Wydawca: Czarno na białym Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 297 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wnuki - Anna Rohóczanka

Opowieść o tym, że nigdy nie wolno rezygnować z poszukiwania miłości. Czwarta część Sagi rodu Michorowskich.

Oczkiem w głowie Stefanii i Waldemara Michorowskich jest ich wnuczka Elżbieta, panna nie tylko piękna, ale i z fantazją i nieokiełznanym temperamentem. Otoczona wianuszkiem wielbicieli uczuciem obdarza przyjaciela z dzieciństwa Pawła, którego matka zmarła, nie wyjawiając tajemnicy pochodzenia syna. Sekret goni sekret, ale miłość – ta czysta i prawdziwa – zwycięża wszystko, mimo że przeszłość nieubłaganie ściga bohaterów.

Opinie o ebooku Wnuki - Anna Rohóczanka

Fragment ebooka Wnuki - Anna Rohóczanka

Redaktor prowadzący: LONGINA STASIAK
Redakcja: BEATA MRÓZ
Korekta: HALINA OTCETEN
Koncepcja graficzna: DONATA CIEŚLIK
Skład i łamanie: ANDRZEJ GUMULAK
Zdjęcie na okładce: shutterstock.com
Copyright © by Anna Rohóczanka, 2014 Copyright © by Wydawnictwo Czarno na białym, Warszawa 2014
Wydanie pierwsze elektroniczne
Warszawa 2014
ISBN 978-83-64374-08-1
Wydawnictwo Czarno na białym ul. 1 Sierpnia 28/48, 02-134 Warszawa e-mail: redakcja@wydawnictwocnb.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwocnb.pl
Konwersja: eLitera s.c.

DROGA CZYTELNICZKO

Oto do Twoich rąk trafia ostatni tom Sagi rodu Michorowskich, w którym Anna Rohóczanka kreśli dalsze dzieje Stefci Rudeckiej i Waldemara Michorowskiego – szczęśliwych dziadków uroczej Elżbiety. Dziewczyna zakochana w Pawle, przyjacielu z dzieciństwa, nie przeczuwa, że rozwikłanie tajemnicy pochodzenia ukochanego skrywa się w misternym medaliku – jedynej pamiątce po zmarłej matce chłopaka...

O Autorce

Anna Rohóczanka – to pseudonim literacki Ewy Gronowskiej, publicystki i reporterki. Urodziła się w 1950 roku w Warszawie. Jest absolwentką germanistyki na UW. Pracowała w tygodnikach „Na przełaj”, „Kobieta i Życie”, „Halo”, „Pani domu” a także w Polskiej Agencji Interpress. Kilka lat tam spędzonych sprawiło, że jest lekko uzależniona od wszelkich programów informacyjnych. Mimo to twierdzi: „Jestem w stanie wyobrazić sobie życie bez radia i telewizji”. Bez książek nie: czyta zwykle dwie, trzy naraz, najchętniej fantasy, biografie i pamiętniki. Kocha konie oraz muzykę lat 60. i 70. Lubi kino. Ulubione filmy: „Rydwany ognia” i „Sugar Man”.

Foto: Agnieszka Paszyńska

Rozdział I

Sala balowa zamku w U. jarzyła się światłami. Melania pomyślała, że jeszcze nigdy nie było tu tak pięknie. Naturalnie zamek był dużo skromniejszy niż rodowa siedziba Michorowskich w Głębowiczach, ale dziś niczym tamtemu nie ustępował. Mój Boże, przemknęło przez głowę Melanii, niegdyś hrabiance Barskiej, a obecnie hrabinie Brochwicz, dlaczego Anna nie chciała naszego Adama.

Anna Michorowska, mniej więcej od godziny już tylko zwykła pani Zdobska, w ślubnej atłasowej sukni wyglądała jak księżniczka z bajki. Biały, tiulowy welon nie mógł zubożyć gęstwiny brązoworudych loków panny młodej. Zielononiebieskie oczy lśniły szczęściem. Oczy i usta Anny były doskonałością. Melania, patrząc na nią, czuła dziwny ból: Adamowi nie udało się zdobyć panny Michorowskiej, tak jak ona nie zdobyła niegdyś jej ojca. Melania przeniosła wzrok na Waldemara: był wspaniały jak zwykle. Wydawało się, że czas go się nie ima; lekko oszronione skronie tylko dodawały temu mężczyźnie uroku. Stojąca obok niego, spowita w srebrny obłok Stefcia niewiele ustępowała swojej przepięknej córce.

– To doprawdy gorszące – Melania usłyszała nagle tuż obok syczący głos. Zdumiona podniosła oczy i spojrzała wprost w błękitne źrenice Luci Michorowskiej, ordynatowej głębowickiej. W chwilę potem pojawił się również sam ordynat, młody kuzyn Waldemara Michorowskiego, Bohdan. Bardzo przystojny, ta myśl wdarła się do mózgu Melanii niemal bez udziału świadomości. Prawdziwy Michorowski!

– Melanio! Co z tobą! – Rozmyślania hrabiny Brochwicz przerwał dziwnie rozdrażniony głos Luci.

– Och, bardzo przepraszam – sumitowała się Melania. – Patrzyłam właśnie na Annę i żałowałam, że mój Adam nie znalazł łaski w jej oczach! Jest taka piękna!

– Twój Adam! – w głosie Luci była obraza i gniew.

Melania po raz pierwszy uważniej przyjrzała się przyjaciółce. Jasna twarz okolona srebrnopopielatymi włosami, ozdobiona błękitnymi oczami, zwykle pogodna i dobra, miała teraz niepasujący do niej wyraz zawziętości.

– Co właściwie masz na myśli? – zapytała chłodno Melania.

Lucia się zreflektowała i rzuciła przepraszające spojrzenie.

– Chciałam tylko powiedzieć, że i mojemu Zdzisławowi dała kosza – wyjaśniła z wymuszonym uśmiechem. – No i proszę, na co jej przyszło! Żona jakiegoś tam Zdobskiego! – Lucia najwyraźniej znów straciła kontrolę nad emocjami, bo z tych słów wręcz wylewał się jad.

– Cóż – Melania zastanawiała się chwilę nad tym, co zamierzała powiedzieć, bo z jednej strony nie chciała bardziej rozdrażnić Luci, z drugiej zaś była bardzo ciekawa przyczyn irytacji ordynatowej. – Pan Andrzej nie jest jakimś tam lekarzem – kontynuowała zaczętą myśl – jego nazwisko zaczyna być znane, i to nie tylko w warszawskim świecie medycznym. W Paryżu też było o doktorze Zdobskim głośno. To bardzo zdolny młody człowiek, nawet jeżeli jego pochodzenie jest nieodpowiednie – ciekawość przeważyła i Melania zdecydowała się dolać oliwy do ognia. Wyraźnie osiągnęła cel, ponieważ tamy pozornego opanowania Luci pękły.

– Odmówiła przyszłemu ordynatowi! Potraktowała Zdzisława jak byle kogo! Uważał, że pewnie liczy na lepszą partię, a tu tymczasem... – Luci zabrakło tchu. – Ci Michorowscy chyba mają skazę. Najpierw Waldemar... – Lucia znów urwała i twarz jej stężała w dziwnym wyrazie, który Melanii wydał się znajomy. Więc to tak, Lucia też! Słyszała już wcześniej, że baronówna Elzonowska po domniemanej śmierci narzeczonej Waldemara, wtedy jeszcze ordynata, liczyła, że to jej przypadnie rola pocieszycielki. Szeptano o tym na salonach coraz głośniej, zwłaszcza od chwili gdy Lucia odrzuciła kilka wyśmienitych ofert matrymonialnych. Waldemar jednak, zamiast ożenić się z bogatą i piękną kuzynką, zamiast zrobić z niej ordynatową, odstąpił tytuł, zamek i dobra ziemskie ubogiemu krewnemu z bocznej linii – obecnemu mężowi Luci, Bohdanowi. Tak, Lucia, jak i ona sama, Melania, pragnęła zdobyć Waldemara. Melania współczuła współczuciem, które zwykle ma się dla towarzysza niedoli. Czy jednak w tej sytuacji Lucia mogła szczerze popierać projekty małżeńskie swego syna? Czy pogodziłaby się z myślą, że córka człowieka, który kiedyś ją odtrącił, miałaby zająć w przyszłości jej miejsce, zostać ordynatową? Melania postanowiła natychmiast wyjaśnić tę kwestię.

– Pewnie się mylę, Luciu, ale zawsze miałam wrażenie, że nie cieszy cię myśl o ewentualnym małżeństwie Anny i Zdzisława, ale może tak mi się tylko wydawało.

Lucia zarumieniła się nieco i rzuciła szybkie spojrzenie na męża. Uspokoiła się, widząc, że ten jest zajęty rozmową z jednym z sąsiadów Waldemara i Stefci. Aluzja zawarta w słowach Melanii była dla niej aż nadto jasna. Kto inny, poza byłą hrabianką Barską marzącą o złowieniu ordynata, mógłby zrozumieć i podzielać jej uczucia. Na moment zapomniała o własnych problemach.

– A ty, Melanio – z nutą złośliwości zagadnęła Lucia – jak się czułaś, gdy twój Adam zabiegał o rękę Anny? Chciałaś mieć taką synową?

Teraz z kolei Melania poczuła się niezręcznie, ale postanowiła szczerze odpowiedzieć, miała bowiem nieodparte wrażenie, że wypowiedzenie na głos myśli, które kołatały się w jej głowie, pomoże w ich uporządkowaniu.

– Lubię Annę, szczerze lubię, ale nie będą przed tobą ukrywała, że w pierwszej chwili wybór Adama nieprzyjemnie mnie zaskoczył. Cóż, tobie nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego. Później pogodziłam się z tym i... pragnęłam, żeby się pobrali. Żałowałam, że nic z tego nie wyszło. Podobnie żałowałam, gdy Zosia nie zgodziła się zostać żoną twego syna. Zdzisław zawsze mi się podobał i, przyznam, to małżeństwo zabliźniłoby starą ranę.

Na to wyraźne już nawiązanie do przeszłości Lucia zareagowała silniejszym jeszcze rumieńcem. Nie spodziewała się aż takiej szczerości po dumnej Melanii. Zrozumiała jednak, że ona właśnie jest jedyną osobą, w stosunku do której Melania może sobie na tę szczerość pozwolić. Ona jedna nie miała prawa spojrzeć na nią pogardliwie i w przyszłości porozumiewawczymi uśmieszkami dawać do zrozumienia, że wciąż pamięta o jej niepowodzeniu. Znów wpadła w złość, ale tym razem była zła na siebie. Niepotrzebnie dała Melanii okazję do wynurzeń i zarazem pozwoliła wniknąć we własne uczucia. No cóż, dobrze przynajmniej, że powstrzymała się od dalszych zwierzeń. W końcu Melania nie dowiedziała się od niej niczego nowego. Bo gdyby się dowiedziała...

Melania bacznie śledziła grę uczuć na twarzy rozmówczyni i uznała za słuszne spiesznie zmienić temat. Na dziś wystarczy, pomyślała, ślub nie jest najlepszą okazją do wywoływania duchów z przeszłości.

– À propos naszych dzieci, dlaczego nie ma tu dziś Zdzisława? On i Anna zawsze byli przyjaciółmi i, o ile wiem, to się nie zmieniło.

– Podróżuje z Alfredem i Emmą Conti po Włoszech. – Lucia z ulgą przyjęła zwrot w rozmowie. – Chciał przyjechać, oni zresztą również, ale zrezygnował, gdy dowiedział się z listu Anny, że ona i jej mąż wybierają się w podróż poślubną właśnie do Włoch. Za kilka dni spotkają się w Rzymie. A twoja Zosia? Jej też tu nie widzę.

– Mówiłam ci, że z teściami i mężem bawi w Konstantynopolu. Orczykowscy nie mogą przyjechać do kraju, boby ich aresztowano. Rafał i Zosia nie chcą zostawiać rodziców samych. Jemu zresztą trudno zostawić interesy. Te dwa tygodnie zaplanowali już dawno temu, a ślub Anny wypadł dość niespodziewanie. Nie mieli możliwości zmiany planów. Waldemar zgodził się na przyspieszenie terminu ślubu o pół roku, bo Andrzej i Anna nie dawali mu żyć. Nawet tak bardzo im się nie dziwię. – mówiąc to, Melania posłała Luci znaczący uśmiech, co to uznała za bezwstydne. No, ale czego można wymagać od kobiety zamężnej po raz drugi? Nawet jako panienka Melania nie należała do specjalnie subtelnych, chociaż starannie ją wychowano. Książę Zaniecki nie był wprawdzie Adonisem, lecz Melania miała przecież oczy, gdy za niego wychodziła. Przyjęła go z własnej woli, nikt do tego nie zmuszał ani jej, ani jego, a potem bez skrupułów rzuciła. Może mówić o prawdziwym szczęściu, bo ona, rozwódka, trafiła na Jerzego Brochwicza ze starej hrabiowskiej rodziny, zamożnego, na dodatek przystojnego i darzącego żonę prawdziwym uczuciem.

Melania też się zamyśliła, patrząc na roześmianą i szczęśliwą młodą parę: Kochają się, to widać! Nie mogą już pewnie się doczekać chwili, w której wreszcie zostaną sami. Uśmiech pojawił się na ustach hrabiny Brochwicz, ostra zaś, lekko śniada twarz Cyganki nabrała łagodności oraz miękkości.

Jurek Brochwicz nie spuszczał żony z oka. Także się uśmiechnął, ale ten uśmiech wyrażał dumę. Melania wyglądała dziś przepięknie. Kremowa, jedwabna suknia, ozdobiona delikatnymi koronkami, podkreślała oliwkowy kolor ciała żony, blask ciemnych oczu, czerwień pięknie zarysowanych, wydatnych ust. To po niej Zosia i Adam odziedziczyli urodę.

* * *

– Anno, wymknijmy się stąd. Błagam – szeptał Andrzej, przytulając żonę podczas walca.

– Nie możemy, przecież cały czas wszyscy na nas patrzą. – Anna wyglądała na spłoszoną. Spłoniona spuściła oczy. Andrzej widział lekko drżące jej długie, czarne rzęsy i piersi poruszające się pospiesznym oddechem. – Nikt na nas nie patrzy. Goście zajęci są swoimi sprawami – nalegał niecierpliwie. – I tak już czas, żebyś się przebrała.

Do młodej pary zbliżyła się Stefcia. Nawet patrząc na nią z bliska, nikt by nie uwierzył, że ona i Anna to matka i córka, a nie siostry. Czas dotąd niemal nie tknął twarzy ani figury Stefci. Fiołkowe oczy miały ten sam wyraz, co w latach dziewczęcych, połyskujące złotem, wspaniałe, spięte nisko na karku włosy podkreślały smukłą linię szyi i ramion. Trudno byłoby ocenić, która z nich – Anna czy Stefania – była piękniejsza.

– Już czas, kochanie – zwróciła się do Anny, nie dostrzegając śmiesznego grymasu na twarzy zięcia. – Powinnaś się przebrać. Niedługo wyjeżdżacie – westchnęła. – Bardzo będzie mi was brakowało. Aż dwa miesiące!

– Właśnie mówiłem Annie, że najwyższa pora, abyśmy się stąd wymknęli – skwapliwie poparł teściową Andrzej. – Niecałe dwa miesiące, mamo – dodał, serdecznie całując Stefcię w policzek. – Przecież obiecaliście, że spotkamy się w Paryżu, a jeśli nie w Paryżu, to w Londynie. Chodźmy, Anno – objął żonę i lekko pociągnął w stronę drzwi.

Stefcia patrzyła w ślad za nimi, gdy u jej boku pojawił się Waldemar. Jak zwykle ściągał na siebie spojrzenia. Żaden z obecnych na sali panów nie dorównywał mu dystynkcją i tym czymś nieuchwytnym, czego niepodobna się nauczyć, a co można określić jako leniwy wdzięk, pewną niedbałość ruchów, która sprawiała wrażenie, że to, jak ocenią go inni, jest mu obojętne, bo sam ma pełną świadomość własnej wartości.

– Jestem święcie przekonany, że będą ze sobą szczęśliwi – skomentował teraz niewypowiedzianą na głos myśl Stefci – a nie mógłbym im życzyć niczego więcej niż szczęścia podobnego do naszego.

– Anna jest jeszcze taka młoda...

– Tak? A kto nie dawał mi spokoju, dopóki nie wyraziłem zgody na wcześniejszy ślub? – Waldemar roześmiał się, widząc konsternację na twarzy żony.

– Ależ ja tego nie żałuję, tylko... boję się – Stefcia nie siliła się na logikę.

– Czego, kochana? Że Andrzej przestanie ją kochać czy że osłabnie uczucie naszej córki?

– Och, nie! Nie kpij ze mnie! Sama tego nie rozumiem. Jakoś niczego się nie bałam, kiedy Maciej powiadomił nas, że zamierza pojąć za żonę Angielkę, chociaż nie mogłam jeszcze wtedy wiedzieć, jak urocza jest Jane. A teraz...

– Przypomniałaś sobie, patrząc na Annę, nawiasem mówiąc, miała niepewną minę, własny niepokój, obawy, kiedy przenosiłem cię przez próg naszego domu. To jednak szybko minęło, czyż się mylę? – zajrzał żonie w oczy, a Stefcia zarumieniła się jak w czasach narzeczeńskich.

– Masz rację! Jestem nierozsądna – zgodziła się skwapliwie, żeby uciąć dalszą dyskusję. – Czy aby nie najwyższy czas, żebyś poprosił mnie do tańca?

Waldemar ukłonił się z gracją i podał żonie ramię, powstrzymując uśmiech.

Nie tylko elegancja i uroda wyróżniały ich z grona tańczących. Patrzący na nich nie mieli wątpliwości, że widzą ludzi szczęśliwych, a szczęście w tych sferach było rzadkim gościem. Małżeństwo łączyło ze sobą rodziny i majątki, lecz tylko niekiedy serca. Dlatego ta para budziła w innych uczucie niespełnienia, utraty czegoś, co nawet trudno zdefiniować. Oni odważyli się złamać wszelkie konwenanse, wywalczyli prawo do takiego życia, jakie pragnęli wieść. Większości obecnych zabrakło na taką decyzję odwagi, woleli podeptać własne serca, niż narazić się na odrzucenie, wykluczenie ze sfery, która była dla nich wszystkim.

* * *

– Lucia jest jakaś dziwna. Nie wiesz, co jej dolega? – pytanie żony wyrwało Jerzego Brochwicza z zamyślenia. Spojrzał w drugi koniec sali, gdzie Lucia rozmawiała właśnie ze Stefcią i Waldemarem. Wydawała się taka, jak zwykle.

– Nie widzę w niej niczego szczególnie nadzwyczajnego – stwierdził. – A właściwie, dlaczego to ja miałbym wiedzieć coś o jej kłopotach?

– Bohdan przecież nie opuszczał cię ani na moment. Myślałam, że może z czegoś ci się zwierzył – Melania była wyraźnie rozczarowana.

– Zwierzył? Czas tajemnic już chyba za nami, a przynajmniej taką mam nadzieję! – sarkastycznie zauważył Brochwicz. – Chyba nie zaczął cię jeszcze nudzić spokój?

Melania natychmiast straciła humor. Przypomnienie dawnych knowań nie należało do zbyt przyjemnych. W końcu to ona wywołała – w każdym razie pośrednio –zamieszanie, które zakończyłoby się o wiele mniej szczęśliwie, gdyby planów starego Contiego nie pokrzyżowała miłość. Jerzy natychmiast się zorientował, że popełnił faux pas.

– Przepraszam, kochana – szepnął, przyciskając ramię żony. – Nie zamierzałem sprawić ci przykrości, ale na razie naprawdę nie tęsknię za nowymi atrakcjami.

– Z Lucią dzieje się coś złego – Melania postanowiła wybaczyć mężowi niezręczność. – Naprawdę się niepokoję. Z taką niechęcią mówiła o Annie. Nie, niechęć jest tu nieodpowiednim słowem. W tym, co mówiła, był jad!

– Przesadzasz, Melanio! Dlaczego Lucia miałaby czuć niechęć do Anny? – Po minie Jurka wyraźnie było widać, że temat Luci i Anny nie jest dla niego za bardzo frapujący.

Melania nie dała jednak za wygraną.

– Naszego Adama Anna również odrzuciła, a my za to nie czujemy do niej niechęci. Jedynie żal. Tymczasem Lucia sprawia wrażenie zapiekłej w urazie. Może powinnam zwrócić na to uwagę Stefci albo Waldemara?

– O nie, tylko nie to! – energicznie zaprotestował hrabia. – To sprawy rodzinne i nie należy się w nie wtrącać, jeżeli nie chcemy wyjść na intrygantów.

Znów mimowolnie dotknął bolącego miejsca, Melania więc zamilkła. Tak, wszystkim łatwo byłoby uznać ją za intrygantkę. Całe szczęście, że afera z Contim i Carlianim – dzięki Waldemarowi, Melania, choć niechętnie, przyznała w duchu – nigdy nie wyszła na jaw. Swoją drogą, ciekawe, co gryzie Lucię. Czyżby Zdzisław przysparzał jej trosk? Trosk, których można byłoby uniknąć, gdyby poślubił Annę? Zaraz, zaraz, trosk, których można byłoby uniknąć, gdyby...? Melania ożywiła się. Może Zdzisław wdał się w bezsensowny romans? Może nawet chciał się żenić i stąd ten jego dość nagły wyjazd do Włoch? No cóż! Prędzej czy później i tak sprawa wypłynie na światło dzienne, bo służba rozgada, nawet jeśli państwo zachowają pełną dyskrecję.

– Zdzisław ponoć wplątał się w miłostkę z pokojówką – usłyszała męża – więc Lucia czym prędzej wyprawiła go do Włoch. Może dlatego jest taka skwaszona. Taka historia we własnym domu nie należy do najprzyjemniejszych.

– Skąd o tym wiesz? Dlaczego niczego wcześniej nie powiedziałeś? – Policzki Melanii aż zarumieniły się z podniecenia. – To prawie wszystko wyjaśnia. Z którą pokojówką? Wiesz? Mów mi szybciutko.

– Melanio – Brochwicz był zgorszony – do głowy by mi nie przyszło, że interesują cię brudy! I do tego cudze.

– Ciebie najwidoczniej interesują, jeżeli o nich wszystko wiesz – Melania nie przejęła się próbą przywołania jej do porządku. – Dla Luci musiał to być cios, zwłaszcza że Zdzisław jest taki niezrównoważony. Ale, ale... nie odpowiedziałeś na pytania.

– Wspominał o tym Adam – niechętnie wyjaśnił Brochwicz. – W tajemnicy. Tak między nami mężczyznami, byłbym więc zobowiązany, gdybyś nie dała mu do zrozumienia, że to powtórzyłem.

– Kim jest ta dziewczyna? Znamy ją?

– Nie wiem, Melanio. Nie zwracam uwagi na pokojówki. Nawiasem mówiąc, te w Głębowiczach zawsze były w nieco zbyt zaawansowanym wieku – dodał żartobliwie, nic sobie nie robiąc z marsa rysującego się na twarzy żony.

– Lucia ją na pewno natychmiast odprawiła – głośno myślała Melania. – Dziewczyna musi coś w sobie mieć, bo Zdzisław nigdy nie miał skłonności do służebnych. Wolał aktorki, tancerki, takie nieco frywolne panie. Chyba Stefcia i Waldemar jeszcze o tym nie słyszeli, ponieważ Lucia jest zbyt dumna, aby zwierzyć się z niesmacznych afer nawet bliskiej rodzinie.

– I nie powinni dowiedzieć się tego od ciebie – tym razem bardzo poważnie odezwał się Jurek. – Jeżeli Zdzisław rzeczywiście narobił sobie kłopotów, to wyplątanie się z nich należy teraz do niego. Im mniej będzie o tym się mówiło, tym lepiej. Dla wszystkich – dodał z naciskiem.

– Mogą być problemy – z dobrze odegraną troską zauważyła Melania. – Waldemar w dawnych czasach bardzo rozpuścił służbę. Nie traktował jej jak należy, nie zachowywał koniecznego dystansu.

– Kochanie! To było dwadzieścia lat temu. Połowa już wymarła. Nie przypuszczasz chyba, że dziewczyna, którą zainteresował się Zdzisław, może być zepsuta rządami Waldemara. Musiałaby być przynajmniej w wieku Luci!

– Nie żartuj – obraziła się Melania. – Złe wpływy nie tak łatwo ustępują. Nie zapominaj, że służba jest w Głębowiczach na dożywociu. Bohdan solennie to przyrzekł Waldemarowi, obejmując ordynację. Było tam kilka małżeństw, mogą więc być również ich córki czy wnuczki.

– Skończmy już o tym rozmawiać, Melanio – zniecierpliwił się Brochwicz. – Jesteśmy na balu. Co nas obchodzą problemy erotyczne Zdzisława!

* * *

Anna stała na środku pokoju tak, jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Dziś wieczorem po raz ostatni mogła nazwać go swoim. Ten biały, panieński pokoik z toaletką z różanego drewna i lusterkiem na złotych, wygiętych nóżkach, z wąskim, wysokim oknem, przy którym spędziła tyle bezsennych, wypełnionych marzeniami nocy, w przyszłości zajmie jej córka, jeżeli Bóg zechce ich nią obdarzyć. Tak, córka! Andrzej pewnie pragnie syna, jak wszyscy mężczyźni. Jej ojciec także odchodził od zmysłów ze szczęścia, gdy na świecie pojawił się Maciej, ale to zawsze ona była jego faworytką, ją kochał i rozpieszczał, pewnie więc Andrzej zachowa się podobnie.

Anna pogładziła różową, aksamitną narzutę na łóżku, a potem usiadła przed toaletką. Nie zadzwoniła na pokojówkę, która miałaby pomóc się przebrać. Jeszcze nie. Tych kilka chwil należało tylko do niej, Anny Michorowskiej.

Najwyraźniej straciła rachubę czasu, bo z marzeń wyrwało ją niecierpliwe pukanie do drzwi. To nie mogła być pokojówka i Anna się przestraszyła, że może zbyt długo pozwoliła sobie na wspominanie dziewczęcych czasów.

Andrzej wszedł do pokoju przebrany już w podróżny strój i zdziwił się, że żona wciąż jeszcze miała na sobie ślubną suknię.

– Kochanie, pospiesz się, bo spóźnimy się na pociąg! – zawołał z lekkim zniecierpliwieniem, które mu zresztą natychmiast minęło, gdy zbliżył się do niej. – Cudownie wyglądasz w tej sukni – powiedział już ciszej, kładąc ręce na ramionach Anny – ale na podróż on się zupełnie nie nadaje. Mam wezwać pokojówkę? A może sam ci usłużę? – spytał żartobliwie, przesuwając pieszczotliwie dłonie po jej plecach i odpinając jeden z drobnych guziczków z zapięcia sukni.

Anna próbowała wyślizgnąć się z jego objęć, ale on przyciągnął ją bliżej i szepnął jej do ucha:

– No, teraz mogę jeszcze ustąpić pola pokojówce, ale w pociągu będziesz zdana tylko na moją pomoc. – Lekko dotknął ustami jej ust, a potem puścił ją z wyraźną osiąganiem. Pociągnął za sznur dzwonka na służącą. – Pospiesz się, proszę, pora ruszać. Wszyscy już pewnie na nas czekają, zastanawiając się, co też tak długo robimy na górze. Poczekam na ciebie w bibliotece – odwrócił się i wyszedł, jakby się bał, że gdyby dłużej pozostał w pobliżu świeżo poślubionej żony, to za chwilę żadna siła nie zmusiłaby go do opuszczenia pokoju.

W tym samym momencie zjawiła się pokojówka i na przyzwalające skinienie Anny pomogła młodej pani wyzwolić się ze zawojów atłasów i tiulów. Dziewczyna spięła zręcznie jej rozpuszczone, lśniące, brązowe włosy w ciężki węzeł na karku, może zbyt ciężki do udźwignięcia dla smukłej szyi, a następnie wyjęła z szafy ciemnozielony kostium – jego kolor sprawił, że brązowe włosy płonęły miedzianym blaskiem, a zwykle szaroniebieskie oczy przybrały kolor szmaragdowy.

– Jak panience w tym do twarzy. – Patrzyła z podziwem na odbicie Anny w lustrze.

– Pani, nie panience – poprawiła ją Anna z uśmiechem, przyznając w duchu, że mama miała rację, doradzając ten kolor zamiast granatowego.

– Pan doktor już się pewnie niecierpliwi – zauważyła pokojówka. – Goście czekają i konie zajechały. Pora ruszać na kolej. Szczęśliwej drogi, panienko.

– Dziękuję. Bądź zdrowa, Melu! – skinąwszy dziewczynie głową, Anna wyszła na korytarz i powoli zeszła po schodach do głównego holu. Stamtąd, zamiast do salonu, skierowała kroki do położonej obok biblioteki. Domyślała się, że Andrzej nieprzypadkowo wybrał to miejsce, aby na nią zaczekać. To tu spędzili najbardziej gorzkie, ale i najbardziej upojne chwile. To tu Andrzej wyznał jej miłość, oznajmiając jednocześnie, że nigdy nie oświadczy się o jej rękę. To w bibliotece po raz pierwszy ją pocałował, święcie wierząc, że ten pierwszy pocałunek jest zarazem ostatnim. Tu wreszcie Michorowscy poznali historię kuzyna, syna Heleny Michorowskiej, Rafała Orczykowskiego. Do jej wyjaśnienia Andrzej przyczynił się w tak znaczącym stopniu, że Waldemar zdecydował się wyrazić zgodę na jego małżeństwo ze swoją córką.

– Już myślałem, że się nie doczekam! – Andrzej ujął ręce Anny, pochylił głowę i ucałował czule najpierw jedną, potem drugą. – W tym pokoju zaczęła się nasza miłość. Myślałem wtedy, że mówiąc ci o swoich uczuciach, staję się człowiekiem bez honoru. A teraz w nagrodę za tamte męki pocałuj mnie, abym mógł wreszcie uwierzyć, że naprawdę jesteś moja.

Anna najpierw lekko przybladła, potem się zarumieniła; zmusiła się do podniesienia oczu i to, co wyczytała w twarzy męża, musiało dodać jej odwagi, bo zarzuciła mu ręce na szyję i miękkimi wargami dotknęła jego ust. Przytulił ją mocniej i trwali tak przez chwilę, zapominając o gościach, pociągu i o całym świecie.

* * *

Przypadkowo – choć, być może, Melania temu przypadkowi nieco pomogła – ona i Lucia znów znalazły się obok siebie.

– Stefcia właśnie mnie poinformowała – zagadnęła hrabina Brochwiczowa – że państwo młodzi po przyjeździe do Warszawy zatrzymają się w waszym pałacyku. To miło, że z tym się zaofiarowałaś!

Lucia nie odezwała się, podniosła tylko na Melanię oczy, których wyraz, dobitniej niż słowa, oddawał uczucia targające hrabiną Michorowską. A co innego mogłabym zrobić, mówiło to spojrzenie.

– Powinni oboje być zadowoleni i wdzięczni, że mają pałacyk tylko dla siebie – kontynuowała Melania, niezrażona milczeniem przyjaciółki. – Czy zaraz ruszają w podróż?

– O ile wiem – Lucia nie widziała sposobu uniknięcia odpowiedzi – zostają najwyżej dwa dni, ale nie zdziwiłabym się, gdyby postanowili zabawić w Warszawie nieco dłużej. Może Anna zechce odwiedzić kilka koleżanek z pensji. Pewnie będzie chciała spotkać się z przełożoną.

– No i musi przedstawić przełożonej męża – dodała z uśmiechem Melania. – Zosia bardzo nad tym ubolewała, że nie mogła dopełnić tego niepisanego zwyczaju. Patrz, już są! – Melania spojrzała w stronę drzwi i jej czarne oczy zaiskrzyły się podnieceniem. Inni goście również przerwali rozmowy i tłumnie ruszyli w kierunku młodej pary.

Anna i Andrzej przyjmowali ostatnie życzenia, cierpliwie poddawali się uściskom, pocałunkom, ale czas już naglił. Wciąż otoczeni radosnym tłumem, wyszli wreszcie na dziedziniec, gdzie czekał powóz.

Ciepła, czerwcowa noc lekko jaśniała. Goście ze zdumieniem spostrzegli, że mimo późnej czy raczej wczesnej pory przed pałacem zebrał się tłum świątecznie odzianych mieszkańców chyba z kilku okolicznych wsi. Na widok młodej pary z tłumu wystąpił przygarbiony, siwiutki starzec, najważniejszy w tej gromadzie.

– Daj Boże szczęście jaśnie panience – zaczął, kłaniając się nisko – i wielmożnemu panu doktorowi. Przyszli my tu dziś, żeby państwu powiedzieć na pożegnanie: szczęść Boże!

– Dziękujemy wam wszystkim – wzruszona Anna bez namysłu objęła starca, który chciał się rzucić do nóg młodej pani, i powiedziała ze wzruszeniem: – Zostańcie w zdrowiu!

– Wy, Antoni, uważajcie na swój reumatyzm – dodał Andrzej, poklepując staruszka po ramieniu. Jego oczy powędrowały w tłum, gdzie, starając się jak najmniej zwracać na siebie uwagę, stali jego rodzice.

Na usilne namowy Waldemara zgodzili się zasiąść na honorowym miejscu w kościele, ale zaraz po mszy wrócili do leśniczówki. Nie chcieli uczestniczyć w uroczystościach na zamku w U. Andrzej ich do tego nie namawiał – krew w nim kipiała, gdy pomyślał, że któryś z utytułowanych gości mógłby zrobić im afront, potraktować lekceważąco lub protekcjonalnie. Pożegnał się więc z ojcem i matką już wcześniej, podobnie Anna, która zawsze odnosiła się do leśniczego i jego żony z szacunkiem i sympatią. Tym ostatnim spojrzeniem Andrzej dawał do zrozumienia rodzicom, że małżeństwo z dziedziczką Michorowską nie osłabi ich wzajemnej miłości.

Anna wsiadła do powozu wsparta na ramieniu męża. Stangret natychmiast podciął konie. Goście, ci utytułowani i ci niższego stanu, patrzyli za ukwieconym powozem, aż zniknął za zakrętem. Utytułowani wrócili do zamku, gdzie czekała orkiestra i bufet, chłopi zaś poszli do wsi.

– Czy ty i Bohdan również pojedziecie do Warszawy? – zapytała Lucię Melania.

– Wracamy do Głębowicz – padła odpowiedź, która bardziej niż Melanię zdziwiła Bohdana. Ten roztropnie nie odezwał się słowem, ale w duchu zastanawiał się, co wpłynęło na tę nagłą zmianę planów żony. Umawiali się przecież, że pospieszą do Warszawy zaraz za młodą parą, może nawet wydadzą na jej cześć bal. Teraz Lucia najwidoczniej postanowiła inaczej i nawet nie zadała sobie trudu, żeby zapytać go o zdanie w tej kwestii. Widząc, że jest rozdrażniona, postanowił odłożyć wyjaśnienie wątpliwości na bardziej odpowiedni moment.

– Nie będzie wam pusto bez Zdzisława? – drążyła Melania.

– Dlaczego? – podejrzanie obojętnym tonem rzekła Lucia. – Zdzisław rzadko ostatnio bywał w domu. Podróżował, składał wizyty. Wolał przebywać w Warszawie i specjalnie mu się nie dziwię. Jako kawaler nie ma na wsi zbyt wielu rozrywek. Sąsiedztwo, sama zresztą wiesz, nieciekawe. Dla młodego mężczyzny żadnych atrakcji.

– To pewnie się zmieni, gdy wreszcie wybierze sobie żonę. Ma już kogoś na oku?

– A twój Adam? – odbiła piłeczkę Lucia. – Czy ma już plany matrymonialne? Gdzie on właściwie jest? Widziałam go dzisiaj tylko z daleka i zdaje się, że żadna z obecnych tu panienek nie zwróciła jego szczególnej uwagi.

– Dziwiłabym się, gdyby po Annie szybko zainteresował się kimś innym. Żadna nie może z nią się równać. Lepiej, żeby trochę zaczekał. Może wśród tych, które za rok czy dwa wejdą w świat, pojawi się ktoś odpowiedni. A tak między nami, podejrzewam, że mój syn był bardziej zaangażowany, niż gotów jest do tego się przyznać. Rana zadana przez Annę jeszcze się nie zagoiła. Uważałam go za lekkoducha, który przy kartach, winie i artystkach szybko zapomni o nieodwzajemnionej miłości. Tymczasem przestał grać, wieczorami chodzi do teatru, ale omija kulisy, na panny prawie nie patrzy. No, ale to w odpowiednim czasie minie.

– Zdzisław także nie jest sobą – Lucia trochę odtajała. – Nawet wolę, żeby za często nie bywał w Głębowiczach, bo gdy za długo jest na wsi, zaczynają odzywać się w nim dawne skłonności Michorowskich, upodobanie do plebsu i do pospolitowania się.

– Co ty powiesz? – zdziwiła się niewinnie Melania. – Zawsze sprawiał na mnie wrażenie dumnego i wyniosłego. Raczej nie podejrzewałabym go o... upodobanie do plebsu.

Powiedzieć czy nie powiedzieć? – gorączkowo zastanawiała się Lucia. Melania ma sporo zdrowego rozsądku i jest dyskretna. Mogłaby coś doradzić, bo w takich sprawach na mężczyzn nie można liczyć. Oni to uważają za przejaw męskości i nie myślą o konsekwencjach. A jeżeli Melania powtórzy ich rozmowę Stefci? Teraz się przyjaźnią, jakby czasy, gdy Melania gotowa była utopić Stefanię w łyżce wody, rozpłynęły się niczym senna mara. Nie, to byłoby zbyt duże upokorzenie, gdyby wszyscy dowiedzieli się o tym skandalu. Rodzinne brudy trzeba prać we własnym domu. Sama sobie da radę. Dziewczynie każe się wynosić i zabroni pokazywać w Głębowiczach. Wydalenie ze służby to za mało. Ona musi na zawsze zniknąć, bez śladu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki