVIIID,

15 LUTEGO 1942

 

Po powrocie do baraku Bruce i Frank przyjrzeli się liścikowi, napisanemu odręczne, ciasnymi, pochylonymi w lewo literami.

– Co to za język? – spytał Frank.

– Szwabski – odparł Bruce, wpatrując się w karteczkę oczami krótkowidza.

– Ach. Taffy szwargocze po ichniemu. Można by go spytać.

– Tylko dlaczego niemiecki? – dziwił się Bruce. – Przecież tu się mówi po słoweńsku. Może to jakaś pułapka?

Poszli poszukać Taffy’ego, sympatycznego Walijczyka, który znalazł się tutaj kilka miesięcy wcześniej.

– To po szwabsku – wyjaśnił Bruce. – Ale zastanawiam się, czemu nie po słoweńsku.

– To akurat nic dziwnego – powiedział Taffy. – Gadałem z jednym z nich, tam, o. – Machnął ręką w kierunku oddzielnej części obozu, gdzie trzymano słoweńskich więźniów, wraz z Rosjanami, Polakami i innymi nie-Anglikami, czy ludźmi z krajów Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. – Okazuje się, że ta część świata była poprzednio austriacka. Granica Austrii jest raptem kilka mil stąd. Oni wszyscy mówią po niemiecku. Pewnie uznała, że jeśli będzie po słoweńsku, to nic z tego nie zrozumiecie.

– No i tutaj miała rację – przyznał Bruce. – Więc co tu jest napisane?

– Proszę o pomoc – przeczytał Taffy. – Szukam mojego brata, Leopolda Lobnika, znanego także jako „Polde”, z Limbuš, który zaginął dwa tygodnie temu. Czy moglibyście się dowiedzieć, czy nie jest więźniem w tym obozie? Wrócę w następną niedzielę o tej samej porze.

– I to wszystko?

– No wszystko – potwierdził Taffy.

– Okantowała cię – ponownie powiedział Frank.

 

 

Część obozu dla jeńców ze Wschodu była koszmarna. Jeśli Polde tam był, to Bruce go żałował. Strażnicy nienawidzili wschodnioeuropejskich więźniów i traktowali ich z otwartą pogardą. Ich jedzenie – ta odrobina, którą dostawali – nie nadawało się nawet dla świń, a porwane ubrania wisiały luźno na wychudzonych ciałach, jak wystrzępione i ponure szmaty trzepoczące wokół strachów na wróble. W porównaniu z tym jeńcy anglojęzyczni mieli luksusowe życie. Każda próba zaprzyjaźnienia się czy rozmowy ze Słowianami szybko była ucinana, zwykle ciosem kolby, uderzeniem pałki albo niebezpiecznie bliskim strzałem ostrzegawczym. Dla Słowian kara była jeszcze gorsza.

Tym niemniej Bruce, gdy miał pewność, że nikt go nie obserwuje, podszedł do płotu Obozu Wschodniego, zwrócił na siebie uwagę wymizerowanego więźnia po tamtej stronie i wypowiedział przećwiczone zdanie po rosyjsku.

– Ty gawarisz pa-anglijskij?

To było najlepsze, co usłyszał, gdy pytał, czy ktokolwiek wie, jak powiedzieć po słoweńsku „Mówisz po angielsku?”. Obozowi lingwiści zapewnili go, że języki słowiańskie są do siebie bardzo zbliżone i że Słoweńcy zrozumieją rosyjski.

Pierwszy więzień spuścił wzrok i człapiącym krokiem odsunął się od ogrodzenia, podobnie jak dwaj inni. Nikt nie chciał spojrzeć mu w oczy. Powtórzył wyuczone zdanie raz, dwa razy, trzy. Udało mu się uzyskać tylko puste, tępe spojrzenia i pojedynczy gest zaprzeczenia.

Już miał dać sobie spokój, gdy przez tłumek po tamtej stronie przepchnęła się szkieletowata postać. Mężczyzna miał poszarpaną, niechlujnie zszytą ranę, sięgającą od czoła po żuchwę, i nienaturalnie wykrzywiony nos.

– Ja trochę mówić angielski – powiedział, zbliżając się do ogrodzenia.

Bruce otworzył usta, gdy za jego plecami rozległ się strzał. Odwrócił się na pięcie, wepchnął ręce w kieszenie i zaczął się oddalać od płotu, ale na jego ramieniu wylądowała dłoń, która osadziła go w miejscu. Już miał się odwinąć, gdy dostał w nos czymś drewnianym – rękojeścią kilofa, pomyślał. Upadł na kolana, ale podniósł się tak szybko, jak tylko był w stanie, cofając się chwiejnie z rękami przed sobą, by osłonić się przed kolejnymi ciosami. Skończyło się na jednym, ale gdy odchodził pospiesznie, słyszał za sobą wściekły potok niemieckich przekleństw. Od strony Obozu Wschodniego rozległy się kolejne krzyki. Bruce wzdrygnął się na myśl, co mogło spotkać tego mężczyznę, z którym rozmawiał. Przycisnął dłonie do nosa, próbując powstrzymać krwawienie, i tak jak tysiące razy, odkąd znalazł się w tym obozie, przeklął Niemców.

 

 

W ciągu następnych dwóch dni Bruce korzystał z każdej okazji, by podkraść się do płotu Obozu Wschodniego. Trzeciego dnia znowu zobaczył tamtego człowieka z blizną. Gdy obaj się upewnili, że nie widać żadnego strażnika, podeszli do ogrodzenia.

– Bruce – powiedział Bruce, kładąc rękę na drutach.

– Brusz – powtórzył tamten, opierając dłoń na drutach z drugiej strony. – Krystian – powiedział, wskazując na swoją pierś, choć mówił tak cicho i z tak ciężkim akcentem, że to równie dobrze mógł być „Kristof”.

– Wiesz, czy jest u was Leopold albo Polde Lobnik? – powiedział powoli.

– Czego chcesz, Brusz? – powtórzył Słoweniec, który wyraźnie nie zrozumiał pytania.

– Polde Lobnik – powtórzył Bruce, starannie artykułując słowa, żeby mieć pewność, że wypowiada je poprawnie.

– Pula Lobec?

– Nie. Polde Lobnik – powtórzył Bruce, zaznaczając „d” i „n”.

– Ach, Lobnik – odpowiedział Słoweniec. – Ja rozejrzeć – powiedział i odszedł.

Trzy dni później, w sobotę, dzień przed tym, jak dziewczyna obiecała wrócić, Bruce zauważył Słoweńca przy ogrodzeniu i zbliżył się chyłkiem. Trudno mu było dokładnie zrozumieć, co mówi Krystian (czy Kristof), ale wyłapał, że kilku Słoweńców internowanych w tym obozie znało Polde Lobnika. Nikt jednak nie wiedział, gdzie był ani co się z nim działo.

– Spasiba – powiedział. Słoweniec skinął głową i obaj z Bruce’em wmieszali się między swoich ludzi.

 

 

Niedziela zastała Bruce’a na powolnym spacerowaniu wzdłuż ogrodzenia. Udawał głęboko zatopionego w myślach, faktycznie jednak skanował przestrzeń za płotem. Był gładko ogolony, włosy miał starannie uczesane, a przetarty i mocno już znoszony mundur tak schludny, jak to było możliwe. Nie przypominał zbytnio tego nieszczęśnika, którym był, gdy ta mała Lobnik zobaczyła go po raz pierwszy.

Na miejsce spotkania przyszedł wcześnie, by nie ryzykować, że się miną. Pohamował chęć nerwowego wałęsania się, starając się w miarę możliwości robić to, co zwykle w niedzielę, nie spuszczając przy tym z oka wiadomego punktu ogrodzenia i pola za nim. Wskazana godzina nastała i minęła. Bruce jednak spacerował dalej, nie chcąc porzucić nadziei. Gdy uśmiechnęło się do niego szczęście i spomiędzy odległych drzew ktoś się wreszcie wyłonił – młoda kobieta, wylękniona jak łania – był już dość daleko od płotu.

Bruce przystanął, zapalił papierosa i ruszył spacerem w innym kierunku, w stronę ogrodzenia. Dziewczyna – była o wiele za daleko, by mógł rozpoznać, czy to ta sama, czy nie – zrobiła kilka pełnych wahania kroków w stronę obozu. Stanęła tam, jakby nie mogąc się zdecydować, czy podejść. Bruce z trudem się powstrzymał, żeby nie zacząć do niej machać ani nie podbiec do granicy. Skupił się na niemrawym przestawianiu stóp, jakby zupełnie się nie spieszył, i udawał, że patrzy na wszystko, tylko nie na tę dziewczynę.

Coś ją spłoszyło. Odwróciła się i na wpół weszła, na wpół wbiegła między drzewa. Zniknęła – tak po prostu.

Kącikiem oka Bruce dostrzegł strażnika pałętającego się po terenie. Nie sprawiał wrażenia, jakby zauważył dziewczynę. Ale nawet gdy strażnik zniknął z pola widzenia, a Bruce po raz kolejny minął miejsce spotkania, dziewczyna już się nie pojawiła.

Bruce był rozczarowany. To byłby za duży zbieg okoliczności, gdyby w wyznaczonym dniu i czasie do ogrodzenia podeszła inna dziewczyna. Ale jakiś instynkt podpowiadał mu, że to nie była ona. Tej dziewczynie brakowało chyba odwagi, która siostrze Poldego Lobnika kazała podejść do obozu. Może kogoś przysłała?

Przez następnych kilka dni zastanawiał się, czy tamta młoda kobieta go widziała i rozumiała, że próbował się z nią spotkać. Uznał, że z miejsca, w którym stała, raczej nie była w stanie go zobaczyć. Nawet jeśli była to ta sama dziewczyna, nie widziałaby go na tyle wyraźnie, żeby mieć pewność, że to on – zwłaszcza że podjął wysiłek doprowadzenia się do porządku. Zastanawiał się, czy odważy się na kolejną próbę. Postanowił, że zaczeka i przekona się, czy pojawi się o tej samej porze w kolejną niedzielę.

Tymczasem, głównie po to, żeby zająć czymś sobie czas, którego miał aż nadto, zaczął myśleć o tym, czy dałoby się jej przesłać wiadomość. Mógłby przekupić strażnika; wielu z nich zrobiłoby wszystko za tabliczkę czekolady czy paczkę szlugów. Uznał to jednak za zbyt ryzykowne. Bruce miał świadomość, że gdyby korespondencja została przechwycona albo strażnik zdecydował się odstąpić od umowy, to naraziłby na niebezpieczeństwo ze strony niemieckich władz nie tylko siebie, ale także tę dziewczynę i wszystkich, którzy nosili jej nazwisko. A gdyby nawet strażnik jakimś cudem bez czytania dostarczył wiadomość rodzinie Lobników, to nieoczekiwane pojawienie się pod ich drzwiami niemieckiego żołnierza ściągnęłoby na nich podejrzenia miejscowych. Bruce słyszał pogłoski o tym, jak bezwzględnie partyzanci rozprawiali się z kolaborantami.

Tak czy inaczej, uznał, nie może prosić żadnego szwaba o przekazanie wiadomości.

Jedyną realną możliwością byli rzemieślnicy, którzy regularnie pojawiali się w obozie, by dokonywać różnych napraw. Elektrycy, budowniczowie, hydraulicy – nawet szambiarze, którzy co noc czyścili wychodki i wywozili gówno – wszyscy oni regularnie bywali w Stalagu XVIIID. Któryś z nich mógł znać Lobników. Albo przynajmniej wiedzieć, w jaki sposób przekazać im wiadomość. Jednak nie było żadnego sposobu, by określić, wobec kogo są lojalni. Bruce zakładał, że w naturalny sposób wszyscy oni nienawidzą niemieckiej okupacji, ale czy mógł to wiedzieć na pewno? Administracja więzienna wyraźnie im ufała i mimo wszystko mogło się okazać, że sympatyzują z nazistami.

Kolejna niedziela nastała i minęła, a Bruce wpatrywał się w pole za ogrodzeniem. Dziewczyna się nie pojawiła. Zaczął się przyglądać robotnikom i skupił na pewnym hydrauliku w zasadzie tylko dlatego, że miał przyjazną twarz.

Gdy Bruce znalazł okazję, by podejść do hydraulika, stojąc bokiem do niego, wymamrotał swoje jedyne rosyjskie zdanie.

– Ty gawarisz pa-anglijskij?

– Ne govorim angleško – mężczyzna wzruszył ramionami.

– Deutsche? – spróbował Bruce.

Pauza.

– Ja – dobiegła go ostrożna odpowiedź.

Bruce zrobił gest „zaczekaj” i pognał, żeby znaleźć Taffy’ego, zanim hydraulik skończy swoją pracę i odejdzie.

Za pośrednictwem Taffy’ego Bruce mógł się porozumieć z tym Słoweńcem. Tak, powiedział robotnik, znał rodzinę Lobników z Limbuš. Dlaczego Bruce pyta?

Mimo bariery językowej Bruce wyczuwał jego niechęć. Otwarta, przyjazna twarz, która skłoniła Bruce’a, żeby z nim porozmawiać, zniknęła pod nieufną maską.

– Powiedz mu, że siostra Poldego Lobnika przekazała mi liścik z prośbą, bym się dowiedział, czy Polde tu jest. Mam dla niej odpowiedź. Chciałbym, żeby jej przekazał kilka zdań.

Taffy przetłumaczył. Mężczyzna przerwał pracę i obrzucił Bruce’a podejrzliwym spojrzeniem. Bruce prawie widział, jak kalkuluje, czy to możliwe, by ten jeniec był niemiecką wtyczką i próbuje zdobyć jakieś informacje, które mógłby przehandlować z władzami obozowymi za cenne przywileje.

Hydraulik wrócił do swojego zadania i wreszcie lekko skinął głową. Bruce ukradkiem wsunął do kieszeni jego okrycia, leżącego obok na ziemi, napisany przez siebie liścik. Odeszli z Taffym niespiesznym krokiem. Wkrótce potem mężczyzna spakował swoje narzędzia i nałożył płaszcz, po czym odszedł.

Przez pierwszych kilka dni Bruce podświadomie czekał na dźwięk kroków stóp w wojskowych buciorach zbliżających się do jego drzwi, przez które wejdą żołnierze, żeby go zawlec do jakiegoś zbira, który z okrutnym uśmiechem pomacha mu nakazem aresztowania. Ale strach znikał, za to rosły oczekiwania.

W niedzielę od dziewiątej trzydzieści rano czekał już przy ogrodzeniu. Przez całe dwie godziny chodził w tę i z powrotem, uważnie wypatrując jakiegoś ruchu na skraju lasu. Nie dopatrzył się żadnego. Nawet gdy uznał, że dosyć już czekał i ruszył z powrotem, nie mógł się powstrzymać od spoglądania przez ramię. Ale nikogo tam nie było.

Spójrz prawdzie w oczy, powiedział sobie. Więcej jej nie zobaczysz.

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

 

 

 

BRUCE & JOSEFINE,

WELLINGTON I MARIBOR

 

Bruce Gordon Murray urodził się 3 marca 1916 roku i mieszkał w Wellington, stolicy Nowej Zelandii. W 1939, w roku wypowiedzenia wojny, Bruce – dla rodziny „Boy” – miał dwadzieścia trzy lata. Miał czworo rodzeństwa: Alana, Betty, Jo i Norma. Wzrostu pięć stóp i siedem cali, diabelnie przystojny (a przynajmniej tak mówiły dziewczęta), był drobnej budowy, ale z wyrazistym nosem, wysokim czołem i zawadiackim uśmiechem. Był bardzo dumny z tego, jak wygląda. Ciemne, falujące włosy nosił przycięte z boków i z tyłu, żaden kosmyk nie ważył się opuścić swojego miejsca, zwykle wkładał sportowe spodnie z kantami jak ostrze noża i buty wyglansowane na lustrzany połysk.

Rodzice Bruce’a nie zaliczali się do majętnych – mogliby się zaliczać, gdyby ojciec Bruce’a nie przegrał w karty rozległej rodzinnej farmy w Northland – ale żyli wygodnie. Pod koniec lat trzydziestych, gdy ciężkie lata wielkiego kryzysu były już blaknącym wspomnieniem, Nowa Zelandia cieszyła się jednym z najwyższych poziomów życia w świecie rozwiniętym. Sam Bruce był tego dobrym przykładem. Objął stanowisko starszego kierownika produkcji w słynnej wytwórni Prestige Hosiery, która produkowała luksusowe jedwabne pończochy, bieliznę i odzież nocną. Stąd mógł sobie pozwolić na życie dandysa. Sobotni wieczór był wielką sprawą. Bruce i jego koledzy po południu szli na przykład na mecz rugby, a potem na kilka kolejek w hotelu Midland. Potem na przykład mogła nastąpić popijawa gdzieś na przedmieściach, tańce w ratuszu, albo seans w De Luxe Theatre, gdzie z tylnych rzędów oglądali „filmy mówione” – zwłaszcza gdy wyświetlano obraz z Mae West. Bruce w tajemnicy durzył się w Mae West, zresztą jak większość męskiej populacji Nowej Zelandii. Po cichym kinie sprzed kilku lat, z samotnym pianistą zapewniającym akompaniament, filmy z dźwiękiem nadal były pewną nowinką.

Jak większość Nowozelandczyków w jego wieku Bruce uważnie obserwował sytuację polityczną w Europie. Gazety pełne były wiadomości zagranicznych, a wzrost znaczenia Adolfa Hitlera – co było bardzo istotne ze względu na interesy brytyjskie – w tym odległym dominium Wielkiej Brytanii był wyczerpująco opisywany. 12 maja 1937 roku Bruce dołączył do tłumów radośnie świętujących koronację króla Jerzego VI, ale w jego przekonaniu nie było to najważniejsze wydarzenie tego roku. Jeśli miał być szczery, to nie był też nim jego ślub z Doreen. Wszystko to traciło znaczenie przy jedynym zwycięstwie All Blacks nad przyjezdnymi Springboks w Wellington Athletic Park 14 sierpnia. Bruce siedział na zachodniej trybunie: bilety były tam tańsze, a ludzie przekomarzali się dobrodusznie. Tamtego dnia wiał wiatr typowy dla Wellington i Bruce’owi groziło poważne ryzyko utraty jego fedory. Bruce, wraz ze swoimi najlepszymi kumplami, „Blackie” White’em i „Logie” Loganem rozgrzewali się, podając sobie piersiówkę Bruce’a, w której znajdowała się whisky McCallum’s, i cieszyli się, gdy All Blacks z wynikiem 13:7 sięgnęli po zwycięstwo. Po meczu udali się prosto do hotelu Midland, żeby uczcić tę historyczną wiktorię, aż do szóstej, do zamknięcia baru, pijąc kolejkę za kolejką i zabierając kilka flaszek na później.

Na pierwszy rzut oka ta trójka wydawała się zupełnie niedopasowana. Joe „Blackie” White był wszystkim tym, czym nie był Bruce. Miał około sześciu stóp wzrostu, rozczochrane, niepokorne, czarne włosy – czesane z rzadka – nos przestawiony w którejś ze zbyt wielu barowych bijatyk i porażające oczy w czarnej oprawie. Blackie miał ostry język, który w dużej mierze odpowiadał za wygląd jego nosa, ale mimo swojego wizerunku był dobroduszny i zaskakująco nieśmiały – dopóki się nie wkurzył. Był w posiadaniu jednej pary znoszonych spodni z twillu z wystrzępionymi nogawkami, do noszenia na co dzień, oraz jednej pary wymiętoszonych, poplamionych piwem „eleganckich” na szczególne okazje. Tył koszuli zawsze wystawał mu ze spodni. Do kącika ust niemal na stałe miał przyklejonego zwijanego ręcznie papierosa, który tak mocno trzymał się jego dolnej wargi, że Blackie był w stanie wdać się w ożywioną dyskusję, nie ryzykując, że szlug mu spadnie. Czasami, choć nie zawsze, wyjmował go, żeby coś zjeść.

Gdyby nie był takim dobrym przyjacielem, Bruce nazwałby go flejtuchem. Ale byli najlepszymi kumplami, a Bruce nigdy nie powiedziałby niczego, co obrażałoby jego bliskiego kolegę. Blackie opiekował się Bruce’em, odkąd się poznali, a jego imponująca postura zniechęcała wielu potencjalnych barowych rozrabiaków.

Cecil „Logie” Logan z kolei był smukły, może o pół głowy wyższy niż Bruce, z szerokimi ramionami i plecami prostymi jak struna. Miał łagodny głos, jasne, kręcone włosy, pełne, wydęte wargi estety i cokolwiek za duże uszy podkreślone przez jego fryzurę pod garnek. Duże, idealnie okrągłe okulary sprawiały, że jego orzechowe oczy wydawały się większe niż w rzeczywistości. Czy lato, czy zima, nosił tę samą, wiecznie pogniecioną marynarkę w jodełkę z zamszowymi, brązowymi łatami na łokciach i plecionymi, skórzanymi guzikami. Wyglądał jak roztargniony profesor.

Do roku 1939 małżeństwo Bruce’a było jedyną skazą na skądinąd przyjemnym krajobrazie. Jego koledzy – zwłaszcza Blackie i Logie, którzy znali go najlepiej – odradzali mu ten ślub. Nie potrafili polubić Doreen, którą uważali za płytką i nieco jędzowatą. Zbył ich zastrzeżenia, ale zaledwie po kilku miesiącach małżeństwa musiał przyznać sam przed sobą (jeśli już nie przed nimi), że mieli rację. Doreen nigdy nie lubiła dwóch najlepszych przyjaciół męża; przypuszczał, że była zazdrosna o silną więź, która ich łączyła. Tym niemniej, rozsądnie skupił się na zaletach Doreen i miał nadzieję, że wszystko się ułoży; przypuszczał, że on też nie był osobą najłatwiejszą w pożyciu. Utknął w tym związku i był zdecydowany sprawić, by był udany.

Nawet pogłoski o wojnie niespecjalnie go niepokoiły. Gazety okazjonalnie wspominały o takiej możliwości, ale to wydawało się nieprawdopodobne – zwłaszcza po czterostronnym układzie monachijskim, który 29 września 1938 roku ogłosił pacyfistyczny premier Wielkiej Brytanii, Neville Chamberlain. „Pokój naszym czasom”, oświadczył Chamberlain, a gazety to podchwyciły.

W konsekwencji tym, co najbardziej zajmowało mieszkańców Wellington w 1939 roku, nie była wojna, ale kosztująca pięćset tysięcy funtów Wystawa Stulecia. Bruce był jednym z trzech milionów widzów, którzy zdumiewali się obiektami wystawowymi – futurystycznymi budynkami, szerokimi bulwarami, zdobionymi basenami, fontannami i majestatycznym posągiem konia, którego dosiadała naga amazonka – i którzy przejechali się kolejką górską i podziwiali Meksykańską Różę, „dziewczynę o wadze 54 kamieni”. Abstrahując od imprez towarzyszących i osobliwości, wystawa pozwalała spojrzeć w błyszczącą przyszłość, na nowy, wspaniały świat – świat i przyszłość, które, jak się okazało, musiały zaczekać.

 

 

Po drugiej stronie globu, w słoweńskim Mariborze, gdzie mieszkała Josefine, trudniej było ignorować cień wojny. Josefine Lobnik – dla rodziny Pepica albo Pepi – urodziła się 15 lub 16 czerwca 1923 roku (nie wiadomo na pewno, ponieważ miała dwa świadectwa urodzenia). Mieszkała w wiosce Limbuš, którą od Mariboru oddzielała rzeka Drawa. Ona także miała czwórkę rodzeństwa: Anikę (czasami nazywaną Ani), Leopolda (w skrócie Polde), Romana i znacznie młodszą Mitzicę. Matka Josefine zmarła, gdy dziewczyna miała trzynaście lat. Jej ojciec, Jožef Lobnik, starał się zapewnić rodzinie możliwie najlepszy byt, ale ledwie wystarczało na jedzenie i podstawowe produkty, nie mówiąc już o luksusach. Kiedyś, gdy Josefine była mała, Jožef dał jej banknot jednodinarowy, żeby odłożyła sobie na lalkę, do której wyrywało się jej serce. Tylko na tyle mógł sobie pozwolić. Lalka kosztowała dziesięć dinarów, ale Josefine była pomysłowa: pocięła banknot na dziesięć części.

W latach trzydziestych XX wieku Słowenia była częścią Królestwa Jugosławii. W 1936 roku, podczas Igrzysk Olimpijskich w Berlinie, podczas gdy Bruce fetował złoty medal w biegu na 1500 metrów zdobyty przez urodzonego w Reefton Jacka Lovelocka, Josefine cieszyła się z sukcesu słoweńskiego gimnastyka, Leona Štukelja, który zdobył srebro – i zarazem był to jedyny medal dla Jugosławii. Jego zwycięstwo było dla Słoweńców tym słodsze, że doszło do niego na oczach Adolfa Hitlera, który, jak było powszechnie wiadomo, wykorzystywał igrzyska, by pokazać chwałę Niemiec. Zagrożenie ze strony Niemiec z każdym dniem było większe.

Dla Słowenii nastały ciężkie czasy, tak jak i dla całej Jugosławii: bezrobocie było powszechne, ekonomia w zapaści, a standard życia się obniżał. Czasy były niespokojne i nie dało się uniknąć niepokojów społecznych. Społeczeństwo jugosłowiańskie stanowiło skomplikowaną układankę podziałów politycznych i etnicznych. Konspiracyjna Partia Komunistyczna, zdelegalizowana od 1921 roku, atakowała rojalistów, działaczy katolickich i innych swoich przeciwników; z kolei grupy antykomunistyczne chciały zniszczyć komunistów; słoweńscy nacjonaliści byli przeciwni unii z Serbami i Chorwatami; lewicowi radykałowie stawali przeciwko radykałom prawicowym. A w miarę mijania lat trzydziestych nasilały się utarczki między zwolennikami i przeciwnikami nazizmu. W czerwcu ’39, tuż przed swoimi szesnastymi urodzinami, Josefine była świadkiem ataku na dom doktora Karla Kiesera, przywódcy ruchu nazistowskiego w Mariborze, który otwarcie podżegał do przemocy i nienawiści rasowej. Tymczasem armia jugosłowiańska zaczęła manewry wojskowe na wielką skalę, by przygotować się na ewentualność niemieckiej inwazji.

Pomimo biedy, trudności i niepokojów społecznych Josefine wiodła relatywnie beztroską egzystencję i była tak pełna życia, jak powinna być każda nastolatka. Zimą, jako wytrawna narciarka, możliwie najczęściej chodziła na wzgórza; latem było pływanie, spacery po łąkach i lasach, niedzielne pikniki oraz – niezwykłe hobby – tworzenie wyszukanych kostiumów z liści kasztanowca. Josefine uwielbiała malować i gdyby Hitler nie odebrał jej pędzla, mogłaby zostać całkiem znaczącą artystką.

W 1939 roku, w przededniu wojny, Josefine chodziła do szkoły średniej. Chciała zdać wszystkie egzaminy z wyróżnieniem. Nie była najlepszą uczennicą w klasie, ale znacznie wyrastała ponad przeciętną i była świetna z rosyjskiego i niemieckiego – nie mając pojęcia, jakie użyteczne wkrótce okażą się jej talenty. Wieczory spędzała w domu, gotując dla ojca, reperując ubrania i pomagając zajmować się Romanem i Mitzicą. W soboty i niedziele, gdy uporała się z domowymi obowiązkami, najchętniej spotykała się z przyjaciółmi – zazwyczaj we własnej wiosce, czasami w samym Mariborze. Raz w miesiącu zdarzało im się pójść do kina Udarnik na fatalnie zdubbingowany, zagraniczny film, albo do kawiarni Astoriana na strudel lub premurską gibanicę, warstwowe ciasto pokryte kremem i wypchane pysznym nadzieniem. Przy znacznie rzadszych okazjach, gdy mogła sobie na to pozwolić, szła do Słoweńskiego Teatru Narodowego w Mariborze na przedstawienie, balet lub operę.

Oczywiście nie miała co marzyć o modnych ubraniach. Wybierając się za most na spotkanie z przyjaciółmi, Josefine mogła co najwyżej przejrzeć rzeczy Aniki, żeby znaleźć tam coś, w czym mogła się pokazać. Jej najlepszą przyjaciółką na świecie – nazywały się nawzajem siostrami – była Jelena Kunstek. Jelka była jedną z bardzo nielicznych osób spoza rodziny, która zwracała się do Josefine pieszczotliwym imieniem Pepi. Nawet wyglądały jak siostry – dwie szesnastolatki, obie ciemnowłose i pełne życia. Ich ostatnim odkryciem byli chłopcy. Josefine nie wiodło się w romantycznych podchodach tak, jak Jelce, ale miała kilku chłopców. Jej rodzina zachęcała ją do kultywowania znajomości z Aljošem Kovačičem, miłym młodzieńcem z sąsiedniej wioski, ale Josefine nie była zainteresowana. Był całkiem sympatycznym chłopcem, nieprzesadnie bystrym, z poważną pracą na farmie, ale po prostu nie był w typie Josefine. Przez jakiś czas spotykała się z Goranem Krajncem, ale jej zainteresowanie wyparowało po kilku randkach. Był brudny, powiedziała Jelce, i śmierdział.

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

 

 

 

 

BRUCE, KAIR,

LUTY 1940 – MARZEC 1941

 

„Spełnij swój obowiązek!”, krzyczały plakaty. „Nie siedź bezczynnie!”, wzywały reklamy w „Dominion”, wellingtońskiej gazecie. I nie były to zwykłe odezwy rekrutacyjne: w artykułach pełno było wzniosłych słów o tym, że każdy ma swoją rolę do odegrania, że powinien dołożyć swoją cegiełkę do imperialnego wysiłku wojennego. „Zaciągnij się już dziś”, zachęcały, „i pomóż swoim towarzyszom zwyciężyć siły zła. Wzywa cię duch ANZAC”[1].

To była potężna pokusa dla młodych mężczyzn łaknących przygód, których wyobraźnia wypełniała pustkę, jaką zostawili ich ojcowie, gdy ciszą odpowiadali na pytania, jak to było walczyć w Wielkiej Wojnie. Dla większości była to pewnie chęć podróży do odległych miejsc. Blackiego i Logiego też to dotknęło. W pubach mnóstwo było podobnych do nich młodych ludzi, przerzucających się fantazjami o dalekich krajach i egzotycznych kobietach.

– No więc – pewnego wieczoru powiedział Blackie, gdy oparli łokcie na barze w zadymionym Midland. – Nie wiem jak wy, żartownisie, ale ja zamierzam zaciągnąć się jutro z rana.

– Jeśli ty idziesz w kamasze – powoli odrzekł Logie – to ja, cholera, też.

Bruce dopił swoją szklankę.

– No to ja lepiej też pójdę – stwierdził. – Nie mogę pozwolić, żeby wszystkie zagraniczne ślicznotki zgarnęły takie marne dranie, jak wy.

– Słyszycie? – krzyknął Blackie, przebijając się przez hałas wieczornego ochlejstwa. – Jedziemy walczyć za Króla i Królestwo!

Wybuchła zgiełkliwa radość, ludzie klepali ich po plecach i stawiali drinki. Po czymś takim nie było odwrotu.

Następnego ranka zajęli miejsca w ogonku, w którym stali głównie młodzi, skacowani faceci, starający się udawać, że nie byli zakładnikami własnej brawury. Po kilku pobieżnych pytaniach zadanych przez oficera rekrutacyjnego – sprawiającego wrażenie surowego mężczyzny w wieku ich ojców, w schludnie odprasowanym mundurze z jednym czy dwoma bardzo błyszczącymi medalami na piersi – zostali skierowani do lekarzy na przegląd medyczny. Wszyscy, Bruce, Blackie i Logie, dostali kategorię A1, zdolni do służby. Bruce’owi przydzielono numer 32673 i wraz z oboma przyjaciółmi oficjalnie skierowano do 25. Batalionu NZEF[2]. Poinformowano ich także, kiedy mają się stawić w obozie szkoleniowym w Trentham. Teraz musieli już tylko powiedzieć o tym najbliższym. I właśnie na myśl o tym, że będzie musiał powiedzieć o tym Doreen, Bruce poczuł pierwsze ukłucie niepokoju.