Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Wnuczkożonka, czyli jak utrzymać laskę ebook

Hanna Bakuła  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 169 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wnuczkożonka, czyli jak utrzymać laskę - Hanna Bakuła

Wnuczkożonka, czyli jak utrzymać laskę jest to zabawna książka o relacjach męsko-damskich. Jest swego rodzaju poradnikiem dla dziewczyn i ich partnerów, ze szczególnym uwzględnieniem tych dwa razy starszych. Zawiera krótkie historyjki o różnych typach kobiet i mężczyzn oraz o ich wzajemnych relacjach. Nie ma tu opowieści o idealnych parach, za to można się pośmiać z karykaturalnych opisów sytuacji i osób, które bardzo przypominają naszych znajomych. Książka składa się z czterech części. Gra wstępna to krótki opis bohaterów, rodzaj przystawki przed obiadem, Katalog typów – dokładny opis najczęściej spotykanych męskich i żeńskich kochanków, Katalog usług – historyjki poświęcone temu, co się naprawdę dzieje w związkach i ofertom, jakie mamy dla płci przeciwnej, Księga ostrzeżeń – mapa raf i mielizn, na których najczęściej lądują nieostrożne, ufne kobiety określane mianem lasek.
Książkę czyta się jednym tchem. Autorka nie oszczędza nikogo, ale proponuje także łatwe wyjścia z trudnych sytuacji, które zdarzają się w każdej relacji męsko-damskiej. Jednak przede wszystkim sugeruje, że czujność w każdym związku jest nie do przecenienia.


Pięćdziesiąt groszy z każdego sprzedanego egzemplarza książki zostanie przekazane na statutową działalność Fundacji Hanny Bakuły.

Opinie o ebooku Wnuczkożonka, czyli jak utrzymać laskę - Hanna Bakuła

Fragment ebooka Wnuczkożonka, czyli jak utrzymać laskę - Hanna Bakuła

Wy­da­nie ‌pol­skie:

G+J Gru­ner+Jahr Pol­ska

Sp. ‌z o.o. & Co. ‌Spół­ka ‌Ko­man­dy­to­wa

ul. Ma­ry­nar­ska ‌15, ‌02-674 War­sza­wa

Dział han­dlo­wy: tel. ‌22 360 ‌38 41-42

Sprze­daż wy­sył­ko­wa: ‌tel. ‌22 ‌360 37 ‌77

Tekst ‌i ry­sun­ki: Han­na ‌Ba­ku­ła

Re­dak­cja: Jo­an­na ‌Grześ­ko­wiak-Ste­po­wicz

Ko­rek­ta: ‌Anna Ma­ria Thor

Okład­ka: Ma­ciej ‌Szy­ma­no­wicz / www.ma­szy­no­wicz.com

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: ‌Mał­go­rza­ta ‌Ze­msta

Re­dak­tor tech­nicz­ny: Ma­riusz Te­ler

Skład ‌i ‌ła­ma­nie: Han­na Sze­li­ga-Czaj­kow­ska

Co­py­ri­ght for ‌text and dra­wings © ‌2013 Han­na Ba­ku­ła

Co­py­ri­ght ‌for Po­lish edi­tion ‌© 2013 G+J Gru­ner+Jahr ‌Pol­ska Sp. z o.o. & ‌Co. Sp. Ko­man­dy­to­wa.

All ‌ri­ghts ‌re­se­rved.

Zdje­cia ‌na ‌okład­ce: ‌(przód) Cze­sław Cza­pliń­ski, (tył) ‌El­wi­ra Ślą­zak

ISBN: ‌978-83-7778-672-7

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ‌ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia ‌da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek ‌for­mie ‌oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach ‌pu­blicz­nych - rów­nież czę­ścio­we ‌- tyl­ko ‌za ‌wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw ‌au­tor­skich.

www.gjk­siaz­ki.pl

Skład ‌wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Gra wstępna

Gra ‌wstępna

Zwy­kle ‌teo­ria ‌od­bie­ga ‌od prak­ty­ki, ale chy­ba ‌naj­bar­dziej ‌w sfe­rach sek­su­al­nych. ‌Teo­re­tycz­nie wszy­scy są za ‌grą wstęp­ną, a prak­tycz­nie wie­le ‌osób ‌uwa­ża ją ‌za stra­tę cza­su ‌albo ‌nie wie, ‌co to jest. W koń­cu Ka­ma­su­try nie stwo­rzy­li eu­ro­pej­scy rę­ba­cze, tyl­ko drob­ni Hin­du­si, któ­rzy z pew­no­ścią mie­li swo­je po­wo­dy, żeby ściem­niać.

My, jako wy­jąt­ko­wy na­ród z naj­niż­szą śred­nią trwa­nia sto­sun­ku, chy­ba by­śmy na gło­wę upa­dli, mar­nu­jąc cen­ny czas fryk­cyj­ny na głu­po­ty. Gra wstęp­na po­trzeb­na jest tyl­ko zbo­czeń­com i ma­nia­kom sek­su­al­nym, co po­twier­dzi wkrót­ce nowy pro­gram wy­cho­wa­nia sek­su­al­ne­go, o ile bę­dzie. Nie po­cho­dzi­my już od mał­py, ale aku­rat w tym wy­pad­ku po­win­ni­śmy śla­dem na­szych mniej­szych bra­ci i pro­kre­ować sku­tecz­nie wy­łącz­ne w okre­sie go­do­wym, a nie li­ber­tyń­sko świn­tu­szyć przy byle oka­zji.

Może już otwo­rzyć wy­twór­nię noc­nych ko­szul z dziu­rą, oczy­wi­ście z przo­du, i w mo­men­cie wej­ścia od­po­wied­nich prze­pi­sów za­bra­nia­ją­cych sek­su na go­la­sa rzu­cić je na ry­nek? Może za­pro­jek­to­wać bur­kę alla Pol­la­ca w ło­wic­kie pasy? Może czas stwo­rzyć nowy ro­dzaj pic­to­ria­lu dla na­sze­go pi­sma? Na roz­kła­dów­ce la­secz­ka bez ma­ki­ja­żu, z war­ko­czem, w weł­nia­nych maj­ta­sach z czar­nym pa­skiem na biu­ście, na tle bu­re­go sta­wu z ptac­twem wod­nym.

Czas się opa­mię­tać. Do­kąd do­pro­wa­dził Na­po­le­ona seks fran­cu­ski? Na świę­tą He­le­nę! A Rzym dla­cze­go upadł? Głów­nie przez grę wstęp­ną i to ge­jow­ską. A Kle­opa­tra co ją ugryzł wąż, też była zwo­len­nicz­ką do­dat­ko­wych atrak­cji. Po­dob­no zmu­sza­ła Ju­liu­sza Ce­za­ra do zli­zy­wa­nia z sie­bie bi­tej śmie­ta­ny z mle­ka oślic i mia­ła za swo­je. Mar­kiz de Sade zo­stał uwię­zio­ny za nie­kon­wen­cjo­nal­ną grę wstęp­ną, a gdy­by wy­łącz­nie pro­kre­ował, nie zgnił­by w lo­chu i nie wy­na­le­zio­no by sa­dy­zmu, pla­gi na­szych szkół. Nie spo­sób za­po­mnieć o ro­ze­ro­ty­zo­wa­nej ca­ry­cy Ka­ta­rzy­nie igra­ją­cej wstęp­nie a to z ko­niem, a to na­szym kró­lem Sta­siem, któ­rzy byli o sie­bie za­zdro­śni i prze­ści­ga­li się w po­my­słach. Nie wiem, co z ko­niem, ale Sta­sia spo­tka­ła za nie­mo­ral­ność strasz­na kara w po­sta­ci nie tyl­ko roz­bio­rów.

A my dla­cze­go by­li­śmy kie­dyś po­tę­gą od mo­rza do mo­rza? Pro­ste, dla­te­go że nie uzna­wa­li­śmy, jako do­brzy ka­to­li­cy, de­gra­du­ją­cej nie­wia­stę gry wstęp­nej. Na­sze pięk­ne tra­dy­cje w tej spra­wie opi­su­je Sien­kie­wicz, da­jąc przy­kład, jak zdo­by­wać ko­bie­tę bez świń­skich ce­re­gie­li przy po­mo­cy wy­twor­nych po­rwań i czu­łych gwał­tów. Łza się w oku krę­ci. To se ne wra­ti.

Dla­te­go grze wstęp­nej mó­wi­my nie! Wy­star­czy się ro­zej­rzeć. Komu to w gło­wie w cza­sach dra­pież­ne­go ka­pi­ta­li­zmu i nad­wa­gi.

Żona z dzie­się­cio­let­nim sta­żem woli mieć TO jak naj­szyb­ciej za sobą, ma­jąc pew­ność, że mąż jak zwy­kle nie znaj­dzie łech­tacz­ki, a jak znaj­dzie, to zro­bi z niej ze­psu­ty dzwo­nek do drzwi. Mąż po kil­ku la­tach uda­wa­nia, że za­le­ży mu na or­ga­zmie żony, też chęt­nie dał­by temu spo­kój, tym bar­dziej, że są do­wo­dy, iż baba uda­je. Ko­chan­ka le­ci­we­go via­grusz­ka, z ra­do­ścią unik­nie po­ca­łun­ków-kro­wia­ków i to­wa­rzy­szą­cych im od­gło­sów. Nie za­le­ży jej też na śla­dach po­ką­sa­nia w sza­le mi­ło­snym, bo ma za­zdro­sne­go męża. Szef mo­le­stu­ją­cy sek­su­al­nie dłu­go­no­gą la­secz­kę-cud w sali kon­fe­ren­cyj­nej, nie bę­dzie ry­zy­ko­wał, że go zła­pią pod­czas bez­sku­tecz­ne­go piesz­cze­nia jej sztucz­ne­go biu­stu. Za­ko­cha­ny mło­dzie­niec albo nie czy­tał Ka­ma­su­try, albo ma kło­po­ty z do­nie­sie­niem zup­ki do celu, jak każ­dy po­cząt­ku­ją­cy kel­ner, i prze­cież ogar­nię­ty sza­łem, nie bę­dzie mar­no­wał cza­su na ca­ło­wa­nie szyi czy we­wnętrz­nej stro­ny ud przy­pad­ko­wej ko­le­żan­ki z dys­ko­te­ki. PR-owiec z suk­ce­sem też nie bę­dzie po cięż­kim dniu i z per­spek­ty­wą po­ser­fo­wa­nia w naj­now­szym mo­de­lu Maca, mar­no­wał cza­su na li­te­ra­tu­rę fa­cho­wą, na­wet z ob­raz­ka­mi, bo jak się la­secz­ce mach­nie przed no­sem te­re­no­wą bry­ką albo kupi mar­ko­wą tor­bę, to na­wet przy sek­sie bez trzy­man­ki bę­dzie pisz­cza­ła z roz­ko­szy.

Od razu prze­cho­dzi­my do spra­wy, wte­dy wia­do­mo o co cho­dzi, a tak to za­wsze jest po­dej­rze­nie, że się ośmie­szy­my, bo ko­le­ga le­piej ma­su­je punkt G, o ile taki w ogó­le ist­nie­je. Chi­ba nie. Od cza­sów pierw­szych Pia­stów w ta­kie bred­nie nie wie­rzy­my i mamy swo­je spo­so­by na za­do­wo­le­nie na­szych dziew­czyn.

Z dru­giej stro­ny ba­ry­ka­dy – z grą wstęp­ną też ob­ciach. Gdy w jej ra­mach my je­ste­śmy ob­słu­gi­wa­ne, zwy­kle wy­stę­pu­je brak fa­cho­wo­ści, co jest rów­nie przy­kre, jak brak gry. Moż­na part­ne­ra po­uczyć i na­ra­zić się w trak­cie na czuj­ne spoj­rze­nia pry­mu­sa rzu­ca­ne spod koł­dry, ale wte­dy za­czy­na­my słusz­nie po­dej­rze­wać, że ściem­nia. To aku­rat fa­ce­tom sła­bo wy­cho­dzi i ko­niec przy­jem­no­ści, bo my mu­si­my też za­cząć uda­wać, że wa­riu­je­my z roz­ko­szy i robi się ob­cia­cho­wo, więc ostroż­nie, le­piej po na­sze­mu, zgod­nie z tra­dy­cją – rach-ciach jak mały ry­cerz albo Kmi­cic, a jesz­cze le­piej za­miast gry na­pić się jak Za­gło­ba.

Dziadzia-dzidzia

Z ba­dań wy­ni­ka, że mój mę­ski czy­tel­nik ma od 25 do 45 lat, wy­kształ­ce­nie co naj­mniej śred­nie, jest za­moż­ny. Nie ma da­nych co do wie­ku czy­ta­ją­cych mnie ko­biet, ale jest ich tyle co fa­ce­tów, dla­te­go na­pi­szę dla nich ostrze­ga­ją­co o dzia­dzi-dzi­dzi, zja­wi­sku przy­ro­dy wy­stę­pu­ją­cym na ca­łym świe­cie, na­wet u Pa­pu­asów z ty­kwa­mi na przy­ro­dze­niu. Cho­dzi o spe­cjal­ny okaz osob­ni­ka mę­skie­go, któ­ry do ostat­niej chwi­li nie pusz­cza wio­seł i pły­nie ka­ja­kiem mło­do­ści po wo­dach Styk­su. Oso­by, któ­re za­po­mnia­ły, co to jest ten Styks, mogą spraw­dzić w In­ter­ne­cie.

Dzia­dzio-dzi­dzia jest od­mła­dza­ją­cym się sta­ro­wi­ną koło pięć­dzie­siąt­ki, któ­re­mu wy­da­je się, że elik­si­rem mło­do­ści jest ka­brio­let, wil­la w Kon­stan­ci­nie albo pen­tho­use z ta­ra­sem wy­sy­pa­nym chiń­ski­mi oto­cza­ka­mi, po któ­rym snu­je się na ży­la­stych nóż­kach, wi­docz­nych spod mar­ko­wych szor­tów, prze­cie­ra­jąc fla­nel­ką nie­po­trzeb­nie dwu­oso­bo­we ja­cuz­zi. Ten typ, coś w ro­dza­ju współ­cze­sne­go Fau­sta, któ­ry sprze­dał dia­błu du­szę za mło­dość, jest nie­re­for­mo­wal­ny. Zja­da PE­SEL, oszu­ku­je przy po­da­wa­niu wie­ku na­wet u le­ka­rza ge­ria­try, krą­ży wo­kół lu­ster i szyb wy­sta­wo­wych, skąd pa­trzy na nie­go dwu­dzie­sto­la­tek. Lubi też czo­chrać się po si­wej pier­si, któ­rej nie de­pi­lu­je, bo tak ro­bią tyl­ko pe­da­ły. Po­lak, po­to­mek Krzy­wo­uste­go, nie goli się nig­dzie poza twa­rzą, cza­sem też wą­sik reszt­ką far­by po­ma­za­ny zo­sta­wi. Nie lubi tak­że pod­go­lo­nych la­se­czek, bo co kępa, to kępa, na­wet wisi o tym ob­raz Co­ur­be­ta w pa­ry­skim Mu­zeum d’Or­say. Zno­wu od­sy­łam do In­ter­ne­tu, war­to, bo wszyst­ko jest jak na dło­ni.

Ide­al­ną part­ner­ką dla tego cu­rio­sum by­ła­by dzi­dzia-pier­nik, jego dam­ski od­po­wied­nik, ale dzia­dzia-dzi­dzia nie po to far­bu­je po kry­jo­mu wą­sik i reszt­kę wło­sów, w za­leż­no­ści od ko­lo­ru ma­cie­rzy­ste­go – na ba­kła­żan lub zie­lo­no, żeby do­fi­nan­so­wy­wać czter­dzie­sto­let­nią sta­rusz­kę w klap­kach z ob­ca­sem w kształ­cie ucha fi­li­żan­ki. On chce ko­chać i być ko­cha­ny jak za Gier­ka, kie­dy był mi­ste­rem tur­nu­su na kem­pin­gu nad Za­le­wem Ze­grzyń­skim. W so­la­rium z po­wo­du brzu­cha z tru­dem ob­ser­wu­je swo­je strze­li­ste nie­gdyś uda i przy­po­mi­na so­bie do­sia­da­ją­ce je ko­le­żan­ki ze stu­diów. Nie omi­ja żad­ne­go lu­stra, w któ­rym od­bi­ja się jako za­do­wo­lo­na wę­dzo­na pan­ga w bia­łym pod­ko­szul­ku za­lot­nie opi­na­ją­cym bę­be­nek. Jego logo są cu­dacz­ne mło­dzie­żo­we stro­iki. Blu­zy z kap­tur­kiem, któ­ry chi­cho­cząc wkła­da na głów­kę pod­czas wie­czor­nych spa­ce­rów. O ile kap­tu­rek czar­ny, wy­glą­da jak mnich z hor­ro­ru, je­że­li bia­ły – jak sta­ry te­le­tu­biś. Stro­ju do­peł­nia­ją dre­so­we blu­zy i spodnie bo­jów­ki, w któ­rych przy­po­mi­na ru­muń­ską ucie­ki­nier­kę w cią­ży. Je­śli chce wy­paść szcze­gól­nie mło­dzień­czo, nosi ko­lo­ro­we, pa­ste­lo­we ko­szul­ki z krót­kim rę­ka­wem, cza­sem za­lot­nie sznu­ro­wa­ne, jak gor­se­cik roz­pust­nej karcz­mar­ki. W ogó­le ema­nu­je gier­kow­ską ero­ty­ką, a ca­ło­ści do­peł­nia kosz­tow­ne auto dru­giej mło­do­ści z ory­gi­nal­ną re­je­stra­cją typu: WW.FUC­KER, WF.TA­KE­ME, czy pro­ste, ale wzru­sza­ją­ce WA.LO­VE­ME. Po­nie­waż mało kto zna an­giel­ski, wra­że­nie śred­nie, a moż­na by po pol­sku. WW.DZIA­DZIA, WF.PRO­STA­TA, WA.DU­PEK, czy OO.DAJ­MI, itd. Dzia­dzia-dzi­dzia uwa­ża te wszyst­kie ma­ka­bry za swo­je atu­ty i lubi z ko­le­ga­mi z kla­sy po­kry­ty­ko­wać la­secz­ki. Na­wet na ba­jecz­nych im­pre­zach nie jest dla nie­go ide­al­nie. Ostat­nio sta­łam obok dwóch strza­ska­nych na he­ban dzia­dzio-dzi­dziach i usły­sza­łam, że me­ga­la­ski nie mają ide­al­nych po­ślad­ków, biu­sty sła­be, a jed­na to na­wet mia­ła za małe oczy. Ko­men­ta­tor też, ale czer­wień spo­jó­wek ocie­pla­ła wi­ze­ru­nek i pięk­nie kon­tra­sto­wa­ła z zie­le­nią resz­tek wło­sków. Bę­be­nek opię­ty ró­żo­wą ko­szul­ką fa­lo­wał z obu­rze­nia, pod su­per­mar­ko­wą ma­ry­nar­ką z lnu kau­ka­skie­go. Jego ko­le­ga, ufar­bo­wa­ny cha­łup­ni­czo na rudo, był fa­nem wą­skich ta­lii, co pod­kre­ślił ele­ganc­kim po­wie­dzon­kiem z cza­sów Go­muł­ki: „wą­ska w pa­sie do­brze pcha się”. Co praw­da, to praw­da. Cie­ka­we jak pcha się ta­kie­go sta­rusz­ka? A może się nie­po­trzeb­nie cze­piam? W koń­cu sta­ru­szek stu­le­cia, wy­bit­ny ak­tor po­ślu­bił la­secz­kę o 60 lat młod­szą, któ­ra bez­in­te­re­sow­nie go po­ko­cha­ła, choć, o ile mi wia­do­mo, nie no­sił nig­dy swe­ter­ków z kap­tur­kiem.

Wnuczkożonka

To uro­cze zja­wi­sko musi być mi­ni­mum dwa razy młod­sze od dzia­dzia-dzi­dzi, któ­re­go upo­lo­wa­ło jak Mał­go­rza­ta Dok­to­ra Fau­stu­sa. Tra­dy­cja okła­da­nia wy­zię­bio­nych sta­rusz­ków kil­ko­ma mło­dziut­ki­mi dzie­wi­ca­mi wy­wo­dzi się z Ja­po­nii. Nie cho­dzi­ło o seks, bo jak? Cho­dzi­ło o wy­cią­ga­nie ener­gii, ce­lem oży­wie­nia sta­re­go ciał­ka. W kul­tu­rze eu­ro­pej­skiej, też czę­ste były ma­ria­że pięć­dzie­się­cio­let­nich sta­rusz­ków z szes­na­sto­let­ni­mi pan­na­mi. Róż­ni­ca mi­ni­mum 30 lat gwa­ran­to­wa­ła ste­try­cza­łe­mu wdow­co­wi po­sia­da­nie ko­lej­ne­go dzie­dzi­ca, a pan­nie po­zy­cję i ma­ją­tek. Nie­uświa­do­mio­na, spło­nio­na i za­hu­ka­na dziew­czyn­ka tra­fia­ła pod przy­mu­sem w szpo­ny lu­bież­ne­go star­ca, któ­ry się nią okła­dał no­ca­mi, a dnie spę­dzał na kar­tach z ko­le­ga­mi w po­dob­nym wie­ku. Po­mi­mo wiel­kie­go praw­do­po­do­bień­stwa za­ra­że­nia pan­ny sy­fi­li­sem, był to układ ide­al­ny, bo gwa­ran­to­wał, że dziec­ko jest z pra­we­go łoża, a jed­no­cze­śnie – jaki kom­fort, gdy się ma dzie­wi­cę bez żad­nych do­świad­czeń. Dzia­dek-mąż był pierw­szym go­la­sem w ży­ciu nie­win­nej żony i je­śli się nie po­ja­wił ja­kiś taj­ny ko­cha­nek, mo­gła trwać w prze­ko­na­niu, że ma­lut­ki pe­nis jest nor­mą, tak jak nor­mą jest to, że sto­su­nek jest mo­zol­ną, obo­wiąz­ko­wą pra­cą, oby do­brze płat­ną. Za­wsze młod­sza żon­ka była po­pi­so­wym nu­me­rem i ko­le­dzy za­zdro­ści­li. Po­tem, w la­tach sześć­dzie­sią­tych, róż­ni­ca się zmniej­szy­ła i nie prze­kra­cza­ła 10 lat, oczy­wi­ście, nig­dy od­wrot­nie. Ostat­nio zno­wu szy­kow­nie jest zdo­być ja­kąś dwa razy młod­szą in­te­lek­tu­alist­kę w po­pi­so­wym mini i na szczu­dłach. Naj­czę­ściej ofia­ry sta­rusz­ków są ich se­kre­tar­ka­mi lub po­mo­ca­mi do­mo­wy­mi po­cho­dze­nia wschod­nio-za­gra­nicz­ne­go.

Nie­źle pla­su­ją się nia­nie do­glą­da­ją­ce dzi­dziu­sia z po­przed­nie­go mał­żeń­stwa. Żona jest już sta­ra, po trzy­dzie­st­ce i na­rze­ka, a tu nowa krew i nie na­rze­ka. Al­le­lu­ja.

W ukła­dach XIX- i XX-wiecz­nych spra­wa była ja­sna. Mał­żeń­stwo było kon­trak­tem i ni­ko­mu nie przy­cho­dzi­ło do gło­wy, że pą­czek róży może się za­ko­chać w ka­la­fio­rze. Waż­ne były obo­pól­ne zy­ski. XXI wiek wniósł nutę ro­man­ty­zmu i dzia­dzie-dzi­dzie ocze­ku­ją ad­o­ra­cji, słu­cha­nia ich sta­rych hi­sto­ry­jek i dzi­kie­go sek­su z wy­ciem roz­ko­szy, w dro­giej bie­liź­nie, któ­rą cza­sem za­pew­nia­ją, ku­pu­jąc so­bie przy oka­zji je­dwab­ne bok­ser­ki. Z lu­stra pa­trzy na nich mło­dy, pręż­ny zdo­byw­ca z ki­jem-sa­mo­bi­jem. Im, star­szy, tym młod­szy. W koń­cu, czło­wiek ma tyle lat, na ile się czu­je. Po­le­mi­zo­wa­ła­bym, bo za­wsze li­czy się rok pro­duk­cji. Do wi­ze­run­ku „mło­dzień­ca”, ko­niecz­ne są mło­dzie­żo­we ubran­ka. Wą­skie spodnie, rur­ki, kuse ma­ry­na­recz­ki i blu­zy z kap­tur­kiem. Mar­ko­wa ko­szu­la bywa za­stę­po­wa­na mar­ko­wym pod­ko­szul­kiem, tramp­ki do­peł­nia­ją wi­ze­run­ku. Miłe to zja­wi­sko jest na­tu­ral­ne, a w po­wie­trzu uno­si się za­pach Eau de ba­lon, bo pan­ny ściem­nia­ją po mi­strzow­sku. Dzia­dzia na ry­ko­wi­sku rży jak ogier i ani się obej­rzy na żonę, któ­ra pa­rzy­ła mu od kil­ku lat ziół­ka, a co gor­sze, była ko­le­żan­ką ze stu­diów. Do zsy­pu z nią. Na­resz­cie ko­le­dzy za­zdrosz­czą i aż mla­ska­ją na myśl, co ich ufar­bo­wa­ny na zie­lo­no lub na ba­kła­żan kum­pel wy­pra­wia po no­cach. Zna­ny ak­tor za­wy­żył po­przecz­kę, bo po­ślu­bił la­skę młod­szą o 60 lat. I wszy­scy moi wie­ko­wi ko­le­dzy twier­dzi­li, że na pew­no robi z niej wia­trak, bo in­a­czej, dla­cze­go ona by z nim była, sko­ro nie fi­gu­ro­wał na li­ście 100 naj­bo­gat­szych Po­la­ków. Wnucz­ko­żon­ka to zja­wi­sko na­gmin­ne, a dzie­ciow­nu­ki ni­ko­go nie dzi­wią.

I wła­ści­wie, nie wy­pa­da mieć u swe­go boku mi­łej, in­te­li­gent­nej żony po czter­dzie­st­ce. Nie wy­pa­da nie zro­bić wnucz­ko­żon­ce dzi­dziu­sia, któ­re­go obo­je za­ko­cha­ni no­szą w no­si­deł­ku po tren­dy knaj­pach. Zwy­kle dzia­dzia nie­sie ko­cyk w mi­siacz­ki i bu­tel­kę z bo­bo­vi­tą. W każ­dą nie­dzie­lę jest de­fi­la­da ano­rek­tycz­nych „no­bli­stek” z ich pro­mo­to­ra­mi, ma­ją­cy­mi minę wła­ści­cie­la ko­nia, któ­ry wła­śnie wy­grał wy­ścig. Do­brze, że nie my­ślą, czy aby nie ist­nie­je ja­kiś mło­dy dżo­kej, bo by im spadł kap­tu­rek z wra­że­nia.

Jęki rozkoszy, czyli wyjący kudłacz

Pra­wie każ­dy za­py­ta­ny męż­czy­zna po­wie, że w ko­bie­cie ceni naj­bar­dziej do­bre ser­ce, lo­jal­ność, in­te­li­gen­cję oraz de­li­kat­ność, co na­le­ży czy­tać, że cho­dzi mu o po­kor­ną kurę, wraż­li­wą na jego po­trze­by i sie­dze­nie ci­cho. Ide­al­na ko­bie­ta po­win­na być ła­two do­stęp­na sek­su­al­nie i na­sta­wiać się na ob­słu­gę swo­je­go pana, bez żad­nych no­wi­nek i wy­ma­gań. Or­gazm za­wsze, bez wzglę­du na sy­tu­ację. Po­win­na ro­dzić dzi­dziu­sie i go­to­wać obia­dy. Bar­dziej li­be­ral­ni mę­żo­wie XXI wie­ku, nie mają nic prze­ciw­ko temu, żeby żona pra­co­wa­ła i do­kła­da­ła się do go­spo­dar­stwa. Jest po­stęp.

Po dwóch la­tach, cud­na, de­li­kat­na blon­dyn­ka sta­je się sza­rą cza­plą pcha­ją­cą wó­zek z ko­pią te­ścio­wej. Ta­kie coś nie na­da­je się do łóż­ka, bo jest smut­ne i nie wy­da­je z sie­bie żad­nych do­pin­gu­ją­cych dźwię­ków, chy­ba, że się na­dep­nie na pierś pod­czas szar­pa­ni­ny, zwa­nej u nas grą wstęp­ną. Prze­waż­nie mał­żeń­stwa po­le­ga­ją na nie­po­ro­zu­mie­niu wy­ni­ka­ją­cym z na­dziei fa­ce­tów, że uda im się mieć ko­bie­tę typu ku­char­ka w kuch­ni, a kur­wa w łóż­ku. To de­ka­denc­kie mrzon­ki. Albo, albo. Męż­czy­zna ma­rzy skry­cie o wy­uz­da­nej mu­lat­ce ze sto­giem kru­czych kę­dzio­rów, w czer­wo­nych szpil­kach i strin­gach. Może być ana­lo­gicz­na blon­dy­na lub ruda, pe­ru­ka, nie wy­klu­czo­na. Ide­ał ten po­wi­nien wyć pod­czas ja­kich­kol­wiek, nie­ko­niecz­nie sku­tecz­nych, pró­bach zbli­że­nia lub wy­da­wać przej­mu­ją­ce jęki roz­ko­szy. Atrak­cyj­ność wy­ją­ce­go ku­dła­cza się­ga z pew­no­ścią cza­sów ja­ski­nio­wych, tyle że strin­gi były ze skó­ry ma­mu­ta. Nie na­ma­wiam broń Boże do uda­wa­nia w łóż­ku, bo to nie­mo­ral­ne, ale tro­chę się po­win­no, dla przy­zwo­ito­ści. Sko­ro przez pierw­szy rok się uda­je, to cze­mu nie zro­bić z tego świec­kiej tra­dy­cji. Męż­czyź­ni nie od­zna­cza­ją się zbyt­nią prze­ni­kli­wo­ścią, a pod­nie­ce­ni swo­ją sek­su­al­ną wi­zją łyk­ną każ­dą ście­mę. Pe­ru­ka w ulu­bio­nym przez męża ko­lo­rze – mały wy­da­tek. Strin­gi – gro­sze. Na­le­ży ku­pić kil­ka par, bo mogą się po­drzeć przy strze­la­niu gum­ką. Czer­wo­ne szpil­ki są od­po­wied­nie na każ­dą, poza jed­ną, oka­zję, a jęki ćwi­czy­my na przy­kład przy lek­kiej prze­pier­ce. Nie prze­sa­dzać, bo się zwie­rzy­na może spło­szyć.

Przed lu­strem tre­nu­je­my ob­li­zy­wa­nie pur­pu­ro­wych warg i wes­tchnie­nia, ra­czej dzie­cię­ce niż do­ro­słe, bo to może ze­psuć na­strój. Po lek­kiej ko­la­cji, dwóch pi­wach i obej­rze­niu me­czu Try­ni­dad–La­po­nia, mąż zie­wa­jąc i czo­chra­jąc się po brzu­chu, wcho­dzi do sy­pial­ni, aż tu na­gle wy­ma­rzo­ny od lat wy­ją­cy ku­dłacz krę­ci za­lot­nie tył­kiem, wzdy­cha, ob­li­zu­je war­gi, mru­czy. O ile nasz uko­cha­ny nie umrze na ser­ce ze zdzi­wie­nia, mamy go i to na dłu­go.

Wy­cho­dzi szy­dło z wor­ka i za­czy­na się nowy etap mał­żeń­stwa. Wie­czo­rem strin­gi, pe­ru­ka, szpil­ki, do­brze jest ka­zać na­zy­wać się Ka­sią albo Jolą, o ile oczy­wi­ście na­zy­wa­my się in­a­czej. Ko­la­cje po­win­ny być lek­kie. Przy nich rzu­ca­my po­włó­czy­ste, wy­tre­no­wa­ne uprzed­nio spoj­rze­nia. Ro­bi­my alu­zje do pier­wiast­ka mę­skie­go, ba­wiąc się nie­win­nie ogór­kiem, byle spo­rym, albo ob­li­zu­je­my spe­cjal­nie przy­go­to­wa­ną pian­kę z cap­puc­ci­no.

To są do­bre rady, po­nie­waż męż­czy­zna nie pod­grze­wa­ny zsia­da się jak zim­ne nóż­ki albo szu­ka so­bie wy­ją­ce­go ku­dła­cza w miej­scu pra­cy, bo to naj­ła­twiej­sze i nie mar­nu­je się cza­su na do­jaz­dy. Je­śli któ­raś z pań my­śli, że li­czy się jej in­te­li­gen­cja i może so­bie cho­dzić w dre­sie, nie myć co dzień gło­wy, a jej part­ner i tak do­sta­nie per­ma­nent­ne­go wzwo­du po jej cel­nej uwa­dze, to się myli. Od in­te­li­gen­cji to jest on. A ona ma być sexy i to w ata­wi­stycz­nym, pra­mał­pim po­ję­ciu. Wło­sy za­wsze lek­ko po­tar­ga­ne i na­le­ży w nich grze­bać ręką. Gło­wa lek­ko do tyłu, usta roz­chy­lo­ne, bluz­ka też. In­for­ma­cja od nie­chce­nia, że je­ste­śmy dziś bez maj­tek i efekt mu­ro­wa­ny, po wa­run­kiem, że nie ma me­czu albo ko­chan­ki.

Jak utrzymać laskę

Sło­wo „la­ska” ma w na­szym ję­zy­ku wie­le zna­czeń, ale chcia­łam się za­jąć ostat­nim. La­ska to zna­czy mło­da, atrak­cyj­na ko­bie­ta, wzbu­dza­ją­ca dzi­kie żą­dze, nie tyl­ko w via­grusz­kach czy in­nych dzia­dziach, ale i uschnię­tych emo­cjo­nal­nie ban­kow­cach oraz mi­lio­ne­rach z kło­po­ta­mi ze wzwo­dem. Naj­waż­niej­szą ce­chą la­ski jest po­do­ba­nie się ko­le­gom, ale też i po­sia­da­nie pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści współ­cze­snej damy. Oczy­wi­ście nie cho­dzi o go­to­wa­nie. Sło­wo „la­ska” ozna­cza rów­nież za­koń­czo­ny rącz­ką ki­jek do pod­pie­ra­nia się osób star­szych czy też nie­peł­no­spraw­nych, co w wie­lu wy­pad­kach ma uza­sad­nie­nie. Kie­dyś la­skę no­si­ło się dla ozdo­by i tro­chę z tego po­zo­sta­ło, tyle że dzi­siaj la­ska cho­dzi sama, choć nie bez trud­no­ści, bo żeby być wyż­sza od swe­go po­sia­da­cza, musi cho­dzić na szczu­dłach. Musi mieć wszyst­ko dłu­gie, poza no­sem, zę­ba­mi i spód­ni­cą. Nogi, pa­zu­ry, wło­sy i do­kle­jo­ne rzę­sy.

De­cy­zję o po­sia­da­niu no­wej la­ski po­dej­mu­ją naj­czę­ściej fa­ce­ci, któ­rym się sta­ra la­ska znu­dzi­ła albo zła­ma­ła, albo ktoś im la­skę po pro­stu ukradł. Nie­uczci­wi krad­ną la­skę in­nym, po pro­stu ła­pią i ucie­ka­ją. Ele­gant­si uda­ją się na po­szu­ki­wa­nia, co nie trwa dłu­go, gdyż la­ski wca­le się nie cho­wa­ją, a wręcz prze­ciw­nie, ma­rzą o wła­ści­cie­lu, bo kim jest nie­uży­wa­na la­ska? W na­szym spo­łe­czeń­stwie ni­kim. Prze­waż­nie fa­ce­ci nie mają po­ję­cia o pro­por­cjach i wy­bie­ra­ją la­skę za cien­ką i nie­od­po­wied­niej dłu­go­ści. Wy­so­cy za ni­ską, ni­scy za wy­so­ką. Ten dru­gi wa­riant uzna­ny jest za nie­zwy­kle szy­kow­ny, bo la­skę wi­dać, a drep­czą­cy obok niej kur­du­pel-skar­bon­ka, pil­nu­je jej dol­nych par­tii, któ­re w la­sce są naj­waż­niej­sze. Małe la­ski mu­szą tra­fić na eks­cen­trycz­ne­go wiel­ko­lu­da-sa­dy­stę, któ­ry robi z nich wia­trak, ale one z ko­lei mogą za­im­po­no­wać ko­le­żan­kom, pod­pie­ra­ją­cym się ma­ły­mi gru­ba­sa­mi. Po zdo­by­ciu la­ski na­stę­pu­je jej pre­zen­ta­cja. Do­brze, gdy jest lato, bo in­wa­li­da ku­pu­je ka­brio­let i w dro­gę wo­kół lan­sow­ni. O ile la­ska po­tra­fi mó­wić i nie myli kota z ko­ty­lio­nem, suk­ces mu­ro­wa­ny, bo moż­na twier­dzić, że jest stu­dent­ką an­tro­po­lo­gii lub li­te­ra­tu­ro­znaw­stwa. Wca­le to nie­głu­pie, bo ża­den z ko­le­gów nie zaj­mu­je się ta­ki­mi bzde­ta­mi, a je­śli stu­dia skoń­czył, to dwu­let­nie w Bił­go­ra­ju i gdzieś ma dy­plom, chy­ba u dru­giej żony, któ­ra daw­no, jesz­cze jako la­ska, zo­sta­ła ukra­dzio­na przez naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la. Tyl­ko w sta­ro­żyt­nym Rzy­mie i w XVIII wie­ku w cza­sach ro­ko­ko la­ski się de­ko­ro­wa­ło, po­tem, aż do te­raz, nig­dy. Naj­wy­żej się ozda­bia­ło głów­kę. W na­szych cza­sach de­ko­ro­wa­nie la­ski jest bar­dzo waż­ne, bo świad­czy o za­moż­no­ści wła­ści­cie­la. Trze­ba też spra­wić no­wej la­sce kil­ka fu­trza­nych po­krow­ców na zimę, tro­chę ozdób, żeby po­ka­zać kasę, po­tem la­ska już jest tak roz­bi­sur­ma­nio­na, że chce mieć fu­te­rał na ko­łach i służ­bę oraz wiel­kie pu­dło, w któ­rym za­czy­na się roz­mna­żać, jak mio­tły w „Uczniu czar­no­księż­ni­ka”. Tak za­pew­nia so­bie przy­szłość na ko­lej­ne, li­czo­ne od po­ro­du 25 lat, czy­li eme­ry­tu­rę, bo ko­bie­ta po pięć­dzie­siąt­ce la­ską nie jest, choć­by się nie wiem jak de­ko­ro­wa­ła. Na­da­je się tyl­ko na pod­pał­kę do ko­min­ka. Zwy­kle nie­peł­no­spraw­ny, w za­mian za naj­star­sze usłu­gi i szcze­re wy­zna­nia mi­ło­ści, daje la­sce czar­ny au­to­bus – sil­nik 8 li­trów, na wy­pa­dek, gdy­by wy­bie­ra­ła się au­tem do Ke­nii na sa­fa­ri, i po­zwa­la ku­po­wać, co tam la­ska chce, żeby nie była gor­sza od in­nych la­sek. Waż­ne są ko­mór­ki z ga­dże­ta­mi z na­tu­ral­nych ka­mie­ni. Po­tem przy­da­ją się przy roz­wo­dzie, bo peł­no w nich SMS-ów, o tre­ści por­no­gra­ficz­nej i dat ran­dek. To wszyst­ko, żeby nie ucie­kła ze szczo­drzej­szym, chud­szym i młod­szym ko­le­gą fun­da­to­ra lub swo­im wła­snym z tech­ni­kum ga­stro­no­micz­ne­go w Ma­ło­pol­sce albo zwy­cza­jo­wo, z ma­sa­ży­stą. Uży­wa­na la­ska też ma swo­ich ama­to­rów, cały czas dy­szą naj­lep­si ko­le­dzy i choć nie są naj­młod­si, to dwu­dzie­sto­lat­ka, znu­dzo­na drze­mią­cym na kom­ple­cie wy­po­czyn­ko­wym pi­wo­szem, zja­da­czem le­ków na wzdę­cia, chce so­bie cza­sa­mi mieć or­gazm z kimś, a nie ze sobą.

Wte­dy spryt­ny po­sia­dacz, ja­kimś cu­dem robi dru­gie­go i trze­cie­go dzi­dziu­sia, prze­dłu­ża­jąc jej tym sa­mym eme­ry­tu­rę. Prze­ko­na­ny jest bo­wiem, że ona od nie­go nie odej­dzie ze wzglę­du na dzie­ci.

Nic bar­dziej myl­ne­go. Fa­ce­ci uwiel­bia­ją ko­bie­ty z dzieć­mi w wie­ku ich wnu­ków, bo mogą się ra­zem ba­wić, a oni mają nową la­skę i to już ude­ko­ro­wa­ną. Z ko­lei my­ślą, że na sta­rość mogą li­czyć na po­da­nie zió­łek i przy­le­pie­nie pla­strów prze­ciw­bó­lo­wych na krę­go­słu­pie. Figa z ma­kiem, gdy tyl­ko dzia­dzia za­czy­na skrzy­pieć, la­ska, za­miast pod­pie­rać, zwie­wa usta­wiw­szy go na wóz­ku twa­rzą do ścia­ny.

Używana laska

Sło­wo „uży­wa­ny” ko­ja­rzy się ne­ga­tyw­nie ze skle­pem se­cond hand, z cu­dzy­mi ga­cia­mi i spra­ny­mi, mar­ko­wy­mi pod­ko­szul­ka­mi, ko­mi­sem me­blo­wym z oka­zyj­ny­mi ru­pie­cia­mi typu czy­jeś za­pad­nię­te łó­żecz­ko w do­brym sta­nie albo krysz­ta­ło­wy ży­ran­dol, pre­zent od ko­le­gi z ZSRR, sta­rym au­tem naj­czę­ściej po skrzęt­nie wy­kle­pa­nym wy­pad­ku albo ku­pio­nym oka­zyj­nie pe­ce­tem za­wie­sza­ją­cym się i plu­ją­cym wi­ru­sa­mi. Przy­pusz­czam rów­nież, że mało by było ama­to­rów na czy­je­goś uży­wa­ne­go psa czy kota.

Ta apo­ka­lip­tycz­na wi­zja nie do­ty­czy jed­nej rze­czy, a mia­no­wi­cie uży­wa­nej la­ski, mam na my­śli dzie­wi­cę z uzy­sku, czy­li la­skę po przej­ściach.

Dużo by­wam, dla­te­go na­ra­żo­na je­stem na po­peł­nia­nie ob­cia­cho­wych gaf na to­wa­rzy­skiej ka­ru­ze­li, bo nie za­wsze ku­mam i wy­cza­jam, co jest gra­ne i na czym po­le­ga ak­tu­al­na ście­ma.

Z tego zda­nia je­stem szcze­gól­nie dum­na, bo świad­czy o mo­jej lin­gwi­stycz­nej ela­stycz­no­ści, a cho­dzi­ło mi o to, że zmie­ni­ły się cza­sy i sys­te­my war­to­ści i to, co było wadą, jest za­le­tą.